- Opowiadanie: maciekzolnowski - To nie mgła zabija

To nie mgła zabija

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

To nie mgła zabija

 

Wybrał się Maćko razu pewnego do doliny Łańskiego Potoku. W owym czasie, z uwagi na wczesnozimową porę, robiło się dosyć szybko ciemno, a było już dobrze po szesnastej. Mimo wszystko, i mimo zmęczenia wcześniejszym wałęsaniem się po lesie, postanowił przejść się mało uczęszczaną, wiejską uliczką, której nie znał. To znaczy: znał położenie owej drogi względem Łańskiego Potoku oraz umiał ją pokazać na mapie, ale nic ponadto.

Kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze gospodarstwa, i już na dobre można było rozstać się z knieją, postanowił, że uda się naprzód na jeden koniec ulicy, a potem zmieni kierunek i powróci do punktu, z którego wyruszył. Jak rzekł, tak zrobił. Idąc, podziwiał stare budownictwo, akurat w tej części sioła wyjątkowo dobrze zachowane. Nie mógł Maćko nacieszyć oczu tradycyjną strzechą na dachach domostw… czy archaicznymi studniami z elementami drewnianymi: żurawiami do czerpania wody. „To musiało być bardzo stare drewno” – zauważył, przyglądając się detalom. I tak brnął w swe myśli oraz w głąb uliczki, gdy tymczasem widoczność została ograniczona przez brak dziennego światła… i w końcu trzeba było turystykę krajobrazu pozostawić na zaś. Zdążył jednakże zauważyć, że latarnie, a właściwie uliczne, wiejskie lampy, są utrzymane w dawnym, a nawet bardzo dawnym stylu. 

A kiedy tak szedł i rozmyślał, poczęły jedna po drugiej gasnąć kolejne latarnie. Przestawały żarzyć się też stopniowo światła, widoczne do tej pory w obejściach. Nie wystarczy tylko powiedzieć „kolejne latarnie gasły”, trzeba także dodać „gasły w bardzo specyficzny sposób”. Najpierw pogrążały się w ciemnościach te, które były za nim, potem zaś, gdy zmienił kierunek i zawrócił, wyłączały się te, które wcześniej znajdowały się przed nim. I – co ciekawe – gasły najprędzej te, które znajdowały się od Maćka najdalej, a więc te, które były położone na jednym i na drugim końcu ulicy. On zaś znajdował się jakoś w połowie odległości między oboma krańcami. I tak, stopniowo, droga stawał się obca i mroczna, prawie nierozpoznawalna jako coś, którędy się idzie. A wraz z nadejściem nocy, zgęstniała również mgła, stając się z wolna dominującym elementem tego przedgórskiego krajobrazu. Już nie tylko nie zauważało się latarni, ani gruntu, który się ma pod stopami, ale – i więcej nawet – nie widać było poszczególnych zagród wraz z opłotkami. A gdy się podchodziło do ogrodzenia, a właściwie… do miejsca, w którym powinno się ono znajdować, ze zdziwieniem, a nawet i z przerażeniem odkrywało się wolną, pustą i zaskakująco zimną przestrzeń. Mgła się co prawda cofała, bawiąc się z przybyszem, ale strach było pomyśleć, jak wielką i głuchą otchłań skrywa… i co w niej już przepadło. Aż nawet i by się chciało zapytać, gdzież są ci wszyscy ludzie, gdzież ich zwierzęta oraz domostwa, które tu jeszcze przed sekundą stały?

A właśnie, właśnie… Mówiąc o zwierzętach, nie wolno nam pominąć faktu, iż od samego początku w tej akurat części wsi nic nie muczało, nie miauczało ani nie szczekało, co było zupełnie nietypowe dla beskidzkich przedgórzy. „Dlaczego wcześniej tej ciszy nie zauważyłem” – pomyślał. I zwątpił, krocząc nadal na oślep.

I tak szedł, szedł, aż w końcu dotarł do jedynego, widocznego jeszcze domu, stojącego przy jedynej latarni, która wciąż dawała światło. Nie namyślając się zbyt wiele, podreptał ku uchylonym na oścież drzwiom. I w tym momencie jego wzrok spotkał się z czyimiś ślepiami, które go od strony sieni przywitały i zahipnotyzowały. Jakaś nieludzko wyglądająca kobieta, stojąca na progu tej ponurej chatynki, chciała go „tylko”… załaskotać, zagilgotać go chciała na śmierć, swoimi kościstymi szponami. Bowiem to łaskotanie właśnie było najbardziej typową, a jednocześnie na wskroś oryginalną formą aktywności pewnych złośliwych, starosłowiańskich istot, do których z całą pewnością zaliczała się i ta stara. I poczuł, że jakaś moc magnetyczna, na siłę, wpycha go do posępnego i zawilgoconego wnętrza, zatrzaskując za nim potężne wrota.

Wnet mgły spowiły kontury tajemniczej chałupinki, czyniąc ją zupełnie niewidzialną i jak gdyby nigdy nieistniejącą. I w końcu też zgasła latarnia – ostatnia latarnia przy Łańskiej Dolince.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Miałam problemy z wyobrażeniem sobie miejsca akcji – najpierw jest o spacerowaniu po lesie, później mowa o uliczce ze starymi latarniami, potem okazuje się, że to wieś. Z czasem akcji podobnie – tu raczej współczesne latarnie i turystyka, tam archaizowany styl, studnie z żurawiami i stare demony… Stylizacja też nierówna.

Nie przepadam za horrorami, ten również mnie nie wystraszył. Ale nie wiem, w jakim stopniu to wynika z tekstu, a w jakim z moich preferencji.

Babska logika rządzi!

Taki sobie obrazek, przedstawiony, co już zauważyła Finkla, dość niekonsekwentnie i, moim zdaniem, niewiele mający z horroru.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Faktycznie, horroru jak na lekarstwo. 

maciekzolnowski

No tak, takie tam "wędrówkowe” klimaty, ale zamiast klimatu jest masa nieporadności językowych. Obrazek zyskałby, gdybyś opowiedział go uczuciami bohatera, co mu robi widok starych chałup (choć osobiście nie wiem co komu widok chałupy może zrobić, ale jak ktoś miastowy, to i strzecha go podnieci:), ogarniająca go mgła, gasnące światła, etc. Nie znam się na horrorach (choć powyższy tekst, jak się rzekło, do horrorów zalicza się jedynie przy ogromnym wsparciu dobrych chęci), ale coś mi się wydaje, że emocje, które przeżywa przy lekturze takiego czytelnik, to są w pierwszym rzędzie emocje przeżywane przez bohatera historii, a twój bohater idzie sobie, gapi się na chałupy, gasnące latarnie, mgłę i w ogóle wszystko wokół niego dzieje się i nic z tego nie wynika. A to “dzianie się” jest pojechane jeszcze stajlem nieporadnej egzegezy, tak że fragment o gasnących latarniach przypomniał mi instrukcję obsługi Świętego Granatu Ręcznego, z któregoś tam filmu Monty Pythona. Słowem, mogłoby mieć to swój urok, ale nie tak, nie w taki sposób.

Mnie się skojarzyło z Harrym Potterem. Tam mieli urządzonko do gaszenia latarń. ;-)

Babska logika rządzi!

No, w sumie w takim króciaku autorowi udało się wzbudzić u czytelników całkiem szeroki zakres skojarzeń, także jest jakiś plus:)

Dzięki, Michał, za Twój komentarz. Mój narrator bije się w swą pierś porządnie. Trzeba będzie popracować nad warsztatem. Świętego Granatu Ręcznego nie widziałem. To pewnie ta cholerna mgła wszystko mi zasłoniła. ;)) 

A jeśli ktoś mi nie wierzy, że na wsiach są latarnie, a zabudowa wiejska miesza się z podmiejską, to zapraszam do Górek Wielkich na Śląsk Cieszyński. Dżizus, czego tam na jednym kilometrze kwadratowym zabudowy nie ma! I faktycznie przydałaby się jakaś Święta Mgła (ale: mgła, a nie dym z kominów), która by ten cały bajzel skryła. I nie mówię tutaj wcale o śląskim, rzeczonym bajzlu, ale o ogólnym, polskim (Biedronkowo-Żabkowym) miszmasz architektonicznym (nie ważne przy tym, czy to jest Bystrzyca Kłodzka i Góry Bystrzyckie, czy Żywiec i Żywiecczyzna, czy też może Góry Bardzkie koło Barda).

maciekzolnowski

W miszmasz architektoniczny nie wątpimy, to bardziej kwestia przedstawienia go w opisie – w powyższym tekście jesteś w tym względzie niekonsekwentny, a może raczej budujesz opis w sposób przypadkowy. Dlatego czytelnik odczuwa dysonans pomiędzy elementami, które pokazujesz.

Jako pewną ciekawostkę, polecam tekst Walentego Krząszcza:

http://www.mapakultury.pl/art,pl,mapa-kultury,100811.html

Starałem się tutaj podrobić klimat z tej właśnie opowieści. A rzecz dzieje się dokładnie w tym samym miejscu (czyli koło Bucza w Górkach Wielkich). Wspomnianego autora, już nieżyjącego, szczerze polecam.

maciekzolnowski

Przy fragmencie z latarniami pomyślałam, że to mogłoby wyglądać fajnie w filmie, taka horrorowa miniatura. Czytając nie odczułam grozy.

Nowa Fantastyka