- Opowiadanie: Jastek Telica - Syzyf

Syzyf

Przeróbka znanego mitu.

Choć w zasadzie wyszło niekanoniczne przesłanie.

 

25.04.2017 po osiemnastej – Dzięki za uwagi. Zastosowałem się do co poniektórych. Wyjąwszy “herosa”, bo jednak Syzyf to postać tak nie byle jakiego formatu, że nie umiem nazwać go inaczej. Sorry, po prostu klawiatura mi się zbuntowała.

 

Tak, półprzewodnik, jest celowy. Zbyt wielka pokusa wieloznaczności, by jej nie ulec.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Syzyf

 

Już z daleka słyszał ten głos. Zrzędliwy, niezbyt głośny, ale wyraźny i choć składający się na ciąg przekleństw, to paradoksalnie pozbawiony złości. Wędrowcowi wydawał się raczej monotonny i zabawny, niż zawzięty i pełen goryczy.

Na razie po drugiej stronie znalazł niewiele. Ona tak osławiona, tak podobno niezwykła, nużyła go i męczyła. W istocie nie była nawet straszna. Gdy przyzwyczaić się, okazywała się przewidywalna. Jednostajna.

Jeszcze nie widział tego człowieka, jeśli był człowiekiem, a nie jakimś dziwolągiem. Tu się zdarzało. Głos wydobywał się spoza wysokiej skały, zasłaniającej widok na górę, na którą wspinał się podróżnik. A na szczyt postanowił wejść po prostu po to, by się rozejrzeć. „Może” – myślał, znudzony wszystkim co widział dotąd – „dojrzę coś jedynego w swoim rodzaju, coś co umykało uwadze, gdy jest się na dole. Z dołu widać gorzej”. Stąd zrozumiałe pożądanie by wyleźć na wierzch. Ludzie żarliwie o tym przekonują.

Wynurzył się zza skały i zobaczył starego człowieka, raczej niewysokiego, z wyglądu cherlaka. Ale jego mięśnie zdawały się twarde, może nawet twardsze od ogromnego głazu nad jakim się mozolił. Ocierał pot o koźlą skórę, w którą przyodział się, drapał po brodzie i napinał mięśnie. Wielki skalny blok drgał i toczył się coraz wyżej.

– O jakże nieszczęsny mój los… Okrutny i niesprawiedliwy – mały człowiek z bliska mamrotał bardziej zrozumiale, ale z widocznym brakiem zaangażowania, jakby odbębniając codzienną orkę. – Złorzeczę wam, wy okrutni! – wykrzyknął, i z czymś co miało przypominać zawziętość, spojrzał w górę i pogroził kułakiem, głaz zadygotał, więc opuścił rękę. Jeszcze spadnie. – Jak długo będziecie mnie dręczyć?! Za co?! O wy bezlitośni! – zamyślił się. Zapomniał na chwilę o wszystkim. Po czym jednak ocknął i skargę podjął na nowo. – Niczym nie zasłużyłem sobie na tak bezlitosną karę!

Łazik odetchnął i zaczął przyglądać się z ciekawością. Wreszcie coś się działo. Starzec na chwilę przestał biedzić nad dolą, po czym zmęczony, ale chyba bardziej klątwami, niż wtaczaniem olbrzymiego kamienia, odwrócił się do niego i podparł plecami. Pewien czas odpoczywał i zbierał siły do dalszej pracy i dalszych klątw. Tak jedno, jak drugie należało do jego obowiązku, stąd było równie wyczerpujące, jak niemiłe. Po chwili wrócił do przerwanego trudu.

– Nawet najgorszy łotr nie doznał podobnej niesprawiedliwości – wymruczał ów niewielki człowiek napinając mięśnie i dość łatwo tocząc głaz. Pot wprawdzie lał się z jego czoła, ale łazęga który niemało widział, dostrzegł, że mięśnie nie drżą, a blok skalny nie umyka silnym rękom. – Znikąd pomocy, ani litości. Nigdzie choć jednego człeka, od którego złakniony samotnik dozna pociechy. Nikt nade mną nie zapłacze. Nikt nie pamięta, chyba, że w klątwach i głupich przypowieściach, z jeszcze głupszym morałem. O, bogowie, jakżeście surowi! Doświadczacie mnie zbyt okrutnie – sapnął. – Ta bryła ciężka, ręce mi mdleją, najchętniej pozwoliłbym by stoczyła się na przepadłe.

Westchnął i tknięty nagłym przeczuciem zerknął za siebie, wtedy zobaczył obcego. Lecz choć jeszcze niedawno wyrzekał na samotność, teraz wcale nie wydawał się zadowolony z jej utraty. Przeciwnie. Jego oblicze stało się raczej nieprzyjazne. Przemknął przez nie dziwny grymas, który poszukiwacz najchętniej określiłby jako podejrzliwy. Wydało mu się, że szare oczy starca zabłysły w jednej chwili przebiegłością tak wielką, że większej nie znalazłoby się nawet u sławnego z podstępów Hermesa, a Odyseusza, o którego czynach czytał i bez których nie istniała kultura tworząca jego mentalne chrząstki, zawstydziłyby niezmiernie.

– Kim jesteś, panie? – zagadnął zatem.

– Ja? Więc nie słyszałeś o mnie? – zdumiał się starzec. – Jednakowoż dziwne bardzo. Ale wieki minęły i na świecie coś tam się pozmieniało. Podobno rządzą inni bogowie niż za moich czasów. Słyszy się, że litościwsi. Choć zawsze sądziłem, że to niemożliwe, bo nie ma dobrych – pokutnik rozejrzał się ukradkiem, lecz nic się nie stało, więc w jego chytrych oczach zabłysło dziwne światło. – Tak, wszechmocni… Wszyscy jednacy, bo najpierw niemiłosiernie dręczą śmiertelnika, każąc mu stawać się lepszym, a później, gdy on odpłaca okrucieństwem równym temu, jakiego doznał od nich, biorąc ich za przykład, karzą bez litości, mówiąc, że obraża ich jego niewdzięczność. Jakby oni byli przykładem czegoś chwalebnego lub coś pożytecznego zdziałali dla naszego rodzaju! Lecz wciąż pragną pieśni wychwalających ich dobroć i mądrość, choć oni ani dobrzy, ani tym bardziej mądrzy, tylko silni. Jak każdy tyran. Póki nie znajdzie się mocniejszy. A ty, człecze, skąd żeś się tu wziął?

– Ja? Jak wszyscy.

– Prawda. Tu każdy z nas trafia tak samo, za sprawą tego nieudolnego półprzewodnika, w istocie ofiary losu, Hermesa i tych trzech ciotuń, co nie potrafią porządnie prząść. Wyobrażasz sobie? Jak nici nie urwą, to poplączą! Prządki! A materia, którą snują wszak ze wszystkich na świecie najcenniejsza! Powiem ci, że w lepszych czasach w swym pałacu miałem służki, którym nigdy to się nie zdarzało, a przecież nie miały pretensji do sławy największych tkaczek. Ja zwę się Syzyf – sapnął. – Więc powiadasz, że nie słyszałeś o mnie?

– Czytałem kiedyś. Czy nie w mitologii?

– No, chyba. To takie wymysły?

– Starożytne i nie do wiary.

– Czyli dobrany zestaw. Więc służę za przykład kary, czyż nie?

– Tak i bezużytecznej pracy.

Starzec z wyrozumiałością pokiwał głową, znowu spojrzał na wędrowca. Cały czas podtrzymywał głaz, by ten się nie stoczył. A ów pewnie tkwił w tym samym miejscu, bo choć szczupłe, to silne były ręce pokutnika i nie pozwalały by cokolwiek działo się wbrew ich woli.

– Może pomógłbyś, bracie? Góra wielka, a droga na szczyt daleka i niełatwa. Wspólny nasz ludzki los. Jeśli nie będziemy siebie wspierać, tylko cięższym się okaże. To jak, będziesz stał z boku, czy się przyłączysz?

– Czemu nie. Ale powiedz mi za co ukarano cię tak bezlitośnie, bo prawdę powiedziawszy zapomniałem. I dlaczego mówisz, że bogowie niesprawiedliwi, mnie zawsze się zdawało…

Po tych kilku w istocie niewinnych pytaniach wzrok Syzyfa stał się bardzo nieżyczliwy. Obieżyświat nie wiedział dlaczego, bo na myśli nie miał nic złego. Zaś starożytny heros, choć wykrzykiwał, że brak mu sił, nagle z niezwykłą mocą pchnął swój kamień pokutny i szybkim truchcikiem podążył za nim. A podskakujący głaz toczył się szybko i tak łatwo, jakby to była piłka, a nie ważący tyle, co dziesięciu ludzi, ciężki blok skalny. Pokutnik oddalił się na znaczną odległość, taką by nie widzieć wędrowca, może nawet nie słyszeć i przestał się spieszyć. Z wysiłkiem, którego jeszcze przed chwilą nie było po nim znać, wtaczał wielką bryłę, często ocierał pot z czoła i nie raz przystawał dla nabrania tchu, choć nie oddychał ciężko, ani też nie chwiał się jak człowiek słaby. Wkrótce też zaczął marudzić klątwami.

Łazik niedługo się namyślał. Szybko dogonił mamroczącego starca, któremu znowu się nie spieszyło.

– Pomogę ci – zaproponował.

Katorżnik w pierwszej chwili spojrzał nieufnie, ale później uśmiechnął się i zrobił miejsce obok siebie. Głaz był potwornie ciężki, wędrowiec odczuł to z początku, później ani razu. Syzyf do toczenia go nie potrzebował niczyjej pomocy, choć niewątpliwie cieszył się z towarzystwa. Wciąż cicho wyklinał swój los, ale chyba nie przejmował się nim za bardzo, bo jego przygodny pomocnik niespodziewanie zerknąwszy na oblicze mitycznego bohatera, dostrzegł na nim pogodny, niczym nie zmącony uśmiech. Jakże nie licujący z żałosnymi skargami, wciąż padającymi z tych ust.

– Odpoczniemy – stwierdził nagle skazaniec – zmierzch tuż.

Nie spieszyli się. Tułacz nie zdążył się zmęczyć. Pod górę podchodzili raczej wolnym krokiem, jakby to był spacer, a nie kara boska. Mogliby szybciej, heros, gdy chciał w zasadzie śmigał i nie brakowało mu sił. Zdarzało się, gdy nie było innej możliwości, że brał na siebie skałę i podrzucał go bez trudu na stopę lub dwie.

– Moglibyśmy wtoczyć ten kamyczek jeszcze trochę – zaproponował wędrowiec. Tak myślał, że ciężką pracę należy skończyć jak najszybciej.

– Po co? – beztrosko parsknął Syzyf. – Nie trzeba się spieszyć, a gdy będę pod szczytem, głaz i tak mi się wymknie jako zwykle. Przywykłem nawet do tego – zauważył pogodnie. – Tu przenocujemy.

Popchnął bryłę pod górę, a gdy się toczyła, skoczył w stronę sporego otoczaka. Głaz zaczął się zsuwać, lecz mocarny chudzina zatrzymał go jedną ręką, drugą podkładając kamień, by zatrzymać swoją pokutę na miejscu. Dla pewności dołożył jeszcze jedno zabezpieczenie. Niech męka nie przepadnie.

– Leż tu sobie i czekaj na mnie – dość czule zwrócił się do skalnego bloku.

– Widzę, że na tym się znasz?

– Ba, wszystko już dawno obcykałem. Milenia praktyki, brachu. Chodź, niedaleko stąd jest przeurocze miejsce. Zawsze w nim przystaję. Nieodmiennie mnie zaskakuje.

– Nie lękasz się zostawiać tej bryły? Może się stoczyć – jego przygodny pomocnik nieufnie spoglądał na to, jak mu się zdawało, niepewne zabezpieczenia. Nie chciał przez głupie zaniedbanie tracić całego dnia pracy.

– Nie trwóż się niepotrzebnie – odrzekł starożytny bohater. – Naprawdę wiem, jak sobie z tym radzić. Doświadczenie – zerknął na smętnego włóczykija czujnie, ale po chwili roześmiał się jak dziecko z udanej psoty. – Chodź. Posilić się warto. A we dwóch zdrowiej.

Znaleźli dzban z dobrym winem, chleb i mięso. Syzyf jadł powoli, delektując się każdym kęsem. Przymykał oczy, małymi łykami popijał wino. Podróżnik czuł głód, więc żarłocznie pochłaniał jedzenie. „Dziwne” – myślał – „dlaczego go czuję”? Ale jeszcze dziwniejsza zdała mu się obecność strawy. Zagadnął o to swego kompana.

– Żadna magia, brachu. Po prostu jak żona upichci coś pysznego, to czemu miałaby się nie podzielić? Z takiej wspólnoty szczęście. Więc codziennie coś mi przynosi.

– Wolno jej?

– Wiesz, małżeństwo, świętość na dobre i na złe. Gdzie takie sprawy będą pilniej uskuteczniane jak nie tu?

– Słusznie, dobrze, że jej się chce.

– Ma zajęcie. To podstawa – odparł Syzyf. – Mogę na nią liczyć, to dobra, wierna kobieta, nigdy mnie nie opuściła. Ani też uległa pokusie zdrady. A nakłaniano ją naprawdę z wielką gorliwością.

– A ona tu skąd?

– Przyszła – lakonicznie odpowiedział pokutnik. Spojrzał na towarzysza. Z ich dwóch to nie skazaniec zdawał się bardziej przybity . – Dziwisz się pewnie i myślisz: „gdyby nie ten koszmarny kamulec, jego los byłby całkiem znośny, nawet po śmierci umiał się ustawić”. Pozory. Gdybyś wiedział jak kiedyś żyłem. Ech! Byłem królem pełną gębą, i to sławnego z uciech Koryntu, niczego mi nie brakło, chyba że przysłowiowej gwiazdki z nieba. Lecz wszystko się skończyło. Zawsze tak niesprawiedliwie. Nieodmienna śmiertelników dola. Bo prawda taka, że po tamtej stronie życia dobrze dawałem sobie radę, choć wciąż doświadczałem niesprawiedliwości, bo bogowie zechcieli zostać moimi wrogami. Przykrość. Ale, jakby spojrzeć w drugiej strony, i zaszczyt niebywały. Dla przykładu taki Autolikos posługując się czarami, okradał mnie niecnie, moje krowy zamieniał z czarnych na białe i przywłaszczał sobie, bo niby jaśniejsze mu się przynależały. Ale jakoś mu poradziłem, a swą krzywdę wynagrodziłem sobie na jego żonie. Albo ów Salmoneus. Wyobraź sobie, że przyszło mu na myśl, by pozbawić mnie należnego dziedzictwa. Za podobne szachrajstwo godzien smażyć się w piekle. Lecz nie, bo bogowie stali po jego stronie. Oni tak zwykle. A jednak i od niego okazałem się sprytniejszy, no i pomściłem się jak należy. Niestety, Zeus, który ze wszystkich niebian najsilniejszy, na swój sposób wyrównał te rachunki. Kibic nie powinien wtrącać się do rozgrywki. To było wybitnie niesportowe.

Heros zamilkł, spojrzał na przybysza i nie powiedział nic ponadto. Ów ze swej strony nie dopytywał się, pamiętając jak łatwo zrazić tego nieodgadnionego pokutnika. Nadeszła noc, z nią sen. A rankiem Syzyf, rześki, uśmiechnięty raźno obudził towarzysza.

– Wczoraj dobrze nam poszło – zauważył, choć zapewne wykonał tę samą pracę co zwykle. – Mam nadzieję, że dzisiaj również nie zabraknie ci zapału?

– Czuję, jak mnie ochota rozgrzewa – odparł podróżnik, któremu brakło pilniejszych zajęć.

Tocząc głaz, król Koryntu nie spieszył się, a jego towarzysz przywykł do niespiesznego rytmu. Dobrze im się współpracowało. Ale przede wszystkim rozmawiali o winie, jak je najlepiej wyrabiać, o czym mityczny bohater posiadał niebagatelne pojęcie, a nowożytny tułacz żadne, o kobietach, ten temat obydwu bardzo ciekawił, pogodzie i wielu innych ważnych sprawach. Pod wieczór stwierdzili, że znakomicie im idzie razem, a własne towarzystwo okazuje się wykwintne jak najlepszy rocznik upojnego trunku.

– Jesteśmy – oznajmił katorżnik.

Ponownie z wielką wprawą wykonał sztuczkę z kamieniem. Wędrowiec tymczasem rozglądał się w poszukiwaniu miejsca nadającego się na spoczynek, ale jakoś takiego nie dostrzegał. Powiedział o tym druhowi.

