- Opowiadanie: Wicked G - James Syriusz Potter i Kraj w Ruinie

James Syriusz Potter i Kraj w Ruinie

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

James Syriusz Potter i Kraj w Ruinie

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zapytała Ginny Potter, pakując klatkę z fretką do wyglądającego zupełnie zwyczajnie jaguara XF.

– Dla mojej kariery – owszem – odparł jej mąż. – Ministerstwo od kilku miesięcy suszyło mi głowę. Ględzili, że Polacy to teraz druga pod względem liczności narodowość w Wielkiej Brytanii, że jak syn słynnego Pottera pojedzie tam na szkolną wymianę, to wzajemne stosunki się ocieplą, i takie tam pierdoły. Nie mogłem już tego słuchać, więc poszedłem im na rękę.

– Jasne, twój syn spędzi prawie rok na wygwizdowie, bo nie potrafiłeś sprzeciwić się przełożonym! – oburzyła się Ginny. – Doskonale wiesz, jak zachowują się ludzie ze środkowej Europy.

– Jesteś uprzedzona – zarzucił jej Harry, gasząc papierosa na chodniku. – Polska to cywilizowany kraj, są w Unii od czternastu lat. Ich szkoła w rankingu PISA dla czarodziei stoi wyżej od Hogwartu. Ja w wieku Jamesa miałem za sobą trzy starcia z Voldemortem, a on ma nie przeżyć dziesięciu miesięcy za granicą?

– Porozmawiamy później – stwierdziła chłodno kobieta. – Dzieci, pospieszcie się!

Ruda dziewczynka i dwóch czarnowłosych chłopców wybiegło z otoczonego żywopłotem ogrodu, po czym załadowało się do auta. Starsi Potterowie również zajęli swoje miejsca i cała rodzinka ruszyła w kierunku dworca kolejowego. Korki wymusiły na Harrym konieczność wzniesienia się samochodem w powietrze. Ledwie udało się im zdążyć wsadzić Jamesa do pociągu. Chłopiec, Który Przeżył zwalił winę za to na guzdranie się przy pakowaniu, jego partnerka upatrywała jej z kolei w nieumiejętnym prowadzeniu samochodu. Tak czy inaczej, najstarszy syn pogromcy Voldemorta zmierzał teraz w kierunku kontynentalnej Europy. Bardzo cieszył się z tego wyjazdu, bowiem pierwsze cztery lata w Hogwarcie okazały się dosyć nudne w porównaniu ze szkolnym opowieściami ojca. Nawet dokuczanie Filchowi po pewnym czasie przestało sprawiać frajdę. Młody mag miał nadzieję przeżyć niesamowite przygody podczas pobytu w kraju nad Wisłą.

Podróż mijała dosyć szybko. James przysiągłby, że dopiero przed chwilą wjeżdżali do Calais, a już stali na dworcu w Szczecinie. Tu zaczęły się pierwsze problemy. Zarówno przesiadkowy pociąg, jak i reprezentant Państwowej Wyższej Szkoły Magii i Czarów imienia Baby Jagi mający towarzyszyć Brytyjczykowi byli spóźnieni. James usiadł na jednej z ławek i cierpliwie czekał, czytając najnowsze wydanie „Proroka Codziennego”. Nagle podeszło do niego dwóch typów w bejsbolówkach i ortalionowych ubraniach.

– A ty za kim jesteś? – spytali go groźnym tonem.

– Przepraszam, nie rozumiem – odpowiedział grzecznie James w swoim języku.

– O, Anglik – zdziwił się jeden z dresów.

– To co z tego? Komuś na pewno kibicuje – stwierdził drugi. – Za chu ju is?

– Legia Warszawa to najlepszy klub, a kto nie wierzy, to chuj mu w dziób! – Czarodziej i kibole odwrócili głowy, by ujrzeć biegnącego wprost na nich typa z różdżką i małpką lubelskiej cytrynówki w ręce. – O kurwa, zapomniałem, że nie mamy już zgody z Pogonią. Drętwota!

Łysole padli na podłogę. Osłupiały James nadal gapił się na dziwnego przybysza w długim płaszczu i czarnej fedorze.

– Wybacz spóźnienie. – Nieznajomy odezwał się do maga w mowie Szekspira, aczkolwiek z wyraźnym akcentem. – Wczoraj trochę zapiłem z kumplami. Nazywam się Damazy Doborowski i jestem przedstawiciel samorządu Jagi… Yyy, Państwowej Wyższej Szkoły Magii i Cudów. Czarów, znaczy się. Ty to pewnie słynny James Syriusz Potter.

– Zgadza się.

– Jestem ogromnym fanem twojego ojca. Mam wszystkie jego książki. Liczyłem na to, że zobaczę go tu z tobą.

– Niestety, nie mógł odwiedzić Polski razem ze mną. Ma bardzo dużo pracy. Tak przy okazji, nie boisz się używać zaklęć poza szkołą, i to na nie-czarodziejach?

– E tam, na wakacjach nie raz rzucało się Imperiusa na mugolskich gliniarzy, żeby puścili nas z gandzią. W Szkole nie mają czasu na przejmowanie się takimi pierdołami. No, zaraz powinien przyjechać ten nieszczęsny pociąg, skoczymy jeszcze tylko po jakieś piwerko na drogę i ruszamy dalej.

James był mocno skonfundowany tym, co powiedział mu Damazy. Z jednej strony podobała mu się wyluzowana postawa Polaka, z drugiej nieco przerażające było to, że mówił o Niewybaczalnych Zaklęciach jak o jedzeniu Fasolek Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Mimo zapewnień Pottera o tym, że nie pije alkoholu w dużych ilościach, kupili po sześciopaku Żubra i paczce czipsów na głowę, po czym wsiedli do ekspresu, którym najzwyczajniej w świecie podróżowali też zwykli ludzie. Doborowski wyjaśnił Jamesowi, że mugole myślą, że pociąg kończy bieg w Białymstoku, chociaż w rzeczywistości jedzie dalej w kierunku Puszczy Białowieskiej, w pobliżu której leżała szkoła. Siedzenia były nieco mniej wygodne niż te, w których Potter przebywał zachodnią Europę, lecz przy drugim piwie to przestało mieć znaczenie.

– Mówisz, że tam u was w Hogwarcie nie działają telefony ani komputery? – zdziwił się Damazy. – Przesrane. My też mamy jakąś tam blokadę, bo oficjalnie wymaga tego Ministerstwo Magii, ale pierwszoroczny jest w stanie złamać ją w pięć minut. Ktoś już zgłaszał to do władz, ale wątpię, żeby cokolwiek się zmieniło. Matniewicz nie wytrzyma dnia bez pornoli.

– Kto to Matniewicz? – spytał James.

– Dyrektor naszej szkoły – odpowiedział Polak. – Kawał skurwysyna. Czepia się o byle co. Podobno jest też dendrofilem. Jak był na wycieczce u was w Hogwarcie, to po pijaku wydymał Bijącą Wierzbę. Tak przynajmniej słyszałem.

Po kolejnej dziwnej opowiastce Damazego James zaczynał żałować tego, że zdecydował się na ten wyjazd. Pocieszał się tym, że nowy znajomy może po prostu mieć tendencje do koloryzowania. Potter dopił browara do końca. Trochę kręciło mu się w głowie, do tej pory pozwalał sobie tylko na słabe piwo korzenne. Oparł się o ścianę, zamknął oczy i zasnął.

Obudził się już na miejscu. Był późny wieczór. Wysiedli na maluteńkiej stacji bez dworca i wyszli na wydeptaną w szczerym polu ścieżkę.

– Będzie trzeba przejść trochę na piechotę – poinformował Damazy. – Dalewicz miał przylecieć po nas miotłą, ale pewnie nie chciało mu się tyle czekać i się zwinął.

– Nie szkodzi. Locomotor walizka! – James wskazał różdżką na swój bagaż, który po chwili zaczął unosić się w powietrzu i samoczynnie podążać za czarodziejami.

Pół godziny marszu później dotarli na skraj lasu, przy którym znajdowała się szkoła. Był to kompleks ogromnych, betonowych budynków wzniesionych w czasach PRL-u. Teren otoczono dosyć wysokim murem. Przy otwartej na oścież stalowej bramie ktoś nabazgrał sprejem na ścianie „Ministerstwo Magii to chuje”.

– To wasza dewiza? – Potter wskazał na napis.

– Powiedzmy – odparł Damazy.

– Dlaczego tak tu pusto? – zapytał James.

– Rozpoczęcie roku jest dopiero jutro. Wszyscy przyjeżdżają na ostatnią chwilę, żeby móc jeszcze opić koniec wakacji ze znajomymi. Tylko ci, którzy mieszkają naprawdę daleko, przybyli dzisiaj.

– Damazy! Dawaj no tutaj! – Stojący przy szklarni chłopak zawołał Jamesa i jego opiekuna.

– O, na przykład Wojtek. Jest z Sosnowca. Ta obok niego to Klaudia. Spoko ziomki, zaraz ich poznasz.

Potter i Doborowski podeszli do dwójki uczniów i przywitali się z nimi.

– Co tam słychać? – Chciał się dowiedzieć Damazy.

– Zajebiście – powiedział Wojtek. – Starszy sprowadził mi nową miotłę z Niemiec. Fürfickener E36, rocznik dwa tysiące trzy. Stan igła. Helmut do granicy gonił, bo się rozmyślił.

– Ta, po chuju. – Doborowski dosadnie wyraził swoje wątpliwości. – Pewnie rozjebana dla ubezpieczenia i potem złożona z trzech różnych.

– Chcesz się przekonać?

– Nie mam teraz czasu. Muszę zaprowadzić gościa do dyrcia.

– Ty jest prawdziwy Potter? – spytała łamanym angielskim Klaudia.

– Oczywiście – odrzekł James. – Czasami nawet tego żałuję. Ciężko żyje się w cieniu sławy ojca. Chociaż od niego oczekiwano jeszcze więcej.

– My musieć iść na spacer razem – zaproponowała dziewczyna.

– Z przyjemnością. – Czarodziej uśmiechnął się do Polki. – Kiedyś się umówimy.

– Dobra, spadamy – zaordynował Damazy. – Musimy jeszcze wpaść do Matni, a ja już chciałbym być w łóżku. Te podróże są strasznie męczące.

Potter i Doborowski udali się do głównego budynku szkoły. Wnętrze było wykończone białymi kafelkami i tandetną, brązową lamperią. Podeszli do stalowych drzwi z wąskim okienkiem, które James rozpoznał jako wejście do windy.

– Kurwa mać – wymamrotał Damazy. – Kurwa mać! KURWA MAĆ!!!

Syn Chłopca, Który Przeżył rzucił uczniowi PWSMiC świdrujące spojrzenie.

– Pewnie ktoś zmienił hasło – domyślił się Doborowski. – Albo się zepsuła. Urlopy dla poratowania zdrowia to biorą wszyscy, a windy porządnie zaczarować ni ma komu! Trudno, pójdziemy schodami.

Dwójka nastolatków powoli wspinała się na czwarte piętro. Walizka i przypięta do niej klatka z fretką nadal wiernie podążały za nimi.

– Spodobała ci się Klaudia, co?

– Tylko odrobinę – skłamał James.

– Musisz uważać. Wiele dziewczyn będzie chciało złapać cię na ciążę. W ten sposób ustawiłyby się do końca życia. Takie alimenty, że łuhuhu! Jakby co, to ten Wojtek, z którym gadaliśmy przed chwilą, handluje kondomami.

Po chwili dotarli pod bukowe drzwi z przybitą plakietką „Dyrektor”.

– To tutaj – powiedział Damazy. – Ja nie wchodzę, i tak mam już u niego przesrane. Będę czekać na korytarzu.

– Okej – rzucił Potter i zastukał kołatką, po czym wszedł do środka.

Gabinet był urządzony dosyć wystawnie. Na ścianach wisiały liczne dyplomy oprawione w antyramy i, ku zgrozie Jamesa, obrazki przedstawiające drzewa. Wszystkie meble wykonane były z palisandru. Tuż przy biurku stała złota klatka, w której siedział feniks.

– Witaj w naszych skromnych progach, James – odezwał się zarządca szkoły. – Nazywam się Jan Matniewicz. To doprawdy niesamowite. Nigdy nie spodziewałem się, że będę miał okazję gościć syna samego pogromcy Voldemorta.

– To nic takiego. – Potter nieco się speszył. – Jestem tylko zwykłym młodym czarodziejem.

– Matniewicz to pała! – zaskrzeczał nagle feniks. – Uważam go za pedała!

Dyrektor zrobił się czerwony na twarzy, lecz po chwili zorientował się, że chłopak nie zna polskiego. Ten przeklęty ptak był prawdziwym utrapieniem. Z oczywistych względów nie można było go zabić, a wypuszczony do lasu zawsze wracał. Raz Matniewicz zamknął go w lochach, ale ktoś nasłał na niego kontrolę z Towarzystwa Ochrony Zwierząt Magicznych. Dwie pensje poszły na grzywnę.

– Na pewno odziedziczyłeś talent po matce i ojcu – kontynuował mag. – Obiecuję, że nasza kadra dołoży wszelkich starań, byś mógł go rozwinąć. Jak do tej pory podoba ci się nasza szkoła?

– Jest zupełnie inna od Hogwartu. Ale też fajna. – James starał się zabrzmieć grzecznie.

– Matniewicz, ty cwelu, jebali cię w Izraelu!

– Czy ten ptak mówi coś o panu? – zapytał Potter.

– Tak – przyznał zmieszany dyrektor. – To prezent od młodzieży, nauczyli go, by głosił pochwały na moją cześć. Trochę mnie to peszy, jestem skromnym człowiekiem.

– Chuj ci na imię, Matniewicz, chuj ci na imię!

– Co to znaczy „hooy”? – dociekał James. – Słyszę to słowo w co trzecim zdaniu.

– Eee… Ten wyraz ma dosyć skomplikowane znaczenie, a ja nie znam waszego języka na tyle dobrze, by je wytłumaczyć. Spytaj o to naszego anglistę, profesora Fifkę. Może lepiej idź już do swojego pokoju, pewnie jesteś zmęczony po podróży. – Dyrektor uśmiechnął się fałszywie. – Jutro po inauguracji roku oprowadzę cię po szkole.

– W porządku – zgodził się Potter. – Do widzenia.

Chłopak opuścił gabinet i udał się razem z Damazym do internatu. Warunki co prawda nie były tak komfortowe jak w dormitoriach Gryffindoru, ale przynajmniej było dosyć schludnie. Weszli do swojego pokoju, po którym latał niewielki, czerwony gad.

– Wolno wam tu trzymać smoki? – zdziwił się James.

– To miniaturowa odmiana, nie zieje ogniem – wyjaśnił Doborowski. – Zresztą to jeszcze nic. Chodził tu kiedyś taki gościu, pseudonim Fryzjer, co trzymał w szafie małą mantykorę, dopóki nie przyjebał jej z Kedavry jak raz się na coś wkurwił.

– I nie spotkała go za to żadna kara?

– Nikt z nauczycieli nawet się nie zorientował. Wszyscy go kryli, u nas w Polsce panuje taka zasada, lepiej ją zapamiętaj. Zresztą zabicie jakiegoś tam egzotycznego zwierzątka to nic takiego, dostałby najwyżej trzy lata w zawieszeniu.

– Łał. Wasz kraj naprawdę mnie zadziwia.

– Nie ma to jak w Polsce, co? – zaśmiał się Damazy. – Powoli się przyzwyczaisz.

– Macie tutaj domy? Wiesz, jak Hufflepuff i Slytherin?

– Nie, ludzie są przydzielani losowo do klas. Od szóstego roku możesz wybrać sobie specjalizację, czyli to, jakich przedmiotów chcesz się uczyć więcej. Tu ludzie identyfikują się na podstawie klubów piłkarskich. Ja na przykład kibicuję Legii, więc lubię tych z Sosnowca i Elbląga, a nienawidzę fanów Lecha Poznań.

– Trochę to skomplikowane. Rozumiem, że można mieć ulubione drużyny, ale żeby nie cierpieć kogoś wyłącznie na tej podstawie?

– Serio? Przecież wy też macie tam chuliganów. Aha, przecież w quidditcha grają u was inne kluby niż w futbol. No to lipa. W razie czego mów, że nie kibicujesz. Albo nie, to chujowy pomysł. Zresztą nie masz się o co martwić, jesteś sławny, nikt cię nie ruszy, no może poza skinami.

– Kim są ci skini?

– Tak mówimy na kolesi, którzy sprzyjają ideologii Voldemorta. To idioci, nikt ich nie lubi. Większość z nich nawet nie jest czystej krwi. Wszystkiego jeszcze się dowiesz. Ja uderzam w kimę, bo oczy mi się kleją.

James wypakował swoje rzeczy do szafek, wziął prysznic i również poszedł do łóżka. Długo nie mógł zasnąć z wrażenia.

 

*

 

Następny dzień był wyjątkowo upalny. Potter myślał, że podczas rozpoczęcia roku umrze z nudów. Chyba tylko złośliwe komentarze Damazego do przemowy dyrektora utrzymały go przy życiu. Wycieczka po szkole również nie zaciekawiła młodego Brytyjczyka. Matniewicz zdawał się celowo omijać zaniedbane miejsca, pokazując jedynie świeżo odremontowane sale.

Popołudnie upłynęło jednak znacznie przyjemniej. Uczniowie PWSMiC częstowali go samogonem, piwem, marihuaną, papierosami, kiszoną kapustą, czy też kiełbasą upieczoną na grillu przed szkołą. Chłopcy przewozili go miotłami na tak zwanej glebie, czyli modyfikacji umożliwiającej lot tuż przy samej ziemi, a dziewczyny prosiły go o autografy i robiły sobie z nim selfie telefonami. Pod wieczór zaciągnęli go na imprezę do lochów. Zapamiętał jedynie muzykę z łupiącym basem puszczaną przez ogromne głośniki, dzikie pląsy i paskudnego rzyga, którego puścił na środku parkietu. Następnego dnia obudził się w łóżku z nagą Klaudią u boku.

– James, wstawaj, zaraz mamy zajęcia. – Damazy szarpał go mocno za nogę. – Założyłeś gumkę?

– O cholera, nie pamiętam.

– Spoko luz. Dzisiaj mamy eliksiry, naszykujemy wywar „dzień po”.

Potter wstał, szybko się ubrał i zabrał ze sobą przybory, po czym razem z Doborowskim ruszyli na lekcje.

Pierwsze było zielarstwo. Dominującym gatunkiem w ogromnej Szklarni były konopie indyjskie, gdzieniegdzie rosły też khat i koka. Uczniowie zajęli miejsca przy podłużnej ławie i wyjęli książki. Po chwili przy tablicy pojawił się niewysoki koleś z dredami i koszulce z napisem „I love kush”.

– Dobra – odezwał się. – Dzisiejszy temat lekcji to „Uprawa i zastosowania skrzeloziela”. Przepiszcie sobie notatkę z podręcznika do zeszytów. Ja nie mam czasu z wami siedzieć, spierdoliła mi się hydroponika. Tylko bądźcie cicho, bo wpiszę nagany.

– E, Marley! – zawołał jeden z uczniów – Kiedy zakwitnie Big Bud?

– Ty lepiej odstaw jaranie, Malinowski, bo znowu nie zdasz. Dobra, muszę już iść.

Profesor zniknął gdzieś za krzakami marihuany, a młodzież zaczęła jeść kanapki, rzucać papierami i głośno rozmawiać.

– Co to takiego hydroponika? – zapytał James.

– Sposób uprawiania gandzi – wytłumaczył z grubsza Doborowski. – Marley jest najlepszym hodowcą wśród polskich czarodziei. Ma układy z policją, a jego towar schodzi na pniu.

– Zaczyna mi się tu podobać – wyznał Potter. – Wasz kraj jest niesamowity. Nie przejmujecie się niczym, świetnie się bawcie…

– Witamy w Polsce. Wszędzie dobrze, ale najlepiej nad Wisłą!

Lekcja minęła dosyć szybko, a Marley nie zdążył wrócić przed dzwonkiem, więc nikt nie musiał przejmować się nieuzupełnionymi notatkami.

Następne było wychowanie fizyczne. Spora część osób nie ćwiczyła, bo zapomnieli stroju na zmianę albo źle się czuli. Pozostali uczestniczyli w meczu quidditcha rozgrywanym na sali szerokiej na dziesięć, a długiej na dwadzieścia metrów. James był dosyć dobrym zawodnikiem, występował nawet w drużynie Gryfonów, jednak nigdy nie zdarzyło mu się jeszcze grać bez mioteł i w dziesięcioosobowych zespołach. Panował ogromny ścisk. Nikt nie zwracał uwagi na przydzielone role, każdy chciał złapać znicz, tylko od czasu do czasu ktoś rzucił kaflem albo odbił tłuczek. Potter dalej zastanawiał się, co może znaczyć ów „hooy”, który w trakcie starcia był wypowiadany jeszcze częściej niż wcześniej. Jakichś dwóch chłopców pobiło się. Po chwili zostali rozdzieleni przez nauczyciela, lecz przysięgli sobie, że jeszcze zmierzą się w pojedynku na różdżki po szkole. Posiniaczony James trochę zazdrościł Damazemu, który całą lekcję spędził siedząc na ławce.

Kolejne zajęcia odbywały się w laboratorium w lochach. Facet od eliksirów miał rude włosy i spasiony brzuch. Co chwila wydzierał się na kogoś chrypliwym głosem. Potter i Doborowski zwinęli z szafki ze składnikami ingrediencje potrzebne do stworzenia wywaru „dzień po”. Udało im się to po kilku próbach, lecz Damazy poparzył się jadem Vipera tescius (Bo po co komu rękawice ochronne?), no i nie mieli eliksiru wielosokowego, którego wymagał profesor. Na szczęście Wojtek odpalił im trochę swojego. Nie był zbyt dobrze zrobiony, bo James zamienił się w człowieka-dziobaka, a Damazemu wyrósł kciuk na nosie. Przynajmniej udało im się zaliczyć na dwóję.

Po zażyciu antidotum udali się na stołówkę. Kolejka była ogromna, lecz któraś z fanek Pottera zaoferowała się, że zamówi dla nich jedzenie. Po chwili do stolika przyleciały talerze z papką o konsystencji gówna i smaku papieru. Siedząca razem z nimi Klaudia przypuszczała, że przyczyną niskiej jakości posiłku jest prawdopodobnie strajk zorganizowany przez Narodowy Związek Zawodowy Skrzatów Domowych.

Przed pójściem na polski chłopcy spalili jeszcze fajkę i wypili po browarze. Zajęcia z języka ojczystego były według Damazego najgłupszym przedmiotem. Przez niego dwa razy powtarzał rok. Rzeczywiście, lekcja okazała się wyjątkowo nudna. James niewiele z niej zrozumiał. Z tego, co tłumaczył Damazy, udało mu się wywnioskować, że profesor mówił o jakichś chłopach i ich weselu, na którym bezdomni ludzie bawili się lalką. Kompletny nonsens.

– Co mamy teraz? – zapytał Potter, kiedy wszyscy wyszli na przerwę.

– Religię – odpowiedział Doborowski. – Możemy ją sobie odpuścić. Ciągle tylko gadają tam o tym, że magia jest zła, a twój ojciec to wcielony szatan. Na koniec roku każdy i tak dostaje piątkę.

– Zjadłbym coś – wyznał James Syriusz. – Znasz kogoś, kto ma lepsze jedzenie niż to na stołówce?

– Proszę proszę, pan Potter we własnej osobie.

Do Brytyjczyka i jego kolegi zbliżyła się trójka ogolonych na łyso ludzi w brunatnych mundurach.

– Zapłacisz nam za to, co twój ojciec zrobił Voldemortowi! – krzyknął jeden ze skinów.

– Wypierdalaj stąd, Frazowski! – Damazy zrobił groźną minę. – Nikt cię tu nie chce.

– Ta? Zaraz się przekonamy, szlamo! Tylko wielcy czarodzieje czystej krwi powinni…

Drętwota!

Frazowski padł jak długi rażony zaklęciem Jamesa. Jego towarzysze spojrzeli po sobie i szybko opuścili miejsce zdarzenia. Wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować.

– Nieźle go załatwiłeś – powiedział Damazy.

– Jestem prawdziwy „hooy” – odparł Potter.

Doborowski uderzył się dłonią w czoło.

– Wiesz, że właśnie powiedziałeś, że jesteś kutasem?

– A więc to jest znaczenie tego słowa…

 

*

 

Dziesięć miesięcy później

 

Cała rodzina Potterów oczekiwała przybycia Jamesa na King's Cross. Masywna lokomotywa wtoczyła się na stację i po chwili z tłumu podróżnych wyłonił się najstarszy syn Harry'ego. Rodzice przytulili się z pierworodnym i natychmiast zaczęli wypytywać o pobyt za granicą.

– Jak było? – odezwała się Ginny.

– Zajebiście w chuj! – odpowiedział radośnie James.

– To po polsku? – Chciał się dowiedzieć Albus. – Co to znaczy?

– Bardzo fajnie – wyjaśnił jego starszy brat. – Tato, wstąpimy po drodze do polskiego sklepu? Chce sobie kupić jakieś porządne piwa, nie będę łoił tych szczyn od nas. No i jeszcze przydałoby się, żebyście nauczyli mnie teleportacji, bo za dwa tygodnie jestem ustawiony na melanż z kumplami z Warszawy. Nie będę przecież zapierdalał taki kawał na miotle!

– Jak ty się wyrażasz? – oburzył się Harry. – I kto ci pozwolił pić alkohol?

– Mówiłam, że to się źle skończy – stwierdziła gorzko Ginny.

– Ciesz się, że nie wysłaliśmy go do Rosji, jak zakładał pierwotny plan…

Koniec

Komentarze

No, widzę, że HP rządzi. :-) Tu przynajmniej raz się zaśmiałam. Najpierw myślałam, że tak by właśnie wyglądała polska szkoła magii. Potem doszłam do wniosku, że przeginasz, ale w końcu to parodia, więc masz prawo.

Z resztą zabicie jakiegoś tam egzotycznego zwierzątka

Zresztą.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za przeczytanie i “bibliotekę”, Finklo :)

 

Z resztą zabicie jakiegoś tam egzotycznego zwierzątka

Ten błąd pozostanie moją zmorą chyba do końca życia. Tak bardzo staram się zwracać na to uwagę, a jednak gdzieś mi uciekło :> Już poprawiłem.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pierwsza myśl: biedny Potter. 

Miałam jak Finkla, uznałam, że trochę przegiąłeś, ale w końcu to parodia, ok. W miarę jak czytałam, przerażająca myśl kiełkowała mi w głowie: kurczę, ale to jest prawdopodobne, tak właśnie by było, gdyby w Polsce założono szkołę magii i czarodziejstwa. Także parę trafny spostrzeżeń na temat polskiej mentalności i Polaków w ogóle się znalazło. Momentami humor jest trochę przyciężkawy i klozetowy, ale rozumiem, że to już specyfika parodii z kraju nad Wisłą ;)

Ze spostrzeżeń prywatnych: polscy uczniowie zabiliby za takiego nauczyciela jak Marley ;D

A ostatnie zdanie mnie zabiło :D 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Fajne. Aczkolwiek za mało seksu.

Kalka trochę toporna. Dobrze się czytało, ale niektóre żarty są już zdrowo ograne. Szczególnie te z serii non-stop-alkochol ( brytole też sporo piją, palą i zażywają, ale że dobór naturalny i Bozia główki nie dała… :))

Na plus akcja.

Ogólnie na plus.

Ale jakoś różdżki nie urywa. :)

 

Edit: Motyw zgody z Pogonią mnie rozwalił. :D

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Najbardziej podobały mi się pgry, z których zrobiono szkołę i świetna była rozmowa z dyrektorem w jego gabinecie. Feniks wymiata! :D Miejscami jest nieco przesadzone, ale rozumiem, że taki zamysł na parodię. Ogólnie całkiem fajnie wyszło.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Początkowo się nawet uśmiechnęłam, ale przy łapaniu na ciążę zrobiło mi się tak przykro, że nie mogłam dalej czytać. Przegięcie, nawet jak na parodię.

Hmm... Dlaczego?

 – O, anglik – zdziwił się jeden z dresów.

 – To co z tego? Komuś na pewno kibicuje – stwierdził drugi – Za hu ju is?

 

Genialne. No i jeszcze to:

Fürflickener E36, rocznik dwa tysiące trzy. Stan igła. Helmut do granicy gonił, bo się rozmyślił.

Znakomite :)

 

Sam pomysł – zderzenie legendy z przerysowaną rzeczywistością jest starszy od samego Hogwarthu, ale to nic. Taka jazda po narodowo-społecznych stereotypach zawsze mnie bawi, choćbym tysiące razy coś takiego czytał, czy słyszał.

Fajny tekst.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję wszystkim za przeczytanie i komentarze oraz Gwidonowi za bibliotekę :D

 

( brytole też sporo piją, palą i zażywają, ale że dobór naturalny i Bozia główki nie dała… :))

Wiem wiem, tylko ta magiczna młodzież od Rowling była jakaś za spokojna, stąd permanentna wiksa w Polszy jako kontrast :)

 

Dowcip mam rzeczywiście trochę ciężki i niezbyt górnolotny, taka już moja specyfika. Rzeczywiście  takiej konwencji mogło przydać się trochę więcej pikanterii, jak zauważył Gwidon. Z drugiej strony Drewian poczuła się tak przytłoczona, że nie dotrwała do końca :(

 

Ktoś rozszyfrował ukryte znaczenie “Furfickenera” :-) ?

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ekhem, Ekhem… zakładam,że nazwa miotły pochodzi od “fur ficken”

Hmm... Dlaczego?

Chciałem nazwać ją “zapi**dalacz”, ale że nie znam niemieckiego na tyle dobrze, to skleciłem jakiś neologizm :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Bardzo ładny neologizm.

 

Po dłuższej przerwie na uspokojenie nerwów dokończyłam opowiadanie – całkiem całkiem, muszę powiedzieć.

Natomiast, błagam Cię Wicked! Wywal te łapanie na ciążę! To jest stereotyp tak obraźliwy dla kobiet/dziewcząt, że aż mnie normalnie skręca.

Hmm... Dlaczego?

Wiem, że to bardzo chamskie, ale kurde, pasuje mi do konwencji tekstu i robi wprowadzenie do akcji z eliksirami. Damazy był już takim seksistą…

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

To tekst na wesoło, parodia, to chyba można sobie jechać stereotypami ile dusza zapragnie? Co innego, jakby Autor pisał to na poważnie…

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Podobało mi się. Nawet ciąża mnie nie rusza, a jestem kobietą :) Niestety, spotkałam się osobiście z takim przypadkiem.

 

A tutaj bym poprawiła jak najszybciej, bo zgrzyta straszliwie:

Ruda dziewczynka i dwoje czarnowłosych chłopców

Dwóch chłopców – dwoje dzieci :)

Niestety, spotkałam się osobiście z takim przypadkiem.

Chcesz mi powiedzieć, Barbaro, że ten biedny chłopiec tak się dał na ciążę złapać? Okropna, samolubna dziewczyna spojrzała na niego i jakoś tak, magicznie, zaszła w ciążę?!

To może biedny chłopiec powinien był pomyśleć?! W końcu do ciąży, jak do tanga, trzeba dwojga. A tu, nagle, dziewczyna tylko winna! angry

Hmm... Dlaczego?

Wiesz, też znam taki przypadek – dorośli ludzie, nie żadne szczeniaki. On chciał założyć rodzinę, a ona chciała zrobić sobie dzidziusia i dostać alimenty. Ale fakt – było nie rżnąć głąba.

Babska logika rządzi!

Drewian, czy ja tak powiedziałam? :) Oczywiście, że trzeba dwojga. Ja po prostu nie neguję żadnego z przedstawionych tu przypadków – że dziewczyna może chcieć wykorzystać okazję i “łapie” głupiego chłopa :) Żaden on biedny.

Finkla, ha ha, przepraszam, pajdę wulgaryzmem, ale właśnie o rżnięcie głąba tu chodzi ;) Znaleźć głąba i…

Dzięki za przeczytanie, BarbaroJ! Błąd poprawiłem.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Barbaro, ja też o tym, tylko w drugą stronę. Idiotka to była, jakich mało… Ale weź, wytłumacz to zakochanemu facetowi…

Babska logika rządzi!

Hihi! Wychodzi na to, że ja jednak pewne rzeczy traktuję DUŻO za poważnie wink

Hmm... Dlaczego?

No, to mi się podobało :) Szara rzeczywistość, a nie bajka dla dzieci, obecne polskie realia.. Wybuchów śmiechu brak, ale uśmiech z gęby nie znikał, także parodia jak dla mnie satysfakcjonująca.

Szkoda trochę, że akcja nie toczy się na Katowickim SUMie – Śląskim Uniwersytecie Magicznym, który ma już niezłą renomę, ale pewnie nie byłeś świadom istnienia owej uczelni :P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Łożesz matko to żeś pojechał :) Do jakiej szkoły chodziłeś, że tyle wspomnień.

Spóźnione pociągi w Szczecinie to norma pewnie przez remont dworca ;)

PS. teraz wiem skąd jest mocarz 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Dzięki za przeczytanie, CountPrimagen. Cieszę się, że się spodobało.

Co do SUMu – racja, nie kojarzę zbytnio tej uczelni, chociaż kiedyś może nazwa obiła mi się o uszy.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Również podziękowania dla wizytę dla KK. Do szkół chodziłem raczej zwyczajnych, ale “hardkorowe” sytuacje się zdarzały :) Oczywiście tutaj to duża hiperbola, chociaż słyszałem opowieści o szkołach, które niewiele odbiegają od tej przedstawionej w tekście :D

 

PS. teraz wiem skąd jest mocarz 

Hahaha

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

No co?? My na eliksirach podobne robiliśmy devil

 

O Matko i Córko ja mam roślinę w avatarze 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

OMG, Wicked, na razie nie mam czasu, ale NA PEWNO przeczytam, co za TYTUŁ! :DDDDDDD

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Masakra…

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Wickedzie, cały dzień myślę o tej Twojej parodii. ;)

You’ve made my day! :D

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję kolejnym użytkownikom za przeczytanie! Gorąco zapraszam, Ceterari.

Również dzięki dla Emelkali za bibliotekę :) Cieszę się, że opowiadanie się spodobało!

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dużo przyciężkawych dowcipów, jeszcze więcej ogranych. No, ale to w końcu parodia. Początkowo nawet się uśmiechałam. Podobało mi się kilka trafnych obserwacji. Całość całkiem znośna i mimo tego co nadmieniłam, czytało się dobrze. Mocna trójka, bym powiedziała.

Niestety, zupełnie mi się nie podoba. Może dlatego, że humor cechujący tę parodię wydał mi się dość prymitywny, zupełnie nie w moim guście; wulgarne odzywki nigdy mnie nie śmieszyły. :-(

 

Po chwi­li przy ta­bli­cy po­ja­wił się nie­wy­so­ki koleś w dre­dach… – Po chwi­li przy ta­bli­cy po­ja­wił się nie­wy­so­ki koleś z dre­dami

Fryzurę można mieć, ale nie można w niej być.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gdzieś tak do połowy, przyznają bez bicia – miałem ubaw po pachy :) Później troszkę zaczął mi ciążyć nadmiar wulgaryzmów. 

Tym niemniej, fajny, lekki styl sprawił , że poczułem się jakbym czytał Rowling w wersji hardcore :). No i pomysłów miałeś masę (jak choćby wejście Damazego – mistrzostwo).

Czas użyć magicznego przycisku więc… :)

And one day, the dream shall lead the way

Barbaro, ja też o tym, tylko w drugą stronę. Idiotka to była, jakich mało… Ale weź, wytłumacz to zakochanemu facetowi…

Fifi, tu masz rację i jednocześnie jej nie masz. Masz, bo jak facet zakochany, to nic nie zrobisz. A nie masz, bo nawet jak zakochany, to może być jednak uświadomiony. Ja na ten przykład przez całą szkołę średnią, a i długo potem, bujałem się w koleżance z klasy w sposób skandalicznie wręcz romantyczny, a zatem i nieprawdopodobnie idiotyczny, choć – czego byłem doskonale świadom – tak naprawdę… może ujmę to w sposób następujący: zupełnie, ale to zupełnie nie miałem z nią o czym gadać.

 

A skoro już jesteśmy przy szkole, to czas coś napisać o tekście. Najchętniej użyłbym cytatu z samego Jamesa, gdy matka zapytała go, “jak było?”, ale chyba nie wypada. Pójdę więc okrężną drogą i odnotuję, że opowiadanie podobało mi się wielce, gdyż humor odnajduję wysoce odpowiednim do zamierzonych celów, postaci uważam za bardzo realistyczne i ciekawe, a świat przedstawiony, choć niewątpliwie odrobinę przejaskrawiony – cóż za wulgarne słowo: przejaskrawiać! – jest jednak tak dalece i prawdziwie tożsamy z tym, co znane jest niżej podpisanemu z autopsji (choć, zapewniam, chodziłem do całkiem przyzwoitej szkoły), że tekst Twój, Szanowny Panie Autorze, zasadniczo nie zasługuje nawet na miano parodii. I wcale nie jestem pewien, czy fakt ów uważać za godny pożałowania, gdyż, miarkujcie Państwo sobie, choć przyszło mi kształtować mój młody wówczas umysł w tak dalece niesprzyjających, a powiedziałbym nawet – panie wybaczą – wręcz barbarzyńskich warunkach, wyrosłem przecież na człowieka porządnego i ponad wszelką wątpliwość grzecznego. Tuszę azaliż, iż na moim własnym przykładzie się opierając, można śmiało domniemywać, jakoby patologiczna dzicz edukacyjna, w której – że pozwolę sobie na cokolwiek niesmaczną metaforę – byłem swoistym Małpim Królem, wyszła mi jednak na zdrowie. A skoro udało się ze mną, to dlaczego tak twarda szkoła życia – cenniejsza, proszę zauważyć, niźli większość wiedzy zdobytej w szkolnych ławach (oczywiście z wyjątkiem pisania i czytania) – miałaby nie przysłużyć się i innym młodym ludziom?

Ale to już temat na inną, generalnie pozbawioną jakiegokolwiek sensu, dyskusję, więc pozwolę sobie wrócić raz jeszcze do Szanownego Pana Autora i jego dzieła, gdyż chciałbym podsumować je w słowach krótkich kilku, co nie zwlekając, czynię oto: Otóż kontent jestem z lektury Pańskiego dzieła, Przyjacielu, w stopniu bardziej niż satysfakcjonującym, więc w podzięce za przyjemnie spędzony czas i niezbyt co prawda wymagającą, ale jakże niebanalną rozrywkę umysłową, dopuszczę się wobec Pańskiego opowiadania, niezbyt wytwornych co prawda, ale jednak wysoce satysfakcjonujących, i to obie strony jak przypuszczam, gestów klepania i przepychania.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ogromnie dzięki dla wszystkich za przeczytanie i kliknięcia na bibliotekę :) Wreszcie się udało!

Wejście Damazego jest parodią “Blok Ekipy” :D

Zgodzę się z Cieniem Burzy, że takie szkolne przeżycia kształtuje charakter :) Sam też wiele nauczyłem się z pozornie głupkowatych sytuacji.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Gratuluję pierwszej biblioteki :) Jak się odgrzebię z życiowego gruzu, przeczytam i skomentuję. A nawet ocenię.

Fajne. ;D Humor nie jest wprawdzie zbyt wysokich lotów, a niektóre żarty mają już całkiem pokaźne brody… ale podobało mi się. Zwłaszcza przypadły mi do gustu, nie będę tego ukrywał, rymy feniksa. ;p

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Tak czy inaczej, najmłodszy syn pogromcy Voldemorta zmierzał teraz w kierunku kontynentalnej Europy.

– To po polsku? – chciał się dowiedzieć Albus. – Co to znaczy?

– Bardzo fajnie – wyjaśnił jego starszy brat.

Czy tylko ja widzę tu dysonans? : ) Chyba że przez dziesięć miesięcy Ginny zdążyła urodzić syna, który bardzo szybko nauczył się mówić…

 

Zgadzam się z Morgianą, że feniks wymiata. Zgadzam się też z niektórymi przedmówcami, że trochę za ciężki kaliber tego wszystkiego – po pewnym czasie konwencja zaczyna męczyć. Ale lektura była… niewątpliwie interesująca.

 

A, a poza tym Anglik, a nie anglik…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziękuję za przeczytanie i komentarze.

Feniks z pewnością nie raz został zabrany na stadionowy młyn :D

 

Czy tylko ja widzę tu dysonans? : ) Chyba że przez dziesięć miesięcy Ginny zdążyła urodzić syna, który bardzo szybko nauczył się mówić…

Miało być “najstarszy”, coś mi się pokiełbasiło, już poprawiam, tego “anglika” też. James i Albus to  oczywiście postaci kanoniczne, pojawiły się na końcu ostatniej książki.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

E tam, ta polska rzeczywistość wcale się aż tak od innych nie różni. Tylko niektóre pisarki dużo lukru kładą, bo niby dla młodzieży ;)

 

Powtórzę po poprzednikach, że humor często był zbyt gruby i wulgarny. Wolę subtelne parodie. Natomiast ze dwa razy rzeczywiście się uśmiechnęłam, to na plus.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki za przeczytanie, Mirabell.

Cieszę się że chociaż trochę się rozbawiłaś :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Uśmiechnęłam się i to nie raz. Polskę przedstawiłeś bardzo stereotypowo, czego zazwyczaj nie lubię, ale parodia to parodia… wybaczam ;) Troche potknięć było, ot choćby:

po sześciopaku żubra

z dużej litery, bo to nazwa.

Ale poza jakimiś pierdołami napisane całkiem porządnie. No i pocieszne w chu… bardzo :P

Tylko nie "Tęcza"!

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Tenszo :) “Żubra” poprawiłem.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Humor iście rynsztokowy, który momentami spowodował mój uśmiech, ale tylko tylko na chwilę. Takie jazdy po bandzie nie są dla mnie. Wydaje mi się, że Twoja parodia też jest w kategorii bardziej oczywistych i jasnych. Rozumiem zastosowanie takich, a nie innych stereotypów, ale cóż… mnie już nie bawi. “Ciążowy” stereotyp też mnie ukuł, chociaż zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy się zdarzają. Ale duży plus za wystąpienie Szczecina i dworca, który remontują od x czasu. 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Deirdriu!

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Moim zdaniem łapanie na ciążę jest zaskakujące i powinno zostać. 

Poza tym uważam, że cały ten wulgaryzm  jest zbyt “lajtowy”.  Za każdym razem powinny to być pociski wielkiego kalibru. Oczywiście te pociski powinny być subtelnie wplecione w miarę normalne wypowiedzi pseudonaukowców. 

Zbyt wulgarne i alkoholowonarkotykowoseksualne a przez to sztampowe. Ale trzeba przyznać, że teksty feniksa całkiem kreatywne. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

O pomyśle nie będę się rozpisać, bo napisano to już przede mną. Niemniej, bardzo dobrze się czyta i opowiadania zaciekawia. Jest potencjał do rozbudowania, bo całość kończy się (jak na mój gust) zbyt nagle. Jakby czegoś tam brakowało. Nie tyle mówię o samym epilogu, co o końcówce drugiej części. 

"Success usually comes to those who are too busy to be looking for it" H.D. Thoreau

Humor może nie najwyższych lotów, ale przewożenie miotłą na glebie też ma swój urok:) Miejscami było przyciężkawo, ale gdzieś tam miedzy schematami udało Ci się przemycić kilka boleśnie celnych obserwacji. Ogólnie – podobało się.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Daje radę. Nie jestem fanem ani parodii, ani Pottera, ale przebrnąłem przez całość i uważam, że biblioteka w pełni zasłużona :)

Dziękuję wszystkim za przeczytanie i komentarze!

Feniks to prawdziwy prawilniak :)

Przeskok rzeczywiście trochę szybki, ale nie chciałem zbytnio rozwlekać opowiadania. To był taki podsumowujący time leap :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Byłam, przeczytała, uśmiechnęłam się.

Polski Hogwart nie różni się niczym od polskiego uniwersytetu… ;)

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Dzięki za przeczytanie i komentarz, Ceterari!

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ok, dzięki :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Czytało się nieźle, było kilka naprawdę zabawnych momentów, ale mimo to cały humor grany na jednej, jak to ładnie napisali pozostali, przyciężkawej nucie, wrażenie się potęguje zwłaszcza że parodiujesz bardzo delikatny materiał. 

Zmusza ten tekst do dość smutnych refleksji, mimo że czytelnik wie, że przerysowany.

 

 

nie-czarodziejach

Wiem, że chciałeś uniknąć powtórzenia, ale mimo wszystko trochę razi nieużycie “mugoli”.

 

– Nie szkodzi. Locomotor walizka!

“Locomotor” powinien być kursywą jako nazwa wypowiadanego zaklęcia, dalej masz to samo z “drętwotą”.

 

pełnej krwi

Czystej krwi. Dwa razy w tekście.

 

Narodowy Związek Zawodowy Skrzatów

Narodowy Związek Zawodowy Skrzatów Domowych

 

Z tego co tłumaczył Damazy udało mu się → Z tego, co tłumaczył Damazy, udało mu się

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Zygfrydzie. “Nie-czarodziei” zostawiłem ze względu na polit. poprawny wydźwięk pasujący do początkowego charakteru Pottera, resztę poprawiłem.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Naprawdę mnie wciągnęło :D.

Bluzgi raziły tylko na początku, potem już wbiły moją podświadomość w podwórkowy slang i umykały mojej uwadze. Słucham tego na co dzień (stety-niestety), więc…

I zgodzę się: feniks, przewózka na glebie rządzą ^^.

No i teraz nie mogę się pozbyć wizji dendrofila z Bijącą ;_;.

druga pod względem liczności narodowość w Wielkiej Brytanii,

IMHO normalnie mówi się raczej liczebności, ale wg słownika to mogą być synonimy

 

Doskonale wiesz, jak zachowują się ludzie ze środkowej Europy.

my lubimy mówić środkowej, ale w tym kontekście aż się prosi, żeby Ginny powiedziała wschodniej ;>

 

Mógłbyś się wypowiedzieć od razu na temat wieku Damazego, bo pomyślałem, że był dorosłym czarodziejem (odruchowo myślę, że czarodziej to taki ekscentryczny dziad), dopiero dalej się wyjaśnia, że to uczeń. 

 

Stojący przy szklarnii

Szklarni

ponoć reguła jest taka:

jeśli -ia występuje po n, to piszemy -ni w wyrazach, których zakończenie wymawiamy w mianowniku jako [-ńa], natomiast w tych wyrazach, których zakończenie wymawiamy jako [-ńja], piszemy -nii

Grząski teren, bo skąd wiedzieć, czy wymawiamy poprawnie ;> ?

(http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/mania-i-Dania;6729.html)

Dlaczego pomidor ze szklarni, ale opowieści już z Narnii? Trudna język!!!

 

– Co tam słychać? – chciał się dowiedzieć Damazy.

Chyba jednak z wielkiej litery w didaskaliach?

 

Feniks dyrektora trochę mnie rozbroił – generalnie to humor trochę gimbaziasty ;) mogłoby być lepiej, mogłoby być gorzej… W każdym razie, człowiek od razu przypomina sobie słodko-gorzkie, szkolne lata ;->.

Choć od brzydkich wyrazów, aż oczy bolą, to przyznaję, że porcja odgrzewanego humoru jest, a tekst generalnie trzyma się kupy więc można go ocenić pozytywnie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję za przeczytanie i komentarze, Riboq i Nevazie :) Cieszę się, że tekst okazał się być chociaż odrobinę zabawny :) Błędy poprawiłem.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Boków nie zrywałem, ale czytało się dobrze i uśmiechnęło czasem. Gratuluję i pozdrawiam.

Dziękuję, Blackburnie :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Na początku faktycznie ilość wulgaryzmów razi, ale w dalszej części już przestaje się na to zwracać uwagę. Wciągnęło mnie, a feniks najlepszy.

Dziękuję za przeczytanie i komentarz,  Sikorko. Cieszę się, że lektura okazała się być wciągająca :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Byłeś na jakiejś wymianie uczniowskiej albo studenckiej? :)

Ugrzeczniony świat Rowling w zderzeniu z wyolbrzymionymi polskimi stereotypami – pomysł ciekawy i jak widać, potrafiący rozbawić. Może momentami humor jest zbyt alkoholowo-brukowy (sporo wulgaryzmów), ale potrafi rozbawić. W końcu to parodia.

A feniks od razu nasunął mi na myśl jedną z moich ulubionych scen z CK Dezerterzy :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kiedyś miałem jechać ale nie wypaliło :)Trochę opierałem się na własnym doświadczeniu z lat szkolnych i zasłyszanych historiach.

Feniks mógłby dostać Oskara za rolę drugoplanową :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Ja wychodzę z założenia, że każdy, kto demonizuje Polskę najwidoczniej nigdy nie był za granicą i nie miał okazji zauważyć, że wiele zjawisk przypisywanych tylko nam nie jest niczym wyjątkowym w skali Europy, o świecie nie mówiąc. Dlatego, pomimo że w Twoim tekście było wiele zabawnych żartów, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że często przesadzasz ;) Kilkukrotnie wręcz parsknąłem śmiechem (szczególnie ujęły mnie fragmenty z miotłą E36, stan igła i z feniksem), ale więcej razy żarty wydawały mi się nieco przegięte. Ogólnie tekst na plus.

Dziękuję za przeczytanie i komentarz, Berylu :)

Wiem, że w innych krajach świata młodzież też lubi pochlać i przyjarać w międzyczasie robiąc głupie wybryki, ale po prosto lubię się śmiać z polskich stereotypów. Przesadzać też lubię :)

Mimo wszystko cieszę się, że udało mi się choć odrobinę rozśmieszyć.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Takie fanfiki HP mógłbym czytać i czytać bez końca. Cholera, chcę pełnoprawnej powieści! Poczucie humoru przemawia do mnie w stu procentach, wulgarność nie razi, tylko idealnie wpisuje się polskie realia szkoły czarodziejów. Cała historia jest bardzo prawdopodobna, właśnie tak magiczna edukacja mogłaby wyglądać na naszym poletku. Jedyne zastrzeżenie mam co do zakończenia – „James Syriusz…” urywa się zbyt szybko. Człowiek się wczuł, chichocze, czeka na więcej a tutaj koniec zabawy. Wiem, że konkursowy limit znaków i w ogóle, ale i tak boli. Mój zdecydowany faworyt w konkursie.

Wicked G, sprawdź proszę priv :)

Jeszcze raz dziękuję za słowa uznania, UthModarze :) Myślałem kiedyś nad zrobieniem komiksu-parodii Pottera, ale niestety nie posiadam zdolności rysunkowych ani nie mam żadnych znajomości z rysownikami.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Jest git :)

Oddychaj, czuj wdzięczność :)

I o to chodzi :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fajne :)

Dzięki, Anet!

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Nowa Fantastyka