- Opowiadanie: Dragotrim - Incydenty Antoniego Zapałki - 01 - Nieziemska genetyka

Incydenty Antoniego Zapałki - 01 - Nieziemska genetyka

Antoni Zapałka jest postacią mieszkającą w Trójmieście. Za czasów PRL-u należał do radzieckiej jednostki paramilitarnej znajdującej się w Kościerzynie, gdzie stanowił własność Polski Ludowej, występując pod pseudonimem J021. Po rozpadzie systemu zajął się detaliczną sprzedażą truskawek dostarczanych mu przez diuka mieszkających pod ulicą skrzatów. O przeszłości Zapałce przypominają jedynie modyfikacje ciała oraz inteligentne auto zwane Fiatem 125p. Truskawki to jednak tylko przykrywka, bowiem na Ziemi czyha obecnie wiele niebezpieczeństw, za zlikwidowanie których klienci są w stanie zapłacić każdą sumę. Oto jedna z przygód byłego agenta.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Incydenty Antoniego Zapałki - 01 - Nieziemska genetyka

 Księżyc jak zwykle okrążał Ziemię jako zupełnie nudne dla wyżej rozwiniętych cywilizacji ciało niebieskie. Wokoło panowała totalna ciemność, zaś sam piasek bynajmniej nie prezentował się tak jak ten plażowy. Nie rosły tu drzewa ani krzaki, a o jakichkolwiek przydatnych surowcach też nie było mowy. Istoty ziemskie co prawda planowały kolonizację tego satelity i wybudowanie na nim jakichś wymyślnych kopalni, lecz była to rasa wyjątkowo prymitywna. Zresztą jak inaczej nazwać kogoś, kto kawałek papierka traktuje jak żyłę złota?

Podczas kiedy na Ziemi panował rok 1969, na Księżycu pewna mechaniczna rasa datowała dokładnie 40003 lata, oczywiście liczone własną miarą. Rasa ta miała bardzo poważny problem z populacją, a raczej jej brakiem, głównie dlatego iż nie wiedziała za bardzo, w jaki sposób można by było ją zwiększyć. Dychtoni umieli robić wiele praktycznych rzeczy: grać na skrzypcach, recytować wiersze, siedzieć na kanapie, szydełkować czy produkować śmieszny, gazowany napój o czarnym kolorze; niestety z jakichś niewyjaśnionych powodów ich konstruktorzy wyrzucili ich na pierwsze lepsze ciało niebieskie. Przy pożegnaniu wspomnieli coś w stylu „co za bezużyteczne graty”, ale Dychtoni nie wiedzieli, o kogo im chodziło.

Dotąd podejmowali się wielu prób zrobocenia (mechaniczna wersja zaludnienia) Księżyca, ale nigdy nic im nie wychodziło. Czasami wyłapywano jakieś unoszące się w przestrzeni śmieci i budowano z nich twory, które ponoć miały żyć. Wyglądały odrobinę jak małe wirnikowe pralki, jednakże były zupełnie bezużyteczne. Na dobrą sprawę każdy inteligentny robot zrozumiałby raczej, że skoro jego cywilizacja nie umie naprawiać swoich reprezentantów, to raczej trudno, aby ich zbudowała od podstaw, Dychtoni natomiast mieli odrobinę inne patrzenie na świat.

W każdym razie teraz najwyraźniej los się do nich uśmiechnął. Oto dostrzegli dwie sylwetki ubrane w białe skafandry, które zdawały się bardzo lekkie. Łaziły, krzątały się, nawiązywały komunikację z jakąś dziwaczną puszką, a później wbiły pasiastą flagę z gwiazdkami, najprawdopodobniej rodzimą sadzonkę.

ZX–172 i ZX–147 patrzyli na dziwne istoty z niebywałym zaskoczeniem. Dotąd nikt ich nie odwiedzał. To znaczy, może inaczej: wiele spodków, promów czy wahadłowców zatrzymywało się na minutkę bądź dwie, kiedy pilot oddychający beztlenowo udawał się za potrzebą, bynajmniej jednak nie było to lądowanie zorganizowane specjalnie dla Dychtonów. Raczej nikt z poprzednich wizytatorów nie zachwycał się Księżycem, bo istotnie nie było się czym zachwycać.

Para robotów zastanawiała się, czy oby nie zapoczątkować kontaktu.

– Jak myślisz, po jaką cholerę tutaj przylecieli?

ZX–147 nie usłyszał pytania, będąc zajęty uczeniem się na pamięć napisanego przez siebie wiersza.

– Ej, mówiłem coś do ciebie­!

– A tak, racja, wybacz. – Mechaniczny towarzysz zamknął książkę i popatrzał chwilę na gości. – Pewnie słyszeli o tym, że jestem wybitnym twórcą, i chcieli autograf.

– To nawet prawdopodobne. Chyba ich przeskanuję. Wyglądają na organicznych, więc zapewne w jakiś sposób się rozmnażają. – ZX–172 wydłużył nieco głowę, ukazując lampkę błyskową. W ciągu trzech sekund doszło do zapisu informacji na niewielkiej pojemności dysku.

Dychtoni zamęczali się wieloma niepotrzebnymi rzeczami, stąd na te właściwe i przydatne informacje nigdy nie mogli znaleźć miejsca. Gdyby dowiedzieli się o Internecie i znajdujących się w nim portalach pornograficznych, słodkich kotach czy memach, usunęliby sobie nawet ważne pliki systemowe, byle tylko zgłębić wszystkie te dane.

Wiedza o budowie anatomicznej człowieka jednak przetrwała i była gotowa do przeanalizowania przez „grupę specjalistów”.

– Houston, mamy problem. Kamery trafił szlag. Niczego nie nagraliśmy.

– Cholera… W takim razie daję znać centrali, by nakręcili jakiś film w studiu.

– Myślisz, że się nie zorientują?

– Czemu mieliby coś podejrzewać?

Po jakimś czasie Apollo 11 odleciał, choć Dychtoni zdążyli się jednak przełamać i upiec im ciasto z piachu. Niestety musieli spożyć je sami.

***

 

W podziemiach Księżyca, gdzie system krętych korytarzy był zbyt skomplikowany, aby rozmarzona społeczność Dychtonów mogła go skonstruować, właśnie obradowano. Tak naprawdę cały ten labirynt roboty zawdzięczały ludziom o niemieckim akcencie, którzy po roku 1945 mieli do wyboru jedynie trzy drogi: w zaświaty, do Argentyny lub do rakiety. Nieliczni Ziemianie wierzyli w ich księżycową imigrację, lecz zazwyczaj wyśmiewała ich znacząca większość. Co stało się z samymi nazistami? Prawdopodobnie przenieśli się gdzieś indziej, choć nie wiadomo gdzie dokładnie.

Najstarszy z Dychtonów, którego części zdążyły pokryć się bezlitosną rdzą, stał przy stołku obok mikrofonu. Niekoniecznie robił to dlatego, że chciał coś powiedzieć – po prostu jego system już dawno przestał funkcjonować. Pamięć operacyjna zaczęła się mu dymić w momencie, kiedy odnalazł na Księżycu źródło wody i próbował przekonać innych, że higiena to bardzo przydatna rzecz. I w ten sposób przetestował to pojęcie na samym sobie, powodując spięcie.

Najmasywniejszy z obradujących, ZX–068, pochwycił teraz już statyczną statuę i dopchnął ją do ściany. Jako jedyny z obecnych miał zaprogramowaną wojskowość oraz ponadprzeciętną inteligencję, lecz zważywszy na fakt, w jakim towarzystwie się znajdował, na niewiele się mu ona zdała. Ze szprotek nie dało się zrobić rekinów. A on sam znalazł się tu przez przypadek, ponieważ konstruktorzy wyrzucili wszystkie maszyny zupełnie z automatu.

– No więc…

– Nie zaczyna się zdania od „no więc”! – zauważył ZX–182, nadworny poliglota.

– Zamknij się! – warknął. – Przez was wszystkich cały czas tkwimy w jednym miejscu, zamiast jak rasowa obca cywilizacja podbijać inne planety! Do stu megabajtów! My nawet nie mieszkamy na żadnej planecie! A wracając do tematu – tutaj gestem przywołał dwójkę obserwatorów. – Nasz problem z rozmnażaniem wreszcie być może zostanie zażegnany! Proszę o przesłanie danych!

ZX–172 otworzył klapkę znajdującą się na lewej piersi i przesłał plik wszystkim obecnym. Naraz każdemu ukazało się ludzkie ciało w całej okazałości. Wśród zachwytów dało się także odnotować nutkę obrzydzenia, przerażenia, a nawet – w przypadku trzech Dychtonów – zupełnego osłupienia.

– Dla ułatwienia dodam, że owalna część z parą gałek ocznych to górna partia tych organizmów – wytłumaczył wojskowy, znając dobrze poziom intelektu pozostałych towarzyszy.

– A do czego służy ta antenka między nogami? Czy do jakiegoś odbioru satelitarnego?

– Podejrzewam, że jest to jakiś organ ochronny, no nie wiem – być może coś w rodzaju działka automatycznego – odparł któryś z tłumu.

– Na pewno – powiedział ktoś inny. – Albo pendrive.

– A ja uważam – warknął zażenowany ZX–068 – że to właśnie organ rozrodczy i naszym zadaniem jest baczna obserwacja ziemskich istot, aby zrozumieć, jak kopulują. – Po tych słowach nastąpiła ogromna fala śmiechu.

Moment, gdy wielki Dychton zaproponował podróż kosmiczną na planetę Ziemia, okazał się nie mniej zabawny. Nikt nie traktował go poważnie, aż wreszcie jego obwody tak się przegrzały, że oto przy mównicy stał kolejny bezużyteczny wrak (aczkolwiek złomiarze znaleźliby w nim jakiś potencjał). Po fenomenalnej zasłonie dymnej zapanowała grobowa cisza. Znajdujący się najbliżej mównicy ZX–172 stwierdził:

– Wiecie co? Może jednak ZX–068 miał rację. Nie, rzecz jasna, z antenkami, bo to niedorzeczne, tylko z lotem na Ziemię. Skonstruujemy spodek i wystrzelimy go w kierunku błękitnej planety. Pozostało nas jeszcze wielu, więc wspólnymi siłami definitywnie się nam uda. Co może pójść nie tak?

I w ten sposób, dzięki pieczołowicie dobranym rozwiązaniom technicznym, Dychtonom udało się wysłać śmiałka ZX–172 oraz jego towarzysza ZX–147, który został przymuszony do dobrowolnego uczestnictwa, w przestrzeń spodkiem kosmicznym. Niestety wybuchł on po piętnastu sekundach użytkowania, a załoga została poniesiona przez wysoką grawitację. Tak się akurat złożyło, że w ciągu ponad czterdziestu pięciu lat wreszcie udało się jej dotrzeć na miejsce. Prawie…

 

***

 

Para robotów unosiła się w przestrzeni na tyle długo, by zdać sobie sprawę, że prawdopodobnie podczas ich podróży wielu reprezentantów zdążyło odłączyć się od tego świata. ZX–172 i ZX–147 regularnie otrzymywali sygnały, informując tym samym towarzyszy na Księżycu, w jakim są położeniu i jak długa droga dzieli ich od celu. Dopiero później kontakt się urwał.

Tym razem byli już tuż, tuż. Pozostała tylko jedna istotna kwestia – w którym miejscu Ziemi powinni wylądować? Po dłuższej dywagacji Dychtoni przypomnieli sobie o wbitej sadzonce. Zapewne ona mogła ich w jakiś sposób nakierować na trop miejsca przeznaczenia. Ale zrządzenie losu spowodowało, iż roboty skierowały się w stronę pewnego średniej wielkości europejskiego kraju, leżącego nad Morzem Bałtyckim, dokładnie do niewielkiej kaszubskiej wsi…

Wylądowały, a raczej zaryły w twardą glebę, niedaleko głównej ulicy. Kilku ludzi z przyzwyczajenia odsłoniło firanki bądź żaluzje, żeby zobaczyć, cóż przerwało im codzienną rutynę. Robienie za darmowy monitoring stanowiło ich drugą nieodpłatną, lecz ciekawą pracę. Oprócz trzasku, nie usłyszeli ani nie zauważyli jednak niczego ciekawego, bowiem Dychtoni wylądowali w dość wysoko rosnącym zbożu.

ZX–172 ocknął się jako pierwszy i wstał na równe, metaliczne nogi.

– Musimy rozejrzeć się po okolicy – zadecydował. – Poza tym powinniśmy dać znać centrali o powodzeniu naszej misji, a nie do końca wiem, jak to zrobić.

– Skąd wiemy, że się powiodła?

– Spójrz na tamtą flagę. – ZX–172 wskazał na biało–czerwoną flagę piłkarską, zwisającą z balkonu jednego z domostw. – Mają te same sadzonki.

– Tamte wyglądały nieco inaczej. Miały dużą ilość gwiazdek na granatowym tle.

– Oj tam, czepiasz się… Była biel i czerwień? Była. No i tutaj również występuje. A gwiazdy ci się mogły pomylić z tymi na niebie. Ja tam nie pamiętam takich szczególików. Teraz wystarczy popytać miejscowych o ich inicjację rozpłodową, pobrać jakieś próbki, a następnie wrócić na Księżyc.

– Czym? – zapytał ZX–147.

– Ludzie w tym rejonie to na pewno miłe i uczynne osobniki. Wierzę, iż wystarczy poprosić ich o statek kosmiczny, a natychmiast go otrzymamy.

I z tym naiwnym optymizmem para walcowatych Dychtonów udała się w kierunku nieco spękanej asfaltowej drogi.

Tymczasem około trzystu metrów dalej zataczał się miejscowy pijaczek Tarłoś, któremu w wycieczce krajoznawczej towarzyszyła butelka Gorzkiej Żołądkowej oraz pusta puszka po Hardym w tylnej kieszeni. Prawdopodobnie zupełnie zapomniał poczęstować nią leśną faunę. Był tak wstawiony, że widok dwóch zmierzających w jego kierunku frani w ogóle go nie zdziwił.

 

***

 

Antoni Zapałka i jego znajomy Norbert Pawlik właśnie siedzieli nad jeziorem w Kamieniu i łowili ryby. Warto zaznaczyć, iż Norbert nie był dla Antka ani kolegą, ani przyjacielem, ani nawet kumplem – Zapałka zdawał się odczuwać awersję do każdej żywej istoty, chyba że ta oferowała mu jakąś korzystną dla niego usługę. Pawlik po prostu uczepił się go jak rzep psiego ogona, a że należał raczej do pesymistów, zdezelowany moralnie Antoni mógł go obrażać w nieskończoność. Każda obelga spływała bowiem po nim jak po kaczce. Perpetum mobile – jak określiłby to Zapałka.

Siedzieli sobie tak i łowili, odcięci od nudnego i okrutnego świata. Każdy jednakże rozumiał ów świat jako coś zupełnie innego. Dla Norberta stanowił on bowiem miejsce samotności i ciasny pokój z zainstalowanym Counter Strikem, dla czterdziestoparoletniego Antka nuda oznaczała walkę z wieloma dziwacznymi istotami krzątającymi się po świecie. Przekleństwo to bardzo mu się podobało, nie mniej było przez niego posiadane nielegalnie, odkąd doszła do skutku transformacja ustrojowa. Widział więcej i czerpał z tego korzyści. Oficjalnie pracował na giełdzie warzywnej pod Chwaszczynem i handlował truskawkami, nieoficjalnie zbierały mu je mieszkające pod ziemią skrzaty, które nieustannie szantażował.

Norbert spojrzał do wiadra kompana.

– Siedzimy tutaj kawał czasu, a ty niczego nie złowiłeś.

Zapałka z niesmakiem spojrzał na kilka małych karasi w pojemniku kompana. Splunął flegmą.

– Gdybyś zamiast siedzieć przed komputerem zgłębił społeczne zależności międzyludzkie, wiedziałbyś, że „pójście na ryby” to tylko przykrywka. Tak samo jak „pójście na grzyby” albo „rozpalanie grilla”. – Wziął łyk piwa i kontynuował: – Owszem, musisz zabrać sprzęt. Powinieneś wziąć wędkę, koszyk lub posiadać grilla w jakiejś części swego domostwa, jednakże główny cel takiej imprezy to urżnięcie się jak świnia.

Zapałka kończył właśnie czwartą butelkę i nadal czuł niedosyt. Szare komórki uparcie próbowały zachęcić go do abstynencji, ale on nic sobie z tego nie robił. Od pewnego czasu nie miał nawet kaca, a zdarzało się, że radził sobie z dziesięcioma litrami dziennie. Nie uważał się jednak za alkoholika, ponieważ w każdej chwili mógł skończyć. Problem w tym, że zawsze miał pieniądze, bo interes szedł mu świetnie.

Wtem, jego wędka zaczęła się uginać. Antoni mruknął, nawet nie próbując wyciągnąć zdobyczy. Ryba po szamotaninie wreszcie zdołała się uwolnić.

– Gdzie twoje auto? – spytał zatroskany Pawlik.

– U mechanika. Świece się zalały.

– Ale chyba nie u zwykłego mechanika. Przecież Fiacik umie…

– Nie musisz tego mówić na głos – zganił Zapałka. – Oddałem go w odpowiednie ręce. W ręce człowieka o podobnej profesji co moja. Jemu nie będzie przeszkadzać to, że Fiacik powie mu parę słów za dużo. A teraz zmieńmy temat, bo ostatnio zbyt wiele popieprzonych rzeczy dzieje się na moich oczach.

– Chodzi ci oczywiście o rzeczy stricte paranormalne?

Antoni westchnął, wyjął z kieszeni tabakierkę, wysypał z niej solidną kreskę na zagięty palec i wciągnął wszystko za pierwszym razem.

– „Paranormalność” to słowo używane przez plebs taki jak ty. Kiedyś ludzie myśleli, że ogień jest paranormalny i utożsamia bóstwo. Ja wolę określenie „Nieokiełznana kategoria naukowa”.

– Sorry, że cię drażnię, ale też chciałbym mieć takie przygody jak ty.

Mężczyzna spojrzał na nieco otyłego, czarnowłosego chłopca i parsknął śmiechem.

– Ty, mój drogi, to najpierw odłącz sobie modem.

– Mam router…

– Jeden pies… W każdym razie odłącz go sobie, wyjdź na podwórko, poszukaj jakichś kolegów albo – no nie wiem – dziewczyny, chociaż myślę, że to niemożliwe… A potem znajdź sobie jakąś pracę.

– A gdzie w tym przygoda? – Norbert nadal nie rozumiał.

– Ech – westchnął zrezygnowany Antoni. – Mówię tylko, że skoro dotąd nie przeżyłeś podstawowych przyjemności twojego wieku, to pierwszy lepszy dusiołek usunąłby cię z tego świata. Taka jest smutna prawda.

Resztę konwersacji zwieńczyły ptaki i świerszcze. Mimo iż dzień był dość upalny, na wschodnim brzegu jeziora nikt się nie kąpał. Ładniejsze miejscowe dziewczyny ułożyły sobie ręczniki po drugiej stronie, a sztuczne prawe oko Antoniego nie było w stanie aż tak przybliżyć ich obrazu. Przy krzakach pozostał ostatni Argus zakupiony jakiś tydzień temu w Sopocie, gdzie Antek często odwiedzał swoje ulubione knajpy. Sam uznawał Monciak za miejsce wyjątkowej burżuazji, lecz koniec końców i tak co jakiś czas wracał tam, tłumacząc żonie Teresce, że ma tam interesy. Jakby nie patrzeć, nie kłamał.

I wtedy właśnie na końcu leśnej uliczki pojawiła się ubrana w sztuczną skórę postać, określana przez miejscowych jako Tarłoś. Tarłoś za czasów swej świetności był typem przystojniaka, pedantycznie dbającym o higienę, nawet w okresie, kiedy kosmetyki nie należały do ogólnodostępnych. Teraz jednakże wyglądał, śmierdział i poruszał się jak rasowy pijak. Jak każdy tego typu osobnik charakteryzował się permanentnym bezrobociem, co oczywiście nie przeszkadzało mu w pozyskiwaniu tajnych funduszy na spełnianie swojego hobby.

Zapałka dobrze znał tego człowieka, ponieważ swojego czasu często odwiedzał kuzyna mieszkającego niedaleko Kamienia, aby pożyczać bez zwrotu jego pieniądze, zanim temu zdążyło się umrzeć. Każda mniejsza dzielnica i sołectwo zazwyczaj posiadała tego typu legendarnych meneli, dopóki któryś z nich nie zamarzł na ławce, nie zapił się na śmierć lub nie wpadł pod rozpędzony samochód. Tarłoś nie znał Zapałki zbyt dobrze, jednak samo wypowiedzenie jego imienia spowodowało, iż poczuł się pewniej.

– Macie wy może jakie piwko? – Jego Żołądkowa skrywała zaledwie kilka przezroczystych kropel na samym dnie.

Antoni spojrzał na Argusa w czarnej puszce i zaczął się zastanawiać. Z jednej strony chciało mu się pić, z drugiej dawno nie widział niczego śmiesznego.

– To się dobrze składa, Tarłoś, bo akurat ostała mi się jedna puszeczka. – Po pokazaniu pijak od razu chciał pochwycić trunek, lecz Zapałka w porę go wycofał. – Ale coś za coś. W tym kraju nie ma nic za darmo. Widzisz tamte panie? – wskazał dziewczyny na drugim brzegu. – Podejdź do którejś z nich, na przykład tej w zielonym stroju, i zaproponuj jej masaż.

– Nie przesadzasz przypadkiem? – zapytał Norbert Pawlik, który wyrzuty sumienia miewał równie często co strzały w głowę w grach FPS.

– No dajesz, Tarłoś! To raptem dwadzieścia minut drogi w jedną stronę – zachęcił Zapałka, zupełnie ignorując kompana.

Pijak spojrzał na drugi brzeg, później na puszkę, potem znowu na drugi brzeg, aż wreszcie prosto w oczy Antoniego.

– Mogę zrobić jaskółkę – zaproponował pijak.

– Przy twoim stanie to chyba tylko pterodaktyl wchodzi w grę.

– A to pierdolę – zaklął Tarłoś. – Wracam do tych chodzących pralek. One były uprzejmiejsze od was.

– Jakie znowu pralki? Ty chyba, Tarłoś, przesadzasz z tym denaturatem…

– Pytały o jakąś kopulację czy coś, to im powiedziałem, co żem wiedział, i poszły…

 

***

 

Istotnie, Dychtoni posiedli pewną wiedzę, lecz nie sądzili, iż nie należy odczytywać jej dosłownie. Tarłoś, mając o ludziach bogatych mniemanie pokrywające się z około osiemdziesięcioma procentami ogólnej populacji Polski, powiedział, że w całym kraju najmocniej ruchają obywateli politycy, po czym wskazał gospodarstwo na wzgórzu, gdzie właśnie odbywały się urodziny sołtysa. Sproszono tam całą śmietankę towarzyską, która zajęła pobliską stodołę i bawiła się w najlepsze. Jeden z obecnych tam wejherowskich radnych, niejaki Stanisław Rybiński, był bliskim krewnym Tarłosia, a konkretniej jego bratem, który niezbyt przyznawał się do tego pokrewieństwa z wiadomych przyczyn.

Na udekorowanych białym obrusem stołach ilość samogonu i kupnego alkoholu znacznie przewyższała pieczywo, mięso czy inne dodatki, po jakie ewentualnie można było sięgnąć. W tle leciała nieco zurbanizowana i skomercjalizowana odmiana muzyki ludowej, zwana disco polo. Większa część biesiadników tańczyła, inni siedzieli i rozmawiali o planach politycznych, których i tak nigdy nie zrealizują. Gospodarz, pocąc się i czerwieniąc od ilości bimbru, robił dobrą minę do złej gry, raz po raz przyglądając się reakcji małżonki, która właśnie skarżyła się na niego sąsiadkom z naprzeciwka. Jeden z bogatych biznesmenów robiących interesy na Ukrainie, niejaki Stępiński, leżał z głową w stogu siana i nie dawał chwilowo znaków życia. Kamil i Henryk, dwóch osiłków z Częstkowa, upatrywało potencjalne cele kwalifikujące się do spuszczenia łomotu. W biesiadzie uczestniczył także młody człowiek zwany przez miejscowych Kogucikiem, który mając bogatych rodziców, mógł pozwolić sobie na uczestniczenie w każdej możliwej imprezie.

Tym razem jego ofiarą padła córka sołtysa. Kogut wiedział, co zrobiłby jej ojciec, gdyby dowiedział się, że cokolwiek między nimi zaszło, ale opróżniane kieliszki i ogólny fakt, że osiemnastoletnia Monika wtulała się w niego jak w poduszkę, jakoś przyćmiewał cały strach. Zresztą, jej stary był kompletnie porobiony, a matka wolała plotkować. Wąsacz co prawda mierzył go wzrokiem, jednak oczy miał martwe jak trup. Koniec końców Kogucik dostarczył Monice tyle alkoholu, że ta nie stosowała już żadnych hamulców.

– Pójdźmy w jakieś ustronne miejsce – powiedział.

– Dobrze, ale tak, żeby mój ojciec nie widział – odparła i obydwoje udali do kantorka, gdzie szczelnie się zamknęli.

W tym samym czasie para Dychtonów wkroczyła do stodoły i tak, jak zazwyczaj sytuacja ta raczej zaciekawiłaby ludzi, tak w tym momencie opary etylu zagłuszyły jakiekolwiek odruchy zdrowego rozsądku.

– Pobieramy próbki? – zapytał ZX–172.

– Co dokładnie powinniśmy pobrać?

– Może zapytajmy jakiegoś reprezentanta ziemskiej cywilizacji? – po tych słowach ZX–172 podszedł do wymęczonego procentami sołtysa. – Przepraszam bardzo uprzejmie, istoto ziemska, aczkolwiek zostałem poinstruowany, iż odbywa się tu kopulacja i chciałbym zapytać się, na czym ona dokładnie polega? – Jego program automatycznie dostosował język do powszechnego w tych stronach.

Sołtys powstrzymał odruch wymiotny, spojrzał na robota zmrużonymi oczami i odparł:

– Że co? – w głowie pojawiły mu się obrazy, których wcześniej nie skojarzył; obraz Koguta idącego z jego małą Moniką do kantoru. Naraz zerwał się na równe nogi, krzycząc:

– Gosia, dawaj do kurwy nędzy moje widły! Już ja gówniarza urządzę! Nie będzie mojej Moniczki gwałcił, zboczeniec jeden! Wyłaź stąd, gwałcicielu! – Zaczął pukać desperacko w kantorek, lecz był on zabarykadowany od środka.

– Kochanie, uspokój się – zawołała żona.

– Ja mam się uspokoić?! Ja mam się uspokoić?! Ten rudy gówniarz kopuluje z moją Monisią! Jak go dorwę, to my utnę tę pieprzoną antenkę i nie będzie już robić bachorów na prawo i lewo! Dawaj, do cholery, widły!

Dychtoni spojrzeli na siebie nawzajem.

– A więc ZX–068 miał rację.

– To niedorzeczne…

– Natura czasami ma poczucie humoru… Pobieramy próbkę?

– Pobieramy próbkę – oznajmił Dychton i obydwoje za pomocą żółtej diody konwertującej przystąpili do działania.

 

***

 

Antoni i Norbert zmierzali w kierunku najbliższego przystanku, skąd ostatni PKS miał zawieźć ich do Trójmiasta. Po drodze gruby Pawlik zastanawiał się, o co dokładnie chodziło Tarłosiowi, Zapałka z kolei miał to w głębokim poważaniu, chociaż doświadczenie podpowiadało mu, że tam, gdzie pojawi się jego nieskromna osoba, zawsze dzieje się coś ponadprzeciętnego.

I rzeczywiście, z domostwa na wzgórzu rozległ się przerażający krzyk. Początkowo obydwoje przypuszczali, że doszło do pożaru, lecz nigdzie nie unosił się dym, więc ta opcja ewidentnie odpadała. Dało się jednak zauważyć dwie białe, pralkowate sylwetki udające się w stronę pobliskiej

łąki. Antoni spoglądał na nie przez całe bite cztery sekundy, po czym zrozumiał, że za jakiś kwadrans odjeżdża jego PKS.

– Nie zrobimy nic z tym? – spytał Norbert z widocznym żalem. Zapałka posłał mu gniewne spojrzenie.

– Jak już, to nie my, tylko ja. A poza tym nie, nie zrobimy absolutnie niczego. Nie mam dzisiaj na to ochoty. Chwileczkę… – wtem Antoni uświadomił się, kto zamieszkuje gospodarstwo na wzgórzu i jak duże wynagrodzenie mógłby mu wypłacić za dobrze wykonaną robotę.

Bez słów wyjaśnienia Zapałka udał się piaszczystym traktem wprost do sołtysa. Pawlikowi nie pozostało nic innego jak dotrzymać mu kroku.

Kiedy weszli przez otwartą furtkę, zobaczyli zbiorowisko totalnie osłupionych i przerażonych mężczyzn trzymających się między nogami tak, jakby oberwali w ów miejsce co najmniej piłką lekarską. Sołtys trzymał się za krocze jedną dłonią, ponieważ drugą okładał Kogucika po głowie ku zażenowaniu swojej córki, która jeszcze nie zdążyła dobrze założyć sobie spódnicy.

Antoni Zapałka wkroczył w tłum pewnym krokiem, a widząc, iż nikt nie zwraca na niego uwagi, wyrwał spod jednej grubej kobiety krzesło, stanął na nim i krzyknął.

– Ej! Może tak wyjaśnicie, o co wam do cholery jasnej chodzi?!

– A coś ty za jeden?

– Nazywam się Antoni Zapałka i za drobną… chociaż nie. Za dość pokaźną sumkę rozwiążę wasz problem. Tylko musicie wytłumaczyć mi, skąd to całe zamieszanie.

Sołtys splunął na glebę, razem z dwoma roślejszymi parobkami podniósł Kogucika i jednym ruchem zdjął mu spodnie i niedopięte gatki. Pawlik wybałuszył oczy, nie dowierzając. Sam Antoni, kiedy tylko zauważył ów niecodzienne zjawisko, natychmiast wypełnił policzki powietrzem i tylko chęć zarobku hamowała go przed ogromnym atakiem śmiechu. Problemem nie było to, co zobaczył, lecz to, czego nie zobaczył, a sam Kogut przypominał w tej chwili lalkę Kena.

Co poniektórzy również zdjęli galoty, pokazując efekt działań Dychtonów. Wtedy Zapałka naprawdę już nie wytrzymał i udał się do wychodka z serduszkiem, gdzie wybuchł takim rechotem, że omal nie rozsadziło desek. Kiedy wyszedł, był już zupełnie innym człowiekiem.

– Zajmę się tym, ale moje usługi nie są tanie. Wiem, jak temu zaradzić – skłamał, gdyż tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, co dokładnie powinien zrobić. Mimo wszystko wyśpiewał niebagatelną kwotę czterech tysięcy i udał się w kierunku łąki, gdzie sądził, że odnajdzie roboty.

 

***

 

ZX–147 oraz ZX–172 wędrowali przez polany z przeświadczeniem, że za moment ich cywilizacja urośnie w siłę. Nie mniej mieli pewne wyrzuty sumienia.

– Wydaje mi się, że postąpiliśmy trochę nieładnie, nie pytając się ich o zdanie – zauważył ZX–147.

– Możliwe – odparł drugi – ale nie zauważą na pewno takiej straty, w końcu mają tego dużo. Gdyby z mojej ziemi zabrano kilka ziarnek piasku, też nie odczułbym różnicy.

– Pewnie masz rację. Teraz pytanie, jak stąd odlecimy?

– Tak, jak zaplanowaliśmy – wyjaśnił. – Zapytamy się kogoś, czy pożyczy nam statek.

Antoni biegł razem z rzeszą ogołoconych z męskiej godności chłopów, przeczesując cały Kamień w poszukiwaniu mechanicznych zbiegów. Taka akcja nie była mu na rękę, gdyż w każdej chwili mogło wydać się, iż nie ma bladego pojęcia, jak rozwiązać sprawę. W odległych, szarych PRL–owskich czasach zdarzyło się mu spotkać kosmitów raz czy dwa, lecz ci zazwyczaj kierowali się w stronę Ameryki, jakby ją chcieli zniszczyć w pierwszej kolejności. No i Fiacik – tyle że on wydawał się bardziej ludzki od niektórych ludzi.

Wreszcie jednak udało się zlokalizować Dychtonów, którzy wolnym krokiem kierowali się w stronę Szemudzkiej Huty, mając nadzieję na zlokalizowanie tam jakiejś wieży radiowej. Antoni wysępił papierosa i rozkazał, by reszta wykastrowanych gapiów grzecznie zaczekała.

Zapałka na paluszkach, powolutku zaczął śledzić obcą cywilizację, chowając się za różnorakie drzewa lub słupy. Nie znał się na kosmicznej technologii, ale oglądał parę filmów na kasetach VHS i rozumiał, że zetknięcie lasera z ciałem zazwyczaj kończy się spopieleniem. Jego podatne na wpływ ektoplazmy sztuczne oko nie wykryło niczego podejrzanego.

W pewnym momencie jednak popełnił zasadniczy błąd. Popełnił go co prawda jakieś kilkanaście lat temu, żeniąc się z ładną wtedy Teresą, jednakowoż to w tej chwili właśnie poczuł jego skutki. Oto stara Nokia zaczęła intensywnie pulsować i wydawać z siebie charakterystyczną melodyjkę. Dzwonił kontakt „Tępa dzida”.

– Wiedziałem, że ta baba prędzej czy później wpakuje mnie do grobu… – westchnął, gdy Dychtoni odwrócili się w jego kierunku. – Jeśli chcecie, możecie włożyć mi sondę analną, zamienić ręce w macki czy coś w tym stylu, ale nie zabijajcie mnie, dobrze?

Roboty spojrzały na siebie ze zdziwieniem.

– Przepraszamy, lecz jedyne, czego pragniemy, to dostać się na rodzimy Księżyc, by zwiększyć swą populację.

– Przybyliśmy tu w pokoju – dodał drugi, niemal identyczny.

Zapałka podrapał się po głowie. Naraz zapaliła się mu żarówka – oto miał do czynienia z może i kosmiczną, jednakże wyjątkowo głupią technologią. I do tego naiwną.

– Zabraliście coś… – Antek próbował dobrać odpowiednio neutralne słowa – coś bardzo ważnego dla tych ludzi. Musicie im to zwrócić.

– Przykro nam, lecz potrzebujemy próbek, aby móc je zmaterializować na Księżycu i tym samym się rozmnożyć.

Antoni Zapałka czuł się nieco zamotany taką odpowiedzią, mimo to nie chciał ustąpić.

– Potrzebujecie jeszcze żeńskich próbek, inaczej niczego nie zdziałacie.

– Jak to żeńskich? Nie rozumiem – odparł ZX–172. Mężczyzna rozejrzał się na boki i wyszeptał obydwu coś do wirtualnych uszu. ZX–147, po usłyszeniu mocno pikantnych, acz czysto biologicznych szczegółów popadł w taką ekstazę, że przegrzały się mu obwody i stał się mechaniczną statuą. Dysk wystający (prawdopodobnie) między głową a tułowiem całkowicie się stopił, zamieniając się w smród palonej opony.

– Szlag! – zaklął Antoni. – Teraz połowa osób zapewne nie odzyska swoich skarbów… Chyba powinienem stąd spieprzać…

– ZX–147 przejął tylko jedną próbkę. Przez ponad pół wieku zapisywał na dysku swoje wiersze, aż w końcu niemal całkowicie zapchał sobie pamięć. No trudno, zostałem sam, ale dzięki za pomoc.

Mężczyzna, patrząc na posuwającą się w kierunku nowego domu pralkę, uznał, iż jeszcze nie wszystko udało mu się zaprzepaścić. Jeden człowiek to nie znowuż aż tak duża strata, jakoś się z tym pogodzi. Koleś zostanie księdzem albo eunuchem i po kłopocie – ponoć dobrze płacą za te profesje.

Antoni spojrzał na fioletowy dysk. Skupił na nim swój wzrok i niczym rozjuszony czerwoną płachtą byk pognał na metalową matrycę i łapczywie pochwycił za płaski kawałek plastiku.

– Co ty wyprawiasz, ziemska istoto?!

– Dawaj, kurwa, ten dysk! – wrzasnął Zapałka, lecz w tej chwili Dychton odrzucił go na odległość dziesięciu metrów. Napastnik zdrapał sobie podbródek na asfalcie, po czym wstał i otrzepał podartą koszulę.

– Chyba pobiorę cię jako próbkę – zaśmiał się ZX–172 i już miał całkowicie rozdrobnić na cybernetyczne dane swoją ofiarę, gdy pulchne palce z całych sił wyciągnęły mu kwadratowy przedmiot ze stacji dysków, tym samym unieruchamiając go. Tuż za nim stał Norbert Pawlik, zupełnie niewzruszony tym, że właśnie uratował Antoniego, a bardziej zafascynowany działaniem zdobytego urządzenia.

Zapałkę przeszedł dreszcz i być może poczuł się szczęśliwy, ale jak na byłego oficera PRL–owskiej jednostki specjalnej przystało, nie raczył podziękować. Nie mógł tego zrobić z powodów czysto stratyfikacyjnych, gdzie na szczycie piramidy znajdował się, rzecz jasna, on sam. Skinął tylko głową i bez słowa zawrócił w kierunku domu sołtysa. Czekała go długa droga.

 

***

 

Norbert razem z grupką oszpeconych intymnie mężczyzn stał przed stacjonarnym komputerem w pokoju córki sołtysa.

– Nie mogę zagwarantować działania tej metody…

– Zamknij się – burknął półszeptem Zapałka, wciągając nerwowo tabakę. Otaczały go szychy. Co prawda teraz mógłby powiedzieć im w oczy, iż nie mają jaj, jednak mimo wszystko nadal ludzie ci pozostawali szychami i mogli całkowicie zepsuć mu życie.

Pawlik wcisnął dyskietkę i wszedł w Dysk A. Pojawił się szereg dziwacznych danych. Norbert poprawił okulary na nosie i wystukał na klawiaturze kolejne niezidentyfikowane hasła. Lata poświęcone na oglądanie filmów hakerskich nie poszły na marne. Antoni również mu kibicował, bo w końcu cztery tysiące nowych złotych nie chodzą piechotą.

Wtem, ekran zaświecił się, a z monitora wydostała się dawka niebieskiego światła połączonego z dźwiękiem czegoś poruszającego się nadzwyczaj szybko. Wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu mężczyźni, oczywiście prócz Norberta i Antoniego, zajrzeli do spodni i zobaczyli dokładnie to, co planowali ujrzeć.

– Jak to zrobiłeś? – zapytał Pawlika pełen wdzięczności sołtys.

– Jestem w klasie informatycznej i…

– Jajogłowiec pieprzony… – mruknął Zapałka. – Dobra, zadanie wykonane, więc należy się kasa. Cztery kawałki martwych władców, już! – wskazał na dłoń.

Ani tego, ani następnego, ani nawet jeszcze następnego dnia Antoni Zapałka nie pojawił się na giełdzie. Z relacji wielu osób wynika, że odwiedzał pobliskie puby, a także klub, gdzie przerżnął połowę wynagrodzenia. Ostatecznie jednak jego dobre, choć skryte pod twardym pancerzem serce ulitowało się nad Norbertem, który – w mniemaniu samego Zapałki – minimalnie przyczynił się do zwycięstwa nad księżycowym napastnikiem. Tak więc osiemnastolatek otrzymał prezent w postaci niebagatelnych pięćdziesięciu złotych, które bez zastanowienia przeznaczył na zakup nowego Call of Duty.

Monika z kolei rzuciła Kogucika. Chłopak nie chciał się chwalić, dlaczego tak postąpiła, lecz można się domyślić, iż czegoś mu ewidentnie brakowało.

 

***

 

Wieczorem przez Szemudzką Hutę przeszła para złomiarzy, pchając pojemny, nieco zardzewiały wózek. Początkowo cwaniaczki narzekały na zły dzień, ponieważ nikt niczego nie wystawiał, a ukraść cokolwiek drogocennego było bardzo trudno. Albo inwestowano w groźne psy, albo w alarmy. I wtedy na środku ulicy zobaczyli dwa pralkopodobne urządzenia.

– Janusz, chyba los się do nas uśmiechnął…

Koniec

Komentarze

Ogromnym plusem opowiadania jest cywilizacja Dychtonów. Świetny pomysł, sprytny i porządnie wykonany.

Niestety, ​reszta tekstu jest, moim zdaniem, taka sobie. Czytało się jak dużo gorszą wersję Kuby Wędrowycza. Jednakże – potencjał jest. Pisz, pisz Dragotrimie!

No i, oczywiście, witaj na portalu!

 

Każda obelga spływała bowiem po nim jak po kaczce. Perpetum mobile – jak określiłby to Zapałka

coś się chyba Zapałce pomyliło z tym perpetum mobile.

pral­ko­wa­te syl­wet­ki uda­ją­ce się w stro­nę po­bli­skiej

łąki.

Zbędny enter po „pobliskiej”

Hmm... Dlaczego?

Nawet nieźle się czytało. Pomysł na cykl opowieści z udziałem Antoniego Zapałki może przynieść interesujące efekty. Zastanawiam się tylko, czy wszystko, co dzieje się na wsi musi tonąć w alkoholu i zahaczać o genitalia?

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia.

 

Nie­licz­ni Zie­mia­nie wie­rzy­li w ich księ­ży­co­wą imi­gra­cję… – Chyba: Nie­licz­ni Zie­mia­nie wie­rzy­li w ich księ­ży­co­wą emi­gra­cję

 

Wy­lą­do­wa­ły, a ra­czej za­ry­ły w twar­dą glebę, nie­da­le­ko głów­nej ulicy. […] Oprócz trza­sku, nie usły­sze­li ani nie za­uwa­ży­li jed­nak ni­cze­go cie­ka­we­go, bo­wiem Dych­to­ni wy­lą­do­wa­li w dość wy­so­ko ro­sną­cym zbożu. – Czy na pewno w dość wysokim zbożu zaryły w twardą glebę? Jakoś nie widzę zboża niedaleko głównej ulicy, choćby to wieś była?

 

Prze­kleń­stwo to bar­dzo mu się po­do­ba­ło, nie mniej było … – Prze­kleń­stwo to bar­dzo mu się po­do­ba­ło, niemniej było

 

Jak każdy tego typu osob­nik cha­rak­te­ry­zo­wał się per­ma­nent­nym bez­ro­bo­ciem… – Bezrobocie nie jest czymś, co może kogoś charakteryzować.

 

Jego Żo­łąd­ko­wa skry­wa­ła za­le­d­wie kilka prze­zro­czy­stych kro­pel na samym dnie. – Krople skrywała butelka, nie wódka.

 

Na ude­ko­ro­wa­nych bia­łym ob­ru­sem sto­łach… – Jeden obrus na wielu stołach?

 

Ko­gu­cik do­star­czył Mo­ni­ce tyle al­ko­ho­lu, że ta nie sto­so­wa­ła już żad­nych ha­mul­ców. – Raczej: …Ko­gu­cik do­star­czył Mo­ni­ce tyle al­ko­ho­lu, że ta nie miała już żad­nych ha­mul­ców.

 

oznaj­mił Dych­ton i oby­dwo­je, za po­mo­cą żół­tej diody… – Zakładam, że Dychtoni są samcami, więc: …oznaj­mił Dych­ton i obaj/ obydwaj, za po­mo­cą żół­tej diody

Obydwoje to on i ona.

 

Po­cząt­ko­wo oby­dwo­je przy­pusz­cza­li… – Pawlik i Zapałka to mężczyźni, więc: Po­cząt­ko­wo obaj/ obydwaj przy­pusz­cza­li

 

An­to­ni spo­glą­dał na nie przez całe bite czte­ry se­kun­dy… – An­to­ni spo­glą­dał na nie przez całe czte­ry se­kun­dy

Bite mogą być godziny, ale nie sekundy.

 

jakby obe­rwa­li w ów miej­sce co naj­mniej piłką le­kar­ską. – …jakby obe­rwa­li w owo miej­sce co naj­mniej piłką le­kar­ską.

 

Sam An­to­ni, kiedy tylko za­uwa­żył ów nie­co­dzien­ne zja­wi­sko… – Sam An­to­ni, kiedy tylko za­uwa­żył owo nie­co­dzien­ne zja­wi­sko

 

gdzie wy­buchł takim re­cho­tem… – …gdzie wy­buchnął takim re­cho­tem

 

Nie mniej mieli pewne wy­rzu­ty su­mie­nia.Niemniej mieli pewne wy­rzu­ty su­mie­nia.

 

po­stą­pi­li­śmy tro­chę nie­ład­nie, nie py­ta­jąc się ich o zda­nie… – …po­stą­pi­li­śmy tro­chę nie­ład­nie, nie py­ta­jąc ich o zda­nie

Choć zdaję sobie sprawę, że franiokształtny nie musi umieć mówić poprawnie.

 

Za­py­ta­my się kogoś, czy po­ży­czy nam sta­tek.Za­py­ta­my kogoś, czy po­ży­czy nam sta­tek.

 

W od­le­głych, sza­rych PRL–owskich cza­sach… – W od­le­głych, sza­rych PRL-owskich cza­sach

 

ponoć do­brze płacą za te pro­fe­sje. – Za profesję się nie płaci.

 

po­chwy­cił za pła­ski ka­wa­łek pla­sti­ku. – …po­chwy­cił pła­ski ka­wa­łek pla­sti­ku.

 

ale jak na by­łe­go ofi­ce­ra PRL–owskiej jed­nost­ki… – …ale jak na by­łe­go ofi­ce­ra PRL-owskiej jed­nost­ki

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, ostatnio mam tak mało czasu, że czytałam przez trzy wieczory…

Nic to. Cywilizacja biednych Dychtonów interesująca, los podróżników nie do pozazdroszczenia. Ziemska strona medalu już bardziej ograna, ale jak na początek nieźle. Musisz jeszcze popracować nad warsztatem.

Księżycu pewna mechaniczna rasa datowała dokładnie 40003 lata,

Ale datowała przy pomocy węgla-13 czy jakoś inaczej? ;-) Może liczyła sobie? Liczby w beletrystyce przeważnie słownie.

Zapałka zdawał się odczuwać awersję do każdej żywej istoty, chyba że ta oferowała mu jakąś korzystną dla niego usługę. Pawlik po prostu uczepił się go jak rzep psiego ogona, a że należał raczej do pesymistów, zdezelowany moralnie Antoni mógł go obrażać w nieskończoność. Każda obelga spływała bowiem po nim jak po kaczce.

Sugerowałabym ograniczenie zaimków.

Zresztą, jej stary był kompletnie porobiony,

Eeee… Ale co znaczy “porobiony” w tym kontekście?

tak w tym momencie opary etylu zagłuszyły jakiekolwiek odruchy zdrowego rozsądku.

Wydaje mi się, że jest pewna różnica między etylem i etanolem.

Babska logika rządzi!

Całkiem ciekawe, nieźle się czytało – gdybyś jeszcze poprawił błędy wytłuszczone przez panie komentatorki. Dograć wszystko i można spokojnie kontynuować przygody Antoniego Zapałki.

F.S

Nowa Fantastyka