– Nie obawiaj się, doskonale znam tę górę – starzec ze śmiechem poszedł pierwszy. Znaleźli ocienioną wnękę, z której wydobyli chleb, mięso, wino i owoce. Powąchał i pokraśniał z uciechy. – Proste, a najlepsze. Postarała się dzisiaj moja pani – mruknął. – Chodź – ciągnął – w pobliżu znajduje się cudowny taras skalny, z którego roztacza się widok po prostu boski.

Usiedli obok siebie, zwieszając nogi nad przepaścią, patrzyli w dal. Widok w istocie był godzien uwiecznienia. Niżej, na stromych stokach góry, rosły buki i dęby, szumiąc, spływały spienione potoki, nad małym wodospadem zawisła tęcza, zaś w dali, po zielonych łąkach, przechadzali się ludzie, jednak jakby bez celu. Król Koryntu spoglądał na nich z głęboką zadumą.

– Nie chciałbym tak jak oni – przemówił wreszcie.

Tułacz zdziwił się niezmiernie.

– Czemu? Czyż im gorzej niż tobie? – spytał, zapominając, że skazaniec jest na tyle ostrożny, że może go zaniepokoić podobnym pytaniem. Lecz zdumienie było większe od ostrożności. Los tegoż herosa wydawał mu się okropny.

– Wiesz kim oni są?

– Nie.

– Niektórzy z nich to śmietanka bohaterów – odpowiedział katorżnik. – Wśród nich są niepokonany Achilles i mocarny Ajas, możny Agamemnon i bystry Tezeusz. Same sławy. A jednak nie zazdroszczę im ich losu. Sami powiedzieliby ci, że lepiej być pastuchem, tam na Ziemi, byle żywym, niż królem tu, w Hadesie. Spójrz na nich, błąkają się, cienie, upiory niemalże, wspominające minione życie, przygody, walki, heroiczne czyny. Nie ma do nich powrotu. Nieszczęśnicy, taka cena za wspaniałe życie. Teraz ich istnienie jest szare, czcze, jałowe…i puste. Nic nie warte. Zaiste, korzystniej to kozy pasać.

Spoglądali w dal. Syzyf, z niezwykłą zadumą w swych szarych, przebiegłych oczach. Z tak wielką, że zadziwił nią wędrowca. Wkrótce udali się na spoczynek. Nawiedziły ich piękne sny.

Król następnego dnia wydawał się bardzo ożywiony, niemal szczęśliwy, więc jego tymczasowy pomocnik postanowił, że zapyta go o pewną sprawę, nie dającą mu spokoju, choć wciąż pamiętał, że ma do czynienia z osobnikiem niezwykle podejrzliwym i ostrożnym. Nigdy za wiele nie zdradzającym. Jakby ze strony nawet przygodnego włóczykija mogło go spotkać coś złego. Lecz skoro był tak pogodny od rana, to podróżnik postanowił zaryzykować.

– Powiedz mi, Syzyfie, za co bogowie ukarali cię tak srodze?

Starzec najpierw spojrzał na pytającego czujnie, z nieludzką przebiegłością i trochę szyderczym błyskiem w oczach, całkiem jak na podstępnego, potężnego wroga lub… boga, lecz później przypomniał sobie z kim go los połączył, więc łagodny uśmiech powrócił na pomarszczone oblicze.

– Och nieszczęsny mój los – skazaniec zwyczajowo zaczął od narzekań. – Bogowie ukarali mnie niesprawiedliwie, ze szczętem niesprawiedliwie. Opowiem ci, jeśli zechcesz słuchać, choć wątpię, czy ta opowieść znajdzie twe uznanie.

– Czy mam tu coś lepszego do roboty?

– Słusznie – przyznał król Koryntu – ale to gorzka historia. Czuj się ostrzeżony.

– Nie będę miał do ciebie żalu.

– Toś mi brat. Zatem widzisz, dobry człecze, muszę wtaczać ten głaz na szczyt, gdzie obiecany kres mej udręki. Stąd się wysilam ponad wszelkie pojęcie. Ale gdy już jestem tuż, o krok, wtedy sił mi braknie i ten blok wymyka mi się zdradliwie – uśmiechnął się, patrząc na swe szczupłe, zwykle silne ręce – wtedy na nowo muszę rozpoczynać swój daremny trud. Bo wiesz, nagroda.

– Przypominam sobie. I tak całą wieczność. To okrutne! – zawołał wędrowiec, na co Syzyf lekko skinął głową. – Za co tak cierpisz?

– Oczywiście zbrodnię najohydniejszą.

– Czyli?

– Zdradę boskich tajemnic. Maluczkich wolno obsmarowywać do woli, ustosunkowanego parnasu nigdy. Zakarbuj to sobie na wieki wieków. A ja znałem prawdę o pewnym postępku Zeusa, którym ów nie mógł się chlubić. I jakże mnie język piekł. Nic, tylko uciąć zdrajcę. Pożałowałem głupi. A to było nie byle co. Mianowicie  pan Olimpu najpierw zniewolił, a później zhańbił Ajginę, córkę Asoposa, rzecznego boga. Draństwo. Napomknąłem o tym pokrzywdzonemu ojcu, kiedy go nad jego rzeką spotkałem. Nie sądziłem, że coś z tego będzie, choć wody bardzo wezbrały i coś tam nawet zalały. Chyba się wkurzył. Ale kim taki Asopos wobec Zeusa? Nikim. Osądziłem, że skończy się zwyczajowo na żółci. To nawet mu współczułem. Ale wyobraź sobie, że ten bożek doczekał do stosownej chwili, kiedy zaskoczył Gromowładnego w dość niekorzystnych dla pana niebian okolicznościach. Pobiłby go niechybnie, gdyby tchórzliwy Zeus nie zamienił się w kamień, niezwykle podobny do tego, który wtaczamy, po czym uciekł na Olimp, a tam uzbroiwszy się w pioruny od cyklopów zaczął z daleka razić Asoposa. Rzeczny bóg wiał w podskokach, zaś ja zostałem oddany Hadesowi, bo mój współudział pechowo wylazł na wierzch. Jednak Hades, ciemnota, nasiąkł tym całym mrokiem. Moda. Że niby wiesz, niejasne, ale głębokie, co nowoczesna durnota, ale on w to wierzy, więc kumaty nie jest – zaśmiał się Syzyf, rozglądając się, ale bez specjalnej obawy – jak i cała reszta tej zupełnie nadzwyczajnej kasty, z taką różnicą, że tamtych własny blask olśnił, że na oczy nie widzą. Mroczny panek dał się nabrać na banalną sztuczkę. Powzdychałem nad potęgą jego przemyślnych kajdan, więc pokazał mi jaki robi z nich użytek. Nie mogłem uwierzyć, kiedy się zgodził. Wątpiłem w siebie. Bo chciałem, by udowodnił na sobie samym, jako najmocniejszym, choć niedocenionym, przecież godnym zasiadać na stolcu Gromowładnego. Niesmaczne pochlebstwo, wręcz prostackie, własne uszy mnie od niego piekły. Ale głąb łykał jak pelikan. Dał się namówić! To go po skrępowaniu zostawiłem na uboczu, gdzie nikt nie miał go odnaleźć. Od tego czasu na Ziemi zapanowała wielka radość. Nikt nie umierał, nawet ścięty i poćwiartowany. Zabawnie było – mówiąc to, król Koryntu uśmiechnął się, wspominając dawno minione psoty. – Byliśmy szczęśliwi, szczęśliwsi od bogów, bo ich cieszą nasze niedole. Wkrótce nam pozazdrościli i ten tchórzliwy gwałciciel Zeus posłał Aresa żeby uwolnił władcę piwnic. Brutal Ares oczywiście sprawnie wywiązał się z powierzonego zadania, ale przewidziałem, że w końcu dojdzie do tego, nigdy nie brakowało mi rozumu. Jedyna to siła słabszego, jeśli nie trzyma się w kupie z innymi, pierwszemu sprawy ogarnąć. Umarłem, rzecz jasna. Nie dało się temu zapobiec. Jednak i do tego tragicznego wydarzenia, przygotowałem się na swój sposób. Moja wierna żona nie pogrzebała mych doczesnych szczątków. W podziemiach lamentowałem i płakałem, więc gdy Persefona, ta puszczalska połowica Hadesa, na marginesie tak bystra jak i on, nie mniej kocha modę, usłyszała moje żałosne pretensje, postanowiła mnie wysłuchać. Są tacy co gustują w cudzych niedolach. Wyobraź sobie, że poruszyłem ją dość stereotypową historyjką przygotowaną zawczasu. Uwierzyła, uwierzysz? Wypuściła mnie na trzy dni, żebym w tym czasie dopełnił wszystkich koniecznych formalności, które później pozwoliłyby mi godnie wstąpić do podziemi. Oczywiście, domyślasz się, że nie wróciłem, bo to z mego polecenia wierna Merope nie dokonała pogrzebu. Zawsze mogłem na nią liczyć, byliśmy ze sobą tak szczęśliwi, jak to możliwe. Znowu żyłem, póki ten niegodziwy złodziej Hermes nie przyszedł po mnie. On nie dał się okpić, bo jemu jedynemu z tej elitarnej menażerii nie brak chytrości. Zawlókł mnie tutaj, gdzie czekał już ten głaz jako kara. Wtaczam go, jak widzisz. A gdy już jestem pod szczytem, bogowie  zbierają się do kupy i odbierają mi siły, a wtedy ten kamyczek spada – Syzyf uśmiechnął się fatalistycznie i tym zakończył swą opowieść, po czym raźno pchnąwszy pokutny obiekt, lekko wtoczył go ciut wyżej.

– I tak to ma trwać wiecznie?

– Niestety – odparł skazaniec, raźno maszerując.

– Przebłagaj ich. Na pewno ci wybaczą.

– O nie. Są mściwi.

– Na pewno znajdziesz odpowiednie słowa.

– I ugiąć się, kiedy moja krzywda większa? Co też powiadasz? Przyznałbym im rację.

– Ale ta praca nie ma sensu.

– Cóż, jak większość doczesnych obowiązków.

– Nie mógłbyś akurat tego porzucić? Tu zaświaty. Co by ci zrobili? Ciężej ukarali? Ty najmądrzejszy z ludzi, który oszukiwałeś bogów, chyba najlepiej widzisz bezsens tej harówy?

– Zaiste, kiedyś być może byłem – odrzekł Syzyf. – Lecz przyznasz, że każdy człowiek musi umrzeć i tu trafić, jako przesławny bohater lub zbrodniarz, który obraża bogów. A tych możnych idoli widziałeś. Błąkają się bez sensu. Ja, mój przyjacielu, nie mógłbym tak jak oni. Ich istnienie nie ma tu celu, a moje ciągle ma, wtoczenie tego pokutnego głazu. Ostatecznie nie jest mi tak źle, wbrew pozorom ten blok nie tak ciężki, a widoki po drodze upojne. No i sport to zdrowie. Zaś praca nadaje istnieniu sens.

– Nawet głupia?

– Zwłaszcza.

– Lecz kiedyś go wtoczysz i wtedy będziesz taki jak oni.

Król Koryntu uśmiechnął się promiennie, jakby znowu okpił bogów.

– Przecież oni nigdy do tego nie dopuszczą – zarechotał. – Chcą mnie ukarać, więc kiedy widzą, że dotaczam bryłę do samego wierzchołka, wtedy wytężają całą swą moc i usiłują natchnąć mnie zwątpieniem, i pchają ten kamyczek z tamtej strony, by wypadł z moich rąk. Gdybyś ich wtedy widział. Cóż za zaangażowanie! – otarł kułakiem łzy z oczu. – Pozwalam im na to. Klnę i patrzę jak leci, po czym schodzę i znowu zaczynam swe dzieło… – umilkł na chwilę, po czym powiedział: – Oni nie dopuszczą, by moja mordęga kiedykolwiek dobiegła końca.

– Pewnie bardzo ich nienawidzisz? – spytał wędrowiec, ale jakoś bez przekonania.

– Nienawidzić? O, nie – Syzyf roześmiał się. – Tak gadam i obrzucam ich wyzwiskami. Wszystko dla barwności. Ale brać na poważnie każdą usłyszaną rzecz? Wiele mówi się dla brzmienia samych słów. Lub poklasku. Dlaczego miałbym ich nienawidzić? Nadają sens memu istnieniu. W gruncie rzeczy jestem im wdzięczny. Poza tym są silniejsi ode mnie, więc moje klątwy niebian nie dotkną, a prawdziwe bolałyby bardziej mnie niż ich, wiem o tym. Ale choć są tak silni i mogliby wszystko, to swój sens sprowadzili do dręczenia mnie. Paradne! – roześmiał się drwiąco. – Żegnaj przyjacielu – zawołał do wreszcie rozruszanego włóczęgi – pora żebyś poszedł swoją drogą. Lecz odwiedź mnie kiedyś. Wypijemy wino, pojemy pożywne wypieki i podtoczymy nieco ten kamulec. Popatrzymy sobie na tych w dole, wałęsających się bez celu i plotących androny. A może dopchniemy go pod samą górę? Wtedy zobaczysz, jak pięknie spada, podskakując na nierównościach, rozgniatając na proch mniejsze bryłki, niknąc w dole wśród drzew rosnących nad kaskadą z tęczą. Przekonasz się, że trudno o coś równie cudownego. Ubawisz się, zaufaj mi.

To mówiąc, roześmiał się raz jeszcze, bez wysiłku pchnął głaz, a po kilku krokach odwrócił się i pomachał przygodnemu towarzyszowi ręką. A ten po chwili również się śmiał, gdy usłyszał ciche, marudne skargi Syzyfa, który z odrwienia możniejszych od siebie uczynił cel swego istnienia.

Koniec

Komentarze

Syzyf zadowolony ze swojego losu. No cóż, można na sprawę spojrzeć i z tej strony. Jednakowoż, jak by na to nie patrzeć, ta wersja mitu o Syzyfie raczej nie przypadła mi do gustu.

 

– O jakże nie­szczę­sny mój los… Okrut­ny i nie­spra­wie­dli­wy – mały czło­wiek… – …nie­spra­wie­dli­wy.Mały czło­wiek

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Ody­se­usza, o któ­re­go czy­nach czy­tał i bez któ­rych nie ist­nia­ła kul­tu­ra two­rzą­ca jego men­tal­ne tkan­ki chrząst­ki, za­wsty­dzi­ły­by nie­zmier­nie. – Co to są mentalne tkanki chrząstki?

 

A ty, człe­cze, skąd­żeś się tu wziął?A ty, człe­cze, skądeś się tu wziął? Lub: A ty, człe­cze, skąd­ żeś się tu wziął?

 

Zaś sta­ro­żyt­ny heros, choć wy­krzy­ki­wał… – Syzyf nie był herosem.

Ten błąd popełniasz kilkakrotnie.

 

A na­kła­nia­no ją na­praw­dę z wiel­kią gor­li­wo­ścią. – Literówka.

 

– Je­ste­śmy – oznaj­mił ka­torż­nik . – Zbędna spacja przed kropką.

 

taras skal­ny, z któ­re­go roz­ta­cza widok po pro­stu boski. – Pewnie miało być: …taras skal­ny, z któ­re­go roz­ta­cza się widok po pro­stu boski.

 

w dół spły­wa­ły spie­nio­ne po­to­ki… – Masło maślane. Czy istniała możliwość, by potoki spływały w górę?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesująca wizja, tylko początek nudny, uśpił mnie. Ale po spotkaniu nieznajomego robi się ciekawiej.

Spodobała mi się koncepcja Syzyfa kpiącego z bogów nawet po śmierci. Właściwie, to do niego podobne.

za sprawą tego nieudolnego półprzewodnika,

Śmiesznie brzmi półprzewodnik w tym kontekście. To celowe?

Babska logika rządzi!

Jestem umiarkowanie zadowolony lekturą. Pomysł całkiem niezły, podobała mi się chociażby drwina z Hadesa, ale dość rozwodniony – mogłeś go zmieścić w znacznie mniejszej objętości.

Co prawda między wierszami snuje się pewien posępny klimat, a Syzyfa wykreowałeś na całkiem fajną postać, całość jednak trochę nuży.

Warsztatowo średnio. Trochę nieporadności w tekście jest, część zdań zbudowałeś nie do końca szczęśliwie… Interpunkcja również pozostawia trochę do życzenia. Odzewu jednak brak, a wyłapane przez Reg błędy niepoprawione, więc nie będę jakoś bardzo strzępił sobie klawiatury…

 

Tyle ode mnie, na koniec suplement uwag:

– Leży tu sobie i czekaj na mnie – dość czule zwrócił się do skalnego bloku.

Literówka.

A nakłaniano ją naprawdę z wielkią gorliwością.

Literówka.

Heros spojrzał na wędrowca i nie powiedział nic więcej. Wędrowiec zaś nie dopytywał się, pamiętając jak łatwo zrazić tego nieodgadnionego herosa.

Powtórzenia. Być może zamierzone, ale słabo wygląda.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nowa Fantastyka