- Opowiadanie: Ajzan - Dym w dolinie

Dym w dolinie

Pomysł na to miałam już dawno w głowie. Starałam nie pisać pod wpływem ostatnich wydarzeń

Oceny

Dym w dolinie

Kiedy Duncan uchylił powieki, zobaczył, że niebo widoczne w wylocie jaskini jest dość jasne. Przetarł oczy i ziewnął cicho. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w wyjście z groty. Gdyby chciał ją opuścić, miałby problem o tyle, że nadal śpiący Robin trzymał go w uchwycie przy sobie jak szmacianą zabawkę. W nikłym świetle przedświtu widział rude włosy przyjaciela i miejsce, gdzie powinien mieć oko. Drugie, to zdrowe i zielone trzymał tuż przy ziemi ukryte w mroku. Chrapał, co zwykle znaczyło, że ma mocny sen. Duncan pomyślał, że może spróbować wydostać się z jego ramion, choć było mu tak całkiem przyjemnie. Jednak pragnienie wyjścia na zewnątrz okazało się silniejsze.

Wyturlał się z uścisku Robina, który nawet tego nie zauważył i zaczął się czołgać, a właściwie to wspinać w stronę wyjścia. Jaskinia była mała, niewiele większa od niedźwiedziej nory, ale miała spadziste podłoże. Duncan podciągał się, chwytając nierówności. Kiedy on i Robin schodzili tutaj wczorajszego dnia, było to o wiele łatwiejsze – po prostu usiadł i ześlizgnął się jak po oblodzonym stoku.

Czuł, jak skóra na kolanach jest powoli zdzierana przez szorstką powierzchnię. Nie pierwszy raz zresztą. Miejsca zgięcia nóg od dawna przypominały dorodne jabłka, jakie czasem jego matce udało się dostać na straganie.

Przeszył go dreszcz, bynajmniej nie tylko z powodu chłodu. Mimo to wspinał się dalej.

Kiedyś niemal codziennie wspinał się na dach, który był bardziej stromy od wylotu groty. Tam jednak miał linę z supłami zawieszoną na kominie, dzięki której wspinaczka nie była taka trudna i niebezpieczna. Jednak teraz ani on, ani Robin nie mieli choćby kawałka sznura, tylko stary koc i stępiony nóż.

We wspinaczce pomagał sobie wkładając stopę w te same nierówności, co wcześniej dłonie. Starał się przy tym nie zawracać sobie głowy myślami, co by było gdyby miał obie całe nogi. Już dawno temu zrozumiał, że to w niczym nie pomoże, tylko co najwyżej pogrąży go w rozpaczy.

I oto wreszcie dotarł o własnych siłach na powierzchnię. Zanim wyczołgał się cały z jaskini, chwycił mocno rosnącą najbliżej kępę trawy, niczym tonący wyciągniętą ku niemu dłoń. Dysząc ciężko, Duncan smakował chłodne, górskie powietrze. Czuł jednocześnie zimno i gorąco, od którego jego czoło zrosiło się potem. Kolana mu pulsowały, były ciepłe i wilgotne – a więc rozdarł je do krwi.

Podciągnął się jeszcze tylko raz i już po chwili siedział na mokrej trawie z nogą oraz kikutem drugiej zwisającymi nad dziurą. Z tej odległości śpiący na dole Robin był jeszcze mniej widoczny. Nadal nie zauważył braku towarzysza, ale za to we śnie otulił się cały kocem. Duncan zadrżał i przestał brać głębokie wdechy, bo czuł jak przełyk mu zamarza. Przez głowę przemknęła mu myśl o powrocie na dół, pod ciepły koc, w ramiona przyjaciela, ale zrezygnował. Nie po to naraził się na taki trud, by już po krótkiej chwili zejść z powrotem. Spojrzał na czerwone kolana. Nie, drugi raz nie będzie przez to przechodził.

Obrócił się, położył nogi na wilgotnej trawie. Miał przed sobą olbrzymią górę. Znajdowała się dość daleko. Jemu i Robinowi dostanie się pod nią zajęłoby co najmniej jeden dzień. Na jej okrytym cieniem szczycie zobaczył białą połać.

Dziwne, pomyślał, śnieg w lecie.

Właściwie to nie wiedział, czy już jest wczesne lato, czy nadal późna wiosna. Stracił rachubę czasu. Właściwie, to nie było to dla niego ani Robina ważne.  Liczyło się tylko położenie słońca.

Słońce! Duncan przyjrzał się jaśniejącemu horyzontowi. Z tej właśnie strony powinien wznieść się świecący dysk. Chłopiec usadowił się wygodniej i czekał. Odkąd pamiętał, lubił wschody słońca. By je podziwiać, wspinał się na dach swego domu.

Czekał zastygły w bezruchu. Wzrok miał skupiony tylko na górze i niebie. W końcu nad ciemną linią zbocza pojawił się mizerny skrawek słońca. Wystarczył on jednak, by przywołać uśmiech na twarz Duncana. Naprawdę lubił ten moment. Wydawało mu się, że widzi powolny ruch świetlistej kuli. Po jakimś czasie widoczna była większa część, potem połowa, aż wreszcie całe słońce ukazało się przed chłopcem. Pierwsze promienie delikatnie muskały mu twarz. Przymknął oczy, bo mimo wszystko światło zaczęło go razić, lecz nawet kiedy spuścił powieki, widział kolisty kształt.

Pozwolił napiętym oczekiwaniem i ekscytacją mięśniom rozluźnić się. Spuścił głowę. Nie był senny i czuł się wypoczęty. Ochota na powrót do jaskini dawno minęła. Przepełniało go szczęście, mimo wszystko. Nie żałował oddalenia się od przyjaciela i ciężkiej wspinaczki. Było warto dla takiego widoku.

Wkrótce jasny kolisty kształt także zniknął i Duncan otworzył oczy. To był również pierwszy raz, kiedy zobaczył dolinę tego dnia.

Przez jej środek przepływał strumień a u podnóży gór ścielił się las. Pomiędzy drzewami i po łące snuły się kłęby białego dymu. Chłopiec ponownie zadrżał, bo wydawało mu się, że cała dolina płonie.

Domy rozpadały się na jego oczach. Po ulicach biegali przerażeni ludzie, nie wiedząc, gdzie mogą schronić się przed nieszczęściem. Powietrze wypełniał smród ciemnego dymu. Zewsząd do uszu chłopca docierały krzyki oszalałej ze strachu tłuszczy i rumor walących się budynków. A nad tym wszystkim górował ryk bestii. Duncan ledwie widział przez dym i łzy, ale w którymś momencie dostrzegł olbrzymi cień wysoko nad sobą.

Potwór był tuż nad nimi! W każdej chwili mógł wylądować, ale nie zrobił tego. Cień znikł chłopcu z oczu. Usłyszał kolejny ryk a zaraz potem syk i jeszcze bardziej przeraźliwe wrzaski ludzi. Zdawało mu się, że widzi snop ognia spadający z nieba.

Też chciał krzyczeć, ale nie mógł. Głos uwiązł mu w gardle z rozpaczy, strachu i bezsilnej złości. Pomimo gorącego powietrza, dygotał w rękach mamy.

Wtulił twarz w jej ramię, by już więcej nie widzieć. Biegła razem z innymi. Co chwila ktoś ją potrącał, parę razy o mało jej nie stratowano. Mimo to uciekała dalej, tylko nie wiadomo dokąd. Gdzie można się skryć przed bestią siejącą wszędzie zniszczenie?

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno on i jego matka tańczyli na rynku, cieszyli się, tak jak inni, z narodzin królewskiej córki. A potem niespodziewanie pojawił się skrzydlaty potwór. Smok.

– Już niedługo, Dunny! – usłyszał głos matki pośród chaosu.

Teraz ledwie widział także ją, jasną plamę na ciemnym tle.

Przycisnęła go do siebie mocniej. Wydobyła z siebie jeszcze trochę siły, przyśpieszyła.

– Mamo – załkał. – Boję się.

Wiedział, że również ona jest przerażona.

– Zaraz znajdziemy schronienie, synku! Obiecu…

Potężna masa ludzi powaliła ich. Duncan wyleciał z jej rąk. Ludzie potykali się o niego, deptali po nim, kopali gdy próbował odnaleźć matkę.

Leżała twarzą do ziemi. Nie ruszała się.

– Mamo! – krzyknął ile sił w płucach, przy czym zakrztusił się.

Podniosła się resztkami sił. Przyciągnęła go do siebie. Również kasłała. Zacisnęła na nim mocno dłonie.

– Jestem, Dunny! – powiedziała słabym głosem. – Już cię biorę i biegniemy dalej… Khe!… To już nie daleko.

Chciał jej wierzyć. Musiał. Tylko ona mogła go stąd zabrać. Wmawiał sobie, że gdy do niego mówiła, uśmiechała się. Gdy tak robiła, mógł być pewny, że wszystko będzie dobrze.

Ponownie rozległ się ryk bestii. Tuż nad nimi. Zrobiło się jeszcze ciemniej.

– Mamo! Smok!

– Duncan!

Otworzył oczy. W pierwszej chwil nic nie zobaczył z powodu łez w oczach. Kiedy je przetarł, ujrzał pochylonego nad nim Robina.

Rozejrzał się oszołomiony. Leżał na łagodnym zboczu góry koło jaskini. Było mu zimno. Spojrzał w górę. Niebo było przejrzyste i żaden potwór nie krążył nad nimi.

A więc mu się to wszystko tylko przywidziało. Po raz kolejny zobaczył to, co już się stało. Nie było przy nim mamy. Została tam, w płonącym mieście, z którego jemu pomogła się wydostać.

Usiadł a Robin okrył go ciepłym kocem. Duncan opatulił się cały, a mimo to nadal dygotał. Oczy znów mu zaszły łzami. Zaczął płakać a przyjaciel objął go. To nie był pierwszy raz i Robin wiedział, że słowa są zbędne. Jego obecność w zupełności wystarczyła Duncanowi.

Po nie wiadomo jak długiej chwili chłopiec uspokoił się na tyle, iż przestał drżeć. Zakasłał parę razy i wytarł nos w koc. Odważył się również spojrzeć ponownie na dolinę. Białe kłęby wciąż się tam unosiły.

– To tylko mgła – powiedział łagodnie Robin.

Duncan przyjrzał się. Dopiero wtedy zauważył brak płomieni.

– Masz rację – przyznał. – Dziękuję.

– Nie ma za co. – Rudy chłopiec odwrócił twarz do niego tak, żeby mógł zobaczyć jego zdrowe oko. – Usłyszałem, że krzyczysz, to przybiegłem.

– Nie poraniłeś się przy tym?

– Może trochę obtarłem. Nic takiego. – Robin uśmiechnął się.

Duncan zdołał odwzajemnić mu się tym samym, po czym zwrócił ponownie wzrok w kierunku doliny. Tym razem jednak spojrzał wyżej. Słońce stało już dość wysoko ponad górą. Kolejna zła myśl przepełniła go strachem: smoki żyją w górach. Z tego powodu unikali wspinania się zbyt wysoko i wielkich jaskiń. Nasłuchiwali też pilnie, czy któryś z tych potworów nie kręci się w pobliżu. Jak dotąd mieli szczęście nie natrafić na żadnego smoka, co jednak nie oznaczało, że takowy nie mógł mieć swego leża w górze naprzeciwko.

– Zbierajmy się – powiedział Duncan.

Robin sprawdził, czy ma nóż w kieszeni, następnie odwrócił się plecami do przyjaciela. Ten, pilnując by nie zgubić koca, chwycił go rękoma za barki, a następnie pozwolił się unieść na plecach. Robin chwycił go za uda i tak ruszyli dalej wąską ścieżką w kierunku doliny. A gdy już tam będą, zjedzą coś, potem pójdą dalej.

Duncan chciał wrócić do domu.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Obawiam się, że jako całość tekst kiepsko się sprawdza. Nawet jako scenka… Właściwie tylko przedstawiasz Duncana i część jego historii. Dzieje się niewiele – dziesięć kilo znaków, żeby powiedzieć, że wstał dzień, więc chłopcy wyszli z jaskini, w której nocowali i ruszyli dalej.

Miejsca zgięcia jego nóg od dawna przypominały dorodne jabłka

Nie rozumiem tej metafory. Chodzi o to, że spuchły?

Babska logika rządzi!

Ok, w takim razie zmieniam na fragment. smiley

A metafora odnosi się do tego, że Duncan miał kolana zaczerwienione od licznych obrażeń.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Aaaa, o kolor poszło… Nawet mi do głowy nie przyszło.

Z tym zmienianiem to może się chwilę wstrzymaj. Jedna Finkla fragmentu nie czyni.

Babska logika rządzi!

Rozumiem, że to epizod z życia Duncana, z którym rozstałam się, kiedy tańczył z mamą na rynku. Szkoda, że tylko epizod, bo opisane zdarzenie, pozbawione kontekstu, jest mało zrozumiałe. Ot, dwójka przyjaciół w drodze.

 

po czym za­czął czoł­gać, a wła­ści­wie to wspi­nać się w stro­nę wyj­ścia. – Raczej: …po czym za­czął się czoł­gać, a wła­ści­wie to wspi­nać w stro­nę wyj­ścia.

 

po pro­stu usiadł i ze­śli­zgnął się jak po ob­lo­dzo­nym stoku. Czuł, jak skóra na ko­la­nach jest po­wo­li zdzie­ra­na przez szorst­ką po­wierzch­nię. – W jaki sposób, ześlizgując się na siedząco, zdarł skórę na kolanach?

 

Zanim wy­czoł­gał się cały z ja­ski­ni, chwy­cił mocno ro­sną­cej naj­bli­żej kępy trawy, ni­czym to­ną­cy wy­cią­gnię­tej ku niemu dłoni. – Raczej: Zanim wy­czoł­gał się cały z ja­ski­ni, chwy­cił mocno ro­sną­cą naj­bli­żej kępę trawy, ni­czym to­ną­cy wy­cią­gnię­tą ku niemu dłoń.

 

by już po krót­kiej chwi­li zejść z po­wro­tem na dół. – Wystarczy: …by już po krót­kiej chwi­li zejść z po­wro­tem.

 

gdy pró­bo­wał od­na­leść matkę. – …gdy pró­bo­wał od­na­leźć matkę.

 

– To tylko mgła – po­wie­dział ła­god­nie Robin.

Dun­can przyj­rzał się. Do­pie­ro kiedy za­uwa­żył brak pło­mie­ni. – Czy tu nie powinno być: –

Do­pie­ro wtedy za­uwa­żył brak pło­mie­ni.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się ten fragment całkiem spodobał. Ma w sobie coś,  taki klimacik, który mnie chwyta za serducho. 

Ale prawdę prawią moje przedpiśczynie – to tylko scenka. Może warto ją trochę rozszerzyć, dopisać historię.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czyli jednak zmieniam oznaczenie na fragment. Trudno, próbowałam.

Dziękuję, regulatorko, za wskazanie usterek. Poprawię je w najbliższym czasie.

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione. smiley

https://szuflada-ajzan.blogspot.com/

Nowa Fantastyka