- Opowiadanie: BartekS - Garwolf

Garwolf

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Garwolf

Michał stał na skraju sosnowego zagajnika. Jego ułani snuli się po niewielkiej plaży, choć zbliżała się noc, nie rozkulbaczali koni ani nie zbierali chrustu. Nie planowali tu zostać, już lepiej narazić się na spotkanie z jakimś podjazdem. Zszedł pomiędzy ludzi i ukucnął przy jednym z ciał, któryś z żołnierzy powiedział głośno to, co wszyscy myśleli – co zrobi tym bydlakom gdy ich znajdzie. Porucznik Michał Sarkowicz, były oficer sztabowy Ober-Ostu, w służbie bojowej od powstania, wstał, czując wzbierający w piersiach gniew.

-To nie sowieci. – stwierdził głośno. Żołnierze patrzyli na niego pytającymi oczyma.

-Litwini? – spytał młody chłopak, ochotnik z Wilna, przysłany ostatnio w ramach uzupełnień. Jego sukienny mundur wyraźnie odcinał się od ciemnego feldgrau reszty.

-Żadnej z nich nie zgwałcono. – z trudem powstrzymał łzy i gniew, i torsje. – Zginęły straszną śmiercią. Ale ich nie zgwałcono. Żadna nie krwawi z łona. Żadna nie ma nawet sińców na udach, a sowieci żadnej by nie przepuścili.

W wodzie i na brzegu niewielkiej plaży, na skraju polodowcowego jeziora, było pełno zwłok. Kobiet. Tylko i wyłącznie kobiet.

 

Niedaleko w lesie był porzucony okop, rozkazał wrzucić tam ciała. Nie mógł, ale musiał patrzeć. Naliczył na pewno sześć, mogło być nawet dziesięć. Gdy żołnierze uporali się z zasypywaniem, on naniósł już na mapę to miejsce i zorientował się jako tako w okolicy. Ktoś jeszcze zbijał podkowniczymi gwoździami prosty, brzozowy krzyż. Zmierzchało, oddział w kulbakach znalazł się szybko i sprawnie. Dowódca zwalczył ochotę puszczenia konia w cwał. Dał ręką znak, kawałek stępa, podciągnięcie popręgów, kłusem. Byle oddalić się od miejsca masakry. Do wsi już nie dojedziemy – pomyślał porucznik – trzeba znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Po ciemku nie sposób jechać, a lamp lepiej w tej głuszy nie zapalać. Niedługo wychynęli na skraj jakiegoś pastwiska. Widok był malowniczy, w świetle zachodzącego słońca przypominał Ukrainę. Całą szeroką przestrzeń między dwoma lasami porastała gęsta, skłębiona lucerna, pod samym borem płynął wartko strumień. Pozorna sielanka. Kresy.

– Aż dziw bierze, że nic tu nie wypasają – Łukasz, jego zastępca, jak zawsze węszył zasadzkę.

– Czerwoni skonfiskowali inwentarz – powiedział Wileńszczak.

– Sza – Michał myślał chwilę. Nie było co liczyć na lepsze miejsce. – Z koni. Łukaszu, wyznacz warty. Nie wykładać siana z siatek … i tylko po pół miarki owsa – dodał po chwili namysłu – Nie palić mi tu żadnego ognia. Pić wyłącznie z manierek.

Gdy konie puszczono już ze spętanymi nogami, wszyscy zasiedli ponurzy przy swoich siodłach, noc była chłodna, każdy trzymał karabinek pod ręką. Po nader skromnej kolacji, zawinęli się w odpięte z mantelsacków płaszcze. Księżyc w pełni świecił jasno, trzech wartowników kiwało się sennie z bronią w rękach, dowódca nie spał.

Natłok myśli mu na to nie pozwalał – Niby sowieci są w odwrocie. Już raz niby byli i wtedy jednak … Pod Radzyminem, ponoć mało brakowało. Cud nad Wisłą. Ciarki przeszły mu po plecach. Ile jeszcze takich bitew wytrzyma młode państwo? Na ile jeszcze starczy rezerw? Czy, przypadkiem, już nie zaczyna ich brakować? W uzupełnieniach powinni byli dostać sześciu. Dostali dwóch. Jeden już w lazarecie. Kurwa. Żeby to chociaż w walce, ale zlecieć po jednym bryku… Czy oni ich chociaż raz sadzają na konia przed przydziałem? Przynajmniej drugi się jakoś spisuje. On teraz to właściwie bezpośrednio o dom walczy, bądź co bądź, daleko nie ma… Dom… Ciekawe co z Alicją, czy bezpieczna? Czy list dotarł? To już dwa tygodnie, pewno odpisała, tylko tutaj nie ma nawet szans na doręczenia. Pojutrze wrócimy na zaplecze, to pewnie będzie już na mnie w sztabie czekał. A bezpieczna jest. Wisły nie przeszli.

 

Słońce zastało już żołnierzy siodłających konie, ktoś zasypywał ognisko, kilku innych czerpało płóciennymi wiadrami wodę z potoku. Noc, na szczęście, upłynęła spokojnie i bez alarmów. Michał gwizdnął dwa razy. Wszyscy błyskawicznie znaleźli się w siodłach.

– Stępem, za mną … marsz!

Oddział posuwał się z wolna skrajem pastwiska, wszyscy czujnie rozglądali się na boki.

– Szyk ubezpieczony! – Krzyknął – Pierwsza sekcja na szpicę!

– Tak jest! – Odwrzasnął wachtmeister Żabowski. – Pierwsza sekcja! Za mną! – Po czym, razem z oddziałem wysunął się na czoło. Cały pluton tworzył teraz niejako szereg trzech tyralier, poruszających się jedna za drugą.

Nie ujechali nawet stu metrów, gdy jeden z ułanów forpoczty przygalopował do prowadzącego pozostałe sekcje dowódcy.

– Panie leutnancie! – Krzyknął zasapany. – Kolejna masakra.

– Scheisse! Podciągnąć dobrze popręgi i paski od karabinków. Lance w dłoń. A TY za mną! – Spokojnym, stalowym głosem rozkazał, po czym wypchnął konia do galopu.

Chwilę później był już przy zwiadowcach. Tym razem ofiarą padli sowieci. Pluton piechoty. Nawet jeden CKM mieli, najwidoczniej nie na wiele się zdał, choć obok leżały trzy puste taśmy. Jednak ważniejsze były same ciała, dość świeże, wczorajsze lub przedwczorajsze.

– Mieliśmy szczęście – powiedział Łukasz, z dziwnym wyrazem twarzy. – I to podwójne.

– Wiem – Michał zmusił się do przełknięcia lodowej guli która zaległa mu w gardle. – Ten CKM by się przydał, szkoda że nie mamy żadnego luzaka.

– Można poprzerzucać sakwy, żeby odciążyć trzy konie. Między dwoma stroczymy podstawę, a trzeci weźmie mechanizm…

– Nie. Nie będziemy dociążać koni. – Jakbym tak zrobił to aż do dotarcia na zaplecze miałbym sekcję mniej. A w razie czego, sześciu byłoby skazanych już na starcie. Co nie zmienia faktu, że CKM-u szkoda… Nie ma co. Nawalić ziemi w lufę. – wydał dyspozycję. Reszta plutonu z lancami na udach dojechała żwawym kłusem.– Druga sekcja lance w ziemię, karabiny w dłoń i baczność na okolicę. Trzecia z koni, bagnet na broń i sprawdzić mi dokładnie tę polanę. – Krzyknął. „Trzeba to było zrobić wczoraj…” dodał jeszcze w myślach.

Nastroje nie były dobre. Wszyscy zdawali sobie sprawę jak mogli skończyć. Na polanie nic nadzwyczajnego jednak nie znaleziono. Powinno tu być pełno śladów, rozbito w końcu cały pluton, a to, co zrobili napastnicy tym sołdatom … Musieli ich szczerze nienawidzić. Oni nie ginęli od kul, a przynajmniej nie tylko. Jak porąbać ponad czterdziestu ludzi i nie zostawić mnóstwa odcisków butów? A tu nic, tam gdzie siedzieli sowieci były ślady ich podkutych buciorów, a po za tym tylko tropy jakiejś watahy. Wojna, wilki przywykły do żerowania na ludzkim mięsie. Zwęszyły ciała, to przybiegły. Szwedzki stół.

Ruszyli szykiem ubezpieczonym, z lancami „do boju”. Do wsi pozostały jeszcze co najmniej cztery kilometry. Bardzo nerwowe cztery kilometry. Michał zatrzymał się na chwilę i wyjął mapę. Oddział stanął odruchowo za nim, szpica powoli oddalała się od reszty.

– Laskowik!

– Na rozkaz, panie leutnancie!

– Skocz do pierwszej sekcji i każ im stanąć. Niech Żabowski podjedzie do mnie, byle

żwawo. – Rozkazał, a po paru minutach dokłusował do niego Łukasz.

– Wachtmeister Żabowski melduje się na rozkaz, panie leutnancie.

– Podjedź bliżej. Mniej więcej na wysokości forpoczty powinna być ścieżka.

– Minęliśmy ją.

– Dobrze, skręcimy tam, doprowadzi nas na szczyt tamtego wzgórza. – Powiedział wskazując dość wysoki, morenowy pagórek.

– Jawohl! – Powiedział podoficer, a po chwili wahania dodał – Z całym szacunkiem, panie leutnancie! Ale ludzie i konie potrzebują odpoczynku, a tak nadłożymy kawał drogi. Na dodatek trudną, zapewne stromą leśną ścieżką…

– Wiem, wachtmeister, ale za to na łąkę wjedziemy od wzgórza – powiedział pokazując punkt na mapie. Łukasz pokiwał na te słowa głową. – Wykonać!

Wkrótce jechali szeroką na jakieś trzy metry ścieżyną, biegnącą jakby jarem, na skrajach którego rosły gęste, skłębione krzewy i drzewa. Po jakichś czterdziestu minutach, najpierw wyjechali z zagłębienia, a chwilę później stanęli na wąskiej przesiece przecinające w poprzek ścieżkę, parę metrów dalej znów zaczynał się las, ale ścieżka wydawała się biec już poziomo, okrążając sam szczyt wzniesienia, tak jak na mapie. Po kolejnej półgodzinie, mijając jadących w szeregu ułanów, dokłusował goniec, z wieścią że osiągnęli krawędź rżyska i że nie zauważono nic podejrzanego. Michał postanowił sam to ocenić. Wkrótce więc podczołgiwał się wraz z dwoma ludźmi do krawędzi zarośli, gdzie od dłuższego czasu trzech ułanów obserwowało rozległą przestrzeń na stoku wzniesienia. Dłuższą chwilę obserwował polanę, nic nadzwyczajnego. Co dziwne – były ślady niedawnej działalności rolniczej. Ktoś to pole niedawno skosił, więc jednak jacyś chłopi nie uciekli przed wojenną zawieruchą.

– Odkąd tu jesteście cokolwiek się ruszyło?

– Nie, panie leutnancie. – Oficer pokręcił głową.

– Wracamy. Od razu na koń.

 

Niedługo później wyjechali z zarośli, pierwsza sekcja czekała na resztę. Kiedy wszyscy byli już na otwartej przestrzeni, Michał dał gestem rozkaz i cały oddział ruszył zakosami w dół. Gdy w pobliskich krzakach rozległo się potworne, nieludzkie wycie. Coś jakby połączenie obdzieranego ze skóry człowieka i wilka wyjącego do księżyca. Wszystkim włosy stanęły dęba, a konie w dzikim pędzie runęły w dół zbocza którędy któremu było najkrócej.

Jadący na prywatnym dzianecie oficer szybko wysforował się przed wszystkich. Koń gnał na złamanie karku, a że biegł po zbronowanym, nierównym polu, była to całkiem możliwa ewentualność…

Oczywiście Michał zdawał sobie z tego sprawę i jako wprawny jeździec zaczął wjeżdżać na woltę, w porę dostrzegł że nie starczy mu na nią miejsca, odbił więc w drugą stronę i zrobił dwa zakosy gdy znalazł się na krawędzi rżyska, koń przesadził rów i miał teraz przed pyskiem gęsty krzak akacji, co jeździec skwapliwie wykorzystał osadzając go ostro ściągnąwszy wodze.

Gdy adrenalina opadła, Michał uświadomił sobie że siedzi na zgrzanym, spienionym wałaszku, pośrodku drogi. Reszcie poszło różnie, ci na spokojniejszych koniach, zdołali je przytrzymać, część poniosło dalej drogą lub w gąszcz, a kilku zaczynało kupić się wokół niego. Wachtmeister, sprowadzając konia kłusem z pochyłości, krzyczał,

– SCHEISSE! KUPIĆ SIĘ KURWA DO DOWÓDCÓW SEKCJI! TRZYMAĆ TE JEBANE BIESTER! BROŃ POD RĘKĄ!

Ludzie powoli opanowywali konie, ci których poniosły dalej drogą, wracali powoli. Ktoś w lesie łapał swojego wierzchowca, ktoś przeprowadzał z wodzą w ręku swojego, bojącego się przejść przez rów. Dokładnie nie tak powinien wyglądać oddział kawalerii w strefie wojennej.

Na szczęście wrzaski najstarszego podoficera przyniosły rezultaty. Ułani gromadzili się teraz wokół dowódców. Wieńszczak tamował krew walącą fontanną z nosa, w lesie uderzył głową w niżej zawieszoną gałąź, ale corporal już podał mu duży płat gazy. Zebranie oddziału zajęło ponad dziesięć minut. Pełnych krzyków, gwizdków i rżenia. Gdyby w pobliżu był jakikolwiek oddział przeciwnika …

– Panie leutnancie! Pierwsza i druga sekcja gotowe! W trzeciej kończymy opatrywanie rannych! Oddział czeka na rozkazy!

– Stan plutonu? – potoczył po podwładnych wzrokiem.

– Mieliśmy szczęście. Czterech lekko rannych, wszyscy mogą jechać i walczyć. – Porucznik przyjrzał się żołnierzom.

– Dwóch z każdej sekcji, z koni. Biegiem po lance … Marsz! – dowódcy udało się odzyskać spokojny ton. – Łukasz, weź kogoś i sprawdźcie co to do cholery było. Reszta broń pod ręką.

 

Gdy żołnierze wrócili i rozdali pozbierane uzbrojenie, wyruszyli. Zwiadowcy nie znaleźli absolutnie nic. Do wsi były jeszcze dwa kilometry, wszyscy siedzieli jak na szpilkach, nikt nawet nie myślał o zawieszeniu lanc na temblaku. Minuty spędzane w napięciu wlokły się niemiłosiernie, teraz wszyscy byliby gotowi szarżować na okopy, byle to wyczekiwanie się już skończyło. Aż w końcu, poprzez szerokie rżysko, ich oczom ukazały się kryte strzechą chaty.

 

Kilkanaście drewnianych chałup ustawionych wokół centralnego placu sterczało spośród pól. Typowy widok. A rzeczy typowe i zwyczajne już od jakiegoś czasu wydawały mu się podejrzane. Zatrzymał oddział. Domy były zbudowane ze sczerniałych od upływu lat bali, połączone ostrokołem z świeżej sośniny. Przy wjazdowej bramie stały kozły hiszpańskie, po obu stronach drogi i przed kilkoma wąskimi furtkami wykopano płytkie okopy, nie głębsze niż do kolan. Pomiędzy zabudowaniami panowała cisza absolutna, nienaturalna. Stali dwieście metrów z wiatrem od bramy. A żaden pies nawet nie szczeknął, żadnych kur nie było słychać. Przy bramie nie było żadnej warty … lub była bardzo dobrze zamaskowana …

– Wachtmeister, weźcie dwóch ludzi i sprawdźcie te okopy.

Odpowiedziało mu krótkie „Jawohl!” i po chwili trzech zwiadowców posuwało się rowem w kierunku zabudowań. Reszta oddziału za dowódcą cofnęła się na skraj lasu i rozstawiła się z karabinkami gotowymi do strzału.

Jeden ze zwiadowców znikł w okopie, dwóch wkroczyło w bramę, sekundy ciągnęły się niemiłosiernie. Na szczęście nie musieli czekać długo. Dosłownie po paru chwilach przed bramę wybiegł żołnierz i zaczął energicznie machać do ułanów. Karabin trzymał w luźno opuszczonej ręce.

Przed większą od innych zagrodą sołtysa, stał Łukasz z jednym ze zwiadowców i jakimś innym podoficerem w powstańczym mundurze, czterech ludzi, w rozpiętych kurtkach mundurowych nowego kroju, stało na ganku domu.

– Wachtmeister, wyznaczcie warty. Konie rozkulbaczyć – powiedział, patrząc na młodzików, pewnie ochotnicy.

– Jawohl, herr leutnant! – odkrzyknął Łukasz i od razu zaczął wydawać dyspozycje. Żołnierze na ganku zrobili zniesmaczone miny.

– Herr corporal, schowajcie pistolet, chyba nie będzie wam teraz potrzebny. Sprawdziliście okolicę?

– Obeszliśmy całe zabudowania – odpowiedział żołnierz. – Mieliśmy tu wczoraj dołączyć do plutonu porucznika Sarkowicza, ale…

– Coś nas zatrzymało. Kto wy, tak w ogóle jesteście? – odpowiedział Michał z siodła.

– Jestem kapral Zygmunt Perlicki. Wraz z tymi żołnierzami mam dołączyć do pana oddziału, w ramach uzupełnień.

– Skąd jesteś?

– Z Inowrocławia, panie poruczniku.

– Gdzie mieszkańcy?

– Nie mam pojęcia, jak przyjechaliśmy, nikogo nie było …

– Jak to nikogo nie było?

– No, nie było panie poruczniku. Cała wiocha pusta. Nawet psów na oczy tu nie widzieliśmy.

– Do budynków wchodziliście?

– Tylko do tego, musieliśmy …

– Weź tych czterech i sprawdźcie dokładnie skraj lasu – rozkazał zdecydowanym tonem. – Za godzinę macie mi się zameldować. Właściwie to przed patrolem też stawcie się u mnie… i niech ci czterej doprowadzą się do porządku, to wojsko, a nie jakieś pospolite ruszenie.

– Ale, panie poruczniku, właśnie …

– Czas panu leci – wtrącił Michał i zeskoczył z konia. Zawołał jeszcze dowódcę drugiej sekcji i kazał wszystkim niepełniącym wart sprawdzić dokładnie budynki.

– Gdy już rozkulbaczył i zatarł dobrze sianem konia, stanął przed nim kapral Perlicki z pozostałymi. Sam świeży żołnierz, prosto ze szkolenia. Kazał im ruszyć natychmiast. Miał wielką ochotę usiąść, zdjąć buty i napić się w końcu czegoś w cywilizowanych warunkach. Ułani rozkładali się na podcieniach. Przemógł się i skierował w kierunku bramy, w okopie, po prawej stronie drogi, Łukasz rozmawiał z wartownikami. Żołnierze kiwnęli mu głowami.

– Herr wachtmeister, pozwólcie na chwilę. – powiedział spokojnie, po czym przeszli na drugą stronę drogi.

– Przydałby się tutaj ten CKM – stwierdził podoficer.

– Musielibyśmy go zostawić tu, a nie tam, po drodze mogło się dużo stać, a stąd niedługo ruszamy. Śmierdzi mi tu sowietami.

– Jawohl, herr leutnant, ale teraz by się tu przydał. – Michał pokiwał głową.

– Jak myślisz, którego do której sekcji przydzielić? – zapytał wskazując na idących skrajem polany zwiadowców.

– Ci czterej chyba obojętnie, herr leutnant.

– Taak, tylko ten corporal, z nim będą problemy.

– Jo, herr …

– Daj teraz spokój z tym leutnantem. – lekko zirytował się Michał. – To nie sztab dywizji. Ciekawe, co on za jeden. W drugiej sekcji był chłopak z Ina. Nie zna go przypadkiem?

– Właśnie o tym rozmawialiśmy. Tylko ze słyszenia. Zaciągnął się w marcu, tuż przed końcem powstania. A dalej, to grom go wie. Na linii nie służył. To widać. – Powiedział Łukasz, a dowódca skinął potakująco.

– Daj go do sergeanta Lelkiewicza, on powinien sobie z nim poradzić. – Powiedział porucznik patrząc w zamyśleniu na poczynania nowych członków oddziału. – I tego z Allenstein daj do pierwszej … – przerwał w pół zdania.

 

Jeden ze świeżo upieczonych ułanów biegł w ich stronę. W pędzie zgubił furażerkę, cofnął się po nią i znów puścił w kierunku bramy, chwilę później stanął przed nimi zdyszany.

– Kobiety … – zachłysnął się powietrzem.

– Spokój żołnierzu! – stalowym tonem powiedział Michał. – Jakie, do cholery, kobiety?

– Ciała… w lesie …

– Scheisse! Wszyscy na stanowiska. I oczy dookoła głowy. A ty prowadź. – Wyskoczył z okopu.

– Pan to lepiej weźmie. – Powiedział Łukasz, podając mu swój rewolwer.

 

Tym razem to była „zwykła” rzeź. Ciała leżały w niewielkiej niecce, tuż za porastającymi skraj pola żurawinami. Głównie spoczywały tu faktycznie kobiety, w różnym wieku od po– do przekwitania, ale nie brakowało też dzieci, dwóch lub trzech staruszków i kilkunastu mężczyzn. Normalny obrazek wojny, chłopi wyszli w pole, baby i dziady zostały z dziećmi na gospodarstwie, przyszli sowieci … To przynajmniej wyjaśniało kwestię tego radzieckiego plutonu. I tego dlaczego ich aż tak sponiewierano.

Gdy wrócił oddelegował kilku ludzi do zasypania tego dołu. W jednym z domów żołnierze znaleźli porzuconą bulionówkę. Z ciekawości Michał zwiedził szopy, nie znalazł wideł, kos ani cepów. Hipoteza zaczynała się potwierdzać. Tylko czemu stąd później odeszli? Bali się odwetu czy co?

Zaczynało się już ściemniać kiedy skończono prace. Ułani pogłębili okopy i zasypali ciała, nad którymi wbili krzyż, zbity ze znalezionych w jednym gospodarstwie dranic. Drugi raz w tym tygodniu. Warty były przydzielone, kto nie stał na posterunku, odpoczywał na sianie. Porucznik zabronił spać w zabudowaniach mieszkalnych na wypadek powrotu właścicieli. Kto nie spał, grał w wyciągnięte z juków karty.

 

Michał nie mógł zasnąć, pierwszy raz od tygodnia miał okazję przespać się w „cywilizowanych” warunkach, a mimo to nie mógł znaleźć wygodnej pozycji na wielkiej kupie siana, na której się położył. Znów nie mógł też opędzić myśli o domu i o …

Wstał, zapiął na koszuli pas z kaburą i wyszedł przed budynek, księżyc w pełni świecił jasno. We wsi panował spokój, zgodnie z rozkazem nie palono na zewnątrz żadnych świateł. Przeciągnął się i udał do okopów przed bramą. Wartownicy, siedzieli patrząc pustym wzrokiem w drogę, którą w dzień przyjechał pluton, gdy tylko spostrzegli oficera wyprężyli się i zasalutowali karabinkami.

– Coś wartego uwagi ułanie?

– Nie panie poruczniku, święty spokój, a północ już blisko.

– Wracajcie do obowiązków – powiedział i spojrzał w gwiazdy. „Nigdzie na świecie nie są tak piękne jak na kresach, a księżyc jaki!”.

Stali w okopie z wartownikami, oficer jak zahipnotyzowany patrzył w niebo, żołnierze znudzonym wzrokiem przeciągali po skraju lasu. Ciepła, spokojna noc, porucznik zapomniał o otaczającym świecie. I nagle świat przypomniał mu o sobie.

Ich ruch był błyskawiczny i jednoczesny. Żołnierze jednym pewnym ruchem przeładowali karabinki, a oficer wyciągnął z kabury swoją parabelkę. Ktoś przedzierał się przez zarośla.

– Ułanie, ogłosić alarm bojowy. Byle cicho. Żabowski do mnie, reszta niech czeka na placu na rozkazy – szepnął do jednego z podwładnych, który natychmiast ruszył do kwater.

Krzaki poruszały się coraz intensywniej, ktoś co chwilę przystawał, po czym znów podejmował marsz. Po chwili pojawił się wartownik i Łukasz, z karabinkiem w dłoni i niezapiętym pasem nośnym, bez czapki.

– To zwiad – stwierdził Michał.

– Czemu Pan tak sądzi?

– Jeden krzak się rusza, najwyżej paru ludzi tam idzie. Druga i trzecia czekają na placu?

– Zgodnie z rozkazem.

– To dobrze. Cholera wie skąd uderzą. Idź do nich i dopilnuj aby wszyscy byli gotowi.

Został sam z dwoma ułanami. Minuty wlekły się jak godziny, co chwila gęsty krzak dwadzieścia metrów na prawo od drogi poruszał się i zamierał na chwilę. „Co za nieudolni zwiadowcy.” Zdążył pomyśleć dowódca, gdy zarośle zaszamotało się potężnie i z gąszczu wypadła postać w sukni podtrzymywanej w ręce. Postąpiła kilka chwiejnych kroków, potknęła się i upadła. Michał widział Alicję.

– Scheisse! Ty ze mną! Ty ubezpieczasz! – Krzyknął do zbaraniałych żołnierzy zastygłych karabinkami gotowymi do strzału. I nie czekając ruszył biegiem w kierunku kobiety.

Dopadł do niej, ukucnął i sprawdził puls na dłoni. Żyła, ale już na pierwszy rzut oka widać było że jest ranna. Z ogromnym zdziwieniem stwierdził, że to nie jego Ala. Wartownik któremu kazał biec za sobą klęczał obok w pozycji strzeleckiej. Na drodze zarżał koń. Wojna!

– Kurwa! – Zaklął i nie bacząc na jęk bólu wziął ją na ręce i ruszył biegiem do bramy. Wskoczył do okopu, a chwilę po nim żołnierz. Siedział na dnie dysząc ciężko …

„Kawał baby.” przemknęło mu przez myśl.

– Felczer! – Krzyknął w otworze bramy ułan, który miał osłaniać ich z okopu. Kobieta zemdlała.

– Morda w kubeł! – Syknął do żołnierza. – Leć do wachtmeistra Żabowskiego, druga sekcja okopy dalsze od bramy, dwóch z trzeciej tamten, reszta przy wozie! JUŻ! I jak który wypali bez rozkazu to jak zdrajcę powieszę!

Dwóch ułanów wskoczyło do okopu po drugiej stronie drogi, a goniec przyniósł mu przy okazji dwa magazynki. Czterech wymsknęło się i obsadziło oddalone od bramy okopy. W sam czas, ledwie ostatni zniknął w osłonie, na drodze pojawiła się grupa jeźdźców. „Dziesięć, może piętnaście koni. Kurwa. W tym mroku gówno widać…” pomyślał porucznik. Wyglądali jak maruderzy, większość bez czapek, mundury różnej barwy niechlujnie porozpinane. Jeden miał nawet na sobie błękitną kurtę hallerczyków. Zatrzymali się niewiele poza linią lasu, rozmawiali chwilę, któryś krzyknął coś po rosyjsku w kierunku zabudowań. Reszta zareagowała chóralnym śmiechem. Ruszyli stępa. Szable wisiały spokojnie na rapciach, karabinki luźno zwisały na paskach. Michał odbezpieczył pistolet, podniósł go i spokojnie wycelował w kołyszącego się niemal bezwładnie w kulbace czerwonoarmistę.

Po pojedynczym piorunie, rozszalała się burza. Konie zaskoczone zatańczyły na drodze, a jeźdźcy, jadący do tej pory na luźnych wodzach w pierwszej chwili nie mogli dać sobie z nimi rady. Zanim się to udało, doszła ich palba karabinowa z okopów, a w bramie pojawił się wóz zza którego sypnął się gęsty ogień. Kilku krasnoarmiejców zwaliło się razem z kwiczącymi z bólu końmi, któryś spadł trafiony. Ktoś krzyknął „Nazad!”, a reszta zebrawszy wodze puściła spanikowane konie w cwał, byle dalej od morderczego ostrzału. Tylko jeden zdążył skryć się za ścianą lasu, jeden zsunął się na ziemię, a dwaj w chmurze pyłu przewrócili się ze swoimi wierzchowcami. Leżący, dosłownie sekundę później, zerwał się i puścił w stronę zbawiennej, bliskiej już gęstwiny. Nie zdążył.

Całe starcie trwało minutę, może dwie. Z pola dochodziły teraz tylko kwiki rannych koni, wymieszane z pojękiwaniem postrzelanych ludzi. Michał przeładował pistolet. „Może być ich więcej” przeszło mu przez myśl.

– Felczer! – krzyknął – Opatrzyć ranną! Wy dwaj za mną!

Nie czekając ruszył drogą, jakiś koń rzęził głośno, po za tym nie było znać z pobojowiska żadnego śladu życia. Pomimo to szli powoli, ostrożnie. Żaden z sowietów nie dawał znaku życia, porucznik przykląkł przy jednym z nich i sprawdził puls. Ułan przykucnął za najbliższym bramy końskim truchłem, z karabinkiem gotowym do strzału, drugi tak jak on sprawdzał ciała. Nikt nie przeżył. Michał podszedł do rzężącego konia, i przyłożył mu pistolet do głowy. „W całej tej awanturze, tylko Ciebie przyjacielu szkoda.” pomyślał.

Jeden z kozaków miał skręcony kark. Drugiemu kula kark praktycznie urwała. Skierowali się w stronę ostatniego ciała na polu. Michał gestem nakazał jednemu z ułanów zostać trochę z tyłu, drugi, z bagnetem na karabinku podchodził ostrożnie. Błękitna czapka z czerwonym otokiem leżała przy koniu, gdy podchodzili, żołnierz złapał dowódcę za ramię.

– Panie poruczniku, ten dycha jeszcze – szepnął.

Postrzelony w plecy czerwonoarmista leżał teraz na boku. W świetle księżyca wyraźnie było widać delikatny, nieregularny ruch klatki piersiowej. Oficer pokiwał głową i odbezpieczył delikatnie pistolet, dał gestem znak żołnierzowi i powoli zbliżył się do rannego. Butem obrócił leżącego na wznak, komisarz przeciągle jęknął.

Leć do wachtmeistra Żabowskiego, niech przyśle czterech ludzi z noszami. – szepnął do żołnierza.

Dwadzieścia minut później jeniec leżał w komórce, na kupie słomy, opatrzony i związany. Felczer stwierdził że to tylko odroczenie wyroku. Kula przeszła na wylot ale przebiła płuco i zahaczyła żebro. Bez sali operacyjnej i chirurga, ten człowiek był skazany na śmierć, a najbliższy szpital był odległy o ponad czterdzieści kilometrów. Zresztą, nawet gdyby był bliżej nikomu nie chciałoby się fatygować.

Bardziej zajmująca była kobieta, ulokowano ją w domu sołtysa, na porządnym łóżku. Medyk jeszcze u niej był. Michał wraz z Łukaszem siedzieli na ławie przy drzwiach od domu pijąc wódkę z blaszanych kubków.

– Ten jeniec nam się na nieszczęście trafił – powiedział oficer

– Ano, sam problem przez niego. No i ta baba jeszcze, ciekawe co z nią?

– Nie wiem. Na jeńca nie ma co na razie narzekać, może do rana skapieje. Co do tej kobity, na ranną nie wyglądała. Martwię się raczej, co z nią będzie w nocy.

– To znaczy, panie poruczniku?

– Wiesz ile nasi są z dala od domów… Leży w dalszej izbie, tak?

– Jawohl.

– Razem z felczerem rozłożycie się w sieni, broń miejcie pod ręką. Na wszelki wypadek.

– Myśli pan …

– Wolę nie myśleć. Zastanawia mnie za to czemu ci sowieci ją gonili.

– Pofolgować pewno chcieli.

– A bo to mało bab po wsiach? Tę jedną trzeba ganiać po lasach?

Łukasz nie odpowiedział, patrzył zamyślony w otwór bramy. Po chwili, wyszedł felczer, wycierając ręce w ścierkę. Spojrzał na siedzących.

– Usiądź, to była długa noc. Jak ranna?

– Nie jest ranna, panie leutnancie, tylko zmęczona. Parę dni w łóżku i ciepła strawa doprowadzą ją do siebie.

– To dobrze. Odzyskała przytomność?

– Na chwilę. Krótką.

– Myślisz że będzie można z nią rano pomówić? Może wyjaśni nam, co tu się stało.

– Nie wiem, panie leutnancie, być może. Zajrzę do niej rano to zobaczymy.

– Dobrze, kładźcie się już. Noc nam została krótka – powiedział i skierował się do stodoły w której się urządził.

 

Sygnał pobudki zastał go już w obórce, czyszczącego Wista. Gdy skończył, udał się do chaty sołtysa. Felczer parzył zbożówkę, a Łukasz siedział tam, gdzie spędził całą noc, przy łóżku kobiety. Uwagę Michała przykuł pięknie rzeźbiony sufit, wycięty w najróżniejsze roślinne wzory. „Piękna robota, bogaty gospodarz musiał tu mieszkać. W domu sobie taki zrobię. Alusi na pewno się spodoba.”

– I jak? – Spytał wchodzącego z sąsiedniej izby podoficera, który spłonił się jak jakiś żak.

– Dobrze panie leutnancie. W nocy ze dwa razy się zbudziła, pytała gdzie jest, kto ja. Majaczyła chyba. Tera śpi.

– Sporo przeszła, koszmary pewno będą dręczyć ją jeszcze kawał żywota. – wtrącił felczer.

– Pójdę sprawdzę pluton.

– Ileś spał?

– Trochę się zdrzemłem. Nic mi nie jest … – „Nawet oczu nie zmrużył” pomyślał dowódca.

– Kładź się i spróbuj zdrzemnąć, chociaż ze dwie godziny. Półżywy, na nic mi potrzebny nie jesteś. Ja zobaczę jak się nasi myrmidoni sprawują.

Ułani krzątali się po całym obejściu. Zawołał dowódców sekcji i rozdzielił zadania, wysłał zwiad do pobliskich Igraszkowic, nakazał wykopanie zbiorowej mogiły dla poległych w nocy.

Żołnierze sprawowali się wzorowo, wszystkie konie były już po owsie, a większość skończyła pojenie i zabierała się za toaletę. Niemal sielanka. Tylko te trupy… Do ósmej uporają się ze skromnym śniadaniem i zabiorą za robotę, zwiad powinien wrócić tak do dwunastej. Może o drugiej uda się ruszyć. Trzeba zebrać się stąd co prędzej, w końcu jednemu udało się uciec. Nie wiadomo co nam na karki tu sprowadzi. Tylko co zrobić z tą niespodziewaną podopieczną.

Problem niejako rozwiązał się sam.

Ranek mijał spokojnie, z grabarstwem żołnierze uporali się szybko, przed jedenastą było już po pracy. Ciało jeńca pochowali razem z jego towarzyszami broni,. Jako że noc była ciężka, pozwolił im powyciągać się w słońcu i czekał na powrót patrolu. Zwiadowcy się nie spieszyli, wrócili niecały kwadrans po pierwszej, meldując że droga jest przejezdna i bezpieczna, żadnych oznak nieprzyjaciela. Tylko wsi nie zbadali dokładnie, bo psy zwęszywszy ich zaczęły ujadać. Obserwując ją jednak, nie dostrzegli żadnych oznak obecności wroga. „Pora rozwiązać kwestię naszej podopiecznej.” Pomyślał Michał i kazawszy rozkulbaczyć i obroczyć konie skierował się do domu.

W pokoju było ciepło, otwarte okno wpuszczało ciepły powiew, pacjentka spała. Michał poprawił mundur, i chrząknął znacząco. Nie wywołało to oczywiście żadnej reakcji, a zmieszany oficer stał chwilę, w końcu powiedział głośno,

– Przepraszam panią!

To również nie było w stanie wybudzić śpiącej, więc, lekko poirytowany delikatnie potrząsnął jej ramieniem. Odpowiedziało mu przerażone spojrzenie wielkich, zielonych oczu.

– Dzień dobry, jestem porucznik Michał Sarkowicz, z 2 Pułku Ułanów Wielkopolskich …

– Czego pan chce? – w tonie leżącej znać było panikę.

– Proszę panią w zaistniałej sytuacji, pragnę Panią poinformować, że znajduje się Pani w strefie działań wojennych. Jako że ta wieś została opuszczona przez mieszkańców, odeskortujemy Panią do najbliższej miejscowości. – Kobieta rozejrzała się zdezorientowana.

– Jestem w domu. Nigdzie się stąd nie ruszę! – krzyknęła chwytając wezgłowie łóżka.

– Ale, proszę panią! Jest woj …

– Ja się stąd nie ruszę.

– Nie mogę pozwolić …

– Nic mnie to nie obchodzi! – Krzyknęła, z oczu popłynęły łzy.

Żadne indagacje nie pomogły. Ani Michał, ani Łukasz, ani felczer nie zdołali jej przekonać. Z uporem maniaka tłumaczyła, że nie pójdzie nigdzie, że nigdzie jej nie przyjmą i że tu jest jej miejsce. Dochodziła czwarta, a pozostawanie tu robiło się powoli niebezpieczne.

– Michał wściekły stał opierając się o róg stodoły.

– Nie zgadza się. I się nie zgodzi. – powiedział Łukasz.

– Każ ludziom siodłać konie. Wyruszamy za dwadzieścia minut.

– Panie poruczniku! To dla niej pewna …

– Ma do tego prawo. Jesteś pewien że na jej miejscu nie zrobiłbyś tego samego? … Więc zabieraj się za konia.

Gdy konie były już okulbaczone, a ludzie powoli wsiadali, Izabela wyszła przed dom.

– Dziękuję za pomoc poruczniku.

– Mamy wolnego konia …

– Nie. Wiem co pan chce powiedzieć. Zostaję tutaj, tu jest moje miejsce… – Oficer pokiwał głową zirytowany. „Chcesz, to sczeźnij tu sobie.” – Szerokiej drogi.

– Niech pani na siebie uważa.

Machała dopóki nie zniknęli w bramie. Łukasz zostawił jej swój zapasowy pistolet.

 

Droga była szeroka, porucznik krzyknął tylko „Czwórkami, kłusem za mną … MARSZ!”. Ujechali regulaminowe czterdzieści minut, gdy wyjechali ostrym kłusem na skraj łąki, otwierającej się przy drodze w środku puszczy. Nagle spanikowane konie zatańczyły. Dowódca rozejrzał się wokoło wstrzymując i uspokajając wierzchowca. Na łące były ogromne wilki, każdy miał w kłębie ponad półtorej metra. Wielki basior, stojąc jak surykatka, na zadnich łapach patrzył wprost na niego nieludzkimi, okrutnymi oczyma.

Wszystko działo się jednocześnie, Michał pomyślał „Są za blisko, nie zdążymy.”, a myśląc wyciągał już pałasz, spiął konia ostrogami i ryknął „BIJ!” W pędzie nie oglądał się za siebie, a nie wszyscy puścili się za nim, dwanaście koni dalej tańczyło na drodze w przerażeniu. Wołki sadziły na nich wielkimi susami, zbliżali się do siebie niewiarygodnie szybko. Michał nie słyszał że szarżujący ułani krzyczą. Nie słyszał że sam krzyczy. Wilk biegł wprost na niego, ściągnął wodze i nagle skręcił w lewo, zwierzę skoczyło na szyję wierzchowca, ale napotkało cięcie, klinga trafiła między lewą łapę a pysk. Wyraźnie słychać było chrzęst pękających kręgów. Jednocześnie

Wilk który atakował szarżującego wileńszczuka, dał nura pod kopytami jego konia znalazł się po lewej ręce jeźdźca, w połowie długości drzewca. Wyskoczył i w locie wbił kły w twarz ułana wysadzając go z kulbaki. Najechał go Łukasz, wrażając mu lancę prosto między ślepia, broń ugrzęzła zaklinowana w kościach czaszki i żebrach. Podoficer puścił żeleźce i wyszarpnął rewolwer. Wypalił od razu, niemal z przyłożenia, prosto w pysk drugiej bestii skaczącej na niego z lewej strony. Siła wystrzału odrzuciła zwierzę na ziemię. Wylądowało zwinnie na łapach, odbiło się i skoczyło mu na kark. Podoficer osadził konia w miejscu, a wołk przeleciał tuż przed pyskiem wierzchowca, jakiś ułan wbił w bok bestii lancę, gdy ją wyrywał, inny wilk zawisł na szyi jego konia, przegryzając mu tchawicę. Wierzchowiec zwinął się i przewrócił. Na szczęście ułan zdążył wyjąć nogi ze strzemion i odskoczyć.

Wilk zaatakował na wprost. nie zdążył. Łukasz przejeżdżając obok strzelił mu prosto w kark, zwierzę przygniotło do ziemi, a kawalerzysta jadący za podoficerem przygwoździł je lancą. Kolejny wołk wskoczył mu na kark, jednym kłapnięciem szczęk odgryzł głowę i dał susa w kierunku Michała, który tylko nastawił pałasz, na który zwierz się po prostu nadział, zrzucając go jednak z kulbaki i przygniatając własnym ciężarem. Ku zdziwieniu oficera, leżał na nim kompletnie nagi mężczyzna, nie monstrualnych rozmiarów wilk. Zrzucił truchło z siebie i wyrwał broń. Wielki, bury wilk rzucił się w jego stronę. Stanął w pozycji i czekał. Niespodziewanie w lesie rozległo się przeciągłe wycie, a monstrum zaryło łapami w ziemię i wbiegło między drzewa, tak samo jak dwie inne, żywe jeszcze bestie.

Szybki rzut oka upewnił go że nie jest dobrze, z tych którzy nie poszli za pierwszym natarciem tylko dwóch siedziało w siodłach i właśnie nadjeżdżało. W pierwszym uderzeniu kawalerzystom udało się zadać przeciwnikowi spore straty ale w walce kołowej z tymi cholernymi potworami nie poszło im dobrze.

– Łukasz! – Krzyknął.

– Jawohl herr leutnant!

– Zbierz pluton! Pełen raport! One mogą wrócić!

– Herr leutnant! To nie wilki …

– Otrzymaliście rozkazy!

Przyklęknął nad nagim ciałem. Mężczyzna miał kilkudniowy zarost, był potężnej budowy, wręcz nienormalnie umięśniony i mierzył ponad dwa metry. Olbrzym. Na raport nie czekał długo. Tak jak się spodziewał nie było dobrze. Zabili w sumie jedenaście bestii, poległo czternastu ułanów i dwanaście koni. Z plutonu pozostała sekcja. Łukasz podprowadził mu jego wierzchowca. Wszystko zajęło może dziesięć minut.

– W którą stronę udały się te stwory? – spytał.

– Chyba gdzieś tam. – jeden z żołnierzy wskazał, mniej więcej, kierunek z którego przyjechali.

– Za mną! Po koniach!

 

Gnali na złamanie karku, na szczęście droga była naprawdę zadbana, a oni nie odjechali daleko. Michał szybko wysforował się przed resztę, z tyłu majaczył mu tylko Łukasz. Wpadł przez bramę nawet się nie rozglądając i osadził konia przerażony.

Wszędzie walało się pełno ciał radzieckich żołdaków. Rozwłóczonych i rozszarpanych w okrutny sposób. Przy bramie leżała przewrócona taczanka. Sowietów poległo kilkunastu, większość zaatakowana od tyłu, w trakcie ucieczki. Na ganku przed domem sołtysa stała Izabela. Spuściwszy ramiona szlochała przeraźliwie.

– Co tu się stało? – Michał potrząsnął nią porządnie, nawet nie wiedział kiedy znalazł się na ziemi,

– Dostali na co zasłużyli…

– Kim oni są? – nie odpowiedziała – Mów kobieto! Te potwory zaraz tu wrócą! – nawet nie zauważył że coraz mocniej ściska jej ramię.

– SAM JESTEŚ POTWÓR!

– KURWA MAĆ! – wyciągnął pistolet z kabury i potoczył wzrokiem wokół – GADAJ!

Między zabudowania wpadł jego oddział. Ułani zaskoczeni osadzili konie tuż za bramą.

– Poluźnić popręgi! Konie do stodółki! Rozstawić się wokół ogrodzenia, tylko tak żeby nie było was widać! Jeden do mnie! Już! – krzyknął i obrócił się znów w stronę rozmówczyni. Łukasz wykrzykiwał przerywane polskimi i niemieckimi przekleństwami rozkazy. Michał naprawdę starał się być spokojny. – Dlaczego kule się ich nie imają?

– Bo to broń tchórzy – zaśmiała się opętańczo. Pojawił się przy nim ułan w sukiennym mundurze.

– Do środka ją! ŁUKASZ! ZA PIĘĆ MINUT DO RAPORTU!

 

Poluźnił Wistowi popręg, rozpiął nachrapnik i wyjął wędzidło. Wszystko w biegu, dzięki Ci Boże za kantaroogłowia. Gdy wypadł z obórki zobaczył jak jeden z żołnierzy zarzuca na płot kulbakę

– Co ty kurwa robisz!? Kulbacz konia! JUŻ!

– Z za rogu wypadł zziajany Łukasz.

– Teren zabezpieczony. Razem z nami dziesięciu zdolnych do walki. Amunicji powinno starczyć. Konie zjechane, jak dziś je jeszcze pognamy to popadają. Zwłoki leżą wokół całej wiochy, ci na których my się napatoczyliśmy musieli być tylko częścią watahy. Wydaje się, że na razie jesteśmy bezpieczni.

– CKM ustawić w bramie…

– Do niczego się nie nadaje. Lufa pokrzywiona i dziurawa chłodnica.

– Cholera – oparł się o ogrodzenie. – Rozstaw widety i sprawdźcie chociaż tych co leżą w wiosce. Rannych dobić. Jak znajdziecie jakąś amunicję do mauserów, zbierać. Nie wiadomo ilu się ich tu jeszcze kręci, a chyba będziemy musieli spędzić tu jeszcze jedną noc.

– Jawohl herr leutnant!

– W izbie panował półmrok, żołnierz stał z karabinkiem przy oknie wychodzącym na główny plac. Michał usiadł na zydlu tak, by od gospodyni oddzieliła go szeroka kuchnia.

– Idź do furty i nie wpuszczaj na nikogo na podwórze – rozkazał patrząc na Izabelę.

– Mamy sobie chyba trochę do wyjaśnienia – powiedział gdy za żołnierzem zamknęły się drzwi. Rozpiął pas i położył na stole z kaburą skierowaną ku sobie, bluzę zawiesił na wystającym ze ściany kołku. Jego rozmówczyni milczała. – Zacznijmy od tego dlaczego pani ocalała? Samotna młódka w ogarniętym wojną powiecie.

– Miałam szczęście…

– Szczęście można mieć w brydżu, droga pani. – spokojnie podwinął rękaw i zamyślił się chwilę patrząc na rzeźbione nadproże. – No, ale powiedzmy że wierzę, iż samojed przemknęła się pani przez tutejsze lasy. Wierzę, pomimo tego, że myśmy trzykrotnie spotkali tu sowieckie patrole, raz napatoczyliśmy się na jakąś przerośniętą watahę, a w okolicy powinny kręcić się przynajmniej dwa polskie szwadrony i ze trzy bataliony piechoty. Przyjmijmy takie założenie. – Zrobił kolejną pauzę – Tylko niech mi pani wyjaśni jak przetrwała atak krasnoarmiejców? I tych potworów? – Mówił spokojnym, niemal niefrasobliwym tonem, ze wzrokiem wciąż utkwionym w nadproże. – Słucham pani – dodał po chwili.

– Ja … ja schowałam się na podsieniu…

– Gdy wjechałem stała pani przed tą chałupą.

– No bo … bo zeszłam gdy się skończyło …

– Nie chciała pani odczekać dłuższego czasu by upewnić się czy te … bestie … odeszły?

– Słyszałam już tętent na drodze i …

– Nie obawiała się pani że to sowieci? Wie pani co zrobiliby pani gdyby pani wpadła im w ręce?

– Proszę pana, ja …

– Możemy grać w tę grę jeszcze bardzo długo, tylko że ja nie mam na to czasu.

– Słucham?

– Nie wiem i nie interesuje mnie czy uważa się pani za Polkę, Litwinkę, Rosjankę czy Białorusinkę, bo pewnie mówi pani płynnie we wszystkich tych językach. Nie interesują mnie pani poglądy polityczne, nawet jeżeli pani je posiada. Interesuje mnie to, że giną tu ludzie. Moi ludzie. Tacy za których śmierć ja ponoszę odpowiedzialność. Niezależnie od mojej realnej winy. Zresztą nie tylko nas się tu zabija, i to nawet nie sowietów mi szkoda. Wie pani co znaleźliśmy kilka kilometrów stąd? Masakrę. Ciała były tak zmasakrowane, że na samo wspomnienie robi mi się niedobrze. – Zrobił pauzę – Początkowo zrzuciłem to czerwonoarmistów. Widziałem już ślady ich przemarszów, dziewczyny szlochające po opłotkach i „inteligencję” porozwieszaną po drzewach, niewiele kompletniejszą od tych z jeziora …

– Z jeziora? – Dopiero teraz w jej głosie usłyszał niepokój. – Którego?

– A bo ja wiem jak je wołacie? Zwykła wielka kałuża parę kilometrów na wschód stąd.

– Na którym brzegu?

– Czy to znaczy że jednak powie mi pani w końcu o co w tym wszystkim chodzi? – aż przygryzła wargę.

– Błagam pana, na którym brzegu?

– W wodzie, przy zachodnim brzegu. – Izabela osunęła się w sobie.

– Pani Izabelo, jest pani bardzo interesującą osobą. Chciałbym dowiedzieć się o pani więcej.

– Nie uwierzy mi pan. – dopiero teraz jej głos zabrzmiał tak, jak powinien. Dopiero teraz widział, że się załamała, że musi zmierzyć się z bezsensem życia.

– Dzisiaj jestem skłonny uwierzyć w bardzo wiele rzeczy, więc chyba warto spróbować. Kim pani jest.

– Jestem … byłam córką Przewodniczki. – Michał westchnął ciężko.

– A co to znaczy?

– Ten opłotek, Wilkowyje, nazwa nie wzięła się znikąd.

– Nie brak takich miejscowości, a tu lasy wszędzie…

– Nie o to chodzi. Są na tym świecie siły, których potęgi i natury nie jesteśmy w stanie nawet oszacować. Założyciel tej wsi osiadł tu wiele lat temu …

– Pani Izabelo, chyba się nie zrozumieliśmy. Ja nie mam czasu na folklor i ludowe bajędy, chcę wyprowadzić z tego bajzlu choć część z tych, którzy stoją wokół palisady. Proszę krótko i na temat.

– Poczęstował gościa ludzkim mięsem.

– Słucham? – porucznik zbaraniał.

– Do jego domu zapukał zbłąkany wędrowiec, podał się za pana burzy. Nasz przodek postanowił to sprawdzić i dał mu w potrawce ludzkie mięso…

– A co to ma wspólnego z obecną sytuacją?

– Próbuję panu powiedzieć! – Skryła twarz w fartuchu, otarła kąciki oczu. – Miał pecha – podjęła po chwili – wędrowiec wyczuł podstęp i ich przeklął. Wszyscy mężczyźni zmienili się w wilki. – spojrzała mu głęboko w oczy. – I co? Wierzy mi pan?

– Proszę panią …

– Widział pan te wilki? Może pan do nich strzelać do woli. Kule nie są im straszne. Tylko biała stal i grom mogą ich powalić.

– A jaka pani w tym wszystkim rola? – Michał nie wierzył, a raczej chciał nie wierzyć. Tyle że widział na własne oczy.

– One są potężne, a ich twórca potrzebował drużyny. Toczył chyba jakąś wojnę, postanowił wykorzystać te przypadkowe twory. Stworzył nas, stanowiliśmy jedną watahę. My władałyśmy ich przemianą i trzymałyśmy w ryzach ich furię, by mogli uwolnić ją, gdy nadejdzie czas… – z jej oczu pociekły łzy – musi ich pan powstrzymać.

– Przed czym?

– Obrazili go, więc zamienił ich w potwory i zmusił by złożyli księżycowi ofiarę ze swych matek, sióstr i córek…

– To ich dzieło? Kobiety z tej wsi leżą niedaleko, w lesie. Wczoraj zasypaliśmy mogiłę.

– Myśli pan że od tak, po setkach lat nagle zdziczeli?! Ludzi stąd zamordowali sowieci, dlatego to wszystko się wydarzyło. Początkowo jeszcze wewnątrz byli ludźmi, ale gdy dokonali zemsty …

– Już złożyli ofiarę, więc chyba po kłopocie, byle się na nich nie napatoczyć…

– To tak nie działa, jutro w nocy …

– Mam dziesięciu ludzi, ich widzieliśmy przynajmniej trzech. Nie mam sił by cokolwiek z tym zrobić. Przykro mi.

– Oni się mszczą.

– Ja im nic nie zrobiłem…

– Zabijaliście ich. Będą szukać pomsty na tych, na których wam zależy.

– W gardle Michała wyrosła wielka, lodowata kula. Mama. Alicja.

– Jesteś teraz przewodniczką stada, tak? Nie możesz ich powstrzymać?

– Nie jestem, nie przeszłam inicjacji. Poza tym odkąd jako wilki przelali ludzką krew, nic nie mogę zrobić. Próbowałam.

– A my? Nie zajmą się nami?

– Jutro ofiara, teraz nie mają czasu. Wrócili teraz do pierwotnej formy klątwy, a nie zostali zaklęci tak by stawiać czoła zbrojnym mężom.

 

Rozmawiali długo. Gdy wyszedł zapadał zmierzch.

– Zawołaj wachtmeistra Żabowskiego – rozkazał ułanowi siedzącemu przy płocie. Po kilku chwilach pojawił Łukasz.

– Na rozkaz panie leutnancie!

– Nakażcie rozkulbaczyć i zaobroczyć konie, dajcie im na noc siana, gdzieś tu musi być. Wyznaczcie i rozstawcie wachty wokół wsi, dwóch na raz. Wszyscy nocują w tej chacie, nie ma nas wielu, musimy trzymać się razem.

– Herr leutnant! Nie będziemy w stanie obserwować całego perymetru …

– Wiem. Musimy zaryzykować, potrzeba nam odpoczynku a jutro będzie dzień jeszcze gorszy niż dziś… Jak morale?

– Nie za dobrze. Nowi nie pouciekali tylko dlatego że za dnia nie zajechaliby do naszych, a sami w nocy nie chcą być w lesie, to coś… Wie pan co to było?

– Niestety tak. Jutro znów musimy się z nimi zetrzeć.

– Może uda się przemknąć …

– Nie dalibyśmy rady nawet gdybyśmy próbowali, wachtmeister. Teraz rozstawcie ludzi, i niech się mają na baczności.

– Jawohl herr leutnant!

– Jeszcze jedno Wachmeister…

– Tak?

– Niech wszyscy przytroczą szable do pasów.

 

Powoli zapadał zmrok. Siedzieli zamaskowani gałęziami i wysmarowani naparem z ziół który dała im Izabela. Czekali. Po nerwowej nocy i pracowitym dniu wszystko było gotowe. Teraz pozostało tylko się modlić.

Las milczał jak zaklęty, był nienaturalnie, nieralnie cichy. Po prostu nigdzie nie bywało tak cicho. Na skraju morza otacza nas jego nieustanny szum, w najwyższych i najbardziej nieprzystępnych górach wiatr zawodzi w załomach. Nawet w samym nieprzebytym sercu puszczy otaczają człowieka rozmaite dźwięki. Skrzypienie drzew, szum liści, spadające gałęzie, świergot ptaków, dukanie dudków, ryk czapli. Tu jednak nie spadła ani jedna gałąź i nie zaskrzypiał ani jeden pień, żadne stworzenie nie dawało znaku istnienia. Nawet wiatr wydawał się ustać. Jedynie nad ich głowami niebo powoli zasnuwało się burzowymi chmurami.

Tak jakby świat czekał razem z nami – pomyślał Michał.

Dowódca zwyczajnie i po ludzku się bał. Wcześniej nie miał na to czasu, wszystko działo się zbyt szybko, zbyt wiele było do zrobienia. Teraz jednak, gdy nie pozostało mu nic innego niż czekanie, pojawił się przytłaczający strach.

Czym innym jest walka z ludźmi, choćby najgorszymi, którzy nie oszczędzają nikogo i pastwią się nad wszystkimi jednakowo. Tu oczekiwali na stworzenia których nie rozumieli, a jeszcze niedawno nie wierzyli w ich istnienie. Każdy słyszał legendy.

Minuty wlokły się niemiłosiernie, Michał starał się nie patrzeć na zegarek. Chłód przenikał przez gruby, filcowy płaszcz.

Zaczęło się przed północą.

Najpierw na ścieżce na skraju polany usłyszeli kroki wielu par bosych stóp. Po ciągnącej się w nieskończoność chwili wkroczyła w blask księżyca bezładna grupa kilkunastu kobiet. Wszystkie były bose i w lekkich halkach, najwidoczniej wyrwane ze snu. Żadna z nie rozglądała się wokół, ani nie krzyczała, nawet nie rozmawiały między sobą. Lekko przygarbione jedynie patrzyły niewidzącymi oczyma przed siebie.

Zaraz za nimi na polanę wkroczyło pięć bestii.

Michał zacisnął zgrabiałe palce na sieci i rozejrzał się po skraju polany. Nie dostrzegł niczego, ciemne mundury nijakiej barwy idealnie stapiały się z otoczeniem. Modlił się z całych sił aby tam byli.

Trzy wilki ustawiły się pomiędzy kobietami a lasem, a dwa weszły w przybrzeżną wodę i zatrzymały się przy odbiciu księżyca.

Basiory stojące pod ścianą lasu stanęły na zadnich łapach i zaczęły chodzić wokół zbitych w gromadkę kobiet wydając z paszcz dziwne, modulowane wycia. Zaczęły przybierać formę … pieśni. Porucznik nie mógł rozróżnić żadnych słów, ale melodia wydawała mu się smutna i tęskna, trochę jakby przepraszającej i żałobnej, ale z czasem zmieniła ton, stała się szybsza, czy raczej gwałtowniejsza. Po chwili dołączyły do śpiewu basiory dotąd kołyszące się w wodzie. Wilki śpiewały, tańczyły w rytm coraz bardziej szaleńczej i opętańczej pieśni. Całość trwała długo, choć żaden z utajonych obserwatorów nie umiałby powiedzieć czy kilka minut czy też kilka godzin. Nagle, w jednym tonie pieśń się urwała, a śpiewacy zamarli w upiorno-groteskowych, półludzkich pozach.

Pierwsza kobieta ruszyła drętwym krokiem w stronę jeziora. Tak jak mówiła Izabela.

Dziewczyna, może szesnastoletnia, wkraczała coraz głębiej, gdy stanęła w odbiciu, woda sięgała jej nieco powyżej pasa. Zwiewna halka unosiła się na powierzchni wokół jej talii. Michał zamknął oczy i starał się nie słyszeć.

„Pozwólcie im przynajmniej na jedną, to je osłabi. Będą jak pijane.”

Na szczęście nie trwało to długo.

Otworzył oczy gdy ucichł potworny chrzęst, a potwory podjęły swój taniec, tym razem nie trwało to długo, gdy znów zastygli w dziwacznych pozach. Oficer spojrzał na towarzyszącego mu ułana i skinął głową. Wycelował ze swego pistoletu w nieruchomego basiora i wypalił.

Nim wilk upadł, ułan był już na polanie, a gdy znalazł się na ziemi wylądowała na nim wzmocniona grubymi rzemieniami i przepleciona gęsto ziołami siatka. W pierwszej chwili bestia była zszokowana. Zawyła przeraźliwie, lecz nim się opamiętała, Michał był już przy niej z pałaszem w ręku i zakończył jej życie szybkim sztychem.

Stojące dotąd karnie niedoszłe ofiary zaczęły przeraźliwie krzyczeć, kilka zemdlało

Po drugiej stronie pola walki sukces był tylko połowiczny. Ułanom zabrakło zgrania, jedna z sieci poleciała zbyt późno i potwór zdołał jej uniknąć, dopadając żołnierzy. Zatrzymało to ich na chwilę, dosłownie na kilka sekund. Wystarczyło by spętany się opamiętał, rwał już sieci. Czterech ułanów skoczyło ku nieskrępowanej bestii. Jeden wyleciał wysoko w powietrze uderzony ogromną łapą, a drugi zastygł z kłami wbitymi w gardło. Wtedy Łukasz szybkim, umykającym oczom ruchem, przebił przeciwnika lancą. Kilka szaro-zielonych mundurów skłębiło się nad uwięzionym jeszcze potworem. Dźgali bez opamiętania, raz za razem, nie zważając, że szable zagłębiają się już w ludzkim ciele.

Pozostałe stwory stały zaskoczone w wodzie.

Plan działał.

Michał wpadł do wody gdy pierwszy potwór chwiejnie machnął łapą w jego kierunku. Odchylił się lekko i ciął z góry, między szyję i obojczyk. Pałasz ugrzązł z chrzęstem w naruszonym mostku, a przekleństwa oficera zmieszały się z ludzkim już krzykiem konającego.

Drugi z potworów otrząsnął się szybciej. Był już na brzegu. Michał rzucił się w kierunku plaży. Bestia dopadła jednego z ułanów, kłapnięciem szczęk odgryzła mu głowę, odbiła się od ziemi i skoczyła na kolejnego. Na jej drodze stanęła uniesiona lanca Łukasza.

Przebity na wylot człowiek patrzył na swojego mordercę jakby zdziwiony. Wachmistrz podszedł beznamiętnie, wziął żeleźce pod pachę i kopnięciem zrzucił ciało z grotu.

Kobiety krzyczały ze strachu i zimna. Żołnierze krzyczeli z radości, z tej jedynej, niewiarygodnej radości z życia. Tylko Michał i Łukasz w milczeniu patrzyli sobie w oczy.

 

I wtedy wszystko się po prostu zatrzymało. Michał stał do kolan w wodzie z pałaszem w luźno opuszczonej dłoni. Wrzeszczące dotąd dziewczęta znów zastygły z pustym wzrokiem, tak jak jego ludzie.

Przez polanę szedł człowiek. Olbrzymiego wzrostu, z długimi kasztanowymi włosami i potężną brodą. W kurcie z łosiowej skóry, wysokich, brązowych butach. Szedł przez polanę pełną stojących jak solne słupy ludzi, podpierając się na solidnej stalowej ladze. W jezioro zaczęły bić pioruny.

Zatrzymał się na skraju tafli jeziora, a delikatne fale opływały mu kostki. Uśmiechał się. Stał wśród krwi i mordu uśmiechając się, najwidoczniej zadowolony z zastanej sytuacji.

Machnął od niechcenia ręką, a ludzie Michała wytarli szable o trawę, po czym wraz z kobietami, z niewidzącym wzrokiem skierowali się na ścieżkę którą przygnano ofiary. Oficer chciał krzyczeć.

Mężczyzna patrzył porucznikowi w oczy, a ten nigdy wcześniej ani później nie zaznał takiego spojrzenia. Było tak dalece głębokie, że niemal … intymne. Pioruny raz po raz biły w powierzchnię jeziora. Przybysz uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym niemal bez zamachu uderzył go lagą w twarz.

Upadając Michał zmącił odbicie księżyca. Nie mogąc się poruszyć szarpał się wewnątrz samego siebie, gdy poczuł że tonie. Niemal już czuł jak woda wdziera mu się do płuc, gdy ktoś pociągnął go za ogon.

Gdy tylko jego głowa znalazła się nad powierzchnią wody łapczywie złapał dech, który od razu wybiło z niego silne uderzenie. Mężczyzna śmiał się jak szaleniec. Potężne razy spadały raz za razem. Kolejno na żebra, mostek, grzbiet, nogi, ręce. Michał krzyczał, z całych sił krzyczał, ale z jego ust wydobywało się jedynie mrożące krew w żyłach wycie. Buchająca obficie jucha sklejała mu skłębione futro. Ból był nie do zniesienia, lecz oprawca niemiłosiernie zadawał cios za ciosem. Metodycznie i skrupulatnie. W końcu, po całej wieczności, kolejne uderzenie spadło na jego głowę, w potylicę. Dopiero wtedy zapadła ciemność.

Koniec

Komentarze

Pomimo usterek nie czytało się źle. Masz dużą wiedzę na temat opisywanych realiów, a przynajmniej odniosłem takie wrażenie, bo sam takiej wiedzy nie mam więc nie mogę zweryfikować :P Historia nieskomplikowana, ale dość klimatyczna.

 

Z uwag:

– dialogi zaczyna się myślnikiem! Twój zapis utrudnia czytanie, zresztą błędów w dialogach jest więcej

– “półtorej metra“ – metr jest rodzaju męskiego, więc “półtora”

– “polkę, litwinkę, rosjankę czy białorusinkę“ – Polkę, Litwinkę…

– dzięki Ci Boże – “ci”

– Kim pani jest. – znak zapytania

– Brakuje sporej liczby przecinków. Np. “Powiedział wskazując dość wysoki“ – przecinek po “powiedział”

BartkuS, przykro mi to mówić, ale niemiłosiernie zmęczyło mnie Twoje opowiadanie. Może lepiej przyjęłabym całą historię, gdybyś opisał ją krócej, sprowadził wszystko do osobliwego i strasznego zdarzenia, które miało miejsce w czasie przejazdu ułanów. Gdybyś umiejętnie pomieszał prawdę i fikcję.

Otrzymałam jednak, ciągnący się przez ponad połowę tekstu, niemal dokumentalny, fabularyzowany raport, naszpikowany licznymi szczegółami i terminami wojskowymi, niepozbawiony kontekstu historycznego, urozmaicony topograficznymi opisami środowiska.

A to, co dzieje się później, to już czysta fantazja. Być może oparta na jakichś miejscowych przekazach i wierzeniach, ale w połączeniu z pierwszą częścią, dla mnie mało strawna. Przykro mi, ale Twoich wilkołaków po prostu nie kupuję.

Może jeszcze dałabym się przekonać do opowiadania, gdyby nie było tak niedobrze napisane. BartkuS, kompletnie lekceważysz interpunkcję i fatalnie konstruujesz zdania, a skutek tego jest taki, że powstało całe mnóstwo fragmentów bardzo śmiesznych, choć z pewnością nie miałeś zamiaru nikogo rozśmieszać.

Zapis dialogów woła o pomstę do nieba. Chwilami nie wiedziałam, kto, co i do kogo mówi. Czasem bohater myśli, ale też nieprawidłowo.

Nadużywasz zaimków, dość często zdarzają Ci się powtórzenia, trafiają się błędy ortograficzne.

Jednym słowem, BartkuS, mnóstwo pracy przed Tobą, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie coraz lepiej. ;-)

 

Zszedł po­mię­dzy ludzi i ukuc­nął przy jed­nym z ciał… – Skąd/ z czego zszedł Michał?

 

-To nie so­wie­ci. – stwier­dził gło­śno.– To nie so­wie­ci – stwier­dził gło­śno.

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj do tego poradnika: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

 

Żoł­nie­rze pa­trzy­li na niego py­ta­ją­cy­mi oczy­ma. – Wolałabym: Żoł­nie­rze pa­trzy­li na niego, py­ta­ją­c oczy­ma/ pytając wzrokiem.

 

W wo­dzie i na brze­gu nie­wiel­kiej plaży, na skra­ju po­lo­dow­co­we­go je­zio­ra… – Przybrzeżna woda i niewielka plaża, są właśnie skrajem jeziora.

 

Zmierz­cha­ło, od­dział w kul­ba­kach zna­lazł się szyb­ko i spraw­nie. – Czy pogubili się w kulbakach a potem się odnaleźli? ;-)

Proponuję: Zmierz­cha­ło. Od­dział, szybko i sprawnie zna­lazł się w kulbakach.  Lub: Zmierz­cha­ło. Od­dział, szybko i sprawnie dosiadł koni.

 

Czer­wo­ni skon­fi­sko­wa­li in­wen­tarz – po­wie­dział Wi­leńsz­czak.Czer­wo­ni skon­fi­sko­wa­li in­wen­tarz – po­wie­dział wilnianin/ wilniuk. http://poradnia.pwn.pl/lista.php?kat=18&szukaj=wile%F1szczyzny

 

Nie wy­kła­dać siana z sia­tek … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

Ten błąd powtarza się także w dalszym ciągu opowiadania. :-(

 

Słoń­ce za­sta­ło już żoł­nie­rzy sio­dła­ją­cych konie, ktoś za­sy­py­wał ogni­sko– Ktoś zlekceważył, wydany wcześniej, rozkaz dowódcy: „Nie palić mi tu żad­ne­go ognia”.

 

…a po za tym tylko tropy ja­kiejś wa­ta­hy. – …poza tym tylko tropy ja­kiejś wa­ta­hy.

 

Wkrót­ce je­cha­li sze­ro­ką na ja­kieś trzy metry ście­ży­ną… – Ścieżyną nazywasz trzymetrową drogę? Toż to trakt, niemalże! ;-)

 

…sta­nę­li na wą­skiej prze­sie­ce prze­ci­na­ją­ce w po­przek ścież­kę… – Czy przesieka mogła przecinać ścieżkę wzdłuż?

Proponuję: …sta­nę­li na wą­skiej prze­sie­ce, prze­ci­na­ją­cej ścież­kę

 

…trzech uła­nów ob­ser­wo­wa­ło roz­le­głą prze­strzeń na stoku wznie­sie­nia. Dłuż­szą chwi­lę ob­ser­wo­wał po­la­nę… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Dłuż­szą chwi­lę lustrował po­la­nę

 

Kiedy wszy­scy byli już na otwar­tej prze­strze­ni, Mi­chał dał ge­stem roz­kaz i cały od­dział ru­szył za­ko­sa­mi w dół. Gdy w po­bli­skich krza­kach roz­le­gło się po­twor­ne, nie­ludz­kie wycie. – Wolałabym: Kiedy wszy­scy byli już na otwar­tej prze­strze­ni, Mi­chał dał ge­stem roz­kaz i gdy cały od­dział ru­szył za­ko­sa­mi w dół, w po­bli­skich krza­kach roz­le­gło się po­twor­ne, nie­ludz­kie wycie.

 

…koń prze­sa­dził rów i miał teraz przed py­skiem gęsty krzak aka­cji – Robinia akacjowa, lub grochodrzew, mylnie nazywana akacją, jest drzewem, nie krzakiem.

Proponuję: …koń prze­sa­dził rów i miał teraz przed py­skiem gęstą, młodą akację

 

…a kilku za­czy­na­ło kupić się wokół niego. – Wolałabym: …a kilku za­czy­na­ło skupiać się wokół niego.

 

SCHE­IS­SE! KUPIĆ SIĘ KURWA DO DO­WÓD­CÓW SEK­CJI! – Wolałabym: SCHE­IS­SE! GRUPOWAĆ SIĘ/ GROMADZIĆ SIĘ KURWA DO DO­WÓD­CÓW SEK­CJI!

 

Wieńsz­czak ta­mo­wał krew wa­lą­cą fon­tan­ną z nosa… – Kim jest Wieńszczak?

 

…w lesie ude­rzył głową w niżej za­wie­szo­ną gałąź… – Gałęzie w lesie zdecydowanie częściej rosną niż bywają zawieszone. ;-)

Proponuję: …w lesie ude­rzył głową w niżej rosnącą gałąź

 

…nikt nawet nie my­ślał o za­wie­sze­niu lanc na tem­bla­ku. – Wielu lanc na jednym temblaku? ;-)

 

Mi­nu­ty spę­dza­ne w na­pię­ciu wlo­kły się nie­mi­ło­sier­nie…Mi­nu­ty spę­dza­ne w na­pię­ciu wlekły się nie­mi­ło­sier­nie

 

Domy były zbu­do­wa­ne ze sczer­nia­łych od upły­wu lat bali, po­łą­czo­ne ostro­ko­łem z świe­żej so­śni­ny. – Podejrzewam, że raczej: Domy były zbu­do­wa­ne ze sczer­nia­łych od upły­wu lat bali, otoczone ostro­ko­łem ze świe­żej so­śni­ny

 

Stali dwie­ście me­trów z wia­trem od bramy. – Co to znaczy stać dwieście metrów z wiatrem?

 

Ułani roz­kła­da­li się na pod­cie­niach. – Raczej: Ułani roz­kła­da­li się w pod­cie­niach.

 

Mi­chał nie mógł za­snąć, pierw­szy raz od ty­go­dnia miał oka­zję prze­spać się w „cy­wi­li­zo­wa­nych” wa­run­kach, a mimo to nie mógł zna­leźć wy­god­nej po­zy­cji na wiel­kiej kupie siana, na któ­rej się po­ło­żył. Znów nie mógł też opę­dzić myśli o domu i o … – Powtórzenia. Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

War­tow­ni­cy, sie­dzie­li pa­trząc pu­stym wzro­kiem w drogę… War­tow­ni­cy sie­dzie­li, pa­trząc pu­stym wzro­kiem na drogę

 

Czemu Pan tak sądzi? Czemu pan tak sądzi?

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

„Co za nie­udol­ni zwia­dow­cy”. Zdą­żył po­my­śleć do­wód­ca, gdy za­ro­śle za­sza­mo­ta­ło się po­tęż­nie i z gąsz­czu wy­pa­dła po­stać w sukni pod­trzy­my­wa­nej w ręce. – Zarośla nie występują w liczbie pojedynczej. Zarośla nie szamoczą się.

Proponuję: „Co za nie­udol­ni zwia­dow­cy” – zdą­żył po­my­śleć do­wód­ca, gdy za­ro­śla poruszyły się gwałtownie i z gąsz­czu, podtrzymując suknię, wy­pa­dła po­stać.

 

Ty ubez­pie­czasz! – Krzyk­nął do zba­ra­nia­łych żoł­nie­rzy za­sty­głych ka­ra­bin­ka­mi go­to­wy­mi do strza­łu. – Chyba miało być: Ty ubez­pie­czasz! – krzyk­nął do zba­ra­nia­łych żoł­nie­rzy, za­sty­głych z ka­ra­bin­ka­mi go­to­wy­mi do strza­łu

 

Do­padł do niej, ukuc­nął i spraw­dził puls na dłoni. – Pulsu nie sprawdza się na dłoni.

Proponuję: Do­padł do niej, ukuc­nął i spraw­dził puls. Lub: Do­padł do niej, ukuc­nął i spraw­dził puls na nadgarstku.

 

Czte­rech wy­msknę­ło się i ob­sa­dzi­ło od­da­lo­ne od bramy okopy.Czte­rech wy­mknę­ło się i ob­sa­dzi­ło od­da­lo­ne od bramy okopy.

Za SJP: wymsknąć się pot. «wysunąć się, wypaść skądś»

 

Sza­ble wi­sia­ły spo­koj­nie na rap­ciach, ka­ra­bin­ki luźno zwi­sa­ły na pa­skach. – Powtórzenie.

 

Nie cze­ka­jąc ru­szył drogą, jakiś koń rzę­ził gło­śno, po za tym nie było znać z po­bo­jo­wi­ska żad­ne­go śladu życia. Po­mi­mo to szli po­wo­li, ostroż­nie. Żaden z so­wie­tów nie dawał znaku życia, po­rucz­nik przy­kląkł przy jed­nym z nich i spraw­dził puls. – Powtórzenie.

Proponuję: Nie cze­ka­jąc, ru­szyli drogą. Jakiś koń rzę­ził gło­śno, poza tym na po­bo­jo­wi­sku nie było widać żad­ne­go śladu życia, żaden z sowietów nawet nie drgnął. Po­mi­mo to szli po­wo­li, ostroż­nie. Po­rucz­nik przy­klęknął przy jed­nym z leżących i spraw­dził puls.

 

„W całej tej awan­tu­rze, tylko Cie­bie przy­ja­cie­lu szko­da.” po­my­ślał. „W całej tej awan­tu­rze, tylko cie­bie przy­ja­cie­lu szko­da” – po­my­ślał.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Do zwierząt też. ;-)

Błąd powtarza się w dalszym ciągu opowiadania.

 

W świe­tle księ­ży­ca wy­raź­nie było widać de­li­kat­ny, nie­re­gu­lar­ny ruch klat­ki pier­sio­wej. Ofi­cer po­ki­wał głową i od­bez­pie­czył de­li­kat­nie pi­sto­let… – Powtórzenie.

Proponuję: W świe­tle księ­ży­ca wy­raź­nie było widać de­li­kat­ny, nie­re­gu­lar­ny ruch klat­ki pier­sio­wej. Ofi­cer po­ki­wał głową i ostrożnie od­bez­pie­czył pi­sto­let

 

Uwagę Mi­cha­ła przy­kuł pięk­nie rzeź­bio­ny sufit, wy­cię­ty w naj­róż­niej­sze ro­ślin­ne wzory. – Wolałabym: Uwagę Mi­cha­ła przy­kuł sufit, z pięknie wyrzeźbionymi naj­róż­niej­szymi roślinnymi wzorami.

 

Żoł­nie­rze spra­wo­wa­li się wzo­ro­wo, wszyst­kie konie były już po owsie, a więk­szość skoń­czy­ła po­je­nie i za­bie­ra­ła się za to­a­le­tę. – Chciałabym zobaczyć, w jaki sposób konie, najedzone i napojone, dokonują porannej toalety? ;-)

Proponuję: Żoł­nie­rze spra­wo­wa­li się wzo­ro­wo, nakarmiwszy wszyst­kie konie owsem i więk­szość napoiwszy, za­bie­ra­li się do to­a­le­ty.

 

Do ósmej upo­ra­ją się ze skrom­nym śnia­da­niem i za­bio­rą za ro­bo­tęDo ósmej upo­ra­ją się ze skrom­nym śnia­da­niem i za­bio­rą do roboty

 

Ciało jeńca po­cho­wa­li razem z jego to­wa­rzy­sza­mi broni,. Jako że noc była cięż­ka… – Rozumiem, że Autor miał wątpliwości i asekuracyjnie postawił i przecinek, i kropkę, a potem, na wszelki wypadek, zaczął wielką literą. ;-)

 

Po­my­ślał Mi­chał i ka­zaw­szy roz­kul­ba­czyć i ob­ro­czyć konie skie­ro­wał się do domu. – Zrozumiałam, że Michał kazać okaleczyć konie, by broczyły krwią? ;-)

Czy jeśli daje się koniom siano, to się je osiania. ;-)

Proponuję: Po­my­ślał Mi­chał i ka­zaw­szy roz­kul­ba­czyć, a potem nakarmić konie, skie­ro­wał się do domu.

 

W po­ko­ju było cie­pło, otwar­te okno wpusz­cza­ło cie­pły po­wiew… – Powtórzenie. Pokój w wiejskiej chacie, to izba.

Proponuję: W izbie było przyjemnie, przez otwar­te okno wpadało cie­płe po­wietrze

 

„…je­stem po­rucz­nik Mi­chał Sar­ko­wicz, z 2 Pułku Uła­nów Wiel­ko­pol­skich … – …je­stem po­rucz­nik Mi­chał Sar­ko­wicz, z drugiego Pułku Uła­nów Wiel­ko­pol­skich

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Pro­szę panią w za­ist­nia­łej sy­tu­acji, pra­gnę Panią po­in­for­mo­wać, że znaj­du­je się Pani w stre­fie dzia­łań wo­jen­nych. – O co porucznik prosi kobietę? ;-)

Pro­szę pani, w za­ist­nia­łej sy­tu­acji pra­gnę panią po­in­for­mo­wać, że znaj­du­je się pani w stre­fie dzia­łań wo­jen­nych.

 

Z upo­rem ma­nia­ka tłu­ma­czy­ła, że nie pój­dzie ni­g­dzie…– Wolałabym: Z upo­rem ma­nia­czki tłu­ma­czy­ła, że nigdzie nie pój­dzie

 

Więc za­bie­raj się za konia. – W jaki sposób Łukasz miał zabrać się za konia? ;-)

 

Gdy konie były już okul­ba­czo­ne, a lu­dzie po­wo­li wsia­da­li, Iza­be­la wy­szła przed dom. – Skąd wiadomo, że kobieta miała na imię Izabela?

 

Uje­cha­li re­gu­la­mi­no­we czter­dzie­ści minut, gdy wy­je­cha­li ostrym kłu­sem…– Powtórzenie.

 

Na łące były ogrom­ne wilki, każdy miał w kłę­bie ponad pół­to­rej metra. – …każdy miał w kłę­bie ponad pół­to­ra metra.

Za półtorej metra Autor powinien przez półtorej doby klęczeć na grochu, z rękami w górze.

 

Wołki sa­dzi­ły na nich wiel­ki­mi su­sa­mi, zbli­ża­li się do sie­bie nie­wia­ry­god­nie szyb­ko. – Pozostałabym przy wilkach, albowiem przeczytawszy o wołkach, zrozumiał, że były tam także małe woły.

 

Wilk biegł wprost na niego, ścią­gnął wodze i nagle skrę­cił w lewo… – Czyżby wilk biegł na rumaku…???!!! ;-D

 

…zwie­rzę sko­czy­ło na szyję wierz­chow­ca, ale na­po­tka­ło cię­cie… – Czy wierzchowiec, zamiast szyi, miał cięcie? ;-)

 

Jed­no­cze­śnie – Co jednocześnie? ;-)

 

…jakiś ułan wbił w bok be­stii lancę, gdy ją wy­ry­wał, inny wilk za­wisł na szyi jego konia, prze­gry­za­jąc mu tcha­wi­cę. – Czy inny wilk, wisząc na szyi jego konia, przegryzł tchawicę koniowi, czy jakiemuś ułanowi? ;-)

 

Wilk za­ata­ko­wał na wprost. nie zdą­żył. – Po kropce, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą!

 

Ko­lej­ny wołk wsko­czył mu na kark, jed­nym kłap­nię­ciem szczęk od­gryzł głowę… – Iloma szczękami kłapał wilk? ;-)

 

…dał susa w kie­run­ku Mi­cha­ła, który tylko na­sta­wił pa­łasz, na który zwierz się po pro­stu na­dział, zrzu­ca­jąc go jed­nak z kul­ba­ki i przy­gnia­ta­jąc wła­snym cię­ża­rem. – Zrozumiałam, że wilk, nadziawszy się na pałasz, zrzucił oręż z kulbaki i przygniótł sobą. ;-)

 

Za­bi­li w sumie je­de­na­ście be­stii, po­le­gło czter­na­stu uła­nów i dwa­na­ście koni. Z plu­to­nu po­zo­sta­ła sek­cja. Łu­kasz pod­pro­wa­dził mu jego wierz­chow­ca. – Temu sekcji? Sekcja miał wierzchowca? ;-D

 

Wszyst­ko za­ję­ło może dzie­sięć minut. – Wolałabym: Wszyst­ko trwało może dzie­sięć minut.

 

Z za rogu wy­padł zzia­ja­ny Łu­kasz.Zza rogu wy­padł zzia­ja­ny Łu­kasz.

 

Nie wia­do­mo ilu się ich tu jesz­cze kręci, a chyba bę­dzie­my mu­sie­li spę­dzić tu jesz­cze jedną noc. – Powtórzenie.

 

Idź do furty i nie wpusz­czaj na ni­ko­go na po­dwó­rze – roz­ka­zał pa­trząc na Iza­be­lę. – Zbędne pierwsze na.

 

Słu­cham pani – dodał po chwi­li”.Słu­cham panią – dodał po chwi­li.

 

Nie chcia­ła pani od­cze­kać dłuż­sze­go czasu by upew­nić się… – Wolałabym: Nie chcia­ła pani od­cze­kać dłuż­ej, by upew­nić się

 

Po­cząt­ko­wo zrzu­ci­łem to czer­wo­no­ar­mi­stów. – Po­cząt­ko­wo zrzu­ci­łem to na czer­wo­no­ar­mi­stów.

 

Iza­be­la osu­nę­ła się w sobie. – Co to znaczy osunąć się w sobie?

 

Pro­szę panią …Pro­szę pani

 

…roz­staw­cie wach­ty wokół wsi, dwóch na raz. –…roz­staw­cie straże/ warty wokół wsi, dwóch naraz.

Czy ułani używają terminów marynarskich?

 

Las mil­czał jak za­klę­ty, był nie­na­tu­ral­nie, nie­ral­nie cichy.Las mil­czał jak za­klę­ty, był nie­na­tu­ral­nie, nie­real­nie cichy.

 

Mi­nu­ty wlo­kły się nie­mi­ło­sier­nie…Mi­nu­ty wle­kły się nie­mi­ło­sier­nie

 

Chłód prze­ni­kał przez gruby, fil­co­wy płaszcz. – Z filcu chyba nie szyje się płaszczy.

 

Żadna z nie roz­glą­da­ła się wokół…Żadna nie roz­glą­da­ła się wokół

 

…me­lo­dia wy­da­wa­ła mu się smut­na i tę­sk­na, tro­chę jakby prze­pra­sza­ją­cej i ża­łob­nej – …me­lo­dia wy­da­wa­ła mu się smut­na i tę­sk­na, tro­chę jakby prze­pra­sza­ją­ca i ża­łob­na

 

Nim wilk upadł, ułan był już na po­la­nie, a gdy zna­lazł się na ziemi wy­lą­do­wa­ła na nim wzmoc­nio­na gru­by­mi rze­mie­nia­mi i prze­ple­cio­na gęsto zio­ła­mi siat­ka. W pierw­szej chwi­li be­stia była zszo­ko­wa­na. – Och, ja też byłabym w szoku – oto przyszedł na polanę ułan i pozwolił, by schwytano go w siatkę? ;-)

 

Czte­rech uła­nów sko­czy­ło ku nie­skrę­po­wa­nej be­stii. Jeden wy­le­ciał wy­so­ko w po­wie­trze ude­rzo­ny ogrom­ną łapą, a drugi za­stygł z kłami wbi­ty­mi w gar­dło. – Komu drugi ułan wbił kły w gardło i zastygł? ;-)

 

Be­stia do­pa­dła jed­ne­go z uła­nów, kłap­nię­ciem szczęk od­gry­zła mu głowę… – Zaczynam się upewniać, że bestie miały po kilka kłapiących szczęk, ale to nic dziwnego, bestiom wolno. ;-)

 

Mi­chał stał do kolan w wo­dzie z pa­ła­szem w luźno opusz­czo­nej dłoni.  – W jaki sposób stoi się do kolan? ;-) Skąd woda miała pałasz w luźno opuszczonej dłoni? ;-)

Proponuję: Mi­chał, z pa­ła­szem w luźno opusz­czo­nej dłoni, stał w wo­dzie do kolan.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Historia nawet interesująca, chociaż bestie mało oryginalne, a przez to przewidywalne. Sądzę, że liczne wojskowe terminy robią klimat.

Szkoda, że nie poprawiłeś wytkniętych błędów. Utrudniają lekturę i psują wrażenie.

Najpierw dowódca zakazuje ułanom rozpalania ognia, a potem, rankiem ktoś gasi ognisko. A to nieposłuszne dranie! ;-)

 

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka