- Opowiadanie: PasterzWilkow - OSTATNIE ŚWIATŁO SŁOŃCA wstęp

OSTATNIE ŚWIATŁO SŁOŃCA wstęp

Wziąłem do serca komentarze i daje jeden, ale za to dłuższy fragment, co zresztą powinienem robić od razu. Mam nadzieje, że teraz będzie lepiej, albo i nie :) To moje pierwsze opowiadanie i zdaje sobie sprawę, że zawiera masę błędów. Pozdrawiam

Oceny

OSTATNIE ŚWIATŁO SŁOŃCA wstęp

Zabawa trwała w najlepsze. Ludzie tańczyli, upojeni młodością, muzyką, a przede wszystkim mocnym bimbrem od wójta, który wytoczył z piwnicy dwie wielkie, dębowe beczki swojej najlepszej okowity, specjalnie po to, by uczcić wesele swej jedynej córki.

W izbie było głośno, ciasno i duszno. Panna młoda wyglądała pięknie, w białym welonie i sukni, którą dostarczono podobno aż z samej stolicy. Dziewczyna kręciła się szybko w koło, spleciona w uścisku ze swoim nowo poślubionym mężem. Przepełniają ją szczęście, pragnienie życia, a może i nadzieja na kolejne dni i lata.

Kapela grała skoczną melodię, która sama zmuszała nogi do tańca. Ponad huk i gwar wybijał się ostry, wysoki dźwięk skrzypiec. Grał na nich młodzieniec o spojrzeniu, w którym kryła się prawdziwa pasja. Przesuwał smyczkiem po strunach z taką furią, jakby chciał wykrzesać z nich ogień, który było widać w jego oczach. Był opętany melodią i czarem który z sobą niosła.

– Za zdrowie młodej pary!- krzyczy ktoś pijany w sztorc, język mu się pląta, ale i tak jego głos dobiegł nawet do najdalszych kątów izby.

Jeden z biesiadników, potężny mężczyzna z wielkim brzuchem, beknął rozsiewając wokół siebie zabójczą woń składającą się z czosnku, żeberek z kiszoną kapustą oraz innych aromatów, których nikt nie odważyłby się nawet nazwać. Następnie rozkaszlał się gwałtownie. Jego okrągła twarz nabiegła krwią, a żyła na czole zaczęła pulsować tak, jakby miała za moment eksplodować.

Jego sąsiad widząc co się dzieje roześmiał się tylko głośno i mocno uderzył go w plecy. Chyba pomogło, gdyż biesiadnikowi udało się w końcu zaczerpnąć powietrza. Chwile sapał i charczał, po to tylko by po chwili znów rzucić się na jedzenie. Wszyscy pili, jedli i smakowali życia.

Grubas w końcu wstał od stołu i mając wyraźny problem z utrzymaniem równowagi zaczął powoli zmierzać w kierunku wyjścia z izby. Z pewnym trudem, przepychając się wśród tańczących, dotarł do drzwi. Gdy je otworzył, zamarł ze zdziwienia. Za nimi znajdował się bowiem jednostajny obłok szarej mgły, tak gęstej, że poza nią nie było już nic widać. Zafascynowany niecodziennym zjawiskiem, wyciągnął przed siebie rękę. Wzdrygnął się wyraźnie, wrażenie było bowiem niezwykle przykre. Czół się jakby wsadził dłoń do misy z lodowatą wodą.

Coś chwyciło go za przegub ręki i pociągnęło prosto w zimną szarość. Chciał krzyknąć ze zdziwienia i strachu, ale żaden dźwięk nie wyszedł z jego ust. Zapadła ciemność.

Przez otwarte drzwi do karczmy, ktoś wrzucił oderwaną głowę rumianego mężczyzny. Ta zataczając w powietrzu półokrąg i rozsiewając wokół krople lepkiej krwi, z mlaśnięciem wylądowała pomiędzy talerzami na suto zastawionym stole.

Tuż za nią, do wnętrza gospody zaczęła sunąć mgła, a wraz za nią wejście do środka odnalazło coś jeszcze.

Ludzie zaczęli krzyczeć i umierać, rozszarpywani na strzępy…

Bjorn był w połowie wieczornego patrolu. Szedł powoli górzystą dróżką, rozważnie stawiając kolejne kroki. Noc była iście paskudna. Wszystko oblepiała szara mgła i w mokrym mroku musiał bardzo uważać by nie skręcić sobie nogi o któryś z licznych kamieni zalegających wąską ścieżkę. Jego jedynym źródłem światła była stara lampa naftowa. Niósł ją w lewej dłoni starając się chodź trochę rozjaśnić drogę przed sobą. Westchnął, słyszał już wyraźnie szum wody. Zbliżał się do brodu.

To tutaj w dolinie rzeki Dohnst, na samym krańcu cywilizowanego świata, zbudowana została osada, w której to właśnie on pełnił role stróża prawa. Dalej na wschód ciągnęła się licząca setki mil puszcza, oraz znajdowały potężne góry, których jak dotąd nikomu nie udało się jeszcze pokonać. Nie istniała żadna dokładna mapa tych okolic.

Bjorn był dumny z pracy jaką wykonywał. Sprawował ją nieprzerwanie od dziesięciu lat, kiedy to zyskał nominację, jako weteran Wielkiej Wojny Zachodniej, były oficer Armii Zjednoczonego Królestwa. Sam nie wiedział jakim cudem udało mu się przeżyć tak długo. Niedawno obchodził czterdzieste urodziny, w każdym razie tak mu się wydawało. Nie znał rodziców, więc nigdy nie miał pewności w który dokładnie dzień przyszedł na świat.. Wychowała go ulica, z której pewnej nocy zwinął go oddział żołnierzy, dając możliwość więzienie, albo armia. Wybrał armię i w sumie nie żałował. Z biedaka bez domu, stał się teraz szanowanym obywatelem, a swoje obowiązki starał się wypełniać ze wszystkich sił i możliwości jakie posiadał.

Zazwyczaj była to spokojna, przyjemna służba. Ot czasem musiał uspokoić parę karczemnych burd, rozsądzić parę sąsiedzkich sporów o miedzę, czasem wyjaśnić jakąś kradzież, ale z tym wszystkim potrafił sobie jakoś poradzić.

Crosno wydawało się spokojnym miasteczkiem, zamieszkiwanym głównie przez ludzi, przesiedlonych tutaj, by zajęli się wycinaniem rosnących wszędzie buków, jodeł, jaworów, lip a przede wszystkim potężnych czarnych dębów, na którego to drewnie królestwo robiło prawdziwą fortunę. Drzewo ściągano końmi do rzeki i za pomocą metalowych ram; kobylic, kształtowano kłody w tratwy. Następnie spławiano je w dół nurtu, do Nedevcaru, a potem już dalej, czasami aż do Królewskiego Portu, znajdującego się nad samym morzem.

Osadnikom nadano liczne przywileje, ze względu na ich trudną i niebezpieczną pracę. Każdą osobę która zdecydowała się przybyć do Crosna zwalniano z podatku, na okres dwudziestu lat, pozwalano na odłów ryb w rzece i polowania na zwierzynę w lesie, oraz wyrąb drewna do własnych celów. Nic więc dziwnego, że ludzie ciągnęli tu szerokim strumieniem, a osada w szybkim tempie zaczęła się rozrastać.

Na początku osiedlano się tylko na lewym, zachodnim brzegu rzeki, gdzie z czasem ulokowane zostały kościół, cmentarz, karczma i niewielki rynek; miejsce największego okolicznego jarmarku, organizowanego w każdą drugą sobotę miesiąca. Tam wiódł też szlak, łączący Crosno kolejno z Bobrownikiem, Bystrzycą i w końcu z Nedevcarem, w którym wzniesiono potężny zamek, mający za zadanie strzec wąski przesmyk skalny, będący jedyną drogą, którą można było dostać się konno do Crosna.

Drugi, wschodni brzeg zaczęto zasiedlać jakieś dziesięć lat temu, kiedy to zaczęło powoli brakować miejsca na pierwszym. Mniej więcej w czasie kiedy Bjorn powrócił do miasteczka, po wojnie. Miejsce to nazwano Zawodziem.

Od samego początku sytuacja ludzi zamieszkujących wschodni brzeg momentami przybierała wręcz dramatyczne oblicze. Najgorszym dla nich momentem był okres przedwiośnia, zazwyczaj trwający około miesiąca, gdy gwałtowne topnienie śniegu niosło ze sobą znaczny przybór wody, rwąc prowizoryczną kładkę łączącą oba brzegi i sprawiając, że przeprawa stawała się niezwykle niebezpieczna. Często bywało tak, że chorzy umierali tam bez pomocy lekarskiej i kościelnej, a dzieci bez chrztu. Do przeprawiania się przez wodę używano wtedy brodu. Było to najpłytsze i najkorzystniejsze miejsce do przekraczania rzeki, jednak dość oddalone i cieszące się złą sławą. Rzeka mogła bowiem zabrać z sobą nierozważnego przechodnia.

Bjorn pamiętał jak w zeszłym roku umarł tak młody parobek. Wysłano go do kowala, po zamówione kobylice. Nurt sięgał mu tylko do kolan, a i tak nie oparł się sile rzeki, która zepchnęła go na głębszą wodę. Znaleziono go dopiero trzy kilometry niżej. Był już trupem , a na jego plecach odkryto szeroki krwawy ślad. Wyglądał jakby coś wbiło zęby w nieszczęśnika i wyrwało z niego wielki kawał mięsa.

Jeśli już o tym mowa to były też i inne dziwne wypadki. Tak jak ten z niedzieli, tej przed dwoma tygodniami, kiedy to cnotliwi parafianie z dziećmi, po zakończeniu nabożeństwa, wsiedli do dwóch czółen i próbowali wrócić na Zawodzie, do domów. Ledwie dotarli do środka rzeki a czółna się odwróciły i zostały wciągnięte pod wodę. Same z siebie, bez widocznego powodu, na spokojnej rzece. On też to widział. Był wtedy na nabożeństwie. Nikt nie wypłynął, żaden z dziesięciu dorosłych i piątki dzieci, nie pojawił się na powierzchni.

Dopiero po godzinie, gdy udało już im się skrzyknąć ludzi wypłynęli w pięć łodzi, w każdej po dwie osoby. Jedna z nich sterowała a druga długim drągiem sprawdzała dno. Przez dwa pierwsze dni, nikogo nie udało się odnaleźć. Dopiero trzeciego, jakieś pięć mil poniżej miejsca wypadku, w szerokim rozlewisku natrafiono na topielców. Ktoś zahaczył drągiem o trupa. Potem znów ktoś krzyknął, znaleziono kolejnego. I tak łowili, te ciała. Odnajdywali swoich przyjaciół, znajomych, rodzinę, sąsiadów. W ciągu godziny znaleźli dziewięciu, samych dorosłych. Ktoś zaczął coś szeptać o czarach, ktoś się przeżegnał.

Było już późno, słońce zaczęło zachodzić za horyzont, a drzewa rzucać długie cienie, które sprawiały, że po ich plecach raz po raz przechodziły dreszcze.

Mieli już wracać, gdy udało mu się znaleźć kolejne ciało. Był to jeden z drwali, który czasem zachodził do gospody. Strażnik bywało wypił z nim kufel, lub dwa. Zaczął go mozolnie wciągać go do łodzi, gdy wtem, zupełnie niespodziewanie poczuł opór. Coś zaczęło ciągnąć trupa w toń, w głębinę, a ich łódź zachwiała się niebezpiecznie, tak że prawie wleciał do wody. Musiał użyć całej swojej siły, a i jego pomocnik widząc co się dzieje pospieszył mu z pomocą.

Strażnik przerwał na chwilę przemyślenia i wędrówkę. Wydało mu się bowiem, że do jego uszy doleciał szmer tak cichy, że raczej go poczuł niż usłyszał. Jakby coś otarło się o gałąź, albo potrąciło w oddali jakiś mały kamyk. Przesunął dookoła latarnie próbując przeniknąć wzrokiem kłęby gęstej mgły i ciemność, ale było to niewykonalne. Mgła oblepiała go, z każdym oddechem sączyła się do jego płuc i sprawiała, że miał uczucie jakby się dusił. Jakby musiał walczyć o każdy kolejny oddech. Teraz czekała go najmniej ulubiona część drogi, przejście przez bród na Zawodzie. Stał już nad samym brzegiem rzeki, ale jakoś nie spieszył się by ją przekroczyć i dostać się na drugą stronę.

Westchnął w końcu głośno zrezygnowany i sięgnął pod płaszcz wolną ręką. Przy pasie, obok starej, tępej szabli przymocowaną miał niewielką manierkę, a w niej coś co chlupało niezwykle miło dla jego ucha, coś co na pewno pomoże mu pokrzepić skołatane nerwy. W sumie nie wolno było mu pić na służbie, co dobitnie wytłumaczył mu wójt. Było to tym bardziej dziwne, że to właśnie on zaopatrywał w bimber całą okolicę.

A i tak akurat na tą zasadę musiał przymknąć oko. Zwłaszcza kiedy był na warcie. Inaczej nie dało się tu wytrzymać. Strach wsączał mu się w dusze i sprawiał, że zaczynał szukać pociechy w objęciach alkoholu. Wzdrygnął się i pociągnął solidny łyk. Ciepło rozlało mu się w przełyku i przyjemnie dotarło do żołądka, eksplodując gwałtownie. Od razu poczuł się lepiej. Chwile siłował się sam z sobą, ale w końcu przymocował manierkę z powrotem do pasa, walcząc z przemożną chęcią osuszenia jej do ostatniej kropli. Pora była iść dalej. Westchnął, pomruczał trochę pod nosem i zaczął ściągać swoje nowe, skórzane buty, które kupił ostatnio na targu. W końcu ruszył przed siebie, znów pogrążając się w wspomnieniach.

Tak, pamiętny krwawy połów, jak go zaczęto nazywać. Na wielu twarzach wywołał płacz i grymas strachu. Gdy wyciągał ostatnie znalezione ciało, przysiągłby że zauważył długie, pokryte liszajami, zielone palce, które trzymały kurczowo stopę drwala, i że to one próbowały wciągnąć go w głębinę. Nikomu o tym nie mówił, ale widział jak wtedy coś przepłynęło pod tratwą. Coś wielkiego, zbyt dużego na bobra, czy rybę…

Wracali wtedy przygnębieni i przestraszeni. Nie odnaleziono żadnego dziecka. Jak pod ziemią zapadło się dwoje bliźniaków, chłopców i troje dziewczynek, które również znajdowały się wtedy na czółnach. Dziwna sprawa, zwłaszcza, że po dotarciu z powrotem do Crosna i oglądnięciu ciał znowu ukazały się na nich ślady ugryzień. Jednej dziewczynie, niezwykle pięknej coś wyżarło piersi, tak że w postrzępionej ranie widać było kość.

Pogrzeb urządzono na następny dzień, a ksiądz mocno skropił ciała święconą wodą. Bjorn wiedział, że wójt z proboszczem wysłali list dyliżansem, z prośbą o pomoc do Nedevcaru, ale jak dotąd nie dostali odpowiedzi.

Ale o tym i o śladach ugryzień nie można było mówić, nic nie mogło wystraszyć ludzi i nic nie mogło przerwać ścinki i spławu drzewa. O za duże pieniądze tu bowiem szło. Lepiej, żeby ludzie nie wpadali w panikę, by pracowali, by wiedli normalne życie, wolne od strachu. Tak tłumaczył wójt i ksiądz dobrodziej, na szybkim spotkaniu na plebani, za zamkniętymi drzwiami. A on tylko kiwał ponuro głową, bo cóż innego mógł zrobić. A i tak wszędzie potem szeptano o klątwie, czy też o czarach, a nawet o przeklętych demonach, które zaczęły niby to nawiedzać Crosno.

Mimo wszystko życie toczyło się dalej. Drwale pracowali, flisacy dalej spławiali kłody, a cała miejscowość, żyła nadchodzącymi zaślubinami córki wójta, które właśnie dziś odbywały się w karczmie.

W końcu udało mu się pokonać rzekę. Mgła też jakby w końcu odpowiedzi na jego ciche prośby opadła, tak że w oddali udało mu się dostrzec przyćmione światło, pewnie bijące z okna któregoś gospodarstwa. Położył lampę i buty na ziemi, a sam padł ciężko tuż obok na kępę wyschniętej trawy. Zaczął masować przemarznięte stopy, powoli rozgrzewając je i przywracając im czucie. W końcu gdy już zebrał siły założył buty, podniósł lampę i ruszył dalej.

Znowu ten szmer. Teraz był pewien, że coś usłyszał.

– Kto tam?– Krzyknął nerwowo.– Słyszę cię!!!

Nic, tylko cisza. Gdy już prawie sam siebie przekonał, że to było tylko urojenie, gdzieś w pobliżu do jego uszu dobiegł cichutki śmiech, krystaliczny niczym dźwięk dzwoneczka, jednak tak nienaturalny, że nie mógł należeć do człowieka. Poczuł, jak po plecach przeszedł mu zimny dreszcz, a serce zaczęło bić tak szybko, jakby samo chciało wyskoczyć z jego piersi.

Wyćwiczonym w wojsku, szybkim ruchem dłoni wydobył ostrze z pochwy, jednocześnie, obracając latarnią starał się chodź trochę rozświetlić mrok.

– POKAŻ SIĘ!!!- Głos mu drżał tak, że prawie sam nie zrozumiał tego co powiedział. Temperatura powietrza spadła wyraźnie, tak że z jego ust z każdym oddechem unosił się obłoczek pary.

Nagle coś otarło się o jego udo. Tak jakoś delikatnie i ostrożnie, jakby chciało go pogłaskać. Podskoczył w miejscu. Na litość Boską, coś podeszło do niego na tyle blisko, że otarło się o jego cholerną nogę, a on nic nie zauważył.

Dopiero po chwili poczuł ból i krzyknął, głosem pełnym strachu, odrazy i bólu. Coś ciepłego zaczęło płynąć mu po nodze. Patrzył jak na jego spodniach powoli wykwita czerwona plama krwi.

I znowu dał się słyszeć ten sam śmiech. Gdzieś tuż koło niego, tuż na wyciągnięcie ręki. Komuś jego ból i przerażenie, musiały wydawać się cholernie zabawne.

Ta mgła, ten śmiech i ból w nodze, sprawiły, że przestał myśleć logicznie, odrzucił w bok latarnię, a ta rozprysła się o ziemię. Nafta rozlała się po ścieżce, od razu stając w płomieniach. Ale on już biegł, rzucił się do szaleńczej ucieczki w stronę dalekiego światła.

Biegł, wyraźnie czół, że z każdym krokiem coraz bardziej zaczyna brakować mu sił. Coraz bardziej dyszał, w sumie charczał już tak, że wydawał mu się że zaraz zemdleje. Co chwilę potykał się o kamienie i inne nierówności, których nie potrafił dostrzec w ciemności. Ślad lepkiej czerwieni ciągnął się za nim plamiąc brunatną ziemię. Nie zwolnił jednak, cisnął tylko za siebie swoją szable, która przeszkadzała mu w biegu. Na granicy swoich zmysłów wyczuwał, że coś biegnie tuż koło niego.

Jeszcze tylko parę kroków, a uda mu się skryć pośród zabudowań. Rozległo się rozpaczliwe szczekanie psa, które umilkło gwałtownie, zakończone przeraźliwym piskiem, po którym zapadła przeraźliwa cisza. Gdy mijał byle jak skleconą budę, kątem oka dostrzegł wybebeszone truchło ogromnego owczarka. Coś rozpruło biednemu zwierzęciu brzuch, a długie węże nabrzmiałych jelit parowały w chłodzie nocy.

W pełnym pędzie barkiem otworzył drzwi do chaty i szybko zamknął je za sobą zasuwając drewniany skobel. Miał nadzieje, że to co go ścigało nie wejdzie do środka.

– Jest tu kto?!- wyszeptał bardziej niż krzyknął, bał się usłyszeć odpowiedź. Odpowiedziała mu cisza. Oparł się plecami o drzwi i próbował uspokoić oddech. Z tego co pamiętał mieszkał tu drwal z żoną i półroczną córeczką. Znajdował się w wąskiej sieni, zagraconej różnymi przedmiotami, przydatnymi w prowadzeniu gospodarstwa. Ciemność rozświetlała lampa olejna, przymocowana do ściany, której knot tlił się bardziej niż płonął. Odchodziły z niej dwa wejścia, z prawej i lewej strony. Ale jego wzrok przykuło coś innego. W rogu pomieszczenia, oparta o ścianę leżała siekiera. Widać, że była praktycznie nowa, ostra jak brzytwa z stalowym ostrzem. Prawdziwa rzadkość w tych stronach Właściciel musiał wydać na nią małą fortunę. Walcząc z zawrotami głowy, ruszył powoli w jej kierunku. Gdy tylko ujął siekierę w dłonie, od razu poczuł się pewniej.

Bjorn przeżegnał się i w myślach zmawiając modlitwę ruszył przed siebie. Po drodze ściągnął lampę ze ściany. `Szedł powoli, starając się zachować ciszę, co w jego stanie było dość trudne, gdyż czół jak drętwieje mu noga, a serce w jego piersi szaleńczo bije. Wybrał jedne z drzwi, zrobiono je z drewna, a ktoś, pewnie gospodyni, ozdobiła je malunkami czerwono żółtych kwiatów. To właśnie one przyciągnęły jego uwagę. Pchnął je lekko, a one posłuszne jego dotykowi otwarły się z cichym skrzypnięciem.

W pomieszczeniu za nimi panował półmrok, tak że musiał wysilić wzrok by cokolwiek zobaczyć. Znalazł się w szerokiej izbie o bielonych wapnem ścianach, na których znajdowały się obrazy świętych. Widać, że gospodarzom się wiodło. W rogu pomieszczenia znajdował się stół i parę krzeseł. Obok znalazło się miejsce na zaścielone łóżko i bogato zdobiony kufer. Stał tu również kołowrotek i pusta kołyska, także ozdobiona kwietnym motywem. Widać, że włożono w jej wykonanie mnóstwo pracy. Nigdzie nie było ani śladu gospodarza i jego rodziny.

Poczuł powiew powietrza, który poruszył sprytnie zamontowane dzwoneczki, które wydały z siebie przyjemny, uspokajający dźwięk. Przez wpółotwarte okno, do środka wpływał chłód. Bjorn szybko podszedł do niego i je zamknął. Zaklął, gdyż zauważył, że na białej ramie, ktoś zostawił odciśnięty krwawy ślad dłoni. Mógł należeć do kobiety, zapewne gospodyni.

Dawno się tak nie bał. Nawet na wojnie, kiedy to wyczerpany, osłabiony głodem i chorobą, leżał czekając na śmierć z rąk biegnących na niego oddziałów, nie czół się tak oszołomiony. Ręce i nogi drżały mu coraz bardziej. Stracił już zbyt dużo krwi. Odłożył lampę na stół i oparł obok niej siekierę. Otworzył kufer. W środku, tak jak się spodziewał, znalazł stos ubrań gospodarzy. Wybrał z niego szeroką, białą chustę. Sięgnął pod płaszcz i wyciągnął manierkę. Odkręcił ją i pociągnął solidny łyk. Pomogło, poczuł, że od razu jego myśli stają się jaśniejsze a on sam nabiera sił. Napił się jeszcze i przyjrzał się w końcu uważnie swojej nodze. Coś rozcięło mu spodnie i ciało, głęboko. Jakby przejechano mu po nich zakrzywionym ostrzem jakiegoś noża. Jeszcze jeden łyk rozlał mu się ciepłem w piersi, i z głośnym jękiem żalu resztkę trunku wylał sobie na ranę. Zapiekła jak cholera. Z zabranej chusty zrobił prowizoryczny opatrunek, którym obwiązał krwawiąca ranę. Usiadł osłabiony na łóżku, brudząc szkarłatem białą pościel.

Tak bardzo chciał się jeszcze napić, ale wiedział, że w jego manierce nie została już nawet kropla. Siedział więc tylko otępiały, uporczywie wpatrując się zmęczonym wzrokiem na kołyskę, zdobioną motywem polnych kwiatów. Prawie widział jak rzemieślnik, który ją wykonał, pracuje nad nią. Z każdym precyzyjnym pociągnięciem dłuta, kawałkowi drewna nadawał kształt, który był w nim zamknięty, pomagając mu się wydobyć, zaistnieć. I te kwiaty, łąka i kwiaty, błękitne niebo i piękna dziewczyna u boku, która wpatrywałaby się w niego jak w bohatera. Cóż więcej bowiem trzeba mężczyźnie do szczęścia

Zasypiał, choć walczył z całej siły z opadającymi powiekami. Wiedział, że jeśli przegra tą walkę już nigdy nie otworzy oczu. Z obojętnością przyjął do świadomości fakt, że coś uderzyło w ścianę gospodarstwa z siłą rozwścieczonego byka. Chodź było chłodno, a on sam był zziębnięty, z pewnym zdziwieniem zauważył że jego dłonie są śliskie od potu.

Przy kolejnym uderzeniu w jednej ze ścian powstała szeroka wyrwa. Dostrzegał przez nią mrok nocy i sączące się zewsząd szare tumany mgły. Wydawała się płynąć, co chwilę zmieniając kierunek. Coś w niej było. Coś tak przerażającego, że Bjorn nie potrafił odnaleźć dla tego nazwy. I to coś wybrało sobie właśnie jego na swoją ofiarę.

Ciało miał dziwnie odrętwiałe. Tak bardzo chciał spać, a jednocześnie próbował chwycić trzonek siekiery, ale oporne palce odmawiały mu posłuszeństwa.

Pierwsze pasma mgły zaczęły opływać jego nogi. Wędrowały coraz wyżej, po chwili sięgały już jego kolan, ud, brzucha, a w końcu pokryły go całego. Znalazł się jakby w innym świecie. Nie widział już ścian, podłogi, mebli, tylko rozmazane, niewyraźne plamy.

Jedna z nich poruszyła się. Chciał krzyczeć, chciał wstać i uciec, chciał chwycić za broń i walczyć, ale nie miał siły na żadną z tych rzeczy.

Plama przybliżyła się, a on poczuł jak coś chwyta go za ubranie i unosi w powietrzu a potem rzuca nim, tak jakby nic nie ważył. Odbił się od ziemi, ale o dziwo nie bolało za bardzo. Leżał na brzuchu, nie mając siły na jakikolwiek ruch. Coś nachyliło się nad nim. Wyraźnie słyszał wilgotny odgłos węszenia, a na karku poczuł powiew śmierdzącego oddechu. Potężny ryk i lepkie pasmo, cuchnącej zgnilizną śliny spłynęło mu po policzku. A on był niczym kłoda drewna, nieczuły, odrętwiały, bez sił. Zamknął oczy…

Otworzył je z wysiłkiem… Coś ciągnęło go po ziemi, sapiąc przy tym i kwicząc, niczym zarzynane prosie. Kamienie i gałęzie raniły mu plecy. Cały świat skąpany był w mgle.

W oddali ledwo słyszalny szum rzeki. I nic po za tym, żadnego bzyczenia owadów, odgłosów ptaków, czy zwierząt. Cisza. Opadające powieki.

 

Koniec

Komentarze

Pasterzu, po pół godzinie pisania obszernego komentarza wszystko poszło w niebyt :( Przyznaję, że nie mam już w tej chwili czasu na jego odtwarzanie. Więc tylko skrótowo napiszę. 

 

Masz masę błędów, z czego zdajesz sobie sprawę (wedle przedmowy). Teraz tylko wypadałoby przysiąść i nad nimi popracować. Bo utrudniają odbiór. 

Brakuje sporej ilości przecinków (i jeśli ja to zauważyłam, to są to oczywiste miejsca).  

Mieszasz w kilku miejscach czasy narracji – wstawiasz czasowniki w czasie teraźniejszym.

Kilka razy powtarzasz czół – paskudny ortograf – powinno być czuł; i drugi podobny błąd: chodź tam, gdzie powinno być choć.

Masz trochę powtórzeń i zbędnych zaimków (np. ściągał swoje buty – a wiadomo z kontekstu, że innych ściągać nie mógł). 

Naprzemiennie stosujesz mile i kilometry – to też trzeba ujednolicić. 

Nie pasują mi nazwy miejscowości – Crosno kolejno z Bobrownikiem, Bystrzycą i w końcu z Nedevcarem – dla mnie to wymieszanie języków i kultur. Tak samo Bjorn – to skandynawskie imię, które też mi nie pasuje do Crosna, Bobrownika, czy Nedevcaru. Tak naprawdę nie wiem, gdzie i w jakich czasach rozgrywa się akcja. 

Masz też błędy “logiczne” – najoczywistszy przykład:

W rogu pomieszczenia, oparta o ścianę leżała siekiera. Widać, że była praktycznie nowa, ostra jak brzytwa z stalowym ostrzem. Prawdziwa rzadkość w tych stronach Właściciel musiał wydać na nią małą fortunę. – dom należał do drwala, cała miejscowość żyła z wyrębu drzew. Dlaczego w takim razie ostra siekiera to rzadkość w tych stronach? 

 

Ludzie zaczęli krzyczeć i umierać, rozszarpywani na strzępy…

Bjorn był w połowie wieczornego patrolu.

Ten niby-prolog, kończący się rozszarpywaniem na strzępy, należałoby oddzielić od dalszej części tekstu jakimś akapitem lub dwoma. W taki sposób niepotrzebnie zlewa się z resztą, z którą nie stanowi na tym etapie jednej całości. 

 

Co do treści – nadal jest to fragment, który stanowi dopiero wprowadzenie do rzeczywistej akcji. Fabuły  w tym nie ma za wiele – jedna scena z karczmy, marnie kończący się patrol i trochę wspomnień. Nie widzę w tym steampunku, ani horroru. Dopiero zalążki tego drugiego. 

Zbędny i przynudnawy wydaje mi się opis Crosna i jego “historii”. Lepiej dla całości by było, gdyby te informacje wpleść w jakiś inny sposób w treść opowieści. Nawet wspomnienia Bjorna pozbawione są (jak dla mnie) emocji. Podane jakoś tak sucho, a można było z tego zrobić ciekawą opowieść w opowieści. 

 

Pisanie jest niewątpliwie frajdą, ale na początku też ciężką pracą :) Jeśli chcesz kontynuować i się rozwijać (do czego szczerze zachęcam), to musisz sporo poćwiczyć i przyda Ci się ten poradnik http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Obiema rękami podpisuję się pod komentarzem Śpiącej i dorzucam łapankę.

Mam nadzieję, że dalszy ciąg Twojej opowieści będzie należycie dopracowany i pozbawiony błędów.

 

a przede wszyst­kim moc­nym bim­brem od wójta, który wy­to­czył z piw­ni­cy dwie wiel­kie, dę­bo­we becz­ki swo­jej naj­lep­szej oko­wi­ty… – Bimber i okowita to nie to samo.

 

wy­to­czył z piw­ni­cy dwie wiel­kie, dę­bo­we becz­ki swo­jej naj­lep­szej oko­wi­ty, spe­cjal­nie po to, by uczcić we­se­le swej je­dy­nej córki. – Wesela się nie czci; wesele jest biesiadą/ zabawą z okazji ślubu.

 

Prze­peł­nia­ją ją szczę­ście, pra­gnie­nie życia, a może i na­dzie­ja na ko­lej­ne dni i lata.Przepełniały ją szczęście…

 

Za zdro­wie mło­dej pary!krzy­czy ktoś pi­ja­ny w sztorc, język mu się pląta… – Czy na pewno miałeś na myśli kogoś pijanego ostrym końcem ku górze? ;-)

Brak spacji po wykrzykniku. Zamiast dywizu powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się także w dalszym ciągu opowiadania.

Zdanie winno brzmieć: Za zdro­wie mło­dej pary! krzy­czy ktoś pi­ja­ny w sztok, język mu się plącze

 

Za nimi znaj­do­wał się bo­wiem jed­no­staj­ny obłok sza­rej mgły… – Nie wydaje mi się, by o mgle można powiedzieć jednostajna.

 

Czół się jakby wsa­dził dłoń do misy z lo­do­wa­tą wodą.Czuł się jakby wsa­dził dłoń do misy z lo­do­wa­tą wodą.

Ten błąd pojawia się także w dalszym ciągu opowiadania.

 

Szedł po­wo­li gó­rzy­stą dróż­ką… – Czy Bjorn szedł dróżką pełną wysokich wzniesień i pokrytą górami? Jeśli nie, Bjorn: Szedł po­wo­li gó­rską dróż­ką

 

Niósł ją w lewej dłoni sta­ra­jąc się chodź tro­chę roz­ja­śnić drogę przed sobą.Niósł ją w lewej dłoni, sta­ra­jąc się choć tro­chę roz­ja­śnić drogę przed sobą.

Ten błąd pojawia się także w dalszym ciągu opowiadania.

 

Bjorn był dumny z pracy jaką wy­ko­ny­wał.Bjorn był dumny z pracy którą wy­ko­ny­wał.

 

w który do­kład­nie dzień przy­szedł na świat.. – Jeśli miała być kropka, jest o jedna kropkę za dużo, jeśli miał być wielokropek, jest o jedną kropkę za mało.

 

oraz wyrąb drew­na do wła­snych celów. – …oraz wyrąb drzew do wła­snych celów.

Drewno uzyskuje się ze ściętego drzewa.

 

Czę­sto by­wa­ło tak, że cho­rzy umie­ra­li tam bez po­mo­cy le­kar­skiej i ko­ściel­nej… – Czy zdarzało się także, że umierali z pomocą lekarza i osoby duchownej? ;-)

 

Rzeka mogła bo­wiem za­brać z sobą nie­roz­waż­ne­go prze­chod­nia. – Przeprawiający się przez rzekę, nie jest przechodniem.

 

Był już tru­pem , a na jego ple­cach… – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Było już późno, słoń­ce za­czę­ło za­cho­dzić za ho­ry­zont, a drze­wa rzu­cać dłu­gie cie­nie, które spra­wia­ły, że po ich ple­cach raz po raz prze­cho­dzi­ły dresz­cze. – Ze zdania wynika, że dreszcze przechodziły po plecach drzew. ;-)

 

jego po­moc­nik wi­dząc co się dzie­je po­spie­szył mu z po­mo­cą. – Powtórzenie.

 

Prze­su­nął do­oko­ła la­tar­nie… – Literówka.

Wolałabym: Poświecił do­oko­ła la­tar­nią

 

A i tak aku­rat na za­sa­dę mu­siał przy­mknąć oko. A i tak aku­rat na za­sa­dę mu­siał przy­mknąć oko.

 

znów po­grą­ża­jąc się w wspo­mnie­niach. – …znów po­grą­ża­jąc się we wspo­mnie­niach.

 

Jak pod zie­mią za­pa­dło się dwoje bliź­nia­ków, chłopców i troje dziew­czy­nek… – Jak pod zie­mię za­pa­dło się dwóch bliź­nia­ków i trzy dziew­czy­nki

Dwoje, to chłopiec i dziewczynka. Skoro to byli chłopcy, to dwóch bliźniaków. Troje, to grupka trojga dzieci – dwóch chłopców i dziewczynka, lub dwie dziewczynki i chłopiec.

 

które rów­nież znaj­do­wa­ły się wtedy na czół­nach. – …które rów­nież znaj­do­wa­ły się wtedy w czół­nach.

 

nic nie mogło prze­rwać ścin­ki i spła­wu drze­wa. – …nic nie mogło prze­rwać ścin­ki i spła­wu dre­wna.

 

Kto tam?– Krzyk­nął ner­wo­wo.– Sły­szę cię!!! – Brak spacji przed półpauzami.

Źle zapisujesz dialogi.

 

jakby samo chcia­ło wy­sko­czyć z jego pier­si. – Czy serce mogło chcieć wyskoczyć z cudzej piersi?

Nadużywasz zaimków.

 

Na li­tość Boską, coś po­de­szło do niego na tyle bli­sko, że otar­ło się o jego cho­ler­ną nogę, a on nic nie za­uwa­żył.Na li­tość boską

Zbędne zaimki.

 

ci­snął tylko za sie­bie swoją sza­ble… – Literówka.

 

za­koń­czo­ne prze­raź­li­wym pi­skiem, po któ­rym za­pa­dła prze­raź­li­wa cisza. – Powtórzenie.

 

Ciem­ność roz­świe­tla­ła lampa olej­na, przy­mo­co­wa­na do ścia­ny, któ­rej knot tlił się bar­dziej niż pło­nął. Od­cho­dzi­ły z niej dwa wej­ścia, z pra­wej i lewej stro­ny. – Dokąd prowadziły wejścia odchodzące z tlącej się lampy? ;-)

 

W rogu po­miesz­cze­nia, opar­ta o ścia­nę le­ża­ła sie­kie­ra. – Skoro była oparta o ścianę, to chyba stała, nie leżała.

 

Wy­brał jedne z drzwi, zro­bio­no je z drew­na… – Czy istniała możliwość, by drzwi w chacie były wykonane z innego materiału?

 

ozdo­bi­ła je ma­lun­ka­mi czer­wo­no żół­tych kwia­tów. – …ozdo­bi­ła je ma­lun­ka­mi czer­wo­no-żół­tych kwia­tów.

 

upo­rczy­wie wpa­tru­jąc się zmę­czo­nym wzro­kiem na ko­ły­skę… – …upo­rczy­wie wpa­tru­jąc się zmę­czo­nym wzro­kiem w ko­ły­skę

Patrzymy na coś, wpatrujemy się w coś.

 

Wie­dział, że jeśli prze­gra walkę… – Wie­dział, że jeśli prze­gra walkę

 

coś ude­rzy­ło w ścia­nę go­spo­dar­stwa… – W gospodarstwie mogą być zabudowania mające ściany, ale gospodarstwo nie ma ścian.

 

I nic po za tym, żad­ne­go bzy­cze­nia owa­dów, od­gło­sów pta­ków, czy zwie­rząt.I nic poza tym

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka