- Opowiadanie: maciekzolnowski - Rajstopowiec - ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym

Rajstopowiec - ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym

Oceny

Rajstopowiec - ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym

Aniu: płomieniu utraconego dzieciństwa, Arkadii wonny płatku, moja duszo, mój grzechu… Była ANIA, po prostu ANIA, letnim wieczorem, gdy stała bosa na jakiejś widmowej łące z włosami w kolorze lnu, splecionymi w warkocz, gdzieś tam na wysokości wybujałej grzywki; i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Nie opowiem tej historii tak, jak się wydarzyła, ale tak, jak ją zapamiętałem.  

Urodziłem się w małej, podsudeckiej miejscowości, położonej na południu Opolszczyzny, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku – dawno temu, dawno temu. Moja świadomość „ukonstytuowała się”, jakby to powiedział towarzysz Jaruzelski, zbrodniarz, generał, zaraz po stanie wojennym, a więc w latach osiemdziesiątych. Z perspektywy teraźniejszości postrzegam ów etap mojego dzieciństwa jako drugie wcielenie słodkich lat sześćdziesiątych; pod wieloma względami, bardzo do siebie podobnych. I także: bardzo kolorowych.

Zastanawiam się, od czego bym mógł rozpocząć snucie tej opowiastki, gdyż z wszystkich skrawków wspomnień, jakie posiadam, ciężko jest mi naprawdę ułożyć jakąś oszałamiającą, homogeniczną, logiczną, zwartą, sensowną pod względem fabularnym i formalnym historyjkę. Nie od dziś wiadomo, że najlepiej zapamiętujemy, najlepiej się zapamiętuje te ważne etapy naszego życia, stanowiące swoiste kamienie milowe w całej długiej, mozolnej i niebezpiecznej drodze do upragnionej tak bardzo dorosłości. Choć z drugiej strony, czasem na owe skrawki wspomnień składają się zupełne błahostki – sprawy tak nieistotne, że z zasady w ogóle, jako dorośli, nie powinniśmy o nich pamiętać. Ponadto prawdą mi się zdaje ta teza, która głosi, iż na „małego człowieczka” po drodze czekają różne „bazy do zaliczenia”, różne gumowe mile, różne ważne i zasadnicze etapy „wyrabiania normy” w zakładzie produkcyjnym „Bóg, Ludzkość i Spółka”, przy taśmie, linii życia. I gdy je ów nastolatek wszystkie przejdzie, gdy zdobędzie wszystkie bazy, to stwierdzi ze zdziwieniem, że to, co w jego, bardziej lub mniej, marnej egzystencji było mu dane najlepszego, jest już dawno, dawno za nim i że się właśnie stało wspomnieniem, że się właśnie stało historią. W moim przypadku jednym z tych kamieni milowych był rok 1985, a zwłaszcza jego człon letni, człon wakacyjny. Był to rok, w którym wydarzyło się naprawdę sporo – najwięcej w moim dotychczasowym młodym życiu. Był to także rok dożynkowy, rok, w którym odbywały się na ziemi Prudnicko-Głogóweckiej peerelowskie Dożynki Centralne. Dlaczego Centralne? Ano dlatego, że w tym rolniczym święcie plonów udział brały władze centralne, centralnie sterujące naszym nieszczęśliwym, zubożałym, sterroryzowanym przez „czerwoną hołotę” krajem. Centralne też było ogłupienie, ogólne skretynienia i szajba – centralnie! na punkcie telewizji, która miała centralnie! do naszego grajdołka wdepnąć, zawitać, zajechać, przyjechać. Ale do spraw rolniczych i politycznych zapewne jeszcze wrócę. Teraz jednak radbym zająć się zgoła czymś innym, czymś o wiele ważniejszym… Nie opowiem tej historii tak, jak się wydarzyła, ale tak, jak ją zapamiętałem.  

Aniu: płomieniu utraconego dzieciństwa, Arkadii wonny płatku, moja duszo, mój grzechu. A-N-I-U: zainicjowane w sposób miękki, łapczywe crescendo na czterech literach, kończące się ciepłym, długo wibrującym aksamitem. Twe imię istnieje tak, jak istnieje potrzeba, by marzyć o prawdziwej miłości i nieosiągalnej namiętności… Była ANIA, po prostu ANIA, letnim wieczorem, gdy stała bosa na jakiejś widmowej łące z włosami w kolorze lnu, splecionymi w warkocz, i z tą wybujałą grzywką. W szkole – ANKA: mała Anka ze szczerym uśmiechem wypisanym na jej dziewczęcej twarzyczce, mała Anka z roziskrzonym wejrzeniem, kunsztownie przez gaj rzęs okalanym. Ze smakowitymi usteczkami i tymi małymi, białymi ząbkami, zatopionymi w żarze moreli, była Anulka w zaciszu swego domu. A w moich ramionach zawsze była Ania…

I pamiętam to doskonale, jak owego słonecznego lata 1985 roku, gdy stąpałem sobie, jeszcze niepewnie, po linii życia początku, zupełnie niespodziewanie i nagle, piętrząc się radośnie, buchnęły strużki światła złotawe; a potem, bez najmniejszego ostrzeżenia, morska bryza wezbrała mi pod sercem – i oto, półnagie, obnażone niczym przebiśnieg w słońcu, zapląsało przede mną Moje Kochanie. Dokładnie tak zapamiętałem tę jasną, efemeryczną, wyjątkową, cudowną, magiczną chwilę, gdy wpadliśmy na siebie, znienacka. Wtedy to ujrzałem ją po raz pierwszy; a było to nad brzegami modrej, delikatnie szemrzącej i wijącej się szeroką wstążeczką Osobłogi, w jakiś piękny, oblepiony złotem i miodem, pocący się nektarem słoneczników dzień.

Od tamtej pory, my, Dzieci Słodkopolski, „para Jacek i Barbara”, wszędzie chodziliśmy zawsze razem, idąc i trzymając się pod ramię; spotykaliśmy się i spacerowaliśmy, łapiąc się grzecznie i ściskając mocno za rączki, co trwało przez okrągły z górą rok. Ania była moją pierwszą i zarazem jedyną prawdziwą miłością; była też przede wszystkim miłością dziecięcą, ale nie wyłącznie platoniczną. Potem nagle gdzieś znikła, przepadła jak kamień w wodę w odmętach tych niewyraźnych wspomnień, kryjących na swym dnie nieokreśloną słodycz wszystkich, najbardziej nawet rozżagwionych, dni minionego, przebrzmiałego, utraconego na zawsze dzieciństwa; ja natomiast wyprowadziłem się do dużego miasta – z dala od niej i od swych rodzinnych stron. I nigdy więcej jej już nie spotkałem. Ale to nie Ania jest bohaterką mej skromnej opowiastki, lecz właśnie, wspomniana wcześniej, błahostka. Jest to rzecz pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia – przynajmniej z punktu widzenia dramaturgii ludzkich losów i wielkich narracji. O pewnym tym zwiewnym elemencie kobiecej garderoby, bo o nim tu mowa, napiszę za chwilę.

Tak, taaaak; to wtenczas właśnie, w połowie lat osiemdziesiątych, uaktywnił się we mnie, po raz pierwszy, jakiś nadludzki, samczy, szósty zmysł, co ze swych posiadaczy magów czyni, informując tych ostatnich, niby za sprawą szklanej i odpowiednio dostrojonej kuli, o każdej pojawiającej się wibracji: czy to dźwięku, czy światła, czy nawet podłoża. Ów zmysł antycypował swe nadejście chyba nawet jeszcze parę lat wcześniej, tj. we wczesnym dzieciństwie (tego momentu dokładnie nie zapamiętałem, nie zarejestrowałem), kiedy jedna z czechosłowackich stacji telewizyjnych nadawała pochatkęSpadla z oblakov”, „Majka spadła z obłoków” albo, prościej, „Majka z kosmosu”. Pamiętam to doskonale, jak razu pewnego spłynęła na mnie, wprost z ekranu, magia młodziutkiej Majki, która w samych tylko rajtuzkach stąpała sobie najzwyczajniej po suficie, nie zważając na prawo grawitacji. W mych pacholęcych oczach – zaprawdę powiadam wam – to i Majka była piękna; i cuda, jakie wyprawiała, były piękne; i jej dziewczęce nóżki, taaak, zwłaszcza nóżki, były wprost niemożebnie urodziwe, tak nepředstavitelně krásné

Pamiętam i inne jeszcze DZIWY, karmiące bałamutny mój, nieczysty, grzeszny zmysł szamana. Jako młody chłopak starałem się za wszelką cenę podejrzeć, od spodu i z boku, wdzięki zwinnych czeskich tancerek aerobiku oraz serialowych księżniczek o tej samej narodowości, dostępnych przez parę godzin za pośrednictwem telewizji naziemnej-analogowej, ale nie byłem zdolny przełamać magii kineskopu i uczynić zeń okna na świat striptizu. Musiało to z całą pewnością wyglądać przezabawnie, kiedy podchodziłem, „podczłapywałem” jako mały brzdąc, do tej starodawnej Unitry, Diory albo innej Wisły po prostu niczym aktor teatru lalek podchodzi do trójwymiarowego pudełka z kukiełkami, stanowiącego element jego artystycznego warsztatu. Podchodziłem, podkradałem się pod ten wielgachny teleodbiornik; i sobie ukradkiem, z boczku i od dołu, delikatnie spozierałem. I tak, zamiast oglądać, dajmy na to, przydługawą Kronikę Filmową z czasów PRL, przedstawiającą relację z obchodów dożynkowych w Głogówku z udziałem towarzysza Jaruzeli-Karuzeli z PZPR, jak go złośliwie nazywały dzieci, wolałem podglądać te wiecznie rozradowane tancerki, uśmiechające się do mnie niczym polne kwiatuszki wiosną, a przyobleczone w zwiewne, ludowe, arcypowabne stroje. Wolałem podziwiać ich piękne, zgrabne nóżki, łanie nóżki, a niżeli cokolwiek innego… Tak więc, jak już mówiłem, uaktywnił się we mnie jakiś nadludzki, szósty zmysł. Ludzie nazywają ten rodzaj uaktywnienia dojrzewaniem. Natenczas byłem zdolny wykryć każdą fluktuację, która płynęła z ziemi, z wody lub z wnętrza, ośrodkowego i mózgowego, KC: Komunikatora Centralnego Ciała Mego Rozpalonego. Za chwilę podam kilka przykładów tego uaktywnienia.  

Którejś leniwej, kanapkowo-telewizyjnej niedzieli, na którymś tam programie, nieistotne zresztą, na którym, pewnej balerince puściło czy też poszło oczko w rajstopach, podczas jej jakże ekshibicjonistycznego występu. A jam to, nie chwaląc się, przyuważył i sprawił, żem się przez czas niejaki napawał tym puszczonym do mnie oczkiem. O tak; napawałem się przez czas niejaki, to znaczy przez dłuższy czas; …czyli tak jakby za sprawą zastosowania funkcji stopklatki na wirtualnym, istniejącym tylko w mej głowie, starym i poczciwym VHS-ie. Przede wszystkim, niejako już z marszu, „pozwoliła mi” ta panienka napawać się widokiem dolnych swych członów, tak niewinnie obmacywanych nylonowym spoiwem. A zresztą nie miała innego wyjścia, jak pozwolić mi się napawać, gdyż zwiewna jej kiecka była zwiewna aż zanadto, a ponadto kamera telewizyjna, która to wszystko rejestrowała, ulokowała się bardzo nisko i jednocześnie bardzo blisko sceny. I to dobrze! to na szczęście! O mój Boże! Dlaczego nie utkałeś mnie z nylonu!? I tak… raz po raz zerkałem sobie, nieśmiało, na siateczkę ekstatycznych doznań i emfatycznych uniesień, na całą skomplikowaną kartografię koronek, falbanek, nóżek i nie tylko; …no i oczywiście rajstopek. A im głębiej wchodziłem pod spódniczkę, skrycie, tym soczystsze i smakowitsze odnajdywałem tam owoce, których wonne słodkości umiejscowione były wysoko ponad klinem, poza granicą demarkacyjną w postaci części majtkowej rajstop. I oto w przebłysku jakiejś wyższej, szamańskiej, samczej świadomości ujrzałem trzy magiczne słowa: intymność, sekretność, skrytość. Któż ich nie zna? Któż nie zna tych boskich zupełnie formułek, tych Słów zaprawdę Pańskich? Czy nie zna Czytelnik tego owocu o smaku zakazanym, czy obcy jest Czytelnikowi ten radosny przebłysk uniesienia, który wstępuje nań pod wpływem możności wywyższenia się, wzniesienia się ponad tłum, który wstępuje nań pod wpływem poczucia własnej mocy, górowania ponad wszelkimi żywiołami oraz wszystkim, co jest słabe i liche, czy obcy jest Czytelnikowi ten radosny przebłysk uniesienia, który pozwala mu nazywać siebie wybrańcem albo pomazańcem? Wszystko to, o czym marzyć powinien szanujący się podglądacz, skrycie należało teraz do mnie i tylko do mnie! A mówię tu o zaspokojonej mej żądzy, dzikiej i zboczonej, której ślady niby zwierzę ogonem za sobą zacierałem, …skąpany w grzechu, kłamliwy w mowie, nieskory do dzielenia się owocami swoich podejrzeń, podchodów, podlotów. Twarz przeto miałem czerwoną ze wstydu.

Innym z kolei razem nawiedziła mnie, starsza ode mnie o rok, koleżaneczka – łania o imieniu Kinga. Kinga mieszkała na co dzień w wielkim bardzo mieście i tylko od święta przyjeżdżała do swej babuńci, stając się właśnie na ten krótki czas Bożego Narodzenia, Wielkanocy albo wakacji moją sąsiadką, a więc i tak zwaną dziewczyną z sąsiedztwa. Spotkaliśmy się na ulicy, tuż przed domem, zanim jeszcze wstąpiła w me skromne progi. Nigdy nie zapomnę tego, w jaki sposób owego słodkiego, miłego przedpołudnia się poruszała i jak była wtenczas ubrana. I właśnie w tym czymś zwiewnym i czerwonym zaczęła tak niewinnie, niby dla zabawy, kręcić się wokół własnej osi, niczym jakaś danserka ludowego Zespołu Pieśni i Tańca – dziewucha „do tańca i do różańca”, zdrowa, jędrna, krągła i wesoła. A tymczasem wirująca radośnie i bezwstydnie kiecka tej mojej sąsiadeczki, „łaneczki” ukazała mi jej, przyobleczone w bieluchne rajstopy, nóżki w pełnej krasie, które mogłem sobie teraz do woli podziwiać „od stóp aż do głów”, a raczej – nie tyle „do głów”, co aż pod sam jej brzuszek i niewieści, wydatny, wypukły tyłeczek. I powiem wam, mili moi, że aż zbaraniałem z zachwytu nad swoim zbaranieniem, gdy ujrzałem, co ujrzałem. Spojrzałem centralnie! przed siebie: A tam… Migotliwy blask uwikłanego w bieluchne rajstopki i falbanki sukni przewiewnej słońca, wtopiony w zwinne nóżki łani, był blaskiem piękna ulotnego, co w powabach jedwabnych migoce…, niby promyczki lnianych włosów na główce mojej Ani. Znasz to migotanie, znasz je, na pewno! Ileż to razy wznosiłeś się, Czytelniku, ku słońcu, niczym ten Ikar; ileż to razy otwierały się twe źrenice na hasające, iglaste promyczki, na całe te chmary baletniczek tak zwiewnie u kresu burzy uwolnione, po to, aby już bez przeszkód mogły sobie buszować w koronach drzew; ileż to razy, niby pajączek jaki, stąpałeś, Czytelniku, pośród mirażowo-szklistych kosmatości, miękko wtłoczonych w wonne obłoczki zieleńców u schyłku parnego lata… Zajrzałem jeszcze w głąb siebie: Każdy ruch łani był przeze mnie skrupulatnie rejestrowany, każde najsubtelniejsze nawet stąpnięcie rodziło mój wewnętrzny odzew, podobnie jak każde najsubtelniejsze świadectwo skrzypcowej maestrii wywołuje oddźwięk w duszy tego klasycznie pięknego instrumentu. Krótko mówiąc: wyczuwałem to całe migotanie duszy niczym kwiecie polne wyczuwa trzepot motylich skrzydeł… I znów dał o sobie znać mój wirtualny, wewnętrzny, mentalny VHS, powiązany ze zmysłem wzroku, aktywując kolejno funkcję spowolnienia ruchu, spowolnienia rzeczywistości – i to najpierw; a następnie jeszcze uruchamiając bajer stopklatki… Ale na tym nie koniec tych atrakcji, gdyż po około godzince przenieśliśmy się wraz z Kingą do wnętrza mej poniemieckiej willi, której chłód zapewnił mi, przynajmniej przez krótką chwilę, ukojenie po tym jakże namiętnie chwytanym przedpołudniu, pełnym drażniących mnie, gwałcących promyków słońca i pęczniejących na tym słońcu rajstop marki „O, sole mio”. Ukojenie to nie trwało zresztą długo, a to z uwagi na fakt, iż pojawiać się poczęły naprędce kolejne zmysłowe bodźce, sensualne i kolorowe nutki melodii „Samo Życie”. W pokoju stało oto bowiem pianino, na którym uczyłem się niekiedy grać lub uczyłem się, jakby tu nie grać, czyli: jak się lenić. I kiedy Kinga dorwała się, tak jak stała, do tego chordofonu i poczęła na nim brzdąkać „Pieski małe dwa, chciały przejść przez rzeczkę”, a ja się rozłożyłem na podłodze na plecach, tuż obok niej, to wtenczas, wtedy właśnie, zaczęły pojawiać się nowe podniety, a wibratory podniet zaczęły generować nową falę hedonizmu. A mianowicie …zacząłem podglądać Kingę tak sobie zwyczajnie, niewinnie, …tak po sąsiedzku (czyli od spodu, od strony jej stópek, kostek, no i oczywiście łydek), kiedy stała odwrócona do mnie tyłem i wystukiwała na stojąco jedną i tę samą w koło melodyjkę, oraz kiedy wypinała wydatną swą pupinę centralnie! w moją stronę, czyli w kierunku mej głowy i mych oczu…, co wyglądało zresztą na bezwstydną, damską prowokację, a co mimo to było tylko nieświadomym i niewinnym zachowaniem się jej pięknego ciałka: pozą mianowicie, pozą tego żywego posążku Kingi-boginki, pozą członkini i przodowniczki jakiegoś tajemnego bractwa słonecznego. I była to mimo wszystko jakaś forma nagrody oraz dalszej dla mnie zachęty do działania: do podglądania, do sapania, do wzdychania, do rajcowania się, do kontemplowania chwili, tej chwili. A kiedy miły mój gość zapytał, czy mi się jej interpretacja podoba, odpowiedziałem bez wahania, że kibicuję wszystkiemu, co tu widzę i słyszę; i że tę chwilę kontempluję z najwyższą możliwą uwagą. I Bóg mi świadkiem, że była to święta prawda, choć akurat z czystością i niewinnością niewiele miała wspólnego. Twarz przeto miałem czerwoną ze wstydu.  

I to właśnie wstyd ogarnie, będzie ogarniał kolejne wersety, prezentowanego tutaj w skrócie, mego dzieciństwa; mych wspomnień, z których najpiękniejsze powinny pozostać może wyłącznie wspomnieniami… Pamiętam jak razu pewnego – a było to jeszcze w zimnych, poklasztornych murach szkoły muzycznej pierwszego stopnia, czyli tam, gdzie wszędy dokoła wibrował falsetowy śpiew chóru a cappella, wibrujący w taki sposób, iż odnosiło się wrażenie, że nawet mury, martwe mury, same sobie śpiewają i pogwizdują – uwagę moją przykuło pulchniutkie, białe udo łani nauczycielskiej, tak ekshibicjonistycznie i gwiazdorsko wydane na widok publiczny, tuż pod stołem – znaczy się – pod jej biurkiem. I na nic się zdały wdzięczne poryki i umuzykalnione solmizacje belferki – tej młodej twarzy tego mało seksownego ciała o pedagogicznych aspiracjach i stale kurczących się zarobkach. – Koło kwintowe, kochane dzieci, jest czymś więcej, a niżeli zwykłe koło. – Wkoło mnie istniały tylko umiejętności praktyczne (palcówki w wydaniu dziecięcego onanisty), umiejętności szpiegowskie (podchody i podglądactwo w cieniu szkolnej ławy), umiejętności bokserskie (boksowanie się z samym sobą, by nie sapać zbyt głośno i nie zwracać niepotrzebnie na siebie uwagi), umiejętności gwiazdorskie (ze strony łani: upublicznienie białych majteczek, lśniących rajstopek, ciasnego i masywnego klina… w sposób powolny i konsekwentny, niemalże rytmiczny – tak, by z przekładania nogi na nogę uczynić majestatyczny rytuał podciągającej się wciąż wyżej i wyżej spódniczki, kończący się orgazmem wszystkich potencjalnych uczestników tej celebry)… Najogólniej rzecz ujmując: Muszę powiedzieć, że bardzo lubiłem te zajęcia z teorii muzyki z elementami, fascynującej mnie od dziecka, akustyki; bardzo lubiłem to towarzystwo (starsze nieco ode mnie), z którym zawsze mogłem się pobawić w chowanego i sobie poganiać w berka w trakcie przerwy pomiędzy zajęciami teoretycznymi; bardzo lubiłem ten stary, a jednocześnie niezwykle malowniczy trakt kolejowy, wiodący przez czarnozielony, tajemniczy las, którym przyjeżdżałem dwa, trzy razy na tydzień do tego małego miasta, by móc się w nim kształcić: umuzykalniać i praktykować grę na skrzypcach. A przy okazji mych Racławicko-Głubczyckich eskapad, przyznać to szczerze muszę, lubiłem też i podziwiałem te wielkie maszyny rotacyjne archaicznego typu, służące do drukowania kartonowych biletów PKP; takich, no wiecie, z dziurką pośrodku… Do szkoły tej i do tego niewielkiego miasta zapewne jeszcze powrócę. A twarz ma stanie się ponownie purpurowa ze wstydu. Ale to potem – wszystko w odpowiednim czasie.  

Z czasów mej młodości pamiętam jeszcze jedno, niebiańskie w mym odczuciu, zdarzenie. Oto pewnego razu, jako chłopiec bez mała siedmioletni, wybrałem się z matką do sklepu po nowe spodnie. I kiedy już je przymierzałem, w kabinie obok znalazła się znienacka i „zapląsała” przede mną wyrośnięta dwudziestoparolatka, trochę tylko podobna do mojej Ani. Stopniowo, ta młoda kobietka, zsuwała z siebie ubranie, odsłaniając kostki okryte rajstopkami, kolana okryte rajstopkami, uda okryte rajstopkami, pupę i brzuszek okryte rajstopkami. A ja to wszystko obserwowałem od spodu, przez szczelinę łączącą sklepowe kabiny, gdy tymczasem moja matka gdzieś tam na chwilę odeszła, gdzieś się zapodziała. Tak więc, powtórzę raz jeszcze, obserwowałem sobie i zachłannie poznawałem to oblicze całości, perfekcyjne i skończone, przechodząc partiami, kolejno, od dołu ku górze. I dziwiłem się niezmiernie, bo oto teraz w miarę szczupła przedstawicielka słabej płci (aż taka znowu szczupła to ona nie była, bez przesady!) jawiła mi się z bliska dość masywnie …i górowała nade mną mentalnie, jak i w zupełnie innym jeszcze sensie, a mianowicie górowała niemarnym swym puchem, swą cielesną powłoką. – I to ma być słaba płeć? – zacząłem mieć wątpliwości. – O! Pani! masz nade mną władzę absolutną i nadludzką. Odczuwam wyższość górującą ponad marnościami, która bije od strony twego uda, będącego dla mnie magicznym i zupełnie nieosiągalnym ołtarzem rozkoszy. – Twarz przeto miałem, musiałem mieć czerwoną ze wstydu, no bo jakżeby mogło być inaczej.

 

C.d.n.

Koniec

Komentarze

Autorze zbastuj trochę z wrzucaniem takiej ilości opowiadań.

Jedno dziennie w zupełności wystarczy.

Tak jest! Pauzujemy! 

maciekzolnowski

Ukonstytuować to jest piękne słowo z zakresu nauk humanistycznych – prawa, filozofii itd., a ty mu taki wydźwięk nadajesz, jakby było takim samym zbrodniarzem, jak ten Jaruzelski :P

 

“rok Dożynkowy” – albo rok dożynkowy, albo Rok Dożynkowy, konsekwentnie

 

Odnajdywałeś owce pod spódniczką? :D Literówka.

 

Zabawne. I straszne, jeśli tak na was działa kawałek kobiecej nogi :o Puenta niezła. Tylko mało akcji.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Taaaak, te wełniane owce są takie miękkie i delikatne (porównując z tytułem). 

 

“Zabawne. I straszne…” Zabawne to wcale nie jest, bo: kiedy usiłuję stworzyć horror to mi wychodzi fantasy, a kiedy piszę o miłości to powstaje to rzeczone straszne. 

maciekzolnowski

“Mało akcji”. No, ja już tak mam: albo tworzę “klimaty”, lapidaria, albo zapisuję swoje sny i przeżycia.  Akcji nie ma, to fakt.

maciekzolnowski

Tak cię obwaruję kolejną portalową zasadą, zanim przyjdzie admin – możesz edytować komentarz, zamiast dodawać jeden pod drugim ;) Cieszę się, że ustosunkowałeś się do komentarza. Rozumiem, każdy ma swój styl :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za radę (przestrogę). 

A propos Twoich słów: każdy ma swój styl. No właśnie przeczytałem jeden z Twoich erudycyjnych tekstów i jestem pod wrażeniem. Interesujesz się Lemem?

maciekzolnowski

Nie wiem czy to jest zainteresowanie. O Lemie miałam jedną z prac dyplomowych, artykuły, wykłady na dniach fantastyki i wystąpienia na konferencjach naukowych. To chyba nieszkodliwa obsesja :P A czemu pytasz?

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dlaczego pytam? Dlatego, że lubię ludzi z pasją. Zresztą tworzysz tutaj rasową fantastykę (co jest zgodne z przeznaczeniem tej strony), a czego nie można powiedzieć np. o mnie: piszę, bo lubię, bo coś tam przeżywam. Staram się myśleć klimatycznie, nie fabularnie.

Tak, wiem że studiowałaś filozofię (być może nawet mamy wspólnych znajomych) i wiem, że pisałaś na temat pana Lema. 

Pozdrawiam serdecznie,

MZ

maciekzolnowski

“(…) niby za sprawą szklanej i odpowiednio dostrojonej kuli” – W jaki sposób można skalibrować czy dostroić czarodziejską, szklaną kulę; wie ktoś może? Jeśli ktoś wiem, to niech mi, proszę, powie. Dopiszę odpowiedni załącznik do powyższego tekstu (pt. “Instrukcja obsługi i kalibracji kul szklanych w latach 1980-1990”). tCheńks.  ;)

maciekzolnowski

Tak jak nie lubię, gdy ktoś opowiada mi swoje sny, tak nie przepadam za wysłuchiwaniem cudzych wspomnień, a już pierwsze chłopięce doświadczenia i przeżycia związane z dziewczęcymi rajstopkami zupełnie nie mieszczą się w zakresie spraw, o których chciałabym czytać.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Najbardziej przeszkadzały mi liczne, choć chyba celowe, powtórzenia, nadmiar wielokropków i nie najlepsza interpunkcja.

 

Maćku, skoro to nie jest skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

 

z wło­sa­mi w ko­lo­rze lnu, sple­cio­ny­mi w war­kocz ponad wy­bu­ja­łą grzyw­ką… – Nie bardzo umiem sobie zwizualizować warkocz spleciony ponad grzywką…

 

A no dla­te­go, że w tym rol­ni­czym świę­cie plo­nów… – Ano dla­te­go, że w tym rol­ni­czym świę­cie plo­nów

 

i nagle, pię­trząc się ra­do­śnie, buch­nę­ły stróż­ki świa­tła zło­ta­we… – Dlaczego spiętrzone panie dozorczynie buchnęły światła złotawe?

 

to wten­czas wła­śnie, w po­ło­wie lat 80-tych… – …to wten­czas wła­śnie, w po­ło­wie lat osiemdziesiątych

 

magia mło­dziut­kiej Majki, który w sa­mych tylko raj­tuz­kach stą­pa­ła sobie naj­zwy­czaj­niej po su­fi­cie, nie zwa­ża­jąc… – Literówka. Zbędny wielokropek przed przecinkiem.

 

…za­praw­dę po­wia­dam Wam – …za­praw­dę po­wia­dam wam

 

przy­oble­czo­ne w zwiew­ne, lu­do­we, ar­cy-po­wab­ne stro­je. – …przy­oble­czo­ne w zwiew­ne, lu­do­we, ar­cypo­wab­ne stro­je.

 

pew­nej ba­le­rin­ce pu­ści­ło czy też po­szło oczko u raj­stop… – …pew­nej ba­le­rin­ce pu­ści­ło czy też po­szło oczko w rajstopach

 

…O mój Boże! – Jaki jest sens stawiania wielokropka przed nowym zdaniem?

 

I tak…, raz po raz… – Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

I po­wiem wam, mili moim, że aż zba­ra­nia­łem… – Literówka.

 

wy­stu­ki­wa­ła na sto­ją­co jedną i tę samą wkoło me­lo­dyj­kę… – …wy­stu­ki­wa­ła na sto­ją­co jedną i tę samą w koło me­lo­dyj­kę

 

A kiedy miły mój gość mnie za­ga­ił… – Można zagaić np. zebranie/ rozmowę, ale nie można zagaić kogoś. Czy oba zaimki są niezbędne?

Proponuję: A kiedy miły mój gość zapytał

 

od­po­wie­dzia­łem bez wa­ha­nia, że ad­o­ru­ję wszyst­kie­mu, co tu widzę i sły­szę. – Można adorować kogoś/ coś, ale nie można adorować komuś/ czemuś.

 

– Koło kwin­to­we, Ko­cha­ne Dzie­ci!, jest czymś wię­cej, a ni­że­li zwy­kłe koło.– Koło kwin­to­we, ko­cha­ne dzie­ci, jest czymś wię­cej, ani­że­li zwy­kłe koło.

 

!– O! Pani!, masz nade mną… – Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

która bije od stro­ny Twego uda… – …która bije od stro­ny twego uda

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Znudziły mnie opisy nóżek i rajstopek. Dokumentnie. Jestem kobietą i zawsze mam przy sobie parę damskich nóg niezłej jakości. Do rajstop mogę dotrzeć w każdej chwili. Czym tu się ekscytować?

Ani fantastyki, ani akcji…

Ile lat ma narrator? Bo z jednej strony już interesuje się tymi nóżkami jak nastolatek, z drugiej ogląda bajki w telewizji jak przedszkolak.

Aha, jeśli to nie jest dokończony tekst, to wypadałoby oznaczyć jako “fragment”.

buchnęły stróżki światła złotawe;

Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić…

Babska logika rządzi!

Dzięki, dzięki wielkie; wszystkie błędy poprawię (na 100%). Dziś jestem zarżnięty (brzydko mówiąc), ale jutro, pojutrze się postaram pozmieniać to i owo. I oczywiście: oznaczę to wszystko jako “fragment”.

Narrator ma ok. 7 lat. 

maciekzolnowski

Wcześnie zaczął… ;-)

Babska logika rządzi!

Wcześnie, ano! Ai ragione.

maciekzolnowski

Ej, przecież to jest taki sentymentalny tekst.

A że wciąż rajstopy? Jak miał kilka lat to przecież dokąd sięgał dorosłemu człowiekowi? Do pępka? Kompletnie mi to nie przeszkadza.

I nie potrzebuję tutaj żadnej akcji, bo jest klimat, bohater, który łączy te scenki.

Mnie się bardzo podoba, naprawdę :)

Autorze, wyrzucili mnie z nominowalni, bo to fragment jest. Dokończ go i zamień w całe opowiadanie.

No dokładnie, to jest tekst sentymentalny. A rajstopki są w nim jedynie pomocnym gadżetem i pretekstem do czynienia wspomnień (i spokojnie mogłyby zostać zastąpione przez np. pralkę Franię, syfon domowy albo żyletki Rawa-krwawa Lux). 

 

Anet, o którym tekście mówisz (”Dokończ go i zamień w całe opowiadanie”)? 

maciekzolnowski

O Rajstopowcu mówię.

Jasne, Anet; dzięki! Dokończę na pewno! Trochę z czasem u mnie krucho ostatnio, buuuu. :(

maciekzolnowski

Oj tam, oj tam, na pewno dasz radę ;)

“I nie potrzebuję tutaj żadnej akcji, bo jest klimat, bohater, który łączy te scenki.” Naprawdę bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, Anet. One dużo dla mnie znaczą. ;) 

maciekzolnowski

Aniu: pło­mie­niu utra­co­ne­go dzie­ciń­stwa, Ar­ka­dii wonny płat­ku, moja duszo, mój grze­chu. A-N-I-U: za­ini­cjo­wa­ne w spo­sób mięk­ki, łap­czy­we cre­scen­do na czte­rech li­te­rach, koń­czą­ce się cie­płym, długo wi­bru­ją­cym ak­sa­mi­tem.”

 

Lolito, światło mego życia, płomieniu mych lędźwi. Mój grzechu, moja duszo. Lo-li-ta: czubek języka schodzący w trzech stąpnięciach wzdłuż podniebienia, aby na trzy trącić o zęby.”

 

Troszkę zerżnięte od niejakiego Nabokova (i jego “Lolitki”). ;)

 

maciekzolnowski

Nowa Fantastyka