- Opowiadanie: gary_joiner - Wilkołaki

Wilkołaki

Tekst stanowi poniekąd kontynuację “Rur” – wypożyczyłem z nich nie tylko głównego bohatera, ale i motyw przewodni. Ponadto opowiadanie wydobyte zostało z najmroczniejszych głębin szuflady i jako takie nie dostarczy raczej nikomu rozrywki, więc lepiej zrezygnować z lektury i poszukać czegoś lepszego.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

AlexFagus, regulatorzy, Finkla

Oceny

Wilkołaki

Jan Nowak spróbował poderwać się z łóżka, wyrwany ze snu nagłym hałasem. Stopy odmówiły mu posłuszeństwa, przez co runął na posadzkę. Przyklejony twarzą do zimnych kafli, oszołomiony intensywną wonią moczu i taniego detergentu, wsłuchiwał się w przeraźliwe wrzaski, odbijające się echem od odrapanych ścian.

Nie czuł nóg. Nie mógł też nimi ruszać. Niezgrabnie obrócił się na plecy i momentalnie tego pożałował. Dostrzegł tyczkowatego człowieka, rozciągniętego na wznak na brudnym prześcieradle. Mężczyzna tkwił w bezruchu, przywiązany do pryczy skórzanymi pasami i odwzajemniał spojrzenie. Zakratowane okna przepuszczały wystarczająco dużo księżycowego blasku, by Jan mógł dostrzec strąki długich włosów, ciepły uśmiech i hipnotyzujące, trawione gorączką oczy.

– Pomóż mi, przyjacielu! – krzyk unieruchomionego mężczyzny z trudem przebił się przez jednostajny skowyt. – Uwolnij mnie z okowów, a ja uwolnię cię od kalectwa!

Nowak z trudem odpełzł od długowłosego. Machinalnie parł wzdłuż korytarza, ocierając się o ustawione przy ścianach metalowe łóżka. Kontynuował powolną ucieczkę, do chwili, w której wokalizacje cierpienia stały się nieznośnie głośne, zmuszając go do zakrycia uszu. Krzyczeli już wszyscy pacjenci: przytroczeni do barłogów i znajdujący się w pokojach przylegających do korytarza. Jan mimowolnie przyłączył się do udręczonego chóru. Wył do utraty tchu i stracił przytomność.

Jan Nowak spróbował poderwać się z łóżka, wyrwany ze snu uderzeniem w twarz. Nawet nie drgnął, mocno opleciony dwoma pasami. Cios wymierzony został przez osiłka w sportowych spodniach i o kilka numerów za małym kitlu. Pożółkły materiał opinał opuchnięte mięśnie, sięgając ledwie bioder i przedramion.

– Wstajemy, chuju – przywitał się sanitariusz.

Uważnie obejrzał nadgarstki Jana, czy to szukając śladów nacięć, czy też naiwnie licząc na obecność zegarka, po czym odpiął klamry pasów i przerzucił Nowaka z łóżka na rozklekotany wózek inwalidzki. Ruszył w głąb korytarza, popychając przed sobą pacjenta. Pomieszczenie za dnia zyskiwało na uroku. Wyzute z mrocznej atmosfery koszmaru, nie pozostawało złudzeń, co do pełnionej funkcji. Wystarczył jeden rzut oka na bladozielone lamperie, by Jan z ulgą przekonał się, że oto znalazł się w placówce medycznej, a nie w jednym z piekielnych kręgów. Niewiele brakowało, a optymistyczna barwa wznieciłaby płomyk nadziei w jego sercu, ale brązowe plamy kału i zaschniętej krwi rujnowały terapeutyczny efekt. Zamknął oczy. Otworzył je dopiero, gdy skrzypienie kół, gwar bezsensownej paplaniny psychicznie chorych i groźny warkot personelu ucichły.

Znalazł się w niewielkim gabinecie wyposażonym w nieliczne i zużyte sprzęty. Przed nim stało biurko, a po przeciwnej stronie mebla zasiadał młodzieniec w białym fartuchu, z plikiem dokumentów w dłoniach. Medyk ze znużeniem wertował papiery. Oczy miał podkrążone, włosy i brodę tłuste, a postawę przygarbioną. Westchnął kilkukrotnie, po czym przerwał lekturę, ściągnął z blatu długopis oraz pusty kubek, oznajmiający wszem i wobec, że jego właściciel jest najlepszym tatą na świecie, i ukrył je w szufladzie.

– Spotkałem Jezusa – oznajmił Jan, wykorzystując chwilę przelotnego kontaktu wzrokowego, by zainteresować mężczyznę swoją osobą.

Brodacz powrócił do przewracania kartek. Przeczytał dokumenty do końca, cisnął nimi o biurko, splótł dłonie za głową i spytał:

– Chudego, grubego, czy tego w niebiesiech?

– Chudego – przyznał Nowak.

– Szkoda. Radzę na niego uważać, ma nietypowe poglądy na miłosierdzie. Uważa, że życie to cierpienie, więc, według jego logiki, odsyłanie ludzi do nieba to akt wielkiej dobroci i łaski. Gruby jest raczej niegroźny, proszę jednak nie dawać mu jedzenia. Jak tylko pana spotka na stołówce, zaproponuje, że rozmnoży pokarm boską mocą. Jeżeli da mu pan talerz to wszystko zeżre.

– Dlaczego szkoda?

– Gdyby spotkał pan oryginalnego Jezusa, tego z aureolą, to nie miałbym większych trudności z diagnozą. Mógłbym przepisać odpowiednie leki od ręki i spędzić resztę poranka na piciu kawy i rozmyślaniu o niebieskich migdałach.

– Pan jest psychiatrą.

– Żałuję, ale tak. Dość jednak o mnie, ostatecznie to ja biorę pieniądze za rozmowy o panu, a nie na odwrót. – Brodacz pozwolił sobie na krzywy uśmiech. – Zabił pan trzy osoby. Zanim wspólnie zastanowimy się, co doprowadziło do tych niefortunnych aktów przemocy, chciałbym z czystej ciekawości spytać: dlaczego nie słyszałem o tym wcześniej?

Jan wzruszył ramionami.

– Rozumie pan, o co pytam? Zatłukł pan sąsiada patelnią i pociął nieszczęśnika na kawałki, drugiemu wbił pan nóż w głowę, a zakładniczkę, którą wziął pan między jednym morderstwem a drugim, zepchnął pan ze schodów. Bo, jak pan twierdził w zeznaniach, byli opętani. Historia o wiele bardziej medialna od olbrzymich poselskich penisów czy udawanych występów muzycznych roznegliżowanych panienek. Jednak nie widziałem pana rozmazanej twarzy w telewizji, nie słuchałem wyczerpujących relacji z pana występków w radio, nie przeczytałem nawet krótkiej notki w lokalnej prasie. Dlaczegóż to?

– Pewnie nikomu nie zależało na rozgłosie.

– Pewnie tak. – Psychiatra zadumał się na chwilę, skubiąc wąsa. – Przejdźmy do rzeczy. Dlaczego zabił pan troje ludzi?

– Sądziłem, że są opętani przez duchy średniowiecznych przestępców – odparł bez namysłu Nowak, tę kwestię miał doskonale przećwiczoną.

– A co sądzi pan teraz?

– Uważam, że kiedy doprowadziłem do tragedii, byłem niepoczytalny. Nie panowałem nad swoimi myślami i zachowaniem. Wydaje mi się, że stres związany z utratą pracy, trudny do zniesienia upał i hałas oraz kilkudniowa bezsenność, ujawniły skazę na mojej psychice, wpędzając mnie w epizod chorobowy.

– Brawo! – Psychiatra ucieszył się wyraźnie. – Świetne rozpoznanie choroby! Rozpoczął już pan autoterapię?

– Nie – odpowiedział Nowak, podejrzewając, że padł ofiarą żartu.

– Wielka szkoda. Czy widział pan kogoś opętanego od czasu tragedii? – brodacz wymówił ostatnie słowo naśladując monotonny ton głosu Jana.

– Nie.

– A tutaj mam ambiwalentne odczucia. Jeżeli nie widział pan opętanych, to może znaczyć, że jest pan zdrowy i w dodatku moce piekielne nie rozpanoszyły się po świecie. Dla pana to dobrze, a ja zawsze cieszę się dobrem pacjentów. Dla mnie raczej kiepsko, bo coś jednak muszę z panem robić w czasie pańskiego pobytu na naszym świetnym oddziale.

– Możemy popijać kawę i dyskutować o gruszkach na wierzbie.

Psychiatra zarechotał.

– Byłoby miło. Tymczasem profilaktycznie przepiszę panu kilka tabletek. Zobaczymy się za tydzień. Życzę miłego pobytu.

– Do widzenia, panie doktorze.

Medyk machną ręką na pożegnanie, drugą sięgając po gazetę. Nowakowi nie pozostało nic innego, jak wyjechać z gabinetu i dołączyć do watahy wariatów, niestrudzenie patrolującej korytarz. Najchętniej zaszyłby się jakimś spokojnym rogu, by pogrążyć się w stuporze, ewentualnie snuć melancholijne myśli o przegranym życiu, jednak okazało się to niemożliwe. Jedynym pomieszczeniem nie wypełnionym po brzegi ludźmi, była łazienka. Niestety, dobroczynny wpływ niskiego natężenia szaleństwa, neutralizowany był tam smrodem i fekaliami.

– Przepraszam panią – Jan zaczepił mijającą go pielęgniarkę – Spałem na korytarzu. Czy wszystkie sale są już zajęte?

Otyła kobieta przyjrzała mu się badawczo. Przewróciła oczami i oderwała stopę od posadzki, zamierzając odejść. Ostatecznie jednak uprzejmość wzięła w niej górę nad zawodową obojętnością i przemówiła:

– Tak. Wszystkie sale są pełne. Postaram się o tobie pamiętać, gdyby coś się zwolniło. Nazwisko?

– Nowak. Co tutaj się robi, żeby nie oszaleć z nudów?

– Przesiaduje w palarni. O ile ma się co palić. – Pielęgniarka wręczyła mu wydobytego z kieszeni papierosa. – Na zdrowie.

Jan tak zaskoczony był przejawem życzliwości, że zapomniał podziękować, a gdy odzyskał dar mowy, uczynna kobieta zniknęła już za kratami oddzielającymi królestwo kompletnych szajbusów od dominium mocno zbzikowanych. Przez wieczność, jaka upłynęła odkąd uciekł z nawiedzonego budynku lub, zależnie od interpretacji, przeżył psychotyczny epizod, nikt nie był dla niego miły. Ani podczas rekonwalescencji po operacji przestrzelonego kręgosłupa, ani w areszcie, ani podczas postępowania sądowego. Drobna przysługa nie rozświetliła mroków duszy Nowaka, nie przekonała go, że kiedyś będzie w stanie powrócić do normalnego życia, czy choćby na chwilę pozbyć się ciążących mu trosk. Dobry uczynek pielęgniarki sprawił jednak, że Jan, zamiast położyć się i spróbować popełnić samobójstwo wyłącznie za pomocą siłą woli, ruszył do palarni w autentycznej potrzebie międzyludzkiego kontaktu.

– Może to ten? – zapytał swych kompanów najniższy z palaczy, wskazując Nowaka ledwo ten przekroczył próg – To byłeś ty, kaleko?

– To nie ten. Ten jest nowy – stwierdził starszy jegomość z czerwoną twarzą i opuchniętym nosem, nim Jan zaczął się choćby domyślać czego dotyczy pytanie.

– Skąd niby to wiesz? – Kurdupel okazał się podejrzliwy. – Może siedział zamknięty na dole i dopiero teraz go do nas wpuścili? Żeby nas wszystkich wyrżnął. – Dźgnął rozmówcę palcem w pierś. – Może mu w tym pomożesz.

– Wiem, bo widziałem, jak czołgał się koło mojego łóżka.

– Miniaturowe słonie też się czołgały?! – Natarczywy mikrus zaczął wymachiwać rękami, jakby zamierzał odfrunąć.

– To nie byłem ja. – Wtrącił się Jan.

– Nikt cię nie pyta, kaleko! Spierdalaj do tej swojej piwnicy!

Jan zawrócił wózek, z zamiarem opuszczenia palarni, jednak zatrzymał się przed pokonaniem progu. Nie szukał kompanów, wariaci obchodzili go w tym samym stopniu, co jego własny los: niewiele. Mimo wszystko, perspektywa użerania się nie tylko z wyrzutami sumienia, ale i innymi pacjentami wydawała się niezbyt atrakcyjna. Trudno solidnie i wyczerpująco użalać się nad sobą, kiedy nieustannie prześladuje cię wrzaskliwy dupek z ADHD. Nowak podejrzewał, że rezygnacja z konfrontacji poczytana będzie jako oznaka słabości, która automatycznie postawi go w roli ofiary. Przeczuwał też, że znęcanie się nad innymi jest jedną z nielicznych dostępnych rozrywek na oddziale zamkniętym. Konstatując, że ucieczka byłaby równoważna z wytatuowaniem sobie na czole deklaracji: „Jestem tchórzliwym niepełnosprawnym, bicie i gwałcenie mnie jest nie tylko przyjemne, ale i proste” Nowak ponownie obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Facetowi, który zdzieli tego małego chuja w pysk, oddam papierosa – oznajmi głośno, unosząc potencjalną nagrodę nad głowę.

Zanim którykolwiek z zebranych w palarni mężczyzn zdołał zareagować na ofertę, niski pacjent wystąpił z kontrpropozycją.

– Pół paczki fajek dla tego, co połamie mu witki! – Krzyknął piskliwie, wyszarpując z kieszeni pomięte tekturowe opakowanie.

Barczysty dryblas, dotąd samotnie kucający w kącie pomieszczenia, podniósł się i niespiesznym krokiem ruszył w stronę Nowaka. Wszyscy pacjenci, nawet ci nie znajdujący się na trasie przemarszu olbrzyma, umknęli pod ściany, najwyraźniej nie chcąc oberwać fragmentem oderwanej kończyny czy zostać zmoczonymi krwią. Jan zamknął oczy. W poczuciu porażki, ale też i ulgi, oczekiwał na pierwszy cios. Masywny mężczyzna delikatnie wyciągnął papierosa spomiędzy zdrętwiałych palców Nowaka i skierował się w stronę wrzaskliwego kurdupla. Malec energicznie odskoczył do tyłu, odbił od, ukrywającego się za jego plecami, pacjenta i wpadł wprost w ramiona nadciągającego niczym apokalipsa giganta. Dryblas skrzywił się lekko, wyrwał na wpół opróżnioną paczkę papierosów z ręki kurdupla i powrócił do poprzednio wykonywanej czynności: kucania w kącie, tym razem z papierosem żarzącym się między wargami.

Mikrus odczekał równe trzy sekundy, po czym, spocony i rozdygotany, ruszył do szarży. Kopnął Jana w pierś, wywracając wózek, po czym ukląkł nad powalonym adwersarzem, unieruchamiając jego ręce i zaczął okładać go po twarzy. Nowak nie potrafił się bić. Miesiące spędzone w areszcie nauczyły go jednak, jak właściwie być bitym. Przyciągnął brodę do klatki piersiowej i ruszał głową tak, by większość ciosów lądowała na czole lub policzkach. Uważnie obserwował ataki i nie wpadł w panikę, gdy krew ze zmiażdżonych warg wypełniła mu usta. Obrona okazała się zaskakująco łatwa. Kurdupel także nie potrafił się bić. Atakował jak rozjuszone dziecko, niedbale i słabo. Jan wyobraził sobie przeciwnika jako przerośniętego berbecia, który tocząc pianę z ust awanturuje się w piaskownicy, śmiertelnie urażony tym, że ktoś śmiał ulepić ładniejszą babkę od niego. Uśmiechnął się do własnych myśli, równocześnie wpadając na doskonały pomysł i przyprawiając oprawcę o furię. Przyjął uderzenie w rozchylone usta, po czym ugryzł kurdupla w pięść. Zaskoczony napastnik rozluźnił dłoń, próbując ją oswobodzić. Zęby Nowaka ześlizgnęły się z zakrwawionych kostek i zacisnęły na palcu wskazującym. Jan napiął mięśnie szczęk, poczuł satysfakcjonujący zgrzyt, gdy szkliwo spotkało się z kością i napawał się widokiem pogrążonego w bólu przeciwnika. Nie pamiętał żeby kiedykolwiek cudza krzywda i towarzyszącej jej wrzask sprawiły mu tak wiele radości.

Do palarni, ciężko dysząc, wpadł sanitariusz. Widząc leżącego w kałuży krwi Jana i drżące plecy siedzącego na nim okrakiem mikrusa, źle zinterpretował naturę problemu. Chwycił rzekomego agresora za ramiona i silnym szarpnięciem odciągnął go do tyłu. Jan zwymiotował, gdy miękkie tkanki palca, nagle pozbawione rusztowania kości, spłynęły mu do gardła. Pomieszczenie szybko wypełniło się personelem. Otyła pielęgniarka obróciła Nowaka na bok, bez ceregieli zsunęła z niego spodnie i wbiła igłę strzykawki w pośladek. Te z mięśni, nad którymi Jan zachował dotychczas kontrolę, zwiotczały, a oczy zaszły mgłą. Nowak, obojętny i zrelaksowany, wsłuchał się w konwersację rozmazanych białych plam.

– Na urazówkę?

– No.

– A tego w pasy?

– Może by go najpierw umyć?

– Na cholerę? I tak się zaraz osra.

– Jak go zostawimy, tak na korytarzu, to zaraz się ktoś przypierdoli.

– Rozładujemy go na kojo tego obgryzionego.

Jan nie do końca rozumiał treść rozmowy, ale z satysfakcją stwierdził, że uczestniczące w niej głosy mają piękną barwę.

Resztę doby i dzień następny spędził w wymuszonej pozycji leżącej. Nikt nie zwracał na niego uwagi, poza starszym, spotkanym w palarni czerwononosym dziadkiem, który poczęstował go herbatą i nakarmił wyniesionym ze stołówki jabłkiem. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy po upływie kilkudziesięciu godzin Jan odzyskał swobodę ruchów i wózek. Kiedy kierował się do łazienki, wszyscy przebywający w korytarzu wskazywali go sobie palcami. Nazywali go Hannibalem. Następnego dnia został zaczepiony przez nieszczęśnika z depresją. Mężczyzna, uważnie obserwując posadzkę, powoli i niewyraźnie poprosił, by Jan zjadł jego serce. Zapewniał, że zawsze dbał o zdrowie i unikał tłustych potraw, więc pikawa powinna być w doskonałym stanie i stanowić nie lada rarytas dla kanibala. Zaoferował nawet ukradzioną ze stołówki sól, by dodatkowo poprawić walory smakowe krwistej potrawy. Jan doskonale rozumiał desperata, prośby jednak nie spełnił. Dopiero podczas nieplanowanej wizyty u psychiatry, Nowak pojął rozmiary plotki, od kilku dni przepuszczanej przez wariacki głuchy telefon.

– Witam pana ludożercę! – radośnie krzyknął brodacz w kitlu, ledwo Jan został wtoczony do gabinetu. – Wiem, że wyżywienie oferujemy fatalne, ale chyba nie aż tak, żeby wrócił pan do nawyków z dzieciństwa?

– Słucham?

– Niezbyt uważnie, najwyraźniej. Cały oddział o panu mówi. Dowiedziałem się od innych pacjentów, że awionetka pana ojca – polskiego ambasadora w Tongo, rozbiła się nad dżunglą. Pan, jako małe dziecko, został przygarnięty przez plemię kanibali i wychowany w duchu zamiłowania do ludzkiego mięsa. Dlaczego pan o tym nie wspomniał podczas poprzedniej wizyty?

– Nie zmierzałem odgryzać tego palca. – Jan nie miał wystarczająco wiele intelektualnych sił, by wziąć udział w szaradzie.

– To dobrze. Czy człowiek, któremu pan nie zamierzał odgryźć palca, a jednak odgryzł, był opanowany przez duchy?

– Nie – Nowak głośno westchnął – Był niemiły.

– O czym dobitnie świadczą siniaki i zadrapania na pańskiej twarzy. Przyjmuję wyjaśnienie. Zdaje pan sobie sprawę, że mógł zwyczajnie uniknąć konfrontacji lub wezwać na pomoc personel?

– To by nie wyszło.

Psychiatra przez chwilę kiwał głową. Nowak nie wiedział czy był to gest aprobaty, czy manifestacja satysfakcji z tego, że jego słowa potwierdziły jakieś przypuszczenia brodatego medyka.

– Podejrzewam, że nie. Raczej nie na dłuższą metę. I co ja mam z panem zrobić?

– Pytam poważnie – dodał psychiatra, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Czego pan chce? Wyjść stąd? Zginąć tutaj? Ześwirować do reszty? Trafić do więzienia?

– Chciałbym zapomnieć dlaczego tu trafiłem.

Psychiatra wytrzeszczył oczy, jakby szczerość była ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał.

– To nie wyjdzie – stwierdził posępnie – Podobnie jak pan z naszego oddziału, jeżeli będzie się zachowywał tak, jak dotychczas. Gdyby oczywiście był pan w stanie chodzić.

– Tym razem to Nowak został zaskoczony.

– Po co miałbym opuszczać zakład?

– Nie mam zielonego pojęcia. Żeby spełniać marzenia i nie przeżerać pieniędzy podatników?

Jan zastanowił się nad własnymi motywami, starając się urealnić własne pragnienia i zwerbalizować je w zrozumiałej formie.

– Chciałbym cieszyć się z tego, że zamordowałem sąsiadów – stwierdził, gdy spłynęło na niego olśnienie – Chciałbym zostać pozbawionym sumienia sadystą.

– Takie rzeczy, to tylko w więzieniu – odpowiedział psychiatra – postaram się, żeby tam właśnie pan trafił. Tymczasem żegnam.

Nowak szybko przekonał się, że najgroźniejszym i najbardziej nieustępliwym wrogiem pacjenta oddziału zamkniętego jest nuda. Większość czasu spędzał na łóżku, starając się nie myśleć. Pomocne okazały się leki, które posłusznie łykał. Po dwóch tygodniach letargu sponiewierany mózg zaczął jednak rekompensować sobie długie okresy niepełnej świadomości i monotonię bodźców, gonitwą przykrych wspomnień. Najpopularniejsza wśród pensjonariuszy rozrywka – palenie, była dla Jana niedostępna. Nikt z bliskich Nowaka nie zdecydował się choćby na odwiedziny, a co dopiero na wręczanie upominkowych papierosów. Rozmowy nie pomagały w uspokojeniu zszarganych nerwów i stłumieniu wyrzutów sumienia. Reputacja ludożercy zapewniała Nowakowi nietykalność, ale i izolowała go ze społeczności pacjentów. Na konwersację z Janem decydowali się tylko najwięksi, złaknieni wrażeń szaleńcy, a ci niewiele kojących słów mieli do powiedzenia.

W takich okolicznościach świetlica jawiła się Nowakowi jako mekka rozrywki, połączenie Las Vegas i Rio na miarę skromnych lokalnych możliwości. Dostęp do trzech programów telewizji i niekompletnych gier planszowych zastrzeżony był dla pacjentów z kilkumiesięcznym czasem pobytu na oddziale i nienagannym sprawowaniem. Jan, mimo że nie spełniał żadnego z warunków, robił wszystko, by dostać się do rekreacyjnego eldorado, gdyż walka o prawo do rozrywki było rozrywką samą w sobie. Nigdy nie udało mu się pozostać w pomieszczeniu rekreacyjnym dłużej niż kilkanaście sekund. Skrzypienie drzwi i stukot pokonujących próg kół nieodmiennie przyciągały uwagę stałych bywalców i sanitariusza, przeglądającego w kącie świńskie czasopisma. Posępny drab krzywił się, zniesmaczony koniecznością oderwania oczu od fotografii rozkraczonych kobiet i krótką żołnierską komendą odsyłał Nowaka na korytarz i do piekła. Po tygodniu Jan zaniechał dalszych wtargnięć. Daremne próby uzyskania dostępu do świetlicy stały się monotonne i nudne, jak wszystko inne. Trud nie poszedł jednak zupełnie na marne. Kilka krótkich wizyt wystarczyło, by Nowak przekonał się, że z całego asortymentu oferowanych przez oddział zamknięty aktywności rekreacyjnych interesuje go tylko jedna: szachy. Za każdym razem, gdy zaglądał do pomieszczenia, obserwował szerokie plecy zgięte nad szachownicą. Dryblas, ten sam, który odebrał mu papierosa bezpośrednio przed incydentem w palarni, sprawiał wrażenie pasjonata królewskiej gry. Nikt inny nie podzielał jego zainteresowania, więc mężczyzna siedział przy stoliku samotnie, tocząc zażarty intelektualny bój sam ze sobą.

Dla Jana szachy były drogą ucieczki, prywatnym wehikułem czasu, pozwalającym ukryć się w bezpiecznych i beztroskich czasach dzieciństwa. Umknąć wprost do dowolnego z setki wspomnień wieczorów spędzonych na grze z najwspanialszym człowiekiem jakiego kiedykolwiek poznał: dziadkiem. Nie chciał profanować pamięci o martwym przodku, mieszać jej z brudem, krwią i potem codzienności oddziału zamkniętego. Nie był jednak w stanie znaleźć alternatywnego źródła rozrywki, a był przekonany, że bez niej oszaleje doszczętnie. A tego dziadek z pewnością, by sobie nie życzył.

Nowak ulepił pionki i figury z pulpy wilgotnego papieru toaletowego. Szesnaście z nich zawinął w chusteczki higieniczne. Szachownicę wymalował na wewnętrznej stronie koszuli przemyconym ze stołówki wyrobem ćwikłopodobnym. Jakość użytych materiałów i wykonania pozostawiała wiele do życzenia, ale zestaw funkcjonalnością nie ustępował pogryzionym plastikowym bierkom i wyszczerbionej tekturowej planszy, które można było znaleźć w świetlicy.

Ukrywając gońca w fałdzie koszuli, zaczepił zmierzającego do palarni dryblasa.

– Zrobiłem szachy. Zagrasz? – spytał, unikając kontaktu wzrokowego i wystawiając do zagabniętego figurę, spoczywającą na otwartej dłoni.

– Mężczyzna pochwycił gońca i wyszczerzył się w uśmiechu, tak przerażającym, że postronni wariaci czmychnęli, pozostawiając Jana z niepokojącym wrażeniem, iż drobny przedmiot niebawem zostanie wetknięty do jednego z jego fizjologicznych otworów. Nowak miał już prosić, by dryblas nie decydował się na odbyt, ale olbrzym ubiegł go, przemawiając zaskakująco spokojnym tonem:

– To srajtaśma? Gdzie masz resztę?

Jan wskazał na materac, widoczny przez otwarte drzwi. Dryblas pokiwał głową, po czym zawrócił i zniknął w izolatce, która służyła mu za prywatne lokum. Nowak zebrał resztę ukrytych pod posłaniem bierek i dołączył do przyszłego oponenta w ciasnym pomieszczeniu. Wózek inwalidzki ledwo zmieścił się obok łóżka, zajmującego równo połowę powierzchni podłogi. Nowak z trudem opuścił wehikuł, usiadł na brzegu posłania, przygotował planszę do rozgrywki i, wspominając uśmiech starca oraz smak rumiankowej herbaty, przestawił o dwa pola piona królewskiego.

Dryblas okazał się solidnym szachistą. Niezbyt kreatywnym, ale uważnym i konsekwentnym. Jan wykazywał się finezją, preferując nieortodoksyjne rozpoczęcia, zdarzały mu się jednak przeoczenia i pomyłki. Poziom rozgrywek daleki był od mistrzowskiego, ale partie przebiegały szybko i ciekawie, paty zdarzały się rzadko, a obaj szachiści poszczycić się mogli podobną liczbą zwycięstw. Przy planszy spędzali większość czasu, przez pierwsze trzy dni w ciszy, nie licząc jęków zawodu, znaczących chrząknięć i cichych okrzyków przepełnionych radością z triumfu.

– Nieźle grasz, jak na czubka. – Przerwał rutynę dryblas, w trakcie finału czterdziestej siódmej partii.

– Ty też – odparł Jan, wdrażając improwizowaną taktykę obrony przed wrażą wieżą.

– Dużo ćwiczę – wyjaśnił dryblas, zbijając gońca.

Nowak skrzywił się na myśl o goryczy nadciągającej porażki.

– Zachowujesz się całkiem normalnie, jak na czubka. Co ci jest? – spytał, dwa dni i trzysta czterdzieści cztery ruchy później.

Nie ciekawiła go odpowiedź. Interesowało go odwrócenie uwagi przeciwnika od zasadzki, którą właśnie na planszy zastawiał.

– Nie chcę o tym gadać – stwierdził olbrzym, w skupieniu studiując ustawienie figur.

– Ja zabiłem sąsiadów, bo sądziłem, że są opętani.

– Niezły z ciebie czub – podsumował dryblas, nie odrywając oczu od szachownicy.

Kolejny dialog wywiązał się dopiero po upływie dwóch dni. Nowak od rana był w kiepskiej formie. Przegrawszy cztery partie z rzędu, zdecydowany był oszczędzić sobie dalszych upokorzeń. Uścisnął dłoń zwycięzcy i bez pożegnania ruszył w stronę wyjścia.

– Jestem wilkołakiem – oznajmił mężczyzna, z oczywistym zamiarem przyciągnięcia uwagi kompana. – Oczywiście, nie naprawdę. Tak mi się tylko wydaje.

– Z ciebie też niezły czub – odparł Jan, wyjeżdżając z izolatki.

Dość miał własnych problemów, żeby jeszcze słuchać o cudzych.

Następnego dnia rozgrywki przybrały zgoła odmienny charakter. Nowak przełamał bessę wymęczonym porannym zwycięstwem, po czym, uskrzydlony sukcesem, przegonił swych, wykonanych z papieru, podkomendnych po planszy, realizując śmiałe manewry, puszczając wodze taktycznej fantazji i święcąc triumf za triumfem. Jan, gdy upoił się adrenaliną i własnymi dokonaniami, zaczął sądzić, że oponent podaje mu zwycięstwa na srebrnej tacy, że poświęca się w akcie niesprowokowanego altruizmu lub oddaje partie z wyrachowania, bojąc się, iż zniechęci partnera do dalszych rozgrywek. Wystarczyło jedno uważne spojrzenie na dryblasa, by Nowak zmienił zdanie. Mężczyzna strzelał oczami na boki, niewiele uwagi poświęcając szachom. Nerwowo przygryzał dolną wargę, pocił się obficie i nieznacznie dygotał.

– Coś nie tak? – spytał Jan.

– Dziś pełnia – odparł olbrzym po dłuższej, spędzonej na bojaźliwym rozglądaniu się wokół, chwili.

– A ty myślisz, że jesteś wilkołakiem.

Dryblas skinął głową. Gest potwierdzenia płynnie przeszedł w kiwanie, jakby masywna czaszka, raz wprawiona w ruch, nie była w stanie się już zatrzymać. Po kilku sekundach mężczyzna kołysał się cały, to w przód, to w tył.

– Mnie to nie przeszkadza. Księżyc wzejdzie dopiero za kilka godzin. Chcesz zostać sam?

– Nie. Grajmy dalej.

Nowak został w izolatce. Nie miał innych pomysłów na spędzenie popołudnia. Po godzinie dryblas przegryzł wargę. Krew ściekała po brodzie i plamiła pościel. Po upływie kolejnych sześćdziesięciu minut olbrzym zaczął tracić sprawność manualną. Pionki i figury wypadały z drżących dłoni. Jan pożegnał się z przeciwnikiem trzy kwadranse przed zachodem słońca, kiedy olbrzym zaczął warczeć. Wrócił na swoje łóżko, gapił się w sufit, przyjął lekarstwa, po czym usnął.

Jan Nowak otworzył oczy, wyrwany ze snu delikatnym klepnięciem w policzek. Zdezorientowany mrugnął trzykrotnie, nim rozpoznał rysy nachylonego nad nim mężczyzny. Fałszywy, wyposzczony Jezus oburącz głaskał go po twarzy i ruszał ustami. Nowak spróbował sięgnąć do uszu, ale ktoś, osoba stojąca za szalonym mesjaszem, unieruchomiła jego dłonie w uścisku.

– Zatyczki. Przywróć mi słuch, synu boży, abym mógł słyszeć twe słowa – oznajmił, licząc, że potulny ton pomoże mu złagodzić czekające go kłopoty.

Jan skrzywił się, gdy długowłosy wyciągnął zatyczki z jego uszu. Kakofonia wrzasków, łomotów i lamentów była nieprzyjemna, ale to monotonna, improwizowana modlitwa Jezusa i piskliwy chichot jego niewidocznego towarzysza budziły grozę. Miał już dołączyć do nieskoordynowanego chóru, szeptem żegnając się z życiem, gdy z niespodziewaną siłą uaktywnił się jego instynkt samozachowawczy. Nowak uśmiechnął się szeroko, ucałował wędrujące po policzku palce i przemówił z taką żarliwością, jakby chciał głosem spopielić prześladowców.

– Dziękuję ci wybawco! W końcu zaznam szczęścia po prawicy ojca! Zanim uwolnisz mą duszę nieśmiertelną od złego, racz wysłuchać mych grzechów i odpuścić winy, bym mógł odejść z tego padołu łez nieskalany!

– Mów synu.

Nowak gorączkowo rozpoczął spowiedź, jednym tchem wymieniając obrzydliwe zachowania jakich dopuścił się przed rozpoczęciem nauki w szkole. Asystent Jezusa zaczął niecierpliwić się w momencie, w którym Jan obnażył plugawe wspomnienia technik masturbacyjnych, odkrytych, gdy uzyskał promocję do szóstej klasy podstawówki.

– Jezu… Bez jaj! – pożalił się.

Nowak rozpoznał właściciela i użytkownika głosu.

– Najbardziej żałuję – kontynuował – że dałem wiarę Judaszowi i wyparłem się ciebie, za jego namową. Powinienem był baczyć na słowa twego ucznia Piotra, uwiecznione w liście do Koryntian: Strzeż się męża lichej postury, co pana naszego na tortury wydał, za garść srebrników i możnowładcy przychylność, albowiem karzeł ów, duchem i ciałem maluczki, palcem wskazującym kontrakt z szatanem przypieczętował i po wieki wiernych na pokuszenie wodzić będzie, aż palec skalany mrokiem nie odpadnie, a pan nasz sprawiedliwości mu nie wymierzy.

Skryty za plecami fałszywego Jezusa osobnik stanowczo zaprotestował przeciw dalszym monologom:

– Przestań słuchać tych pierdół! Kończmy to!

Długowłosy spełnił prośbę. Odwrócił się gwałtownie i chwycił pokurcza za szyję. Zaatakowany zarzęził i odepchnął napastnika, w konsekwencji czego uwolnił się z uścisku, stracił równowagę i zwalił na posadzkę. Fałszywy Jezus, na nowo rozpoczynając modlitwę, dołączył do niego w parterze, podejmując kolejną próbę uduszenia.

Jan także opadł na kafle. Oddalił się od walczących, wdrapał na wózek i pośpiesznie opuścił salę, ani myśląc czekać na finał potyczki. Drżące ręce z trudem wpędzały koła w ruch, nie pozwalając przy tym utrzymać prostego toru jazdy. Nowak obijał się o skąpane w świetle księżyca ściany i ustawione wzdłuż nich łóżka, aż nie natrafił na niemożliwą do sforsowania przeszkodę. Sanitariusz leżał w poprzek korytarza, z rękami rozrzuconymi na boki, frontem do posadzki. Jan zsunął się wprost na powalonego, by zamortyzować upadek, i sięgnął po pęk archaicznych, masywnych kluczy, przytroczony do jego pasa. Drugi zestaw, zdecydowanie użyteczniejszy, bo mogący otworzyć kończącą korytarz kratę, musiał zostać przywłaszczony przez jednego z szalonych zapaśników. Nowak, w akompaniamencie zagłuszających jego własne sapanie krzyków, podpełzł pod drzwi izolatki i przyłożył do nich ucho. Nie zarejestrowawszy niepokojących dźwięków, mogących świadczyć o dzikim szale uwięzionego dryblasa, zacisnął zęby na kluczach i podciągnął się na klamce, by po chwili ciężko opaść na kafle. Motywowany ewentualnością pogoni ponowił starania, tym razem osiągając sukces. Otworzył zamek i upadł na plecy, gdy drzwi uchyliły się na zewnątrz pod wpływem jego ciężaru.

Po chwili, niezbędnej do rozszerzenia źrenic, przekonał się, że pomieszczenie było puste. Nie licząc ukrytych w kątach pająków. Przerażony brakiem sojusznika, mogącego uchronić go przed pogonią, zatrzasnął za sobą drzwi i ukrył się pod łóżkiem. Ku jego zaskoczeniu nie cała posadzka izolatki wykonana została z kafli. Pod posłaniem ukryta została żeliwna krata, zabezpieczająca dziurę prowadzącą do piwnicy. Nowak wcisnął nos między grube pręty. Najpierw dostrzegł parę czerwonych, wpatrzonych w niego ślepi. Następnie kłapiący zębiskami i pokryty gęstą sierścią pysk. Zdeformowana twarz była częścią włochatego, masywnego cielska łączącego ludzkie i wilcze cechy. Nowak zakrył twarz dłońmi i załkał, gdy w końcu udało mu się przetworzyć i zinterpretować niecodzienny widok. Wyobrażał sobie przeróżne, ale nieodmiennie przerażające stwory rodem z dziecięcych koszmarów. Bestie, które wbrew zdrowemu rozsądkowi, logice i teorii ewolucji, istnieją nie tylko w jego schorowanym umyśle. Potwory chcące go rozczłonkować, opętać i pożreć. Między plastyczną wizją oślizgłych macek, a mentalnym obrazem pożeranego żywcem dziecka, Jan zaczął pojmować implikacje istnienia wilkołaka. Płacz ustąpił miejsca śmiechowi, gdy zrozumiał, że zaśliniona, cuchnąca bestia może być postrzegana jako dowód jego własnego psychicznego zdrowia. Chwila spędzona w izolatce wystarczyła, by zmienić Nowaka z szalonego mordercy w bohatera, dającego zdecydowany odpór siłom ciemności.

Jan, straumatyzowany, poobijany, oblepiony lepkim potem, ale przepełniony zaufaniem do świadectwa własnych zmysłów, ściągnął skarpetę z lewej stopy i wsunął palucha między pręty podłogowej kraty. Bestia podskoczyła i kłapnęła paszczą, wpędzając Nowaka w euforię. Jan stracił palca, ale zyskał nadzieję na cudowne ozdrowienie. Ostatecznie, legendy, podania ludowe i horrory klasy B nigdy nie uwieczniały kalekich zmiennokształtnych, a proces zarażenia był przecież bardzo kontuzjogenny. Nowak rozmyślał, o tym, jak poradzi sobie z dyskomfortem przemiany. Łańcuchy nie prezentowały się zbyt komfortowo. Mógłby raz w miesiącu oblatywać ziemię dookoła, nigdy nie wystawiając się na działanie światła odbitego od pełnej tarczy księżyca. Wyobraził sobie, jak wyposażony w niezniszczalne ciało i nowo zdobytą pasję, walczy z siłami ciemności. Zorientował się w porę, że odpływa w sen. Ostatkiem sił wygramolił się spod łóżka i na korytarz, gotów stawić czoła swoim prześladowcom. Zasnął, ledwo zamknęły się za nim drzwi.

Jan Nowak uniósł powieki, gdy aromat kawy wymieszany ze smrodem papierosowego dymu wypełniły jego nos, przywracając świadomość.

– Dzień dobry – powitał go psychiatra, z kubkiem kawy w dłoni i papierosem w kąciku ust. – Czy może mi pan wyjaśnić, co się tutaj zeszłej nocy wyrabiało?

– Widziałem wilkołaka – stwierdził Jan, orientując się, że na wpół leży na krześle w gabinecie medyka.

– Tak. Opowiadał mi, że gracie razem w szachy. Podobno jest pan wyjątkowo kiepski. Pytam, co stało się w nocy.

– Widziałem go w pełni.

– Trudno go zasłonić. To duży facet. Proszę wyjaśnić, dlaczego pacjent, któremu odgryzł pan palec leży martwy nieopodal pańskiego łóżka.

– Podczas pełni księżyca.

– Wdarł się pan do izolatki? Po co? Chyba nie po to, żeby się odegrać?

– Wilkołak był w piwnicy.

– Ach tak. Spinką do włosów, ukradzioną pielęgniarce, otworzył pan zamek i wdarł się pan do piwnicy, gdzie niezauważony przemknął obok sanitariusza, by przekonać się, że to nie cierpiący na poważne zaburzenia pacjent drze się w niebo głosy, ale pański partner od szachów, który najwyraźniej potrafi przenikać przez ściany. Brzmi wiarygodnie.

– Na dole nie ma żadnego sanitariusza. Jest wilkołak.

– No i?

Jana zatkało.

– Co no i?

– Przypuśćmy, że pański kolega jest prawdziwym wilkołakiem. Takim z zębiskami i żądzą mordu wypisaną na zaślinionym pysku, raz w miesiącu w każdym razie. Co z tego?

– Wiedziałeś o tym.

– Wiedziałbym o tym, gdyby to była prawda.

– I nic z tym nie zrobiłeś?

– Nic nie zrobiłem, bo to oczywista nieprawda. Na potrzeby chwili załóżmy jednak, że to prawda. Co pana zdaniem powinienem zrobić? Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: budzi się pan pewnego poranka cały we krwi i własnych odchodach, z których sterczą kręcone blond włoski pana ukochanej młodszej siostrzyczki. Potyka się pan o ogryzioną kość udową, ślizga na mózgu ojca, dociera przed lustro i zauważa, że ma twarz umazaną krwią i zaskakująco wzdęty brzuch. Próbuje się pan zabić. Tylko, że nie ma pan w domu rewolweru, o srebrnych kulach nie wspominając. Wiesza się pan, podcina żyły, razi prądem i nic. Chwila męczarni, utrata świadomości i budzi się pan cały i zdrowy. Czego by pan chciał w takiej sytuacji? Co mógłbym dla pana wtedy zrobić?

– Pokurcz namówił chudego Jezusa żeby mnie zabił…

– Słucham?

– Pytałeś co się stało. Jezus i pokurcz zaskoczyli sanitariusza, zabrali mu klucze i złożyli mi wizytę. Ten niski wariat w ramach odwetu odgryzł mi palec. Skłóciłem ich i uciekłem, kiedy kotłowali się na podłodze. Nie wiem co działo się później.

Psychiatra pokręcił głową, w najbardziej wymownym geście niedowierzania i dezaprobaty, jaki przyszło Nowakowi kiedykolwiek obserwować. Jan opuścił gabinet w ciszy, zbytnio skoncentrowany na szaleńczej gonitwie myśli, by wyartykułować pożegnanie. Musiał ukuć plan ucieczki, musiał się wydostać, a miał na to zaledwie trzydzieści dni. Paluch lewej stopy – cały i zdrowy, był niezbitym dowodem na to, że Jan dołączył do grona likantropów.

 

Koniec

Komentarze

Nie poddałam się Twojej sugestii, Gary, i postanowiłam sprawdzić, co też kiedyś chomikowałeś w szufladzie. Okazało się, że Wilkołaki, opowiadanie tyleż absurdalnie, co tragikomiczne, przeczytałam, jeśli tak można powiedzieć, z prawdziwa przyjemnością i uważam, że niezasłużenie zostało przez wszystkich zlekceważone.

 

Naj­chęt­niej za­szył­by się ja­kimś spo­koj­nym rogu… – Naj­chęt­niej za­szył­by sięja­kimś spo­koj­nym rogu

 

po­peł­nić sa­mo­bój­stwo wy­łącz­nie za po­mo­cą siłą woli… – …po­peł­nić sa­mo­bój­stwo wy­łącz­nie za po­mo­cą siły woli… Lub: …po­peł­nić sa­mo­bój­stwo wy­łącz­nie siłą woli

 

Jan stra­cił palca, ale zy­skał na­dzie­ję na cu­dow­ne ozdro­wie­nie.Jan stra­cił palec, ale zy­skał na­dzie­ję na cu­dow­ne ozdro­wie­nie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało się. Klep.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

To zaskakujące, jak często w horrorach pojawia się motyw psychiatryka. Tym razem nawet ciekawie rozegrany. Widzę, że wracasz (a może to prekursor? Nie pamiętam daty) do już kiedyś wykorzystanego pomysłu na podróże.

Mężczyzna tkwił w bezruchu, przywiązany do pryczy skórzanymi pasami i odwzajemniał spojrzenie.

A nie prościej byłoby go przypiąć?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka