- Opowiadanie: gravel - Mihi et igni

Mihi et igni

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mihi et igni

I

 

Odkąd wyjechał na Uniwersytet, Oscar nie otrzymywał żadnych wieści z Domu i nawet o zaginięciu brata, Daniela, dowiedział się z niewielkiej, przypadkowo znalezionej wzmianki w gazecie. Wspominała ona, jakby od niechcenia, że od paru tygodni wybitny znawca okultyzmu, spirytualista i czarnoksiężnik, Daniel Ragon, nie daje znaku życia, a jego brat, Artemio Ragon, odmawia udzielenia informacji na temat domniemanego miejsca pobytu zaginionego. Oscar od razu zrozumiał, że musiało stać się coś niedobrego. Napisał list do Domu i czekał trzy ciągnące się w nieskończoność tygodnie na zbywającą odpowiedź.

Kochany bracie, pisał Artemio, nie ma powodów do niepokoju. Gdybyś aktywnie uczestniczył w życiu rodziny, wiedziałbyś, że Daniel ma w zwyczaju znikać bez słowa na dłuższe okresy czasu. Nie pierwszy też raz wzbudza tym zainteresowanie dziennikarzy. Jest ekscentryczną personą, idolem dla wielu magów-amatorów i z reguły wszystkie jego poczynania są pilnie śledzone przez tłum dzieci wpatrzonych w niego jak w obrazek. Dziwię się, że pogłoski o jego poprzednich wybrykach do Ciebie nie dotarły. W każdym razie zapewniam Cię, drogi bracie, że nie ma najmniejszych powodów do zmartwień, a tym bardziej do wzburzenia, które prezentowałeś w liście.

Oscara to oczywiście nie uspokoiło; miał złe przeczucia.

Poprosił rektora o parę tygodni wolnego, aby uporządkować sprawy osobiste. Nie chciał wdawać się w szczegóły, ale rektor żywo interesował się sprawami okultyzmu, znał Daniela i słyszał już o jego zniknięciu. Wyraził ubolewanie z powodu „pożałowania godnej sytuacji”, w której znalazła się rodzina Ragonów, a Oscar poczuł, jakby przyjmował kondolencje. Podziękował jednak rektorowi za wyrozumiałość.

Powóz zamówił na ósmą.

Gdy przejechali pod kamiennym łukiem bramy, opuszczając dziedziniec, Oscar zakopał się pod wilczymi futrami, ale oddech i tak zmieniał się w parę, ledwie opuścił usta. Gałęzie świerków chrobotały o ściany powozu; koła terkotały na kamiennej drodze. Chłopak nie potrafił przestać się zamartwiać; układał w głowie listę rzeczy, o które musi koniecznie zapytać Artemia, planował kolejne ruchy i rozważał, co zrobi, jeśli brat postanowi uniemożliwić przeprowadzenie śledztwa. Znając napięte stosunki, które łączyły Artemia i Daniela, nie mógł takiej możliwości wykluczyć.

Dręczyła go nawałnica myśli, chłód i strach, na myśl o powrocie do Domu. Jednak z nadejściem nocy przyszło zmęczenie, a wraz z nim – głęboki sen.

 

***

 

Artemio zgodnie z obyczajem wyszedł powitać Oscara, choć z jego miny można było wywnioskować, że robi to bardzo niechętnie. Naprawdę uważa, że przyjechałem nadaremno, uznał Oscar, wymieniając z bratem uścisk dłoni. Artemio, choć odziany w elegancką marynarkę, którą ojciec najprawdopodobniej nazwałby zniewieściałą, nadal miał siłę szermierza i pewny chwyt. Najprzystojniejszy i – jak od niedawna podejrzewał Oscar – najbardziej nieszczęśliwy z braci Ragon.

Nienawidzi mnie, bo odszedłem, przemknęło mu przez myśl. Między innymi dlatego nie chciał mnie tu widzieć. Przypominam o tym, czego nigdy nie będzie miał – wolności.

Artemio zaprosił Oscara do salonu, kazał przynieść kawy, zapytał, co słychać na Uniwersytecie i jak młodszemu braciszkowi wiedzie się na obczyźnie, tak daleko od Domu. Był kurtuazyjnie, teatralnie uprzejmy, traktował Oscara z rezerwą, jakby ten był tylko gościem. Może faktycznie jestem, pomyślał chłopak.

– U mnie wszystko dobrze – uciął w końcu potok pytań o wszystkie błahostki, jakie starszy brat mógł wymyślić. – Jestem szczęśliwy, mam plany na przyszłość i niczym się nie martwię. Oprócz zniknięcia Daniela.

Artemio przewrócił oczami. Znowu teatralny gest, znowu sztuczność w zachowaniu, jakby grał w przedstawieniu przygotowanym specjalnie dla Oscara, jednak nie dbał zbytnio o wiarygodność roli. Lub nie oczekiwał, że widz będzie aż tak dociekliwy.

– Nie dam się zbyć byle czym – ostrzegł Oscar.

– Zapomniałem, jaki jesteś uparty. – Artemio westchnął, podniósł się z fotela i podszedł do barku. Nalał dwie szklanki brandy. Jedną podał Oscarowi. Nigdy dotąd razem nie pili, ojciec kategorycznie zabronił starszym braciom podawania najmłodszemu alkoholu. Nigdy nie miał dobrego zdania o piciu, używkach, ani tych, którzy je stosują. Artemio musiał wkładać sporo wysiłku w ukrywanie swoich ekscesów; staruszek wpadłby w szał, gdyby dowiedział się chociaż o połowie substancji i dekoktów zażywanych przez jego synów. Daniel liznął nieco alchemii, tworzył rozmaite mikstury i testował je wraz z młodszym bratem. Oscara nie częstowali, był wówczas jeszcze smarkaczem.

Teraz jednak wypili razem: Artemio szybko, łapczywie, na raz, Oscar zaś ledwie zamoczył wargi.

– Jestem uparty – przyznał. – Ale w tym wypadku chyba nikogo nie powinno to dziwić. Naprawdę nie martwisz się o Daniela?

– Znajdzie się. – Artemio wzruszył ramionami, jakby zapytano go o półdzikiego kota, zjawiającego się regularnie pod kuchennymi drzwiami, a nie o rodzonego brata. Ale właściwie kim był w tej rodzinie Daniel, jeśli nie takim właśnie dachowcem, który przyjmie poczęstunek, lecz nigdy nie stanie się częścią rodziny? – Zrozum, Oscarze, on ma takie ucieczki wpisane w naturę. Po twoim odejściu wiele zmieniło się w Domu – dodał z lekką nutą przygany. – Już nie jesteśmy taką rodziną, jaką pamiętasz.

– Jesteście w ogóle rodziną? – zapytał Oscar, nim zdołał ugryźć się w język. – Z tego, co widzę, raczej nie. Rodzina troszczy się o swoich członków.

 

***

 

Oscar nie spodziewał się, że zastanie kogoś na nogach o tak wczesnej porze, zwłaszcza, że ojciec nie opuszczał już sypialni, a Artemio nie miał zwyczaju wstawać przed południem. Dlatego na widok obcego, ciemnoskórego mężczyzny pijącego kawę przy kominku w bibliotece zatrzymał się w pół kroku.

– Dzień dobry – rzucił. – Chyba nie mieliśmy przyjemności…

– Chyba nie. – Mężczyzna zerwał się na nogi i energicznym krokiem podszedł do Oscara. Wyciągnął upierścienioną dłoń. – Nazywam się Caspar Amoledo. Jestem przyjacielem Artemia.

Miał głęboki, melodyjny głos i choć bardzo dobrze mówił w języku Oscara, dało się wyczuć w jego słowach obce naleciałości, nieznaną nutkę w akcencie. Oscar otaksował go szybko wzrokiem. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to modny, drogi strój Caspara – widoczna między połami białego szlafroka zielona kamizelka z wyhaftowanym złotą nicią orientalnym wzorem musiała sporo kosztować. Podobnie leżąca na stoliku fajka z ciemnego drewna, z cybuchem w kształcie ptasiej głowy, i srebrne pince-nez, które w chwili obecnej służyło jako zakładka do książki.

Rzadko gościli w Domu kogoś tak wytwornego i… obcego.

– Przyjaciel mojego brata jest moim przyjacielem – powiedział uprzejmie Oscar. – Wybacz moje zaskoczenie. Artemio nie uprzedził, że mamy gości.

– Być może był zbyt podniecony twoją wizytą, by myśleć o wszystkim.

Oscarowi ciężko przychodziło wyobrażenie sobie podnieconego Artemia, lecz skinął głową, aby nie urazić gościa.

– Może tego nie okazywał – dodał Caspar – ale naprawdę cieszył się z twojego przyjazdu.

– Dobrze znasz mojego brata? – zmienił temat Oscar.

– Goszczę tu już parę miesięcy. Poznałem go przypadkowo. Towarzyszyłem kuzynowi, który przyjechał prosić o dostęp do pewnych książek z waszej biblioteki. W tamtym czasie Artemio zarządzał już Domem. Mojego kuzyna pochłonęły badania, a ja spędzałem czas głównie z Artemiem. Zaprzyjaźniliśmy się i tak wyszło, że już zostałem.

Oscar uniósł brwi. To zupełnie nie w stylu Artemia. Zawsze z trudem zawierał nowe znajomości; wolał przelotne romanse od stałych związków i jednonocnych kolegów przy karcianym stole od długoletnich przyjaźni. Zapraszanie obcego mężczyzny do pozostania w wielomiesięcznej gościnie kłóciło się ze wszystkim, co Oscar wiedział o bracie. Zastanowiło go to, nie drążył jednak tematu. Nie chciał wyjść na zbyt obcesowego.

– Artemio musi cię bardzo cenić – powiedział jedynie. – Poznałeś mojego drugiego brata, Daniela?

– Ach, Daniel! – W oczach Caspara pojawił się tajemniczy błysk. Oscar nie miał pojęcia, co oznaczał, równie dobrze mógł to być refleks światła z ognia tańczącego w kominku. – Oczywiście, że się poznaliśmy. Często dotrzymywał nam towarzystwa wieczorami, choć to raczej typ samotnika. Tworzył niezwykłe mikstury. Bardzo utalentowany alchemik.

– Wspominał może, że planuje jakąś wyprawę?

– Nie, ale często znikał bez słowa. W ciągu kilku miesięcy, które spędziliśmy razem, parokrotnie zdarzyło mu się… po prostu rozpłynąć w powietrzu.

– Ale nigdy na tak długo.

– No cóż, to prawda. Ale na twoim miejscu nie martwiłbym się tak bardzo, Oscarze. Wielkie umysły robią czasem rzeczy kompletnie niezrozumiałe dla otoczenia, a całkowicie logiczne dla nich samych. A Daniel był bez wątpienia jednym z największych umysłów, jakie miałem okazję poznać.

– Był?

Caspar uśmiechnął się przepraszająco.

– Wasz język jest trudny – rzekł z rozbrajającą szczerością – a ja nigdy nie pobierałem profesjonalnych lekcji. Wszystkiego uczyłem się sam.

– Władasz nim doskonale – odparł Oscar, patrząc prosto w ciemne oczy Caspara. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że mężczyzna łże jak najęty. – Szczerze podziwiam. Ja nigdy nie zdołałem opanować płynnie żadnego języka obcego.

– Nie bądź taki skromny. Słyszałem, że jesteś jednym z najlepszych uczniów na Uniwersytecie.

– Przesada. Ale lubię się uczyć.

– Też kiedyś studiowałem. – Caspar pokiwał głową, jakby chciał pozdrowić powracające wspomnienia. – Ale ostatecznie porzuciłem marzenia o karierze naukowej i wróciłem do domu rodzinnego. Z dala od bliskich, w obcym środowisku… bywa czasem ciężko.

– Mi to odpowiada – odparł Oscar.

 

***

 

Zanim wszedł do pokoju Daniela, odruchowo zapukał i zaraz zganił się za bezmyślność. Poczuł się głupio i ucieszył, że Artemio jednak nie zdecydował się dotrzymać mu towarzystwa w czasie tej inspekcji.

Daniel zawsze ganił tych, którzy wchodzili do jego pokoju bez pukania.

– To nieuprzejme – tłumaczył małemu Oscarowi. – Wchodząc do czyjegoś pokoju, jesteś gościem, więc nie zachowuj się jak gospodarz.

Oscar zapamiętał lekcję i od tej pory zawsze pukał, a Daniel za każdym razem wpuszczał go do pełnej cudów – z punktu widzenia ośmiolatka – pracowni. Żył w chaosie i bałaganie, który tylko on potrafił kontrolować. Łóżko i stolik nocny odsunął w kąt pokoju, aby nie zabierały miejsca. Pod ścianami ustawił zaś zbite własnoręcznie, wysokie regały, wypełnione po brzegi książkami. Oscarowi wydawało się to największym bogactwem pod słońcem, dopóki, oczywiście, nie dano mu dostępu do domowej biblioteki, która faktycznie stanowiła jeden z największych i najbardziej urozmaiconych prywatnych księgozbiorów na świecie. Studenci z całego kraju pisali listy do Leopolda Ragona, prosząc o dostęp do któregoś z rzadkich dzieł. Naukowcy przybywali dość regularnie, robili notatki w oparciu o informacje z białych kruków, które ojciec wypożyczał do badań akademickich. Bogaci kolekcjonerzy przybywali prywatnymi powozami, by na własne oczy ujrzeć sławną bibliotekę, a później odjeżdżali zgrzytając zębami z zazdrości.

Jednak zanim dowiedział się o cudowności domowej biblioteki, Oscar był przekonany, że pokój Daniela to najciekawsze miejsce na świecie. Do dziś nie miał pojęcia, skąd brat brał te wszystkie książki. Zapytany wprost, Daniel milczał, lub uśmiechał się szelmowsko i rzucał jakąś wymijającą odpowiedź. Oscar podejrzewał, że część woluminów Daniel kupił za psie pieniądze w antykwariacie w Ankarbaas – czasami można było trafić na prawdziwe skarby, choć zwykle dominował szmelc przynoszony przez chłopów robiących porządki na strychu i pozbywających się wojennych pamiątek dziadka. Część mogła zostać wykradziona z biblioteki, wyproszona lub odkupiona od gości, przybywających do Domu z różnych części świata. To poniekąd tłumaczyło różnorodność zbiorów, która nawet teraz robiła wrażenie.

Oscar z pewną nieśmiałością zaglądał do tomów napisanych w językach, których nie rozpoznawał. Znalazł podręcznik objaśniający doktrynę filozoficzną, o której on – student filozofii i historii – słyszał pierwszy raz w życiu. Spędził kwadrans kartkując tomik poezji spisany w obcym alfabecie, przypominającym nieco starożytne runy używane przez przodków Ragonów.

 Księgi poświęcone praktykom czarnoksięskim, demonologii, okultyzmowi, spirytualizmowi, mrocznym obrządkom religijnym spiętrzono w stosy niemal dorównujące wzrostem dorosłemu mężczyźnie. Oscar przesuwał palcami po zakurzonych grzbietach i przypominał sobie awantury, które co rusz wybuchały między ojcem i Danielem właśnie z powodu tych przeklętych książek. Ojciec uważał je za wielce niestosowną lekturę dla młodego arystokraty.

Leopold Ragon zawsze trzymał ich krótko. Oscar był zbyt młody, by w pełni doświadczyć niedogodności surowego reżimu, panującego przed chorobą ojca, lecz od czasu do czasu wracały do niego wspomnienia kłótni. Jego to ominęło, wyjechał z Domu tuż po siedemnastych urodzinach, gdy nikt nie był w stanie go już powstrzymać, ale Artemio i Daniel gorzko wspominali lata nastoletnie. Ojciec nie dawał im pieniędzy, żyli ascetycznie, a dni zostały co do minuty rozplanowane przez ojca.

– Żebyście się nie wałkonili – mówił stary Leopold i zaganiał ich do nauki.

Lekcje fechtunku, jazdy konnej, historii, boksu, fizyki, geografii, matematyki, biologii. Synowie Ragona odebrali niezwykle staranne wykształcenie. Leopold miał swego czasu otwarty umysł i porażał intelektem. Chciał z synów uczynić erudytów i cel osiągnął. Aż do ostatniej świadomej chwili wojował jednak z ich zainteresowaniami i pasjami, które uznawał za niepraktyczne i niegodne nosicieli jego nazwiska.

Oscar do dziś pamiętał, w jaki ojciec wpadł w szał po odkryciu brulionu, w którym Artemio spisywał wiersze. Wezwał synów do salonu i na oczach Oscara i Daniela spoliczkował Artemia i wrzucił zeszyt do ognia.

– Tylko ja i ogień – powiedział, trzymając Artemia za kark i niebezpiecznie zbliżając jego twarz do żaru. – Tylko ja i ogień poznamy treść twoich wierszy. Nigdy ich nie wydrukujesz i nie wydasz. Jeśli to zrobisz, przysięgam, zabiję cię. Rozumiesz?

Potrząsał Artemiem jak psem, dopóki chłopiec nie skinął głową. Dopiero wówczas Leopold go puścił i pozwolił synowi odpełznąć z dala od ognia. W oczach brata Oscar dostrzegał łzy, nie wiedział jednak, czy spowodowane upokorzeniem i strachem, czy tylko gryzącym dymem.

– Weź go do pokoju – powiedział Leopold, rzucając Danielowi klucz. – Zamknij drzwi i zwróć mi klucz. Nie chcę widzieć Artemiousa przez najbliższe trzy dni. Przekaż służbie, że ma nie przynosić żadnego jedzenia. Raz dziennie może dostać szklankę wody.

Rzucił ostatnie pogardliwe spojrzenie na czerwonego ze wstydu i gorąca Artemia, po czym usiadł w fotelu i, jak gdyby nic się nie wydarzyło, sięgnął po gazetę.

Daniel chwycił Artemia pod ramię i poprowadził długimi, ciemnymi korytarzami do sypialni. Oscar, któremu nikt nie powiedział co ma robić, a był zbyt przerażony, by zostawać sam na sam z ojcem, powlókł się za braćmi.

– Nie wiedziałem, że piszesz poezję – zagaił Daniel, ale Artemio go zignorował. – O czym były twoje wiersze?

– Nieważne! – warknął Artemio. – O niczym.

– Gdyby były o niczym, ojciec nie miałby powodu, by tak się złościć. Musiałeś naprawdę przesadzić.

– To nie twoja sprawa.

Dotarli pod drzwi pokoju Artemia. Oscar zatrzymał się w pewnej odległości i patrzył szeroko otwartymi oczami, jak jego bracia stoją naprzeciwko siebie, nos w nos, mierząc się spojrzeniami: Artemio wyzywającym i gniewnym, a Daniel spokojnym, nie zdradzając żadnych emocji, może poza odrobiną ciekawości.

– Co tak rozzłościło ojca, Artemio? – zapytał w końcu. – Powiedz, a może będę w stanie ci pomóc, wytłumaczyć jakoś przed tatą…

– Masz mnie zamknąć, a nie bawić się w mojego adwokata – przerwał Artemio – więc zrób to, do cholery, i nie męcz więcej.

Wszedł do pokoju i w skupieniu czekał na kolejny ruch Daniela. Ten zaś westchnął i powiedział:

– Postaram się przekonać go, by posłał ci później trochę jedzenia. Przykro mi.

Artemio zacisnął wargi i bez słowa zamknął drzwi, a Daniel przekręcił klucz. Potem odwrócił się i jego wzrok padł na czającego się w ciemnościach Oscara. Wyciągnął doń rękę, a chłopczyk podbiegł i objął brata w pasie rozpaczliwym gestem przerażonej małpki. Daniel roześmiał się.

– Co jest? – zapytał, mierzwiąc Oscarowi ciemną czuprynę. – Wystraszyłeś się pewnie? Bez obaw, tata wie, co robi.

– To znaczy, że Artemio był niegrzeczny?

– Nie wiem, czy był niegrzeczny. Na pewno był nieposłuszny. To robi pewną różnicę, ale tata i tak miał prawo go ukarać. Jestem przekonany, że zrobił to dla dobra Artemia.

 

***

 

Na obiedzie się nie pojawił, zajęty myszkowaniem po Domu. W sypialni Daniela nie znalazł niczego ciekawego – czy też raczej całe mnóstwo ciekawych rzeczy i nic, co mogłoby mu w jakikolwiek sposób podpowiedzieć, gdzie najstarszy z braci się podziewa.

Tak daleko na północy, o tej porze roku, słońce prawie w ogóle się nie pojawiało. Świt nadchodził późno, odziany w szarość, na chwilę rozpraszał cienie nocy, po czym wycofywał się, jakby nie chciał walczył z ciemnością. Kilka krótkich godzin jasności Oscar spędził w zamku. Gdy zmrok zaczął opadać na Dom niczym czarna, dusząca łapa, wyszedł na chwilę na dziedziniec, aby odetchnąć mroźnym powietrzem i spojrzeć w rozgwieżdżone, niezwykle granatowe niebo.

Kilka mil na południe od włości Ragonów, w zakolu rzeki, przycupnęło niewielkie miasteczko, Ankarbaas. Poza pubem, rzeźnią i tartakiem nie miało się czym pochwalić, ale gdy Oscar był chłopcem ledwie odrosłym od ziemi, wydawało mu się niemal metropolią, pełną życia i ludzi, których twarzom nie mógł się napatrzyć, ponieważ nie dostrzegał w nich podobieństwa do braci i ojca, którzy byli wówczas dla niego całym światem.

Dom leżał bowiem pośrodku niczego – ostatni bastion cywilizacji, ostatni przystanek przed pustkowiem rozciągającym się na północy. Jako dziecko Oscar wierzył w opowieści niańki, jakoby zamek wyrósł samoistnie u stóp gór, niczym ogromny grzyb, jakimś cudem pasożytujący na skutej wieczną zmarzliną ziemi. Wierzył też w Króla Bez Imienia – zapomnianego już boga, którego posążek pokazała mu stara piastunka. Z wiary w zabobony Oscara wyleczył ojciec: odkrywszy, że niańka karmi go szkodliwymi bzdurami, odesłał starowinkę precz, a chłopca zmusił do spalenia figurki.

Skierował kroki do gwarnej, gorącej psiarni. Psy go zapamiętały i powitały radosnym ujadaniem. Dawniej Oscar i Daniel często jeździli konno w towarzystwie psów do lasu, który podchodził aż pod mury. Południowa część boru pocięta była kratką wydeptanych przez drwali i grzybiarzy ścieżek, lecz północnej granicy puszczy nikt nie widział.

– Nie należy już do ludzi – powtarzał synom Leopold Ragon, niezadowolony, że wypuszczają się na długie wyprawy w głąb lasu. Ale bór od zawsze intrygował i kusił chłopców, mimo iż zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie czyhają w nim na nieostrożnych wędrowców. Okolice Domu cieszyły się złą sławą.

Jeśli Oscar za czymś naprawdę tęsknił, to za tymi długimi, mroźnymi spacerami z Danielem.

Gdy wrócił do zamku, na zewnątrz zapadła już ciemność. Znalazł Artemia w bibliotece, siedzącego samotnie nad książką. Kusiło go, by zapytać, gdzie podziewa się jego nowy przyjaciel, ale powstrzymał język. Nie przybył tu, by jeszcze bardziej poróżnić się z bratem. Poczęstował się kawą ze stojącego na stoliku dzbanka i usiadł w miękkim fotelu. Artemio podniósł wzrok znad książki.

– Byłeś u ojca? – zapytał.

Oscar odchrząknął.

– Tak, zajrzałem do niego. Spał, nie chciałem go budzić.

– Powinieneś pójść jeszcze raz, kiedy będzie… świadomy. Wątpię, by ucieszył się z twojej wizyty, ale wypada go odwiedzić.

– Wspominał o mnie? Złościł się, wyklinał, chciał, żebym wrócił?

Ostatnim obrazem ojca, jaki Oscar przechowywał w pamięci, był schorowany staruszek, niemal niewidoczny pod stosem futer na wielkim, przypominającym tron fotelu na kółkach. Artemio i Daniel ustawili siedzisko przed drzwiami Domu, aby Leopold Ragon mógł pożegnać najmłodszego syna, jednak starzec milczał uparcie. Wiatr szarpał ubraniami Oscara, wichrząc włosy i wyciskając łzy z oczu. W końcu chłopak machnął ręką – milczenie ojca zabolało go mocniej, niżby chciał przyznać.

Artemio zmrużył oczy.

– Nie pamiętał o tobie. Rzadko pamięta o rzeczach, których akurat nie ma tuż przed twarzą. Rozpoznaje mnie, ale zapomniał już prawie o Danielu, który jest tylko niewyraźnym cieniem z odległej przeszłości, kimś dawno utraconym. Ty musisz być dla niego niczym sen, który ojciec śnił w poprzednim życiu.

Słowa Artemia były brutalne, prawie okrutne, ale w głębi duszy Oscar rozumiał, że są prawdziwe. Stan ojca pogarszał się z dnia na dzień jeszcze nim najmłodszy z braci Ragon wyjechał. Zaczęło się od bezsenności, która sama w sobie mogła doprowadzić do szaleństwa. Daniel próbował podawać mu rozmaite zioła, ale osiągnął tylko tyle, że Leopold od czasu do czasu zapadał w dziwny, podobny śpiączce stan, z którego budził się oszołomiony, ledwie pamiętając kim jest. Potem starzec zaczął chodzić nocami po zamku, nawołując zmarłych, którzy dawno odeszli – żonę, matkę, ojca oraz brata, pochowanego przed półwieczem. Wyobrażał sobie, że zmarli odpowiadają.

– Są tuż obok. – Pewnej nocy powtarzał w gorączce synom, gdy prowadzili go z powrotem do łóżka. – Mój brat, przystojny jak zawsze. Wasza matka… roześmiana i łagodna, w futrze z soboli. Nosiła je na naszym ślubie. To była bardzo zimna noc.

– Ojcze, oni nie żyją. – Artemio nigdy nie miał cierpliwości. Nocne wycieczki Leopolda wywoływały w nim gniew, zupełnie jakby staruszek tracił zmysły, by zrobić na złość synom. Artemio bał się szaleństwa ojca i nade wszystko nie chciał zostawać z nim sam na sam.

– Nie, stoją tuż obok.

– Rozkładające się trupy? – Artemio przystanął, zirytowany. – Bo tym właśnie by byli, po tylu latach. Szkieletami, z resztkami zgniłego mięsa spływającymi z kości. Czy to właśnie widzisz?

Leopold Ragon spojrzał na drugiego syna, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

– Nie. – Głos starca był twardy i zimny niczym lód. – W tej ziemi nic nie gnije.

Oscar do dziś pamiętał, że martwo brzmiący głos ojca wywołał u niego gęsią skórkę.

– Po twoim odjeździe płakał przez dwie noce – odezwał się Artemio, wyrywając brata z zamyślenia – ale gdy zapytaliśmy, dlaczego płacze, spojrzał na nas, jakby sam się dziwił i odpowiedział, że nie wie. Później tylko raz o tobie wspomniał. „Śnił mi się dziwny sen”, powiedział, „w tym śnie miałem trzech synów, nie dwóch, lecz najmłodszy mnie opuścił. Młodzieniec o włosach rozburzonych przez wiatr powiódł mnie ku zgubie”.

Artemio znów zmrużył oczy, ale tym razem pojawił się w nich trudny do zignorowania błysk rozbawienia.

– Choroba wyrwała cię z jego pamięci tak, jak ogrodnik wyrywa chwast z kwietnej grządki – powiedział.

 

***

 

Północ była starsza i trwalsza niż południe. W czasie studiów Oscar przekonał się, że lwia część jego kolegów uważa Ragonów za ród nie tylko stary i bogaty, ale i zdziwaczały, trzymający się kurczowo tradycji, które inne krainy dawno porzuciły. Mogło być w tym ziarno prawdy, a powiedzenie, krążące po południowych krajach – w północnej ziemi nic nie gnije ­– tyczyło się nie tylko martwych ciał, ale i starych bogów, tradycji i rytuałów. Mieszkańcy Ankarbaas nadal czasami palili zwłoki, choć reszta świata dawno zaniechała barbarzyńskich obrządków pogrzebowych i żegnania zmarłych ogniem. Na północy obyczaj przetrwał najdłużej i był popularny jeszcze w czasach dziadka Leopolda Ragona. A cmentarzom do tej pory nie ufano.

 

II

 

Na zewnątrz zapadła noc tak mroźna, że zdawać by się mogło, iż ścięła lodem nawet powietrze, lecz w łaźni było jak zwykle gorąco i parno. Artemio, leżąc z głową na nagich kolanach Caspara, nie miał ochoty opuszczać komnaty. Zamknął oczy i wdychał przyjemny zapach czarnego qafu, który unosił się z eleganckiej, drewnianej fajeczki, przywiezionej przez Caspara z leżącej daleko na południu ojczyzny.

To był ich cowieczorny rytuał, ich, tylko ich, niczyj inny – choć tak podobny do zabaw Artemia i Daniela sprzed lat, kiedy to bracia spotykali się nocą w sypialni najstarszego z synów Leopolda Ragona, by w tajemnicy przed ojcem spożywać różne wywary i kupione pokątnie substancje. Zazwyczaj kończyło się to tylko bólem głowy i wymiotami.

Daniel obsesyjnie zbierał informacje o wszelkich substancjach, które mogły pomóc mu w przekraczaniu granic percepcji. Od zielarzy i wędrownych szamanów kupował egzotyczne zioła i kwiatowe pyłki, sprowadzające wizje i pozwalające komunikować się z duchami. Alchemików, przybywających licznie w celu dobrania się do bibliotecznych zbiorów Leopolda Ragona, prosił o ważenie różnych dekoktów i trunków.

Jego poszukiwania miały desperacki, złowrogi charakter igrania z siłami zbyt potężnymi i groźnymi dla człowieka. Artemio wkrótce zaczął odmawiać uczestniczenia w eksperymentach brata – po czarny qaf sięgnął dopiero za namową Caspara.

– Nie będziemy próbowali przedrzeć się do świata duchów – przekonywał Artemia przyjaciel. – Pozwól czarnemu qafowi zadziałać; uspokoi cię, wyciszy, odpręży. Daj mu się ukołysać. Zaufaj mi.

Artemio zaufał Casparowi i tak narodził się rytuał; wieczory spędzane w parnej łaźni i miękko wijący się nad ich głowami dym. Zwykle chwila sennej rozmowy i kilkukrotne pociągnięcie z fajeczki wystarczały, by Artemia opanował przyjemny, odrealniony nastrój, lecz tego wieczoru był zbyt niespokojny.

– Na zewnątrz jesteś dziedzicem Domu, synem wielkiego Leopolda Ragona, obarczonym setką obowiązków – powiedział Caspar, gładząc Artemia po wilgotnych od pary włosach – ale tutaj, ze mną, jesteś Artemiem. Nikim więcej, nikim mniej. I nikt nie ma prawa zaburzyć naszego spokoju. Ani twój ojciec, ani twoi bracia, nikt.

– Sam sobie zaburzam spokój – odpowiedział Artemio. – Nie mogę przestać myśleć.

Smugi dymu splatały się w powietrzu niczym spółkujące węże i mężczyznę ogarniał coraz większy niepokój. Wróciły do niego wspomnienia pierwszych eksperymentów, które przeprowadzali z Danielem, gdy byli ledwie dziećmi. Jako pierwszych próbowali aromatycznych kwiatów qanēh, zwanego świętym zielem, rozdrabnianych jak tytoń i zawijanych w bibułkę niczym papierosy. Nieliczni handlarze z południa, którzy odważyli się zapuścić tak daleko na północ, prawie zawsze przywozili ze sobą szkatułki pełne egzotycznego zioła i z pobłażliwymi uśmiechami sprzedawali je zaciekawionym chłopcom. Artemio wystarczał stan przyjemnego odprężenia po wypaleniu świętego ziela, ale Danielowi zawsze było mało.

– Nie macie czegoś mocniejszego? – zapytał w końcu kupców, a oni nie śmiali się tak jak przedtem.

– Mocniejszego? To nie zabawa, chłopcze. Qanēh wyczula zmysły i nie przynosi niczego, prócz przyjemności, ale inne narkotyki nie obchodzą się z człowiekiem tak łagodnie.

Oczywiście Daniela żadne przestrogi nie powstrzymały. Odwiedził pewnego ponurego czarownika, zwanego po prostu Starym Dziadem, mieszkającego w głębi puszczy, i wrócił z woreczkiem czegoś, co nazywał nocnym cieniem.

– Wrzask, czarnuszka, mandragora oraz ukołyszka – wymienił nazwy kilku ziół, które Artemio pamiętał z lekcji biologii.

– Czy to wszystko nie są rośliny trujące?

– Zaraz się przekonamy. Stary Dziad twierdzi, że odpowiednio dobrane dawki wywołują magiczne wizje. Pozwalają kontaktować się z duchami, a nawet bogami.

Artemio prychnął.

– Po co miałbyś kontaktować się z bogami?

Na północy lękano się bogów; nawet prostaczkowie nie byli religijni. Stare miejsca kultu zburzono i pogrzebano pod grubą warstwą ziemi, lodu i śniegu, i nie wracano pamięcią do czasów, gdy ołtarze spływały krwią ofiar składanych ku czci głodnych bóstw. Leopold Ragon nie chciał, by jego synowie napychali sobie głowy zabobonami, dlatego Artemio słabo orientował się w tych tematach. Nigdy dotąd nie podejrzewał Daniela o interesowanie się kwestią bogów.

Starszy brat spojrzał na niego jak na idiotę.

– Pomyśl tylko, co mogą nam opowiedzieć.

– Nie nam. Tobie. – Artemio pokręcił głową. – Na mnie nie licz, nie chcę w tym uczestniczyć.

Miał nadzieję, że Daniel przestraszy się perspektywy samotnego stawienia czoła nieznanemu, lecz widząc determinację w oczach brata, zwątpił, by zdołał w ten sposób cokolwiek ugrać. Prosił, żeby Daniel zachował się rozsądnie i jeszcze raz przemyślał, co zamierza zrobić. Na próżno.

Leopold Ragon pewnego dnia wyjechał w odwiedziny do kuzyna; miał nadzieję na kupno żyznych ziem daleko na południe od Ankarbaas. Daniel nie zamierzał przegapić takiej okazji.

Na cały dzień i całą noc zamknął się w sypialni; cały dzień i całą noc Artemio, chory z nerwów, warował pod drzwiami brata i nasłuchiwał. Sam nie wiedział na co właściwie czeka – hałas, szept, krzyk – i jak ewentualne dźwięki interpretować.

Przez cały dzień i całą noc w pokoju panowała absolutna cisza.

Gdy Daniel wreszcie wyszedł, był zupełnie innym człowiekiem.

– Nigdy nie chciał mi opowiedzieć o tym, co zobaczył, gdy po raz pierwszy spróbował mieszanki czarownika – odezwał się teraz Artemio. Miał zamknięte oczy, ale poczuł, że dłoń Caspara znieruchomiała na jego czole. – Zapytałem go, czy zobaczył bogów.

– Co odpowiedział?

Artemio zacisnął mocniej powieki, jakby chciał uciec przed nachalnymi wspomnieniami. W myślach często wracał do chwili, w której usłyszał wreszcie, jak przekręca się klucz w drzwiach pokoju Daniela. Siedział wówczas na podłodze tuż przy wejściu, wytężając słuch. Szczęk zamka poderwał go na równe nogi. Wpadł do sypialni brata i ujrzał Daniela leżącego z rozłożonymi rękami na baraghodzkim dywanie z kolorowej wełny, bladego i spoconego, z oczami zapadniętymi w głąb ściągniętej przerażeniem twarzy.

– Ty cholerny idioto – powiedział Artemio, klękając przy Danielu i kładąc mu dłoń na czole. Czuł pod palcami ciepło i wilgoć; nie potrzeba było doktora, by rozpoznać gorączkę. – Coś ty sobie zrobił?

Daniel otworzył oczy. Zawsze były czyste i bardzo niebieskie, ale tamtego dnia białka miał czerwone.

– Widziałem… – wychrypiał, lecz nie dokończył.

– Co widziałeś? – Artemio położył sobie głowę brata na kolanach. – Widziałeś bogów?

– Widziałem wszystko.

Kilka tygodniu lub miesięcy po pierwszym – lecz nie ostatnim – eksperymencie z mieszanką czarownika, Danielowi udało się skontaktować z pewnym handlarzem z odległego Baraghod: miasta-ohydy, leżącego daleko na południu, pośród słonych bagien. Chłopak zapytywał o najsilniejsze znane handlarzowi narkotyki. Kupiec, Guel, załączył w odpowiedzi puzderko, pełne suszonych czarnych liści rośliny, na którą mówiono shacran shacor – czarny kłamca. Nawet szubrawiec handlujący narkotykami w mieście-ohydzie przestrzegał przed spożywaniem tego ziela.

Nie przynosi niczego poza strachem i obłędem, pisał Guel dziwną kaligrafią w liście do Daniela. Nie bez powodu zwiemy go czarnym kłamcą – pochodzi od złych bogów, czarnych, szczurzych bogów, a wizje, które zsyła nie odsłaniają nieznanych człowiekowi prawd o wszechświecie. Wciągają go raczej w przerażające, bezdenne otchłanie i odzierają ze wszystkiego.

Daniel oczywiście wyśmiał egzaltowany list handlarza.

– Pisania prozy uczył się chyba ze starożytnych zwojów ze Słonej Pustyni – zażartował. Artemia to nie rozbawiło. Nieufnie powąchał czarne liście. Miały dziwny, ziemisty i gorzkawy zapach, nie do końca nieprzyjemny, ale i tak niebudzący zaufania.

Caspar gwizdnął przez zęby, przerywając opowieść Artemia.

– Shacran shacor… Słyszałem legendy o tym narkotyku i tym, co sprowadza. Pod jego wpływem nie jesteś tylko świadkiem wydarzeń w twojej głowie: stajesz się uczestnikiem. Cokolwiek spotkasz w czasie podróży przez kraje czarnego króla kłamców, spotykasz naprawdę. Co spotkał Daniel?

Artemio otworzył oczy.

– Swoją zgubę.

 

***

 

Przy wieczerzy towarzyszył im Oscar, choć Artemio pomyślał złośliwie, że nie jest on szczególnie zajmującym kompanem. Był milczący i posępny; rzucał tylko podejrzliwe spojrzenia na Caspara, któremu tego wieczoru nie zamykały się usta. Gdy czarnoskóry mężczyzna wreszcie zrobił przerwę w monologu, by spłukać trud winem, Artemio zagadnął brata:

– Nie wyspałeś się? Wydajesz się dziś bardzo markotny. Może mam kazać służbie przygotować ci inną sypialnię…

– Lepiej pomóż mi dojść, co stało się z Danielem – przerwał gniewnie Oscar. – Każdej nocy mam koszmary, w których nasz brat, nasz rodzony brat, zmaga się z jakimiś mrocznymi siłami, a my stoimy obok i nie robimy absolutnie nic. Tak jak teraz.

Artemio odłożył nóż i widelec, wytarł usta serwetką i zapytał:

– Czy wiesz, czym są sny? Sny są spazmatycznymi podrygami umysłu, jedynym przejawem jego prawdziwej natury. Wyciągają to, co siedzi w najgłębszych zakamarkach twojej głowy. Wszystkie twoje lęki, marzenia, namiętności, wstydliwe sekrety, ból, poczucie winy. Prowadzą z nami szczery dialog, ale są jednocześnie oskarżycielami w procesie, który toczy się gdzieś wewnątrz nas. Będę z tobą szczery, Oscarze. Dawniej sądziłem, że pisarstwo stanowi jedyny ratunek przed tymi wszystkimi sekretami i kłamstwami, które nas otaczają, ale jedno trzeba przyznać eksperymentom Daniela: otwierają ci oczy.

Oscar wpatrywał się chwilę w Artemia; brwi miał zmarszczone, spojrzenie nieruchome. Zimne, niebieskie oczy Ragonów. Jest taki podobny do ojca i do Daniela, pomyślał Artemio. A nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Sądzi, że jest inny od nas wszystkich, bo jemu udało się wyrwać, podczas gdy my przymarzliśmy już do tej ziemi, ale to nieprawda. Te same korzenie, które trzymają mnie tutaj, rosną i w jego sercu.

– Co chcesz powiedzieć? – zapytał wreszcie Oscar.

– Chcę powiedzieć, że… on także miał sny. Śnił o wiedzy, o potędze, o magii i wolności. Znam go dobrze; wierzył, że ma rację, gdy mówił o odkrywaniu drugiej rzeczywistości. Zakładał, że tam znajdzie klucz do zrozumienia spraw, które pozostawały dla niego tajemnicą.

– Jakich spraw? – zapytał ostro Oscar.

– Chociażby choroby ojca. Naszej przyszłość i przeszłości. Skąd się wzięliśmy, dokąd zmierzamy, skąd zło, jaki jest sens życia… Studiujesz filozofię; ten sam standardowy zestaw.

– Jak te pytania mogły doprowadzić do jego zniknięcia?

Na to Artemio nie znalazł odpowiedzi, wzruszył jedynie ramionami.

– Może sądził, że puka do drzwi pomniejszego demona, ale okazało się, że to drzwi jakiegoś wygłodniałego, zapomnianego bóstwa? – podsunął Caspar, spoglądając kolejno na braci Ragon. – W moich rodzinnych stronach, daleko, daleko na południe stąd, mawia się, że w waszej ziemi nic nie gnije. Jest za zimno. Dlatego unikacie cmentarzy, ze strachu przed chorobami nadal żywymi w ciałach pochowanych przed dziesiątkami lat. Dlatego unikacie świątyń: ze strachu przed bóstwami, które czczono krwią i ciałem przed tysiącami lat. Ci bogowie nie pomarli z głodu, choć mieliście nadzieję, że tak się stało. Oni hibernują w oczekiwaniu na krew. Może Daniel nieumyślnie obudził siły, o których wszyscy już zapomnieli?

– Nie – odparł stanowczo Oscar. – Nie był głupi, nie porwałby się na coś takiego.

– Skąd wiesz, na co się porywał? – zapytał napastliwie Artemio. Nie było cię tu, dodał w myślach. Nie było cię, bo uciekłeś. – Odkąd tata zachorował, Daniela jakby opętało. Stracił wszelkie hamulce. Odprawiał czarnomagiczne rytuały, zażywał shacran shacor jakby od tego zależało jego życie, kurwa, w pewnym momencie posunął się nawet do tego, że skupywał trupy od grabarzy i w nich szukał odpowiedzi na dręczące go pytania. Powiedziałbyś, że nasz ukochany Daniel, złote dziecko, geniusz, jest zdolny do czegoś takiego?

Oscar milczał, zaciskając szczęki.

– I tobie się wydaje, że go znałeś, dzieciaku? – zapytał Artemio. Zrobiło mu się prawie żal brata; jego niewinnej, nieskalanej wątpliwościami wiary w Daniela. – Przykro mi, że niszczę mit nieskazitelnego starszego brata, ale nic o nim nie wiesz. Naprawdę mi przykro.

Oscar wstał, bezszelestnie odsuwając krzesło. Z jego twarzy nie dało się wyczytać gniewu, tylko chłodną uprzejmość.

– Nie myśl sobie, że ty i Daniel jesteście wszystkim co mam – powiedział cicho. – Moje życie jest daleko stąd. Nie ogranicza się do tych zimnych murów i ziemi, w której każda zniewaga żyje przez następny tysiąc lat.

 

III

 

Nad miastem od wielu dni zbierały się chmury i gdy Daniel wreszcie otworzył oczy, poczuł na twarzy pierwsze krople deszczu. Słońce zniknęło za mgłą.

Otulił się ciaśniej opończą i usiadł. Spędził noc na ziemi, chroniony przed wiatrem i mżawką pod nawisem skalnym, skulony przy ognisku, które rozpalił jego towarzysz.

– Nie wygląda to dobrze – powiedział Daniel. Znajdowali się niemalże na samym szczycie góry, skąd rozciągał się widok na leżące w dole miasto, które wyglądało, jakby wyrosło z morza mgły. Z tego, co Daniel wiedział, mogło tak być. – Zawsze panuje tu taka pogoda?

– Nie – odparł Król Miasta. Siedział po przeciwnej stronie wygasającego ogniska, chudy i wyschnięty jak zmumifikowane zwłoki, otulony podartym płaszczem, który wiele lat temu mógł mieć kolor bogatej, monarszej żółci, lecz dziś nie skusiłby nawet złodzieja z najpodlejszej dzielnicy Baraghod. – Tylko, kiedy moje myśli spowija cień.

To oczywiste, pomyślał Daniel. Miasto wyrosło wokół Króla, specjalnie dla niego; słońce świeciło, gdy monarcha miał dobry humor, lecz gdy był czymś zagniewany, chmury nadciągały, a wraz z nimi deszcz i mgła.

 – Co to za cień?

Król nie odpowiedział. Rzadko się odzywał, za to niemal nie spuszczał Daniela z oczu, ciemnych i pustych, jakby nie kryła się za nimi osoba, lecz bezmiar kosmosu. Do milczenia młody Ragon mógłby się wreszcie przyzwyczaić, ale to świdrujące spojrzenie wytrąciłoby z równowagi nawet najlepszego pokerzystę.

Daniel westchnął. Był zmęczony i zmarznięty, a euforia, którą poczuł, ujrzawszy po raz pierwszy Króla Miasta, zdążyła zmienić się już w niechęć. Dokonał wreszcie przełomu w badaniach, ale rzeczywistość rozczarowała go, tak jak to zwykle bywa. Od lat pragnął poznać jedną z istot, o których mówiły raporty psychonautów, lecz spodziewał się, iż to spotkanie będzie miało zupełnie inny przebieg.

Odkąd pamiętał, układał w głowie listę pytań, które musiał zadać, tematów, które chciał poruszyć. Kiedy Król zjawił się wreszcie przed nim, Daniel padł na kolana i zaczął błagać o odpowiedzi. Nie otrzymał jednak żadnej. Nie zobaczył żadnego z cudów, o których marzył. Nie było nic, oprócz deszczu i mgły, mgły i deszczu, wiatru, chłodu oraz tego przeklętego Miasta, które strzępiło się na brzegach jak stary płaszcz Króla i zapadało w sobie, trawione entropią jak śmiertelną chorobą wyniszczającą od środka.

– Chcesz usłyszeć historię? – zapytał nagle władca, przerywając ciszę.

Serce Daniela zabiło szybciej. Oczywiście, że chce! Po to tu przybył, historia Króla mogła być tym, do czego dążył całe życie: odpowiedzią.

– Chcę. O czym będzie ta opowieść? – zapytał, ledwie kryjąc podniecenie.

– Może zacznijmy od tego. – Król wstał i stanął u boku Daniela. Przez chwilę razem, w milczeniu, spoglądali na brunatny wrzód Miasta. – Wiesz, czym jest?

Gdyby ktoś zapytał Daniela, skąd zna tę opowieść, nie potrafiłby odpowiedzieć. A jednak wydawało się, że słowa same spływają na język, jakby znane od dzieciństwa; jakby to właśnie tę historię matka czytała mu nad kołyską.

– Jest więzieniem. Miasto, w którym nie ma żywej duszy, oprócz ciebie. Morze mgieł i ta góra, na której szczyt wchodzisz czasami, by zrzucić z głowy kaptur i pozwolić, by deszcz spływał ci po twarzy, a wiatr szarpał ubraniami. Próbujesz uciec z Miasta, ale poza tą górą nie ma niczego. Wchodzisz więc na szczyt, bo stąd lepiej widać gwiazdy.

Król posłał mu najdelikatniejszy z uśmiechów, ledwie zauważalny.

– Zobacz – powiedział. – Sam opowiedziałeś sobie historię.

 

IV

 

Droga do Ankarbaas składała się w większości z zamarzniętego błota oraz mulistych kałuż, na których utworzyła się cienka warstwa lodu. Koń stąpał ostrożnie, a Oscar go nie popędzał, choć chciał jak najszybciej znaleźć się w miasteczku i odszukać ludzi, którzy mogli posiadać pewne informacje. Może potem zajdzie do gospody na grzane wino.

Palce zesztywniały mu od mrozu, nim w końcu zza zakrętu wyłoniły się pierwsze niskie domki o ścianach z czarnego kamienia i stromych dachach. Ankarbaas przycupnęło na skraju lasu, przytulone do świerków i jodeł, jakby szukało pod drzewami schronienia przed zimnym wiatrem, chłoszczącym trawy na równinach.

Z dzieciństwa pamiętał rozkład budynków, wiedział więc, w którą uliczkę skręcić, by znaleźć zakład pogrzebowy. Nie spotkał wielu przechodniów, a ci, których zobaczył, rzucali mu zdumione spojrzenia. Dom jest rzeczywiście odcięty od reszty świata, pomyślał Oscar, skoro nie mieli pojęcia o moim powrocie.

Zatrzymał konia przed zakładem i zeskoczył na ziemię; zamarznięte błoto zaskrzypiało pod ciężarem. Przywiązał klaczkę do palika i pchnął ciężkie drzwi.

– Uwaga na kota!

Lata szermierki pomogły Oscarowi wyrobić refleks; w ostatniej chwili zdołał zagrodzić nogą drogę uciekającemu futrzakowi i zatrzasnąć drzwi. Odepchnął kota bezceremonialnym kopniakiem, a zwierzę zamiauczało oburzone i czmychnęło w głąb pomieszczenia.

– Zaraza – zaklął głos, który wcześniej ostrzegł Oscara. – Przepraszam, za tego łobuza. Tak często próbuje uciekać, że można pomyśleć, iż go tu więzimy.

Za biurkiem znajdującym się naprzeciwko drzwi stał chudy, starszy mężczyzna w koszuli o niechlujnie podwiniętych rękawach. Miał ostry, ptasi nos i głęboko osadzone oczy, którymi szybko zlustrował Oscara.

– Syn Leopolda Ragona, co? – mruknął bardziej do siebie niż do chłopaka i zatrzasnął leżący na blacie gruby notes w czarnej okładce. – Wszędzie bym was, chłopcy, poznał, wszyscy macie takie same oczy. Przypominam sobie twoją twarz, ale byłeś jeszcze dzieckiem, kiedy ostatni raz zawitałeś do miasteczka. Oscar, prawda?

– Tak. Jestem Oscar Ragon i przyszedłem zapytać o mojego brata.

– Artemia?

– Nie. Daniela. Ponoć… robił interesy z grabarzami. Chciałbym z nimi porozmawiać.  

Przedsiębiorca pogrzebowy wydał z siebie zduszony dźwięk, coś pośredniego między kaszlem a śmiechem, ściągnął okulary i zaczął wycierać o rąbek koszuli. Kiedy skończył, upewnił się, że są czyste, chuchnął na szkła, znów je przetarł i dopiero potem założył. Oscar obserwował poczynania starszego mężczyzny, domyślając się, iż to wszystko służy tylko kupieniu odrobiny czasu na przemyślenie odpowiedzi.

– Tak, Oscarze – powiedział w końcu starzec. – Daniel pojawiał się od czasu do czasu w zakładzie, ale to ze mną robił interesy.

Wyszedł zza biurka i wyciągnął rękę do chłopaka.

– Nazywam się Vicharon Guryon. Miło mi cię poznać.

Skóra starca była żółtawa, szorstka w dotyku i nie sprawiała najprzyjemniejszego wrażenia, ale przedsiębiorca miał mocny, szczery uścisk, co Oscar bardzo cenił.

– Mi również, Vicharonie – odparł chłopak. – Pozwól, że przejdę od razu do rzeczy: czy mój brat… czy Daniel kupował od ciebie zwłoki?

Wpatrywał się z napięciem w twarz starca, który westchnął i wrócił za biurko. Gestem zaprosił gościa, by usiadł na krześle. Sięgnął do szafki i wyciągnął pękatą butelkę z żywiczną nalewką. Nalał bursztynowego płynu do dwóch szklanek i w pomieszczeniu zapachniało lasem.

– Zdaję sobie sprawę, jak dziwnie brzmi moje pytanie – odezwał się znów Oscar – ale zapewniam, że nie zamierzam narobić ci żadnych kłopotów. Chcę tylko dowiedzieć się, gdzie zniknął mój brat, to wszystko. Każda informacja będzie pomocna.

Vicharon zabębnił palcami w biurko.

– Sęk w tym, że nie mogę wiele ci zdradzić. Tylko to, co wiem i co ty zapewne również już wiesz. Daniel nigdy nie wchodził w szczegóły. Kiedy trafiały do mnie zwłoki spełniające jego wymogi, dawałem mu znać, Daniel przyjeżdżał na wozie i odjeżdżał ze zwłokami. Zawsze płacił, nigdy nie było problemów.

– Jakie były jego wymogi?

– Ciało musiało być w miarę dobrym stanie. Żadnych zniekształcających chorób, żadnych brutalnych zgonów. Wiek i płeć, mówił, nie grają roli.

– Ale po co? – zapytał Oscar, jednym haustem opróżniając szklankę. Alkohol zapiekł go w język i chłopak przez chwilę miał wrażenie, że gardło stanęło mu w ogniu. Skrzywił się i zacisnął powieki, czując, że zbierają się pod nimi łzy.

– Tego nie wiem – odparł przedsiębiorca. Oscar czuł na sobie jego współczujący wzrok. – Daniel słynął z powściągliwości i… powiedzmy, ekstrawagancji.

Oscar prychnął.

– Zaczynam powoli wierzyć, że był niespełna rozumu, a nie ekstrawagancki.

– Czasem geniusz przyjmuje różne formy, które na pierwszy rzut oka wydają się zaprzeczeniem wszelkich praw logiki i rozumu.

– Wierzy pan, że Daniel był geniuszem?

Vicharon posmakował nieco alkoholu, przełknął, spojrzał w sufit.

– Wierzę, że miał pewną wizję – odparł. – I dążył do jakiegoś celu. Nikt nie zajmuje się krojeniem zwłok ot tak, dla zabawy.

– Chyba że jest niespełna rozumu.

– Daniel taki nie był, Oscarze.

– Cóż, nie mnie to oceniać – odparł Oscar, wstając. – Okazuje się, że ostatecznie nigdy do końca nie jest nam dane poznać drugiego człowieka.

Wyciągnął dłoń do Vicharona.

– Dziękuję za pomoc, panie Guryon. Wszystkie słowa, które tutaj padły, zostaną między nami.

– Życzę powodzenia w dalszym śledztwie, Oscarze. – Vicharon uścisnął dłoń chłopaka. – Nie wahaj się przyjść, gdybyś jeszcze czegoś potrzebował.

Oscar skinął głową i wyszedł. Dosiadał już konia, gdy drzwi zakładu uchyliły się i w szparze ukazała się głowa Vicharona.

– Oscarze! – zawołał. – Niech cię szlag, przeklęty kocurze… Oscarze, może chciałbyś towarzyszyć mi w małej wycieczce na cmentarz? Myślę, że taka wyprawa może cię zainteresować, jeśli jesteś chociaż odrobinę podobny do Daniela.

 

V

 

Daniel stracił rachubę czasu; na ziemiach Króla dni i noce zdawały się nie istnieć – był tylko wieczny, szary przedświt, jakby słońce nie dawało wystarczająco wiele światła, by całkiem przegnać szarzyznę. Próbował liczyć, ile razy zasypiał na mokrej, zimnej ziemi, ale szybko się pogubił.

Brzuch miał twardy i obolały. Podejrzewał, że z głodu – od dawna nie miał okazji zjeść porządnego posiłku – ale na myśl o jedzeniu robiło mu się niedobrze. Bardziej doskwierało pragnienie; język miał wyschnięty, a za każdym razem, gdy przełykał ślinę, czuł się, jakby ktoś wpychał mu do gardła garść drobno pokruszonych kamieni.

Wlókł się noga za nogą wąską ścieżką prowadzącą przez bagniska, od czasu do czasu unosząc zwieszoną na pierś głowę, by sprawdzić, czy nie stracił przewodnika z oczu. Za każdym razem Król tam był, niewyraźny cień majaczący wśród mlecznych oparów.

Krajobraz praktycznie się nie zmieniał, równie monotonny, co szare niebo nad głowami wędrowców: mgła, bagna, rachityczne drzewka i cuchnące bajorka, w których więcej było mułu niż wody. Otaczała ich cisza i słodki, mdlący smród rozkładu.

Dla zabicia czasu Daniel próbował zagadywać Króla, ale władca Miasta odpowiadał albo ciężkimi do zinterpretowania pomrukami, albo wcale.

– Dokąd właściwie idziemy? – zapytał w końcu Daniel, przystając pośrodku nicości. Nie spodziewał się odpowiedzi, ale Król zerknął przez ramię. Oparty na kosturze, wychudzony, o twarzy skrytej w cieniu kaptura, wyglądał jak widmo grasujące po bagnach.

– Do Miasta – odparł cichym, lecz ochrypłym głosem, od którego Danielowi zjeżyły się włoski na karku. – Szukamy drogi.

– Zabłądziłeś we własnym królestwie?

– To nie jest moje królestwo. A trakty tutaj bywają zwodnicze.

Daniel poczuł, że na usta cisną mu się słowa, których nie chce wypowiedzieć. Słowa, które pamiętał, choć nie wiedział skąd:

– Miasto, w którym nikt nie mieszka. Deszcz, który nie poi ziemi. Drogi, które prowadzą donikąd. I król bez korony. Wszystko jest tutaj na opak.

– Coraz lepiej opowiadasz historie – powiedział Król z nutką sarkazmu w głosie.

– Skąd one się biorą? To ty przeze mnie przemawiasz?

– Mówisz to, co potrzebujesz powiedzieć – odparł monarcha i ruszył w dalszą drogę. Danielowi nie w smak była wizja zagubienia się na tych przeklętych, mglistych bagnach, więc, klnąc pod nosem, poszedł za Królem.

– Kiedy znajdziesz drogę? – zagadnął, podbiegając, by dotrzymać towarzyszowi kroku. – Musisz ją tropić? Czy po prostu idziesz za nosem?

Władca nie odpowiedział.

Zatrzymali się na nocleg pod kępą czarnych krzaków o kolczastych gałęziach, które nie pozwalały Danielowi wygodnie się ułożyć. Za każdym razem, gdy próbował oprzeć się o pień, wczepiały się w jego ubrania i wyszarpywały nowe dziury. Włosy miał mokre od mżawki i mgły.

– Ciekaw jestem, jakie właściwości mają te wszystkie rośliny – odezwał się. Nie liczył na to, że uda mu się zagaić rozmowę; chciał odciągnąć myśli od zimna i wilgoci. – Nie rozpoznaję praktycznie żadnego gatunku, a całkiem nieźle znam się na biologii.

Zerwał z gałęzi nad głową maleńką, czarną jagódkę, których pełno rosło na okolicznych krzakach.

– Są trujące?

Król siedział obok, nieruchomo jak mumia, z kolanami podciągniętymi prawie pod brodę. Jak zawsze krył twarz pod kapturem, lecz spojrzał w stronę Daniela.

– Pod wieloma względami: tak.

– Umrę, jeśli ją zjem? Zwymiotuję? Dostanę rozwolnienia? Potrafisz odpowiedzieć na pytanie w taki sposób, bym nie musiał przez resztę dnia zastanawiać się nad możliwymi interpretacjami?

Król zignorował przytyk.

– Wiele spośród roślin, które znajdziesz na moczarach, jest trujących. Ale te jagody zatruwają umysł, a nie ciało.

– Psychodeliki, co? – Daniel z większym zainteresowaniem przyjrzał się niepozornej jagódce.

– Wpływają na psychikę, owszem. Otwierają wrota.

– A dokładniej?

Spod kaptura rozległ się osobliwy, cichy śmiech Króla.

– Sam spróbuj. Przecież i tak chciałeś. Jedna wystarczy.

Nie po to się tu znalazł, by rezygnować z okazji. Daniel wzruszył ramionami, włożył jagodę do ust i rozgryzł. Stęknął, zdumiony, gdy sok zapiekł w język niczym kwas. Chciał splunąć, ale silna dłoń zasłoniła mu usta i zatkała nos. Daniel szarpnął się, lecz Król nie ustąpił. W końcu mężczyzna musiał przełknąć.

– Co ty wyprawiasz? – zwrócił się do władcy Miasta. W głowie mu zaszumiało jak po mocnym winie. Słowa wyszły z jego ust niewyraźne, bełkotliwe, z trudem znalezione. Nie miał pojęcia, czy monarcha odpowiedział, bo nagle wszystkie dźwięki straciły ostrość.

Musiał się położyć, nie bacząc na kolce, czepiające się ubrania. Zamknął oczy i moczary przestały istnieć. Uderzyła w niego fala gorąca. Pod powiekami rozbłysło światło, tak jaskrawe, że zasłonił oczy dłonią.

– Nosisz w sobie dziwne światy, Danielu – usłyszał dobiegający gdzieś z oddali głos Króla. – Możesz już otworzyć oczy.

– Niedobrze mi – zdołał wymruczeć Daniel.

– Twoje ciało zaraz się przyzwyczai.

Niepewnie otworzył oczy i strach ścisnął mu wnętrzności tak gwałtownie, że Daniel zgiął się w pół i zwymiotował na rozgrzany piasek. Znajdowali się na pustyni; wokół nich rozciągała się wielka, otwarta przestrzeń, nic oprócz piachu, gorącego powietrza i przeraźliwie jasnego słońca w zenicie. Stali na szczycie wzgórza, a u ich stóp zaczynała się kamienista ścieżka, prowadząca w dół, ku dolinie. Daniel dostrzegł w oddali niewyraźne stożkowate kształty, na wpół zagrzebane w piachu.

Poczuł delikatne klepnięcie w ramię. Król podał mu rękę i pomógł wstać.

– Mamy około godziny, zanim gawędziarz przestanie działać – powiedział monarcha. Upewnił się, że Daniel zdoła sam ustać na nogach, po czym ruszył ścieżką w dół. Szedł, wydawało się, pewniej niż wcześniej. Sprawiał wrażenie wyższego, wyprostował ramiona, nawet łachmany leżały na nim lepiej niż jeszcze chwilę temu.

Daniel ruszył za nim, lekko kulejąc.

– A więc ten… krzak nazywa się gawędziarz? – zapytał, z trudem doganiając przewodnika.

– Gawędziarz bagienny. Jedna z trzech odmian, prawdopodobnie najłagodniejsza.

– Najłagodniejsza?

Król zerknął przez ramię, figlarny uśmiech zatańczył na wąskich wargach. Był to widok tak niespodziewany, że aż niepokojący.

W milczeniu pokonali resztę drogi. U stóp wzniesienia ścieżka poszerzała się, rozlewała w wielki trakt, który mógł być niegdyś ważnym gościńcem, po którym bez przerwy poruszały się chłopskie wozy i szwadrony wojska, kupcy i cyrkowcy. A po obu stornach drogi wznosiły się gigantyczne piramidy. Pojedyncze bloki tworzące podstawę monstrualnej budowli były o dwie głowy wyższe od Daniela.

– Czytałem o miejscu bardzo podobnym do tego – odezwał się mężczyzna, z zafascynowaniem wpatrując się w widoczne przed nimi wejście do piramidy. Przypominało czarną ranę w skórze kamiennego olbrzyma; jednocześnie budzącą grozę i przyciągającą. – We wnętrzach tych budowli grzebano królów, a wraz z nimi ich bogactwa, broń, meble, ulubione potrawy, a czasem także najpiękniejsze spośród królewskich faworyt. I zwoje. Setki zwojów, ze szczegółami opisującymi rządy danego władcy. Tysiące dawno zapomnianych opowieści.

Z błyskiem w oku spojrzał na Króla.

– Czy tu właśnie jesteśmy? – zapytał gorączkowo. – Na wielkim cmentarzysku królów?

– Nie – odparł Król. – To miejsce jest tylko snem, odbiciem. Twoim wyobrażeniem. Znajdziesz tylko to, co już nosisz w sobie.

Daniel poczuł ukłucie rozczarowania.

– Tutaj jestem silniejszy – odezwał się monarcha. – To miejsce, w twojej głowie, jest najbliższe mojemu prawdziwemu królestwo. Na pewno bliższe niż to przeklęte Miasto, wysrane przez otchłań. – Splunął z odrazą, jakby chciał pozbyć się nieprzyjemnego smaku z ust.

 

***

 

– Daleko jeszcze? – zapytał Daniel, z trudem chwytając powietrze. – Jestem wykończony.

Szli bez przerwy, odkąd niebo rozjaśniło się czymś, co w świecie Króla nosiło nazwę świtu. Daniel ledwo utrzymywał mordercze tempo, które narzucił przewodnik; poza tym droga stała się jakby bardziej zdradliwa: często musieli brodzić po kolana w wodzie lub przedzierać się przez kolczaste gęstwiny. Gawędziarz bagienny rósł tu tak gęsto, że Daniel zdołał po kryjomu napełnić kieszeń płaszcza czarnymi jagodami. Na razie był zbyt słaby po wczorajszej wyprawie, by próbować znowu, ale kiedy już odzyska siły… Kto wie?

– Przed nocą zobaczymy mury Miasta – odparł lakonicznie monarcha. Głos miał ochrypły i zduszony przez chustę, którą osłonił usta i nos dla ochrony przed smrodem.

Zgodnie z obietnicą po kilku godzinach marszu z mgły wyłoniły się czarne mury. Rosły z każdą chwilą, potężne i onieśmielające. Oczywiście, nikt nie stał na straży bramy. Weszli po cichu, jak złodzieje. Daniel z jakiegoś powodu zgarbił się i skulił, jakby usiłował uciec przed czyimś wzrokiem, choć jedynymi żywymi istotami w tej krainie byli on oraz Król.

Ulice Miasta, początkowo szerokie i brukowane kocimi łbami, szybko zmieniły się w wąskie, kręte korytarze, nad którymi pochylały się obrośnięte chwastem przypominającym winorośl domy. Równy chodnik zmienił się w błotnistą dróżkę, a muł zasysał buty podróżujących, jakby usiłował wstrzymać ich kroki.

– A więc to jest twoje królestwo – powiedział Daniel, nie mogąc powstrzymać sarkastycznego tonu, gdy po raz kolejny minęli rozchybotaną ruderę, która w każdej chwili groziła zawaleniem.

– Powstało na obraz i podobieństwo waszego świata – odgryzł się Król. Znów zaczął padać deszcz.

– Dokąd idziemy?

– Do Pałacu.

– Daleko to?

Król nie odpowiedział. Zagmatwał drogę, skręcając kilka razy i niemal gubiąc Daniela wśród deszczu, który wkrótce przerodził się w gwałtowną, ponurą ulewę. Mężczyzna osłonił twarz kapturem, ale lodowata woda była wszędobylska jak hiena cmentarna, zaglądająca do każdej kieszeni. Mokre ściany domów przybrały ohydny kolor ekskrementów. Całe Miasto śmierdzi, pomyślał Daniel, wszędzie unosi się zapach zepsutego mięsa.

Wreszcie wyszli jednak na otwartą przestrzeń – plac przed pałacem. Pośrodku pustej przestrzeni wznosił się tylko jeden posąg, niegdyś bez wątpienia imponujący rozmiarami i kunsztem wykonania, teraz popękany i poczerniały od ognia tak bardzo, że nie dało się określić, kogo przedstawia.

Pałac górował nad pozostałymi budynkami, wielki, brunatny moloch, w którego ściany wdarł się wszędobylski bluszcz. Kiedy podeszli bliżej, aż pod same wrota, Daniel zorientował się, że Pałac wcale nie jest zbudowany z kamienia i cegieł, lecz z mięsa i kości. Nabrzmiałe liany bluszczy okazały się pulsującymi krwią żyłami, a wielkie okno, widoczne setki stóp nad głowami wędrowców – okiem, obserwującym z wysoka całą okolicę.

Robi wrażenie, pomyślał Daniel.

– Jak rozumiem, dotarliśmy do celu naszej podróży – powiedział, gdy zatrzymali się u stóp schodów prowadzących do olbrzymich drzwi. Rozmiary Pałacu przytłaczały go do tego stopnia, iż po raz pierwszy, odkąd stanął przed obliczem Króla, poczuł się nieswojo; jak mrówka w królestwie istot mogących ją rozdeptać i nawet nie zauważyć, że kiedykolwiek stanęła im na drodze.

– Tutaj wszystko dopiero się rozpoczyna – odparł Król, oburącz popychając masywne wrota.

Znaleźli się w sali tak ogromnej, że przez chwilę Daniel wątpił w swoją poczytalność. Sklepienie ginęło w mroku, ale przez gigantyczne okna wpadało do środka światło dwóch słońc. W przytłumionym blasku tańczyły tumany kurzu. Echo kroków odbijało się od ścian, jakby przez komnatę maszerował zastęp żołnierzy, a nie dwóch strudzonych włóczęgów.

Zatrzymali się mniej więcej na środku sali. Król spojrzał na Daniela pozbawionym wyrazu wzrokiem.

– Zostaną ci przydzielone pokoje. Możesz poruszać się, gdzie tylko zechcesz; czy to po Pałacu, czy po Mieście. Możesz wychodzić także poza mury, choć odradzam takich spacerów. Niełatwo jest znaleźć drogę powrotną w tej mgle. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zostanie ci to dostarczone.

– A jeśli będę chciał znaleźć ciebie?

Król patrzył na niego chwilę uważnie, nim odpowiedział.

– Wtedy przybędę.

 

***

 

Komnata, którą pokazał mu Król, była przestronna i umeblowana jak sypialnia arystokraty, ale wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. Kiedy Daniel usiadł na łóżku, w powietrze wzbił się obłok pyłu. Mężczyzna zakaszlał.

Wątpliwym było, aby w Pałacu znajdowali się jacyś służący, a jeszcze mniej prawdopodobne – by Król sam zajmował się sprzątaniem i zmienianiem pościeli. Daniel podejrzewał, że władca Miasta wcale nie sypia i nie zwraca uwagi na takie drobiazgi jak świeża kołdra i pachnąca poduszka.

No cóż, pomyślał, jeśli ściągnę pierzynę i będę spał pod prześcieradłem, powinno dać się wytrzymać, chociaż wszystko pachnie stęchlizną.

Zajrzał do szafek i szuflad, ale nie znalazł nawet jednego porzuconego lub zapomnianego drobiazgu. Wyjrzał przez okno – od wysokości zakręciło mu się w głowie. Miasto przypominało obraz szaleńca, malowany w różnych odcieniach brązu, czerwieni i żółci. Budynki były nienaturalnie wielkie, jakby tworzone z myślą o cyklopach, nie ludziach. Wiele z nich sprawiało wrażenie chorych; pochylały się ku sobie, jakby szukały nawzajem wsparcia. Nad całym Miastem unosił się słodkawy zapach, od którego Danielowi robiło się niedobrze. Zamknął okno i zgiął się wpół, opierając dłonie na kolanach i oddychając głęboko, by powstrzymać mdłości. Kręciło mu się w głowie.

Nagle rozległo się delikatne stukanie i drzwi otworzyły się. Daniel spodziewał się ujrzeć Króla, lecz zamiast monarchy do pokoju wszedł młody mężczyzna w czarnym stroju. Włosy miał ciemne, w nieładzie, jakby potargane przez wiatr, a na nogach wysokie buty do jazdy konnej. Na jego widok Daniel odruchowo cofnął się o pół kroku, zaskoczony niespodziewaną wizytą, lecz mężczyzna zatrzymał się i uniósł ręce. W prawej dłoni trzymał jakiś płaski przedmiot.

– Spokojnie, Danielu – powiedział. – Jestem przyjacielem Króla.

– Sądziłem, że mieszka tu sam – odparł Daniel, nieufnie spoglądając na przybysza.

– Czasami go odwiedzam, by nie czuł się zbyt samotny.

– Kim jesteś?

– Możesz nazywać mnie Obcym – powiedział przybysz. – Albo Przyjacielem. To już zależy od ciebie. Zakładam, że w obecnej sytuacji czujesz się dość niekomfortowo, więc spróbujmy cię rozluźnić. Proponuję, byś nazywał mnie Przyjacielem. Właściwie wpisuję się w definicję tego, kogo określiłbyś jako sługę, ale ponieważ jestem jednocześnie bogiem… Nie służę. Uznajmy, że pomagam. Jeśli o jakiejkolwiek porze dnia i nocy odkryjesz, że czegoś potrzebujesz, ja ci to zapewnię. Obiecałem Królowi, że zadbam o twoją wygodę.

Mówiąc, bawił się trzymanym w dłoniach przedmiotem. Była to maska, prosta i bezbarwna, jakby twórca usiłował nadać jej tak niezapadające w pamięć rysy, jakie tylko się dało. Beznamiętne, budzące dreszcze oblicze.

– Rozumiem. Mam pytanie…

– Wiem, o co chcesz zapytać i moja odpowiedź brzmi: nie. Nie mogę odpowiadać na pytania dotyczące gospodarza albo świata znajdującego się poza murami Pałacu.

– A gdybym poprosił, byś odprowadził mnie do domu? Król powiedział, że nikt mnie tu nie zatrzymuje siłą, ale wątpię, bym zdołał sam znaleźć drogę.

Nieznajomy westchnął.

– Król byłby bardzo rozczarowany. Chyba cię polubił – dodał na widok zdumionej miny Daniela. – Od bardzo dawna nie miał towarzystwa. Ja się nie liczę; zbyt rzadko go odwiedzam i nigdy nie zostaję długo. Miasto źle na mnie reaguje.

– Jak Król mnie znalazł? Możesz chyba zaspokoić moją ciekawość bez zdradzania największych tajemnic istnienia.

– Odnalazł cię w snach. Ale jak dokładnie: nie mam pojęcia. Wiem tylko to, co sam widziałem i co zechciał mi powiedzieć.

– Mogę poruszać się już tylko w snach. – Rozległ się znajomy głos. Daniel spojrzał ponad ramieniem nieznajomego; w drzwiach stał Król, z rękami założonymi za plecy i ciemnością w oczach. – Jestem zbyt słaby, by uciec z tego więzienia i poruszać się w świecie żywych. To wymaga materialnej formy, której nie mam siły stworzyć. Ale ludzkie umysły w czasie snu są niczym otwarte wrota, których nie strzeże żaden strażnik.

– Przyciągnąłeś naszą uwagę – dodał Obcy.

– I co zamierzacie ze mną zrobić?

– Jeszcze nie wiem. – Król wzruszył kościstymi ramionami. – To w dużej mierze zależy od ciebie. Jeśli będziesz chciał tu zostać, zatrzymam cię przy sobie i będę żywił się twoją witalnością, dopóki starczy ci sił.

– Czyli – powiedział wolno Daniel – ja także jestem więźniem.

– Jesteś bardziej wolny, niż ja. – Król uśmiechnął się gorzko. – Każda istota jest bardziej wolna, niż ja.

 

VI

 

Zjedli wieczerzę we trójkę: Daniel, Obcy i Król. Komnata, w której czekał na nich posiłek, była ciemna i równie zakurzona jak reszta Pałacu. Potrawy, choć proste, prawie nie miały smaku, ale Daniel i tak zjadł dwa talerze zielonej zupy o nierozpoznawalnym aromacie. Jego towarzysze uraczyli się tylko bladym chlebem i suchymi, mącznymi jabłkami o pomarszczonych skórkach.

Za to wino cieszyło podniebienie: bardzo mocne, intensywne, Danielowi uderzyło do głowy niemal natychmiast. Poczuł się lekki i pijany.

– A zatem – odezwał się bełkotliwie – jesteście jakimiś bogami?

Król i Obcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Wpisujemy się w definicję – odparł w końcu Obcy łagodnym głosem.

– Wiesz, czym jest fałszywe lustro? – zapytał Król.

Daniel sięgnął do tej części pamięci, o której do tej pory nie miał pojęcia, że istnieje. Słowa same się ukształtowały i wyszły z jego ust, obce i znajome jednocześnie.

– Fałszywe lustro ma dwie strony. Jedna to zwykłe zwierciadło, pokazujące nam nasze odbicie. Lecz z drugiej znajduje się okno, przez które można obserwować tego, który przegląda się w lustrze.

– Bardzo dobrze. – Król skinął głową. – Wyobraź sobie, że stoisz przed lustrem i widzisz w nim odbicie całego świata. My jesteśmy tym, co czeka po drugiej stronie.

 

***

 

Gdy tylko wyruszyli z miasteczka, zaczął padać gęsty śnieg, który zdusił wszelki ruch i dźwięki. Trakt był szeroki i ubity przez koła drwalskich wozów, mogli więc jechać obok siebie, jednak ani Oscar, ani Vicharon nie podjęli próby nawiązania rozmowy.

Cmentarz znajdował się w głębi lasu, otoczony metalowym ogrodzeniem z zardzewiałych, powyginanych prętów. Byłoby bardziej odpowiednie dla więzienia, pomyślał Oscar. Ale po chwili przyszło mu do głowy, że tym właśnie po części jest ten cmentarz – więzieniem.

Zatrzymali konie przed bramą i weszli pod baldachim świerków, rosnących gęsto między mogiłami. Tylko dzięki drzewom groby nie zniknęły jeszcze pod grubą na stopę warstwą śniegu.

Oscar rozejrzał się z zainteresowaniem. Nigdy wcześniej nie był na cmentarzu, nie odwiedził nawet grobu matki. Zmarła na szczurzą chorobę i, jak wiele innych ofiar zarazy, została pochowana w nekropolii leżącej kilka mil dalej w głąb lasu, a tam zapuszczali się już tylko głupcy i szaleńcy. W północnej ziemi nic nie gnije, przypomniał sobie Oscar, zaraza czeka w uśpieniu, aż znowu nadejdzie jej czas.

Prawie potknął się o niski murek, ukryty pod śniegiem. Przyjrzał się uważniej – murek okazał się być wielką, płaską bryłą kamienia, wkopaną w ziemię i dwukrotnie szerszą od najokazalszego grobu na cmentarzu.

– To stary ołtarz – odezwał się Vicharon. Kucnął i zaczął ścierać śnieg z kamiennego podwyższenia, odsłaniając biegnące wzdłuż krawędzi rowki. – Tędy spływała krew i wsiąkała w ziemię, karmiąc bóstwa. Cmentarz powstał wokół starożytnego miejsca kultu, świątyni. Dawniej dzień i noc paliły się tu pochodnie, a dokoła tłoczyli się błagalnicy z darami. Od czasu do czasu kapłan, szaman, czy jak go tam chcesz nazywać, zapalał wonne kadzidło, którego zapach był tak intensywny, że co słabsi mdleli. Ale wszystko było lepsze od fetoru krwi i palonego ciała. Kiedy zaczęto powoli odchodzić od dawnych wierzeń, tutejsi mieszkańcy porzucili starych bogów… ale nie do końca. To nawet sprytny ruch: wybudować cywilizowaną nekropolię na szczątkach pogańskiego, bluźnierczego ołtarza. Ha, w północnej ziemi nic nie umiera!

Wstał i z łobuzerskim uśmiechem spojrzał Oscarowi w oczy.

– A żeby było jeszcze zabawniej, ten ołtarz powstał na dawnych rozstajach dróg. Przodkowie naszych przodków czcili bogów rozdroży; choć byli to nie tyle bogowie, co raczej duchy, pozbawione niemal rozumu i niezdolne przybrać materialnej formy. Kto wie, czym były naprawdę? Może tylko skondensowaną wolą, zagubionymi duszami, albo strachem człowieka, który znalazł się sam w sercu lasu, niezdolny wrócić do domu?

– Myślisz, że Daniel tu był?

Vicharon prychnął, jakby Oscar powiedział coś głupiego.

– Ja nie myślę, ja wiem! Zdziwiłbym się, gdyby nie przychodził tu wielokrotnie, podejmując wciąż nowe próby obudzenia bogów.

– Jeśli się nie mylę – powiedział powoli Oscar – bogów budzi się krwią…

– Tak jest, nie mylisz się. Ale nie martw się. Daniel miał dość rozsądku, by nie posuwać się do morderstwa. Stara krew wystarczy, powiedział mi kiedyś, bogowie są już bardzo głodni, po tylu latach uśpienia. Pomogłem mu przewieźć tu trupa. Młoda dziewczyna ze wsi, zmarła w czasie porodu. Dziecko razem z nią. Matka nie miała w sobie, po prawdzie, za wiele krwi, poza tym zdążyła okrzepnąć i zesztywnieć. Ale dziecko… Było jeszcze prawie ciepłe, kiedy trafiło do mojego zakładu.

Na twarzy Vicharona zaszła nieznaczna zmiana, której Oscar omal nie przeoczył. Oczy starca pociemniały, usta zacisnęły się w wąską kreskę.

– Nie myśl sobie, że mi się podobało – powiedział. – Uważałem, że to złe, co robimy. Ale z drugiej strony… Oboje nie żyli, a gdyby rytuał się udał, ich śmierć nie poszłaby na marne. A Daniel… Gdybyś widział jego zaangażowanie, pewność, błysk w oku, nie dałbyś rady w niego wątpić.

– Co poszło nie tak? – zapytał cicho Oscar. Miał gęsią skórkę, a w żołądku coś go ściskało, jakby zimna ręka martwej dziewczyny z opowieści Vicharona zaciskała się na jego wnętrznościach.

 

***

 

Pili jeszcze długo, długo w noc. Obcy bezustannie żartował i napełniał kieliszki, choć zdawać by się mogło, że na niego alkohol nie działa. Natomiast Król pił w milczeniu, z nieprzeniknioną twarzą i czarnymi oczami skierowanymi cały czas na Daniela.

Który z każdą chwilą był coraz bardziej pijany.

Próbował im akurat opowiedzieć jakąś historię z dzieciństwa – coś o bracie i surowym ojcu – gdy Król machnął od niechcenia ręką, dając znak Obcemu. Mężczyzna natychmiast wstał od stołu i podał dłoń Danielowi.

– Chodźmy, przyjacielu – powiedział, pomagając mu stanąć prosto. – Jesteś już zmęczony.

– Nie, ja… Mogę siedzieć – odparł Daniel i spróbował się uwolnić. Równie dobrze mógłby usiłować wyrwać z ziemi stary dąb gołymi rękami. – Dlaczego idziemy?

Głowę miał ciężką i niechętną procesom myślowym. Słyszał, że Obcy coś mu tłumaczy, ale skupił się na poruszaniu nogami. Przewodnik wyprowadził go z sali na korytarz, gdzie uderzyło w nich chłodne powietrze. To otrzeźwiło Daniela na tyle, by zdołał zapytać:

– Co mówiłeś?

– Na ciebie już czas – powtórzył cierpliwie Obcy. – Król chce pobyć sam. Nie gniewaj się na niego; noc jest jego ulubioną porą, bo wówczas nawet z tarasów Pałacu dobrze widać gwiazdy.

– Chyba lubi gwiazdy – mruknął Daniel. Skręcili w lewo, mijając wielkie, łukowate okna. Blask księżyca odbijał się w oczach Obcego; choć przez sekundę Danielowi wydawało się, że jest wręcz przeciwnie, że pochłaniają światło, zupełnie czarne i puste, jak oczy Króla. Potrząsnął głową, aby pozbyć się dziwnego wrażenia.

– Chcesz zatrzymać się na moment?

– Nie – odparł Daniel. Chciał już znaleźć się w łóżku. – Dam radę.

– Odpowiadając na twoje pytanie: wszyscy lubimy gwiazdy. Przypominają nam, skąd pochodzimy.

– Nam?

Obcy uśmiechnął się szelmowsko, ale nie odpowiedział. Zatrzymali się przed drzwiami sypialni Daniela. Nigdy bym sam nie odnalazł drogi, pomyślał mężczyzna z nagłym niepokojem, a Król raczej nie wydawał się chętny do wycieczek.

Obcy otworzył drzwi i z kolejnym uśmiechem założył ręce za plecy.

– Przyjdę po ciebie jutro rano, jeśli będziesz miał ochotę na śniadanie – powiedział. – Tymczasem wyśpij się. Masz za sobą długi i ciężki dzień; gawędziarz rzadko bywa łaskawy za pierwszym razem. Tak, Król wszystko mi opowiedział – ubiegł pytanie Daniela. – Żałuję, że nie dane mi było wejść razem z wami w ten sen. Już od bardzo dawna nie miałem okazji uczestniczyć w takiej podróży.

– Jesteś taki sam jak on, prawda? – zapytał Daniel, wodząc wzrokiem po twarzy Obcego: ciemnych, lekko zmrużonych oczach, delikatnych, niewidocznych na pierwszy rzut oka zmarszczkach w kącikach ust i uśmiechu, którego równie dobrze mogłoby nie być.

– Nie. – Uśmiech poszerzył się. – Król jest jedyny w swoim rodzaju. Ja jestem jedyny w swoim rodzaju. Tylko ludzie są identyczni.

– Ilu było takich jak ja? – zapytał nagle Daniel. Nie miał pewności, czy chce usłyszeć odpowiedź, ale i tak wpatrywał się z napięciem w boga.

– O to musisz pytać Króla. Nie wiem, ile będzie chciał ci powiedzieć.

– Od czego ty tu właściwie jesteś? – zirytował się Daniel. – Jesteś bogiem i nie służysz, choć „wpisujesz się w definicję” sługi. Tyle wiem. Ponadto domyślam się, że nikt oprócz mnie i Króla nie wie, że tu jesteś. Znasz dobrze Pałac, zachowujesz się swobodnie, więc nie jest to twoja pierwsza wizyta. Twój strój wskazuje, że masz za sobą długą podróż, ale, bogowie mi świadkami, nie mam pojęcia skąd mogłeś przybyć, skoro nie ma tutaj niczego oprócz Miasta i przeklętej mgły!

Obcy roześmiał się.

– Wszystko się zgadza – odparł wesoło. – Oprócz jednego, drobnego szczegółu: świat nie kończy się na Mieście. Wystarczy, że podniesiesz głowę i spojrzysz w czarną otchłań nocnego nieba…

Niespodziewanie uśmiech zniknął; Obcy spoważniał i skłonił się sztywno Danielowi. Zaszła w nim jakaś zmiana, ale mężczyzna nie potrafił powiedzieć, co ją spowodowało.

– Mam nadzieję, że zaspokoiłem twoją ciekawość… na razie – powiedział Obcy. – Nie mogę zdradzać tajemnic Króla.

– Dobrze, więc zostawmy sekrety Króla w spokoju. Mam jeszcze wiele innych pytań.

Obcy westchnął z teatralną rezygnacją.

– Skoro koniecznie chcesz poddać mnie przesłuchaniu, usiądźmy i porozmawiajmy spokojnie.

W sypialni było nieco duszno i Daniel w pierwszym odruchu chciał otworzyć okno, ale szybko przypomniał sobie smród Miasta i zrezygnował. Usiedli przy stole; Obcy wyjął z barku butelkę wina, przyjrzał się etykietce i zagwizdał.

– Bardzo dobry rocznik – powiedział. – Gorzkawe, orzechowe. Koniecznie spróbuj, taka okazja może się nie powtórzyć. – Uroczyście wręczył Danielowi kieliszek. – W dawnych czasach uznano by to z diabelski trunek, a ty spłonąłbyś na ołtarzu ofiarnym, gdybyś powiedział, że piłeś z bogami – dodał żartobliwie, obserwując, jak mężczyzna wącha i kosztuje napoju.

– No cóż – mruknął Daniel. – Ludzie całe życie dążą do kontaktu z nadprzyrodzonym, poszukują dowodu na istnienie sacrum, ale kiedy podetkniesz im dowody pod nos, odwracają wzrok i nazywają cię wariatem.

– To tylko strach. Nic więcej. Zwykły, ludzi strach, jedna z najprostszych emocji, kierująca większością waszych działań.

– Mówisz, jakbyś znał się na ludziach.

– Bardzo dużo podróżuję. Taką mam naturę, muszę wędrować. Odwrotnie jest z królami: gdy już raz dostaną królestwo we władanie, mogą się z niego nie ruszać przez resztę życia. Natomiast ja… nigdzie nie zagrzewam długo miejsca. Błąkam się to tu, to tam. Obserwuję ludzi i uczę się. Miałem nawet okazję poznać twojego brata, Artemiousa.

– Poznałeś Artemia? – Daniel prawie zakrztusił się winem; ostatnim, czego się spodziewał, było imię brata, padające w rozmowie z bogiem. – Jak? Kiedy?

– Obaj byliście jeszcze bardzo młodzi. Płonął bardzo jasno, do dziś to pamiętam. Chciał zostać poetą, wiedziałeś o tym?

– Przypominam sobie… Napisał jakiś wiersz i ojciec bardzo surowo go za to ukarał. Artemio nigdy nie powiedział, o co dokładnie chodziło.

– To był wiersz o miłości – odparł Obcy. – Rzekłbym, że to jedno z tych rzadkich dzieł, które dotykają duszy człowieka, na zawsze odciskając w niej ślad.

– Tylko wiersz o miłości? – Ciężko było w to uwierzyć. Daniel przypomniał sobie gwałtowną reakcję ojca, to, z jaką pogardą zwracał się do syna; jak trzymał Artemia za kark, niemal przyciskając twarz chłopaka do żaru paleniska. W głowie się nie mieściło, by mógł go tak rozjuszyć byle wierszyk o miłości. Chyba że…

Najważniejszy element układanki wskoczył wreszcie na miejsce i Daniel zacisnął szczęki, przeklinając własną ślepotę. Obcy obserwował go z mieszaniną sympatii i współczucia w oczach.

– Nie wyrzucaj sobie, że dopiero teraz się zorientowałeś – powiedział łagodnie Obcy. – Człowiek nigdy nie zdoła w pełni zrozumieć drugiego człowieka, choćby własnego brata. A czasami sam nie potrafi powiedzieć, co jest faktem, a co tylko wyobrażeniem, które tworzy na potrzeby innych. Artemio długo nie rozumiał, co jest z nim nie tak. Czuł się samotny i wyobcowany, więc przelewał samotność na papier. Tylko w wierszach był ze sobą szczery. I w snach. Ale sny, jak zapewne wiesz… Bywają niebezpieczne. Wędrują w nich dziwne istoty.

Uśmiechnął się; grymas był głodny i okrutny w bladym blasku księżyca. Daniel łatwo mógł sobie wyobrazić boga, zwodniczego i fałszywego, kiedy obserwował gdzieś z ukrycia Artemia i czytał z jego snów prawdę tak łatwo, jakby umysł chłopca był otwartą książką.

– Jedną z tych istot byłeś ty.

– Jedną z tych istot byłem ja. – Skinął głową Obcy. – Gdybyś tylko potrafił wyobrazić sobie, jakie to uczucie wędrować przez świeży, nieskalany jeszcze umysł. Umysł rozbudzony i łaknący wiedzy. Ale było w nim też dużo gniewu, dużo smutku. Melancholijne osoby często płoną bardzo jasno. Może przez to, że ich jedyną ucieczką jest sen? Szkoda, że blask Artemiousa został tak brutalnie zgaszony przez waszego ojca.

Obcy wykrzywił wargi w gniewnym grymasie, jakby samo wspomnienie budziło dawną wściekłość.

– Byłem zły. Postanowiłem odwiedzić jego sny, przekonać się, jakim człowiekiem jest Leopold Ragon. Ujrzałem strach. I gniew. Wszyscy mężczyźni w waszej rodzinie są zawsze pełni gniewu. Złość i melancholia; oto wasza tarcza osłaniająca przed światem. Bariera, którą wznosicie ze strachu. Leopold Ragon bał się wstydu, który przyniosłaby publikacja dzieł Artemiousa, więc zdusił blask syna, tak jak gasi się butem niesforną iskierkę z ogniska. Chłopak nawet nie zamierzał tych nieszczęsnych wierszy publikować; pisał je tylko dla siebie. Tak, byłem przez to zły na Leopolda Ragona. Odebrałem mu więc sny.

– Co ty mówisz? – zapytał Daniel, wolno podnosząc się z krzesła. – Czyli to przez ciebie mój ojciec postradał zmysły?

– Nikt nie popada w obłęd przez zwykłą bezsenność. Za to narkotyczne dekokty… mają czasami katastrofalny wpływ na zmęczony umysł.

 

VII

 

Już dawno minęła północ, ale Artemio nie potrafił po prostu wstać i wyjść z ojcowskiej komnaty. Od blisko dwóch godzin siedział zgarbiony przy łóżku i wpatrywał się w szarą, nieruchomą twarz Leopolda Ragona, w niepokojącym wręcz stopniu przypominającą oblicze, które Artemio codziennie oglądał w lustrze. Od zawsze trochę go przerażało podobieństwo do ojca – jakby w twarzy staruszka dostrzegał zapowiedź własnego losu.

Ojciec śnił niespokojne sny: mięśnie od czasu do czasu kurczyły się w nieświadomych spazmach, oczy latały pod powiekami, a rzadkie, siwe włosy zlepił na skroniach pot. Artemio przetarł czoło staruszka szmatką nasączoną wodą lawendową. Nawet kwietny aromat nie zdołał przegnać zapachu choroby.

– Gdzie jesteś? – zapytał szeptem Artemio. To było głupie, zdawał sobie sprawę, ale…

Ale ojciec nadal miewał przebłyski świadomości; rzadkie i cenne chwile, gdy prawie wiedział kim jest, prawie rozpoznawał Artemia. W lepsze dni pamiętał własne imię, pamiętał matkę i brata, pamiętał wszystko: oprócz drogi do domu.

Tego wieczoru Artemio znalazł go w kącie sypialni, płaczącego i bezradnego jak dziecko, które na ruchliwym targu puściło rękę rodzica i zostało porwane przez tłum.

– Jestem daleko od domu – powiedział ojciec, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w przestrzeń, gdzieś ponad ramieniem Artemia. – Nigdy nie zdołam wrócić.

W oczach Leopolda widać było strach tak obezwładniający, że Artemio sam poczuł się nieswojo. Ujął ojca pod ramię i odprowadził do łóżka, choć starzec cały czas upierał się, że idą w złą stronę.

– To dobra droga, tato – powiedział Artemio zmęczonym głosem. – Droga do łóżka. Musisz wypocząć.

– Widziałem dziś moją Laurę. Szła w przeciwnym kierunku. – Niezręcznym machnięciem dłoni wskazał ścianę za ich plecami. – Powinniśmy iść za nią.

– Nie zaszedłbyś daleko. – Artemio niemal siłą zmusił rodzica, by wszedł pod kołdrę; otulił go szczelnie pierzyną i szorstko pocałował w czoło. – Śpij, ojcze.

– Czekaj! – zawołał za nim staruszek. – Nie zostawiaj mnie.

Artemio zawahał się, ale został. Nie cierpiał przebywać sam na sam z tym dziwadłem, które niegdyś było jego ojcem. Choroba budziła w nim lęk, a własny strach – wyrzuty sumienia. Kilkakrotnie zastanawiał się, czy nie oddać Leopolda Ragona do jakiegoś przytułku dla obłąkanych, lecz Caspar to odradził. Pozwól mu odejść w ciszy, argumentował. We własnym łóżku. W otoczeniu rodziny. To wielki przywilej, odejść w taki sposób.

Artemio siedział więc przy ojcu, gdy ten wiercił się i mamrotał do siebie, nie zwracając już uwagi na syna. Siedział i później, gdy staruszek wreszcie odnalazł wygodną pozycję i zapadł w niespokojny sen. Wcale nie wyglądał, jakby spotykał go wielki przywilej.

Dłoń Caspara wyrwała Artemia z zamyślenia. Czarnoskóry mężczyzna poruszał się cicho niczym duch, a jego dotyk na ramieniu młodego Ragona był równie eteryczny.

– Zamierzasz spędzić tu noc?

– Myślałem, że może się przebudzić i mnie potrzebować.

– Twój ojciec śpi. I nie przestaje śnić, nawet na jawie.

Artemio westchnął.

– Wiem.

– Nie pomożesz mu.

– Wiem.

– Chodź.

Artemio nie stawiał oporu.

 

***

 

We śnie otaczała Daniela szalona ciemność, która czekała, aby go pożreć, więc z ulgą przywitał pukanie do drzwi, które zakończyło koszmar. W pokoju panował duszny półmrok – musiał przespać cały dzień. Gdy tylko spróbował się podnieść, poczuł pulsujący ból w skroniach. Zerknął w lustro: oczy miał zmrużone i podpuchnięte, a policzki pokrywał zarost, powoli przeistaczający się w niechlujną brodę. Muszę znaleźć brzytwę, przemknęła mu przez obolałą głowę bezsensowna myśl.

Przypomniał sobie, po co wstał i poczłapał, by otworzyć drzwi. Zastał za nimi Obcego i mocno zacisnął szczęki, powstrzymując przekleństwa cisnące się na usta. W pierwszej chwili miał ochotę nawet zatrzasnąć bogowi drzwi przed nosem, ale zauważył, że mężczyzna odziany jest w stary zniszczony płaszcz, jakby szykował się do drogi. Z lewej kieszeni wystawała znana już Danielowi maska.

– Dzień dobry, Danielu – odezwał się Obcy. – Można?

Daniel zawahał się. Nie miał ochoty na towarzystwo zwodniczego, niebezpiecznego boga, ale nie chciał mu się także narażać odmową, mimo iż Obcy zdawał się mieć do niego jakąś słabość. Wpuścił więc gościa.

– Pomyślałem, że możesz się nudzić – Obcy obrzucił spojrzeniem rozkopaną pościel na łóżku i zaciągnięte zasłony – ale chyba nie miałeś tego problemu. Mam nadzieję, że cię nie obudziłem.

– Nie szkodzi. Po co przyszedłeś? Chyba zdajesz sobie sprawę, że po naszej wczorajszej rozmowie nie jestem zbyt… entuzjastycznie nastawiony do tego miejsca i do ciebie.

– Rozumiem. Wybacz, za dużo wczoraj wypiłem, a alkohol zawsze rozwiązuje mi język.

Uśmiechnął się przepraszająco, jakby myślał, że to załatwi sprawę. Wybaczyć ci?, pomyślał Daniel. Nie ma mowy.

– Wiesz, że Król zamierza dziś opuścić Miasto? – Obcy zmienił temat. – Nie na długo, oczywiście. Jutro wyruszam w dalszą drogę, a on nie przepada za pożegnaniami. Zawsze przed moim odejściem ogarnia go melancholia i wyrusza na tę swoją górę. Przez parę dni będziesz panem na włościach.

– Kiedy wrócisz?

Bóg rozłożył ręce.

– Nie wiem. Zależy, dokąd poniosą mnie stopy.

– Zamierzasz znowu odwiedzić mój dom?

Daniel spojrzał Obcemu w oczy, mając nadzieję, że bóg odczyta cały gniew i wyrzuty z jego spojrzenia. Nie zadziałało, przybysz wytrzymał próbę.

– Być może. Chcesz, żebym coś przekazał twoim braciom lub ojcu?

Była w tych słowach tak oczywista kpina, że Daniel aż zagotował się ze złości.

– Nie, dziękuję. Chcę, żebyś zabrał mnie do domu, zanim znikniesz.

Łatwo było stwierdzić, że Obcy nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Przez chwilę wpatrywał się zaskoczony w Daniela, który poczuł ponurą satysfakcję.

– Nie mogę cię stąd zabrać bez wiedzy Króla – odparł wreszcie bóg po długiej chwili ciszy. – Nie byłby zadowolony, gdybyś zniknął bez słowa.

– Och – powiedział cicho Daniel. – Czyli jednak jestem więźniem.

– Nie myśl tak o tym.

– Niewola jest niewolą, nieważne, jakimi słowami ją opisujesz.

– Porozmawiaj z Królem. Nie zamierzam postępować wbrew jego woli. – Obcy potrząsnął głową. – Przykro mi, że nasze pożegnanie odbywa się w takiej atmosferze.

Wyciągnął dłoń w stronę Daniela. Mężczyzna niechętnie ją uścisnął.

– Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję kiedyś porozmawiać i że wówczas nadal będziesz płonął – dodał bóg. – Tymczasem życzę ci wszystkiego najlepszego.

Skinął Danielowi, uśmiechnął się jeszcze raz i wyszedł. Drzwi zamknęły się i w Pałacu zapadła nagła, nieprzyjemna cisza.

 

***

 

Znalazł Króla w jednej z komnat na parterze budowli, siedzącego nieruchomo w ciemnościach. Wyczuł w powietrzu zapach wina, a jedno spojrzenie w twarz monarchy potwierdziło jego podejrzenia – Król był pijany i w ponurym nastroju.

– Czego tu szukasz? – burknął władca Miasta, poruszając się niespokojnie w fotelu. – Potrzeba ci czegoś?

– Nie, dziękuję. – Uwagę Daniela przyciągnęły wysokie regały z czarnego drewna, dźwigające tysiące książek. Podszedł bliżej i wyciągnął pierwszy z brzegu tom: gruby wolumin oprawiony w miękką skórę. Cały czas czuł na plecach uważny wzrok Króla. – Znużyło mnie już siedzenie w pokoju. Mógłbym pożyczyć coś do czytania?

Przerzucił kilka kartek i odkrył, że książkę napisano alfabetem, który widział pierwszy raz w życiu: ostrym, kanciastym i drapieżnym.

Król roześmiał się ochryple.

– Śmiało, bierz, co tylko chcesz! – zawołał. – Poczytaj sobie na dobranoc. Niektóre mają obrazki, podejrzewam, że bardziej przypadną ci do gustu.

Ubawiony, sięgnął po butelkę i pociągnął z niej solidny łyk, nie kłopocząc się szukaniem szklanki. Po pokoju rozniósł się kwaśny zapach. Daniel zmarszczył nos: rozpusta poprzedniego dnia dała o sobie znać lekkimi mdłościami.

– Co ty właściwie pijesz?

Król wyszczerzył zęby. Gdy się uśmiechał, jego twarz stawała się obca i groźna, a oblicze, pozbawione zwykłej szlachetnej melancholii, budziło niepokój. Wyczuwało się w monarsze chorobę i zmęczenie, jakby postępująca entropia Miasta stała się i jego udziałem.

– Wszystko, co zepsute – odparł.

– Nie sądzę – powiedział powoli Daniel, ostrożnie dobierając słowa – by picie w samotności ci służyło. Nie sądzę, by samotność komukolwiek służyła.

– Nikogo nie zamyka się w więzieniu, by oddać mu przysługę.

Były to pierwsze trzeźwa słowa, które Król do tej pory wypowiedział; Danielowi przez chwilę wydawało się, że wymsknęły się władcy przez przypadek, nieprzemyślane jak żart, który jest tak boleśnie prawdziwy, że zupełnie przestaje śmieszyć.

Król wyraźnie spochmurniał i pociągnął kolejny łyk.

– Bierz, co tylko chcesz – powiedział – i znikaj. W tych księgach są setki, tysiące historii.

– Nie znam języka.

Monarcha zaklął.

– Ale znasz historie! Znasz pytania i odpowiedzi. Mit na micie, opowieść na opowieści, zbudowaliście waszą wielką iluzję przynależności do tej małej planetki, którą nazywacie domem. – Wypluwał z siebie słowa z taką nienawiścią, że Daniel był gotów bez sprzeciwu chwycić pierwszą z brzegu książkę i uciec, byle dalej od pijanego Króla. Ale wyglądało na to, że władca Miasta dopiero nabrał wiatru w żagle. – A to wszystko wielkie kłamstwo. Szukacie pocieszenia w kłamstwach, zawsze tak było, od zarania dziejów, od momentu, kiedy wasi przodkowie po raz pierwszy rozlali krew ku czci starych duchów ziemi i ciemności, i zaczęli ich błagać o łaskę i pomoc, bo byli zbyt przerażeni, by żyć samodzielnie. Wiesz, kim są Szczurzy Bogowie? W Baraghod wszystko, co złe, zepsute, zdeformowane i koślawe określa się przymiotnikiem „szczurzy”. Wszystko przez to, że szczury roznoszą prawdę niczym zarazę. Opowiadają swoje ponure historie dłużej niż ludzie chodzą po ziemi i, w przeciwieństwie do was, nigdy nie kłamią. Nie silą się na szczęśliwe zakończenia. Obywają się bez pocieszających kłamstw.

Przerwał, przepłukał gardło kwaśnym winem i cisnął pustą butelkę przez pokój. Zniknęła gdzieś w ciemnościach, lecz z daleka dobiegł brzęk tłuczonego szkła.

– Szczurzy Bogowie to źli bogowie – powiedział Król. – A zły bóg to taki, który nie chce pomóc. Nie chce, lub nie może. Bogowie też potrafią wypaść z łask.

Z trudem podniósł głowę i spojrzał prosto w serce, umysł i duszę Daniela, który przez ułamek sekundy miał wrażenie, że Król sięga do snów, wspomnień i marzeń, najgłębiej ukrytych, najpilniej strzeżonych części osobowości, do których nikt, łącznie z właścicielem, nie ma zwykle dostępu.

– Ty też wypadłeś z łask – dodał władca. – Wiesz, jak myślą o tobie bracia? Wielki Nieobecny. Ten, którego nigdy nie ma. Bezpański kot. Rozczarowanie.

– A jednak – odparł hardo Daniel – wolę wrócić do domu, niż spędzić w tym martwym Mieście jeszcze jedną noc.

Król parsknął śmiechem.

– Wrócić do domu… Też chciałbym wrócić do domu. Niestety, to niemożliwe.

– Powiedziałeś, że…

– Kłamałem. Wszyscy kłamiemy. Ty także kłamałeś, prawda? – Kolejne palące spojrzenie zmusiło Daniela do odwrócenia wzroku. – Okłamałeś Artemia. Okłamałeś przyjaciela, Vicharona. Bratu powiedziałeś, że zobaczyłeś prawdę po zażyciu nocnego cienia, podczas gdy w rzeczywistości spędziłeś cały dzień i całą noc w malignie, przekonany, że twoje ciało jest workiem martwego mięsa, wypełnionym robakami. Potem pół wieczora rzygałeś przez okno. Vicharonowi powiedziałeś, że zaprzestałeś eksperymentów ze zwłokami, ale to również było kłamstwo. Wypiłeś wywar z shacran shacor, poszedłeś na stare rozdroża i rzuciłeś się na mężczyznę zbierającego drewno na opał. Trzeba było od razu od tego zacząć. Wszystko ostatecznie zawsze sprowadza się do krwi.

Wstał, choć z niejakim trudem, przytrzymując się oparcia fotela i postawił kilka chwiejnych kroków w kierunku Daniela. Stanął przed mężczyzną, wysoki i wychudzony jak głodny upiór. W jego oczach były gwiazdy, i cienie, i czarna pustka otchłani poza czasem, i krzywe, zdeformowane odbicie Daniela.

– Znalazłeś to, czego szukałeś – powiedział – a teraz chcesz odejść? Obudzić się?

– Skoro to tylko sen – odpowiedział powoli Daniel – gdzie ja jestem? Czemu jeszcze się nie obudziłem?

– Możemy sprawdzić.

 

VIII

 

Obraz cmentarza był lustrzanym odbiciem rzeczywistości, zasnutym mgłą, z ostrymi, wyraźnymi cieniami – tylko taki potrafił przywołać Daniel. Szczegóły rozmywały się na brzegach jakby ktoś przeciągnął dłonią po świeżo narysowanej atramentowej kresce.

Zmaterializowali się w samym sercu nekropolii, Daniel nadal czuł kwaśny posmak gawędziarza bagiennego na języku. Tym razem wizja była inna, bo nie wyobrażona, lecz przypomniana. Król nie przestawał mówić, pomagając Danielowi zachować skupienie.

– Pamiętasz ten dzień? Wypiłeś za dużo i popędziłeś konia w kierunku cmentarza. To był zimny dzień, lecz prawdziwe mrozy miały dopiero nadejść. Nie pamiętasz, po co właściwie pojechałeś na rozdroża. Chciałeś chyba wypróbować szamański taniec przyzywający duchy, ale wszystko wyleciało ci z głowy, gdy tylko ujrzałeś w pobliżu mężczyznę ścinającego drzewo. Zawołałeś coś do niego, a on się przestraszył. Myślał, że jesteś leśniczym i rozkażesz mu zapłacić grzywnę za bezprawną ścinkę. Ale ty zsiadłeś z konia i rzuciłeś się na niego. Zaczął uciekać. Wasze oddechy zmieniały się w parę. Skoczyłeś mu na plecy i przewróciliście się w śnieg. Był tak ciepły i żywy, kiedy walczył z tobą o przetrwanie. Shacran shacor sprawiał, że niemal czułeś zapach jego krwi, pulsującej w żyłach. Rozwaliłeś mu głowę obuchem własnej siekiery i zaciągnąłeś na ołtarz.

– Zabiłem go? – zapytał Daniel, czując suchość w ustach. Powietrze było lodowate, ale mężczyzna nie zwracał na to uwagi, skupiony na beznamiętnej opowieści Króla.

Władca Miasta zignorował pytanie i ciągnął dalej:

– Znałeś wszystkie inkantacje na pamięć, więc nie marnowałeś czasu i od razu zabrałeś się za odprawianie rytuałów. Szumiało ci w głowie, byłeś podniecony jak nigdy dotąd. Krew wypełniła kanaliki i wsiąkała powoli w ziemię, topiąc śnieg dokoła, nadal ciepła, nadal żywa.

– I wtedy ty się pojawiłeś – dokończył Daniel. Jak przez mgłę pamiętał, że cmentarz nagle zniknął w rozbłysku dzikiego światła. Król jednak potrząsnął głową.

– Nie. Zaczął zapadać zmrok. Odwróciłeś się na chwilę, żeby zapalić pochodnię i wówczas poczułeś ból. – Król przyłożył rękę do brzucha. – Dokładnie tutaj.

Daniel odruchowo powtórzył gest monarchy i rzeczywiście, przypomniał sobie ból. Słyszał dudnienie własnego serca: straszny i paraliżujący dźwięk, jakby całe ciało ograniczyło się do tego kurczącego się spazmatycznie kawałka mięśnia.

– Rany głowy mocno krwawią – powiedział Król. – Łatwo jest wziąć rannego za trupa, jeśli nie sprawdzi się pulsu. Ty nie sprawdziłeś. A ten mężczyzna miał nóż. Duży, paskudny nóż do skórowania zwierząt.

– Nie pamiętam – wyszeptał Daniel.

– To się zdarza. Umysł wypiera traumatyczne wspomnienia. A ciężko o wspomnienie bardziej traumatyczne od własnej śmierci.

– Ale to ja zabiłem jego… Przecież poświęciłem wam jego krew.

– Nie. To twoją krew wyczułem. To po nią przybyłem.

– Mówiłeś, że przyciągnęły cię sny.

– Też. Ale nie łudź się: krew jest zawsze najważniejsza. Na początku był strach – powiedział, jakby zaczynał nową opowieść – z którego urodził się gniew, a człowiek ukształtował się w pełni dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy zabił pobratymca. Krew inicjuje wszystkie rzeczy, zawsze jest początkiem.

– Nie rozumiem. – Daniel rozłożył bezradnie ręce. – Co ja tu robię? Gdzie… gdzie jestem?

Król wskazał splątane zarośla rosnące zaraz za cmentarzem. Daniel, ze ściśniętym gardłem i sercem nadal dudniącym w piersi, ruszył w kierunku gąszczu.

W pierwszej chwili się nie rozpoznał. To sztywne, zamarznięte na kość ciało przypominało nieudolnie wykonaną rzeźbę, a nie coś, co kiedyś było Danielem. Mężczyzna leżący na ziemi miał na sobie tylko bieliznę. Ten, kto go zabił, zabrał płaszcz, konia i wszystkie ubrania. Śnieg dokoła nakarmił się krwią. Wilki lub lisy zdążyły wyjeść wnętrzności, które wypłynęły z szerokiej rany biegnącej w poprzek podbrzusza, zanim ciało zesztywniało na mrozie.  

Daniel patrzył w tę bladą, nieruchomą jak maska twarz i nie wierzył. Przecież czuł mróz, kąsający w odsłonięte dłonie, czuł strach, gniew, całkowite i absolutne niedowierzanie… Jakim cudem mógł być martwy?

– Wszyscy tak zaczynaliśmy – odezwał się cicho Król. Daniel nie słyszał, żeby władca się zbliżał; może przez to, że serce biło głośniej niż wojenne bębny i zagłuszało pozostałe dźwięki. – Patrzyliśmy z przerażeniem na nasze martwe ciała, rozłożone na ołtarzach, zarżnięte ku chwale dzikich bogów rozdroży, zostawione na pastwę padlinożerców, aby nieobliczalni bogowie-sępy mogli się pożywić mięsem, kością i krwią. Tak właśnie rodzą się bogowie: z przerażenia, gniewu, bólu i krwi.

Daniel odwrócił się gwałtownie w stronę władcy Miasta.

– Chcę wrócić do Domu – powiedział trzęsącym się głosem. – Teraz. Natychmiast.

– Zapomniałem wspomnieć, jak umierają. – Król chyba nie usłyszał; nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w wykrwawione ciało Daniela. – Umierają zapomniani wśród gruzów swych królestw. Nie mogę ci już pomóc. Nie martw się. Twój brat cię szuka, myśli tylko o tobie, o tobie śni i jego myśli dają ci życie. Dopóki będzie cię szukał, dopóty będziesz istniał.

– A później?

– A później… Kto wie? Może na ciebie też już czeka jakieś Miasto.

Król odwrócił się i ruszył powoli przez las, cichy jak śmierć przychodząca nocą.

 

***

 

Vicharon przestępował z nogi na nogę, gdyż wraz z nadchodzącym zmrokiem mróz przybierał na sile.

– Przelaliśmy tyle krwi, że gdyby działała na bogów jak wino, chodziliby pijani przez następny tydzień. A potem czekaliśmy. Poza tym, że prawie straciłem palce na tym mrozie, nie wydarzyło się absolutnie nic. Widocznie nie spodobała im się stara krew. Oczywiście, byliśmy rozczarowani. Częściowo podzielam pasję Daniela, jego pęd do odkrywania nieznanego, ale chyba gdzieś w głębi duszy wierzyłem, że to się nie uda. Jego wiara mnie porwała, rozbudziła nadzieję, ale… – zawahał się i umilkł, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok.

– Ale? – ponaglił Oscar.

– Ale to ja potem sprzątałem ten bałagan – odparł, z nagłym hartem spoglądając Oskarowi prosto w oczy. – A owijanie zwłok noworodka w kilka warstw materiału, by ukryć plamy krwi… To chyba ostatecznie wyleczyło mnie z marzeń o spotkaniu dawnych bogów.

– Ciebie tak. – Oscar nie poznawał własnego głosu. Odchrząknął, ale gardło nadal miał ściśnięte. – Ale Daniela nie.

Vicharon przytaknął.

– Daniela nie. Nadal próbował. Znosił na ołtarz owoce, mięso, klejnoty, nawet książki. Wiem, że pewnego dnia dorwał jakiegoś bezpańskiego psa i… Zresztą domyślasz się pewnie, co mu zrobił. Wszystko na nic. Bogowie nie przemówili. Wtedy uznał, że może szuka odpowiedzi w złym miejscu i powinien pokładać więcej wiary w nauce. Wówczas zaczął skupiać się na ludzkim ciele; w nim szukał wskazówek.

– A ty nadal dostarczałeś mu materiału do badań? – Oscar poczuł, że budzi się w nim gniew na tego małego, wysuszonego jak stara śliwka mężczyznę. – Po tym, co zrobił?

– Daniel nie był… nie jest szaleńcem, Oscarze – odparł z powagą Vicharon; było oczywistym, że wierzy w każde słowo. – Zapewniał, że porzucił eksperymenty z ofiarami dla bogów i dotrzymał obietnicy.

– Zamiast tego przewoził zwłoki do zamku i kroił je w piwnicach – mruknął Oscar. – Rzeczywiście, nie mam mu nic do zarzucenia. Powiedz lepiej, co było potem, już nie mogę się doczekać dalszego ciągu opowieści.

– Co było potem, sam wiesz – odparł Vicharon. – Postępująca choroba waszego ojca zmusiła go do szybkiego działania, chciał pomóc za wszelką cenę. Szukał lekarstwa, wzywał doktorów, jednego, drugiego, trzeciego, wezwał nawet Starego Dziada, choć temu szarlatanowi nie zaufałbym nawet na grzybobraniu. Wreszcie postanowił przetestować działanie narkotyków i…

– Co zrobił? – W pierwszej chwili nie dotarło do Oscara, co właśnie usłyszał. Prawie zachłysnął się zimnym powietrzem.

Oczy Vicharona zrobiły się okrągłe jak spodki.

– Nie wiedziałeś? Zaczął podawać twojemu ojcu różne specyfiki na bezsenność jeszcze zanim wyjechałeś na Uniwersytet. Podobno czasami udawało im się nawet nawiązać krótkotrwały kontakt.

– Nie miałem pojęcia… że był tak głupi. Wspominał tylko o ziołach nasennych. – Dłonie Oscara same zacisnęły się w pięści. – Artemio wiedział?

– Do tej pory sądziłem, że wie. – Przedsiębiorca pogrzebowy miał dość taktu, by chociaż udawać skruszonego. Wsadził ręce głęboko do kieszeni płaszcza i naciągnął kaptur na głowę, jakby chciał ukryć się przed gniewnym wzrokiem Oscara. – Choć z drugiej strony, z tego co mówił, wynikało, nie obraź się, że stosunki między nim i Artemiem były raczej dość… napięte.

– Napną się jeszcze bardziej, kiedy Artemio dowie się o wszystkim – odparł ponuro Oscar. Nagle poczuł się bardzo stary i zmęczony; nie miał wcale ochoty wracać do wielkiego, nawiedzonego przez ciszę Domu, po którym snuły się widma. A jednocześnie marzył, by wynieść się wreszcie z tego ponurego cmentarzyska. Cienie przemykały pomiędzy drzewami i gęstymi kępami kolczastych krzaków. W tej chwili Oscar mógł niemal zrozumieć, dlaczego w dawnych czasach ciemności i strachu oddawano cześć bogom rozdroży.

 – Idę do Domu – rzucił w stronę Vicharona i nie czekając na starca, opuścił cmentarz, obiecując sobie, że już tu nie wróci.

Koniec

Komentarze

Jakże się cieszę, że mogę znów poczytać coś Twojego :) Fakt, długie, więc nie mogę obiecać, że zaraz skończę, ale przeczytam z pewnością. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Spoilery

 

Opowiadanie napisane jest bardzo dobrze napisane, ale jakżeby inaczej skoro wyszło spod Twojego piórka i pomocnego oka Cienia? Niestety mam wrażenie, że w pogoni za fabułą Twoja proza coś traci. Nie będę owijał w bawełnę: początek wciągnął, reszta rozczarowała. Bardzo lubię Twoje opowiadania, ale tutaj… No moim zdaniem nie poradziłaś sobie z dłuższą formą. Bo najzwyczajniej w świecie się nudziłem. 

Początek zapowiada jakąś intrygę, ale potem fabuła zbacza w stronę rzeczy, które moim zdaniem były słabiej akcentowane na początku. Liczyłem trochę na jakieś wyjaśnienia dotyczące tamtego świata. Ostatecznie nie dostałem niczego charakterystycznego. Historia mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek. 

Dosyć szybko ujawnia się to, jak przegadane jest “Mihi et igni”. A to o tyle źle, że Twoją mocniejszą stroną jest moim zdaniem narracja, a nie dialogi. Niestety, narracją też bardziej błyszczałaś w innych tekstach. Tutaj gubiłem się w retrospekcjach. Niektóre sceny składały się w większości z nich. Głównie w pierwszej połowie opowiadania. 

Poza tym zabrakło mi… widowiska. Niewiele było do wyobrażania, a jeśli już, to było to szare, wyprane z kolorów. Po lekturze pozostały mi jedynie jakieś mgliste obrazy. 

Kolejna sprawa – pomysły i perełki. Są tu mocno rozcieńczone. Zbyt mocno. Brakuje mi jakichś intrygujących elementów tła. Może jakiś dziwny nawyk bohatera? Albo specyficzne powiedzonka? Piszesz ładnie, zgrabnie, ale mam wrażenie, że poskąpiłaś zdań, które chciałoby się wynotować, zapamiętać czy za 10 lat wstawić w wątku “Zgadnij tytuł”. Wszystko obraca się wokół używek i poznawania prawdy. 

Na plus scena spalenia wierszy (fajnie koresponduje z tytułem) i to, jak się ujawnia, że Daniel tamtego dnia nie poznał prawdy, lecz się zwyczajnie pożegnał. I plus za imiona bohaterów: łatwo można się było połapać kto jest kto. Choć parę razy zgubiłaś podmiot. A, i sens wprowadzenia Caspara też mi jakoś umknął. 

Fabuła i idee. No cóż, fabuła jest, ale dzieje się niewiele. Jeszcze więcej spoilerów! Oscar wraca do domu, wypytuje brata, brat coś tam zdradza, Oscar jedzie do przedsiębiorcy, gada, i bum koniec. No i wątek Daniela. Też w sumie przejście z punktu A do punktu B – niewiele więcej. Demaskacja prawdy pod koniec wypada nawet ciekawie, ale cóż… nie obeszła mnie tak, jak powinna, bo opowiadanie niestety nie wzbudziło emocji. Jeśli chodzi o te odloty, poznawanie bogów i prawdy – ciekawe. I jeśli dobrze rozumiem, najistotniejsze dla opowiadania. Tylko mam wrażenie, że to się rozmywa, akcenty rozłożone są nie tam, gdzie powinny. 

Główny problem? Cóż, chyba wszystko, co istotne, rozegrało się tak jakby poza akcją opowiadania. Oscar odkrywa to, co już się stało. Czytelnik też dowiaduje się o tym, co Daniel zrobił jeszcze przed zniknięciem. Cała historia to komentarze do tej sytuacji, przyglądanie się, interpretowanie. Na film to by się nie nadawało. 

Tytuł. Fajny po tym, jak sobie przetłumaczyłem, no i po tym, jak zrozumiałem znaczenie “pierwowzoru”. (Może jestem za słabo oczytany). 

Podsumowując: ładnie, pod pewnymi względami konsekwentnie napisane (za co biblioteka); czytałem bez bólu, ale też bez emocji. 

 

Edit: Jeszcze jedna literówka mi się przypomniała: “stornach” ;)

Okidoki, wracam z komentarzem. Miałam wczoraj tylko zacząć, ale czytałam do końca, bo mnie chyba Król (na niego rzucę podejrzenie) wypuścić nie chciał. A że późno się już zrobiło, to i od razu na komentarz siły brakło. 

Zdecydowanie moje klimaty, z fajnym mrokiem, który lubię od czasu do czasu. Początek wydał mi się odrobinę przegadany, za dużo wspominania, zamiast przejścia do rzeczy, ale zanim dotarłam do końca, zdążyłam o tym w sumie zapomnieć, więc bardzo nie bolało. 

Jak nie za bardzo przepadam za zbytnimi niedopowiedzeniami i tajemniczością, tak u Ciebie tutaj znajduję je na granicy. Moim zdaniem ładnie naświetlasz postaci Króla i Przyjaciela/Obcego. Podobało mi się, że nie podałaś nic na ich temat wprost, a sugestie pozwoliły zadziałać wyobraźni. 

Zerknęłam teraz na komentarz Funa i dodam, że mnie retrospekcje nie przeszkadzały, a współgrały i po trochu uchylały rąbka tajemnicy, naprowadzając na właściwy trop.

Jak widać, po raz kolejny, co czytelnik, to inny odbiór :)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie zaczęło się dobrze, klimatycznie i zagadkowo. Czytałam z nadzieją na ciekawą i tajemniczą historię, a skończyło się pełnym rozczarowaniem i, przykro mi to pisać, znudzeniem.

Zupełnie nie przemawia do mnie opowieść w której wszystko co się dzieje, dzieje się za sprawą eksperymentów z przyjmowaniem substancji sprowadzających osobliwe wizje, nie widzę niczego zajmującego w odprawianiu przedziwnych rytuałów, irytują mnie wędrówki po światach-zaświatach. Ja tego po prostu nie rozumiem.

Wykonanie całkiem przyzwoite, choć nie pozbawione usterek i potknięć.

 

Da­niel ma w zwy­cza­ju zni­kać bez słowa na dłuż­sze okre­sy czasu. – Masło maślane. Okres to czas.

Wystarczy: Da­niel ma w zwy­cza­ju zni­kać bez słowa na dłuż­sze okre­sy/ dłuższy czas.

Czy list nie powinien odróżniać się od reszty tekstu?

 

Drę­czy­ła go na­wał­ni­ca myśli… – Raczej: Drę­czy­ł go na­wał­ myśli

Za SJP: nawałnica  1«gwałtowna burza z silnym wiatrem; też: gwałtowna ulewa, śnieżyca, wichura itp.» 2. «o wstrząsie dziejowym» 3. «o atakującym wojsku lub napierającym tłumie»

nawał «przytłaczające mnóstwo, natłok»

 

Na­praw­dę uważa, że przy­je­cha­łem nada­rem­no, uznał Oscar, wy­mie­nia­jąc z bra­tem uścisk dłoni. – Odpowiednie zapisanie myśli znakomicie ułatwia czytanie.

http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Ar­te­mio za­pro­sił Osca­ra do sa­lo­nu, kazał przy­nieść kawy… – …kazał przy­nieść kawę

 

Po­dob­nie le­żą­ca na sto­li­ku fajka z ciem­ne­go drew­na, z cy­bu­chem w kształ­cie pta­siej głowy… – Po­dob­nie le­żą­ca na sto­li­ku fajka z ciem­ne­go drew­na, z główką w kształ­cie pta­siego łebka

Cybuch łączy główkę fajki z ustnikiem. https://pl.wikipedia.org/wiki/Fajka

 

Osca­ro­wi cięż­ko przy­cho­dzi­ło wy­obra­że­nie sobie pod­nie­co­ne­go Ar­te­mia… – Raczej: Osca­ro­wi trudno było sobie wyobrazić pod­nie­co­ne­go Ar­te­mia

 

Mi to od­po­wia­da – od­parł Oscar. – Raczej: Mnie to od­po­wia­da – od­parł Oscar.

 

zwy­kle do­mi­no­wał szmelc przy­no­szo­ny przez chło­pów ro­bią­cych po­rząd­ki na stry­chu… – Czy na chłopskich strychach można było znajdować książki?

 

które uzna­wał za nie­prak­tycz­ne i nie­god­ne no­si­cie­li jego na­zwi­ska. – Raczej: …które uzna­wał za nie­prak­tycz­ne i nie­god­ne noszących jego na­zwi­sko.

Nosiciel ma jednakowoż nieco inne znaczenie.

 

Wiatr szar­pał ubra­nia­mi Osca­ra, wi­chrząc włosy i wy­ci­ska­jąc łzy z oczu.Wiatr szar­pał ubra­niem Osca­ra

Ubrania wiszą w szafie, leżą w szufladach i na półkach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

Al­che­mi­ków, przy­by­wa­ją­cych licz­nie w celu do­bra­nia się do bi­blio­tecz­nych zbio­rów Le­opol­da Ra­go­na, pro­sił o wa­że­nie róż­nych de­kok­tów i trun­ków. – Jestem pewna, że …pro­sił o wa­rze­nie róż­nych de­kok­tów i trun­ków.

Sprawdź, co znaczą słowa ważyćwarzyć.

 

usły­szał wresz­cie, jak prze­krę­ca się klucz w drzwiach po­ko­ju Da­nie­la. Sie­dział wów­czas na pod­ło­dze tuż przy wej­ściu, wy­tę­ża­jąc słuch. Szczęk zamka po­de­rwał go na równe nogi. Wpadł do sy­pial­ni brata i uj­rzał Da­nie­la le­żą­ce­go z roz­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi na ba­ra­ghodz­kim dy­wa­nie z ko­lo­ro­wej wełny… – Kto otworzył drzwi, skoro Daniel leżał na podłodze?

 

Król wstałsta­nął u boku Da­nie­la. – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Król podniósł się i sta­nął u boku Da­nie­la.

 

a wiatr szar­pał ubra­nia­mi. – …a wiatr szar­pał ubra­nie.

 

Mi rów­nież, Vi­cha­ro­nie – od­parł chło­pak.Mnie rów­nież, Vi­cha­ro­nie – od­parł chło­pak.

 

wład­ca Mia­sta od­po­wia­dał albo cięż­ki­mi do zin­ter­pre­to­wa­nia po­mru­ka­mi… – …wład­ca Mia­sta od­po­wia­dał albo trudnymi/ niełatwymi do zin­ter­pre­to­wa­nia po­mru­ka­mi…

 

wcze­pia­ły się w jego ubra­nia i wy­szar­py­wa­ły nowe dziu­ry. – …wcze­pia­ły się w jego ubra­nie

 

jest naj­bliż­sze mo­je­mu praw­dzi­we­mu kró­le­stwo. – Literówka.

 

su­chy­mi, mącz­ny­mi jabł­ka­mi o po­marsz­czo­nych skór­kach. – …su­chy­mi, mącz­ysty­mi jabł­ka­mi o po­marsz­czo­nych skór­kach.

 

Cięż­ko było w to uwie­rzyć.Trudno było w to uwie­rzyć.

 

Wy­ba­czyć ci?, po­my­ślał Da­niel. – Po pytajniki nie stawia się przecinka.

 

Prze­rwał, prze­płu­kał gar­dło kwa­śnym winem… – Wino kwaśne to wino zepsute. Nie wydaje mi się, by ktoś pił zepsute wino.

Wino bywa cierpkie.

 

A cięż­ko o wspo­mnie­nie bar­dziej trau­ma­tycz­ne od wła­snej śmier­ci.A trudno o wspo­mnie­nie

 

z na­głym har­tem spo­glą­da­jąc Oska­ro­wi pro­sto w oczy. – W całym opowiadaniu był Oscar.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eee… a mnie się niestety bardzo spodobało. Niestety, bo to tekst całkowicie w moim nieguście. A jednak pochłonęło bez reszty. Klimat gęsty jak mgła na cmentarzu. 

 

Edit: dodam też, że spodobała mi się konstrukcja opowiadania. Pokazałaś wycinek dziecinstwa braci na początku, żeby potem to sprytnie wykorzystywać. Wydaje mi się, że historia jest całkiem spójna. No powtórzę, że misię, choć za narkotycznymi motywami nie przepadam. 

Z powodu mnogości zajęć wielorakich, opowiadanie czytałem  na raty, po kawałeczku, doskokowo. Nie zrezygnowałem w połowie, ba, nie mogłem się wręcz doczekać kolejnej wolnej chwilki, którą mógłbym poświęcić na przeczytanie kolejnych kilku akapitów. Dlatego też (jasne, co czytelnik to opinia) nie mogę zgodzić się z większością zarzutów Funa – tekst wydał mi się niesamowicie wciągający, klimatyczny, mimo spokojnej, leniwej narracji, w ogóle nie przegadany. Co więcej – wyjątkowo plastyczny, obrazowy, a wyblakłość (nie mylić z bezbarwnością) wynika jeno z wszechogarniającego mroku zmrożonego zepsucia i narkotycznych oparów szalonej beznadziei… eee, chyba plotę bzdury. Krótko mówiąc – było super, do momentu, gdy gdzieś na dole ekranu zamajaczył mi napis "koniec". A mnóstwo pytań pozostało bez odpowiedzi.

Okej, dowiedziałem się, co stało się z Danielem. Dowiedziałem się, kim był Król (swoją drogą – fajna koncepcja tworzenia bóstw), ale już nie wiem, skąd bierze się jego fascynacja gwiazdami. O co chodzi z bogiem Przyjaciel/Obcy? Jaka jest rola Caspara, poza tym, że to partner Artemia? Plus kilka innych, wedlug mnie niedokończonych, wątków. Opowiadanie sprawia wrażenie, jakbyś rozstawila scenografię do czegoś sporo większego, mini powieść choćby, ale w pewnym momencie, przestraszona rozmiarami i rozmachem powstającej opowieści, postanowiłaś uciąć historię w połowie. Może w dwóch trzecich.

Stąd rozczarowanie. Szkoda. Mogło być zajebiście.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No! Jest fabuła, jest imprezka! ;-)

Czytało się nieźle. Jest pewien potencjał do skrótów, ale da się przeżyć.

Eksplorujesz ponure światy. Co gorsza, najwyraźniej sprawia Ci to radość. No cóż, co kto lubi…

Jak na mój gust, trochę za dużo o narkotykach, ale to tylko gust.

Kilka literówek zostało.

Szczęk zamka poderwał go na równe nogi. Wpadł do sypialni brata i ujrzał Daniela leżącego z rozłożonymi rękami na baraghodzkim dywanie

Raz, że podmiot zwiał. Dwa, kto otworzył drzwi, skoro Daniel leżał?

by wszedł pod kołdrę; otulił go szczelnie pierzyną i szorstko pocałował w czoło.

Facet spał i pod kołdrą, i pod pierzyną?

Babska logika rządzi!

– Mi to odpowiada – odparł Oscar.

– Mi również, Vicharonie – odparł chłopak

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/mnie-czy-mi-tobie-czy-ci;5375.html

 

Twoja proza jest tak elegancka, że to “mi” na początku zdania wyjątkowo razi.

 

Napisane sprawnie i klimatycznie. To, co na planie “rzeczywistym”, chłonęłam jak gabka. To, co w – nazwijmy to – zaświatach już mniej. Chyba jestem za stara, żeby ekscytować się otwieraniem drzwi percepcji.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mam podobnie jak przedpiścy – to, co się działo w rzeczywistości zaciekawiło i wciągnęło (gejowskie wierszyki Artemia… poczytałabym :D), wizje z zaświatów przeskakiwałam wzrokiem i czekałam aż się skończą.

Artemio zgodnie z obyczajem wyszedł powitać Oscara, choć z jego miny można było wywnioskować, że robi to bardzo niechętnie. Naprawdę uważa, że przyjechałem nadaremno, uznał Oscar, wymieniając z bratem uścisk dłoni. Artemio, choć odziany w elegancką marynarkę, którą ojciec najprawdopodobniej nazwałby zniewieściałą, nadal miał siłę szermierza i pewny chwyt. Najprzystojniejszy i – jak od niedawna podejrzewał Oscar – najbardziej nieszczęśliwy z braci Ragon.

Zaznaczyłam cały ten fragment, bo myśli bohatera znikają w opisie. Takie rzeczy mnie zatrzymują, bo nie wiem, kiedy kończy się myśl i zaczyna co innego, muszę wracać do początku zdania/akapitu.

Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to modny, drogi strój Caspara – widoczna między połami białego szlafroka zielona kamizelka z wyhaftowanym złotą nicią orientalnym wzorem musiała sporo kosztować.

A tutaj zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek widziałam, aby ktoś zakładał szlafrok na kamizelkę ;)

Nie bez powodu zwiemy go czarnym kłamcą – pochodzi od złych bogów, czarnych, szczurzych bogów, a wizje, które zsyła[+,] nie odsłaniają nieznanych człowiekowi prawd o wszechświecie.

Rzeczywiście długie.

Czytało się, jak zawsze, świetnie.

I w zasadzie nie bardzo wiem, o co chodzi, ale czuję niedosyt. Tak jakby czegoś mi zabrakło. Niby jest historia, ale jakaś taka… za bardzo zwyczajna (jak na Gravel, rzecz jasna). 

I w zasadzie nie bardzo wiem, o co chodzi, ale czuję niedosyt. Tak jakby czegoś mi zabrakło. Niby jest historia, ale jakaś taka… za bardzo zwyczajna (jak na Gravel, rzecz jasna). 

Bo clou imprezy kryje się pod wierzchnią warstwą, gdzieś tam w innej krainie, krainie snów (wszelakich)… Czyli w moich “stronach” – może dlatego tak bardzo mi przypasowało i niczego nie brakło?  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Anet, też tak miałam ze szlafrokiem, ale doszłam do wniosku, że z jakąś bonżurką to jest możliwe. No, jeśli tam mieli zimno, to w samej piżamce i szlafroku mógł się człowiek nie czuć komfortowo.

Babska logika rządzi!

Mrok światów, które powołujesz do życia, imponuje mi, ale i budzi trochę obaw. Może to kwestia tego, że lubię takie niespieszne teksty, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to, że (jak wspomniał fun) narracja jest niejako komentarzem do wydarzeń, które przeminęły. Taka perspektywa robi miejsce dla wielu ciekawych przemyśleń, a tych nie szczędziłaś. Postaci, według mnie, wypadły świetnie. Każdy z braci jest inny, bóstwa budzą subtelny niepokój, nawet grabarz wypadł przekonująco. Liczyłem tylko, że Caspar odegra w historii większą rolę… ale nie można mieć wszystkiego. ;)

Fabuła jest, ale wydaje mi się, że to znowu tylko pretekst do pokazania tej imponującej, ponurej scenografii. I w ogóle mi to nie przeszkadza.

Finał natomiast mógłby być nieco bardziej wyrazisty. Chociaż z drugiej strony od niespiesznej historii nie powinno się chyba wymagać bomby na końcu. No i ostało się parę chropowatości pod postacią powtórzeń czy literówek, jednak nie wypisywałem, bo wciągnęło mnie czytanie.

Pozdrawiam!

Rety, chyba pierwszy raz nudziłam się przy twoim opowiadaniu, gravel. Aż myślałam, że to kwestia mojego zmęczenia czy coś. W efekcie czytałam opowiadanie na 3 razy, a podchodziłam do niego jak pies do jeża. Napisane sprawnie, nie brakuje brudu egzystencjalnego, ale nie wstrząsa jak inne twoje teksty. Poza tym fabuła jest bardzo licha – prosta jak drut, przegadana. Nawet twist na końcu wychodzi na jaw w wypowiedzi Króla i nie ma żadnego efektu “wow”. Ot, powiedział to powiedział, z góry było wiadomo, że Daniela nic dobrego nie spotkało.

Po lekturze przeczytałam jeszcze komentarz funa i właściwie mogłabym się pod nim podpisać. I o ile wydarzenia rzeczywiste jeszcze coś tam ciekawiły, o tyle te z zaświatów pod koniec już bardzo nużyły.

Tylko nie "Tęcza"!

W końcu zbiorę się, żeby odpisać porządnie na komentarze, obiecuję. Pewnego dnia… ;) Na razie na szybko: dziękuję bardzo za komentarze, uwagi i – przede wszystkim – czas poświęcony na przeczytanie tego kolosa. Każdy komentarz jest cenny.

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Mnie nie znudziło, czytało się, ogólnie, bardzo dobrze. Z początku nieco brakowało mi gravelowego pazura – jakaś taka beznamiętna ta narracja mi się wydała, jednak z czasem nabrała więcej wyrazu. Spodobały mi się postaci, braci polubiłam wszystkich. Król i Obcy także świetni. Scenerie zaświatów niesamowicie klimatyczne, choć ponure jak diabli. W ogóle klimat, jak zwykle u Ciebie, mistrzowski.

Natomiast wydaje mi się, że można by tu sporo skondensować, obrać jakiś wątek jako główny, coś uwypuklić, z czegoś zrezygnować. Wiem, to strasznie ogólnikowe uwagi, ale sęk w tym, że nie do końca chwytam co tutaj tak naprawdę miało być najważniejsze. I zostałam na koniec z takim poczuciem rozmycia. Wyjaśniło się, co się stało z Danielem (w bardzo, bardzo przegadany sposób), ale wątki pozostałych braci pozostały jakby niedomknięte. Czuje, że coś tu kompozycyjnie nie zagrało.

Zapewne wskażę coś, co już zauważyli inni, ale przepraszam, nie mam czasu analizować i sprawdzać ;)

 

“Artemio zgodnie z obyczajem wyszedł powitać Oscara, choć z jego miny można było wywnioskować, że robi to bardzo niechętnie. Naprawdę uważa, że przyjechałem nadaremno, uznał Oscar, wymieniając z bratem uścisk dłoni. Artemio, choć odziany”

 

“– U mnie wszystko dobrze – uciął w końcu potok pytań o wszystkie błahostki, jakie starszy brat mógł wymyślić.”

 

„…po czym wycofywał się, jakby nie chciał walczył z ciemnością.” – walczyć

 

„Poza pubem, rzeźnią i tartakiem nie miało się czym pochwalić…” – No, był tam też antykwariat ;)

 

„…metropolią, pełną życia i ludzi, których twarzom nie mógł się napatrzyć, ponieważ nie dostrzegał w nich podobieństwa do braci i ojca, którzy byli wówczas dla niego całym światem.”

 

„Alchemików, przybywających licznie w celu dobrania się do bibliotecznych zbiorów Leopolda Ragona, prosił o ważenie różnych dekoktów i trunków.” – Oj, zdecydowanie warzenie.

 

„…wspomnienia pierwszych eksperymentów, które przeprowadzali z Danielem, gdy byli ledwie dziećmi. Jako pierwszych próbowali…”

 

Artemio wystarczał stan przyjemnego odprężenia po wypaleniu świętego ziela, ale Danielowi zawsze było mało.” – Jakoś mi to zgrzytnęło. Skoro odmieniasz Artemio-Artemia, to wydaje mi się, że i tutaj imię powinno być odmienione: Artemiowi.

 

„Kilka tygodniu lub miesięcy po pierwszym…” – tygodni

 

„Miały dziwny, ziemisty i gorzkawy zapach, nie do końca nieprzyjemny, ale i tak niebudzący zaufania.” – Wydaje mi się, że w tym wypadku „nie budzący” powinno być rozłącznie.

 

„Jest za zimno. Dlatego unikacie cmentarzy, ze strachu przed chorobami nadal żywymi w ciałach pochowanych przed dziesiątkami lat.”

Nie znam się na tym, ale ogólnie mi ta teoria zgrzyta. Jeśli jest tak bardzo, bardzo zimno, to w ogóle niełatwo wykopać grób, bo ziemia zmarznięta. A jeśli jest mróz, to zarazki też się wymrażają, więc nie ma czego się bać…

 

„– Nie wygląda to dobrze – powiedział Daniel. Znajdowali się niemalże na samym szczycie góry, skąd rozciągał się widok na leżące w dole miasto, które wyglądało, jakby wyrosło z morza mgły.”

 

„– Wierzy pan, że Daniel był geniuszem?” – Skąd forma pan, skoro do tej pory zwracał się do niego na ty?

 

„– Dziękuję za pomoc, panie Guryon.” – jw.

 

„A po obu stornach drogi wznosiły się gigantyczne piramidy.” – Literówka: stronach ;)

 

„To miejsce, w twojej głowie, jest najbliższe mojemu prawdziwemu królestwo.” – królestwu

 

„Równy chodnik zmienił się w błotnistą dróżkę, a muł zasysał buty podróżujących, jakby usiłował wstrzymać ich kroki.

– A więc to jest twoje królestwo – powiedział Daniel, nie mogąc powstrzymać sarkastycznego tonu…”

 

„…gdy po raz kolejny minęli rozchybotaną ruderę, która w każdej chwili groziła zawaleniem.” – Wydaje mi się, że to niezgrabnie brzmi. Co innego „w każdej chwili mogła się zawalić”, a co innego forma użyta przez Ciebie. Ona po prostu groziła zawaleniem.

Pomijając fakt, że to zdanie brzmi tak, jakby po raz kolejny mijali TĘ SAMĄ ruderę, czyli błądzili po mieście, chodząc w kółko.

 

„…niemal gubiąc Daniela wśród deszczu…” – Nie wydaje mi się, by można było stać czy robić cokolwiek innego „wśród” deszczu. Raczej po prostu w deszczu.

 

„…plac przed pałacem.” – To pałac czy Pałac?

 

„wszędobylski bluszcz” – dopiero co użyłaś zwrotu: wszędobylska hiena cmentarna; słowo na tyle charakterystyczne, że powtórzenie zgrzyta

 

„…choć odradzam takich spacerów.” – Raczej: kogo? Co? – takie spacery

 

„Artemio niemal siłą zmusił rodzica” – Siłą zmusił? Masło maślane.

 

W pewnym momencie nie używasz już słowa Dom przez wielkie D, tylko dom.

 

„Ale wyglądało na to, że władca Miasta dopiero nabrał wiatru w żagle” – Nabierał.

 

„Rozwaliłeś mu głowę obuchem własnej siekiery i zaciągnąłeś na ołtarz.” – Czy Daniel miał przy sobie własną siekierę? Bo tak to brzmi, jakby to była jego siekiera, a nie nieznajomego, którego napadł.

 

„…zabrał płaszcz, konia i wszystkie ubrania.” – Dziwna kolejność. Najpierw zabrał płaszcz, potem konia, a potem ubrania? Zresztą czy płaszcz nie jest częścią ubrania?

 

Jest klimat, owszem. Jest mrocznie i trochę nieprzyjemnie. Podobała mi się wizja Miasta i jego Króla, wędrówka Daniela po bliżej nieokreślonych zaświatach. Ale to mniej więcej tyle. Wszystko rozlewa się bardzo leniwie i bardzo spokojnie – za leniwie i za spokojnie. I za długo. Tekst tylko by zyskał na odchudzeniu, i to nawet o jakąś 1/5. Bo jak na niesioną treść jest tu o wiele za dużo (jak dla mnie) znaków. Ponadto w sumie odniosłam wrażenie, że to wszystko tak naprawdę do niczego nie zmierzało. Mamy historię Daniela, owszem, ale pozostali bohaterowie zostali potraktowani po macoszemu, o ich losach niewiele się dowiadujemy – co tak naprawdę zrobił Oscar, jak długo jeszcze żył ojciec itp. Mimo tak dużej objętości opowiadania, czuję niedosyt, czegoś mi zabrakło.

Na osłodę jednak dodam, że mimo wszystko czytało się dobrze. Owszem, przerabiałam tekst na raty, ale przy dziecku i tak nie dałabym inaczej. Najważniejsze jest to, że wracałam do niego w miarę chętnie, nie znużył mnie na śmierć ;) Byłam ciekawa zakończenia. A to że lekko rozczarowało, to inna kwestia. Myślę że ważne jest to, że w ogóle chciałam je poznać ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ustawię się po stronie zadowolonych z lektury. Miodek i łyżkę dziegciu dorzucę w kolejnym odcinku.

No dobrze, trochę za dużo już czasu minęło i wrażenia lekko się przykurzyły. Niemniej spróbuję je opisać. Na początku, moim zwyczajem, kilka uwag technicznych (jeśli powtarzam po innych, to trudno – no i może już popoprawiałaś to i owo):

Tak daleko na północy, o tej porze roku, słońce prawie w ogóle się nie pojawiało.

Nie pamiętam niestety, co tu miałem na myśli :/ Może to, że drugi przecinek zbędny. Jeszcze jakiś brakujący widziałem, ale generalnie jest spoko. Z tym południem i północą miałem trochę problemów, bo jakoś się kłóciły z intuicją, coś może z tym gniciem (wiesz, że nawet w Australii to północ kulturowo kojarzy się z zimą, a nie południe)… ale też już nie pamiętam. Bardzo pomocna uwaga, nieprawdaż? ;)

 zawijanych w bibułkę niczym papierosy

To był pierwszy moment, gdy pomyślałem, hej, zaraz, to nie fantasy? Nic mnie na tego papierosa nie przygotowało. Bo papierosy to manufaktura, a manufaktura to przemysł i takie tam.

Kilka tygodniu lub miesięcy po pierwszym

Dawniej sądziłem, że pisarstwo stanowi jedyny ratunek przed tymi wszystkimi sekretami i kłamstwami,

Tu, zdaje mi się, zaskoczyło mnie pisarstwo. Tekst wspomina wyłącznie jeden (bodaj) wiersz. A potem takie coś. Potrzeba chwili, by skojarzyć.

Oscar wpatrywał się chwilę w Artemia; brwi miał zmarszczone, spojrzenie nieruchome. Zimne, niebieskie oczy Ragonów. Jest taki podobny do ojca i do Daniela, pomyślał Artemio.

Trzecie zdanie nie powinno się znaleźć w jednym akapicie z pozostałymi. Strasznie mąci. Dwa zdania o Artemiu, a potem nagle myśli Artemia o Danielu.

Nie myśl sobie, że ty i Daniel jesteście wszystkim co mam

O, to to może być ten brakujący przecinek.

po obu stornach drogi wznosiły się gigantyczne piramidy

W przytłumionym blasku tańczyły tumany kurzu.

mięso -> wilgoć -> tumany? Nie pasowały mi te kurze do całości wizji.

Możesz wychodzić także poza mury, choć odradzam takich spacerów

Nie polecam spacerów. Odradzam spacery?

 

100k. Gratuluję odwagi, Gravel. Domyślam się, ile wysiłku Cię to kosztowało, więc tym bardziej ciężko mi oceniać… Ale spróbuję.

Snuje się Twój tekst z wolna, to mi jednak nie przeszkadza, bo lubię takie snucie. Oczywiście miło, gdy co jakiś czas tu i tam skapnie jakaś nagroda za to czytanie – czy to ciekawa wizja, czy ciekawa myśl. Trochę tego mało na początku, potem opowiadanie się rozkręca. Ponadto gubiłem się w narracji, bo wydarzenia bieżące czasem niemal bez ostrzeżenia przechodzą w przeszłe i trudno za tym nadążyć.

Ale przede wszystkim za mało tu Gravel w Gravel. Nie wiem, czy próbowałaś się nieco powstrzymywać, czy napisać “pod portal”, czy po prostu teraz tak lubisz. Pal licho fabułę, mnie się zawsze podobał u Ciebie pewien impresjonizm, a ten budzi się jakby – wciąż jednak śnięty – dopiero w drugiej części, która wciągnęła mnie wreszcie, jak należy. Zrobiło się tajemniczo i duszno. Całość oczywiście napisana świetnym językiem, jest pewna myśl przewodnia o tej północnej ziemi, która ładnie się przewija przez całość. Dlatego też finalnie jestem zadowolony.

Jasne, mogło być lepiej. Zawsze może być lepiej. I szczerze mówiąc – do papieru, moim zdaniem, jeszcze tę odrobinkę brakuje.

Chyba wywróciłem proporcje, bo wyszło, że to tego miodku raptem łyżka… ale ja zawsze jakoś bardziej pamiętam to, co mi do gustu nie przypadło. Przypomnę więc na koniec, że mimo wszystko byłem usatysfakcjonowany.

Dręczyła go nawałnica myśli, chłód i strach, na myśl o powrocie do Domu. Jednak z nadejściem nocy przyszło zmęczenie, a wraz z nim – głęboki sen.

 

Gdzieś w pierwszej połowie tekstu rzuciło mi się w oczy mnóstwo konstrukcji z “by”.

 

Bohater studiuje filozofię, w domu pełno książek filozoficznych, sama (IMO średnio, właśnie przez brak zarysowania podstaw, o którym zaraz powiem) tutaj filozofujesz, a jednak nie ma tu żadnej podstawy – tak jakby ktoś, kto nigdy nie jeździł samochodem, opowiadał o uczestnictwie w rajdzie. W moim przypadku po prostu nie mogłam nie zwrócić na to uwagi. Wątek filozoficzny jest zupełnie na niby, a przecież zaplecze dałaś doskonałe, by wsunąć tu i rozwijać dowolnie nietzscheanizm, egzystencjalizm, Ciorana, psychoanalizę, antropologię filozoficzną, średniowiecznych filozofów chrześcijańskich, Arystotelesa, Sokratesa, Heraklita, nie wspominając o klimatach filozofii niezachodnich… Indyjska filozofia śnienia, ezoteryka… A tu nic. Wątek składania ofiar – doskonały, by rozprawiać o pogaństwie! Cały wątek bogów idealny, by podrzucić czytelnikowi nieco religioznawstwa. I nic! Dalej, narkotyki – ale by Wicked tutaj się popisał – no i nic.

 

Musiał się położyć, nie bacząc na kolce, czepiające się ubrania. Zamknął oczy i moczary przestały istnieć. Uderzyła w niego fala gorąca.

 

Pod powiekami rozbłysło światło, tak jaskrawe, że zasłonił oczy dłonią.

 

Król zerknął przez ramię, figlarny uśmiech zatańczył na wąskich wargach. Był to widok tak niespodziewany, że aż niepokojący. ← wydawało mi się, że skoro się chowa pod kapturem, w tak ciemnym krajobrazie, trudno byłoby zauważyć takie rzeczy

 

Bohater wchodzi do zamku Króla. Potem nagle jest niesamowicie wysoko. Gdzie wspinaczka?

Kiedy się upił i Obcy prowadził go do sypialni, to nagle jakby wytrzeźwiał, gdy z nim rozmawiał i użalał się na Miasto.

 

– To tylko strach. Nic więcej. Zwykły, ludzi strach, jedna z najprostszych emocji, kierująca większością waszych działań. ← literówka

 

– Szczurzy Bogowie to źli bogowie – powiedział Król. – A zły bóg to taki, który nie chce pomóc. Nie chce, lub nie może. Bogowie też potrafią wypaść z łask.

 

 

Matko, objętość jednej czwartej powieści, nie masz litości! :P

Jest klimat i perełki (wypowiedź o pisaniu, wypowiedzi o bogach, snach, ukazanie ludzkiej natury – ukazanie, np. przez rozwalenie obuchem głowy, a nie filozofowanie na jej temat, to miałoby swój urok w mniejszej ilości), ale za mało skondensowane. Można by bez szkody dla fabuły wyciąć stąd nawet 1/3 tekstu. Król zdaje się jakiś niekonsekwentny – najpierw milczek, sprytny, potem standardowo udręczony i dziwnie gadatliwy. Takie postacie są bardzo trudne, łatwo na nich polec, łatwo je przerysować lub zgubić ich charakter – wiem, bo kiedyś takie postacie lubiłam. Gdyby wszystko bardziej skondensować, także inni bohaterowie byliby bardziej charakterni i plastyczni, Miasto robiłoby większe wrażenie. Gdyby wszystko było podawane w błyskotliwych formach przystawek, człowiek nie czułby się znudzony i przejedzony tymi potrawami, w których jest gorycz, rozpacz, mrok, tęskna potrzeba rozumienia, nazywania, panowania – to wszystko, co tu jest, lecz obleczone niepotrzebnie masą dodatkowych, zbędnych informacji.

To są jak najbardziej moje klimaty i momentami byłam zachwycona. Ale musiałam czytać na kilka razy, pod koniec byłam zmęczona i moje zadowolenie opadło, a finał zdaje się żadnym finałem – ot, pierwsza część książki się skończyła. Nie było błysku i złamania mi życia, jak to potrafisz, ale pojawia się tu coś, co mi się podoba, jakby inny pułap i etap – tylko brakuje zapanowania nad formą. Osobiście podszlifowałabym to mocno, pociągnęła dalej (robiąc powieść, ale wtedy potrzeba maksymalnej kondensacji i tła) lub zrobiła wciskający w fotel finał. Oczywiście to tylko moje subiektywne zdanie, co ze mnie za spec?

Edit: przypomniało mi się jeszcze: 100 k znaków i żadnej bohaterki! Matko i córko!!! ;) Żadnego urozmaicenia, żadnych dam, żadnych bogiń?!

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Długo się wahałam. Z jednej strony, miejscami tekst nieco się dłużył i chętnie bym te akapity wyciachała. Z drugiej – gęsty klimat, niezła imersja, interesujące stosunki między braćmi. Ostatecznie chyba przeważyło to, że zrozumiałam i dlaczego staruszek tak się wkurzył, i tytuł (chociaż nie znam łaciny). Nie ma to jak lektura dająca satysfakcję.

Jestem na tak, znaczy.

Babska logika rządzi!

Co myślę o tym opowiadaniu – jestem o tym przekonany – wiesz i pamiętasz lepiej niż ja. Dlatego nie będę się rozwodził za bardzo i powtórzę tylko ogólniki: Motyw Daniela, Króla i całych tych zaświatów generalnie trochę mnie wynudził, ale za to historia Oscara – choć też niezbyt obfitująca w wartką akcję pełną nagłych i niespodziewanych zwrotów – nagrodziła mi to z nawiązką. Głównie klimatem, ale przynać trzeba, że i pomysł w sumie niezgorszy (choć trochę przekombinowany). Finał po prawdzie również nie ściął z nóg, lecz miał sporo takiego trochę crepy uroku. Najbardziej jednak ze wszystkiego – jak to zwykle mam z Twoimi tekstami – podobały mi się literki. I słowa. I zdania. A potem akapity.

Nieważne, o czym piszesz, przyjemność z obcowania z Twoimi tekstami zawsze jest po prostu ekstatyczna. Tak więc coco jumbo i jedziesz z tym koksem!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jestem wdzięczny Thargone’owi (dobrze odmieniłem ;) ? ) i Werwenie, bo napisali już to, co sam chciałem przekazać.

 

Mam zastrzeżenia do tego fragmentu:

Potrawy, choć proste, prawie nie miały smaku, ale Daniel i tak zjadł dwa talerze zielonej zupy o nierozpoznawalnym aromacie. Jego towarzysze uraczyli się tylko bladym chlebem i suchymi, mącznymi jabłkami o pomarszczonych skórkach.

Dlaczego akurat prosta potrawa musi mieć smak? Nie jestem fanem przymiotnika mączysty (nigdy nie trafiało do mnie to porównanie), ale tutaj chyba i tak pasuje on bardziej niż mączny?

 

W dawnych czasach uznano by to z[a] diabelski trunek

 

Ogólnie jestem pełen podziwu dla twojego warsztatu pisarskiego. Kiedy zabierałem się za lekturę, obawiałem się, że tak długie opowiadanie będzie się wlec… Tymczasem w ogóle nie odniosłem takiego wrażenia – tempo akcji doskonale pasowało do opowiadanej historii. A jednak oszukałaś mnie, pozostawiając tyle wątków bez zakończenia i dlatego ze swojej strony odmówiłem Mihi et Igni czerwcowego piórka. W sumie sam tytuł też nie do końca mi się spodobał – w tej opowieści czaił się potencjał na coś naprawdę intrygującego.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka