- Opowiadanie: Marcin Robert - Opowiadanie o smoku

Opowiadanie o smoku

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Opowiadanie o smoku

Niedługo minie dwanaście lat od dnia, gdy w okolicach Młynisk Dolnych zagnieździł się smok. Wyglądał zwyczajnie, jak to smok, choć – przyznać trzeba – wielkością nie imponował. Dożarty był za to straszliwie.

 

Za siedzibę obrał sobie jaskinię w pobliskich wzgórzach i każdego ranka wylatywał stamtąd, aby sokolim wzrokiem przeczesywać okolicę. Skradał się też znakomicie. Nieraz, gdy grupa żonglerów albo jacyś spóźnieni kupcy obozowali pod lasem, potwór rzucał się na nich znienacka spomiędzy drzew i pożerał. Szczególne zaś gustował w skąpo ubranych dziewczynach oraz wszystkich noszących okulary.

 

Rada miejska z początku zdawała się nie dostrzegać problemu. – Smok się nażre, to sobie pójdzie – mówili włodarze miasta. Kiedy jednak, nie mający najwyraźniej żadnego szacunku dla elity, jaszczur zjadł wracającą ze studiów córkę burmistrza, postanowili go wytępić.

 

– Pamiętam – oświadczył na początku sesji radny Bystroń – jak pół wieku temu potężny smok napadł Kraków. Książę wynajął wtedy pogromcę, który dał potworowi do zjedzenia owczą skórę wypchaną siarką, a ten się od niej rozpękł.

 

– Nieprawda! – zawołał radny Kmiecik. – To od wody z Wisły się rozpękł, bo mu się straszliwie pić po zjedzeniu tej siarki zachciało.

 

– A ja słyszałem – odrzekł na to przewodniczący Myrdała – że to nie był baran, tylko literat Baranek, który za nieprawomyślne pisanie został, razem ze swoimi dziełami, rzucony smoku na pożarcie, ten zaś nabawił się ciężkiej niestrawności i umarł.

 

Kłócili się tak przez godzinę, w końcu jednak postanowili wynająć profesjonalnego tępiciela.

 

Pierwszym, który odpowiedział na rozlepione po drogach i karczmach ogłoszenie, był pewien wędrowny rycerz. Przyjechał, pod nieobecność jaszczura obejrzał jaskinię z resztkami jego ucztowania i stwierdził, że to banalny przypadek, z którym łatwo sobie poradzi. Następnego ranka znaleziono tylko jego zbroję, rozrzuconą po głównym gościńcu.

 

Drugim był stołeczny wynalazca, który postanowił wykorzystać drut miedziany zamknięty w szklanej tubie, nabierający nadzwyczajnej mocy od elektryczności powietrznej. Tego wieczora, gdy przeprowadzony miał zostać eksperyment, rozszalała się straszliwa burza. Upieczone zwłoki wynalazcy kilka dni tkwiły przed jaskinią, nie ruszane przez smoka, aż zabrało je stamtąd kilku opłaconych śmiałków.

 

Inni kandydaci na pogromców radzili sobie nie lepiej, tak że sprawa zaczęła uchodzić za beznadziejną.

 

Pewnego dnia do miasta przybył jednak starszy wiekiem, zabawnie ubrany cudzoziemiec, który oświadczył, że jest absolwentem Uniwersytetu Paryskiego, gdzie studiował między innymi język smoków, więc bez żadnego problemu poradzi sobie z bestią. Radni wyśmiali go zrazu, w końcu jednak – skoro tylu robiących lepsze wrażenie zawiodło – zgodzili się, aby spróbował.

 

Magister, jak kazał się tytułować przybysz, zamiast ruszyć na smoka z jakąś tajemną bronią, chodził po lasach przysłuchując się jego rykom, a raz grupa odważnej młodzieży, która podkradła się pod jaskinię potwora, zobaczyła jak uczony wychodzi z niej w jego towarzystwie.

 

Zniecierpliwieni rajcy zażądali wreszcie wyjaśnień.

 

– Wielce szanowni radni – zaczął wystąpienie magister. – Wiecie, że znam język smoków, znam też dobrze ich obyczaje. Wbrew pozorom są to stworzenia mające sporą wiedzę o świecie, znające ludzką mowę, wrażliwe moralnie i bynajmniej nie złośliwe.

 

– To znaczy, że czymś zdenerwowaliśmy potwora? – zawołał jakiś rozbawiony radny.

 

– Smoki są nadzwyczaj wrażliwe moralnie – powtórzył uczony. – Dlatego ich uczucia łatwo urazić niewłaściwym strojem albo głupią mową. Smoki czują się wręcz sprowokowane przez takie nieetyczne działania, choćby dlatego, że są wielkie, a więc ich zdaniem zasługują na stosowny do ich rozmiarów szacunek. Nie dziwcie się więc, że pożerają zbyt odważnie ubrane kobiety albo wygadujących głupoty intelektualistów. Chcecie mojej rady? Zacznijcie się przyzwoiciej ubierać i mądrzej mówić.

 

Rajcy początkowo byli sceptyczni, ponieważ jednak nie mieli innych pomysłów, a w gruncie rzeczy podzielali uczucia smoka, zgodzili się wydać przepisy nakazujące poprawę obyczajów. O dziwo, zgodzili się nawet wypłacić pełne wynagrodzenie magistrowi.

 

I nie pożałowali. Smok przerzucił się na dzikie kozy i niedźwiedzie, często spotykane w miejscowych górach, mieszczanie zaś i okoliczni wieśniacy wreszcie poczuli się bezpiecznie. Wprawdzie każdego roku bestia pożerała dwóch albo trzech ludzi (dwa lata temu dziesięciu), ale przecież oni sami byli sobie winni, bo mogli nie urażać jej uczuć.

Koniec

Komentarze

Dość nieszczególne opowiadanie. Ani zabawne, ani pouczające, jakieś takie bezpłciowe i całkiem o niczym, mimo że o smoku. Przeczytałam, ale pewnie zaraz o wszystkim zapomnę. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moral trochę słaby, chociaż w czasie lektury kilka razy sie usmiechnalem. Zgrany motyw przedstawiony w parodystyczny sposób.

Przydałoby się, moim zdaniem, wielkie stado smoków, żywiących się wygadującymi głupoty – ale od dziewczyn i kobiet, które mają co pokazać, wara! Poza tym przydałoby się przedstawić powyższą historyjkę w lżejszym, zabawniejszym tonie, bo teraz to, wybacz, Autorze, pół litra na trzech…

Mi się podobało, może nie jako coś co zapamiętam na długo, ale jako krótka historyjka do poczytania spełnia swoją rolę. Muszę się zgodzić z AdamKB, że pójście w jeszcze bardziej komediowe tory tylko by wyszło opowiadaniu na dobre.

Tymczasowy lakoński król

Dzięki za komentarze. Opko przeznaczone było pierwotnie na konkurs o “potworach zjadających amatora”. Tutaj zamieściłem je z niewielkimi poprawkami. Chciałem zilustrować w nim pewien aktualny problem, ale – jak widać po komentarzach – wyszło mi mocno tak sobie. No cóż, lepsze od tłumaczenia, co chciałem powiedzieć, jest napisanie nowego opowiadania. :)

A we mnie tekst wzbudził jakieś refleksje, może nawet te zamierzone przez Autora. O to ostatnie zdanie poszło, z fanatykami religijnymi się skojarzyło…

Ale zgadzam się z przedpiścami, że zabawniejsze opowiadanko lepiej by wchodziło.

Babska logika rządzi!

Drugie dno smoczej działalności. Ciekawy pomysł.

 

https://www.youtube.com/watch?v=76SCx2PVzwE

Prawdę mówiąc, bezpośrednią inspiracją do napisania tego opowiadania były dyskusje o rosyjskiej agresji na Ukrainę. ;) Nadałem mu jednak taką formę, żeby można było interpretować je szerzej. Podstawową wadą mojego opka jest jego mała rozrywkowość. Tekst literacki powinien bowiem przede wszystkim bawić. Ewentualna nauka jest bonusem, który czytelnik może odkryć, ale nie musi. Tak więc, tekst do napisania na nowo. Jeszcze raz dzięki za komentarze. :)

Hmm…. opowiadanie napisane ciekawie i przyzwoicie, ale sama historia trochę do mnie nie przemawia. Przypuszczam, że miało być lekko, zabawnie i z morałem, ale żartobliwość trochę do mnie nie trafiła, a i morał nie jest najlepszy. No ale nic to. Wszystkim przypodobać się nie sposób, czasem trafia się po prostu taki marudzący vyzart.

Zgrabnie napisane, i przez większość tekstu całkiem przyjemne, ale końcówka – sposób na smoka i wyjaśnienie jego motywów – no nie bardzo :/

 

nie ruszane – > nieruszane

zobaczyła jak uczony → zobaczyła, jak uczony

Początek mi się podobał, nawet fajnie napisany, ale ta moralizatorska puenta moim zdaniem położyła tekst na płasko. No i przez to nie mogę powiedzieć, że mi się podobało, tylko połowicznie. A tak dokładnie to pierwsza połowa :P

Tylko nie "Tęcza"!

Mam dokładnie tak jak Tensza.

Uwagi:

 

Dożarty był za to straszliwie. – piękne zdanie :)

gdy grupa żonglerów albo jacyś spóźnieni kupcy obozowali pod lasem – lepiej “gdy grupka kuglarzy albo jakichś spóźnionych kupców obozowała pod lasem”

postanowili go wytępić – wydaje mi się, że słowo “wytępić” odnosi się do grup, gatunków, przejawów jakichś myśli w pewnej zbiorowości, a smok tu był jeden, samiuteńki

w miejscowych górach, mieszczanie zaś – to powinna rozdzielać kropka; średnik najskromniej

a przy końcówce zbędny, objaśniający nawias, co powinno być dużo wcześniej

 

Miło wplecione historyjki z baśni i legend polskich, miły żartobliwy zamysł tekstu; jednak w całej opowieści brakowało mi pewnego stonowania akcji. Opisów, dialogów bardziej rozbudowanych. Może to i faktycznie takie bajkowanie dla dziecka… ale ja tego nie kupuję. Bo wyszło: na łeb, na szyję. Choć język, bezsprzecznie, przyjemny.

Widzę, że ktoś jeszcze zagląda do mojego opka. :) Dzięki za komentarze i uwagi o błędach. Przyjrzę się im wkrótce i poprawię, co będzie do poprawienia. Faktycznie, opowiadanie jest zbyt zwięzłe i jego akcja pędzi zbyt szybko, ale wynikało to z warunków konkursu, który przewidywał limit do 5000 znaków. Jak zresztą wyżej napisałem, opowiadanie i tak jest do napisania od nowa.

Bez szkody dla tekstu można by skrócić go o dwa ostatnie akapity. Wtedy pozostałoby lekko sympatyczne wrażenie, a w tej wersji do końca nie wiem, jakiego drugiego dna doszukiwać się w finałowym fragmencie. Poza tym, mam dokładnie tak samo jak Mr_D.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka