- Opowiadanie: Gekikara - Opus Magnum... czyli historia trochę kryminalna

Opus Magnum... czyli historia trochę kryminalna

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Opus Magnum... czyli historia trochę kryminalna

Pro­log

 

W sa­lo­nie roz­legł się huk wy­strza­łu, który z ma­gne­tycz­ną siłą przy­cią­gnął wzrok wszyst­kich tam obec­nych do swego źró­dła.

To go­spo­darz – po­czyt­ny jesz­cze przed trze­ma laty pi­sarz, któ­re­go po­wie­ści owego czasu jedna za drugą oku­po­wa­ły pierw­sze miej­sca list be­st­sel­le­rów – pan Pepe Moy­err otwo­rzył pierw­szą tej nocy bu­tel­kę szam­pa­na.

– Dzię­ku­ję wszyst­kim wam, ko­cha­ni, za przy­by­cie! – Służ­ba roz­le­wa­ła al­ko­hol do kie­lisz­ków, wrę­cza­ła je zgro­ma­dzo­nym w sali go­ściom. Na dys­kret­ny znak ma­jor­do­mu­sa, oznaj­mia­ją­cy za­koń­cze­nie roz­da­wa­nia trun­ków, po­czął kon­ty­nu­ować mowę. – Moje oczy i serce cie­szą się nie­zmier­nie na fakt, że mam w tym mie­ście jesz­cze tylu przy­ja­ciół! Wasze zdro­wie!

Kie­lisz­ki za­dźwię­cza­ły, po­śród gości roz­brzmiał szum za­do­wo­le­nia.

– Pro­szę, roz­gość­cie się i od­daj­cie przy­jem­no­ściom… oczy­wi­ście w gra­ni­cach do­bre­go smaku. Ja tym­cza­sem muszę was opu­ścić, nieba­wem wra­cam. Zapra­szam do za­ba­wy. Mu­zy­ka grać!

Od­szedł sprę­ży­stym kro­kiem. Ope­ra­tor gra­mo­fo­nu na­sta­wił igłę i salon uto­nął w dźwię­kach.

***

– Mam tylko na­dzie­ję, że nie za­szczy­ci nas ko­lej­ną nud­na­wą prób­ką swo­ich opo­wia­dań. – Wy­so­ki męż­czy­zna w czar­nym sur­du­cie szep­nął cicho do swo­jej part­ner­ki. Gdy mówił, siwa kozia bród­ka wzno­si­ła się i opa­da­ła w cha­rak­te­ry­stycz­ny spo­sób, na­da­jąc mu po czę­ści ko­micz­ny, po czę­ści zło­wiesz­czy wy­gląd. – Ostat­nim razem nie­mal­że wy­wró­ci­łem się z krze­słem, kiedy przy­sną­łem w trak­cie jego cud­nej de­kla­ma­cji.

– Oj, prze­stał­byś wresz­cie. – Ko­bie­ta, wci­śnię­ta w opi­na­ją­cą jej ciało suk­nię z czer­wo­ne­go ma­te­ria­łu, mó­wiąc rzu­ca­ła bacz­ne spoj­rze­nia w stro­nę in­nych za­pro­szo­nych gości. – Pepe to praw­dzi­wy gen­tel­man, a jego do­ko­na­nia li­te­rac­kie przy­nio­sły mu wiel­ki ma­ją­tek.

– Dawne do­ko­na­nia li­te­rac­kie. Ten pi­sa­rzy­na od lat nie spło­dził nic nawet umiar­ko­wa­nie in­te­re­su­ją­ce­go. Zaś co do jego ma­jąt­ku: krążą plot­ki, że nic mu się nie osta­ło, teraz cięż­ko przę­dzie a i to tylko na po­życz­kach.

– Czyż­by zże­ra­ła cię za­zdrość, że to nie kto inny jak Pepe Moy­err sprząt­nął ci sprzed roku sta­tus ho­no­ro­we­go oby­wa­te­la Black­town?

– Co? Ja? Za­zdro­sny?! – Spoj­rze­nia in­nych gości dały mu znać, że za bar­dzo pod­niósł ton. – Nigdy nie byłem i nie będę za­zdro­sny o kogoś ta­kie­go. Ja, czło­wiek świa­ta nauki…

– Kogo moje oczy widzą! – Wła­ści­ciel ba­so­we­go głosu z prze­ciw­le­głej stro­ny sali wart­kim kro­kiem po­dą­żał w stro­nę ko­ziej bród­ki i ko­bie­ty w czer­wo­nej su­kien­ce. – Toż to pan Buddy Bu­ro­ok! Prze­pra­szam bar­dzo, pan dok­tor sztuk al­che­micz­nych, Buddy Bu­ro­ok we wła­snej oso­bie! – Po­tęż­ny, bar­czy­sty bro­dacz ści­snął dłoń wy­so­kie­go męż­czy­zny i mo­cno nią po­trzą­snął. – A kimże jest pań­ska pięk­na part­ner­ka?

– Kto? Ach… – Bu­ro­ok udał zdzi­wie­nie nad wyraz kiep­sko. – …to jest panna Mille Rauh. Nowa twarz to­wa­rzy­stwa Sztuk Ma­gicz­nych i Re­ak­cji Al­che­micz­nych. – W skró­cie SzMi­RA, które okre­śle­nie pa­da­ło raz po raz z ust nie­przy­chyl­nych ich dzia­łal­no­ści ak­ty­wi­stów.

– Bar­dzo mi miło. – Bro­dacz schy­lił się w ukło­nie i po­rwał dłoń ko­bie­ty do po­ca­łun­ku. – Jam jest Ber­nard Grom­sky we wła­snej oso­bie. Jak pani…

– Panna. – za­zna­czy­ła Mille.

– Pro­szę o wy­ba­cze­nie. Jak panna widzi, je­stem…

– Prze­pra­szam, ale po­zwól­cie, że zo­sta­wię was na chwi­lę sa­mych. – wtrą­cił kozia bród­ka drugi raz nie po­zwa­la­jąc bro­da­czo­wi do­koń­czyć zda­nia. – Panie Grom­sky, liczę, że do­trzy­ma pan to­wa­rzy­stwa mojej part­ner­ce.

Uzy­skaw­szy twier­dzą­cą od­po­wiedź na swoją proś­bę znik­nął po­śród tłumu.

***

Nie­opo­dal od po­zo­sta­wio­nej sam na sam z panem bro­da­czem Grom­skym, świe­żo upie­czo­nej człon­ki­ni to­wa­rzy­stwa Sztuk Ma­gicz­nych i Re­ak­cji Al­che­micz­nych, le­d­wie dwie pary dalej w kie­run­ku ku środ­ku Sali, tuż przy stole z prze­ką­ska­mi krzą­tał się gru­ba­wy szpa­ko­wa­ty je­go­mość w za­awan­so­wa­nym wieku śred­nim. W jed­nym ręku dzier­żył kie­li­szek z czer­wo­nym winem, w dru­gim ta­lerz prze­ką­sek – nie­spo­dzie­wa­nie spraw­nym ru­chem pod­no­sił za­ję­tą na­pit­kiem dło­nią pasz­te­ci­ki wprost do ust, nie­mal­że nie ro­biąc przerw na ich prze­żu­cie i po­łknię­cie.

To pre­zes naj­więk­sze­go w Black­town banku, Jo­seph Ce­dric Do­wn­ford, jeden z naj­bar­dziej zna­nych i sza­no­wa­nych oby­wa­te­li mia­sta. Oraz naj­bo­gat­szych. Wraz z sze­re­giem nie­wąt­pli­wych atu­tów, po­sia­dał jedną wadę: strasz­ny był z niego suczy syn – tak przy­naj­mniej ma­wia­no we wszyst­kich por­to­wych karcz­mach na tym brze­gu Morza Nie­spo­koj­ne­go. Na prze­ciw­nym rów­nież. Poza tym jed­nym: chłop jak krysz­tał, w któ­rym od­bi­ja­ły się bła­gal­ne miny wszyst­kich po­życz­ko­bior­ców, któ­rym – le­gal­nie lub mniej ofi­cjal­nie – udzie­lał wspar­cia… na wy­so­ki pro­cent.

Po­wszech­nie wia­do­mo było też, że za­cią­gnię­te u J. C. Do­wn­for­da długi le­piej było na czas spła­cać.

– Hej ty! – burk­nął, strze­la­jąc z ust reszt­ka­mi po­chło­nię­tych pasz­te­ci­ków. – Tak ty! Nie stój jak wryta, tylko podaj mi tamtą tackę! – wska­zał ge­stem w kie­run­ku ło­so­sio­wych ro­la­dek.

Słu­żą­ca, na którą padło bez­li­to­sne spoj­rze­nie ban­kie­ra, drżą­cą ręką się­gnę­ła po na­czy­nie i w jed­nej chwi­li zna­la­zła się u boku gru­ba­sa.

– Do­brze. – Chryp­ko­wa­ty głos jed­ne­go z naj­bar­dziej zna­nych i sza­no­wa­nych oby­wa­te­li Black­town prze­szył po­wie­trze i do­tarł wprost do jej uszu. Gość chwy­cił pełną jesz­cze tacę i za­czął wrzu­cać w sie­bie ko­lej­ne por­cje prze­ką­sek: nie od­pra­wił jej jed­nak, przez co jesz­cze chwi­lę stała tuż obok, na­słu­chu­ją­ca w wy­pad­ku po­ja­wie­nia się ko­lej­nych po­le­ceń.

Za­miast tego do jej uszu do­tarł szept. Gru­ba­wy szpa­ko­wa­ty ban­kier naj­wy­raź­niej mówił do sie­bie:

– Zaraz wra­casz, co? Cie­ka­we co tam szy­ku­jesz Moy­err. Oby coś, co ci po­wo­li mnie spła­cić, bo cze­ka­nia mam dość, Moy­err, cał­kiem doś… a ty! Sto­isz tu jesz­cze? – Słu­żą­ca aż wzdry­gnę­ła się sły­sząc brzmie­nie jego głosu. – Do­brze. Masz to. – Podał jej opróż­nio­ne na­czy­nia. – A teraz le­piej pokaż mi gdzie jest ła­zien­ka.

Od­szedł we wska­za­nym kie­run­ku. Miała dobrą pa­mięć – nie umknę­ło jej żadne z jego słów.

***

Znie­sma­czo­na na­głym znik­nię­ciem part­ne­ra, Mille z coraz więk­szym wy­sił­kiem za­cho­wy­wa­ła po­zo­ry za­in­te­re­so­wa­nia mo­no­lo­giem stale pa­pla­ją­ce­go bar­czy­ste­go bro­da­cza.

Nie­wie­le za­pa­mię­ta­ła z nie­koń­czą­ce­go się wy­wo­du, do któ­re­go nie­umyśl­nie pchnę­ła tym­cza­so­we­go to­wa­rzy­sza – wiele by dała, by cof­nąć czas o te kilka minut. Z pew­no­ścią nie po­peł­ni­ła­by tego sa­me­go błędu. Od­pra­wi­ła­by go proś­bą o przy­nie­sie­nie szklan­ki z pon­czem. Prze­pro­si­ła­by, tłu­ma­cząc swoją nie­dy­spo­zy­cję nagłą po­trze­bą po­pra­wie­nia ma­ki­ja­żu w to­a­le­cie. Rzu­ci­ła­by się bez słowa w prze­ciw­ną stro­nę sali wi­dząc zna­jo­mą (nawet jeśli by­ła­by to po­stać cał­ko­wi­cie fik­cyj­na), czy też opu­ści­ła­by go w ja­ki­kol­wiek inny, mniej lub bar­dziej wy­szu­ka­ny spo­sób. Wła­ści­wie, mo­gła­by zro­bić to rów­nież teraz. Coś ją jed­nak po­wstrzy­my­wa­ło, coś spra­wia­ło, że tkwi­ła wciąż w tym samym miej­scu. To coś spo­wo­do­wa­ło rów­nież, że z jej ust wy­rwa­ło się fe­ral­ne py­ta­nie: „A czym­że pan się zaj­mu­je, panie Grom­sky?”. To była chyba uprzej­mość – u boku Bu­ro­ok’a zdą­ży­ła już o niej za­po­mnieć, jed­nak sto­ją­cy na­prze­ciw niej bar­czy­sty bro­dacz był tak mile uspo­so­bio­nym czło­wie­kiem, że nie spo­sób było go po­trak­to­wać w nie­wła­ści­wy spo­sób. Nawet, jeśli był przy tym nie­sa­mo­wi­tym nu­dzia­rzem.

– …ostat­ni­mi czasy, da mi panna wiarę, pra­cu­ję nad mo­de­lem me­cha­nicz­ne­go hu­ma­no­ida na­pę­dza­ne­go ener­gią pa­ro­wo-wę­glo­wą. Wie panna, w tech­no­lo­gii za­wie­ra się przy­szłość na­szej cy­wi­li­za­cji, kto wie, czy dzię­ki niej nie bę­dzie­my zdol­ni się­gnąć tam, gdzie wzrok nie sięga, kto wie, czy nawet nie ku gwiaz­dom. – Słowa wy­le­wa­ły się z jego ust nie­mal­że nie­prze­rwa­nym po­to­kiem, tak, że za­sta­na­wia­ła się czy Grom­sky sam nie jest jakąś prze­dziw­ną ga­da­ją­cą ma­szy­ną, nie­po­trze­bu­ją­cą przerw na za­czerp­nię­cie po­wie­trza. – Oczy­wi­ście, magia i al­che­mia nadal zaj­mu­ją w na­szym życiu ar­cy­waż­ne miej­sce, wsze­la­ko zdaje mnie się, że nauka ta nie roz­wi­nie już się ponad to co osią­gnę­ła do­tych­czas. Nie nie nie, niech panna nie myśli o mnie jak o tych ra­dy­ka­łach, co cał­kiem od­rzu­ca­ją ma­gicz­ne in­gre­dien­ta, ja­ko­by za­prze­cza­li ich ist­nie­niu. Szczyp­ta magii tu czy tam ni­ko­mu nie za­szko­dzi­ła, pełni ona jed­nak­że rolę je­dy­nie wspie­ra­ją­cą wobec do­bro­dziejstw tech­no­lo­gicz­nych. Dajmy na to, w przy­pad­ku mo­je­go no­we­go me­cha­no­ida, magia wspo­ma­ga dzia­ła­nie ukła­dów… – Może by tak magia zdo­ła­ła­by i jej pomóc? Ja­kieś ma­lut­kie za­klę­cie dla od­wró­ce­nia uwagi. Może by tak kel­ner się po­tknął, pod sto­łem zła­ma­ła się noga, albo bro­dacz Grom­sky udła­wił się wła­snym… nie, prze­cież nie może tego zro­bić, nie jest jedną z ta­kich osób. – …nie­po­trzeb­nie zresz­tą pro­wa­dzę te teo­re­tycz­ne dys­pu­ty, niech sama panna Rauch spoj­rzy, jaki to cud tech­ni­ki! Stoi tam, za mną, niech panna obej­rzy i spraw­dzi jaki in­te­rak­tyw­ny i in­te­li­gent­ny!

– Nie chcę być nie­uprzej­ma, jed­nak za panem ni­cze­go nie ma. – Czyż­by świa­teł­ko w tu­ne­lu, po­my­śla­ła. Nie! Le­piej nie za­pe­szać.

– Co? – Bro­dacz wy­ko­nał ner­wo­wy pół­ob­rót. – Jak to?! – Zszo­ko­wa­ny wo­dził wzro­kiem po sali, od jed­ne­go do dru­gie­go końca, próż­no wy­pa­tru­jąc zguby. – Pewno znów spię­cie w ob­wo­dach po­słu­szeń­stwa i ogła­dy, a niech to! Panna wy­ba­czy…

– Wy­ba­czam. – Czy można już po­zwo­lić sobie na uśmiech? Jesz­cze chwi­lę, jesz­cze tylko…

– W takim razie z żalem muszę pannę opu­ścić. Wrócę gdy tylko od­naj­dę to ustroj­stwo i do­koń­czy­my naszą miłą po­ga­węd­kę. Tym­cza­sem ru­szam na po­szu­ki­wa­nia.

Od­cze­ka­ła jesz­cze chwi­lę, by upew­nić się, że nu­dziarz nie wróci szyb­ko i sama ru­szy­ła – w prze­ciw­nym kie­run­ku, a ką­ci­ki jej warg unio­sły się w górę. Tylko gdzie jest ten cały Buddy?

***

Uwagę prze­wod­ni­czą­ce­go Koła Mi­ło­śni­ków Kry­mi­nal­nych Hi­sto­rii Pepe Moy­er­ra przy­ku­ła prze­cho­dzą­ca obok niego peł­nym gra­cji kro­kiem ko­bie­ta w czer­wo­nej sukni. Krwi­sto czer­wo­nej, co do­dat­ko­wo po­bu­dza­ło jego wy­obraź­nię. Jesz­cze przez chwi­lę bez­wstyd­nie utrzy­my­wał wzrok na so­czy­stych – jak z miej­sca okre­ślił je w my­ślach – po­ślad­kach nie­zna­jo­mej, po czym na­głym zry­wem od­wró­cił się w prze­ciw­nym kie­run­ku, jak gdyby chciał na raz wy­ma­zać z pa­mię­ci wi­dzia­ny obraz.

Ra­czej bez­sku­tecz­nie, są­dząc po coraz bar­dziej wil­got­nym od potu koł­nie­rzu nie­mod­nej, przy­cia­snej już dla niego ko­szu­li. Na pierw­szy rzut oka wi­docz­nym było, że męż­czy­zna pro­wa­dzi we­wnętrz­ne zma­ga­nia sam ze sobą, ni­czym były pa­lacz na widok pa­pie­ro­sa.

Drżą­cą ręką chwy­cił się za tylną kie­szeń spodni, w któ­rej naj­pew­niej ocze­ki­wał zna­leźć wy­ba­wie­nie od swo­ich do­le­gli­wo­ści. Nie zna­lazł. Tar­ga­ny coraz sil­niej­szym de­li­rium ob­ma­cał po­zo­sta­łe kie­sze­nie. Wszyst­kie były puste. Pa­nicz­nie objął spoj­rze­niem naj­bliż­szych ludzi, któ­rych roz­mo­wy dziw­nie uci­chły – przy­glą­da­li się mu. Ob­ser­wo­wa­li. Nie mógł tra­cić wię­cej czasu.

Prze­ci­snąw­szy się bez­ce­re­mo­nial­nie przez tłum to­ru­ją­cy mu drogę ku wyj­ściu, pchnął bru­tal­nie cięż­kie dę­bo­we drzwi, które mo­men­tal­nie od­sko­czy­ły pod na­po­rem, jakby po­zba­wio­ne swo­jej wagi. Za nimi była już tylko wolna prze­strzeń.

Rzu­cił się bie­giem przed sie­bie, byle dalej od willi swo­je­go idola i mi­strza, cał­kiem za­po­mi­na­jąc o tym, że wi­zy­ta w jej mu­rach była urze­czy­wist­nie­niem jego ma­rzeń, o które tak długo się sta­rał. Miał teraz dużo waż­niej­sze spra­wy.

Spra­wy które za­ab­sor­bo­wa­ły go na tyle mocno, że zu­peł­nie nie za­uwa­żył po­dą­ża­ją­ce­go żwa­wym kro­kiem w kie­run­ku miej­sca przy­ję­cia męż­czy­zny ubra­ne­go pod­ług naj­now­szych stan­dar­dów mody, któ­re­mu zza pra­we­go barku ster­cza­ła długa drew­nia­na laska, bu­ja­ją­ca się w rytm mar­szu wła­ści­cie­la.

Kto zresz­tą w jego po­ło­że­niu zwra­cał­by uwagę na prze­chod­niów?

Nim do­tarł do bramy – za­trzy­mał się i zwró­cił ła­ko­my wzrok w kie­run­ku re­zy­den­cji.

 

***

Le­d­wie słu­żą­cy zdo­ła­li za­mknąć drzwi za od­da­la­ją­cym się w po­śpie­chu Cor­dim Trol­le­rem, kiedy te na po­wrót od­sko­czy­ły i roz­war­ły się na oścież. Tym razem jed­nak po­dą­ży­ły w prze­ciw­ną niż za­zwy­czaj stro­nę, wy­ła­maw­szy się z za­wia­sów pod wpły­wem ta­jem­ni­czej siły, po czym z ło­sko­tem opa­dły na po­sadz­kę. W całym sa­lo­nie po­ciem­nia­ło mimo włą­czo­nych lamp i pa­lą­cych się ży­ran­do­li, a oczy wszyst­kich ze­bra­nych zwró­ci­ły się w stro­nę ha­ła­su.

Tam, gdzie do tej pory były drzwi, stał teraz demon. Nawet go­rzej niż zwy­kły demon, bo demon w ludz­kiej skó­rze. In­ny­mi słowy: roz­gnie­wa­ny mistrz to­wa­rzy­stwa Sztuk Ma­gicz­nych i Re­ak­cji Al­che­micz­nych, Loony Tick.

W ciszy, jaka za­pa­dła wraz z jego po­ja­wie­niem się (nawet ope­ra­tor gra­mo­fo­nu wstrzy­mał ma­szy­nę), po­wiódł z wolna swym przyj­mu­ją­cym iście dia­bel­ski wyraz ob­li­czem po wszyst­kich obec­nych. W jego oczach roz­bły­snął zwie­rzę­cy blask, a wargi wy­krzy­wi­ły się w uśmie­chu god­nym sza­leń­ca.

– Moy­errrrrrrrr! – Wy­jąt­ko­wo długo brzmią­ce „r” przy­pra­wi­ło o gęsią skór­kę nie­jed­ne­go z gości ba­wią­cych się w domu sław­ne­go nie­gdyś li­te­ra­ta. Wielu za­czę­ło już ża­ło­wać, że od­po­wie­dzia­ło na za­pro­sze­nie. Ci, któ­rzy znali jego twór­czość, czuli się przy tym ni­czym dru­go­pla­no­we po­sta­ci na kar­tach jed­nej z po­wie­ści: a w tych za­wsze po­ja­wia­ły się trupy.

– Moy­err! Gdzie się scho­wa­łeś?! – Wście­kły mag wolno prze­mie­rzał ob­szer­ny go­ścin­ny salon. – My­śla­łeś, że się nie do­wiem?! – Krok za kro­kiem, był coraz bli­żej ma­jor­do­mu­sa. – Pod­ją­łeś naj­gor­szą z moż­li­wych de­cy­zji! Żeby ty, żeby ona z tobą…! – W po­miesz­cze­niu za­grzmia­ło. – Ty! Mów gdzie po­szedł!

Ma­jor­do­mus z wa­ha­niem wska­zał kie­ru­nek.

Mi­nę­ła chwi­la, gdy przed­sta­wia­ją­cy uoso­bie­nie żywej furii Loony Tick znik­nął w ko­ry­ta­rzu. Świa­tło za­mi­go­ta­ło i zga­sło, a po­miesz­cze­nia bu­dyn­ku prze­szył wrzask, jaki – na raz po­my­śla­ła więk­szość ze­bra­nych – wydać mogło tylko gar­dło nie­szczę­śni­ka bez na­dziei chwy­ta­ją­ce­go się ostat­nie­go ra­tun­ku w oba­wie o wła­sne życie.

Gdy po upły­wie za­le­d­wie paru se­kund ciem­no­ści ustą­pi­ły, po­zo­sta­li w sali roz­pierz­chli się w dwie stro­ny – część ku wyj­ściu, część ku źró­dłu po­tę­pień­cze­go krzy­ku.

 

1. Cza­row­nik

 

Były chwi­le, kiedy James Green szcze­rze wąt­pił w sens swo­jej pracy. Na przy­kład teraz, kiedy wraz z trze­ba pod­ko­mend­ny­mi tkwił we­wnątrz służ­bo­wej do­roż­ki, a plan­de­kę sta­no­wią­cą jej za­da­sze­nie ata­ko­wa­ła ka­wal­ka­da desz­czo­wych kro­pel. W ta­kich mo­men­tach pod­da­wał się wąt­pli­wo­ściom co do ob­ra­nej drogi za­wo­do­wej. Wy­star­czy­ło spoj­rzeć na na­głów­ki co­dzien­nych gazet: nar­ko­ty­ków na uli­cach coraz wię­cej, ko­lej­na grup­ka ma­ło­la­tów mu­sia­ła sko­rzy­stać z usług gra­ba­rza – gdy tylko roz­pra­cu­ją i roz­bi­ją jedną szaj­kę di­le­rów, jej miej­sce zaj­mu­je nowa. Poza tym te na­pły­wa­ją­ce od ty­go­dnia z górką zgło­sze­nia o za­gi­nię­ciu bez­dom­nych, ostat­nie z przed­wczo­raj. Do tego far­me­rzy z oko­licz­nych wsi uskar­ża­ją­cy się, że coś im po­że­ra owce. A teraz jesz­cze mor­der­stwo…

We­zwa­nie otrzy­mał wczo­raj, w środ­ku nocy. Obie­cy­wał, że nigdy już nie ze­rwie się do pracy o tak nie­ludz­kiej porze, ale nie miał wyj­ścia – w końcu jeśli nie on, ko­mi­sarz miej­sco­wej po­li­cji, to kto? Tyle, że jeśli tak dalej pój­dzie, noce bę­dzie mu­siał spę­dzać na ka­na­pie.

Gdy do­tarł wczo­raj na miej­sce zbrod­ni, ob­ję­ły go złe prze­czu­cia. Ob­ję­ły­by zresz­tą każ­de­go, kto zo­ba­czył­by wy­wa­żo­ne ciężkie dę­bo­we dwu­skrzy­dłe drzwi. W środ­ku było tylko go­rzej: po­roz­rzu­ca­ne reszt­ki je­dze­nia, po­roz­bi­ja­ne kie­lisz­ki. Lu­dzie mu­sie­li nie­mal­że tra­to­wać się przy uciecz­ce. Brnąc przez po­bo­jo­wi­sko spo­tkał ma­jor­do­mu­sa (który po­zo­sta­łą służ­bę wy­słał na urlop do od­wo­ła­nia, a sam dziel­nie po­zo­stał na po­ste­run­ku), a ten po­kie­ro­wał go na miej­sce prze­stęp­stwa – ko­ry­ta­rzem w prawo, scho­da­mi w górę i dalej w prawo, ku ostat­nim drzwiom, gdzie znaj­do­wał się ga­bi­net de­na­ta. Tech­ni­cy już tam byli i za­bez­pie­cza­li zwło­ki. Widok był od­ra­ża­ją­cy: wszę­dzie pełno krwi, ciało po­kry­te licz­ny­mi ra­na­mi – na pierw­szy rzut oka za­da­ny­mi bro­nią kłutą – w całej roz­cią­gło­ści, od stóp po twarz. Na twa­rzy wła­śnie opraw­ca sku­pił się naj­bar­dziej: była tak zma­sa­kro­wa­na, że tylko po ko­lo­rze strzęp­ków wło­sów, ubra­niu i miej­scu zda­rze­nia wno­sić można było, że ofia­rą jest nie kto inny niż po­wie­ścio­pi­sarz Pepe Moy­err.

Zwło­ki wy­ka­zy­wa­ły po­zo­sta­ło­ści magii – ktoś rzu­cał na nie za­klę­cie w ciągu ostat­niej doby. To mógł być istot­ny trop, choć w dzi­siej­szych cza­sach ma­gicz­nych kre­mów prze­ciw­zmarszcz­ko­wych i ze­sta­wów „ope­ra­cja nosa – zrób to sam” nie było to takie pewne.

Ko­mi­sarz, nim opu­ścił po­miesz­cze­nie, ob­rzu­cił je jesz­cze wzro­kiem. Rzędy re­ga­łów za­peł­nio­ne naj­róż­niej­szy­mi książ­ka­mi – od nad­gry­zio­nych zębem czasu po­żół­kłych to­misz­czy, po cał­kiem nowe wy­da­nia. Wszyst­kie uło­żo­ne ra­czej nie­przy­pad­ko­wo: tylko w jed­nym miej­scu bra­ku­ją­cą część wy­da­ne­go przed wielu laty cyklu po­ezji uzu­peł­niał cał­kiem nowy eg­zem­plarz. Po prze­ciw­nej stro­nie stało biur­ko, zaś na ścia­nie mię­dzy nim a re­ga­ła­mi znaj­do­wa­ło się okno, obec­nie otwar­te na oścież. W po­ko­ju czuć było ruch po­wie­trza, mimo za­mknię­tych drzwi – na szczę­ście, w innym wy­pad­ku je­dy­ne, co by­ło­by czuć, to odór wy­do­sta­ją­cy się z otwar­tych trze­wi ofia­ry.

Po wstęp­nych oglę­dzi­nach miej­sca, sku­pił się na ciele – prze­fil­tro­wał je wzro­kiem ka­wa­łek po ka­wał­ku, od czub­ków wy­pa­sto­wa­nych butów, po krań­ce strasz­nie za­bru­dzo­nych pa­znok­ci. Oglę­dzi­ny utwier­dzi­ły go tylko w prze­ko­na­niu, że spraw­ca mu­siał być sza­leń­cem. Nikt inny nie za­dał­by tak do­tkli­wych ob­ra­żeń. Tyle mu wy­star­czy­ło: zszedł na dół, by zadać ma­jor­do­mu­so­wi kilka pytań.

***

Szczę­śli­wie, przy­ję­cie w cza­sie któ­re­go do­szło do fe­ral­ne­go zaj­ścia było opa­trzo­ne listą gości i słu­żą­cych ob­słu­gu­ją­cych ban­kiet – to znacz­nie zre­du­ko­wa­ło czas po­szu­ki­wa­nia po­ten­cjal­nych świad­ków zaj­ścia. I po­ten­cjal­nych spraw­ców.

Brak snu w nocy i dzień nie­ustan­nej pracy – nie wie jak tym razem bę­dzie mu­siał prze­pra­szać za ko­lej­ną do­mo­wą ab­sen­cję – za­owo­co­wał w miarę krót­ką listą po­dej­rza­nych. Udało mu się do­trzeć do dużej czę­ści służ­by i usta­lić kto opu­ścił salon tuż przed do­mnie­ma­nym cza­sem zaj­ścia. Czte­ry na­zwi­ska po­ja­wia­ły się to tu, to tam w po­szcze­gól­nych ze­zna­niach. Jedno wy­mie­nia­li wszy­scy: nie­pro­szo­ny gość, znaw­ca magii Loony Tick. Jemu po­sta­no­wił zło­żyć wi­zy­tę w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Takim spo­so­bem, po nie­mal­że dwu­dzie­stu czte­rech go­dzi­nach bez snu, wy­lą­do­wał w po­li­cyj­nej do­roż­ce razem z trze­ma po­ste­run­ko­wy­mi, zmie­rza­jąc ku re­zy­den­cji człon­ka Rady Ma­gio­fo­nii i Cza­ro­wi­zji, mi­strza SzMi­Ry, Loony Ticka – sy­tu­acja zu­peł­nie nie przy­jem­na, tym bar­dziej, że nie za­po­wia­da się szyb­ki po­wrót do domu.

Żona mnie za­bi­je – Pod­su­mo­wał swoje roz­wa­ża­nia Green wi­dząc przez okien­ko do­roż­ki, że już pra­wie są na miej­scu – do­brze, że wtedy cho­ciaż nie będę mu­siał pro­wa­dzić do­cho­dze­nia.

***

Gdy tylko woź­ni­ca wstrzy­mał konie, ko­mi­sarz wy­sko­czył z do­roż­ki wprost w ra­mio­na ulewy (która zda­wa­ła się jesz­cze przy­bie­rać na sile), a za jego przy­kła­dem po­szli trzej pod­ko­mend­ni. Nie tra­cąc czasu udali się w stro­nę obie­cu­ją­ce­go schro­nie­nie przed desz­czem ganku. Gre­ena ob­ję­ło po­czu­cie, że ktoś ich ob­ser­wu­je – może to tylko nad­mier­na ostroż­ność, może kon­se­kwen­cja wy­sta­wa­nia u progu domu peł­ne­go ma­gicz­nych sił… Rzu­cił okiem na drzwi – próż­no było w nich szu­kać klam­ki, sta­no­wi­ły litą płytę z ta­jem­ni­czo po­ły­sku­ją­ce­go, ciem­ne­go two­rzy­wa. Za­pu­kał. Uchy­li­ły się z lek­kim skrzyp­nię­ciem, wy­star­cza­ją­co by przez po­wsta­łą prze­strzeń prze­ci­snął się jeden czło­wiek.

– Dobra chłop­cy, przy­go­tuj­cie się. Wcho­dzi­my.

Jeden po dru­gim, z ko­mi­sa­rzem na czele ko­lum­ny, wkro­czy­li w prze­strzeń domu cza­row­ni­ka. Po­wi­ta­ła ich ciem­na, prze­past­na prze­strzeń, oświe­tla­na tylko ni­kłym bla­skiem świec usta­wio­nych rzę­dem na po­rę­czy łu­ko­wa­tych scho­dów. Na strze­li­ste, go­tyc­kie okna nie było co li­czyć z uwagi na po­chmur­ne nocne niebo. Pod­ło­ga skrzy­pia­ła, za­sło­ny po­wie­wa­ły – ca­łość przy­wo­dzi­ła na myśl scenę z ki­czo­wa­te­go hor­ro­ru.

– Tu ko­mi­sarz po­li­cji Black­town, James Green! Panie Loony Tick, pro­szę przyjść tutaj! Muszę z panem pil­nie po­roz­ma­wiać!

Coś za­ło­sko­ta­ło, za­stu­ka­ło, za­skrzy­pia­ło i na sta­rej drew­nia­nej pod­ło­dze roz­świe­tli­ła się ścież­ka pro­wa­dzą­ca scho­da­mi w górę i dalej do jed­ne­go z po­ko­jów, za­mknię­te­go takim samym ro­dza­jem drzwi co fron­to­we.

– Dość tej za­ba­wy. – Po­dą­żył wart­kim kro­kiem wy­ty­czo­ną mu trasą. Green nie na­le­żał do stra­chli­wych, a już na pewno nie prze­stra­szy go jakiś cza­row­ni­czy­na cho­wa­ją­cy się za ta­ni­mi sztucz­ka­mi.

Zde­cy­do­wa­nie wkro­czył na scho­dy, a za nim – mniej zde­cy­do­wa­nie -jego pod­ko­mend­ni. Drzwi uchy­li­ły się, nim za­pu­kał.

– Zo­stań­cie tu. – szep­nął do po­zo­sta­łych i wszedł bez wa­ha­nia.

Pokój, w któ­rym się zna­lazł, przy­wo­dził go o obrzy­dze­nie nie mniej, niż miej­sce zbrod­ni.

Roz­rzu­co­ne wokół księ­gi z wy­ry­so­wa­ny­mi zło­wiesz­czy­mi sym­bo­la­mi na okład­kach, na ścia­nach ana­to­micz­ne prze­kro­je róż­ne­go ro­dza­ju zwie­rząt ni­czym tro­fea z po­lo­wa­nia, wokół pełno świec, nie­któ­re po­sta­wio­ne na ide­al­nych imi­ta­cjach ludz­kich cza­szek… a może to nie imi­ta­cje?

Po środ­ku, roz­par­ty w ogrom­nym fo­te­lu, ni­czym sple­śnia­ła wi­śnia w cen­trum nie­uda­ne­go tortu, sie­dział Loony Tick.

– Witam pana ko­mi­sa­rza! Co pana spro­wa­dza w moje skrom­ne progi o tak nie­co­dzien­nej porze? – Z tonu jaki przy­brał, Green wy­de­du­ko­wał, że ma do czy­nie­nia z pa­lan­tem. – Pro­szę mi wy­ba­czyć tak nie­ty­po­we przy­ję­cie, ale nie sy­piam sam. Chyba pan to ro­zu­mie?

– W isto­cie, ro­zu­miem. – Ko­mi­sarz pod­szedł krok bli­żej. – Z kolei inna spra­wa jest dla mnie nie­ja­sna i myślę, że może mi pan pomóc w jej roz­wi­kła­niu.

– W takim razie za­mie­niam się w słuch.

– Z uwagi na porę, przej­dę do kon­kre­tów. Wczo­raj­sze­go dnia w go­dzi­nach noc­nych wtar­gnął pan z nie­do­zwo­lo­nym uży­ciem magii na po­se­sję pana Pepe Moy­er­ra. Na oczach sze­re­gu świad­ków wy­krzy­ki­wał pan groź­by w stro­nę go­spo­da­rza, po czym po­dą­żył we wska­za­nym kie­run­ku, w miej­sce, gdzie ten prze­by­wał. Chwi­lę póź­niej zna­le­zio­no go mar­twe­go. Może mi to pan wy­ja­śnić?

– Pan su­ge­ru­je, że to ja go za­bi­łem? – Za­śmiał się. – I słusz­nie! Mia­łem na to wiel­ką ocho­tę! Jed­nak roz­cza­ru­ję pana: to nie moja za­słu­ga.

– W pań­skim po­ło­że­niu ra­czej nie ku­sił­bym się na żarty. – De­tek­tyw pod­szedł jesz­cze bli­żej.

– To ja w pań­skim po­ło­że­niu był­bym ostroż­ny. Jest pan sam na sam z po­dej­rze­wa­nym o mor­der­stwo nie­bez­piecz­nym ma­giem, we­wnątrz jego domu. – Ręka cza­row­ni­ka po­ru­szy­ła się w dziw­nym ge­ście.

Green zro­bił jesz­cze jeden krok. Od­gar­nął płaszcz uka­zu­jąc zdo­bio­ną rę­ko­jeść re­wol­we­ru.

– Spró­buj dupku. Zo­ba­czy­my czy twoje ku­glar­stwa są szyb­sze od kulki oło­wiu.

At­mos­fe­ra zgęst­nia­ła. Za­pa­dła cisza. Spoj­rze­nia męż­czyzn skrzy­żo­wa­ły się, miny stę­ża­ły, mię­śnie na­pię­ły w go­to­wo­ści do szyb­kiej re­ak­cji – ni­czym dwa ba­ra­ny sza­cu­ją­ce, któ­re­go po­ro­że jest oka­zal­sze. Pierw­szy ode­zwał się cza­ro­dziej.

– To na­praw­dę nie ja. Chcia­łem go po­tur­bo­wać, po­stra­szyć… na­le­ża­ło mu się. Na­le­ża­ło! Ale to nie ja go za­bi­łem. Kiedy do­tar­łem do jego po­ko­ju on już nie żył! Potem ucie­kłem.

– Mo­żesz to jakoś po­twier­dzić? – Rę­ko­jeść re­wol­we­ru nadal po­zo­sta­wa­ła od­sło­nię­ta, spoj­rze­nie po­li­cjan­ta prze­szy­wa­ło cza­ro­dzie­ja lo­do­wa­tym pro­mie­niem.

– Skrzyn­ka! – wy­krzyk­nął Tick. – W chwi­li kiedy roz­legł się krzyk uszko­dzi­łem przy­pad­ko­wo skrzyk­nę ener­ge­tycz­ną i świa­tło zga­sło.

– Przy­pad­ko­wo?

– Tak! Wy­wa­ża­łem ko­lej­no wszyst­kie drzwi… tro­chę prze­sa­dzi­łem i skrzyn­ka obe­rwa­ła, ale od razu za­czą­łem in­kan­to­wać za­klę­cie od­wra­ca­ją­ce. Nie mo­głem wtedy być razem w po­ko­ju z Moy­er­rem!

De­tek­tyw prze­szy­wał skar­la­łe­go jakby w obec­nej sy­tu­acji ma­gi­ka.

– Przyj­mij­my, że mógł­bym ci uwie­rzyć. Mógł­bym przy­mknąć oko na to, że uży­łeś magii na czy­jejś po­se­sji bez ze­zwo­le­nia. Mógł­bym uznać za nie­waż­ne to, że na zwło­kach po­zo­sta­ły ślady za­klęć. Mógł­bym nawet za­po­mnieć, że mi gro­zi­łeś, gdyby nie jedna rzecz. W tym no­wo­mod­nym stro­ju wy­glą­dasz jak kom­plet­ny dupek. Chłop­cy, przy­nie­ście mi tu an­ty­ma­gicz­ne kaj­dan­ki!

– Ty…!

–  Chyba wo­lisz ni­ko­go nie obu­dzić. De­cy­duj, czy ro­bi­my to po two­je­mu, czy po do­bro­ci.

Cza­row­nik wy­brał dru­gie wyj­ście.

***

Było już grubo po pół­no­cy, kiedy Mille zde­cy­do­wa­ła się wró­cić do domu.

Pepe za­mor­do­wa­ny.

Pró­bo­wa­ła o tym nie my­śleć, rzu­cić się w wir pracy, robić co­kol­wiek, byle tylko za­po­mnieć o okrop­nym wi­do­ku zma­sa­kro­wa­ne­go ciała Moy­er­ra. Że też nie ucie­kłam od razu jak nie­któ­rzy – głu­pia ja! Nie mogła po­zbyć się tego wspo­mnie­nia, mimo szcze­rych sta­rań – z na­tar­czy­wo­ścią wście­kłej osy wra­ca­ło ono przy każ­dej chwi­li bez­czyn­no­ści, ujaw­nia­ło się za każ­dym przy­mknię­ciem po­wiek, wwier­ca­ło w każdą wolną od in­nych myśli se­kun­dę. Za wszel­ką cenę chcia­ła za­po­mnieć.

Dla­te­go po­szła do pierw­sze­go lep­sze­go baru. Dla­te­go pila na umór. Dla­te­go za­snę­ła nad nie­do­pi­tym drin­kiem i obu­dził ją do­pie­ro bar­man, który chciał już za­mknąć lokal. Teraz wra­ca­ła chwiej­nym kro­kiem, prze­dzie­ra­jąc się przez opu­sto­sza­łe o tej porze cia­sne ulicz­ki por­to­wej dziel­ni­cy.

Nie za­po­mnia­ła. Wręcz prze­ciw­nie: nie po­tra­fi­ła teraz my­śleć o ni­czym innym.

Jak mistrz to­wa­rzy­stwa Sztuk Ma­gicz­nych i Re­ak­cji Al­che­micz­nych – or­ga­ni­za­cji, o przy­na­leż­ność do któ­rej tak się sta­ra­ła i na­pa­wa­ła ją dumą – mógł zro­bić coś ta­kie­go?! Spo­tka­ła go wła­ści­wie tylko raz, na spo­tka­niu in­te­gra­cyj­nym. Za­la­ny w sztok wci­skał jej drin­ki i pod­wie­wał su­kien­kę ta­ni­mi za­klę­cia­mi, któ­rych my­ślał, że nie za­uwa­ży­ła, potem prze­chwa­lał się tro­chę i za­cho­wy­wał jak pajac, ale w grun­cie rze­czy był w po­rząd­ku. Nie, to nie­moż­li­we by to był on… ale kto inny? Czy kogoś jesz­cze za­bra­kło wtedy mię­dzy go­ść­mi? Nie, to ab­surd…

Po­chło­nię­ta go­ni­twą nie­chcia­nych myśli, nie zwra­ca­ła uwagi na od­głos kro­ków, który prze­bi­jał się co i raz po­przez stu­kot jej ob­ca­sów. I który zbli­żał się w jej stro­nę coraz bar­dziej i coraz szyb­ciej.

Ga­zo­we la­tar­nie roz­sta­wio­ne z rzad­ka oświe­tla­ły drogę lichą łuną, która le­d­wie po­zwa­la­ła ro­ze­znać się w oto­cze­niu.

Usły­sza­ła.

Od­wró­ci­ła się rap­tow­nie i po­tknę­ła.

Wpa­dła wprost do ka­łu­ży i jej su­kien­ka – przed le­d­wie chwi­lą czy­sto zie­lo­na – przy­bra­ła w wiel­kiej czę­ści sza­ro­brą­zo­wy kolor. Nie zwra­ca­ła na to uwagi. Myśli o śmier­ci Moy­er­ra też w jed­nej chwi­li ode­szły w nie­pa­mięć. Je­dy­ne co li­czy­ło się w tym mo­men­cie, to zjawa która przy­sta­nę­ła nad nią, chro­niąc swoją toż­sa­mość w mroku.

– Co? Nie mam pie­nię­dzy! Pro­szę mnie zo­sta­wić, bo…

Po­stać zbli­ży­ła się, wy­ła­nia­jąc z mroku swoje ob­li­cze.

– Pocze…

Coś bły­snę­ło. Zimna, ostra kra­wędź sma­gnę­ła jej szyję. Po­czu­ła cie­pło spły­wa­ją­ce w dół, po­przez jej oboj­czyk, do pier­si i dalej. Nie wy­po­wie­dzia­ła wię­cej ani słowa.

Wy­da­ła z sie­bie jesz­cze zdła­wio­ny bul­got, nim padł ko­lej­ny cios.

 

2. Ban­kier

 

Ko­mi­sarz Green pił drugą z rzędu kawę, sie­dząc przy­gar­bio­ny na skra­ju swo­je­go służ­bo­we­go biur­ka. Tej nocy udało mu się wró­cić do domu – na całe trzy go­dzi­ny. Po­dusz­ka i koc na ka­na­pie cze­ka­ły już na niego razem z krót­kim li­ści­kiem o tre­ści „nawet nie pró­buj”. Do­brze wie­dział o co cho­dzi.

Teraz znów był na po­ste­run­ku – do­słow­nie. Razem z nim zja­wi­li się jego trzej naj­bar­dziej za­ufa­ni lu­dzie. Też nie mieli za sobą ła­twej nocy. Jego su­mie­nie nie cier­pia­ło jed­nak, bo wszy­scy trzej byli jesz­cze ka­wa­le­ra­mi.

– To jak, ko­mi­sa­rzu? Spra­wa za­mknię­ta? – ode­zwał się jeden z nich, naj­wyż­szy. Ed­mund He­liaz, jak in­for­mo­wa­ła przy­pię­ta do ko­szu­li od­zna­ka.

– Nie tak szyb­ko. – De­tek­tyw od­sta­wił na blat kubek nie­do­pi­tej kawy. – Może Tick rze­czy­wi­ście jest wku­rza­ją­cy, ale spraw­dzi­łem jego wer­sję wy­da­rzeń. Skrzyn­ka ener­ge­tycz­na rze­czy­wi­ście znaj­do­wa­ła się na dole i rze­czy­wi­ście uży­wa­no na niej w ciągu ostat­nich kilku dni sil­nej magii. Ślad jest wy­kry­wal­ny nawet teraz. Poza tym to pozer. Od­gra­ża się, ale nie miał­by jaj by zro­bić coś ta­kie­go.

– Więc wy­pusz­cza­my go? – ode­zwał się ko­lej­ny z po­li­cjan­tów.

– Nie. Nadal jest wi­nien wtar­gnię­cia i po­zo­sta­je głów­nym po­dej­rza­nym. Poza tym krót­ka od­siad­ka mu nie za­szko­dzi.

–  To co teraz ro­bi­my?

– Mamy jesz­cze parę tro­pów. – Pod­niósł le­żą­cą na biur­ku kart­kę – Tylko od kogo by tu za­cząć…

Ktoś gwał­tow­nie otwo­rzył drzwi jego ga­bi­ne­tu.

– Sze­fie! Mu­sisz wy­słu­chać tej pani! – Za po­ste­run­ko­wym, do środ­ka drob­ny­mi krocz­ka­mi nie­śmia­ło we­szła młoda ko­bie­ta. Green pa­mię­tał ją, to jedna ze słu­żą­cych z któ­ry­mi roz­ma­wiał.

– Bo ja… – Za­czę­ła lekko się ją­ka­jąc. – …ja chcia­łam jesz­cze coś po­wie­dzieć.

***

– Pro­szę, niech pani się na­pi­je. – Wrę­czył ko­bie­cie kubek pełen cie­płej kawy. Byli już sam na sam. Sie­dzia­ła na prze­ciw­ko niego, po dru­giej stro­nie biur­ka. – Pani?

– Aga­the Woź­niak. – po­wie­dzia­ła nie­mal­że szep­tem.

– A tak, pa­mię­tam. Chcia­ła pani się ze mną wi­dzieć. w ja­kiej spra­wie?

– Ja… nie po­wie­dzia­łam wszyst­kie­go – Za­ci­snę­ła dło­nie na kubku.

– Niech pani się nie de­ner­wu­je, nic pani nie grozi. – Sta­rał się brzmieć prze­ko­nu­ją­co. Nie­ste­ty w ta­kich sy­tu­acjach nie­szcze­gól­nie mu szło: lep­szy był we wzbu­dza­niu nie­po­ko­ju.

– No nie wiem… ale muszę po­wie­dzieć. Tak trze­ba.

Dał jej chwi­lę na ze­bra­nie myśli. Słu­żą­ca upiła łyk kawy.

– Tylko musi mi pan obie­cać, że nikt się o tym nie dowie.

„Jak za­wsze” – po­wie­dział do sie­bie w my­ślach, po czym zło­żył obiet­ni­cę.

– Sły­sza­łam, co pan Do­wn­ford mówił. On chyba nie wie­dział, że to sły­szę.

– Spo­koj­nie. Niech powie pani po kolei. Co pani sły­sza­ła?

Opo­wie­dzia­ła wszyst­ko tak  jak było.

***

Naj­pierw star­cie z szy­chą ma­gicz­ne­go świat­ka, a teraz z desz­czu pod rynnę. Ko­lej­ny po­dej­rza­ny nie dys­po­no­wał pa­ra­nor­mal­ną mocą – miał we wła­da­niu siłę o wiele bar­dziej de­struk­cyj­ną, groź­ną i bru­tal­ną: siłę pie­nią­dza. Do tego J.C.D. to prze­bie­gły lis – nic z niego łatwo nie wy­cią­gnie, może za to na­ro­bić sobie kło­po­tu. Prze­jął­by się, gdyby nie fakt, że już nie pierw­szy raz bę­dzie miał do czy­nie­nia z tym ka­wa­łem su­cze­go syna, jak na­zy­wa­no go we wszyst­kich karcz­mach, ba­rach, pu­bach i kto wie gdzie jesz­cze. Green od lat śle­dził po­czy­na­nia Do­wn­for­da – ob­ser­wo­wał jak nie­le­gal­nie udzie­la po­dej­rza­nych po­ży­czek na li­chwiar­ski pro­cent – ale, jak do tej pory, nigdy nie po­zo­sta­wiał po sobie śladu, który po­zwa­lał­by go za­mknąć. A, zwa­żyw­szy na to jaką po­zy­cję zaj­mo­wał, mu­sia­ły­by to być cho­ler­nie mocne do­wo­dy.

Do­wn­ford nie był głupi i do­brze się ma­sko­wał. Dla­te­go teraz, zmie­rza­jąc do głów­nej sie­dzi­by jego banku, ko­mi­sarz szcze­rze wąt­pił w to, by jeden z naj­bo­gat­szych ludzi w Black­town po­su­nął­by się do mor­der­stwa – a z pew­no­ścią nie wła­sny­mi rę­ko­ma i nie tam, gdzie można by go po­wią­zać ze spra­wą. Tyle, że to był jego naj­moc­niej­szy trop, jak mógł­by go omi­nąć?

W końcu do­tarł na miej­sce. Stał u ma­syw­nych wrót z litej stali, bo­ga­to in­kru­sto­wa­nych zło­tem, ko­ścią sło­nio­wą i in­ny­mi dro­go­cen­ny­mi ma­te­ria­ła­mi – nigdy im się zbyt długo nie przy­glą­dał. Wrota – ogrom­ne i wy­staw­ne – były też zu­peł­nie nie­prak­tycz­ne, dla­te­go za­mon­to­wa­no w jed­nym z ich skrzy­deł cał­kiem zwy­czaj­nej wiel­ko­ści oszklo­ne drzwi. Taki już był ten Do­wn­ford.

Wszedł do środ­ka i od razu udał się do re­cep­cji, która szkla­ną taflą od­dzie­la­ła go od drzwi do biura ban­kie­ra. Drzwi w ba­rie­rze mogła otwo­rzyć tylko osoba po­sia­da­ją­ca klucz, a on nie na­le­żał do grona szczę­śliw­ców.

– Pro­szę o wi­zy­tę u pre­ze­sa.

Re­cep­cjo­nist­ka – młoda, eg­zo­tycz­nej urody, czar­no­wło­sa pięk­ność – rzu­ci­ła w jego stro­nę pełne za­sko­cze­nia spoj­rze­nie. Była tu nowa. Wcze­śniej jej sta­no­wi­sko pia­sto­wa­ła inna młoda i uro­dzi­wa, jed­nak ru­do­wło­sa i nie tak eg­zo­tycz­na, pięk­ność. Taki już był ten Do­wn­ford.

– Był pan umó­wio­ny?

– Nie. – wes­tchnął. Że też za­wsze mu­siał przez to prze­cho­dzić. – Je­stem go­ściem spe­cjal­nym.

– Nie mogę pana wpu­ścić.

Wyjął z kie­sze­ni płasz­cza od­zna­kę.

– Może teraz zmie­ni pani zda­nie.

– Już mó­wi­łam, pan Do­wn­ford jest teraz za­ję­ty, pro­szę się um… co pan robi?!

Green wy­cią­gnął re­wol­wer i mie­rzył w zamek szkla­nych drzwi. Wy­glą­da­ło na to, że strze­li.

Ktoś wy­ło­nił się z po­miesz­cze­nia za re­cep­cjo­nist­ką.

– Pro­szę pro­szę, pan ko­mi­sarz.

– Witam, panie Do­wn­ford.

– Aki, wpuść pana ko­mi­sa­rza. Spo­dzie­wa­łem się, że wpad­nie z wi­zy­tą.

***

– Wiem, w ja­kiej spra­wie pan przy­szedł. – Ban­kier roz­siadł się wy­god­nie na skó­rza­nej sofie i za­pa­lił cy­ga­ro. Gre­eno­wi cy­ga­ra nie za­pro­po­no­wał. Sie­dze­nia też nie.

– Skoro tak, to pew­nie zaraz pan mi powie, dla­cze­go przed­wczo­raj­szej nocy, tuż przed mo­men­tem kiedy Pepe Moy­err wydał z sie­bie ostat­nie tchnie­nie, opu­ścił pan salę ban­kie­to­wą? I gdzie się pan wtedy udał?

– Pan na po­waż­nie? – Gru­bas skrzy­wił się w zło­śli­wym uśmiesz­ku. – Ile lat już się znamy, co Green? Po­wi­nie­neś wie­dzieć, że to nie mój styl.

– To zna­czy, że przy­zna­je się pan do in­nych…

– Do ni­cze­go się nie przy­zna­ję. – Prze­rwał mu jeden z naj­bar­dziej zna­nych i sza­no­wa­nych oby­wa­te­li Black­town. – Chcę tylko po­wie­dzieć, że to całe mor­der­stwo to nie moja spraw­ka.

– Więc nie po­win­na panu spra­wić kło­po­tu od­po­wiedź na moje py­ta­nie.

– Nie, nie po­win­na. – Wcią­gnął w usta dym z cy­ga­ra – Wy­sze­dłem szczać. A gdzie byłem? To za­ska­ku­ją­ce, ale w to­a­le­cie. Uła­twię panu pracę i po­wiem, że tak, mam świad­ków. Był tam bro­da­ty drą­gal, na na­zwi­sko ma Grom­sky jeśli się nie mylę, przy­gna­ny w owe miej­sce tą samą po­trze­bą co ja. Coś jesz­cze?

Nie było nic jesz­cze. Choć każdą czę­ścią swo­jej gli­niar­skiej duszy rwał się, by za­pusz­ko­wać tego su­cze­go syna, nie miał pod­staw, by to zro­bić. Mil­czał.

– Do­brze. – Kon­ty­nu­ował ban­kier. – W takim razie niech mnie pan po­słu­cha. Nie je­stem głupi. Tick by kogoś zabił? – Uśmiech nada­wał mu apa­ry­cję oran­gu­ta­na. – Tick to gów­no­zjad, co się boi ble­fo­wać przy po­ke­rze. Znaj­dzie pan praw­dzi­we­go mor­der­cę Moy­er­ra. Znaj­dzie, a ja już się po­sta­ram, by spo­tka­ła go… spra­wie­dli­wość. – rzu­cił sta­now­czo, bez ogró­dek i zło­śli­wo­ści. Mimo wie­lo­krot­nej wąt­pli­wej przy­jem­no­ści wza­jem­nej roz­mo­wy, Green nigdy nie sły­szał, by J. C. D. mówił tak bez­po­śred­nio i tak prze­ko­nu­ją­co. Aż na­zbyt bez­po­śred­nio i prze­ko­nu­ją­co, mógł­by do­pa­try­wać się ktoś po­dejrz­li­wy.

– Czyli to praw­da?

– Słu­cham?

– Moy­err był za­dłu­żo­ny i wno­szę, że na tak sporą sumę. Może coś panu obie­cał, może miał skądś wy­kom­bi­no­wać pie­nią­dze na spła­tę… bar­dziej opła­ca­ło się mieć go ży­we­go. Co, panie Do­wn­ford?

– Nie ro­zu­miem tych in­sy­nu­acji. – Znów za­cią­gnął się cy­ga­rem. – Po­wiedz­my, że wspar­łem go raz czy drugi. W ra­mach przy­ja­ciel­skiej po­mo­cy, oczy­wi­ście.

– Oczy­wi­ście.

 

3. Robot

 

Krąg osób do prze­słu­cha­nia stop­nio­wo się za­wę­żał. To do­brze, uznał Green, chyba, że był ktoś jesz­cze… Jak na razie musi spraw­dzić wia­ry­god­ność hi­sto­rii Do­wn­for­da – miał prze­czu­cie że znaj­dzie po­twier­dze­nie i bę­dzie mógł wy­klu­czyć oby­dwóch męż­czyzn. Oczy­wi­ście, było nikłe praw­do­po­do­bień­stwo że ci dwaj – ban­kier i bro­dacz – współ­pra­co­wa­li ze sobą, tyle, że było to kom­plet­nie bez sensu. Grom­sky jako je­dy­ny z całej grupy nie po­sia­dał ja­kie­go­kol­wiek – nawet na­cią­ga­ne­go – mo­ty­wu, który mógł­by pchnąć go do ta­kie­go czynu. Nie miał też ro­dzi­ny ani dłu­gów. Pro­wa­dził za to do­brze pro­spe­ru­ją­cy warsz­tat tech­no­lo­gicz­ny – parę razy nawet wpro­wa­dzał uspraw­nie­nia do re­wol­we­ru ko­mi­sa­rza. Po tych kilku oka­zyj­nych spo­tka­niach de­tek­tyw miał prze­świad­cze­nie, że nie jest to czło­wiek, który mógł­by zabić (przy­naj­mniej nic na to nie wska­zy­wa­ło), a już na pewno nie od tak, po pro­stu za pie­nią­dze. A może to tylko od­zy­wa­ły się w nim reszt­ki wiary w ludz­ką przy­zwo­itość? Może to wilk w skó­rze owcy? Green spo­tkał już ta­kich nie raz – bez­bron­ne, ciche, nie­śmia­łe ob­li­cza, które skry­wa­ły zgni­łe dusze. Nie, co ja gadam, ten facet jest po pro­stu uczci­wym go­ściem, nic wię­cej się za tym nie kryje.

Osta­tecz­nie, wszel­kie wąt­pli­wo­ści po­win­no roz­wiać ich spo­tka­nie.

***

Warsz­tat Grom­sky­ego przy­po­mi­nał jedno wiel­kie wnę­trze me­cha­ni­zmu ze­ga­ra po­łą­czo­ne z ma­szy­ną pa­ro­wą. Ścia­na­mi bie­gły rury o sobie tylko zna­nym prze­zna­cze­niu, prze­le­wa­ją­cy się w nich płyn po­hu­ki­wał z go­rą­ca, wszę­do­byl­skie tar­cze wskaź­ni­ków przed­sta­wia­ły prze­róż­ne po­mia­ry, któ­rych Green nie sta­rał się nawet zro­zu­mieć – a to wszyst­ko prze­pla­ta­ne sie­cią zę­ba­tek i łań­cu­chów, bę­dą­cych po­wo­dem usta­wicz­ne­go ty­ka­nia. Mimo wszyst­ko: warsz­tat (i sklep za­ra­zem) wy­glą­dał swoj­sko. Za szkla­ny­mi szy­ba­mi wy­sta­wo­wych re­ga­łów za­le­ga­ły tech­no­lo­gicz­ne roz­ma­ito­ści: ze­ga­ry i ze­gar­ki, apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne i te­le­fo­nicz­ne, wi­zjo­fo­ny, me­cha­nicz­ne pa­ję­cza­ki pa­tro­lu­ją­ce, oraz prze­róż­ne­go ro­dza­ju broń, z któ­rej pro­duk­cji Grom­sky uczy­nił wręcz sztu­kę. Rzeź­bio­ne z per­ło­wej masie rę­ko­je­ści, po­zła­ca­ne bę­ben­ki re­wol­we­rów, po­kry­te or­na­men­ta­mi lufy ka­ra­bi­nów. Coś pięk­ne­go.

I mógł­by być to dla ko­mi­sa­rza jesz­cze nawet zno­śny dzień, gdyby nie to, że za skle­po­wą ladą nie uświad­czył bro­da­te­go wy­na­laz­cy.

Jeden z gwizd­ków ulo­ko­wa­nych przy su­fi­cie wy­strze­lił obłok pary.

– Dzień dobry, czym mogę słu­żyć? – Green do­pie­ro teraz doj­rzał sto­ją­cą z boku lady dziw­ną ma­chi­nę, któ­rej nada­no ja­ko-ta­ko ludz­ki wy­gląd.

– Słu­cham?

– Py­ta­łem w czym mogę panu słu­żyć? Co pana spro­wa­dza do na­sze­go skle­pu? – Me­cha­nicz­ny głos wy­do­by­wał się z przy­po­mi­na­ją­ce­go usta otwo­ru ma­szy­ny; imi­tu­ją­ce wargi klapy roz­wie­ra­ły się i za­my­ka­ły.

– Wa­sze­go? – De­tek­tyw po­wo­li wy­cho­dził ze zdu­mie­nia. Pierw­szy raz wi­dział takie coś. I chyba było to je­dy­ne w swoim ro­dza­ju… czyli skła­da­ją­cy ze­zna­nia kel­ne­rzy nie fan­ta­zjo­wa­li! Bro­dacz stwo­rzył rzecz, która na stałe za­pi­sze jego imię w hi­sto­rii.

– Tak, mo­je­go i Ber­nar­da.

– Wi­dzisz…

– DUR-eX. Do­sko­na­ły Układ Ro­zu­mu­ją­cy – eg­zem­plarz X.

– Wi­dzisz DUR-eX, szu­kam two­je­go twór­cy.

– Ber­nar­da? Nie­ste­ty nie ma go tutaj.

– Tak, Ber­nar­da. Chciał­bym z nim po­roz­ma­wiać. – De­tek­tyw for­mu­ło­wał słowa po­wo­li i wy­raź­nie.

– Nie musi pan mówić do mnie jak do idio­ty. Jeśli zaś cho­dzi o part­ne­ra do roz­mów, to kiep­sko pan wy­brał: Ber­nard to kom­plet­ny nu­dziarz.

Męż­czy­zna szcze­rze się uśmiech­nął.

– Widzę, że rze­czy­wi­ście udało mu się stwo­rzyć sztucz­na in­te­li­gen­cję.

– Udało, udało. I widzi pan, do czego ją za­przągł? Sprze­daż w skle­pie. Sam pew­nie za­mknął się w domu i znów grze­bie się w kupie złomu, a ja tu od­wa­lam cała ro­bo­tę.

– Mam ro­zu­mieć, że twój wła­ści­ciel jest u sie­bie?

– Wła­ści­ciel? Jaki tam wła­ści­ciel. Nie je­stem ni­czy­ją wła­sno­ścią. O ile mi wia­do­mo czasy znie­wo­le­nia istot ro­zum­nych dość dawno się skoń­czy­ły.

– Prze­pra­szam, jeśli cię ura­zi­łem. – Uśmiech nie zni­kał z twa­rzy de­tek­ty­wa. Od za­wsze był sym­pa­ty­kiem tech­no­lo­gicz­nych in­no­wa­cji.

– Nic nie szko­dzi. Ro­zu­miem, że ktoś taki jak ja to dość… nie­co­dzien­ny widok.

De­tek­tyw nie od­zy­wał się przez chwi­lę. Ro­zej­rzał się po warsz­ta­cie, który roz­po­ście­rał się za ladą. Prze­kład­nie, koła zę­ba­te, śru­bo­krę­ty, dłuta… Uśmiech zszedł z jego twa­rzy.

– Wła­ści­wie, to do cie­bie też mam kilka pytań.

– Tak? – Robot, jak to robot, ode­zwał się me­cha­nicz­nym gło­sem nie zdra­dza­ją­cym nie­po­ko­ju.

– Wiem, że przed­wczo­raj­szej nocy byłeś razem ze swoim twór­cą na przy­ję­ciu u pi­sa­rza Pepe Moy­er­ra. Ist­nie­ją świad­ko­wie, któ­rzy wi­dzie­li jak opusz­czasz salę nie­dłu­go przed tym, gdy go­spo­darz zgi­nął.

– Pan mnie oskar­ża?! – Głos me­cha­nicz­ne­go roz­mów­cy po­tra­fił jed­nak od­zwier­cie­dlać emo­cje, przy­naj­mniej nie­któ­re. Gniew z pew­no­ścią. – A gdzie do­wo­dy? A gdzie motyw?

– Za­da­łem tylko jedno, pro­ste py­ta­nie. Jak na razie nie bra­łem pod uwagę tej moż­li­wo­ści, jed­nak skoro je­steś ma­szy­ną…

– Toż to jawne uprze­dze­nia! Dys­kry­mi­na­cja! – Klapa umiej­sco­wio­na w tu­ło­wiu ro­bo­ta unio­sła się, a z jego wnę­trza buch­nął stru­mień go­rą­cej pary. – Po­dej­rza­ny, bo jest ma­szy­ną! Bo może mogło się coś we mnie po­psuć? Po­wiem panu, że taka ze mnie ma­szy­na, jak i z was. Tyle, że bar­dziej nie­za­wod­na. Ile to razy w wa­szym me­cha­ni­zmie na­sta­je awa­ria, która po­py­cha wasze ręce do zbrod­ni? Tyle, że u was jest nie­od­wra­cal­na, mnie cho­ciaż można na­pra­wić. Kto więc jest więk­szym po­two­rem?

– Ta złość jest cał­kiem nie­po­trzeb­na. Od­po­wiedz na moje py­ta­nie i skoń­czy­my nie­przy­jem­ny etap na­szej po­ga­węd­ki.

– Kiedy ja…

– Tak?

– Nie pa­mię­tam. – Skru­chę i wstyd rów­nież dało się od­na­leźć w dźwię­ku jego głosu. Mimo, że jego twarz po­zba­wio­na była du­żych moż­li­wo­ści mi­micz­nych, można było do­strzec wy­ry­so­wa­ne na niej za­kło­po­ta­nie. A może to była tylko wy­obraź­nia Gre­ena? – To zna­czy pa­mię­tam coś. Wsze­dłem w gdzieś pod górę. Ja­kieś po­miesz­cze­nie, długi, strasz­ny ko­ry­tarz. Ciem­ność, a potem…

– Potem?

– Nie wiem, co potem! Jak­bym był wy­łą­czo­ny! Zre­star­to­wa­łem się do­pie­ro dziś rano, na gra­ni­cy lasu, nie­opo­dal re­zy­den­cji pana Moy­er­ra, nie­da­le­ko dziw­nej kupy ka­mie­ni. Z po­gię­tą bla­chą na gło­wie i lu­kach w bazie da­nych. Mia­łem szczę­ście, jesz­cze go­dzi­na, góra dwie, a uto­nął­bym w ba­gnie. Nie wiem jak tam wpa­dłem, ale ni­ko­mu nie zro­bi­łem krzyw­dy! Przy­się­gam!

De­tek­tyw mil­czał.

– Czy pan myśli, że to ja? Czy… to mo­głem być ja?

– Nie wiem. Ale obie­cu­ję ci, że do­wiem się. Wtedy po tu wrócę, bądź tego pe­wien. Teraz chcę za­py­tać cie­bie o coś waż­niej­sze­go. – Rzu­cił jesz­cze raz okiem po skle­po­wych wy­sta­wach. – Macie tu ja­kieś me­cha­nicz­ne bły­skot­ki? Takie na pre­zent dla ko­bie­ty.

– Czyli nie zo­sta­nę aresz­to­wa­ny?

– Nie mam wy­star­cza­ją­cej ilo­ści prze­sła­nek ku temu, jak do tej pory. Poza tym, wy­bacz, ale w świe­tle prawa nie mogę cie­bie od tak za­brać ze skle­pu. No i spodo­bał mi się twój bla­sza­ny łeb. Wiem, to wiel­ka dys­kry­mi­na­cja, jed­nak jak do­tych­czas ma­szy­na jest uzna­wa­na za wła­sność. Jeśli coś zmie­ni się w tej kwe­stii, po­roz­ma­wia­my ina­czej… ale przy­dzie­lę ci czło­wie­ka do ochro­ny. Tak, na wszel­ki wy­pa­dek.

– Ochro­ny… ro­zu­miem. – Spod klapy ro­bo­ta wy­ło­ni­ła się cien­ka, le­ni­wie uno­szą­ca się struż­ka pary. – Jeśli cho­dzi o spra­wę pre­zen­tu…

Drzwi skle­pu otwo­rzy­ły się ze szczę­kiem, a do środ­ka wpadł zdy­sza­ny E. He­liaz.

– Sze­fie! Szu­kam szefa wszę­dzie!

– Coś się stało? – Wyraz, jaki ma­lo­wał się na twa­rzy przy­by­łe­go po­ste­run­ko­we­go wska­zy­wał, że nie są to dobre in­for­ma­cje.

– Mamy ko­lej­ne za­bój­stwo.

***

Wy­szli w po­śpie­chu, a robot wró­cił do swo­je­go po­przed­nie­go za­ję­cia – na­siąk­nię­tą lek­kim kwa­sem tka­ni­ną usu­wał z za­ka­mar­ków spoiw swo­je­go me­cha­nicz­ne­go ciała reszt­ki rdza­wo­czer­wo­nej sub­stan­cji.

 

4. Al­che­mik

 

– Ko­bie­tę zna­le­zio­no póź­nym ran­kiem w Dziel­ni­cy Por­to­wej. – Kon­ty­nu­ował po­ste­run­ko­wy, kiedy już wsie­dli razem do do­roż­ki i ru­szy­li w stro­nę miej­sca ko­lej­nej zbrod­ni. W od­da­li zegar miej­skie­go ra­tu­sza oznaj­miał śro­dek po­po­łu­dnia. – W jed­nej z uli­czek, le­ża­ła na bruku w ka­łu­ży błota i krwi.

– A do­kład­nie?

– Do­kład­nie?

– Tak, do cho­le­ry, do­kład­nie! – wia­do­mość o ko­lej­nej śmier­ci wpra­wi­ła de­tek­ty­wa w po­nu­ry na­strój. – Do­kład­nie co za ko­bie­ta? Gdzie ją zna­le­zio­no? Kto zna­lazł? Jak zgi­nę­ła? Wszyst­ko, czego zdą­ży­łeś się do­wie­dzieć! I czemu do­wia­du­ję się tak późno?!

– Szu­ka­łem szefa od rana. – Za­czął na­tych­miast tłu­ma­czyć pod­ko­mend­ny. – Nigdy szef nie mówi, gdzie się wy­bie­ra…

– Nie­waż­ne. – Green spra­wiał wra­że­nie przy­bi­te­go. Na­le­ży mi się eme­ry­tu­ra, za stary na to je­stem, mówił sobie w my­ślach. – Mów co wiesz.

– Tak… – W ręku po­li­cjan­ta po­ja­wił się mały no­tat­nik. – Ko­bie­tę zna­le­zio­no póź­nym ran­kiem, około go­dzi­ny dzie­sią­tej. Wie szef, może i ktoś wi­dział ją wcze­śniej, ale ci z portu nie chcą kło­po­tów. Zna­la­zły ją, nie­ste­ty, dzie­cia­ki. Nim in­for­ma­cja tra­fi­ła do ich ro­dzi­ców, a potem do jed­ne­go z na­szych te­le­fo­ni­stów, była już nie­mal­że je­de­na­sta. Port­fe­la oczy­wi­ście przy niej nie zna­leź­li­śmy, ale wie szef, ci z portu…

– Wiem. Mogli okraść trupa, mów dalej.

– Szczę­śli­wie, zna­leź­li­śmy przy niej le­gi­ty­ma­cje SzMi­Row­ca. Na­zy­wa­ła się Mille Rauch.

To na­zwi­sko zbu­dzi­ło w de­tek­ty­wie sko­ja­rze­nia. Na pewno się z nim już spo­tkał, i to w nie­da­le­kiej prze­szło­ści. Tak! Była na li­ście gości Moy­er­ra…

– To­wa­rzysz­ka Bu­ro­oka na przy­ję­ciu. – sko­men­to­wał.

– Ma szef rację. Do tego są inne po­wią­za­nia. Ciało ko­bie­ty zo­sta­ło zma­sa­kro­wa­ne w taki sam spo­sób, oglę­dzi­ny wska­zu­ją, że za spra­wą po­dob­ne­go na­rzę­dzia.

– Kurwa. – Złe prze­czu­cie nie opusz­cza­ło ko­mi­sa­rza.

– Ma szef rację. Se­ryj­ny spraw­ca. Albo na­śla­dow­ca.

– Dupa nie na­śla­dow­ca. – Od­rzekł Green. – Spo­tka­łeś ty kie­dyś na­śla­dow­cę poza kart­ka­mi kry­mi­na­łów? Do tego u nas, w Black­town?! To nie jest ja­kieś wiel­kie mia­sto pełne wy­ko­le­jeń­ców. Poza tym nikt nie do­ro­bił­by się na­śla­dow­cy po jed­nym wy­sko­ku. Świ­rów przy­cią­ga­ją jesz­cze więk­sze świry, a w bru­kow­ce opa­trzy­ły całą spra­wę metką „Ze­msta za­zdro­sne­go czar­no­księż­ni­ka”. Coś tak nud­ne­go i co­dzien­ne­go nie za­pa­dło­by w pa­mię­ci żad­ne­go psy­cho­la.

– Pew­nie ma szef rację, jak zwy­kle. – Po­ste­run­ko­wy chwi­lę mil­czał. – Jest jesz­cze coś.

***

Od­gar­nął czar­ną plan­de­kę, którą tech­ni­cy okry­li zwło­ki Mille, od­sła­nia­jąc pół­na­gie ciało ko­bie­ty. Spraw­ca zdarł z niej znacz­ną część ubra­nia. Tym razem ciął jesz­cze za­pal­czy­wiej: rany były dłuż­sze i głęb­sze, tak, że nie wy­glą­da­ło to jak dzie­ło czło­wie­ka, tylko atak dzi­kiej be­stii w szale.

Jak do­wie­dział się od tech­ni­ków – ciało no­si­ło ślady magii. In­for­ma­cja jesz­cze mniej warta niż po­przed­nim razem: ko­bie­ce to­a­let­ki pełne są per­fum i wspo­ma­ga­czy urody, do tego de­nat­ka w pracy po­słu­gi­wa­ła się magią.

To nie wszyst­ko.

Na ple­cach, przy po­mo­cy ja­kie­goś wy­jąt­ko­wo ostre­go i pre­cy­zyj­ne­go na­rzę­dzia, spraw­ca wy­ciął napis nie­wie­le róż­nią­cy się od liter od­ręcz­ne­go pisma: „bo nad­cho­dzi czas, kiedy za­drży”. Kom­plet­nie bez sensu.

Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że mają do czy­nie­nia ze świ­rem – chyba, że ktoś po­sta­rał się o to, by wła­śnie tak wy­glą­da­ło… co świad­czy tylko o tym, że jest jesz­cze więk­szym świ­rem.

– Co za kupa gówna. – wy­szep­tał do sie­bie. – He­liaz!

Pod­ko­mend­ny zja­wił się w jed­nej chwi­li.

– Prze­słu­chasz miesz­kań­ców oko­li­cy. Jed­ne­go po dru­gim. Naj­mniej­sza po­szla­ka ma zna­cze­nie.

– Tak sze­fie.

– I jesz­cze jedno: wy­ślij ludzi do skle­pu Grom­sky­ego, niech nic stam­tąd nie wy­cho­dzi.

– Nic?

– Tak, nic. Prze­ko­na­ją się na miej­scu. – Gdyby nie fakt, że przed de­tek­ty­wem le­ża­ło ko­lej­ne zma­sa­kro­wa­ne ciało, pew­nie by się uśmiech­nął. – Wy­ślij też kogoś, by ob­ser­wo­wał Do­wn­for­da. Chcę wie­dzieć wszyst­ko, kto go niego przy­cho­dzi, z kim roz­ma­wia, gdzie dzwo­ni!

– Gdzie dzwo­ni? Sze­fie, czy to nie jest… nie­le­gal­ne? I jak niby mam to zro­bić?

– W dupie mam co jest le­gal­ne. – Rze­czy­wi­ście tak my­ślał: nawet nikłe po­dej­rze­nie to za­wsze jakiś trop, a nie po­zwo­li, by ktoś robił taki bur­del na jego te­re­nie. – Masz mu za­ło­żyć mu pod­słuch! Jak? To już twoja spra­wa. Ja muszę jesz­cze coś za­ła­twić.

***

Ko­rzyst­nym zbie­giem oko­licz­no­ści bu­dy­nek to­wa­rzy­stwa SzMi­Ry znaj­do­wał się dość nie­da­le­ko dziel­ni­cy bie­do­ty – po prze­ciw­nej stro­nie ulicy Agra­ela (od­dzie­la­ją­cej slum­sy od lep­szej czę­ści mia­sta) na­zwa­nej po ja­kimś tam ma­gi­ku co wy­na­lazł le­kar­stwo na rze­żącz­kę, a przy tym za­skar­bił sobie sym­pa­tię wszyst­kich zde­mo­ra­li­zo­wa­nych de­ka­den­tów z wyż­szych sfer.

Bu­dy­nek – a wła­ści­wie pnąca się w niebo wie­lo­pię­tro­wa wieża zbu­do­wa­na na pla­nie pię­cio­ką­ta – był miej­scem pracy wszyst­kich człon­ków or­ga­ni­za­cji i obiek­tem za­zdro­ści po­zo­sta­łych ku­gla­rzy i szar­la­ta­nów, któ­rzy nie do­sta­li się pod skrzy­dła do­fi­nan­so­wa­nia z pań­stwo­wej kasy.

Green za­sta­na­wiał się, jaką mu wy­li­czą eme­ry­tu­rę, kiedy już skoń­czy z tym całym baj­zlem i wresz­cie bę­dzie miał tro­chę czasu.

Za­pu­kał do wiel­kich wrót – acz­kol­wiek mniej­szych i skrom­niej­szych niż te w banku Do­wn­for­da – które, rów­nież w od­róż­nie­niu od ban­ko­wych, nie sta­no­wi­ły tylko ma­ni­fe­sta­cji prze­py­chu, a otwie­ra­ły  sie w ca­ło­ści.

Gdy wszedł do środ­ka nie na­pa­to­czył się na re­cep­cjo­nist­kę czy ko­go­kol­wiek: je­dy­nym obiek­tem była wy­wie­szo­na na prze­ciw­le­głej ścia­nie długa lista na­zwisk, wraz z po­da­ny­mi nu­me­ra­mi lo­ka­li i go­dzi­na­mi w któ­rych przyj­mu­ją in­te­re­san­tów. Jak wska­zy­wał wykaz: Bu­ro­ok po­wi­nien być teraz na miej­scu, sala numer 112. Oby – de­tek­tyw nie miał ocho­ty na nie­spo­dzian­ki.

Zer­k­nąw­szy na plan roz­miesz­cze­nia po­miesz­czeń w bu­dyn­ku, udał się scho­da­mi w od­po­wied­nim kie­run­ku.

***

Gdy tylko za­pu­kał, otwo­rzył mu przy­sta­ją­cy do wid­nie­ją­ce­go w po­li­cyj­nej do­ku­men­ta­cji zdję­cia męż­czy­zna z kozią bród­ką.

– Witam w swo­jej pra­cow­ni. Co pana do mnie spro­wa­dza? – Ge­stem za­pro­sił de­tek­ty­wa do środ­ka. Cho­ciaż raz nie musi tra­cić czasu na głu­po­ty, by móc po­roz­ma­wiać.

Wnę­trze sali numer 112 było za­gra­co­ne wszel­kie­go ro­dza­ju al­che­micz­ny­mi przy­rzą­da­mi: róż­ne­go roz­mia­ru fiol­ki, alem­bi­ki, re­tor­ty, więk­szość z nich po­łą­czo­na prze­zro­czy­sty­mi rur­ka­mi. Część była pusta, w czę­ści prze­miesz­cza­ły się płyny w nie­mal­że każ­dym ze zna­nych ko­mi­sa­rzo­wi ko­lo­rów. Prócz apa­ra­tu­ry, po­miesz­cze­nie wy­peł­nia­ły rzędy re­ga­łów z go­to­wy­mi już elik­si­ra­mi, ma­ścia­mi i in­ny­mi sub­stan­cja­mi moż­li­wy­mi do na­by­cia tutaj wprost z rąk ich twór­cy.

– Dzień dobry. Ko­mi­sarz James Green. Przy­sze­dłem zadać panu kilka pytań.

Bu­ro­ok oparł się o jeden z obec­nie nie­uży­wa­nych ko­tłów.

– Wiem, jakie chce mi pan zadać py­ta­nie. – Czyż­by roz­mo­wa miała pójść tak gład­ko? – Na przy­ję­ciu u Moy­er­ra tro­chę wy­pi­łem, nie wy­po­wia­da­łem się dość po­chleb­nie o nim, ale to wszyst­ko. Nie za­bi­łem go. – Bu­ro­ok śpie­wał jak z nut.

– Gdzie w takim razie był pan w chwi­li za­bój­stwa Pe­pe­go Moy­er­ra?

Al­che­mik chwi­lę nie od­po­wia­dał.

– Pro­szę od­po­wie­dzieć. Chyba oby­dwaj je­ste­śmy gen­tle­ma­na­mi i chcie­li­by­śmy za­ła­twić spra­wę w kul­tu­ral­ny spo­sób.

– Byłem w to­a­le­cie…

– Nie gadaj bzdur Bu­ro­ok. – Ton de­tek­ty­wa zmie­nił się dia­me­tral­nie. – Wiem już, kto gdzie był, a kto nie był. Mam za sobą nie­cie­ka­wy dzień, a przez dobą jesz­cze mniej cie­ka­wy wie­czór, więc gadaj jak było!

– Kiedy to na­praw­dę nie ja! Ja nawet zna­łem Moy­er­ra, był moim sta­łym klien­tem! – Męż­czy­zna ze­rwał się w stro­nę biur­ka i wy­cią­gnął stam­tąd plik do­ku­men­tów. – Niech pan spoj­rzy! Ra­chun­ki za re­gu­lar­ny zakup w moim skle­pie elik­si­rów uspo­ka­ja­ją­cych i na­sen­nych, wy­sta­wio­ne na niego!

Green rzu­cił okiem na pa­pie­ry. Wszę­dzie na­zwi­sko Moy­er­ra. Ostat­nio po­dwo­ił dawkę: naj­wi­docz­niej kry­zys twór­czy nie wpły­wa ko­rzyst­nie na spo­kój ducha.

– Po co miał­bym mor­do­wać sta­łe­go klien­ta?

– Prze­stań pie­przyć Bu­ro­ok! Za­bi­łeś go a potem ko­bie­tę z którą byłeś, bo mu­sia­ła mieć na cie­bie ja­kie­goś haka! – Czyż­by praw­dzi­wy wilk w ciele po­tul­nej owiecz­ki? Do tego ten wy­cię­ty napis by zmy­lić trop…

Al­che­mik zbladł, nie­mal­że przy­brał kolor jed­ne­go ze swo­ich eks­trak­tów.

– Mille nie żyje? To nie­moż­li­we. – Cichy, po­zba­wio­ny wcze­śniej­sze­go nie­po­ko­ju głos.

– Do­brze o tym wiesz! Zna­le­zio­no ją dziś cał­kiem nie­da­le­ko stąd! – De­tek­tyw już się­gał w stro­nę kaj­dan­ków, kiedy nie­do­szły aresz­tant zwy­mio­to­wał wprost do jed­ne­go ze szkla­nych na­czyń. Nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał.

– Już wszyst­ko po­wiem. – Usiadł na pod­ło­dze, skry­wa­jąc twarz. – Mia­łem iść do to­a­le­ty, ale po­sze­dłem dalej, do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia gdzie nikt nie bę­dzie mi prze­szka­dzał. Zna­la­złem skła­dzik na szczot­ki. Tam… – Od­sło­nił prawe przed­ra­mię.

– Ogar­nij się. – rzu­cił chłod­no de­tek­tyw. – Ktoś z moich ludzi wróci tutaj po cie­bie nie­ba­wem. Le­piej się stąd nie ru­szaj.

Nim od­je­chał, wy­ko­nał jesz­cze jeden te­le­fon z budki w hollu bu­dyn­ku – nie da temu ćpu­no­wi szan­sy, by czmych­nął gdzieś nie­po­strze­że­nie, jak to jemu po­dob­ni mają w zwy­cza­ju.

***

Dom bro­da­te­go wy­na­laz­cy, w od­róż­nie­niu od jego skle­pu, wy­glą­dał cał­kiem zwy­czaj­nie. Śred­niej wiel­ko­ści par­te­rów­ka na przed­mie­ściach, po­ma­lo­wa­na w ten sam sza­ro­ni­ja­ki deseń i po­kry­ta tą samą brą­zo­wo­czer­wo­ną da­chów­ką co są­sia­du­ją­ce bu­dyn­ki. Je­dy­ne co ją wy­róż­nia­ło to komin – zu­peł­nie nie­co­dzien­ny, przy­po­mi­na­ją­cy lo­ko­mo­ty­wę po­cią­gu która wbiła się po­przez dach i ugrzę­zła na dobre. Może tak wła­śnie było, kto go tam wie.

Za­rów­no furt­ka, jak i drzwi wej­ścio­we stały otwo­rem – do­mow­nik naj­wi­docz­niej nie oba­wiał się nie­bez­pie­czeń­stwa. Nie dziw­ne, po­my­ślał de­tek­tyw, kto na­cho­dził­by czło­wie­ka po­sia­da­ją­ce­go cały ar­se­nał? Za­pu­kał w otwar­te drzwi by za­ma­ni­fe­sto­wać swoją obec­ność i brak ukry­tych złych za­mia­rów, po czym wszedł do środ­ka.

Spo­tkał go nie­ma­ły szok.

Wnę­trze kom­plet­nie ni­czym się nie wy­róż­nia­ło! Brak było wszę­do­byl­skich tech­no­lo­gicz­nych ga­dże­tów, które pro­du­ko­wał i sprze­da­wał Grom­sky. Je­dy­ny­mi wi­docz­ny­mi ozna­ka­mi cy­wi­li­za­cyj­ne­go po­stę­pu był wi­szą­cy zegar i przy­le­ga­ją­cy do jed­nej ze ścian po­ko­ju dzien­ne­go długi że­bro­wy ka­lo­ry­fer. Nudna stro­na oso­bo­wo­ści go­spo­da­rza znaj­do­wa­ła od­bi­cie w wy­glą­dzie jego miej­sca za­miesz­ka­nia ni­czym w lu­strze – po nim samym ni­g­dzie nie było ani śladu.

– Panie Grom­sky! Tu ko­mi­sarz po­li­cji James Green! – mam deja vu, po­my­ślał.

Brak od­ze­wu.

Już wolał efek­ciar­skie dro­go­wska­zy Ticka, niż kom­plet­ne zero re­ak­cji.

Prze­cho­dząc przez – łą­czą­cy część go­ścin­ną z pry­wat­ny­mi po­ko­ja­mi tech­no­lo­ga – ko­ry­tarz, na­tra­fił na me­ta­lo­we, miej­sca­mi po­rdze­wia­łe, so­lid­ne drzwi, opa­trzo­ne ta­blicz­ką „Nie­bez­pie­czeń­stwo! nie otwie­rać bez mojej obec­no­ści.”

– Jasne. – po­wie­dział do sie­bie i na­ci­snął klam­kę. Po czym w jed­nej se­kun­dzie jak opa­rzo­ny ode­rwał od niej dłoń, po­nie­waż… rze­czy­wi­ście był opa­rzo­ny. Dziw­ny metal roz­grzał się pod wpły­wem do­ty­ku jak cho­le­ra. Wargi de­tek­ty­wa roz­war­ły się pod na­po­rem siar­czy­ste­go „kurr­r­wa”. Dal­sze próby odło­żył na potem i skie­ro­wał się dalej w kie­run­ku cał­kiem zwy­czaj­nych drzwi do dru­giej nie­cie­ka­wej – miał na­dzie­ję – czę­ści domu.

Gdy był już bli­sko do­biegł do zna­jo­my za­pach.

Odór wła­ści­wie.

– Co za kupa gówna. – Wie­dział czego symp­to­mem jest ta woń.

Grom­sky leżał w łóżku. Mar­twy.

Alibi ban­kie­ra ule­cia­ło wraz z jego ostat­nim tchnie­niem. Cóż, w tym sta­nie nic nie po­twier­dzi, ale też nie za­prze­czy.

Stan zwłok zbli­żo­ny był do ciała ko­bie­ty, które Green oglą­dał le­d­wie przed dwie­ma go­dzi­na­mi – z tym że, na co wska­zy­wa­ło na­tę­że­nie smro­du, bro­dacz roz­stał się z ży­ciem wcze­śniej. Spraw­ca oszczę­dził też new­ral­gicz­ne punk­ty jego ciała co wska­zy­wa­ło na dwie moż­li­wo­ści: za­bi­cie ko­bie­ty spra­wi­ło mu – więk­szą wcze­śniej nie znaną – przy­jem­ność, albo staje się coraz bar­dziej okrut­ny w swoim po­stę­po­wa­niu. Tak czy ina­czej: zmie­nia się w coraz gor­sze­go po­pa­prań­ca. Nie była to dobra wia­do­mość dla Gre­ena.

De­li­kat­nie uniósł ciało de­na­ta i zer­k­nął na plecy.

„Za­trza­śnij­cie drzwi i wstaw­cie w okna kraty” gło­sił wy­rżnię­ty na nich napis zna­nym już ko­mi­sa­rzo­wi cha­rak­te­rem pisma.

– Pie­przo­ny psy­chol. – za­klął, kiedy znane do­tych­czas fakty po­łą­czy­ły się w jego umy­śle dając nową teo­rię.

 

5. Fan

 

Nim mógł skie­ro­wać się z wi­zy­tą do ostat­nie­go po­dej­rza­ne­go, by – czego żywo pra­gnął – zbli­żyć się do końca spra­wy, mu­siał naj­pierw wydać po­le­ce­nia.

Słoń­ce zbli­ża­ło się do końca wę­drów­ki po nie­bo­skło­nie, za­pa­dał z wolna wie­czór i po­ja­wia­ły się po­je­dyn­cze ciem­ne chmu­ry. Czyż­by znów miało padać? Nie­naj­le­piej, tym bar­dziej, że naj­praw­do­po­dob­niej ko­lej­ny raz skoń­czy pracę do­pie­ro ciem­ną nocą. Los nie był przy­ja­cie­lem de­tek­ty­wa – ko­lej­ną z kłód pod nogi rzu­cił mu gdy ten prze­kro­czył próg swo­je­go ga­bi­ne­tu.

– To skan­da­licz­ne! – Za­grzmiał bur­mistrz Black­town, przy­sa­dzi­sty ły­sa­wy oku­lar­nik imie­niem Ben­ja­min Kaka, prze­kra­cza­jąc próg ko­mi­sa­ria­tu. – Zro­zu­mia­łem aresz­to­wa­nie tak sza­cow­ne­go oby­wa­te­la mia­sta jak pan Loony Tick, z uwagi na jego dość eks­cen­trycz­ne wej­ście na po­se­sję świę­tej pa­mię­ci pana Moy­er­ra.

– Wtar­gnię­cie z nie­do­zwo­lo­nym uży­ciem magii. – Spro­sto­wał ko­mi­sarz. – Ja też mie­wam się do­brze, dzię­ku­je że pan pyta, panie bur­mi­strzu.

– Daruj sobie żarty. – Kon­ty­nu­ował oku­lar­nik. – Mnie nie jest do śmie­chu a i tobie nie bę­dzie. Jak mó­wi­łem – Bur­mistrz miał skłon­ność do wy­gła­sza­nia dłu­gich mo­no­lo­gów nie­mal­że tak silną, co jesz­cze nie­daw­no żywy Grom­sky. – mo­głem przy­mknąć oko na aresz­to­wa­nie tak za­cne­go oby­wa­te­la jak Loony Tick. Mo­głem pu­ścić mimo uszu groź­by pod wzglę­dem re­cep­cjo­nist­ki pana Do­wn­for­da.

– Nie gro­zi­łem jej, ra­czej drzwiom. – Znów spró­bo­wał wy­ja­śnić de­tek­tyw.

– Jed­nak­że śle­dze­nie pana Do­wn­for­da, naj­zna­mie­nit­sze­go z na­szych miesz­kań­ców? My­ślał pan, że się nie do­wiem? Aresz­to­wa­nie pana Bu­ro­oka, któ­re­mu jako na­stęp­ne­mu mia­łem wrę­czyć klu­cze do mia­sta i nadać tytuł ho­no­ro­we­go oby­wa­te­la? I do tego ko­lej­ny trup?! Nie, tego już za wiele! – Twarz bur­mi­strza przy­bra­ła barwę bu­ra­ka. – Masz skoń­czyć z tymi głu­po­ta­mi ko­mi­sa­rzu i szyb­ko zna­leźć win­ne­go. Ina­czej twoja po­sa­da zwol­ni się dla no­we­go kan­dy­da­ta. I nie życzę sobie ko­lej­nych tru­pów, czy pan mnie ro­zu­mie?

– Bez wąt­pli­wo­ści, panie bur­mi­strzu.

– Mam na­dzie­ję. – Od­po­wie­dział si­łu­jąc się na groź­ny ton i wy­szedł.

Gdy opu­ścił bu­dy­nek, Green zwo­łał swo­ich ludzi.

– Tech­ni­cy mają za­pie­przać do miesz­ka­nia Grom­sky­ego. Macie tam ciało.

– Ko­lej­ny trup? – Ode­zwał się He­liaz, który do­pie­ro co skoń­czył prze­słu­chi­wa­nia w dziel­ni­cy Por­to­wej i za wszel­ka cenę nie chciał ko­lej­ny raz od­wie­dzać ludzi, któ­rzy nic nie wi­dzie­li i nic nie sły­sze­li. – Robi się nie­cie­ka­wie.

– Do­wie­dzia­łeś się cze­goś?

– Nie sze­fie, jak zwy­kle nikt nic nie wie.

– Nie­waż­ne. – Wyraz twa­rzy de­tek­ty­wa mówił tylko „je­stem zmę­czo­ny już tym wszyst­kim”. – Ty, Ran­dom i Arti je­dzie­cie ze mną. Resz­ta wra­cać do swo­ich obo­wiąz­ków! – Nim wy­szedł, rzu­cił spoj­rze­nie na niebo za oknem. Chmu­ry ciem­nia­ły i gęst­nia­ły. Za­po­wia­da­ła się ko­lej­na ulewa.

***

Wie­czór do­go­ry­wał, z każdą mi­nu­tą było bli­żej upra­gnio­nej przez Cor­die­go Trol­le­ra nocy. Buł już spra­gnio­ny. Bar­dzo spra­gnio­ny. Ner­wo­wo krą­żył po wy­na­ję­tej, za­tę­chłej klit­ce w jed­nej ze sta­rych, nie­pa­mię­ta­nych przez ni­ko­go – a na pewno nie przez in­spek­cje sa­ni­tar­ne – ka­mie­nic, tam gdzie ma­so­we bu­dow­nic­two styka się z gra­ni­cą sza­ra­wych i ni­ja­kich przed­mieść dla nie­bo­ga­tych. Rzut ka­mie­niem dalej roz­po­czy­na­ły się już pola i pa­stwi­ska oko­licz­nych far­me­rów. W tej czę­ści mia­sta nie było nawet sta­rych ga­zo­wych la­tar­ni. Oko­li­ca miała jed­nak swoje za­le­ty – przy­naj­mniej dla Cor­die­go.

Chwy­cił za kie­szeń u kurt­ki – fiol­ka z pły­nem była na swoim miej­scu. To do­brze. Nie miał za­mia­ru go wy­pi­jać, jed­nak le­piej mieć ją przy sobie tak na wszel­ki wy­pa­dek.

Pod­szedł do po­żół­kłe­go od brudu okna i rzu­cił okiem na ze­wnątrz. Stru­gi spa­da­ją­cej z nieba wody sku­tecz­nie prze­ga­nia­ły z uli­czek prze­chod­niów. To do­brze. Po­win­no się obyć bez kom­pli­ka­cji. Jesz­cze tylko le­d­wie pół go­dzi­ny i po­win­no się ściem­nić na dobre. Wtedy wy­ru­szy.

I pew­nie by mu się udało, gdyby nie pu­ka­nie do drzwi.

***

– Pro­szę otwo­rzyć. Tu po­li­cja, chce­my z panem po­mó­wić. – Mimo pa­ro­krot­nie po­wtó­rzo­nej proś­by drzwi nadal ni drgnę­ły, choć do­bie­gał zza nich wy­raź­ny od­głos skrzyp­nięć pod­ło­gi, ugi­na­nej pod na­po­rem ner­wo­wo sta­pa­ja­cej isto­ty. Po­kła­dy cier­pli­wo­ści Gre­ena tego dnia były już na wy­czer­pa­niu. – Otwie­raj te pier­do­lo­ne drzwi, albo je roz­je­bię, a potem cie­bie jak wejdę do środ­ka! – Miesz­ka­ją­cy za nimi czło­wiek był kom­plet­nym nikim dla­te­go ko­mi­sarz mógł sobie po­zwo­lić na groź­by. Bo do kogo z nimi pój­dzie? Na po­li­cję? Poza tym każdy, wi­dząc go w tym mo­men­cie, ze stu­pro­cen­to­wą pew­no­ścią stwier­dził­by, że ten nie ble­fu­je.

Do ta­kie­go sa­me­go wnio­sku do­szedł Cordi i spust zamka wej­ścio­we­go wydał z cie­bie ciche szczęk­nię­cie. Drzwi uchy­li­ły się, a zza nich wyj­rza­ła morda nie­ogo­lo­ne­go tro­glo­dy­ty. – Nic nie wiem, o ni­czym nie sły­sza­łem, z nikim nie roz­ma­wia­łem i ni­g­dzie nie pójdę. – Rzu­cił w stro­nę po­li­cjan­tów i już by za­mknął drzwi, gdyby w szcze­li­nie mię­dzy nimi a pro­giem nie za­mi­go­ta­ła lufa pi­sto­le­tu.

– Mam prze­czu­cie, że coś wiesz. – Za­czął ce­dzić przez za­ci­śnię­te ze zło­ści zęby Green. – Mam też prze­czu­cie, że wszyst­ko nam opo­wiesz. A o tym, czy z nami pój­dziesz, za­de­cy­du­ję ja.

Twarz Cor­die­go prze­ciął po­twor­ny, wście­kły gry­mas. Tak przy­naj­mniej z po­cząt­ku wy­da­wa­ło się Gre­eno­wi – po paru se­kun­dach do­strzegł, że męż­czy­zna się zmie­nia i to cał­kiem niena­tu­ral­nie.

– Ło kurwa! – krzyk­nął. – Chło­pa­ki od­da­lić się stra­te­gicz­nie, to wil­ko­łak!

Trzej po­moc­ni­cy de­tek­ty­wa do­ko­na­li prze­gru­po­wa­nia na prze­ciw­le­gły ko­niec ko­ry­ta­rza.

Green cof­nął się tylko o krok. Chciał za­ła­twić spra­wę sam – taki już po pro­stu był. Scho­wał broń do ka­bu­ry na bio­drze i się­gnął za lewą połę płasz­cza… po czym znów rzu­cił okiem na gębę prze­ciw­ni­ka i zde­cy­do­wał, że jed­nak dość znacz­nie zwięk­szy dy­stans.

To była dobra de­cy­zja: Cordi, już nie­mal­że prze­trans­for­mo­wa­ny, wark­nął groź­nie, wy­rwał drzwi i razem z nimi rzu­cił się na prze­ciw­le­głą ścia­nę – i naj­pew­niej roz­gnió­tł­by po­li­cjan­ta, gdyby ten po­zo­stał na miej­scu.

Jesz­cze bar­dziej roz­ju­szo­ny wizją kau­cji, jaką bę­dzie mu­siał za­pła­cić za zde­wa­sto­wa­nie lo­ka­lu, ru­szył na de­tek­ty­wa, stale zmie­nia­jąc kształt na bar­dziej wil­ko­ła­czy.

Od­głos strza­łu. Potem jesz­cze jeden i ko­lej­ny.

Ly­kan­trop naj­pierw zwol­nił, a potem padł u stóp de­tek­ty­wa jak nie­ży­wy.

– Już po wszyst­kim. Teraz skuć go! Mamy do po­ga­da­nia. – Z ogrom­ne­go, w po­rów­na­niu do swych ku­zy­nów, cięż­kie­go, po­kry­te­go sre­brem re­wol­we­ru uno­si­ła się struż­ka dymu.

Krót­ka lufa i nie­pro­por­cjo­nal­nych roz­mia­rów bę­be­nek mie­ni­ły się bla­skiem run.

Green scho­wał broń.

– Nic tu nie wi­dzie­li­ście.

Po­li­cjan­ci kiw­nę­li gło­wa­mi w ge­ście po­ta­ki­wa­nia.

***

– Ock­nął się! – za­wo­łał jeden z gli­nia­rzy.

Cor­die­mu ko­ło­wa­ło w gło­wie, a ciało pie­kło go jak gdyby był przy­pa­la­ny żywym ogniem. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, nim udało mi się sku­pić wzrok.

– Zo­staw to. – Usi­ło­wał krzyk­nąć, ale pul­su­ją­cy ból w czasz­ce na­si­lił się jesz­cze bar­dziej. De­tek­tyw był wła­śnie w trak­cie prze­glą­da­nia ko­lek­cji ksią­żek wil­ko­ła­cze­go fana li­te­ra­tu­ry: a w szcze­gól­no­ści kry­mi­na­łów Pepe Moy­er­ra. Książ­ki były je­dy­ną rze­czą, o którą Cordi dbał. Pie­czo­ło­wi­cie po­ukła­da­ne i wy­czysz­czo­ne z za­ku­rzeń, za­mknię­te za szkla­ny­mi drzwicz­ka­mi re­ga­łu (je­dy­ne­go po­rząd­ne­go mebla jaki po­sia­dał w tej nędz­nej imi­ta­cji ka­wa­ler­ki) sta­no­wi­ły ozdo­bę po­miesz­cze­nia. – Nawet nie wiesz co to jest! – Pod­niósł głos mimo bólu w skro­niach.

– Le­piej naj­pierw po­wiedz mi co ro­bi­łeś w chwi­li za­bój­stwa Moy­er­ra?

– Ja? My­śli­cie że bym go zabił! – Usi­ło­wał się po­de­rwać. Bez­sku­tecz­nie. Krze­sło, do któ­re­go przy­ku­to mu wszyst­kie koń­czy­ny, pra­wie prze­wró­ci­ło się wraz z nim. – To naj­wspa­nial­szy pi­sarz ja­kie­go no­si­ła ta zie­mia! Zo­staw to mówię, to bez­cen­ny biały kruk! Jeden z dwu­dzie­stu eg­zem­pla­rzy opa­trzo­ny od­ręcz­nym au­to­gra­fem sa­me­go pana Pepe! – De­tek­tyw jak gdyby nigdy nic wer­to­wał po­bież­nie ko­lej­ne tomy z ko­lek­cji.

– Długo już nie za­ży­wa się an­ti­do­tum, co? Czy może ły­kasz je, ale i tak po­lu­jesz na ludzi w nor­mal­nej po­sta­ci? – ode­zwał się jeden z ludzi Gre­ena.

– Ty podły su­kin­sy­nu! – De­tek­tyw chwy­cił za ko­lej­ną książ­kę i za­czął ją prze­glą­dać. – Nie! Tą zo­staw! To uni­kat! Je­dy­ny rę­ko­pis sa­me­go mi­strza, jaki udało mi się zdo­być! Już wszyst­ko po­wiem, po­wiem! – Ko­mi­sarz nadal nie zwra­cał uwagi na wy­krzy­ki­wa­ne proś­by. – Pierw­szy raz na­praw­dę za­po­mnia­łem wziąć swoja dawkę, przy­się­gam! Było to tro­chę ponad dwa ty­go­dnie temu. Po pro­stu nie wie­dzia­łem gdzie ją scho­wa­łem!

– I przy­po­mnia­ło się, jak faj­nie jest być fu­trza­kiem? – ką­śli­wie do­po­wie­dział He­liaz.

– Jak nie być otu­ma­nio­nym, jak nie mieć przy­tę­pio­nych zmy­słów, jak to jest móc od­czu­wać przy­jem­no­ści tego świa­ta. Nie byłeś w mojej sy­tu­acji, nie wiesz jakie gówno każą nam łykać! Nie pro­si­łem się o tę cho­ro­bę! Ale… tak, przy­po­mnia­łem sobie i spodo­ba­ło mi się. Zo­staw to do kurwy nędzy! – De­tek­tyw nadal prze­glą­dał uni­ka­to­wą książ­kę, co wi­docz­nie roz­wią­zy­wa­ło język ly­kan­tro­pa. – Od­sta­wi­łem le­kar­stwo, tak! To zna­czy, od­sta­wia­łem je co jakiś czas i po­lo­wa­łem na owce w po­bli­skich wsiach.

– A tam­te­go dnia? – Ran­dom prze­szedł do kon­kre­tów.

– W dniu przy­ję­cia u pana Pepe mia­łem wziąć swoją dawkę. Wie­cie, by za­dzia­ła­ła muszę łak­nąc to świń­stwo do­pie­ro, kiedy od­czu­ję pierw­sze symp­to­my. Łyk­nął­bym i wszyst­ko by było w po­rząd­ku, gdyby nie to, że nie mia­łem jej przy sobie!

– I po­sze­dłeś się roz­pra­wić z ido­lem, w spo­sób go­dzien jego ksią­żek?! – Tym razem to znów był He­liaz. Cordi już go nie lubił i naj­chęt­niej by dał mu w pysk, gdyby bez­cen­na świę­tość wiel­bi­cie­li Pepe Moy­er­ra nadal nie spo­czy­wał w rę­kach ko­mi­sa­rza. I gdyby nie był skuty, oczy­wi­ście.

– Nie! Wy­bie­głem głów­nym wej­ściem! Bie­głem z za­mknię­ty­mi oczy­ma, wprost przed sie­bie… ale za­czą­łem się zmie­niać. Nie po­wiem, że nie po­czu­łem chęci po­wro­tu na miej­sce, od­wró­ci­łem się nawet na dłuż­szą chwi­lę i zo­ba­czy­łem…

– Co zo­ba­czy­łeś? – ode­zwał się Green pierw­szy raz od dłuż­sze­go czasu. W rę­kach nadal trzy­mał rę­ko­pis.

– Jakaś po­stać w ga­bi­ne­cie mi­strza. Nie wiem kto to był, było już za da­le­ko. Potem świa­tło zga­sło. – Oczy wil­ko­ła­ka wciąż utrzy­my­wa­ły się na cen­nym to­misz­czu. – Za­mar­łem, cie­kaw co się tam wy­pra­wia. Po se­kun­dzie znów roz­bły­sło. Po­sta­ci już tam nie było. A potem znów ktoś się po­ka­zał, otwo­rzył okno i wy­sko­czył. Wi­dzia­łem tylko, że był ubra­ny jak mod­niś w po­wie­wa­ją­cy bu­fia­sty płaszcz. Nie chcia­łem żeby mnie zo­ba­czył i po­bie­głem do naj­bliż­szej wio­ski do­rwać jakąś owcę. To czy­sta praw­da! Spy­taj­cie chło­pów w Ika­ro­wi­cach!

De­tek­tyw odło­żył książ­kę na miej­sce.

– To wszyst­ko co chcia­łem wie­dzieć.

– Co ro­bi­my sze­fie?

– Za­bie­ra­my go i wra­ca­my szyb­ko na po­ste­ru­nek. – Ką­ci­ki ust Gre­ena unio­sły się w… uśmie­chu?

– Sze­fie, czy szef… – Arti nie do­koń­czył.

– Tak. Roz­wią­za­łem spra­wę.

 

Epi­log

 

Z ga­bi­ne­tu ko­mi­sa­rza Ja­me­sa Gre­ena znik­nę­ło biur­ko wraz z fo­te­lem – po­ja­wi­ło się za to pięć krze­seł. Trzy z nich były już za­ję­te przez aresz­to­wa­nych uczest­ni­ków nie­szczę­sne­go ban­kie­tu u Moy­er­ra: cza­row­ni­ka Loony Ticka, al­che­mi­ka Byd­dy­ego Bu­ro­oka i fana li­te­ra­tu­ry z dresz­czy­kiem, a po go­dzi­nach po­stra­chu wszyst­kich oko­licz­nych pa­ste­rek i pa­ste­rzy, Cor­die­go Trol­le­ra.

Po pew­nym cza­sie do­łą­czył do nich czwar­ty za­pro­szo­ny i zajął jedno z wol­nych miejsc.

Robot DUR-eX we wła­snej oso­bie, wy­stro­jo­ny w gar­ni­tur na­da­ją­cy mu gro­te­sko­wy wy­gląd.

– Witam panów. – Ode­zwał się me­cha­nicz­nym gło­sem. – Czemu za­wdzię­czam spro­wa­dze­nie mnie tutaj?

– Jesz­cze tylko jeden gość i za­czy­na­my. – Po­wie­dział Green pod­pie­ra­ją­cy ze ścian. – Pro­szę tylko o chwi­lę cier­pli­wo­ści.

Rze­czy­wi­ście nie cze­ka­li długo: piąty uczest­nik spo­tka­nia zja­wił się po upły­wie le­d­wie dzie­się­ciu na­stęp­nych minut.

– Żeby wy­ry­wać mnie o tej porze! Jest po pół­no­cy! – Grzmiał już z ko­ry­ta­rza ban­kier Jo­seph Ce­dric Do­wn­fort. – I wiem, czyja to spraw­ka! – Prze­kro­czył próg ga­bi­ne­tu. – Green! Prze­gię­ła się pałka! Je­steś skoń­czo­ny! Żeby spro­wa­dzać mnie tu w środ­ku nocy! I to siłą! Nawet nie oso­bi­ście!

– Obie­ca­łem panu prze­cież, że po­in­for­mu­ję o wszyst­kim, jak tylko roz­wią­żę spra­wę. – Iro­nicz­ny uśmiech na twa­rzy ko­mi­sa­rza wy­glą­dał kosz­mar­nie. – Tym­cza­sem pro­szę sia­dać i za­czy­na­my.

Gruby li­chwiarz po­ma­ru­dził jesz­cze tro­chę, ale usiadł na ostat­nim z przy­go­to­wa­nych miejsc.

De­tek­tyw wy­stą­pił na śro­dek sali.

– Szczę­śli­wie wszy­scy za­pro­sze­ni od­po­wie­dzie­li na moje we­zwa­nie…

– Żebym miał wybór. – od­burk­nął cicho wil­ko­łak.

– … i mogę ca­łe­mu kręgu za­in­te­re­so­wa­nych, o was oczy­wi­ście mowa – Ko­mi­sarz naj­wy­raź­niej bawił się świet­nie. – przed­sta­wić cały tok po­stę­po­wa­nia, dzię­ki któ­re­mu udało mi się roz­wi­kłać za­gad­nę serii mor­derstw w Black­town. Zwa­żyw­szy na porę, będę się stresz­czał.

– Oby. – wark­nął Do­wn­ford, któ­re­go mina zdra­dza­ła jed­nak za­in­te­re­so­wa­nie.

– Na pierw­szy rzut oka spra­wa wy­da­wa­ła się pro­sta. Wście­kły ro­gacz zabił w szale tego, co mu przy­pra­wił po­ro­że.

– Co? – Mag ze­rwał się z krze­sła. – Prze­cież to nie ja! Sie­dzia­łem, kiedy znaj­do­wa­li­ście ko­lej­ne trupy!

Green ge­stem na­ka­zał mu mil­cze­nie.

– Pan Tick ma słusz­ność. Spra­wa oka­za­ła się bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż byśmy mogli przy­pusz­czać. Ko­lej­nym po­dej­rza­nym, któ­re­mu nie­szczę­sny pan Pepe Moy­err mógł zajść za skórę, był zna­mie­ni­ty oby­wa­tel na­sze­go mia­sta, J. C. Do­wn­ford. By jed­nak udo­wod­nić jego winę, mu­sia­łem nie­ste­ty zna­leźć dowód i pod­wa­żyć jego alibi. W innym wy­pad­ku przy­pusz­cze­nie nijak nie było pewne.

– Nie­ste­ty? – Zło­śli­wie za­ak­cen­to­wał ban­kier.

– Celem we­ry­fi­ka­cji jego alibi – Mó­wiąc krą­żył po ga­bi­ne­cie. – wpa­dłem w od­wie­dzi­ny do skle­pu pana Grom­sky­ego, któ­re­go wspól­nik, pan robot DUR-eX…

– Wy­star­czy samo DUR-eX.

– …jest dziś tu z nami. On rów­nież zna­lazł się w kręgu po­dej­rza­nych, zwa­żyw­szy na nie­moż­li­wość przed­sta­wie­nia swo­je­go alibi, oraz, przy­zna­ję się do tego z nie­ma­łym wsty­dem, bez­pod­staw­ne, ale przy­zna­cie, że uza­sad­nio­ne po­dej­rze­nie wzglę­dem jego isto­ty. – To lep­sze niż naj­lep­szy park roz­ryw­ki, za­śmiał się w duchu Green. – Kiedy prze­by­wa­łem w tam­tym miej­scu, do­bie­gła mnie wia­do­mość o ko­lej­nej śmier­ci, która skie­ro­wa­ła mnie wprost do Bud­dy­ego Bu­ro­oka… – Omi­nął zwrot grzecz­no­ścio­wy w pełni świa­do­mie.

Bu­ro­ok sie­dział tylko ze spusz­czo­ną głową, jak cień czło­wie­ka.

– …po roz­mo­wie z któ­rym po­je­cha­łem do pana Ber­nar­da Grom­sky­ego.

– I co z nim? Czemu go tu nie ma? – za­py­tał robot.

– Z przy­kro­ścią musze po­in­for­mo­wać, że pan Grom­sky, wy­bit­ny wy­na­laz­ca, zo­stał za­mor­do­wa­ny. Przy­kro mi, DUR-eX. A wraz z nim za­mor­do­wa­ne zo­sta­ło pań­skie alibi, panie Do­wn­ford.

Ban­kier po­czer­wie­niał, a robot przy­gasł niby ćpun-al­che­mik.

– Dość tych in­sy­nu­acji! – Ze­rwał się jeden z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych i naj­bo­gat­szych su­czych synów Black­town.

– Spo­koj­nie panie Do­wno­ford. – Sto­ją­cy za ban­kie­rem po­li­cjant Du­dzik spro­wa­dził go na krze­seł­ko. – Nie uzy­skaw­szy roz­wią­za­nia za­gad­ki, po­sta­no­wi­łem zło­żyć wi­zy­tę ostat­nie­mu z tu ze­bra­nych, owco­lu­bo­wi, Cor­die­mu Trol­le­ro­wi.

– Pieprz się. – Tyle miał do po­wie­dze­nia ly­kan­trop na po­wrót przy­ku­ty do krze­sła… oczy­wi­ście nie przez zło­śli­wość służb, ale wy­łącz­nie pre­wen­cyj­nie.

– U niego wła­śnie roz­wią­za­łem za­gad­kę. Opo­wie­dział mi, jak wi­dział ucie­ka­ją­ce­go pana Ticky…

– Prze­cież mó­wi­łem, ze ot nie mogę być ja! Co za cyrk! – Tym razem funk­cjo­na­riusz ulo­ko­wa­ny za czar­no­księż­ni­kiem mu­siał użyć de­li­kat­nej nie­wer­bal­nej per­swa­zji.

– Pod­su­mo­wu­jąc: po­dej­rze­wa­łem każ­de­go z was, po­dej­rze­wa­łem was współ­pra­cu­ją­cych ze sobą lub z kimś spoza wa­szej grupy. – Rzu­cił spoj­rze­nie w stro­nę ban­ko­we­go re­ki­na fi­nan­sje­ry. – Po­dej­rze­wa­łem każ­de­go, kogo mógł­bym po­dej­rze­wać.

– Do sedna, Green – Do­wn­ford był już znie­cier­pli­wio­ny.

– Po­dej­rze­wa­łem, ob­ser­wo­wa­łem, słu­cha­łem i, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nym splo­tem ko­rzyst­nych zda­rzeń na­tra­fi­łem na roz­wią­za­nie.

***

Ko­mi­sarz pod­szedł do ga­bi­ne­to­wych drzwi, uchy­lił je i szep­nął coś do sto­ją­ce­go przy nich w są­sied­nim po­miesz­cze­niu pod­ko­mend­ne­go.

– Spo­koj­nie pa­no­wie, jesz­cze le­d­wie parę se­kund i ujaw­nię wam roz­wią­za­nie.

I ujaw­nił. Drzwi otwo­rzy­ły się, do środ­ka wszedł ko­lej­ny funk­cjo­na­riusz, pro­wa­dzą­cy za sobą – po­si­nia­czo­ne­go i po­zba­wio­ne­go przed­nich zębów – ma­jor­do­mu­sa pra­cu­ją­ce­go w re­zy­den­cji Pepe Moy­er­ra.

Za nim zaś wszedł, za­ci­ska­ją­cy w pięść oban­da­żo­wa­ną lewą dłoń, sam pra­co­daw­ca słu­żą­ce­go.

– Moy­err! – krzyk­nął Do­wn­ford i sta­nął jak wryty.

– Udu­szę cie­bie go­ły­mi rę­ko­ma! – Pró­bo­wał po­de­rwać się z miej­sca Ticky po­wstrzy­my­wa­ny przez pil­nu­ją­ce­go go po­li­cjan­ta.

– Mógł­by pan nam wszyst­ko wy­ja­śnić? – Me­cha­nicz­ny głos DUR-eXa stał się jesz­cze bar­dziej me­cha­nicz­ny.

– Oczy­wi­ście, wła­śnie ku temu zmie­rza­łem.

 

***

– Więk­szość spraw jest pro­sta do roz­wi­kła­nia. Spraw­ca i motyw jawią się w spo­sób oczy­wi­sty, a sche­mat dzia­ła­nia jest ty­po­wy. Tym razem było ina­czej. Przy­zna­ję, że mia­łem sporo szczę­ścia w tym, że nie kto inny, tylko wła­śnie wasza grupa opu­ści­ła salon go­ścin­ny fe­ral­nej nocy. W innym wy­pad­ku nie miał­bym szans ze­brać wszyst­kich drob­nych szcze­gó­łów, mgli­stych po­szlak i cał­kiem nie­waż­nych na pierw­szy rzut oka de­ta­li, które za­pro­wa­dzi­ły mnie do spraw­cy. In­for­ma­cji, które na­bie­ra­ją zna­cze­nia do­pie­ro, gdy po­łą­czy je się w ca­łość.

Pierw­sze po­szla­ki zna­la­złem już przy oglę­dzi­nach miej­sca zbrod­ni. Zma­sa­kro­wa­na twarz. Brud za pa­znok­cia­mi tak nie­przy­sta­ją­cy do li­te­ra­ta z wyż­szych sfer, a przy­naj­mniej aspi­ru­ją­ce­go do wyż­szych sfer. To po­win­no na­kie­ro­wać mnie, że coś tam nie gra. Brud przy­sta­ją­cy co naj­wy­żej do bez­dom­ne­go, taki brud, któ­re­go mimo za­bie­gów hi­gie­nicz­nych, nawet z uży­ciem magii, nie da się usu­nąć w ca­ło­ści. Bo i rze­czy­wi­ście, zna­le­zio­ne ciało na­le­ża­ło do bez­dom­ne­go, który za­gi­nął noc wcze­śniej. Po­dob­nie po­dej­rza­ne było od­pra­wie­nie przez ma­jor­do­mu­sa ca­ło­ści służ­by przed uprząt­nię­ciem ca­łe­go ba­ła­ga­nu, tak, jakby naj­szyb­ciej chciał zo­stać sam w re­zy­den­cji. Po­zo­sta­nie na miej­scu pracy bez pra­co­daw­cy było jesz­cze dziw­niej­sze.

Oczy­wi­ście, wpa­dłem na to dużo póź­niej. Tak samo jak nie zwró­ci­łem zbyt­niej uwagi na prze­ciąg w ga­bi­ne­cie, który oka­zał się efek­tem ubocz­nym znaj­du­ją­ce­go się tam ta­jem­ne­go przej­ścia – to jest za­pew­ne ko­ry­tarz, któ­re­go uryw­ki pa­mię­tasz DUR-eXie i w któ­rym naj­praw­do­po­dob­niej za­szedł cię Moy­err, ogłu­szył i wy­wlekł na ze­wnątrz. W któ­rym do­kład­nie mo­men­cie się spo­tka­li­ście, nie wiem – ale to nie klu­czo­wa spra­wa. Pew­ni­kiem nie był świa­do­my jak nie­zwy­kłą je­steś ma­szy­ną, ina­czej by cie­bie nie było wśród nas.

Nie po­ku­si­łem się też o zba­da­nie ła­mią­cej po­rzą­dek usta­wie­nia setek to­misz­czy książ­ki, która oka­za­ła się ni­czym innym jak klu­czem do otwar­cia owego przej­ścia, co wy­de­du­ko­wa­łem do­pie­ro kiedy zna­la­złem naj­waż­niej­szy frag­ment ukła­dan­ki.

Agre­syw­na in­ter­wen­cja na skrzyn­kę ener­ge­tycz­ną w wy­ko­na­niu pana Tick po­krzy­żo­wa­ła tro­chę plany Moy­er­ra. Jak się do­my­ślam, już na pierw­szych zwło­kach – uda­ją­cych jego wła­sne – chciał on za­wrzeć frag­ment opo­wie­ści, którą roz­po­czął na ple­cach pana Grom­sky­ego. Skąd taki wnio­sek? Otóż w ta­jem­nych ko­ry­ta­rzach po­sia­dło­ści Moy­er­ra na­tkną­łem się na ko­lej­ne ciała ostat­nio za­gi­nio­nych bez­dom­nych, na któ­rych wpra­wiał się pi­sar­sko, wy­pró­bo­wu­jąc sze­reg róż­nych ma­ka­brycz­nych na­rzę­dzi.

Dzię­ki panu Loony, za­miast przy­pie­czę­to­wać mord swoim pu­sto­sło­wiem, zra­nił sam sie­bie – skąd wziął się prze­ra­ża­ją­cy krzyk jaki usły­sze­li wszy­scy go­ście i co tłu­ma­czy ban­daż na le­wi­cy na­sze­go aresz­tan­ta. Zra­nił na nie­szczę­ście nie­groź­nie i czym prę­dzej czmych­nął za ukry­te drzwi imi­tu­ją­ce regał z książ­ka­mi, gdy tylko elek­trycz­ność po­wró­ci­ła. Za to pan Tick, zna­la­zł­szy zwło­ki, uciekł oknem.

Od pana Do­wn­for­da do­wie­dzia­łem się o udzie­lo­nej Moy­er­ro­wi, ofi­cjal­nie czy nie­ofi­cjal­nie, przy­ja­ciel­skiej po­mo­cy w po­sta­ci dużej sumy go­tów­ki, która to była po­trzeb­na ban­kru­tu­ją­ce­mu pi­sa­rzy­nie na zor­ga­ni­zo­wa­nie ban­kie­tu, opła­ce­nie po­mo­cy ma­jor­do­mu­sa, za­ku­pu więk­szej niż zwy­kle por­cji sub­stan­cji odu­rza­ją­cych u Bu­ro­oka, dzię­ki któ­rym trans­por­to­wał bez­dom­nych do swo­jej re­zy­den­cji bez roz­le­wu krwi. Pie­nię­dzy, które – zga­du­ję – miały rów­nież pomóc mu czmych­nąć, kiedy za­koń­czy swoją ma­ka­brycz­ną za­ba­wę.

Naj­moc­niej­szą jed­nak, przy­zna­ję, wska­zów­ką, która spra­wi­ła, iż do­strze­głem wszyst­kie po­zo­sta­łe i po­łą­czy­łem w ca­łość, był rę­ko­pis bę­dą­cy w po­sia­da­niu pana Trol­le­ra. Rę­ko­pis, czego nie trud­no się do­my­ślić, spo­rzą­dzo­ny ręką sa­me­go Moy­er­ra. Co praw­da sko­ja­rze­nie, zde­for­mo­wa­ne­go przez nie­kom­for­to­wy pi­sar­ski grunt, skraw­ka tek­stu wy­rżnię­te­go na cia­łach z kar­ta­mi za­pi­sa­ne­go pa­pie­ru było dość ry­zy­kow­ne, jed­nak zde­cy­do­wa­łem się po­sta­wić wszyst­ko na tę kartę. Jak widać, in­tu­icja – cza­sa­mi cał­ko­wi­cie nie­ra­cjo­nal­na i two­rzą­ca nie­praw­do­po­dob­ne sce­na­riu­sze – bywa naj­więk­szą bro­nią gli­nia­rza.

Mu­sia­łem się spie­szyć. Ko­lej­nym szczę­śli­wym zrzą­dze­niem losu, zwykł za­bi­jać w póź­nych po­rach noc­nych, dla­te­go mia­łem szan­sę do­rwać go nim opu­ści swoją kry­jów­kę. Po­dą­ży­łem ku jego re­zy­den­cji i po krót­kiej pre­zen­ta­cji moich umie­jęt­no­ści per­swa­zji ma­jor­do­mus po­zwo­lił mi prze­kro­czyć próg po­se­sji a sam oddał się w ręce mo­je­go to­wa­rzy­sza.

Skie­ro­wa­łem się scho­da­mi w górę, chwy­ci­łem za książ­kę, która zdała mi się po­dej­rza­na i tra­fi­łem bez pudła. Przed moimi ocza­mi uka­zał się widok ciem­nej stro­ny do­mo­stwa wy­pa­lo­ne­go kry­mi­nal­ne­go ge­niu­sza. Oczy­wi­ście, Moy­err już wcze­śniej usły­szał moje wtar­gnię­cie i rzu­cił się do uciecz­ki.

I tutaj szczę­ście mnie nie opu­ści­ło: DUR-eX, przy wszyst­kich swo­ich za­le­tach, cha­rak­te­ry­zu­je się po­nad­prze­cięt­ną wagą, dla­te­go też nasz ge­niusz zbrod­ni nie ucią­gnął go da­le­ko od wyj­ścia ze swo­ich pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzy. Ko­lej­nym szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści uni­ka­to­we for­ma­cje skal­ne o któ­rych wspo­mniał mi sza­cow­ny pan robot – ukłon w pań­ską stro­nę – na­le­żą do rzad­ko­ści na na­szym te­re­nie. Dla­te­go, gdy Moy­err wy­nu­rzył się ze swo­jej nory, moi lu­dzie już cze­ka­li go­to­wi go prze­chwy­cić. Ot i cała hi­sto­ria.

A motyw?

***

– Motyw – kon­ty­nu­ował swój mo­no­log Green. – w tym przy­pad­ku jest naj­po­dlej­szy. Wy­pa­lo­ny pi­sarz, nie­zdol­ny do stwo­rze­nia kry­mi­nal­nej hi­sto­rii na miarę na­szych cza­sów, od­rzu­co­ny przez wy­daw­ców i po­rzu­co­ny przez więk­szość od­bior­ców, po­sta­no­wił dać nam taką hi­sto­rię w rze­czy­wi­sto­ści. Miał w swo­jej kry­jów­ce przy­go­to­wa­ną nawet listę gości, z któ­rej krzy­żyk po krzy­ży­ku wy­kre­ślał ko­lej­ne na­zwi­ska. Tak samo jak dal­szy ciąg hi­sto­rii do wy­cię­cia na ple­cach ofiar, którą roz­po­czął na panu Grom­skym i kon­ty­nu­ował na pan­nie Rauch. To­tal­ne ba­dzie­wie, mó­wiąc mię­dzy nami. Już za samo na­pi­sa­nie ta­kie­go gówna po­wi­nien tra­fić na sza­fot. – Skoń­czył prze­mo­wę i rzu­cił spoj­rze­niem w kie­run­ku zbrod­nia­rza. – Czy w czymś się mylę?

– Nie, tra­fi­łeś bez pudła. – Głos pi­sa­rza był go­dzien naj­obrzy­dliw­sze­go świra. – My­lisz się tylko co do mo­je­go Opus Ma­gnum, mo­je­go ar­cy­ge­nial­neg… – Ora­to­rium u za­ra­nia prze­rwa­ła kolba re­wol­we­ru ko­mi­sa­rza, która z im­pe­tem we­szła w in­te­rak­cję ze szczę­ką prze­stęp­cy.

– W po­dob­ny spo­sób – Wtrą­cił jesz­cze Green. – Ma­jor­do­mus prze­stał być wła­ści­cie­lem przed­niej czę­ści swo­je­go uzę­bie­nia. Czy są ja­kieś py­ta­nia?

– Z tobą Moy­err już ja się po­li­czę, a ty, Green… –Ban­kier wstał uśmie­cha­jąc się ja­do­wi­cie. – Teraz to się do­ro­bi­łeś. Bru­tal­ność po­li­cji, atak na aresz­to­wa­ne­go. Długo już nie po­bę­dziesz sobie ko­mi­sa­rzem.

– Ma pan rację, panie Do­wn­ford. – De­tek­tyw uśmiech­nął się szcze­rze. – Tylko dopnę tę spra­wę na ostat­ni guzik i na biur­ku bur­mi­strza wy­lą­du­je moja re­zy­gna­cja. Czas wresz­cie na eme­ry­tu­rę.

Do ga­bi­ne­tu wbiegł te­le­fo­ni­sta.

– Panie ko­mi­sa­rzu, mamy zgło­sze­nie! Ktoś do­ko­nał wła­ma­nia i pod­pa­lił bank Do­wn­for­da!

James Green śmiał się tak gło­śno jak nigdy dotąd.

Koniec

Komentarze

Nawet ciekawy kryminałek. Gorzej z wykonaniem – robisz podobne błędy jak poprzednio. Ale chyba mniej.

nie zauważył podążającego wartkim krokiem w kierunku miejsca przyjęcia mężczyzny ubranego podłóg najnowszych standardów mody,

Paskudny ortograf. Zgrzyta mi “wartki krok”.

za równo => zarówno

Te napisy mieściły się na plecach? W tym wypadku chyba trzeba się posługiwać dużą czcionką. No i drukowane litery byłyby o wiele bardziej naturalne. Może coś charakterystycznego – przekrzywiony daszek w T czy koślawe K?

nie naturalnie => nienaturalnie

Nie rozumiem postawy żony komisarza. Nie wiedziała, że wyszła za policjanta? A burmistrz zachowuje się jak idiota albo czterolatek: “Masz się ze mną bawić i mieć dużo pieniążków na gumę do żucia i lizaki!”.

zwarzywszy na niemożliwość przedstawienia swojego alibi,

Paskudny ortograf.

i czym prędzej czmychnął za ukryte drzwi imitujące regał z książkami, gdy tylko elektryczność powróciła. Za to pan Tick, znalazłszy zwłoki, czmychnął oknem.

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi – jak zwykle się do nich zastosowałem. 

Błędów mniej pewnie dlatego, że tę historyjkę napisałem już parę miesięcy temu, a teraz przysiadłem do niej drugi raz i poprawiłem to, co rzuciło mi się w oczy. Niestety, nie mam jeszcze w tym wprawy, ale ćwiczę. 

Szczerze? Też jej nie rozumiem. Często zdarza mi się nie rozumieć kobiet, ot zwykły ze mnie facet. 

Jeśli zaś chodzi o burmistrza – dokładnie takie miał sprawiać wrażenie! Nie wszystkie postaci są obdarzone rozsądkiem i rozumem, on właśnie jest jednym z wyjątków. Burmistrz żyje we własnym świecie – jest bałwanem, ale przydatnym. Na przykład dla takiego Downoforda, bo nie zwraca uwagi na jego interesy.

Cieszę się, że tym razem udało mi się ciebie zaciekawić. 

O w mordę, grubasek czwartkowy – do kolejki :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Momentami nadużywasz przymiotnikow w opisach i korzystasz ze słów, składając je w niezamierzenie śmieszne związki. Mocarne drzwi i soczyste pośladki to amunicja z arsenału grafomanii. Zdarzają się niezręczne sformułowania, z komórki, przepraszam, nie zacytuję. Finał w formie Agaty Christie mocno rozwleczony. No i tekst, po obcięciu fantastyki, nadal będzie spójnym kryminałem, więc steampunkowa konwencja to wyłącznie dekoracja. Wprowadzasz też długo postaci (mechanik i alchemiczka), które zaraz giną.

 

Powyższe potknięcia powodują, że tekst miejscami się dłuży. Tym niemniej, nie sposób odmówić ci pewnej sprawności, udanego stylizowania na konwencję Poirot, przemyślanej fabuły.

 

Jeśli masz ochotę poprawiać tekst, zajrzyj do Publicystyka → Poradniki na artykuł Bravincjusza o precyzjonizmach narratorskich. Ubawisz się ale i być może zrozumiesz, gdzie i co redukować w opisach. Skondensowałbym również finał oraz mocniej wbudował fantastykę, tak, by bez niej tekst nie istniał.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziekuję za przeczytanie i komentarz – mocarne drzwi rzeczywiście brzmią zabawnie… ale soczyste pośladki to był zabieg celowy. Wciel się w skórę wilkołaka na głodzie. :P

Finał rzeczywiście dłużył się i dłużył, ale chciałem wszystko wyjaśnić, może zbyt łopatologicznie. 

Jeśli chodzi o fantastyke – nie chciałem, by miała zasadniczy wpływ na przebieg fabuły – wolałem by wszystko było jasne i takie na chłopski rozum… zdawało mi się że wplecenie magii czy czego innego, co nie wynikałoby w detektywistycznej dedukcji, byłoby nie na miejscu w takiej historii. 

To mój pierwszy kryminał, do tego pierwsze opowiadanie w konwencji steampunkowej, więc moje pojmowanie sprawy mogło być mylne. :) 

Jakiś pomysł był, jednak został podany w tak rozwleczonej formie, że z trudem dobrnęłam do końca. Wykonanie, o czym wspomnieli wcześniej komentujący, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Trudno mówić o satysfakcji z lektury, skoro wciąż natykałam się na liczne błędy i różne usterki, że nie wspomnę o nie zawsze poprawnie skonstruowanych zdaniach i innych niedoskonałościach.  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka