- Opowiadanie: hircus - ŁOWCZYNI

ŁOWCZYNI

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

ŁOWCZYNI

Zamknęłam oczy i otulił mnie głęboki mrok. Po kilku uderzeniach serca zaczęły pojawiać się różnobarwne refleksy świetlne. Układały się w spoistą całość, w obraz mojego pokoju. Przez okno wdzierał się blask pełnej tarczy księżyca.

Dało się słyszeć niewyraźne, acz regularne dźwięki, zegar wybijał północ w sąsiednim pomieszczeniu. Siedziałam na łóżku, wpatrując się w hipnotyzującą twarz księżyca. Martwą ciszę wypełniło napływające z oddali przeciągłe, żałosne wycie. Dało się w nim wyczuć przenikliwą dziką energię, a jednocześnie coś bardzo bliskiego, coś… ludzkiego. Odczucie strachu i piękna harmonizowało się, narastające dźwięki drżeniem rozeszły się wzdłuż mojego kręgosłupa.

Nagły, palący ból lewej ręki, odwrócił moja uwagę od otocznia. Odsłoniłam rękaw pidżamy. Moje pięć znamion układających się w symbol pentagramu, teraz mieniło się dziwnym blaskiem. Zaczęły się pojawiać czarne linie łączącą plamki na mojej skórze, tworząc kształt pentagramu. W chwili, gdy symbol się zamknął, w zaroślach pod oknem coś gwałtownie się poruszyło, ponownie usłyszałam wycie, jednak tym razem znacznie bliżej.

Zaintrygowana podeszłam do okna, z którego roztaczał się widok na wschodnią część ogrodu. Począwszy od rosnących tuż pod oknem gęstych i nieokiełznanych krzaków dzikiej róży, po głęboki staw, skończywszy na olbrzymim stuletnim dębie, obrośniętym bluszczem, a gdzie na najniższej gałęzi wisiała mała huśtawka, w jasnym świetle księżyca, wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku.

Jednak ten mały skrawek całego ogrodu, był ulubionym miejscem w całej posiadłości. Tutaj zawsze można było zebrać myśli i znaleźć wytchnienie w upalone dni, gdyż zazwyczaj tonął w cieniu budynku, lub wysokiej ściany żywopłotu. Ta kraina wiecznego cienia była żywym wspomnieniem mojego dzieciństwa, znałam położenie każdej rośliny, każdego kamyka, ba, każdego źdźbła trawy.

I wiedziałam, że coś jest nie tak.

Huśtawka kiwała się nieznacznie, tak jakby przed chwilą została potrącona. Na tafli stawu rozchodziły się, zanikające już, kręgi wodne, tak jakby ktoś przed chwilą przebiegł brzegiem strącając kamyki i grudki ziemi. Wszystko było inaczej.

Po chwili, w najgłębszej plamie mroku, gdzie nie docierał księżycowy poblask, coś zauważyłam. Coś, co zwykle widzimy kątem oka, na granicy pola widzenia, a po dłużej chwili konsternacji uznajemy za przewidzenie.

To coś okazało się mieć humanoidalny kształt, którzy właśnie wyłonił się z mroku. Kiedy ja beształam się w myślach, za brak racjonalnego zachowania, w chwili, gdy okazuje się, że ktoś zagląda oknem do twojego prywatnego życia, postać powoli jakby majestatycznie, zaczęła wyłaniać się z mroku. Gdy oświetliły ją pierwsze wiązki światła, okazała się być wilkołakiem.

Krople mgły osiadłe w jego futrze, mieniły się w blasku księżyca. Nastroszone futro wokół pyska nadawało mu powagi i dostojności. Nieznacznie poruszał, co jakiś czas uszami, nasłuchując.

 Zgiął się w pół i ruszył biegu w kierunku mojego okna. Gdy był już przy samej szybie, mocno odbił się tylnymi łapami i wybił się do skoku. Odruchowo odskoczyłam. Płynnym ruchem, przeskoczył przez szybę jak gdyby w ogóle nie stanowiło przeszkody. Przez moment szybował w powietrzu, by pewnie z przewrotu stanąć na nogi, a właściwie łapy.

 Tak oto stanęłam oko w oko z bestią. Bezskutecznie próbowałam doszukać się w moim umyśle choć krzty strachu. Mnie nie wydawał się przerażający, a piękny. Z daleka jego sierść zdawała mi się szara, lecz w półmroku pomieszczenia ziała nieprzeniknioną czernią. 

On tylko raz po raz strzygł uszami, nie spuszczając ze mnie swych oczu. Czarne źrenice otaczała ciemnobrązowa tęczówka, na której obrzeżach majaczyły, ledwie dostrzegalne, miedziane refleksy. Jego białka były ciemnoszare. To właśnie one sprawiały, że tak trudno było się doszukać w tych oczach człowieka. Przemawiała przez nie niesamowita energia, która sprawiała, że nie mogłam od nich oderwać wzroku.

Wydawał mi się tak nierzeczywisty, że niemal bezwiednie wyciągnęłam jego kierunku rękę. Nieznacznie poruszył wargami i warknął, ukazując śnieżnobiały garnitur ostrych zębów. Odwrócił pysk w stronę okna, poruszył nosem, jakby wyczuwał jakiś zapach, po czym zawył przeciągle. Teraz, gdy ponownie wsłuchiwałam się w te dźwięki, miałam nieodparte wrażenie, że je rozumiem i skądś znam, jednak nie potrafię ich odczytać. To tak jakbym kiedyś uczyła się jakiegoś języka, ale nigdy go niewykorzystywała. Jakbym znała słowa, ale już nie rozumiała ich znaczenia. Co mi chcesz powiedzieć? Wycie gwałtownie ucichło, on ponownie zwrócił się w moją stronę. 

– Nie boisz się mnie, prawda? – Przemówił chrapliwym głosem, który brzmiał zaskakująco naturalnie.

– Ja… – zająknęłam się sama nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nagle, właściwie nie wiedzieć, czemu poruszyłam dłonią, a rękaw piżamy przesunął się nieznacznie w górę, odsłaniając pentagram. Gdy tylko wilkołak to zauważył, jego źrenice jakby się rozszerzyły, delikatnie poruszył uszami, po czym ukłonił się.

Nagle jakby zakręciło mi się w głowie, obraz przed oczyma pociemniał i chyba straciłam równowagę. Potem była już tylko pustka i przeszywająca cisza.

Przez dłuższą chwilę trwałam zawieszona w próżni. Nieoczekiwanie łuna ciemności opadła, ustępując miejsce światłu. Czułam się tak jak gdybym przez dłuższy czas była pod wodą, nie mogąc złapać oddechu. Teraz spokojnie odetchnęłam. Gdy w końcu udało mi się pozbierać rozbiegane myśli, zorientowałam się, że nadal jestem w swoim pokoju. Wiatr szarpał firankami. Okno było otwarte na rozcież. Wstałam, chcąc je zamknąć, jednak coś mnie zatrzymało. Na podłodze widniał idealny okrąg usypany z migoczącego pyłu, w którym był wyraźny odcisk dużej łapy. Obok leżała zwinięta kartka papieru. Podniosłam ją. Był na niej zamazany napis, którego nie sposób było odczytać.

 

***

 

Powoli docierały do mnie poszczególne elementy rzeczywistości. Chwilę zajęło oddzielenie ich od potarganych myśli. Ostatecznie oscylowałam na granicy jawy i snu, by tak oto wpaść w objęcia rzeczywistości.

Znów czuję się jakbym zarwała, co najmniej trzecią nockę z rzędu, mimo iż wczoraj poszłam spać o normalnej porze. Parsknęłam śmiechem, otwierając jednocześnie oczy. Pierwsza nad ranem, rzeczywiście bardzo normalna pora. Ale skąd to zmęczenie? Mój zaspany umysł, powoli wchodził na coraz szybsze obroty, mogłabym przysiąc, że słyszę obracające się zębatki.

