- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - O tym, co widział książe Wilhelm

O tym, co widział książe Wilhelm

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

O tym, co widział książe Wilhelm

Należy zacząć od tego, że świat księcia Wilhelma był czarno-biały.

Gdy korony drzew rozstąpiły się na jego drodze, zobaczył niebo, może nieco ciemniejsze niż kiedy ostatni raz miał okazję je podziwiać.

– Powiedz mi, Cyrilu – zwrócił się do towarzyszącego mu kuzyna – czy nie zanosi się przypadkiem na deszcz?

Cyril również spojrzał w górę.

– Nie, mój panie. Niebo jest czyste – odpowiedział spokojnie, bez cienia złośliwości

– Dobrze. – Książę skinął głową z ulgą. Naprawdę cenił sobie wyrozumiałość kuzyna. Niewielu było ludzi, którym odważyłby się zadać podobne pytanie bez przytłaczającej świadomości, że może wydać się ono niedorzeczne.

Jechali konno przez las bez obstawy należytej bratu monarchy. Ludzi, z którymi przebyli drogę ze stolicy do włości na peryferiach królestwa, zostawili w zamku pana tej krainy i sami udali się w góry. Choć książę nawykły był do tego, że zawsze otaczali go ludzie, głównie medycy, nie odczuwał lęku. Sir Cyrila z domu Gull cieniono bardzo wysoko, jak na młodego rycerza. Wilhelma jednocześnie cieszył i martwił fakt, iż tak obiecujący wojownik pełni rolę jego osobistego ochroniarza, kiedy mógłby na przykład zwiedzać świat i dokonywać bohaterskich czynów, o jakich śpiewają minstrelowie. Ale ilekroć książę wspominał o tym kuzynowi, ten z całą rycerską skromnością oświadczał, iż to zaszczyt mu służyć.

Wyprawa, której się podjęli, miała między innymi na celu właśnie urozmaicenie monotonii życia na obrzeżach stolicy. Książę jeszcze nigdy nie był tak daleko od domu, w dodatku bez brata. Czy bał się? Na pewno, lecz radość czerpana z podziwiania zupełnie nowych krajobrazów, nie ograniczonych przez okna karocy, okazała się silniejsza, nawet jeśli przykryta smutną świadomością, iż nie może doznać tego wszystkiego w pełni.

Jechał więc książę u boku kuzyna, napawając się tym, czym mógł, ku celowi – pewnej wiosce w samym sercu doliny. Jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, dotrą tam na długo przed wieczorem.

Drzewa przed nimi rzedły coraz bardziej i wkrótce wyjechali na polanę przeciętą na wskroś przez strumyk. Trawa delikatnie falowała, targana przez słaby wietrzyk. Książę wchłonął słodki zapach kwiatów.

– Pięknie tu, czyż nie, Cyrilu? – zapytał, kierując twarz do kuzyna.

– W rzeczy samej, mój panie – przyznał rycerz.

– W takim razie zróbmy krótki postój.

Jak oznajmił, tak uczynili. Konie puścili wolno na polanę, zaś Cyril zaniósł ich torby pod rosnące najbliżej strumyka drzewo. W jego cieniu zjedli część prowiantu zabranego na drogę. Po posiłku książę przeciągnął się. Przejażdżka konna miała swoje zalety, ale jak wszystko inne, po dłuższym czasie stawała się bardzo męcząca. Czuł jak powoli dopada go senność, ale walczył z nią. W tej chwili nie było czasu na sen. Zdrzemnie się porządnie dopiero, jak dotrą na miejsce.

Z brodą opartą na dłoniach podziwiał widok przed sobą.

Nad polaną dominowały górskie szczyty, kładące na siebie nawzajem cienie. W porównaniu z nimi, wzniesienia otaczające stolicę wydały się księciu zaledwie pagórkami w porównaniu z tymi łańcuchami. Mógłby nawet przysiąc, że dostrzega na wierzchołku najwyższej z gór połać śniegu, ale nie był pewien. Jak zwykle w takich sytuacjach, zwrócił się do Cyrila.

– Tak, mój panie. To w istocie śnieg.

– Niesamowite – powiedział na to książę.

Śnieg w lecie! – dodał w myślach, ale jednocześnie przypomniał sobie o tym, co czytał o górach: im było wyżej, tym robiło się chłodniej. A kiedy spuścił wzrok, odkrył, iż może odróżnić każdą z koron po odcieniu liści – jedne ciemniejsze od drugich. Tym razem nie musiał pytać kuzyna.

To już właściwie jesień – skorygował siebie książę, choć poza znaczącą różnicą w odcieniach niektórych liści, nie widział ani nie odczuwał innych oznak zmiany pór roku. Było jeszcze ciepło i dookoła tętniło życie, jakby zima była odległą, choć nieuniknioną, groźbą. Myśl, że niedługo z drzew zaczną opadać liście, zwierzęta udadzą się na zimowy spoczynek, ptaki odlecą do cieplejszych krain i wszystko zniknie pod śniegiem, napawała Wilhelma smutkiem. Pozostanie tylko cisza, pustka oraz przeszywające na wskroś zimno. Wszystko będzie białe, naprawdę białe.

– Panie?

Wyrwany z zamyślenia książę natychmiast przybrał bardziej godną pozycję. Postarał się też o uśmiech.

– Nic mi nie jest, Cyrilu. Przepraszam, że ciebie zmartwiłem.

Rycerz wyglądał na trochę uspokojonego.

– Czy coś cię trapi, mój panie? – zapytał ostrożnie.

Z jednej strony książę miał ochotę podzielić się z kuzynem przemyśleniami o zimie, z drugiej jednak chciał o nich jak najszybciej zapomnieć.

– Naprawdę doceniam twoją troskę o me samopoczucie, przyjacielu – powiedział – lecz to naprawdę nic takiego, byśmy zaprzątali sobie tym dłużej głowy.

Dla podkreślenia swych słów, książę wstał, co też uczynił Cyril.

– Czy mam przygotować konie do drogi?

– Nie, Cyrilu. Chciałbym trochę pospacerować, zanim pojedziemy dalej.

Rycerz zabrał tylko swój miecz, nie przejmując się resztą bagaży. Dla niego bezpieczeństwo księcia było ważniejsze od tego, co może się stać z pozostawionymi torbami, a zarówno on jak i Wilhelm najcenniejsze przedmioty mieli zawsze przy sobie.

Szli wzdłuż płytkiego strumyka. Na jednym z przybrzeżnych kamieni siedziała niemal czarna ropucha, lecz kiedy Wilhelm przystanął, by lepiej się jej przyjrzeć, wskoczyła z pluskiem do strumyka, pozostawiając po sobie tylko ciemny ślad wilgoci na prawie białym kamieniu. Równocześnie koło ucha księcia przeleciał motyl. Wilhelm patrzył za jego jasnymi skrzydłami, na których był pewien, że dostrzega jakiś wzór. Wkrótce owad zniknął wśród różnorodnych kwiatów.

Książę westchnął, ale na tyle dyskretnie, by nie zmartwić Cyrila idącego tuż za nim. Co miał powiedzieć kuzynowi? Po raz kolejny wyrazić żal z powodu niemożności dostrzegania kolorów?

O ile pamiętał, gdy był jeszcze bardzo mały, nie miał problemów z postrzeganiem otoczenia. Dla niego rzeczy były ciemne lub jasne i póty nie zlewały się ze sobą, nie było problemu. Z czasem jednak piastunki i nauczyciele spostrzegli, iż coś jest z nim nie tak. Wkrótce potem medycy orzekli: książę Wilhelm nie widzi kolorów.

Ze wszystkich najbliższych mu osób, to jego starszy brat przejął się najbardziej. Jeszcze przed objęciem po ojcu tronu szukał tych, co mogli mieć albo chociaż znać lekarstwo. Na dwór królewski oraz do pałacu księcia na obrzeżach stolicy zjeżdżało wielu znamienitych medyków i nawet magów.

Jak dotąd żaden z nich nie zdołał wyleczyć Wilhelma, któremu pozostawało rozmyślać o tym, co odróżnia czerwień od zieleni.

Barwy… dla niego były to takie same pojęcia, jak gwiazdy dla ślepca. Trudne do wyobrażenia, nieosiągalne, może poza bielą i czernią.

W nagłej złości uniósł wzrok znad kwietnej łąki, którą jeszcze niedawno podziwiał w zachwycie. Zauważył wychylające zza gór chmury. Były białe, więc raczej nie powinno padać. Tym spostrzeżeniem podzielił się z Cyrilem i poszli dalej. Po drodze minęli konie leniwie podgryzające trawę.

Strumyk biegł przez polanę ku stawowi całkowicie przesłoniętemu przez trzciny. Rozbudziło to ciekawość księcia, który zapragnął zobaczyć, co się tam kryje. Uważnie obejrzał bujną roślinność, wśród której znalazł wąską szczelinę. Gdy przyjrzeli się jej z Cyrilem, rycerz uznał, że to ścieżka, najprawdopodobniej wydeptana przez wydry.

– Być może po drugiej stronie stawu znajduje się szersze wejście, mój panie – dodał, lecz książę już wszedł między trzciny.

– Ta wygląda całkiem przyzwoicie – uznał. – Poza tym widzę, że dalej się trochę poszerza – i zanim kuzyn zdołał coś odpowiedzieć, ruszył przed siebie.

Instynktownie poruszał się cicho – brat, znany również jako wielki myśliwy, często opowiadał mu o drapieżnikach zamieszkujących dzikie tereny. Kto wie, co mógł tu spotkać? Niedźwiedzia szukającego ryb, wodnika a może wilka, który postanowił zażyć kąpieli w ustronnym miejscu? Gdy Wilhelm przypominał sobie po kolei każdą z bestii, coraz bardziej się wahał, lecz świadomość, iż Cyril jest tuż za nim ze swym mieczem dodała mu otuchy. On sam cały czas trzymał dłoń przy sztylecie wetkniętym za pas.

Z każdym kolejnym krokiem ziemia robiła się coraz bardziej wilgotna. Lęk przed drapieżnikami nieco ustąpił i teraz księcia zaczęło bardziej martwić, czy zdoła przejść przez trzciny zanim nie ugrzęźnie po kostki w błocie, lub co gorsza, w wodzie.

Kiedy odsunął wolną dłonią kolejne łodygi, zamarł. Usłyszał za sobą jak i Cyril przystaje.

– Co… – zaczął rycerz, lecz książę nakazał mu nerwowym gestem milczenie.

W ciszy, która zapadła, oprócz bzyczenia owadów, słyszeli tylko plusk wody. Jeszcze wolniej i ciszej niż wcześniej Wilhelm zakradł się nad sam brzeg stawu.

Zbiornik ze wszystkich stron otaczały trzciny, niczym mur arenę. Po lekko falującej powierzchni wody pływały lilie wodne a wśród nich…

Wilhelm przetarł oczy ze zdumienia.

Wśród kwiatów, pośrodku stawu, stała zanurzona po pas młoda kobieta. Nie miała na sobie żadnego ubrania. Książę już w pierwszej chwili chciał odwrócić wzrok, ale nie mógł – w nieznajomej było coś intrygującego. Po chwili zrozumiał, co to takiego.

Nagle wokół zrobiło się ciemniej – jak się później okazało, to chmury przesłoniły słońce. Na tle trzcin i drzew jaśniały tylko i lilie oraz dziewczyna, równie biała jak kwiaty wokół niej.

To nie mogła być istota ludzka – uznał książę. Widywał już ludzi o bardzo jasnej skórze i włosach. On sam z powodu słabego zdrowia był blady, zaś jego włosy często porównywano do mleka z miodem. Ona jednak była jaśniejsza o każdego, kogo spotkał

Czy to zjawa? Nie. W bliskości ducha odczuwało się zimno i strach, czego Wilhelm nie mógł powiedzieć o tej dziewczynie. Kiedy na nią patrzył, powoli wypełniało go ciepło, natomiast lęk zastępowała konsternacja.

Czymkolwiek była ta niewiasta, nie powinien jej oglądać. W końcu znalazł w sobie siłę, by odejść, lecz wtedy dotychczas nieruchoma nieznajoma wykonała ruch.

Obróciła głowę w bok i Wilhelm po raz pierwszy zobaczył jej twarz, równie delikatną i promienną, co reszta jej formy. Wtedy też uświadomił sobie, iż dziewczyna może go zobaczyć. Cofnął się o krok albo pół, nie wiedział. W tym samym czasie nieznajoma wyciągnęła dłoń ku liliom wodnym. Zwiewnym machnięciem dłoni musnęła jeden z kwiatów.

Był to ruch niepozorny, lecz wprawił w drżenie wszystkie grzybienie wokół niej. Choć księcia od dziewczyny dzieliła odległość kilku długich kroków, był pewien, że dostrzega na jej twarzy uśmiech zadowolenia.

Następnie zamachnęła obiema dłońmi. Na ten gest lilie odpłynęły jak najdalej pozwalały im ogonki. Nie towarzyszył temu żaden silniejszy podmuch wiatru, a mimo to książę poczuł niewidzialną siłę, która także i jego mogła odrzucić, gdyby była większa. Znał to uczucie. Kiedyś, gdy był bardzo chory i nie mógł spokojnie leżeć, w podobny sposób jedna z uzdrowicielek zmuszała go pozostania w pierzynach.

To magia! – zrozumiał książę, patrząc na lilie powoli sunące ku brzegowi.

Oprócz nich, fale przyniosły również cichy śmiech.

Rozochocona wcześniejszymi efektami swych czarów, nieznajoma postanowiła pójść o krok dalej. Zakręciła się wokół siebie. Tym razem za pomocą magii przywołała lilie z powrotem do siebie, by potem znowu je odepchnąć, tym razem obracając się w drugą stronę. Zrobiła tak jeszcze parokrotnie.

Za każdym razem książę obawiał się, że go zauważy, dlatego stał nieruchomo, usiłując nie wydać żadnego dźwięku. Przychodziło mu to z trudnością, gdyż czary dziewczyny, czymkolwiek była, zdumiewały go i zachwycały. O czymś tak cudownym prawdopodobnie nie śpiewali jeszcze najlepsi minstrelowie, a wielu z nich Wilhelm miał okazję słyszeć, gdyż jego brat dbał o to, by na dworze zawsze rozbrzmiewała muzyka.

Usilnie próbował przypomnieć sobie, czy może jednak któryś ze grajków nie zająknął się przypadkiem o czymś równie niezwykłym jak to, co teraz miał przed oczyma. Tak naprawdę widział teraz tylko białą postać otoczoną przez kwiaty. Reszta, trzciny, drzewa, góry i niebo, były jedynie czarnym tłem

Właśnie wtedy nieznajoma zaprzestała tańca z liliami. Stojąc nadal pośrodku stawu, łapała oddech z uśmiechem.

Stała przodem do księcia, lecz nie patrzyła w jego stronę, tylko w zadumie wodziła dłonią po wodzie. Była uosobieniem spokoju, w porównaniu z Wilhelmem, którym miotały wewnętrzne sprzeczności. Z jednej strony chciał odejść jak najszybciej, bo wiedział, iż to przedstawienie nie było przeznaczone dla niczyich oczu, z drugiej zaś paliła go ciekawość, co też wodna czarodziejka jeszcze uczyni. Ponadto był bardziej niż świadom, że już nigdy później nie będzie miał okazji oglądać czegoś podobnego.

Wodna czarodziejka, wodna czarodziejka – powtarzał te dwa słowa w myślach. Chyba już się domyślał, czym jest ta dziewczyna. Z odmętów pamięci wyłowił wreszcie wspomnienie jednej z wielu opowieści, którymi brat umilał mu długie godziny spędzone w łóżku. Nie pamiętał już o czym to była historia, być może o kolejnym dzielnym poszukiwaczu przygód. Zapamiętał z niej jedynie obraz istot podobnych do pięknych młodych kobiet, choć wcale nimi niebędącymi. Tak jak niektórzy ludzie, znały magię i to nawet lepiej niż zwykli śmiertelnicy, gdyż były bliższe pierwotnej natury. Z tego też powodu kryły się w najgęstszych lasach, najodleglejszych górach i najgłębszych wodach. Nazywano je… Nazywano je…

…nimfami.

Książę Wilhelm patrzył jak nimfa nabiera wody, po czym podnosi złożone dłonie blisko twarzy, jakby chciała się napić, jednak tak nie zrobiła. Zamiast tego patrzyła na ciecz z niebywałym skupieniem. Może pochwyciła jakieś drobne zwierzątko?

W następnej chwili powoli opuściła ręce, lecz woda pozostała w powietrzu. Niekształtna, ruchoma masa drgała, bez przerwy opadały z niej krople. Nimfa zmarszczyła czoło, próbując utrzymać wodę. Książę również obserwował z napięciem. Od nadwornej czarownicy wiedział, że telekineza to trudna dziedzina magii, zwłaszcza kiedy chce się zapanować nad płynem. Choć nigdy wcześniej nie widział podobnej sztuki, musiał przyznać, iż mimo wszystko wodna czarodziejka dobrze sobie radzi.  

W końcu jednak dała za wygraną. Pełną napięcia ciszę przerwał głośny plusk, a potem  westchnienie i następujący tuż za nim kaszel. To książę odetchnął zbyt głośno. Tak się przejął tym, co robiła nimfa, że zapomniał o tym, co dzieje się wokół niego i z nim samym. Niemal przestał oddychać, czemu zapobiegło jego ciało.

Wilhelm szybko opanował kaszel, lecz było za późno.

To było tak, jak tuż po rozbiciu szklanego naczynia. Książę stał oszołomiony, ciągle mając w uszach ten okropny dźwięk, mimo iż przebrzmiał i trwała teraz ogłuszająca cisza. Bezradnie obserwował otoczenie. Z mroku, który go ogarnął, wychodziły kształty trzcin, drzew i gór. Zza chmur wychynęło słońce.

Nimfa wciąż tu była. Nadal jaśniejąca na tle wszystkiego dookoła, nadal piękna, ale przestraszona. Patrzyła wprost na księcia zmrużonymi oczyma, jakby i ona nie mogła uwierzyć, że ktoś tu jest. Rękoma osłoniła nagie piersi.

Książę nie wiedział, co powinien zrobić. Uciec niczym tchórz czy spróbować jakoś się wytłumaczyć? Po krótkim namyśle uznał drugą możliwość za najbardziej odpowiednią.

Powoli podszedł nad sam brzeg. Ręce trzymał z dala od sztyletu, dając tym do zrozumienia, że nie ma złych zamiarów. Zanim jednak zdołał otworzyć usta, nimfa zniknęła w wodzie. Kierunek, w którym płynęła znaczył ruch lilii oraz kołysanie trzcin po drugiej stronie stawu.

W pierwszej chwili Wilhelm chciał za nią pobiec, zapominając o wodzie.

– Zacze… – Wyciągnął rękę i już miał zamiar zrobić pierwszy ruch, gdy mocy chwyt za ramię powstrzymał go. Zaskoczony książę odwrócił się do Cyrila, którego obecność także wyleciała mu z pamięci.

Kuzyni patrzyli na siebie. Młody rycerz był równie oszołomiony, co jego pan.

– Czy… widziałeś nimfę? – zapytał książę, któremu wydarzenia sprzed chwili wydały się nagle jedynie snem.

O dziwo, Cyril przytaknął.

– Tak, mój panie. Widziałem ją.

– Czy była biała? – Wilhelm chciał się upewnić.

– Jak lilie.

Książę zerknął za siebie, na grzybienie spokojnie dryfujące na powierzchni niemal czarnej wody.

– Nie powinniśmy tego oglądać. To nie było dla nas.

Cyril tylko pokiwał głową ze zrozumieniem. Wilhelm zastanawiał się, czy i jemu jest wstyd.

Obaj spojrzeli w górę.

– Sugeruję już się zbierać, mój panie, jeśli chcemy dotrzeć do wioski przed zmrokiem.

Tym razem to książę przytaknął.

– Ruszajmy.

Cyril puścił Wilhelma przodem. Książę szedł powoli pod ciężarem gnębiących go myśli. Kiedy wyszli spomiędzy trzcin, zwrócił się do kuzyna:

– Idź, przygotuj konie do drogi. Ja muszę jeszcze coś zrobić. – Zanim rycerz zdołałby wyrazić sprzeciw, dodał jeszcze z całą stanowczością: – Nie martw się o mnie, nie odejdę daleko. – Dla podkreślenia swych słów położył dłoń na rękojeści sztyletu. – Jakby coś się działo, będę krzyczeć. Za chwilę wrócę.

Wilhelm był pewien, że widzi wewnętrzne zmagania rycerza z jego decyzją. Przykro mu było z tego powodu, ale nie miał innego wyjścia.

– Przygotuję wszystko do drogi, mój panie – oznajmił wreszcie Cyril ze słyszalną rezygnacją. – Proszę na siebie uważać i wrócić jak najszybciej.

Gdy rycerz poszedł w stronę koni, książę ruszył w przeciwnym kierunku. Maszerował szybkim krokiem wzdłuż trzcinowego muru, coraz bardziej zbliżając się do lasu. Był tak przejęty i zdeterminowany, że zapomniał o lęku przed nieznanym.

Wśród drzew najpierw dostrzegł ocienioną, wąską dróżkę prowadzącą od stawu w głąb lasu, potem przejście w trzcinach, trochę szersze od tego, z którego on korzystał. Przystanął i nasłuchiwał przez moment, lecz od wody nie dochodził żaden głośniejszy dźwięk. Zaczął iść dalej powoli, gdyż nie chciał po raz kolejny spłoszyć nimfy.

Książę nie miał takiego doświadczenia jak Cyril czy brat, dlatego nie mógł stwierdzić, czy ścieżka była pierwotnie dziełem zwierząt zmierzających do wodopoju. Gdy się jej przyjrzał, zauważył ślady bardzo podobne do bardzo drobnych, ludzkich stóp. Te, co odchodziły od stawu, wyglądały na całkiem świeże.

Znowu dopadły go wątpliwości. Mimo to z najwyższą ostrożnością ponownie wszedł pomiędzy trzciny. Im bliżej był brzegu, tym ślady stawały się coraz wyraźniejsze – mógł nawet rozróżnić po pięć palców na każdej stopie.

Spodziewał się, że wyjdzie na brzeg przeciwległy do tego, z którego podziwiał nimfę, lecz zamiast jeziorka usłanego liliami, zobaczył małą jego część, oddzieloną od reszty kolejną barierą z trzcin. Ślady zmierzały i odchodziły od skraju małej plaży, tuż przy brzegu. Wilgotny piasek był w tym miejscu mocno wydeptany.

Zupełnie jakby ktoś w pośpiechu zabierał stąd rzeczy, pomyślał książę, przez co nie poczuł się ani trochę lepiej. Wprost przeciwnie. Wyglądało na to, że jego i Cyrila obecność zmusiła nimfę do ucieczki.

O ile to w ogóle była nimfa. Im dłużej książę się nad tym wszystkim zastanawiał, tym był mniej pewny. Niektóre jej zachowania z dystansu wydawały mu się teraz całkiem ludzkie.

Więc kim była ta dziewczyna?

Wtem zauważył coś ciemnego między łodygami, tuż obok wydeptanego piasku. Sięgnął po to, co okazało się chustą na tyle rozłożystą, by ukryć pod nią białe włosy. Była ciemna z jasnymi wzorkami. Książę wodził po nich palcem w ponurej zadumie. Teraz był już pewien.

Nie zobaczył nimfy, tylko czarownicę o naprawdę niezwykłej urodzie. W pośpiechu zbierając swoje ubrania, zapomniała o chuście.

Spojrzał na wyjście do lasu. Nie miał czasu, by ją dogonić, choć bardzo tego chciał. Miał nadzieję, że zna drogę do domu i dotrze tam bezpiecznie. Po chwili zastanowienia, starannie wytrzepaną z piasku chustę włożył do kieszeni. Nie sądził, by po tym co się stało, dziewczyna prędko odważyła się tu wrócić, a w międzyczasie jakieś zwierzę mogło zabrać ten kawałek materiału.

Gdy wrócił do kuzyna, książę Wilhelm miał obmyślony cały plan. Kiedy dotrą do wioski, rozpyta mieszkańców o białą czarodziejkę. Nawet jeśli nikt nic nie będzie wiedział, to i tak ją odnajdzie. Zwróci chustę, ale przede wszystkim przeprosi.

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam. 

Edit: Mój telefon postanowił poczynić wspaniały komentarz :)

Witaj autorze! Czyżby pośpiech publikacji wynikał z lęku? Lęku, że ktoś też napisze o czarno białym widzeniu?

Dobrze napisane, zkilkoma literówkami. Ale nie porwało. Trochę jakby początek historii. Mało też akcji.

Chciałbym tylko wiedzieć, czemu książe i zarazem brat władcy, czuje się w obowiązku przepraszać za przypadkowe podejrzenie czarownicy? (W dodatku w monokolorze) On widział czarno biało, czy w palecie szarości też? Pozdrawiam!

Pierwsze koty za płoty!

To raczej fragment, czy nawet wstęp do czegoś większego, niż samodzielne opowiadanie. Czarno-białość raczej sztafażowa, choć momentami ciekawa, znika jednak zupełnie w połowie tekstu. Pośpiech przy publikacji chyba niewskazany, bo ostało się kilka literówek, błędów gramatycznych czy powtórzeń np.

W porównaniu z nimi, wzniesienia otaczające stolicę wydały się księciu zaledwie pagórkami w porównaniu z tymi łańcuchami – hiperprecyzja opisu?

wprawił w drżenie wszystkie grzybienie – grzybienie same w sobie mało romantyczne, pogrążają się dodatkowo przez niezamierzony rym

do pięknych młodych kobiet, choć wcale nimi niebędącymi – tym razem błąd gramatyczny okraszony rymem.

Taka sobie bajka, raczej mało ciekawa, w dodatku nie bardzo wiem o czym. Wyszło to tak, Anonimie, jakbyś nagle zauważył, że kończy się limit znaków i ni z tego, ni z owego ciachnął opowieść, zupełnie nie dbając o jej finał.

Anomalia księcia chyba spełnia czarno-biały wymóg konkursu, ale, moim zdaniem, ma się nijak do opowiedzianej historii. Rzecz mogła przytrafić się każdemu, niekoniecznie księciu i niezależnie od tego czy cierpiał na jakąś przypadłość, czy był zupełnie zdrowy.

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do do życzenia.

 

Za­uwa­żył wy­chy­la­ją­ce zza gór chmu­ry. – Pewnie miało być: Za­uwa­żył wy­chy­la­ją­ce się zza gór chmu­ry.

 

– Być może po dru­giej stro­nie stawu znaj­du­je się szer­sze wej­ście, mój panie – dodał, lecz ksią­żę już wszedł mię­dzy trzci­ny. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: …lecz ksią­żę już wkroczył mię­dzy trzci­ny.

 

i zanim kuzyn zdo­łał coś od­po­wie­dzieć, ru­szył przed sie­bie.

In­stynk­tow­nie po­ru­szał się cicho… – Powtórzenie.

 

lecz wpra­wił w drże­nie wszyst­kie grzy­bie­nie wokół niej. – Rym z pewnością niezamierzony. W dodatku raczej mało zrozumiałe jest nagłe użycie innej nazwy rośliny. Do tej pory, Anonimie, pisałeś o liliach wodnych i trzeba było przy nich pozostać, ewentualnie używać zamiennie nazwy nenufary. Grzybienie, jakkolwiek są prawidłową nazwą tej rośliny wodnej, to chyba najrzadziej używaną.

 

w po­dob­ny spo­sób jedna z uzdro­wi­cie­lek zmu­sza­ła go po­zo­sta­nia w pie­rzy­nach. – Pewnie miało być: …zmu­sza­ła go do po­zo­sta­nia w pie­rzy­nach.

 

Za­krę­ci­ła się wokół sie­bie. Tym razem za po­mo­cą magii przy­wo­ła­ła lilie z po­wro­tem do sie­bie, by potem znowu je ode­pchnąć, tym razem ob­ra­ca­jąc się… – Powtórzenia.

 

Resz­ta, trzci­ny, drze­wa, góry i niebo, były je­dy­nie czar­nym tłem – Brak kropki na końcu zdania.

 

w za­du­mie wo­dzi­ła dło­nią po wo­dzie. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie­mal prze­stał od­dy­chać, czemu za­po­bie­gło jego ciało. – Nie bardzo rozumiem – czemu zapobiegło ciało?

 

gdy mocy chwyt za ramię po­wstrzy­mał go. – Literówka.

 

Te, co od­cho­dzi­ły od stawu, wy­glą­da­ły na cał­kiem świe­że. Te, które od­cho­dzi­ły od stawu…

 

mógł nawet roz­róż­nić po pięć pal­ców na każ­dej sto­pie. – Raczej: …mógł nawet roz­róż­nić pięć pal­ców każ­dej sto­py.

 

Wy­glą­da­ło na to, że jego i Cy­ri­la obec­ność zmu­si­ła nimfę do uciecz­ki. – Raczej: Wy­glą­da­ło na to, że obecność jego i Cy­ri­la, zmu­si­ła nimfę do uciecz­ki.

O, zaczęło się ;)

 

Zdecydowanie nie wygląda to na zamkniętą całość. O ile nie jest źle napisane i może ma pewien potencjał, o tyle akcji brak.

 

Początek troszkę przegadany moim zdaniem. Kiedy zaczęłam czytać zdziwiłam się, że tak bardzo rozwlekasz pewne kwestie skoro limit to 20k znaków. Zastanawiałam się, czy starczy Ci miejsca na fabułę – i nie starczyło :(

Przeczytałam i podzielam opinię poprzedników. Językowo ładnie (poza paroma wpadkami), tylko że nudno, niewiele się dzieje i nagle koniec. Czarno-białe widzenie nie broni się niczym, poza wymogami konkursu. 

Zgadzam się z przedpiścami – w tekście niewiele się dzieje, przygoda księcia mało frapująca. No, popodglądał sobie gołą babę, ale który młody facet przez to nie przechodzi (jeśli nie w realu, to chociaż na filmie)? Nawet czary mało widowiskowe… I przygoda nie doczekała się porządnego zakończenia, trzeba wracać do wioski.

Mam wrażenie, że czarno-białość świata jest bardzo powierzchowna. Gdyby ktoś ogłosił konkurs na świat zielono-niebieski, to kilka kosmetycznych poprawek i masz gotowy tekst. ;-)

IMO, za dużo opisów przyrody.

Sir Cyrila z domu Gull

Czy w tym świecie mężczyźni zmieniają nazwiska (po ślubie)? No dobra, może być w znaczeniu “z rodziny”, ale zabawnie wygląda.

Ładnie napisane, ale nudnawo. :/

Podpisuję obydwiema rękoma pod komentarzem Finkli. Tekst wygląda jak wstęp do czegoś większego. Wynudziłem się przy nim jak mops, bo poza opisami to nic nie ma. Ot taka podróż z punktu A do punktu B, z punktem widokowym na nimfę.

Sir Cyrila z domu Gull cieniono bardzo wysoko

literówka

śpiewają minstrelowie

nie wiem, która forma jest poprawna, ale w Google znacznie częściej pojawiają się "minstrele"

Jeszcze wolniej i ciszej niż wcześniej Wilhelm zakradł się nad sam brzeg stawu. 

powinien być przecinek, który podpowie czytelnikowi, który z bohaterów się zakradł

jaśniały tylko i lilie oraz dziewczyna

była jaśniejsza o każdego, kogo spotkał

od, poza tym brak kropki

ze grajków

raczej z grajków

mocy chwyt za ramię powstrzymał go.

mocny

 

Napisane przyzwoicie, ale obawiam się, że Finkla ma rację : >.

 

 

 

Zabrakło jakiegoś zakończenia, no czarno-białość doklejona raczej prowizorycznie. ;)

Jest w tekście trochę usterek (nawet w tytule literówka), nieporadnych sformułowań.

Czarno-biały świat jest na doczepkę. Gdyby bohater nie był daltonistą, to dla fabuły nie miałoby żadnego znaczenia.

Trochę szkoda też, że historia wygląda na niedokończoną. Przez prawie dwadzieścia tysięcy znaków rozwodzisz się nad spacerkiem księcia, pod koniec którego spotyka ciekawą istotę i tu ucinasz. Czyli w miejscu, w którym zaczyna się robić ciekawie. Również w pewien sposób bohater zwrócił moją uwage, bo słabi i chorzy (a takim przedstawiasz księcia) nie za często są głównymi bohaterami opowieści fantasy.

Jednak ostatecznie muszę powiedzieć, że ten tekst to zmarnowany potencjał.  

Nowa Fantastyka