Przestałam się uśmiechać.

Pamięć wreszcie przebiła się przez chaos w mojej głowie. To był sen, to znów był ten dziwny sen, już trzeci raz. Nie, nie, i jeszcze raz nie! Po trzech minutach biegłam już po schodach, przeklinając jednocześnie liczbę stopni, a po sekundzie stanęłam w drzwiach roboczej kuchni.

Ktoś niezorientowany, kto pierwszy raz zobaczyłby to pomieszczenie, raczej nazwałby je laboratorium. Zajmowało niemal jedną czwartą obszernej piwnicy. Lśniące błękitne kafle na podłodze i na ścianach połyskiwały w jaskrawym świetle setek świetlówek. Centralny punkt stanowił długi niemal na pięć metrów stół zastawiony najróżniejszymi przyrządami. Mikroskopy, wirówki chemiczne, probówki, odczynniki i cała reszta sprzętu, którego nawet nie umiem nazwać, z PC-tem najnowszej generacji na czele.

Pozostałą część pomieszczenia zajmowały poustawiane w rzędach metalowe szafki, sięgające sufitu, z tysiącami skrupulatnie opisanych szufladek, zawierające niezliczone ilości ziół z całego świata. Gdyby nie ten przyjemy zapach, pomyślałabym, że przeprowadza się tutaj sekcje zwłok. Mira zwykle o tej porze przygotowywała mikstury, więc gdzieś tu powinna być.

– Jesteś tu? – Zawołałam, badając pomieszczenie rozedrganym spojrzeniem.

– Tutaj! – Odpowiedział mi ciepły głos, dobiegający z drugiego końca pomieszczenia. Znajdowało się tutaj, małe przepierzenie, a za nim coś, co już z czystym sumieniem można było nazwać kuchnią. Jedną ścianę zajmował nowoczesny aneks kuchenny wyposażony w dwie kuchenki, elektryczną i gazową oraz monstrualnych rozmiarów lodówkę. Zaś z drugiej strony stary piec opalany drewnem, obok którego stała kolejna tym razem podręczna szafka z szufladkami. Kilka z nich było otwarte, a ich zawartość ostrym wzrokiem lustrowała Mirabela. Wysoka, zgrabna dziewczyna, z grzywą płomiennie rudych włosów, głębokimi błękitnymi oczami i lekko zadartym piegowatym nosem.

 Była moją przybraną siostrą i jedną z niewielu osób, które wiedziały, że nie jestem, tym, za kogo powszechnie się mnie uważa. Właściwie to Ja sama nie wiedziałam do końca, kim jestem. Trochę to zawiłe. O cokolwiek tutaj chodzi, ona jest jedyną osobą, której mogę opowiedzieć o tym, co się stało, bez ryzyka, że na wstępie, uzna mnie za wariatkę. 

– Witaj, Taro. Co dziś tak wcześnie? – Spytała, gdy usłyszała moje ciche kroki. – Usiądziesz? – Wskazała jedno z dwóch krzeseł obok okrągłego stolika stojącego na uboczu, po czym wróciła do segregowania ziół.

 – Witaj Mirabelo – mój głos był zadziwiająco opanowany.

– Coś się stało? – Spytała ponownie podnosząc żółto-zielone oczy znad czarnych oprawek okularów. Spostrzegawcza wiedźma, pomyślałam z sarkazmem, mimowolnie się uśmiechając.

– Nie. Po prostu wcześniej się obudziłam. Szukasz czegoś? – Spytałam próbując zmienić temat, by zyskać czas na ubranie w słowa wydarzeń minionej nocy.

– Mordownika. Nigdzie go nie mogę znaleźć. Wczoraj uzupełniałam zapas, więc gdzieś tu musi być. Chyba pomyliłam szufladki.

– Ty pomyliłaś szufladki!? – Parsknęłam z niedowierzaniem. –  Jeszcze nigdy Ci się to nie zdarzyło. Zresztą, przy twoim pedantycznym podejściu trudno się dziwić.– Że też zawsze, kiedy się denerwuje muszę, być taka zgryźliwa.

 – Widzę, że humor Ci dopisuje. Coś się musiało stać.– Odparła posyłając mi kpiące spojrzenie.

– A tak właściwie, to, po co Ci ten mordownik? – Muszę w końcu to powiedzieć. Pomyślałam rozpaczliwie. Gdybym mogła, spojrzałabym na siebie ponaglającym wzrokiem. Sięgnęłam po kiść winogron, leżącą na półmisku.

– Wiem, że nie przepadasz za zielarstwem, ale to zakrawa o ignorancje.

– Ignorancję!? No wiesz, rzeczywiści nie gustuję w tych chwastach, ale w zeszłym roku z podstaw zielarstwa miałam jeden mniej.

– No właśnie z podstaw. – Powiedziała rozżalonym tonem, po czym wyjaśniła – Mordownik to nazwa zwyczajowa tojadu.

– Tojadu?– Spytałam z niedowierzaniem. Tego, rzeczywiście tylko ignorant z krwi i kości mógłby nie wiedzieć. Tojad to silnie trująca roślina wykorzystywana w naszych magicznych kręgach przede wszystkim do rozpoznawania i uśmiercania wilkołaków.

– Tak, tojadu. – Mira spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, gdy trzymane przeze mnie owoce z głuchym plaśnięciem upadły na wypolerowaną podłogę. – Tracjo, co się dzieje?– Skrzywiłam się mimowolnie, nie lubiłam pełnego mojego imienia.

– Ja – zaczęłam – chyba miałam sen. – Dokończyłam z determinacją.

– Sen, to nie możliwe. Przecież, ty nigdy nie… – zaczęła, siadając na drugim krześle.

– Śnisz? Tak, jakoś tego nie zauważyłam, dobrze, że mi to uświadomiłaś.

Mój umysł, z jak dotąd niewyjaśnionych przyczyn, był odporny na wszelkie ingerencje z zewnątrz, jestem odporna na hipnozę i wszelkie ataki telepatyczne. Moja głowa przypominała hermetyczne opakowanie.

– Przestań. To nie jest śmieszne. – Opowiedziała z przyganą.

– W istocie, nie jest. – Odpowiedziałam.

– Wiesz, że sarkazm jest najniższą formą inteligencji?

– Najniższą, ale za to bardzo praktyczną. – Przegięłam, ma racje. – Przepraszam, wiesz, że jak się denerwuje to nie…

– Możesz się powstrzymać. – Teraz to ona weszła mi w słowo. – Wiem. A teraz opowiedz mi wszystko od początku.

Gdy ostatnie słowo padło z moich ust, zapanowało milczenie. Ciszę przerywało tylko wesołe skwierczenie ognia w palenisku, na którym gotowała się jakaś dziwna, niebieskozielona maź.

– Czy ja oszalałam? – Spytałam z rezygnacją.

– Prędzej ja osiwieje – powiedziała przeczesując palcami lśniące miedziane pukle – niż ty oszalejesz. – Po chwili dodała. -Pokaż mi rękę.

– Nic na niej nie ma, a przynajmniej nie ma niczego, czego nie było wczoraj.– Odparłam podwijając rękaw kraciastej koszuli. Rzeczywiście moje znamiona wyglądały tak jak zwykle. Mira wstała i podeszła do jednej z szafek, uchyliła drzwiczki na minimalną szerokość, jednocześnie zastawiając sobą cały widok, jakby nie chciała, abym zobaczyła, co jest w środku, choć zważywszy na okoliczności, wyjątkowo mnie to nie interesowało. Po chwili wyjęła coś, co przypominało okulary. Zamiast normalnych oprawek miały mosiężne kilku poziomowe pokrętła z rzędami liczb, a uchwyty na uszy były zastąpione, pojedynczym, który należało trzymać w dłoni. Szkiełka miały lekko żółtawy kolor.

– Ależ to musi być… – zaczęłam z niedowierzaniem.

– Anolorgnon – podjęła Mira, przykładając ów przyrząd do oczu i ze skupieniem na twarzy obserwując moją skórę.

Anolorgnon!? Niemożliwe. Skąd ona wzięła takie cudo!? Koniecznie muszę przyjrzeć się tej szafce! To urządzenie umożliwiające obserwowanie linii energii, które zacieśniają się w miejscach gdzie działa magia. Na podstawie natężenia i odcienia energii umożliwia ono nieomylną identyfikację owej magii. Jednak takie mechanizmy są niezwykle stare i rzadkie. Ostatni znaleziono czterysta lat temu. Syknęłam, gdy wbiła we mnie paznokcie.

– Niemożliwe – szepnęła i jeszcze intensywniej zaczęła wpatrywać się moją rękę. Niedobrze. O ile do tej pory starałam się jak najbardziej absorbować błahostkami – anolorgnon to błahostka!? Też coś, prychnęłam w podświadomości – aby oderwać myśli od tej niecodziennej sytuacji, to teraz spoważniałam. To nie jest zwykły…

– W miejscu pentagramu zanikają linie mocy. – Moje rozważania przerwał nienaturalnie wibrujący z podekscytowania głos Miry.

– Jesteś pewna? – Zapytałam z konsternacją. Zanikające linie mocy mogły oznaczać tylko jedno, obumieranie tkanek. Ale zważywszy na brak niepojących symptomów jest nie po prostu niemożliwe.

– Tak jestem pewna. Wykluczam to, aby anolorgnon był uszkodzony, do tej pory pracował bez zarzutu. Czy…?

– Nie, nic mi nie jest, czuje się wyśmienicie – przynajmniej na ciele, dodałam w duchu.

– Nie o to chciałam spytać. Gdyby twoje linie energii naprawdę zaczęły zanikać, w dodatku na takiej powierzchni to nie umiałbyś stać o własnych siłach. Jedynym wyjaśnieniem pozostaje to, że anolorgnon nie potrafi ich wykryć.

– Ale, przecież mówiłaś, że do tej pory działał bez zarzutu.

– I działa nadal, twoich linii nie odczytuje tylko w miejscu wytyczonym przez te dziwne znamiona.

– Jak to? Myślałam, że ten mechanizm potrafi zlokalizować wszystkie rodzaje energii.

– I dobrze myślałaś. Potrafi on wykryć, każdy rodzaj energii, ale nie w chwili, kiedy zmienia ona swoją postać.

– Dlaczego, tak się dzieje? – Nigdy o czymś takim nie słyszałam.

– Nie wiem – odpowiedziała niepewnym głosem. Kłamała. Zmierzyłam ją ostrym spojrzeniem.

– Wiesz! – Mira zrobiła zrezygnowaną minę. Chyba spodziewała się takiej reakcji.

– Musimy odwiedzić Feliksa. – Jej głos nabrał zdecydowania. Tylko nie to! Pomyślałam z rozpaczą.

– Nie rób takiej kwaśnej miny. – Powiedziała tłumiąc nutę rozbawienia w głosie.

– Ależ oczywiście. Już się zamieniam w skowronka – zawołałam piskliwym głosem udając, napad radości. Mira pokręciła zrezygnowana głową. Cóż, nigdy nie byłam aktorką.

– Dalej idziemy! – Zerwała się z krzesła, niemal ciągnąc mnie za sobą.

Profesor Feliks Andersen jest dla nas kimś w rodzaju głowy rodziny, przywódcy klanu i rządcy zamku w jednej osobie. Rodzina Andersenów jest jedną z największych i najbardziej szanowanych rodzin, a państwo Feliks i Serafina Andersen, byli uważani za strażników pokoju i dobrej magii. Kompletne przeciwieństwo stanowi klan Lakerta, którego członkowie nie stronią od czarnej magii, a ichniejsza głowa klanu January Lakert jest uważany za szaleńca odkąd chciał zawładnąć mocami, kryjącymi się w czeluściach Proroczej Góry.

Mieszkam w tym starym zamku, odkąd tylko pamiętam. Dla postronnych obserwatorów jest to tylko ruina, zapomniany symbol średniowiecznej potęgi, położony w sercu nieprzebytej leśnej gęstwiny, gdzie straszy zardzewiała brama oraz nietoperze mieszkające w najwyższej wieży. W rzeczywistości to rozległa rezydencja, gdzie tradycja przeplata się z nowoczesnością.

Ten przybytek od wieków stanowi coś w rodzaju azylu dla wszystkich obdarzonych talentem magicznym, którzy z jakiś powodów musieli, ulotnić się ze swojego dotychczasowego życia. Właściwie to stanowił. Odkąd zmarła Pani Andersen, wszystko powoli zaczęło podupadać.

Nikt nie wie, co się dokładnie stało. Pewne osoby zdają się nie dopuszczać do tego, aby ktokolwiek się dowiedział. Powszechnie uważa się, że był to wypadek. Jedyną osobą, a właściwie osobami, które jeszcze w jakiś sposób trzymają wszystko w ryzach jest najstarsza spośród trzech córek państwa Andersen, Anabella oraz jej straszy brat Rufin, rodzeństwo Mirabeli. Trzecią z rodzeństwa była, Flawia zmarła tuż po pogrzebie swojej matki, także w niewyjaśnionych okolicznościach.

Ja, jako niemowlę, zostałam znaleziona na zamkowych schodach w trzaskający mróz. Przeżyłam dzięki szybkiej interwencji Pani Serafiny i tak oto zostałam przybraną czwartą córka Państwa Andersenów. Nawet jej nie pamiętam, ten tajemniczy wypadek zdarzył się, kiedy miałam rok.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego nie zostałam odesłana do świata ludzi. Kim byli moi prawdziwi rodzice? Dlaczego szesnaście lat temu trafiłam na te przeklęte schody? Balbina, jedna z najsławniejszych i najzdolniejszych szeptuch (wiedźm posiadających lecznice zdolności), stwierdziła, że nie jestem człowiekiem, ale nie powiedziała też, że jestem czarownicą.

Nie mam jakiegoś konkretnego talentu, nie jestem szczególnie uzdolniona ani w zielarstwie, ani w zoologii magicznej, czy też inkantacji (bezpośrednie rzucanie zaklęć). Jestem nieokreślona. U takich osób, zdolności magiczne mogą ujawnić się praktycznie w każdym momencie, choć najczęściej następuje to w siódme urodziny, a wraz z wiekiem szansa na to, że w ogóle się pojawią maleje. Za magiczny próg uznaje się wiek dziewiętnastu lat. Ale jak wiadomo od każdej reguły są wyjątki, ponoć kiedyś moc ujawniła się w wieku 40 lat.

Proces identyfikacji mocy u każdego przebiega indywidualnie, ale jedno jest pewne, jest on bardzo widowiskowy. Dlatego „nie magiczni” są zawsze otoczeni wianuszkiem gapiów, którzy wyczekują tego spektakularnego zjawiska. Z jednej strony im się nie dziwie. Kiedyś sama byłam światkiem takiego zajścia, siedmiolatka stanęła w białych płomieniach, po czym otrzepała się jakby nigdy nic i oznajmiła, że jest zielarką, z drugiej człowiek nie ma odrobiny prywatności.

Mnie to ominęło, Feliks w moje siódme urodziny podał fałszywą informację, że zostałam wróżbitką, a do objawienia mocy doszło w trakcie snu. Talent wróżebny to najczęściej spotykana umiejętność, którą trudno przetestować, więc nikt nie podejrzewał mistyfikacji.

Będąc osobą o niezidentyfikowanym talencie, w sekrecie uzyskałam wykształcenie ze wszystkich dziedzin magii, co oznaczało dwunastoletnią edukację z 24 przedmiotów, rozpoczętą w wieku 5 lat. Co najbardziej zastawiające udało mi się ją zakończyć ze wspaniałym efektem. Wynik mojego egzaminu końcowego przekroczył 90% i podobno był to najwyższy wynik w przeciągu stu lat. Mnie to i tak nie pocieszyło, jako że nadal pozostawałam nieokreślaną, a na ujawnienie mocy został mi ostatni rok. Straciłam już nadzieje na to, że się ujawni.

Ze wszystkich zagadnień magicznych najlepiej radzę sobie z telepatią, ponoć najtrudniejszą i najrzadziej spotykaną umiejętnością magiczną. Tak rzadko, że nie jest ona nawet uznawana za talent magiczny. Jeśli już pojawia się u kogoś obdarzonym talentem, to jest to zazwyczaj zaklinacz, czyli ktoś, kto specjalizuje się w rzucaniu i zdejmowaniu klątw. Jednak to nie jest mój talent magiczny. Swój talent trzeba czuć całą sobą, całą duszą wiedzieć, że to jest coś, co chcesz robić do końca życia, że do tego zostałaś stworzona. Telepatia jest po prostu moją ulubioną dziedziną magii, lubię ją, ale nic po za tym.

Swego czasu desperacko próbowałam uaktywnić swój talent i robiłam wiele głupich rzeczy. Podpuściłam jednego z tymczasowych gości naszej rezydencji, który przechwalał się swoimi telepatycznymi zdolnościami. Zaatakował mój umysł, ze zbyt dużym impetem nie spodziewając się jednocześnie tak silnego oporu. Efekt był mniej więcej taki jakby ktoś z rozbiegu uderzył głowa w mur. Na szczęście szeptuchom jakoś udało się poskładać jego rozbitą świadomość. Ale zamieszanie już trudniej było odkręcić. O mało, co nie wydała się moja „ułomność magiczna”.

Uwielbiałam ciekawe historie Feliksa. Opowiadał o dawnych czasach, kiedy smoki i inne niestety niespotykane już dziś stworzenia, żyły na wolności, a obdarzeni talentem magicznym nie musieli się ukrywać. Zawsze miałam wrażenie, że patrzy na mnie z pewnym pobłażaniem, w wielu sprawach zostawiając mi wolną rękę. Ale tamtymi wybrykami nadszarpnęłam jego zaufanie. Feliks urządził mi karczemną awanturę, a ja wyjątkowo musiałam mu przyznać racje. Gdyby prawda wyszła na jaw, stała bym ogólnodostępnym obiektem niezdrowej ciekawości. Od tej pory starałam się go unikać, po prostu nie miałam odwagi spojrzeć w twarz własnej głupocie.

Tak pogrążyłam się w swoich rozważaniach, że omal nie uderzyłam w drzwi, przed którymi właśnie się znalazłam. Zamknęłam powieki i z konsternacją potrząsnęłam głową. Koniec tych retrospekcji! Pora wziąć się garść.

 Policzyłam do siedmiu, otworzyłam oczy i już chciałam wyciągnąć rękę by chwycić klamkę, gdy w końcu mój wzrok padł na kołatkę, a tak właściwie to na mini-wybieg dla smoka. Jego postawa miała sygnalizować gościom czy Feliks może ich przyjąć. Jednak, jaszczur jak na złośliwego gada przystało, zwykle stał w dostojnej pozie z szeroko rozłożonym skrzydłami, wpiętą klacie i wysuniętymi pazurami, co oznaczało mniej więcej „ani kroku dalej” lub po prostu smacznie spał zadymiając pół korytarza.

Teraz, wypięty czterem literami w moją stronę i uszami niemal przyklejonymi do drzwi, wydawał z siebie głuchy urywany warkot, mający chyba oznaczać dezaprobatę. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Mirabele, która ostatkiem sił powstrzymywała się od śmiechu.

Chrząknęłam znacząco razy dwa, a gdy to nie przyniosło żadnej reakcji z jego strony, zapytałam oskarżycielskim tonem

– Drakon. Co ty robisz? – Smoczyna podskoczyła jak oparzona, niemal przysmażając mnie niekontrolowanym wyziewem. Na szczęście zdążyłam się uchylić. Mirabela w końcu wybuchła niepohamowanym chichotem, a Drakon wrócił do swojej zwyczajowej pozycji. Słowem wróciliśmy do punktu wyjścia.

– Możemy wejść? – Zapytałam dla zasady. Choć nastawiwszy się na to, co nieuchronne oraz głodna wyjaśnień nie zamierzałam iść na najmniejsze kompromisy. O dziwo, mikrus kiwnął głową w geście aprobaty. Mirabela opanowała napad śmiechu, zapewne doszła do tych samych wniosków, co ja. Skoro Drakon zachowywał się dziwniej niż normalnie, a w dodatku pozwolił nam wejść jakby nigdy nic, to najwyraźniej Feliks miał gościa. Gościa, który mu się nie spodobał.

– To, co wchodzimy? – Spytałam Mirabelę. Może jednak warto przełożyć tą wizytę.

– Wchodzimy! -Chyba wahanie odbiło się na mojej twarzy, bo Mira bezceremonialnie odepchnęła mnie od drzwi i z impetem nacisnęła na klamkę, jednak ta ani drgnęła.

Feliksowi musiało bardzo zależeć na tym spotkaniu, dlatego dodatkowo się zabezpieczył, przed jakimikolwiek przeszkodami. Mira ściągnęła brwi w złowrogim grymasie.

– Gadaj, gadzie, co się dzieje. – Warknęła dziewczyna. Drakon jednak tylko załapał się za gardło i zakasłał oparami siarki. To wyjaśniało, dlaczego był taki milczący, oraz potwierdziło naszą hipotezę. O tym spotkaniu, nikt nie miał się dowiedzieć.

 Intrygująca zagadka.

 Mira bezgłośnie wyszeptała jakieś słowo i wykonała charakterystyczny ruch ręką nad klamką. Nic się nie wydarzyło, a nas dwie może było spokojnie posądzić próbę włamania. 

– Przecież to włamanie!? – Okazałam słuszne oburzenie.

– Twoja sprawa nie może czekać! – Nie zdążyła się ugryź w język, albo inaczej zrobiła to za późno. Po chwili namysłu dodała. – Twój sen nie był normalny, nawet biorąc poprawkę na to, że ty nigdy nie śnisz. Profesor musi się o tym dowiedzieć się natychmiast. – Jej słowa odbijały się mojej głowie niczym echo.

– Ale przecież, ty wiesz, co się dzieje. Nie jestem ślepa.

– Nie wiem, mogę tylko podejrzewać. A wyjaśnić to możemy tylko u profesora. – Dodała, aby uciąć dalsze dyskusje. – Musimy się tam dostać, nic nie jest ważniejsze od tej sprawy, nawet jakieś spotkanie.

– Nic? – Spytałam jakby nieswoim głosem. Chyba nie miałam wyboru, albo będziemy stać pod tymi drzwiami do końca dnia, ale użyjemy, bardziej niekonwencjonalnych metod.

Wyjęłam z kieszeni mały wytrych. W świecie magii, rzadko, kto stosuje zwykłe zamki uznając zabezpieczające inkantacje za skuteczniejszą ochronę. Znając Feliksa, jeśli chciał, aby nikt mu nie przeszkodził, zapewne użył właśnie tradycyjnego zamka. Jak to mówią pod latarnią zawsze najciemniej. Po chwili dało się słyszeć charakterystyczne stęknięcie zapadek w zamku. Mira spojrzała na mnie z niemym uznaniem w oczach, a Drakon wypuścił idealnie okrągłe kółko ze złotawego dymu. Jeszcze chwila, a polubię te gadzinę. Przepuściłam Mirę do drzwi, w końcu to jej pomysł i jej upór. Dziewczyna ponownie nacisnęła na klamkę, która podała się jej dłoni z głuchym szczęknięciem. Weszłyśmy do przedsionka, prowadzącego do gabinetu, z którego dobiegał szmer rozmów.

 To moje ulubione pomieszczenie w całym zamku, jest zbudowane na planie okręgu, a niemal całą powierzchnie ścian pokrywają regały, wypełnione książkami. Choć użycie tak prostego słowa w odniesieniu do tych starych ksiąg, które pamiętają dawne wieki, to niemal świętokradztwo. To prawdziwe skarby, warte więcej niż złoto, dla których niejeden byłby wstanie zabić. Jedyny wąski pas gołej ściany wokół drzwi, został przeznaczony na powieszenie obrazów, które w większości przedstawiają sceny batalistyczne.

Centralny punkt w pomieszczeniu stanowi obszerne, mahoniowe biurko, które zawsze było zawalone stertą papierów. Wśród nich niekiedy niknął i sam profesor, ale nigdy nie zabrakło miejsca na półmisek z truskawkami. Były jego remedium na troski codzienności. Ich zapach mieszał się w cudownych proporcjach z zapachem papieru tworząc kompozycję, którą śmiało mogę nazwać zapachem dzieciństwa.

W gabinecie rzeczywiście odbywało się jakieś spotkanie. Za biurkiem, na którym panował wyjątkowy porządek siedział Feliks. Średniego wzrostu mężczyzna, z przeszywającym błękit spojrzeniem i długimi, czarnymi sięgającymi ramion włosami. Dalej w nienaturalnie wyprostowanej pozycji stał Rufin, jego kompletne przeciwieństwo. Wysoki, denerwująco opanowany, anemiczny, blondyn ścięty na jeż, z równie błękitnymi oczyma. Trzecią osobą był niski, przygarbiony, starzec z niemal przezroczystą cerą, zapadniętymi policzkami i kruczoczarnymi oczami, które zdawały się płonąć błękitnym blaskiem. Ogólnie, sprawiał odpychające wrażenie i choć zdawał się być niepozorny, coś mi mówiło, że nie można go lekceważyć.

 Gdy tylko wyszłyśmy z przedsionka i znalazłyśmy się w kręgu światła, trzy pary oczu, wyrażające trzy skrajne emocje, utkwiły swe spojrzenie w mojej osobie. Feliks, zdawał się być przerażony, Rufin zdegustowany, a starzec wpatrywał się w mnie z słabo tłumioną rządzą mordu.

Przeszły mnie ciarki, gardło wyschło na popiół, a w skronie jakby wbiły się tysiące ostrych igieł, ale ponad wszystko niechęć do tego człowieka przerodziła się we wrogość. Gdzieś na krawędzi umysłu pojawiła się jakaś myśl, ważna myśl, która znikła równie szybko jak się pojawiła. Zignorowałam odczucia i odwzajemniłam nienawistne spojrzenie starca, zastanawiając się jednocześnie, kim on właściwie jest oraz co powinnam zrobić.

 Chrząknęłam nieznacznie, ale Mirabela nie zagregowała. Wpatrywała się maślanym wzrokiem w staruszka, dyskretnie pociągnęła nosem i rozanieliła się jeszcze bardziej. Zwariowała? Odruchowo sama zwróciłam uwagę na zapach i siłą woli opanowałam skrzywienie, jak mogłam wcześniej tego nie zauważyć. Truskawkowy zapach, został stłumiony przez smród stęchlizny i zgnilizny, który odruchowo skojarzył mi się z charakterystycznym zapachem spotykanym w starych grobowcach oraz ze starcem. 

– My… – zaczęłam sama dokładnie nie wiedząc, co powiedzieć.

– Przepraszamy, że przeszkodziliśmy. – Mira w końcu się odblokowała, zwróciła się do Feliksa

– Tracja zgubiła swoją apaszkę. Czerwoną. – Dobitnie podkreśliła ostatnie słowo. Czerwona apaszka? Do wszystkich piorunów tego świata, o co tutaj chodzi!? Profesor, zbladł, albo tylko mi się tak wydawało, bo po chwili jego twarz wygładziła i nie zdradzała żadnych emocji.

– Wybaczy Pan, Panie Murat, ale myślę, że będzie najlepiej, jeśli przełożymy, naszą dyskusję, na kiedy indziej. – Oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Wiele jest do wyjaśnienia. – Odparł starzec, z niechęcią odwracając się ode mnie. Jego głos coś mi przypominał, jakby przenikał mnie, przyprawiając jednocześnie o mdłości, a moja wrogość w stosunku do jego osoby, przerodziła się w czystą nienawiść. Co się ze mną dzieję?

– Istotnie, ale to może poczekać. Mój syn Pana wyprowadzi. – Wskazał na Rufina, który wyważonym krokiem skierował się w stronę staruszka.

– Pan sobie kpi! To była napaść!

– Niech Pan nie przesadza. Sprowokowano nas. – Feliks z impetem wstał i władczo wskazał drzwi.

– Nasze stosunki dyplomatyczne może Pan uznać za zerwane.– Nie czekając na Rufina, starzec zamaszystym ruchem odgarnął połę bogato haftowanego purpurowego płaszcza i nadzwyczaj żwawo skierował się w kierunku wyjścia. Moje oczy zaszły czerwoną poświatą, żądzy mordu.

 

***

 

Czarne oczy Tracji załzawiły i rozbrysły dziwnym fioletowym blaskiem. Gdy Murat koło niej przechodził, zauważył znamiona na jej prawym przedramieniu, gdy podniosła dłoń do łzawiących oczu.

Czas zwolnił.

Sekundnik leniwie sunął po tarczy zegara zaliczając kolejne stacje z prędkością minutnika.

Z ust Murata, wykrzywionych w paradoksalnym grymasie, wydobyło się coś na kształt gulgotu. Ramiona zaczęły się zrastać z połami płaszcza, zamieniając się w błoniaste, rozczapierzone skrzydła. Cała sylwetka wydłużyła się, a zapadnięta pierś uwypukliła pod naporem mięśni. Czaszka odkształciła się tworząc kościsty wał chroniący móżdżek i nasadę kręgosłupa, a wystające kości policzkowe zdawały się, za moment przeciąć nienaturalnie naciągniętą, cienką skórę. Kły wydłużyły się, odchylając wargę i ukazując ostre uzębienie. Oczy zapadły się w sobie, a w pustych oczodołach zapłonęła nikła poświatę błękitnego płomienia.

Podczas tej wydłużonej w nieskończoność sekundy, Rufin z twarz zastygłą z przerażeniu zatrzymał się w pół kroku, a Feliks z miną człowieka wiedzącego, że nieuniknione musi się zdarzyć, rzucił ochronny czar na Mirabelę, która stała najbliżej skonfliktowanej dwójki.

Czas przyśpieszył, wracając na normalne tory.

Wampir rzucił się na Trację, która z krzykiem mrożącym krew w żyłach, upadłszy na kolana zasłoniła twarz dłońmi. 

Murat nawet jej nie dotknął odbił się od klosza otaczającego Tracje, który mienił się tysiącami fioletowych iskier układającymi się w dziwne symbole. Wampir siekł szponami, kół kolcami na zakończeniach skrzydeł, bryzgał na wszystkie strony śmiercionośnym jadem w opętańczym szale i nic nie wskórał.

Gdy echo krzyku Tary opadło, dziewczyna wstała i podniosła nachyloną głowę odsłaniając twarz. Odsłaniając oczy, czarne źrenice otoczone ciemnobrązową tęczówką z ledwie dostrzegalnymi miedzianymi refleksami na obrzeżach i ciemnoszarym białkiem. Wpatrywała się w wampira szepcą słowa w dziwnym języka, którego słowa przypominały szczeknięcia. Murat zatykał wydatne uszy, a płomienie w jego oczach gasły.

Kobieta uniosła smukłe dłonie, ruszając palcami jakby pieściła powietrze, jakby tańczyła nimi w rytm powolnej muzyki. Pomiędzy nimi przeskakiwały fioletowe płomyki, które zaczęły tworzyć kulę, wielkości bili bilardowej. Gdy zgęstniała leniwie pchnęła ją w kierunku przeciwnika. Kula popłynęła w kierunku wampira.

Murat wydał siebie z żałosny dźwięk podobny do pisku nietoperza, gdy kula do niego dotarła rozprysła tworząc siatkę, która przykryła wampira, a ten zaczął wracać do ludzkiej postaci przygarbionego starca.

Oczy dziewczyny zaczęły świeć fioletowym blaskiem, by po chwili wrócić do normalnego stanu. Tracja z roztargnieniem rozejrzała się po pomieszczeniu.

– Coś mnie ominęło? – Spytała roztrzęsionym głosem.

 

***

 

Czułam się jakby się obudziła z głębokiego snu.

Ale to  nie był „tylko sen”.

Pod ścianą leżał starzec, zwinięty w kłębek, zniewolony mieniąca się fioletem siatką. Posykiwał niczym kot zagnany przez psa w ślepy zaułek, a jego oczy były przepełnione przerażaniem. Mirabela potrzasnęła głową i z obrzydzeniem wpatrywała się mojego unieszkodliwionego wroga.

Mojego wroga?

Jak zwykle wszystkie wątpliwości odbiły się na mojej twarzy.

Feliks opiekuńczo podprowadził mnie do fotela przy biurku i znacząco zerkną na Rufina. Ten podniósł i wyprowadził Murata, który nie miał już żadnych obiekcji. Bezwiednie usiadłam na fotelu, a na następnym przysiadła Mirabela, rozmyślała zapewne nad swoimi teoriami dotyczącymi mojej osoby.

Ciekawe, co wiedziała?

Dlaczego o niczym mi nie powiedziano? 

Mój wybuch nie był dla nikogo zaskoczeniem.

Feliks usiadł na swoim fotelu. Z jego ust popłyną potok słów.

– Możesz czuć się rozgoryczona, ale zrozum to wszystko było dla twojego dobra. Gdybyśmy Ci powiedzieli prawdę o twoim pochodzeniu, zadręczałabyś się przez te 18 lat i codziennie zastanawiała, kiedy to się stanie. Dziś, jutro, za tydzień, a może dopiero za rok.

– Specjalnie napuściliście na mnie na tego wampira, żebym odkryła w sobie to coś!?

– Skądże! Ale, kiedy weszłaś dziś do tego gabinetu nie było już odwrotu. Obudzona w tobie moc wybuchłaby w niekontrolowany sposób, a tak znalazła ukierunkowanie. Znalazła Murata. Ale zacznijmy od samego początku. W jakimś celu się chyba włamałyście i o ile się nie mylę, wiele nam to pomoże, jeśli zaczniemy od tego. I na litość boska Mirabelo nie mogłaś wymyślić czegoś innego? CZERWONA apaszka?

– Hasłem, którego miałam użyć, gdyby z Tracja zaczęło dziać się coś dziwnego, miałby przecież CZERWONY. Ale, głupio było wpaść do Ciebie, i to jeszcze w trakcie ważnego spotkania, i wydzierać się CZERWONY.

– No, cóż może i masz trochę racji. Nie mniej jednak, co się wydarzyło?

Opowiedziałam o swoim śnie, który przyśnił mi się już trzeci raz, a śnił mi się za każdym razem w pierwszy dzień pełni. Natomiast Mirabela wyłuszczyła wnioski na temat badania Anolorgnonem. Feliks przetarł oczy ruchem, typowym dla ludzi nieumiejących poradzić sobie z sytuacją, w której się znaleźli.

– Nie zostałaś znaleziona na schodach, nie otarłaś się o śmierć z powodu wychłodzenia, a Serafina i Flawia nie zginęły w wypadku w laboratorium. Pamiętasz jak opowiadałem Ci historię Januarego Lakerta? – Mówi spokojnym cichym głosem, ale było widać, że powrót do tych bolesnych wspomnień jest dla niego trudny. Twierdząco pokiwałam głową. – Człowiecza siostra Serafiny, Anastazja i January poznali się jeszcze w dzieciństwie, aby w dorosłym życiu zostać parą. Po tym jak Lakert chciał przejąć moc Proroczej Góry, a cały świat uznał go za szaleńca, uciekli razem do Krain Za Morzem, a my sadziliśmy, że już nigdy nie powrócą.

Ale wrócili. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co miedzy nimi zaszło. January ponownie przejął władzę w klanie Lakertów, a Anastazja przyszła do nas i skonała trzymając Cię w ramionach u stóp Serafiny. Wkrótce potem przybyły wilkołaki i porwały jej ciało. Serafina chcąc pomścić siostrę, mimo mych usilnych próśb, po kryjomu wyruszyła do Wilczej Ziemi na północy. Wróciła konając w wilczej gorączce, a jej ostatnie słowa stanowią dalszy ciąg tej historii.

Moc Proroczej Góry była i jest niewyobrażalnym ładunkiem magii, który zniszczył nawet największych czarodziei, którzy próbowali ją zagarnąć, a mimo to wciąż przyciąga wielu śmiałków. Lakerta znalazł jednak, jakiś sposób by przejąć tylko część mocy, tylko tyle ile zdoła, jednocześnie się nie unicestwiając.

Dlatego wilkołaki, słudzy mroku wiedząc, że jeśli mu się uda zapanuje wieczysty chaos, przeszkodzili mu. Ale nie obyło się bez ofiar, Anastazja zaślepiona miłością chcą chronić Lakerta, nosząc Cię jeszcze pod sercem, została ugryziona przez jednego z nich. Jednak przeżyła, a całą moc klątwy przypadła tobie. Od zarania dziejów, od rozdzielenia substancji świata, nigdy nie wydarzyło się nic podobnego. Jesteś, potrójna hybrydą, połączeniem człowieka, czarownicy i wilkołaka. 

 Nie jesteś także nieokreśloną. Jesteś Łowcą. To pradawny niemal, wymarły talent. Łowca jest wszechstronnie uzdolniony, każda zdolność magiczna jest jego talentem, dlatego zazwyczaj sam uważa się za nieokreślonego, gdyż do wszystkiego czuje taki sam pociąg, choć jedna uprawianie jednej dziedzina magii wychodzi mu najlepiej.

– Telepatia. – Wyszeptałam.

– Zgadza się. – Opowiedziała Feliks – Telepatia w twoim przypadku jest tak rozwinięta, że niemal stanowi twój drugi talent.

– Co się stało z Flawią? – Niemal nie poznałam swojego głosu.

– Twój talent ujawnił się w twoje drugie urodziny. Flawia, miała rzadki dar rozpoznawania mocy innych, wyczuła w tobie moc ŁowcyTelepatki, gdy się tylko uaktywniły i usidliła je, wiedząc, że jako dziecko nie poradzisz siebie z taką mocą i najpewniej samounicestwisz się, ale sama przypłaciła to życiem. Teraz, gdy twoje moce zostały odblokowane ich natężenie i zasięg będą rosły. – Feliks odetchnął i przeciągnął się w fotelu.

– Odblokowane? Jak to możliwe? Ktoś je odblokował? – Mirabela, która do tej pory słuchała w skupieniu, zasypała Feliksa gradem pytań, które mnie samej cisnęły się na usta.

– To wilkołak płynący w krwi Tracji. – kontynuował profesor – Budzi się. Wilkołaki zazwyczaj osiągają dojrzałość w wieku dwudziestu lat, ale zawarta w tobie magia przyśpieszyła ten proces. Na wilkołaki nie działa większość zaklęć, dlatego gdy ten w tobie zaczął się ujawniać, zaklęcie Flawii się rozwiało i nikt nigdy nie może się dostać do twojego umysłu.

– A ten sen, sen o wilkołaku, to projekcja mojej drugiej, a właściwie trzeciej natury?

– Niestety nie, gdy wilkołaki porwały ciało Anastazji dowiedziały się o Tobie. Na początku pragnęli twojej śmierci. Jednak, gdy odkryli, że jesteś połączeniem, nie dwóch, a trzech ras, niektórzy uznali i Cię za cud, który może doprowadzić pokoju sprzed tysięcy lat. Inni sądzili, że możesz doprowadzić ich rasę do potęgi. Wszyscy uznali Cię za księżniczkę wilkołaków i teraz próbują się z Toba skontaktować.

– Stąd się wzięły moje dziwne znamiona w kształcie pentagramu i to, dlatego Anolorgnon nie mógł wykryć magii. Wilkołaki to istoty zdolne do metamorfozy, więc moc w ich liniach magii stale zmienia postać. I to, dlatego rzuciłam się na tego biednego wampira i widziałam jego prawdziwą postać. Ale dlaczego się nie przeobraziłam? – Mój mózg powoli zaczął przyswajać informacje.

– Bo twój wilkołak jeszcze dokończa się nie ukształtował, więc nie mogłaś się przemienić, ale wyczułaś wroga i twoje bariery w podświadomości runęły, odsłaniając nowe zdolności, telekinezę. – Odpowiedziała Mirabela.

– Myślę, że już masz dość wrażeń jak na dzisiejszy dzień. Mira odprowadzisz Tarę do jej pokoju.

– Mam jeszcze jedno pytanie. Kim byli Łowcy?

– Jeśli Łowca odpowiednio zapanuje nad sowimi mocami może zostać najpotężniejszym magiem wszechczasów, przykładami mogą być chociażby Merlin i Gandalf. Łowcy zazwyczaj stali pod dobrej stronie magii, ale byli i tacy, których kusiła władza, jaką daje ciemna magia. Jednak najczęściej zostawali Strażnikami Równowagi. Jako uzdolnieni we wszystkich dziedzinach, zarówno tych dobro, jaki i złomagicznych mają w sobie równe pierwiastki dobra i zła. Są wewnętrznie sharmonizowani i za wszelką cenę chcą dążyć do pokoju. Stąd też wzięła się nazwa ich talentu, Strażnicy Równowagi polowali na wszelkich przedstawicieli zarówno dobrej jak i złej mocy, którzy zachwiali w jakiś sposób równowagę. Polowali, tropili byli Łowcami. Ale idźcie już, musisz to wszystko przemyśleć.

Wyszłyśmy. Jedna, ostatnia rzecz niedawana mi spokoju.

– Wiedziałaś? – Spytałam Mirę, gdy byłyśmy już na korytarzu.

– Podejrzewałam, ale sprawdziła się tylko jedna hipoteza, ta o wilkołaku. Wiem też, co się stało z moim Mordownikiem. Wczoraj w nocy wydawało mi się, że ktoś chodzi po mojej pracowni, to byłaś ty. Lunatykowałaś i wyrzuciłaś cały mój zapas tojadu.

– Przynajmniej przestaniesz narzekać na moje zdolności zielarskie. – Zaśmiałam się. Jakoś musiałam rozładować atmosferę.

 

***

 

Zamknęłam oczy i otulił mnie głęboki mrok. Po kilku uderzeniach serca zaczęły pojawiać się różnobarwne refleksy świetlne, układając się w spoistą całość, w obraz mojego pokoju. Przez okno wdzierał się blask pełnej tarczy księżyca.

W oddali dało się słyszeć niewyraźne, acz regularne dźwięki, zegar wybijał północ w sąsiednim pomieszczeniu. Siedziałam na łóżku, wpatrując się w hipnotyzującą poświatę księżyca. Martwą ciszę wypełniło napływające z oddali przeciągłe, żałosne wycie.

Otworzyłam oczy wlepiając wzrok w sufit.

Wilcze nawoływanie wciąż wibrowało w powietrzu.

Po chwili odpowiedziało mu kolejne.

Usiadłam na łóżku z nienaturalnie szybko bijącym sercem.

Nadszedł czas by stanąć twarzą w twarz z samym sobą.

Z własnymi lękami.

Ze swoją prawdziwą mroczną naturą.

Głuchy charkot zaczął narastać w moim gardle, by wypłynąć z mych ust, jako wilcza pieśń.

 

***

 

Wzgórze oświetlał srebrzysty księżyc w pełni. Porastał je gęsty, nieprzebyty bór, zaś na jego szczycie była rozległa polana , a na jej środku samotna, dumnie wyprostowana postać.

 Kobieta.

Długie i połyskliwe kruczoczarne włosy sięgające pasa, związane w typowy koński ogon, rozwiewały podmuchy północnego wiatru, który niósł ze sobą znajomy zapach. Jej przeszywające czarne oczy, otoczone gęstym wachlarzem rzęs, bacznie obserwowały linię lasu.

Na niekrępujący ruchów, dopasowany maskujący kombinezon niedbale narzuciła pelerynę, a sznurowane, niemal wojskowe buty.

W lekko uniesionych rękach trzymała, groźnie połyskujące miecze. Cholewki butów bezpiecznie skrywały doskonale wyważone noże. 

Niedbale machnęła dłonią. Jeden z zachodnich prądów powietrza posłusznie skręcił w stronę polany niosąc ziemistą, drażniącą oczy woń, oraz jakiś dziwny pył, jakby zmieloną ziemię. Prochy.

Na polanę dobiegł daleki zgiełk.

Wojowniczka poprawiła zapięcie peleryny i płynnymi ruchami zaczęła wymachiwać mieczami.

Po kilkudziesięciu uderzeniach serca na polane zaczęły wychodzić nowi przybysze.

Wiły, strzygi, węże, zbuntowane wilki i wąpierze, tutejsze wampiry.

Demony, diabły, czarty, czarnowidze, czarnoksiężnicy, czarnoksiężnice.

Kobieta wykrzywiła usta w mrocznym grymasie triumfu i pogardy, a z jej piersi wydobył się przeszywający dźwięk. Porażające, władcze, wilcze wycie.

Wilki na polanie położyły po sobie uszy i skuliły się w poddańczej pozycji. 

Po chwili z północy nabiegła odpowiedź, liczna odpowiedź.

ŁOWCZYNI ROZPOCZĘŁA POLOWANIE.

Koniec

Komentarze

Nagły, palący ból lewej ręki, odwrócił moja uwagę od otocznia. Odsłoniłam rękaw pidżamy. Moje pięć znamion układających się w symbol pentagramu, teraz mieniło się dziwnym blaskiem. Zaczęły się pojawiać czarne linie łączącą plamki na mojej skórze, tworząc kształt pentagramu.

Powielenie informacji. Pierwszą możesz sobie darować, opis będzie lepszy.

 

Opisy. Im mniej tym lepiej. Niech obraz świata wynika z fabuły – mimochodem, nienachalnie… No i te przymiotniki, jakby rzeczownik bez obstawy nie istniał… Bezwzględnie wycinać ;)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny zatwardziały fan s-f ;)

Jest jakiś pomysł na bohaterkę, ale skrzywdzony wykonaniem. I to mimo tylu betujących. Wstyd.

Sama historia wygląda raczej na rozpoczęcie – bohaterka dopiero dowiaduje się, kim właściwie jest.

Dużo infodumpów, niektóre raczej niezgrabne albo nawet niepotrzebne, jeśli to nie jest fragment. Po co czytelnikowi wiedza o Serafinie czy Proroczej Górze?

To musiała być niezła piwniczka, jeśli za skromnym przepierzeniem znajdował się aneks kuchenny mieszczący dwie kuchenki, piec i jeszcze wielką lodówkę…

Wykonanie słabe. Interpunkcja szaleje, zapis dialogów do remontu, literówki, błędy typowe dla początkujących, kłopoty z pisownią łączną/ rozdzielną, nawet ortografy…

 – Widzę, że humor Ci dopisuje.

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. W listach dużą.

i najzdolniejszych szeptuch (wiedźm posiadających lecznice zdolności),

Bardzo sztucznie wygląda takie wyjaśnienie w nawiasie. Większość odbiorców ma jakieś pojęcie, czym jest szeptucha. A jeśli Ty jakoś modyfikujesz znaczenie, to i tak się pokapują.

co oznaczało dwunastoletnią edukację z 24 przedmiotów, rozpoczętą w wieku 5 lat.

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie.

a starzec wpatrywał się w mnie z słabo tłumioną rządzą mordu.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “rządzą”. Możesz się zdziwić.

Wampir siekł szponami, kół kolcami na zakończeniach skrzydeł,

Nie odkładaj słownika! “Kół” też sprawdź.

– Niestety nie, gdy wilkołaki porwały ciało Anastazji dowiedziały się o Tobie. Na początku pragnęli twojej śmierci.

Skąd nagła zmiana rodzaju? Zdecyduj się, czy wilkołaki to “one” czy “oni”.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem. Jest tu pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem. Przede wszystkim te infodumpy – wiele z nich albo nie do końca potrzebnych, albo dałoby się je wpleść w fabułę. Wykonanie techniczne też mocno gruzowate.

Tak więc mego zachwytu ten koncert fajerwerków nie wzbudził. Bywa – może następnym razem się uda ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Z trudem dotarłam do pierwszych gwiazdek i cóż, nie ukrywam, że jakość tego fragmentu zupełnie zniechęciła mnie do poznania dalszego ciągu Łowczyni. Być może wiele tracę rezygnując z lektury, ale jeśli reszta jest napisana tak jak początek… Cóż, nie potrafię cieszyć się opowiadaniem pełnym błędów, powtórzeń, literówek i słów użytych niezgodnie z ich znaczeniem czy źle zapisanych dialogów; opowiadaniem, którego niemal każde zdanie wymaga poprawienia, a interpunkcja pozostawia wiele do życzenia.

 

wzdłuż mo­je­go krę­go­słu­pa. Nagły, pa­lą­cy ból lewej ręki, od­wró­cił moja uwagę od otocz­nia. Od­sło­ni­łam rękaw pi­dża­my. Moje pięć zna­mion ukła­da­ją­cych się w sym­bol pen­ta­gra­mu, teraz mie­ni­ło się dziw­nym bla­skiem. Za­czę­ły się po­ja­wiać czar­ne linie łą­czą­cą plam­ki na mojej skó­rze… –> Zaimkoza! Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Czy rękaw pidżamy był wcześniej zasłonięty? A może miało być: Odsunęłam/ Podciągnęłam rękaw pidżamy.

 

w za­ro­ślach pod oknem coś gwał­tow­nie się po­ru­szy­ło, po­now­nie usły­sza­łam wycie, jed­nak tym razem znacz­nie bli­żej. Za­in­try­go­wa­na po­de­szłam do okna, z któ­re­go roz­ta­czał się widok na wschod­nią część ogro­du. Po­cząw­szy od ro­sną­cych tuż pod oknem gę­stych… –> Powtórzenia. 

 

Jed­nak ten mały skra­wek ca­łe­go ogro­du, był ulu­bio­nym miej­scem w całej po­sia­dło­ści. –> Powtórzenie.

 

i zna­leźć wy­tchnie­nie w upa­lo­ne dni… –> …i zna­leźć wy­tchnie­nie w upa­l­ne dni

Sprawdź znaczenie słów upalonyupalny.

 

lub wy­so­kiej ścia­ny ży­wo­pło­tu. Ta kra­ina wiecz­ne­go cie­nia była żywym wspo­mnie­niem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a po dłu­żej chwi­li kon­ster­na­cji uzna­je­my za prze­wi­dze­nie. –> …a po dłu­żej chwi­li kon­ster­na­cji uzna­je­my za przywi­dze­nie.

Sprawdź znaczenie słów przewidzenieprzywidzenie.

Ten błąd wskazałam Ci już we wcześniejszym opowiadaniu, a ponieważ powtarzasz go znowu, podejrzewam, że nie zawracasz sobie głowy uwagami czytelników i chyba nie robisz nic, by poprawić swój warsztat, by nauczyć się pisać lepiej.

 

że ktoś za­glą­da oknem do two­je­go pry­wat­ne­go życia… –> Ktoś nie może zaglądać oknem, bo okno nie jest narządem wzroku, można natomiast zaglądać przez okno.

 

Kro­ple mgły osia­dłe w jego fu­trze, mie­ni­ły się w bla­sku księ­ży­ca. Na­stro­szo­ne futro wokół pyska… –> Kro­ple rosy osia­dłe na jego fu­trze

Kropli mgły nie można dostrzec. Jeśli je widać, nie mamy do czynienia z mgłą, a z rosą.

Powtórzenie.

 

Zgiął się w pół i ru­szył biegu w kie­run­ku mo­je­go okna. –> Zgiął się wpół i ru­szył biegiem w kie­run­ku mo­je­go okna.

 

mocno odbił się tyl­ny­mi ła­pa­mi i wybił się do skoku. Od­ru­cho­wo od­sko­czy­łam. Płyn­nym ru­chem, prze­sko­czył przez… –> Powtórzenia.

 

Przez mo­ment szy­bo­wał w po­wie­trzu, by pew­nie z prze­wro­tu sta­nąć na nogi, a wła­ści­wie łapy. Tak oto sta­nę­łam oko w oko z be­stią. –> Domyślam się, że wilkołak wykonał ewolucję, ale narratorka nie jest pewna jaką.

Powtórzenie.

 

Mnie nie wy­da­wał się prze­ra­ża­ją­cy, a pięk­ny. Z da­le­ka jego sierść zda­wa­ła mi się szara… –> Brzmi to nie najlepiej.

 

Czar­ne źre­ni­ce ota­cza­ła ciem­no­brą­zo­wa tę­czów­ka… –> Jedna tęczówka?

 

To wła­śnie one spra­wia­ły, że tak trud­no było się do­szu­kać w tych oczach czło­wie­ka. Prze­ma­wia­ła przez nie nie­sa­mo­wi­ta ener­gia, która spra­wia­ła… –> Powtórzenie.

 

To tak jak­bym kie­dyś uczy­ła się ja­kie­goś ję­zy­ka, ale nigdy go nie­wy­ko­rzy­sty­wa­ła. –> …ale nigdy go nie ­wy­ko­rzy­sty­wa­ła/ nie używała.

 

– Nie boisz się mnie, praw­da? – Prze­mó­wił chra­pli­wym gło­sem… –> – Nie boisz się mnie, praw­da? – prze­mó­wił chra­pli­wym gło­sem

Nadal źle zapisujesz dialogi. Obawiam się, że nie tylko nie zajrzałaś do zaproponowanego Ci poradnika, ale nie zrobiłaś nic, by nauczyć się poprawnie zapisywać dialogi.

 

nie wie­dząc, co od­po­wie­dzieć. Nagle, wła­ści­wie nie wie­dzieć… –> Brzmi to fatalnie.

 

Nie­ocze­ki­wa­nie łuna ciem­no­ści opa­dła… –> Co to jest łuna ciemności?

Sprawdź znaczenie słowa łuna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka