- Opowiadanie: ocha - Gorączka

Gorączka

Tekst ukazał się w czerwcowej “OkoLicy Strachu”. To drugie z moich opowiadań, przy którym odkrywałam uroki betowania. Obyło się bez większych zmian w stosunku do pierwowzoru. Jednak dla potrzeb limitu w “OkoLicy Strachu” skróciłam go o ok. 10 tys. znaków i tutaj go publikuję w tej wersji.

Dziękuję Sethraelowi, Tenszy, PsychoFishowi, Zygfrydowi, Bemik, Regulatorom, Rooms. Bardzo przepraszam, jeśli kogoś pominęłam – to było tak dawno, że nawet nie mogę znaleźć Was wszystkich na mailu. :) Podczas betowania część czytających wyraziła wątpliwość, czy zrozumieliby, co się tu właściwie stało bez znajomości pewnego innego mojego opowiadania, krótkiego. Postanowiłam to sprawdzić i wysłałam tekst do KPiacha i BogusławaEryka, którym również dziękuję. Nie mieli problemów ze zrozumieniem, podobnie jak redakcja “OkoLicy Strachu” i te osoby, o których wiem, że w “OkoLicy...” tekst przeczytały. Mam więc nadzieję, że rzeczywiście opowiadanie okaże się czytelne.

Gdyby nie... Powstały właściwie przypadkowo “Powrót” można traktować jako wstęp do “Gorączki”. Ale myślę, że nie będzie potrzeby po niego sięgać. Chyba że z ciekawości. :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Gorączka

Vuk Ragon z uśmiechem patrzył na młodego mężczyznę przechadzającego się pomiędzy leżącymi w śniegu trupami. Młodzieniec poruszał się z leniwą gracją, właściwą pewnym siebie drapieżnikom. Spoglądał w twarze martwych ludzi bez ciekawości, z pełnym napięcia skupieniem i lekką niechęcią, przy okazji zwracając uwagę na to, by materiał długiego, ciemnego płaszcza nie otarł się o zwłoki.

Kilka kroków dalej, pod wysokim, kamiennym murem otaczającym małe podwórko, przykucnął chudy rudzielec o wytatuowanej twarzy. Jeszcze przed chwilą dokładnie studiował ciała, teraz znieruchomiał, jak gdyby nadąsany i zrezygnowany.

Młody mężczyzna przystanął, spojrzał na Ragona.

– Jak długo tu leżą? – zapytał.

– Od kilku dni. Mrozy przemieniły ziemię w skałę. Nie ma na razie potrzeby kopać grobów, nic im nie grozi. Cuchnąć w takim zimnie nie będą, zwierzęta nie dostaną się przez mur. Poczekają na odwilż.

– Godna podziwu skuteczność, pułkowniku. – Młody człowiek mówił głosem pozbawionym emocji, wspomnianego podziwu także próżno byłoby w nim szukać.

Mimo to Vuk Ragon skłonił się nieznacznie i odparł:

– Dziękuję. Słyszałem, że skuteczności nie można odmówić również panu, kapitanie Sidort. A teraz chodźmy, zaraz podadzą obiad. Poruczniku, mam nadzieję, że zaszczyci nas pan swoją obecnością. – Trwający dotąd niemal bez ruchu rudy chudzielec zerwał się na równe nogi i w milczeniu podążył za pozostałymi oficerami.

 

***

 

Kapitan Asger Sidort grzebał widelcem w pieczonym kurczaku i próbował powstrzymać mdłości.

– Nie ma pan apetytu?

Asger zerknął na pułkownika i potrząsnął głową.

– Nie czuję się najlepiej – skonstatował z rezygnacją. Przed chwilą zakręciło mu się w głowie, a pierwsze kęsy obiadu musiały spuchnąć w żołądku, bo miał wrażenie, że nic więcej w nim nie zmieści.

Porucznik Kerk Tor z niepokojem popatrzył na dowódcę.

– Co się dzieje, kapitanie? – zapytał.

Asger niecierpliwie machnął ręką.

– Nic. Przejdzie.

– Kapitanowi zapewne doskwiera nuda – stwierdził pułkownik. – Przykro mi, że utknęliście tutaj, ze starym kaleką. To nie jest miejsce dla młodych oficerów. Mam nadzieję, że wkrótce będziecie mogli połączyć się ze swoim pułkiem.

Sidort patrzył bezmyślnie, jak Ragon sprawnie kroi jedzenie lewą ręką. Prawy rękaw kurtki zwisał pusty. Kapitan odłożył sztućce, odsunął talerz. Chwycił kielich z winem.

– Miałem zaszczyt poznać pana ojca, kapitanie – ciągnął Ragon. – Jeżeli jest między wami chociaż niewielkie podobieństwo, nie dziwię się, że bezczynność daje panu się we znaki. Erig Sidort był niezłomnym bohaterem. To dla mnie zaszczyt gościć jego syna. Musi pan się czuć niezwykle dumny z ojca. Chociaż, zapewne, czasem to niełatwe. Nazwisko Sidort zobowiązuje. Porównań nie da się uniknąć.

Asger drgnął, jakby nagle otrząsnął się z otępienia. Spojrzał w twarz starszego mężczyzny i wzruszył ramionami.

– Być może, pułkowniku. Nie myślę o tym. Nigdy nie zamierzałem ścigać się z legendą ojca. Nigdy nie miałem ambicji zostać bohaterem.

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale poczuł kolejny zawrót głowy. Przymknął oczy, dotknął dłonią czoła. Westchnął zrezygnowany, gdy stwierdził, że skóra jest trochę zbyt ciepła. Nie zwrócił uwagi na ciszę, która zapadła po jego słowach, nie zauważył zawodu i wyrzutu w oczach Ragona.

– Tak… – Rozległo się po chwili. – Trudno się dziwić, że młodzi mają w głowach co innego. Również w takich czasach. Nawet, jeśli jest się synem Eriga Sidorta. Młodzi chcą żyć i z życia korzystać. A starzy? Szkoda, że starzy bywają już tak bezużyteczni. – Chwycił pusty rękaw i zamachał nim groteskowo.

– Pułkowniku, widzimy zaangażowanie – wtrącił się porucznik. – Wyjątkowo skutecznie oczyszcza pan okolicę z resztek wojsk regenta.

– Mam pewnych i lojalnych ludzi. Ale sam zaledwie się przyglądam. Nie potrafię już nawet spędzić w siodle kilku dłuższych chwil. Jestem wdzięczny, że moją posiadłość przemianowano na stanicę, ale zdaję sobie sprawę, że to trochę na pocieszenie. Wojna zrobiła ze mnie kalekę. Opłacało się, jednak i tak robię, co potrafię, by nie czuć się zupełnie bezwartościowym. Każdy z tych trupów – wskazał za okno – cieszy moje serce. Bo zaświadcza, że nawet ja mogę się do czegoś przydać. Ale jakże wam zazdroszczę. Młodym, pełnym sił. Też taki byłem i czułem, że mogę zawojować świat. Kilku więcej takich jak ja i jak Erig Sidort – a wojna zaczęłaby się znacznie wcześniej i już dawno byłoby po niej. Wszystko potoczyło się inaczej. Szkoda. – Zerknął na przygarbionego Asgera, patrzącego w przestrzeń pustym wzrokiem, i lekko zmarszczył nos.

Za to porucznik Kerk Tor spojrzał na Ragona z uwagą i namysłem.

– Tak, pułkowniku. To jest niezwykle ważne – czuć się potrzebnym.

 

***

 

Zmrok zapadał szybko i zimny, wilgotny korytarz był już niemal całkowicie pogrążony w ciemności. Asger chciał jak najprędzej dotrzeć do swej kwatery, ale mocne pociągnięcie za łokieć zatrzymało go raptownie.

– Kapitanie, coś tu się dzieje. – Dramatyczny szept Kerka wsączył się w ucho Sidorta, wywołując dreszcz. Asger spojrzał na podwładnego zirytowany i rozkojarzony. Niezrażony porucznik mówił dalej:

– Te trupy… Nie wyglądają na maruderów, szpiegów czy kogo tam.

– A jak wyglądają maruderzy?

Kerk Tor przygryzł wargę. Podniósł dłoń, w której trzymał niewielką latarenkę. Wątły ognik nieco oświetlił twarz dowódcy. Pomarańczowy płomień zamigotał w oczach Asgera, chwilowo przeganiając z nich inny, niezdrowy blask.

– Tak, racja. Idź do siebie, odpocznij. Masz gorączkę. Zaraz ci coś przyniosę.

 

***

 

Porucznik Kerk Tor krytycznie spoglądał na ćwiczących jeźdźców. Niewielki dziedziniec nie nadawał się do musztry, ale coś robić przecież trzeba było. Podzielił żołnierzy na dziesiątki i obserwował teraz sprawnie wykonywane wolty. Poprzedniej grupie szło gorzej, a wszystko z winy nowego. Jego koń uparcie, w połowie manewru, przechodził z kłusa do stępu i młody żołnierz nie potrafił sobie z tym poradzić.

Asger zbliżał się szybko, równym krokiem, po drodze machając w stronę sierżanta Hadara. Potężny mężczyzna dobiegł do dowódcy, gdy ten stanął już przy poruczniku.

– Przejmij ćwiczenia, Hadar.

Poprowadził Tora do siermiężnych krużganków, skryli się w ich zaciszu. Porucznik Tor patrzył na dowódcę podejrzliwie.

– Już mi lepiej – mruknął Sidort.

– Ale wieczorem wróci.

– A za kilka dni zniknie zupełnie, jak zawsze. I tak chwilowo nie mamy co robić, nie ma się więc czym przejmować.

Nieprzekonany porucznik pokręcił głową i westchnął głęboko. Asger to zignorował.

– Powiedz mi lepiej, Kerk, co ty wczoraj ode mnie chciałeś. Mam wrażenie, że to było coś ważnego, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć – co.

Kerk skrzyżował ręce na piersi.

– Te trupy, Asger. Myślałem o tym jeszcze przez noc. Tu są same trupy. Żadnych jeńców, aresztowanych. Trupy. Oglądałem je wczoraj. Chłopskie twarze.

– Czy to takie niezwykłe? A skąd rekrutuje się żołnierzy?

Porucznik pokręcił głową.

– Buty – rzucił.

– Co, buty?

– Było ich tam ośmiu. Dwóch miało prawy but na lewej nodze i odwrotnie. Jeden w ogóle buty nie do pary.

Asger zastanawiał się przez chwilę.

– Zostali zaskoczeni, ubierali się w pośpiechu. A że nie do pary… Mogły być zdobyczne, lepsze takie niż chłopskie łapcie. Dobrze o tym wiesz.

Kerk sceptycznie przechylił głowę.

– To nie jest niemożliwe – dodał Asger.

– A mundury?

Kapitan spojrzał na zastępcę pytająco.

– Co, mundury? Kerk, nie mów zagadkami.

– To były strzępy, nie mundury. Dobrze – uniósł dłoń, widząc, że Asger chce mu przerwać – wiem, że spędzili dużo czasu w lesie, wyglądali więc, jak wyglądali. Ale krew… Zaschnięta krew na ubraniu niekoniecznie pokrywała się z ranami.

– Zazwyczaj jest dużo krwi. Więcej, niż wydaje się to możliwe.

– A dziury po kulach? Pod którymi nie było ran?

Asger zacisnął wargi, milczał długo.

– To mogły być stare otwory. To mogły być zdobyczne mundury. To mogło być wiele innych rzeczy. Nie oglądałeś dokładnie.

Kerk zapatrzył się na musztrowanych żołnierzy, z namysłem marszcząc brwi.

– Nie, coś tu nie pasuje.

Zapadło niezręczne milczenie. Chwilę obserwowali, jak kolejna dziesiątka dosiada koni.

– Pułkownik narzekał wczoraj, że dach w zachodnim skrzydle straszy dziurami. Może kazać im się tym zająć? – Kerk wskazał brodą zwolnionych żołnierzy. Asger w odpowiedzi pokiwał głową, zajęty jednak innymi myślami. – I może niech pomogą wykopać wreszcie groby dla tych nieszczęśników.

– Nie! Nie – powtórzył Sidort łagodniej. – Moi ludzie nie będą kopać więcej grobów niż konieczne. To kłopot pułkownika, nie nasz. – Przygryzł wargę, ale zaraz kontynuował z namysłem. – Poruczniku, Ragon był… jest bohaterem. Mimo kalectwa chce się wykazać, czuć się użytecznym. Cholera, Kerk, co ty sugerujesz? Ragon pewnie trochę przesadza, zapewne nie wszyscy musieli zginąć. Ale to nie czyni go pospolitym mordercą. – Zamilkł znowu, jakby zastanowiły go własne słowa.

– Tak jest, kapitanie – odparł Kerk, ale dopiero po chwili, matowym głosem.

Stali patrząc, jak grupa jeźdźców z trudem manewruje na niewielkim placu, grzęznąc w pośniegowym błocie. Asger przesunął spojrzenie na żołnierzy, którzy zakończyli już musztrę. Nowy stał nieco na uboczu, z bezczelnym, pewnym siebie uśmiechem patrząc na zgrabnie trzymającą się w siodle sierżant Dalinę Trakię.

– Co myślisz o tym nowym? Jak mu tam…?  

– Bojan Wit. Zadaje dużo pytań.

– Jakich pytań? – Asger zareagował niespodziewanie ostro.

– Różnych. Nie zna nikogo, chce się zapewne zżyć. O ciebie też pyta, jest ciekawy. To naturalne. – Kerk wzruszył ramionami. – A poza tym odstaje. Musi się sporo nauczyć. Ma pewne umiejętności, ale jakby dawno z nich nie korzystał. Dziwne. W końcu to młody chłopak.

– Właśnie. Ile ma lat? Osiemnaście? Spójrz, jak obserwuje Dalinę. Jaki dzieciak tak spogląda na dziewczyny? Jak… drapieżnik. Jest dziwny. Zachowuje się dziwnie, patrzy dziwnie.

Porucznik zerknął na dowódcę nieco zaskoczony, ale gdy zorientował się, że ten mówi zupełnie poważnie, uśmiechnął się lekko.

– A ty masz ile lat?

Na blade policzki Asgera wypłynął rumieniec, kapitan gniewnie zacisnął wargi.

– Znacznie więcej – odparł urażonym tonem.

Kerk już otwarcie parsknął śmiechem.

– Ale znam cię od jakiegoś czasu. I nieraz dawałeś mi powód, bym pomyślał, że jesteś dziwny… Kapitanie – dodał służbiście.

– A stwierdził to zupełnie zwyczajny lekarz, tatuujący sobie na skórze receptury.

Perfekcyjny szyk żołnierzy załamał się nagle, gdy przez bramę przejechała niewielka grupka ludzi Ragona. Hadar dał znak, by zrobić im miejsce. Ciemna płachta, ciągnięta przez konie znaczyła w śniegu ślad, głęboki z powodu ułożonego w niej ciała.

Asger oparł się o kolumnę i znużonym wzrokiem odprowadził śpieszącego w stronę przybyłych porucznika.

 

***

 

Ciemność ogarnęła świat już popołudniem. Czerń lasu kończyła się tam, gdzie zaczynało grafitowe, pozbawione gwiazd niebo. Cisza dzwoniła w uszach i niepokoiła.

Jeszcze późnym rankiem wydawało się, że nadchodzi odwilż. Asger kazał siodłać konie i z kilkoma ludźmi galopem wypadł przez bramę. Utknęli po mili, mokra, biała breja lepiła się do kopyt, konie szły z coraz większym trudem. Wrócili mokrzy, zmarznięci i źli.

A teraz ponownie chwycił mróz. Śnieg, pokrywający wschodni taras, skrzypiał pod nogami. Asger wpatrywał się w las, nie odwracając głowy w stronę odgłosu zbliżających się kroków.

– Jak się udała wycieczka? – Pułkownik przystanął obok młodszego oficera, podał mu kielich wypełniony winem.

– Nie udała, pułkowniku. Ale pana ludzie jakoś sobie radzą.

– Znają tu każdy kąt, każde drzewo. Wy nie.

Sidort zacisnął palce na zimnym kielichu. Wyczuł jego fakturę, skomplikowane cięcia. Podniósł naczynie na wysokość oczu. Wino zdawało się prawie czarne, a kryształowe szkło połyskiwało w słabym świetle padającym z okien dworu.

– Piękny.

Pułkownik pokiwał głową.

– Ostatnimi czasy doceniam piękno. Kiedyś było mi wszystko jedno, mogłem pić z glinianego kubka. Teraz myślę, że to nie to samo.

Asger poprawił płaszcz, otulił się szczelniej.

– Zimno?

– Tak, pułkowniku.

Vuk Ragon oparł dłoń o otaczający taras murek, wychylił się w kierunku lasu.

– Co kryje się wśród tych drzew, kapitanie?

Asger poczuł narastające zmęczenie.

– Dezerterzy? – zapytał bezmyślnie.

– Też. Ale wiesz, Sidort, lata temu, dziesiątki lat temu, ten las był pełen innych istot. Mam księgi, pamiętniki moich przodków. Nie wszystko rozumiem, bo przecież od tak dawna… Ale pan słyszał, musiał słyszeć… Coś się dzieje. – Odwrócił się w stronę Asgera, patrzył na niego błyszczącymi w mroku oczami. – Słychać plotki. Nic oficjalnie, nic na pewno. Tylko plotki. Ale pan musi wiedzieć… W takich miejscach… – Wyciągnął rękę, zatoczył nią łuk. – Niech pan powie, czy te pogłoski mają w sobie coś z prawdy. Czy oni… wrócą? Jak to możliwe? Przecież…

Kapitan milczał, słuchając coraz bardziej bełkotliwej przemowy pułkownika. Spróbował wina. Było mocno korzenne, miało wyraźny posmak dębiny. A Ragon musiał napocząć butelkę już wcześniej.

– Dusze, kapitanie. Demony. Tak długo mieliśmy spokój. Ta pamiętna wojna, pokolenia temu, która przyniosła tyle spustoszeń, jak żadna przed nią i żadna potem. Przez magię. Może to nie tak, że udało nam się po niej zniszczyć zagrożenie. Może po prostu… Może po prostu magia sama z siebie… – Język zaczął mu się plątać, zmarszczył brwi, próbując się skupić. – Sama siebie wówczas pokonała, osiągnęła granice, wyczerpała się. Rozumiesz, kapitanie? Ale się odradza, powróciły jej siły. Miałem czas, by myśleć. Butnie ogłosiliśmy zwycięstwo. Albo skaziła ziemię, powietrze, drzewa. I teraz się na powrót uwalnia. A może starzy bogowie się na nas rozgniewali. Myśleliśmy, że udało nam się wygrać z potęgą, której nigdy do końca nie rozumieliśmy. W jak wielkim byliśmy błędzie. Ona wraca, jeszcze bardziej nieobliczalna.

Asger chciał się odwrócić, poczuł jednak, jak ogarnia go nagła fala słabości. Zacisnął palce na murku, wypuszczony z dłoni kielich spadł w ciemność, rozbijając się gdzieś niżej z głośnym, spotęgowanym przez echo brzękiem.

– Nie wiem, pułkowniku. Nie wiem – szepnął.

 

***

 

– Kapitanie! Ten ostatni trup… – Porucznik Kerk Tor przerwał na widok dowódcy. Asger siedział w fotelu, a właściwie to w nim tonął. Szczupłe ciało zdawało się być pożerane przez zbyt obszerny mebel. – Kapitanie…

Asger nie otworzył oczu. Lekko uniósł tylko dłoń, która zresztą zaraz ponownie opadła na podłokietnik, wykrzywił usta.

– To jest najwygodniejsza kwatera, jaką miałem w życiu. Czego chcesz, Kerk? Dlaczego nie pukasz? – wyszeptał chrapliwie.

– Zostawiłeś uchylone drzwi. Ten trup, którego dziś przywieźli. Mam wrażenie, że za życia był niespełna rozumu. To samo zresztą – zacinał się, patrząc na szarą, zroszoną kroplami potu twarz dowódcy – myślałem wczoraj… Dwóch z tamtych… Asger, źle z tobą – zakończył wreszcie rzeczowo.

– To minie. Idź sobie. Zostaw mnie.

Ale porucznik nie posłuchał. Podszedł do dowódcy, położył mu dłoń na czole.

– Czekaj tu. Pójdę po torbę. Znowu gorączkujesz.

Asger odsłonił zęby w jakiejś upiornej imitacji uśmiechu.

– No co ty? Idź. Nie musisz wracać. Rano będzie lepiej.

Kerk wypadł na ciemny korytarz, po omacku kierując się do swojego pokoju. Biegł chyba trochę za szybko, bo tuż za zakrętem uderzył w śpieszącego z przeciwnej strony olbrzyma.

– Uważaj, Hadar!

– Przepraszam, poruczniku. Ciemno tu jak… – Ugryzł się w język, zasalutował. Szybko skojarzył fakty. – Co z kapitanem?

– Ma gorączkę. Nie rozumie, co się do niego mówi. Nie rozumie najprostszych rzeczy. Nawet nie słucha!

Hadar patrzył na niego z dezaprobatą.

– Jest chory. Poruczniku, przecież może pan coś z tym zrobić, jest pan lekarzem. Te nawracające gorączki robią się trochę niepokojące, czyż nie?

Kerk zbliżył się do sierżanta na odległość niespełna kroku.

– Czyżbyś sugerował, sierżancie, że coś zaniedbuję? – Bardziej poczuł, niż zauważył w ciemności, że Hadar wyprężył się na baczność. – Niestety, twój drogi kapitan mnie nie słucha. Nie ma zamiaru iść spać i nie budzić się przez następny miesiąc, a najlepiej dwa. Może to by coś pomogło, chociaż pewien nie jestem. A teraz, Hadar, teraz… – Z trudem zbierał myśli. – Teraz muszę znaleźć dla kapitana coś zastępczego. A potem… Potem położymy go spać i pójdziemy się napić. Może poszukamy towarzystwa łowców pułkownika Ragona.

Hadar rozluźnił się natychmiast, parsknął krótkim śmiechem.

– Bez urazy, poruczniku, ale oficer tylko by zawadzał. Wezmę raczej Taruka. Więcej się wtedy dowiemy.

 

***

 

Hadar stanął przed drzwiami kwatery kapitana, przyłożył ucho do ciemnego drewna i nasłuchiwał. Ze środka nie dochodził najlżejszy szmer, odsunął się więc nieco i uniósł zwiniętą w pięść dłoń, gotowy, by załomotać w deski.

Drzwi uchyliły się gwałtownie. Stojący w nich Asger, przekrzywiając głowę, spoglądał na sierżanta; w jego oczach paliły się ironiczne iskierki.

– Co się tak czaisz? Wejdź.

– Kalawa wrócił. Porucznik i sierżant Trakia zostali. Jeśli ich nie będzie przed nocą, trzeba sprawdzić.

– Jak zawsze.

Asger usiadł w fotelu, odchylił głowę. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Hadar westchnął, podszedł do łóżka, wziął pled, wrócił do dowódcy. Przykrył oficera, nie zwracając uwagi na gniewny grymas na jego pobladłej twarzy.

– Mam jeszcze trochę obowiązków, muszę iść. Potrzebuje pan czegoś, kapitanie?

– Wino. Grzane wino. Przyślij kogoś.

– Zjadłbyś coś, Asger.

Sidort zmarszczył nos, jakby poczuł mdłości, potrząsnął głową. Hadar zacisnął zęby, zasalutował, chociaż dowódca zdążył już przymknąć powieki, i zniknął za drzwiami.

Oficer otworzył oczy, jak tylko za sierżantem zamknęły się drzwi. Ściany wydawały się drżeć w wątłym, niepewnym świetle płomieni kilku olejowych lampek. Na zewnątrz panowała już kompletna ciemność, ale przecież nie mogło być jeszcze późno. Żołnierze dopiero przed chwilą skończyli obiad, po raz kolejny zignorowany przez kapitana. Asger uniósł się z wysiłkiem, podszedł do stojącego na biurku lichtarza, zdjął z niego świecę. Usunął klosz małej lampki, parząc sobie przy okazji palce. Przytknął knot świecy do rozedrganego płomyka…

Okno otworzyło się z hukiem, do środka wtargnął zimny wiatr i płatki śniegu. Lampka zgasła, kapitan odrzucił świecę i dopadł okna. Zamknął je i oparł czoło o chłodną szybę.

– Wino, kapitanie.

Niemal podskoczył. Przed chwilą usłyszał cicho skradającego się korytarzem sierżanta, a teraz nie zauważył, jak ktoś wszedł do jego kwatery. Podniósł wzrok, nie odwracając się. W szybie odbijała się młoda twarz. Okrągła, szczera. Żołnierz z hardą ciekawością, pewnym siebie uśmiechem wpatrywał się w stojącego tyłem Asgera.

– Postaw na biurku. – Obserwował, jak chłopak spełnia żądanie, a potem prostuje się i dalej z bezczelną otwartością patrzy na oficera, taksując wzrokiem jego sylwetkę. – Ty jesteś ten nowy, Bojan Wit.

– Tak jest, kapitanie.

– Skąd pochodzisz?

– Z Guza. Wieś w okolicy Dobina. Na południu.

– Na południu? Zazdroszczę. Moja rodzina jest z północy, z niezbyt przyjaznych okolic. Zimno i wietrznie. Jak dzisiaj. Ten Dobin to chyba nad morzem?

– Blisko. Ale ja w Dobinie byłem może trzy razy. A morza na oczy nie widziałem. Moje życie było w Guzie. Kapitanie. – Ostatnie słowo padło po chwili, jakby nieco ironicznie, niepoważnie.

Asger odwrócił się gwałtownie. To był błąd – zakręciło mu się w głowie. Wyciągnął rękę, przytrzymał się ściany. Spojrzał na żołnierza. Widział go jakby za mgłą, z zamazaną twarzą; nie potrafił skupić na nim wzroku. Ale był przekonany, że Bojan wciąż się uśmiecha, z pełnym impertynencji zadowoleniem.

– Kapitan nie czuje się najlepiej.

– Kapitan czuje się świetnie – warknął Sidort, prostując plecy i możliwie pewnym krokiem dochodząc do biurka. Wyciągnął rękę w kierunku szklanki, ale dłoń rozminęła się z nią. Zaklął, gdy poczuł, jak miękną mu kolana. Próbując ratować się przed upadkiem niezgrabnie oparł się o blat, strącając lichtarz.

Bojan Wit chwycił go za łokieć, poprowadził do fotela. Jego dotyk, nawet przez materiał kurtki i koszuli, okazał się dla Asgera nieprzyjemnie zimny. Chciał się uwolnić, ale czuł, jakby właśnie opuściły go resztki sił; a żołnierz trzymał mocno. Z ulgą opadł na miękki fotel. Wit na chwilę zniknął mu z oczu, by zaraz ponownie się zmaterializować. W wyciągniętej ręce trzymał szklankę.

– Wino, kapitanie – powtórzył uparcie.

Asger przyjął naczynie. Było wciąż ciepłe, więc trunek nie zdążył jeszcze całkiem ostygnąć. Oficer podniósł szklankę do ust, zawahał się. Czy zapach był taki, jak powinien? A kolor? Nie za ciemny? Czy wino nie wyglądało na zbyt mętne?

Kręciło mu się w głowie.

– Wezwij Hadara. Niech go ktoś zastąpi, ma się tu zjawić natychmiast.

Wit zasalutował, podążył ku drzwiom. Zatrzymał się jeszcze przed nimi na chwilę, jakby o czymś myśląc, wreszcie nacisnął klamkę i wyszedł.

 

***

 

Stara kobieta siedziała w kącie izby, kołysząc się monotonnie. Szmaty, z których ułożyła sobie barłóg, wydzielały ostry, mdlący zapach potu, moczu, brudu. Na poruczniku Torze najwyraźniej nie zrobiło to większego wrażenia, gdyż pewnym krokiem podszedł do milczącej postaci. Musiał stanąć blisko, by ujrzeć coś oprócz niewyraźnych konturów, bo w izbie panował mrok.

– Nie zawsze taka była. – Mężczyźnie, który ich tu przyprowadził, wreszcie udało się skrzesać iskrę. Po chwili knot lampki rozbłysnął płomieniem, oświetlając na moment jego twarz. Był w średnim wieku, z obfitym, jasnym zarostem. – To znaczy, nie aż taka. Zawsze czegoś jej tam w głowie brakowało, inaczej nie odważyliby się na to, co zrobili.

Spotkali go w karczmie, do której dojechali z trudem, duktem pokrytym skrzypiącym śniegiem. A właściwie poza nią – zaczepił ich, gdy już wyszli, zniechęceni oporem miejscowych, od których nie sposób było się dowiedzieć czegokolwiek na temat działań ludzi Ragona. Porucznik, z ostrożności, kazał Kalawie wracać do stanicy z wiadomością, gdzie są, a sam z sierżant Daliną Trakią ruszył za mężczyzną.

Gospodarz podszedł do pieca, usunął popiół, załadował szczapami drewna. Teraz, gdy lampka już płonęła, rozpalenie w palenisku zabrało chwilę. Zajrzał w garnek i skrzywił się, ale przesunął go na szybko nagrzewającą się płytę. Robiąc nieznośny hałas szukał wśród naczyń czystej miski i łyżki.

– Galu – powiedział – ci mili wojskowi przyszli, by zapytać o twojego syna.

Kobieta zaczęła kołysać się nieco szybciej, a z jej ust wydobył się cichy, pełen bólu skowyt.

– No właśnie. Teraz już całkiem jej się w głowie pomieszało. Może nie doszłoby do tego, gdyby nie śnieżyce. Szukali włóczęgów po traktach, jeździli w okolice miasta, po żebraków, po różnych pomyleńców. Wiecie, takich, którzy nikogo nie obchodzą, nikt się nie upomni. Ale spadł śnieg, nie tak łatwo teraz podróżować. A oni przyzwyczaili się do tych pieniędzy. Cóż z tego, że każdemu przypadną drobniaki, na szklankę samogonu starczy.

– Oni?

W chacie zrobiło się cieplej, więc zaczęło cuchnąć jeszcze bardziej.

– Ludzie Ragona. No i nasi, powstała banda wyrzutków, szumowin, łotrów. Narajają tamtym ofiary, dostają swoje ochłapy. Wczoraj padło na syna Gali. Nie był zbyt mądry, nawet raczej przygłupi, ale nie zasługiwał na śmierć.

Napełnił miskę breją z garnka, podszedł do kobiety. Przemawiał do niej łagodnie, zachęcał do jedzenia. Skutek był marny, ale jakiś był.

– A maruderzy? – rzuciła Dalina.

– Byli. Na początku, jeszcze jesienią. Niezbyt wielu, ale byli. Pułkownik rozprawił się z nimi w pół miesiąca.

Porucznik Tor gniewnie zmarszczył brwi.

– Dlaczego nie zgłosiliście tego, dlaczego pozwalacie…?

Przerwało mu zniecierpliwione mruknięcie.

– Kto? Banda chłopów, co poza własną wsią nic nie widziała? Mamy do miasta iść, domagać się sprawiedliwości? Tamci dobrze wybierali, nikomu się nie chciało. A tu… Tu prawem jest Ragon. Poszła do niego kiedyś dziewczyna, mówiła, co się wyprawia. Następnego dnia znaleźli ją w lesie ze skręconym karkiem. A polowania były dalej. Ale wystarczy, już dość. Mam dość – szepnął. – Nie mogę dłużej nie mówić.

 

***

 

Tym razem Hadar załomotał w drzwi, jak tylko do nich dotarł. Odpowiedziała mu cisza. Załomotał jeszcze raz – znowu cicho. Zaniepokojony nacisnął klamkę i wkroczył do pokoju.

Asger leżał w fotelu, zwinięty w kłębek. Sierżant rzucił się w jego kierunku, potknął o szklankę, poślizgnął na rozlanym winie.

– Uważaj. – Dotarł do niego zachrypnięty szept. – Trochę nałagaba… nagała… Spadło.

– Asger, kurwa. – Hadar poczuł, że chce mu się płakać.

– Ciii… Nie wolno tak… – Kapitan zamilkł, a Hadarowi przemknęło przez głowę, że jest pijany. – Nic nie piłem. – Ożywił się na chwilę Asger, jakby czytając sierżantowi w myślach. – Wit to przyniósł, a Wit jest dziwny. Wolałem nie pić. On coś ukrywa, wiesz?

– Tak, kapitanie, a teraz spać.

Z trudem uniósł niemal bezwładne ciało. Posadził Sidorta na brzegu łóżka, zaczął zdejmować z niego kurtkę. Poczuł, że oficer jest zupełnie rozpalony. A Asger mówił dalej:

– Widziałeś, jak on patrzy? Obserwuje. Pyta. Ten jego uśmiech, oczy… Dziiiwny jest, nie myślisz? Bardzo dziwny. Coś knuje. Mówiłem porucznikowi, ale on mnie nie słucha.

Hadar na szafce koło łóżka dostrzegł małą butelkę. Zostawił ją porucznik, z przykazem, by zaaplikować kapitanowi pół łyżki, gdyby ten znów zaczął gorączkować. Sierżant otworzył fiolkę, napełnił łyżkę prawie po brzegi. Zmusił opornego Asgera do przełknięcia, położył go niemal przemocą. Ściągnął mu jeszcze buty, przykrył po samą brodę. Oficer błyskawicznie zapadł w płytki, niespokojny sen.

Hadar dorzucił drewna do dogasającego kominka, wytarł wino z podłogi. Gdy siadał w fotelu, w którym miał zamiar spędzić tę noc, czuł się, jakby przebiegł kilka mil w pełnym uzbrojeniu.

 

***

 

Kapitan słuchał raportu składanego przez porucznika i czuł, że się czerwieni. Był oczywiście wściekły. Na Hadara, że ten pozwolił mu tak długo spać, na Kerka, bo, cholera, chyba miał rację, na zimę, bo była. Na cały świat. Ale nie potrafił stłumić w sobie myśli, że przede wszystkim jest wściekły na siebie.

Miał wrażenie, że po raz pierwszy od kilku dni rozumie, co się wokół niego dzieje. Raport porucznika stanowił logiczne uzupełnienie wcześniejszej relacji sierżanta Hadara z popijawy z ludźmi Ragona. Stanowił logiczne uzupełnienie tego, co z uporem starano się dowódcy wbić do głowy już wcześniej. A jeszcze wczoraj zgodził się na wycieczkę Kerka tylko dlatego, żeby dali mu spokój i nie zawracali głowy swoją paranoją.

– Co robimy?

Asger przeczesał dłonią jasne włosy.

– Mundury… Mieli je od żołnierzy, tych pierwszych, prawdziwych maruderów?

Porucznik pokiwał głową. Kapitan wbił wzrok w podłogę.

– Wciąż nie możemy być pewni.

Kerk jęknął.

– Kapitanie…

Ale Sidort machnął ręką.

– Nie mówię przecież, że mamy nic nie robić. Czy Ragon i jego ludzie coś podejrzewają?

– Nie. Chyba nie.

– Tylko dlaczego, Kerk, Ragon to robił? Dlaczego pokazywał nam te trupy, chwalił się nimi? Przecież nie jest idiotą.

– Może oszalał?

Zamyślony Asger patrzył na porucznika, aż wreszcie pokiwał głową.

– Może. Nic to. Trzeba zawiadomić dowództwo. Kalawa niech jedzie, musi się przedrzeć przez ten śnieg. Niech Hadar weźmie paru ludzi, zamknie zbrojownię, ustali warty. Rozbrajamy załogę. Ja zajmę się Ragonem. Mam nadzieję, że nie narobimy sobie kłopotów.

 

***

 

Podwładni pułkownika dali się umieścić pod kluczem zadziwiająco łatwo. Zaskoczeni, pozbawieni dostępu do większej ilości broni, w mniejszości, postawieni w obliczu regularnego wojska okazali się niemal zupełnie bezradni. W ciągu kilku chwil władzę w stanicy przejęli żołnierze Sidorta, a on sam udał się do sypialni Ragona. Dwóch pilnujących jej żołnierzy zasalutowało, wpuszczając dowódcę do środka.

Ragon spojrzał na niego wściekle.

– Twój ojciec przewraca się w grobie, szczeniaku. Gówniarz z ciebie, butny i głupi. Jak śmiesz zamykać mnie tutaj, panoszyć się, aresztować moich ludzi? Jesteś tylko kapitanem, szczylu!

– Jeśli chodzi o starszeństwo szarż, pułkowniku, to wysłałem już kogoś do mojego dowódcy. Na razie zastosujemy areszt domowy i obawiam się, że jest pan skazany na moje towarzystwo. Co najmniej przez kilka dni. – Opuścił głowę, zmarszczył nos i zaczął poprawiać zawinięty mankiet kurtki.

Ragon schował jedyną rękę za plecy, podszedł w stronę Asgera. Gdy dzieliła go odległość dwóch kroków skoczył, zamierzając się krótkim sztyletem. Sidort czekał bez ruchu, w ostatniej chwili usuwając się pułkownikowi z drogi. Uchylił się przed ciosem, złapał starszego mężczyznę za nadgarstek, wykręcił mu rękę. Ragon krzyknął, rozległ się brzęk upadającego na podłogę noża.

– Powinienem był jednak kazać pana przeszukać – stwierdził Asger, podnosząc sztylet. – Uspokoiłbym się na pana miejscu, mogę jeszcze wezwać żołnierzy.

Usiadł na krześle, wyciągnął przed siebie nogi.

– Pułkowniku, wiedział pan, że nie wszystkie z ofiar to żołnierze armii regenta, prawda? – zapytał spokojnie.

Ragon prychnął.

– Pomieszało ci się w tym twoim pustym łbie, Sidort.

– Gdyby był pusty, nie miałoby się w nim co mieszać.

– Dureń z ciebie, ot, i tyle. Głupi młokos, któremu wydaje się…

Asger westchnął.

– Pułkowniku, czy moglibyśmy odnosić się do siebie choćby z pozorami szacunku? Nie jest miło słuchać, że ktoś cię uważa za durnego gówniarza o pustym łbie.

– Twój ojciec, Sidort…

– Mój ojciec nie żyje. Zostawmy go w spokoju. – Głos kapitana stwardniał. – Był bohaterem, a ja nie dorastam mu do pięt, tak? Zapewne coś w tym jest. Ale daruj sobie. Już mówiłem, że nie mam zamiaru ścigać się z pamięcią o nim. Wolałbym wiedzieć, dlaczego pozwalał pan swoim łotrom zabijać niewinnych ludzi. Bo wiedział pan przecież, musiał pan wiedzieć.

Ragon podszedł do siedzącego Asgera, spojrzał na niego z góry.

– Takim głąbem jesteś, Sidort?

– No i znowu. Prosiłem…

– Niszczysz moje wysiłki, gnoju. Wojna zabrała mi zdrowie. Poświęciłem wszystko dla rebelii. Wszystko, Sidort. Jestem kaleką, ale nie żałuję. Opłacało się. I co, mam teraz osiąść tu, na pustkowiu, nikomu niepotrzebny? Nie, kapitanie. To wbrew mojej naturze. Będę służyć, dopóki starczy mi sił. Mam nadzieję, że twój zwierzchnik rozumie więcej niż ty. Mam nadzieję, że doceni. Gdy dowiedziałem się, kim jesteś, byłem przekonany, że znajdziemy wspólny język. Jak z twoim ojcem. Pomyliłem się. On był inny, gotów do ofiar. – Wbił wzrok w młodszego oficera, uśmiechnął się. – Doskonale wiem, że jedną z nich byłeś ty.

Asger wciągnął powietrze, przez chwilę nie był w stanie go wypuścić. A Vuk Ragon stanął za jego krzesłem, oparł dłoń na oparciu i schylił się lekko.

– Erig Sidort cierpiał. Wiedział, że to z powodu jego działalności ciebie uprowadzono. Wiedział, gdzie trafiłeś i co ci grozi. Cierpiał, widziałem to, jednak potrafił oddzielić osobiste… kłopoty od tego, co najistotniejsze. Cel był najważniejszy, powstanie, walka. Gdyby skupił się na cierpieniu, gdyby skupił się na tobie… Nie byłby tak wspaniały. Nie podziwiałbym go tak, jak to robię. Ty jesteś, niestety, zupełnie inny.

– Staram się. – Asger odzyskał spokój, wstał. – Proszę mi wreszcie powiedzieć, pułkowniku, dlaczego pozwolił pan zabijać tych ludzi? Dlaczego się pan tym chwalił? Dobrze, już ustaliliśmy, że mnie pan uważa za kompletnego idiotę, ale przecież nie siebie. I moi ludzie też nie są głupi, porucznik Tor szybko…

– Kapitanie, jeżeli mówię, że to żołnierze armii regenta, to tak jest. Rozumiesz? Liczyłem, że docenisz starania starego kaleki. Ale widzę, że nazwisko nic nie znaczy. Odsunięto mnie od walki, zastąpiono takimi gówniarzami jak ty. Byłem… Jestem więcej wart niż dziesięciu młokosów podobnych tobie. Pozwól mi porozmawiać z kimś mądrzejszym, bardziej doświadczonym, z kimś, kto rozumie wojnę. Nie z tobą, nie z tym cherlawym porucznikiem. Zobaczymy, kto ma rację, jeszcze pożałujesz tego, co zrobiłeś. – Utkwił w Sidorcie rozpalone spojrzenie.

Asger zastanowił się chwilę, potem skinął głową.

– Nie mogę oczywiście wykluczyć, że ma pan rację. Wydaje mi się, że jednak nie. Powiem za to, co myślę. Nie potrafi pan żyć bez wojny. Nie potrafi pan żyć bez zabijania, bez wrogów i polowań na nich. Jeśli ich nie ma dookoła, trzeba ich stworzyć. Tak jak stało się to tutaj. I musi się pan chwalić trupami, jakimikolwiek, bo potrzebny panu poklask. Bez niego zostaje tylko bezużyteczny kaleka, nieistotny, niepotrzebny, zapomniany. Wyciera pan sobie gębę moim ojcem. On taki nie był, nigdy. A ja… Ja mogę mieć tylko nadzieję, że nigdy się taki nie stanę.

Odwrócił się w stronę drzwi, podszedł do nich. Stanął jeszcze na chwilę, trzymając dłoń na klamce.

– Mój cherlawy porucznik jest lekarzem. Właśnie ogląda ciała, które zobaczyliśmy pierwszego dnia. Wtedy nie miał okazji zrobić tego dokładnie, potem nie chciał wzbudzać podejrzeń. Może ma pan rację. Jeśli okaże się, że jego przypuszczenia były błędne, to ja będę miał kłopoty, nie pan. Jednak myślę, że po prostu pan oszalał, pułkowniku – szepnął i zniknął za drzwiami.

 

***

 

Dowódca zorientował się, że stało się coś złego, gdy tylko Kalawa przed nim stanął. Żołnierz nie wiedział, jak złożyć meldunek.

– Kapitanie, to ten nowy. Dorwał ją… W stajni…

Asger pobladł. Ale nie jak ostatnio, kiedy trawiły go zmęczenie i gorączka. Był biały jak ściana, jak śmierć. Jakby w jednej chwili odpłynęła z niego cała krew.

– Kogo? – wyrzucił zduszone pytanie.

– Minkę…

Drobna, jasnowłosa, z zadartym nosem. Oficer zamknął oczy, a gdy je otworzył, płonęła w nich żądza mordu. Kiedy Kalawa biegł za nim korytarzem, był naprawdę przerażony. Kapitan przemienił się w istotę, której nie poznawał.

Sidort wypadł na dziedziniec.

– Gdzie on jest?! – krzyknął. Nie, nie krzyknął. Wydobył z siebie jakiś dźwięk, chrapliwy, gardłowy skowyt, bardziej zwierzęcy niż ludzki.

Żołnierze rozstąpili się, na końcu szpaleru ujrzał Bojana Wita. Chłopak chwiał się, podtrzymywany przez Hadara i jeszcze jednego żołnierza. Asger podszedł, nieśpiesznie, ostrożnie, nie spuszczając z niego wzroku.

– Wiesz, jaka jest kara, skurwielu. – Uwalniał słowa powoli, cicho, spokojnie.

Bojan chciał się roześmiać, z gardła wyszedł mu jednak tylko bulgot. W kącikach ust pojawiły się bąbelki krwi.

– Za tę małą suczkę? Była chętna. Podobało jej się. Wyobrażała sobie, że to ty ją ujeżdżasz… Kapitanie. – Ostatnie słowo padło po chwili, jakby nieco ironicznie, niepoważnie.

Asger znieruchomiał, tylko palce obu dłoni zacisnęły mu się w pięści.

– Zginiesz – szepnął, ale tak cicho, że stojący naprzeciw mężczyźni mogli się tego słowa domyślić jedynie z ruchu posiniałych warg.

Oficer rozejrzał się wokół. W rogu dziedzińca, w świetle pochodni dostrzegł drzewo.

– Tam – warknął.

Hadar puścił Bojana, podszedł do dowódcy.

– Asger… – powiedział cicho.

– Kapitanie. Zapominasz się, sierżancie. – Hadar opuścił wzrok. – Wykonać.

– Jeśli myślisz, że to koniec, Sidort, bardzo się mylisz. Jeszcze się spotkamy. – Bojan Wit wykrzywił twarz, a Kalawa pchnął go w ramię.

Wtedy zaatakował. Wyszarpnął się eskortującym żołnierzom, runął w kierunku Asgera. Oficer stanął, ugiął kolana, przygotowany do obrony. Ale cios nastąpił z innej strony. Mocne pchnięcie w bok przesunęło go o dwa kroki, poślizgnął się na oblodzonej ziemi. Przez jedno uderzenie serca rozpaczliwie próbował zachować równowagę, po czym runął, skronią uderzając o garb stwardniałego śniegu. Jęknął, pociemniało mu w oczach. Tracił przytomność.

I nagle poczuł chłód, jakby kula zimna próbowała wepchnąć się do jego ciała. Przeszył go dreszcz, gwałtowny, zatrważający. Resztkami świadomości pojął, że musi się bronić. Nie wiedział, co się dzieje, rozumiał jedynie, że nie może pozwolić na to, by niewidzialna bryła lodu w niego wtargnęła. Otworzył oczy, dźwignął się na rękach, potrząsnął głową. Wystarczyło. Chłód zniknął. Pozostał tylko zwykły mroźny dzień.

Hadar pomógł Asgerowi wstać. Bojan Wit, z opuszczoną głową, bezwładnie zwisał w rękach trzymających go ludzi. U stóp kapitana leżał Taruk, jeden z żołnierzy. Dalina Trakia przyklęknęła przy nim, ścierając sączącą się z jego czoła krew.

– Chciał pana ochronić, Wit rąbnął go tak, że Taruk padł bez przytomności – wyjaśnił Hadar.

Asger popatrzył na Bojana. Zmarszczył brwi. Chłopak najwyraźniej dochodził do siebie, powoli unosił głowę. Otworzył jedno oko; na drugim krzepła gruba warstwa krwi. Na jego twarzy zaczęło malować się zdumienie. Kapitan pomyślał, że coś tu się nie zgadza.

 – Co tobie?! – Okrzyk Daliny zerwał ledwie zawiązaną, kruchą nić zrozumienia.

 Asger spojrzał na Taruka i poczuł, jak oczy rozszerzają mu się przerażeniem. Powalonego mężczyznę chwyciły drgawki. Dwóch żołnierzy przykucnęło przy nim, próbując uspokoić. Taruk kopnął kilka razy śnieg, zwinął się w kłębek i wreszcie znieruchomiał.

Gardło Asgera wyschło zupełnie; próbował połączyć ze sobą wszystkie ulotne myśli. Jeszcze raz spojrzał na Bojana, odprowadzanego już pod drzewo. Chłopak wrzeszczał teraz rozpaczliwie, błagając o litość, jakby wreszcie pojął, co go spotkało. Albo… jakby właśnie przestał rozumieć, co się dzieje. Jego twarz, którą co chwilę odwracał w stronę oficera, jakby w nim szukając ratunku, była twarzą przerażonego chłopca. Jeden z prowadzących go żołnierzy uderzył go w głowę, założył mu pętlę na szyję. Inny popychał nogą solidny pieniek, tocząc go po udeptanym śniegu. Bojan opadł na kolana, trzeba było go ciągnąć. Asger postąpił kilka kroków, Hadar zaszedł mu drogę.

– Nie musi pan tego oglądać, kapitanie.

– Hadar, coś się nie zgadza.

– Wszystko się zgadza, wiedział, jaka jest kara. Postąpił pan słusznie.

– Ale Taruk… Ja też, wcześniej, gdy uderzyłem głową… Jakby mnie coś atakowało, chciało wtargnąć… A Bojan… Jakby go coś opuściło. Coś… złego.

Chciał iść dalej, ale sierżant mocno chwycił go za ramię.

– Wystarczy, kapitanie. Jest pan zmęczony. Chorował pan. Proszę to zostawić i wreszcie odpocząć.

Asger poczuł, jak opada go znużenie. Pokiwał głową, dał się poprowadzić w stronę dworu. Ale wtedy przez dziedziniec przemknął przerażony skowyt. Bojan Wit wył ze strachu. Sidort wyrwał się Hadarowi, wybiegł na środek placu. Chciał krzyknąć, żeby przestali, że to błąd, jednak z wyschniętego gardła wydobył się jedynie szept. A silne dłonie żołnierzy zdążyły przeciągnąć sznur, kopiące w panice nogi skazańca same przewróciły pod sobą pieniek. Potoczył się po lodzie, a gdy znieruchomiał w szarej zaspie, na dziedzińcu było już cicho.

 

***

 

Za oknem zapadła ciemność, a Asger nie miał najmniejszych śladów gorączki. Pomyślał, że to dobry znak.

Rozległo się pukanie do drzwi, po chwili w progu ukazał się sierżant Hadar.

– Co z Minką? – zapytał oficer.

Hadar podszedł do okna.

– Ciało dojdzie do siebie szybko, jest młode. Ale…

Asger przymknął oczy, zmęczonym gestem przejechał dłonią po twarzy.

– Porucznik kazał przekazać, że miał rację. Z tymi trupami – kontynuował sierżant.

Oficer pokiwał głową. Zupełnie o tym zapomniał, jednak teraz odetchnął z ulgą.

– Może pójdzie pan do niej, kapitanie.

Zapadło milczenie. Asger długo wpatrywał się w profil stojącego przy oknie podwładnego.

– Tak, masz rację.

 

***

 

Stanął przed drzwiami sypialni, którą teraz oddano do wyłącznej dyspozycji Minki Rohy. Uniósł dłoń, chciał zapukać. Jakby nagle stracił wszystkie siły – oparł czoło o deski, wsłuchał się w wydobywające ze środka odgłosy.

Z Minką musiała być Dalina Trakia. Ciche dźwięki kołysanki przebijały się na zewnątrz przytłumione, ale wyraźne. Dalina śpiewała ujmującym, niskim głosem. Asger opuścił rękę. Z ulgą podjął decyzję, że nie będzie przeszkadzać. Wróci później.

Na końcu korytarza znajdował się gabinet pułkownika Ragona. Nie był mu teraz potrzebny, zadecydowano więc, że może w nim dojść do siebie Swen Taruk. Asger zapukał, wszedł do środka. Gestem nakazał żołnierzowi, by się nie podnosił i nie salutował.

– Nie powinieneś był tego robić. Dałbym sobie radę. – Ugryzł się w język odrobinę za późno, nie chciał zaczynać od wyrzutów. – Ale dziękuję – dodał ugodowo. – Jak się czujesz?

– Lepiej. – Taruk wyciągnął rękę w stronę stojącego na stoliku kubka; nie mógł go dosięgnąć z materaca, który wstawiono do gabinetu.

Asger podszedł do stolika, chwycił naczynie, podał żołnierzowi. Ich palce zetknęły się na moment, oficer drgnął, gdy poczuł chłód skóry podwładnego. Uniósł na niego zaskoczone spojrzenie. Taruk patrzył hardo, z impertynenckim uśmiechem, otwartą bezczelnością. Ale też ze śladami niepewności i szacunku w oczach.

– Jest pan moim dowódcą, mam pana chronić… Kapitanie. – Ostatnie słowo padło po chwili, jakby nieco ironicznie, niepoważnie.

Asger sztywno skinął głową. Wyszedł na korytarz. Po kilku krokach kucnął pod ścianą, oparł się o nią plecami. Dotknął dłonią czoła.

Niestety, nie mylił się. Gorączka ustąpiła.

 

Koniec

Komentarze

Pamiętam, bardzo mi się podobało :) Ale że wrzuciłaś 1 grudnia to już nie nominuje, moge tylko kliknąć bibliotekę :P

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dzięki, Tenszo. Zawsze coś. ;)

Tenszo, nie trzeba być w loży, żeby nominować do piórka. :p

Wiem, ale te moje 1/5 głosu to takie nico obecnie :P Ale pewnie jak w koncu zbiore sie do komentarzy zaległych, to moze jakies grudniowe perłki zaczne łowić i wrzucę wtedy zbiorczo robotę dla nowej loży ^^

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Pamiętam, pamiętam. Bardzo mi się podobało. Ciekawe jest także to, iż jest to kolejna historia z uniwersum, które wymyśliła Ocha. Niebanalna historia, interesujące postacie nakreślone wyraziście i mimo że to tylko opowiadanie (a nie cała powieść) o każdym z bohaterów można coś powiedzieć. Nikt nie pozostaje płaski, papierowy. Do tego drobiażdżki dopełniające całości, sprawiające, że człowiek widzi, co czyta.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałam ten tekst i poczułam niedosyt. Ruszyłam więc tropem bohaterów i przeczytałam również Powrót i Pierwszą żonę (coś jeszcze jest?). Rzadko się zdarza, że jakieś portalowe opowiadanie tak mnie wciąga. Tutaj zgadzam się z Bemik, że Twoje postacie postacie są żywe i praktycznie się je widzi, a do tego wszystkiego intrygująca historia. Brakuje mi w tym wszystkim jedynie jakiegoś opisu uniwersum, w którym rozgrywa się akcja. Gdyby te historie były na papierze; chętnie bym poczytała, bo warto. Pomyśl o tym! Pozdrawiam.

AQQ – są na papierze, tylko nie wiem, czy Ocha gdzieś tę powieść już wysłała. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To znaczy czekamy na wydanie? Czy jest jakaś całość wydana i można przeczytać? Miałam na myśli książkę na podstawie tych opowiadań. Nie bardzo się orientuję. Burak ze mnie. :(

AQQ – to znaczy, że Ocha ma napisaną powieść w tym uniwersum i z tymi bohaterami. Problem polega na tym, że albo jeszcze do żadnego wydawnictwa jej nie wysłała, albo nie ma jeszcze odpowiedzi, albo ma odmowną. Może być tak, że ma pozytywną, ale się jeszcze nie chwali. Tego po prostu nie wiem, trzeba zapytać samej autorki.

Ja tę powieść czytałam i bardzo mi się podobała.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No to czekam i trzymam kciuki! :)

Dzięki, Bemik. Dzięki, AQQ (teraz sobie dopiero zwerbalizowałam Twój nick i fajny masz. ;)).

 

Tak, Bemik ma rację. Napisałam, nie wysłałam, bom niemądra i niezorganizowana. I redaguję drugi rok, bo wiecznie mi się wydaje, że coś trzeba poprawić, i będę tak redagować do śmierci ze starości.

Tutaj z tego świata jest jeszcze “Osada” i “Miasto”. Jeśli zechce Ci się przeczytać, będzie mi bardzo miło. :) Bardzo się cieszę z Twojego komentarza. Te opowiadania mają takie szczęście, że co rusz pod kolejnym z nich następne osoby deklarują, że chętnie przeczytałyby powieść osadzoną w tym świecie. Uzbierałaby się już spora gromadka. Z jednej strony jestem oczywiście zachwycona, z drugiej okropnie żałuję, że nie mogę zrobić takiej konkretnej listy i wysłać wydawnictwom razem z książką. :)

 

Jeszcze raz dzięki, dziewczyny!

 

Ale możesz zrobić inną rzecz – zostawić wreszcie w spokoju poprawki i wysłać książkę do wydawnictwa.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Muszę to zrobić, Bemik. W grudniu na pewno nie będę miała czasu, ale styczeń zrobię sobie luźniejszy. To i na to czas musi się znaleźć. MUSI!!!

Trzymam Cię za słowo i na pewno w styczniu ponękam Cię pytaniami, czy już wysłałaś smiley

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Oczywiście, z przyjemnością przeczytam resztę. :)

Tak jeszcze przy okazji, to Kerk z tymi wytatuowanymi recepturami skojarzył mi się z Arlenem z Malowanego człowieka. Ale to dobrze :)

Mam nadzieję, że jednak się sprężysz i w końcu wyślesz. Życzę z całego serducha powodzenia!

Bemik, dręcz, męcz. Bo jak sobie myślę, że gdybym wysłała wkrótce po Twojej i pozostałych betach, to już bym pewnie miała odpowiedź i wiedziała – pisać dalszy ciąg czy coś zupełnie innego – to mi się płakać chce. ;(

AQQ – przepraszam, nie zauważyłam Twojego ostatniego komentarza. Tatuaże Kerka są wzięte żywcem z rzeczywistości. Znam taką osobę, która notowała sobie na skórze ważne dla niej rzeczy. Permanentnie. :) Może nie aż tak konsekwentnie jak Kerk, ale pomysł wzięłam z realu.

Vuk Ragon oparł dłonie o otaczający taras murek, wychylił się w kierunku lasu.

To ile on ma tych dłoni, jak chwilę wcześniej nie miał ręki… :p

 

A Vuk Ragon stanął za jego krzesłem, oparł dłonie na oparciu i schylił się lekko.

Znowu! Mimo że dosłownie chwilę wcześniej narrator wspomina, że Ragon ma tylko jedną rękę. Czy mi tu coś umyka? :D

 

Ach.

Chyba niewiele jesteś w stanie już wynieść z naszych amatorskich, forumowych uwag, prócz zachwytów nad tym, co zagrało, a (z pewnością dużo rzadszych) jęków nad tym, co nie. Posyłaj tę powieść do wydawnictw czym prędzej, Ocho, a otrzymasz coś nieocenionego – możliwość pracy z redaktorem. Powiedziałby Ci, że na początku trochę za dużo tych pułkowników, sierżantów, kapitanów i wrzuconemu w takie bajoro tytułów czytelnikowi trochę się oni mieszają, albo że zaznaczanie, że sposób wypowiedzi jest ironiczny to łamanie show, don’t tell i da się ten detal pokazać dużo taktowniej. Krótko mówiąc, dowiesz się jak ociosać bardzo dobry tekst, by stał się wyśmienity.

Zazdroszczę tych detali i detalików, którymi budujesz postaci, coś niesamowitego. Do tego chory Asger zauroczył mnie jeszcze bardziej niż poprzednio i cóż, chyba wyhodowałaś mu psychofana, Ocho. ;)

Mur i coś za murem budziły niebezpieczne skojarzenia z Grą o tron, ale fajnie, że poszłaś w innym kierunku. Chociaż nadal budując świat quasiśredniowieczny z bardzo ulotnym elementem fantastycznym, trodno będzie uniknąć porównań do Pieśni, gdy książka już wyjdzie. Bo wierzę, że wyjdzie. W każdym razie wątek kfantastyczny w “Gorączce” jest wyraźny, a całość czyta się jeszcze lepiej skondensowaną do 40, a nie do 70k.

Nie wiem natomiast, czy “Gorączka” broni się jako samodzielny tekst; miałem wrażenie że coś mi ucieka. Nadal bardzo mglisty jest wątek konfliktu , który toczy się gdzieś w tle. Nie bardzo ogarnąłem wątek tego pana bez ręki. Ojciec Asgera – trąci sztampą. Wprowadzasz mnóstwo elementów, z których wykorzystujesz niewiele, sugerując wielkość Twojego uniwersum, i dobrze, ale opowiadanie wolałbym widzieć bardziej skomasowanym.

Tak że publikuj, trzymam kciuki. Tylko jeśli nazwiesz powieść “Kapitan” albo jakimś innym pospolitym jednowyrazowcem, to pofatyguję się na miting w empiku i bez przyjemności oznajmię co sądzę o tych tragicznych tytułach, które wybierasz. ;_;

Ja pierniczę. Kurczę. Cholera. %(%&*@@$!&**_++@#\

Jak mogłam z tymi dłońmi tak spieprzyć!? Jak to możliwe, że to się tyle czasu uchowało?!

Poprawię jutro, jak się już wyśpię. Dzięki, MrBrightside, za to i za resztę komentarza.

 

Ej, ten tytuł nie jest taki zły! Nie tylko o gorączkę Asgera mi chodziło, ale i w ogóle o wojenną gorączkę, która sprawia, że powstają takie Ragony. Nie wyszło? ;/

Przyznam, że wolę ten tekst od “Miasta”. Wolałabym tak pisać.

Sama jestem psychofanką Asgera. To straszne – stworzyć postać, a potem się spsychofanić. ;)

 

Pozdrawiam. :)

Po raz kolejny przeczytałam Gorączkę i po raz kolejny z niekłamaną przyjemnością. Znajomość opowiadań poprzedzających tę historię znakomicie ułatwia zrozumienie nie tylko opisanych zdarzeń, ale także zachowanie występujących tu postaci.

Mam szczerą nadzieję, Ocho, że Twoje dzieło niebawem doczeka się druku. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajna historia. Szkoda, że nie domykasz wszystkich wątków – co zrobił dowódca z pułkownikiem? No, ale rozumiem, że to część rozbudowanego uniwersum, nie da się podomykać bez rozwalenia paru innych rzeczy. No i jakiś lekarski argumencik na rzecz dziwności trupów też by nie zaszkodził. A tak – dowiadujemy się, że miał rację. Brawo on. ;-) Argument o ranach nie pasujących do mundurów był fajny. Ale do tego chyba nie trzeba lekarza. No i nie wygląda na rozstrzygający.

Kapitan tym razem ma jakąś słabość! Ta dam!

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Regulatorzy. Cieszę się, że Ci się podobało. :)

 

Finklo, wydaje mi się, że przy tamtych możliwościach raczej nie mogło być lekarskich argumentów. Kerk potwierdził, bo miał czas by w spokoju obejrzeć wszystkie ciała. Jego wcześniejsze pobieżne obserwacje się potwierdziły razy osiem, więc uznał, że miał rację.

Dzięki! :)

Świetnie napisany, niezwykle klimatyczny tekst. Historia prosta, ale to nie szkodzi, bo wciąga. Poza tym siłę opowiadania stanowi nastrój i ciekawi bohaterowie. 

Jako samodzielny tekst rzecz sprawuje się średnio, niedookreślone uniwersum i masa otwartych wątków pozostawia niedosyt. Ma to swoje oczywiste minusy, ale też widać pewien zamiar – opowiadanie jest na tyle dobre, że w czytelniku natychmiast pojawia się ochota na przeczytanie reszty tekstów. Miałem nieprzyjemność nieprzeczytania żadnego (tylko na chwilę zajrzałem do "Miasta") i teraz zapewne nadrobię. 

Pozdrawiam! 

Edycja:

A mogę zapytać, skąd bierzesz imiona i nazwiska? Stoi za tym jakiś pomysł, czy to zwykłe zbitki sylab bez większego znaczenia? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ocho, był zawód lekarza, to musiały być jakieś argumenty. Każda branża potrafi bardzo uczenie dowodzić, że jest niezastąpiona. ;-)

Ale tak się zastanawiam… Co właściwie było nie tak z trupami? Buty i mundury – OK, to kupuję. Ale co dalej? No, gdyby lekarz stwierdził, że jeden z nich zmarł na jakąś wybitnie niewojskową chorobę… Nie wiem, osioł go ugryzł, oparzenie po dotknięciu wiejskiego pieca czy coś takiego. Albo na Sherlocka Holmesa – że nigdy w życiu nie używał broni, bo brak odcisków od pasa z mieczem, a za to dzień przed śmiercią karmił świnie… Płaskostopie czy coś innego chroniącego przed poborem w Twoim świecie. Brali kulawych do woja?

No, najciekawsze argumenty wymieniasz na początku, a potem już nic Ci nie zostaje. A te argumenty Twój kapitan jakoś tam potrafi wyjaśnić. Nie widać, co go później przekonało.

Babska logika rządzi!

Thargone, dziękuję. Z jednej strony miło mi, że dobrze Ci się czytało, z drugiej trochę się martwię, że jednak uznałeś, że nie za bardzo sprawdza się to opowiadanie jako samodzielne. A tak się staram! ;) Oczywiście, bardzo zapraszam do pozostałych.

 

Finklo – nie zgadzam się (ech, to chyba będzie w naszych dyskusjach norma;)). Oni nie umarli na niewojskowe choroby, oni zostali zabici, a potem przebrani w stare mundury. Argumenty, których użył Asger, by obalić podejrzenia porucznika, sprawdziłyby się (chociaż z trudem), gdyby dotyczyły jednego czy dwóch trupów. Jeśli powtórzyły się w przypadku wszystkich – no to nie ma bata, porucznik miał rację.

… uznałeś, że nie za bardzo sprawdza się to opowiadanie jako samodzielne 

No, nie ma co się martwić. Główna historia jest zamknięta i oczywista. Tu chodzi o wszystkie wątki poboczne i dodatki – motyw, żeby nie spojlerować – nadnaturalny, świat, konflikt, nawiązania do historii poszczególnych bohaterów, których to mnogość nie znajduje uzasadnienia w samej fabule tego pojedynczego tekstu – to wszystko wydaje się być swoistą zajawką, reklamą, próbką, trailerem: Patrzcie, podziwiajcie, a jeśli uznacie, że jest fajnie, to mam do zaoferowania znacznie więcej. I to wcale nie jest źle.

Tekst jak najbardziej da się czytać samodzielnie Niedosyt można zaspokoić, czytając inne teksty ze świata. Sprytne posunięcie, tak na marginesie ;-) 

Aha, ponowię pytanie, bo mogłaś nie widzieć, że edytowałem poprzedni komentarz:

Skąd imiona i nazwiska? Stoi za tym jakiś pomysł? Czy tylko fajne brzmienie? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Też zwróciłem uwagę na nazwiska – wszystkie brzmią ciekawie, ale przede wszystkim konsekwentnie. Jeśli są całkowicie autorskie, to chapeau bas.

MrBrightside – to chyba jesteś w mniejszości, bo akurat na temat imion i nazwisk naczytałam się więcej krytyki niż pochwał. :)

 

Zazwyczaj po prostu otwieram sobie spis imion z różnych regionów czy krajów (np. ormiańskie, skandynawskie, chorwackie) i wybieram, co mi pasuje, często zmieniając literę czy dwie. Zależy mi na tym, żeby nazwiska brzmiały “inaczej”, ale na tyle swojsko, by dało się je zapamiętać. Chyba różnie to wychodzi. Teraz uważam, że najlepsze do tego celu są imiona południowosłowiańskie.

Tutaj jeszcze miałam taki zamiar, żeby bohaterowie z północy nosili nazwiska zbliżone do skandynawskich (Asger Sidort, Kerk Tor), natomiast ci z południa – do południowosłowiańskich (Dalina Trakia, Bojan Wit). Ale obawiam się, że nie do końca zachowuję konsekwencję.

Bywają też nazwiska kompletnie nieprzemyślane. Bardzo ważną dla Asgera postacią z przeszłości, jego wrogiem, który jeszcze kiedyś się pojawi, jest człowiek o nazwisku Nil. Wtedy był pułkownikiem, teraz pewnie dochrapał się generała. I to nazwisko muszę zmienić, bo generał Nil brzmiałoby dwuznacznie. ;)

Historia fajna, budujesz wątki i szkoda, że wszystkich, które nie robią za tło, nie domykasz (jak z pułkownikiem). Mimo to fabuła wciąga ;)

Jednak, podobnie jak w Mieście, nierzadko przeszkadzało mi pokazanie zbyt małej ilości skrawków dekoracji i świata przedstawionego. Nie chodzi o historię świata czy politykę (tutaj wystarczą mi te informacje, jakie są), ale o samą armię. Mamy stopnie z dzisiejszego świata, mundury, ale brak broni palnej. Brak też opisów zbroi, a ta wręcz przydałaby się w przypadku posługiwania się jedynie bronią białą. Przez to strasznie trudno mi było wyobrazić sobie np. te trupy w śniegu, bo nie wiem, czy mam iść w coś bardziej na styl poźnośredniowieczny czy jeszcze dalszy.

Podsumowując: wciągający fabuła, sprawnie opowiedziana, ale coś nie do końca zaskoczyłem jeśli chodzi o dekoracje tego koncertu fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM – dziękuję.

Nie będę się bardzo bronić, bo niestety muszę przyznać Ci rację. Zwróciłeś uwagę na coś, z czego teraz zdaję już sobie sprawę, ale podczas pisania tego opowiadania traktowałam jeszcze trochę niefrasobliwie. W książce problem m.in. używanej broni potraktowałam zdecydowanie mniej niejasno.

Tu tylko napiszę, że podczas rozmowy Asgera z Kerkiem, gdy obserwowali ćwiczących na dziedzińcu żołnierzy, porucznik mówi do dowódcy o dziurach w mundurach, pod którymi nie było ran po kulach. Więc tak, broń palna była. Ale wiem, że to jedyny ślad, kiedy można by tu cokolwiek wywnioskować na temat etapu w technologicznym rozwoju, więc baaardzo niewiele.

 

Bemik – serdecznie dzięki za nominację. :)

Bardzo mi się podobało. Kolejne opowiadanie z Twojego uniwersum, kolejne miłe spotkanie z jego bohaterami, kolejna świetnie poprowadzona, przesiąknięta tajemnicą opowieść. Czytało się łatwo, lektura bardzo mnie wciągnęła, toteż bez problemu przez nią przebrnęłam. Czekam na kolejne odsłony przygód Sidorta :)

Dzięki, Rosebelle. Cieszę się, że przebrnęłaś. ;)

O kurczę, wsysło! O ile zwykle widząc nawet tekst na 25 tys. znaków myślę "eee, za długie", o tyle teraz po powrocie z pracy w środku nocy przeczytałam to, a potem jeszcze "Powrót" i "Osadę" i nawet się nie zorientowałam kiedy minęła szósta rano :) Inne teksty z uniwersum pewnie też nadrobię.

 

Ogólnie już samymi wojskowymi klimatami nietrudno mnie kupić, ale tu plusów jest znacznie więcej. Bardzo podobał mi się plastyczny styl, dzięki któremu łatwo sobie to wszystko zwizualizować, oprócz tego ciekawe postaci i relacje między nimi, fajny klimacik i motyw trupów.

Jak na samodzielne opowiadanie faktycznie niektóre wątki zbędne, albo raczej po prostu z oczywistych względów niedomknięte, ale nie przeszkadzało mi, że zobaczyłam trochę więcej świata, niż było to konieczne. Widać, że jest jakiś zamysł, że wydarzenia nie dzieją się w próżni.

Jakbyś jednak robiła listę potencjalnych nabywców, to możesz mnie dopisać ;)

 

Z ciekawości: co było w tych wywalonych dziesięciu tysiącach znaków?

Podobało mi się :)

Wow, Teyami. Wielkie dzięki. To jest dla mnie największy komplement, że tak wciągnęło. :)

Wyrzuciłam dwie sceny. Pierwszą, w której porucznik z Kalawą i Trakią poszli zaciągnąć języka wśród mieszkańców (oprócz sceny w chałupie matki jednej z ofiar była jeszcze jedna). No i drugą – jak doszło do gwałtu na żołnierce (tu spotkałam się z zarzutami, że właściwie wprowadziłam tę biedną dziewczynę w tym opowiadaniu tylko po to, by została zgwałcona. Właściwie musiałam się z tym zgodzić, więc tej sceny nie było mi specjalnie żal, bo dało się bez niej obejść).

 

Anet – cieszę się. Dziękuję. :)

Piątkowy dyżur zobowiązuje, więc się pojawiłem. Wiem, że nie lubisz kopać się z koniem, dlatego będę subiektywny najlepiej jak umiem, licząc, że komentarz okaże się dla Ciebie choć trochę pomocny.

Zacznę od negatywów, pozytywy zazwyczaj są dosyć jasne, jeśli to i tamto “wyszło” według autora i czytelnika, to nie trzeba się nad tym specjalnie rozwodzić. Najsłabszy element tego opowiadania to kapitan Asger Sidort, którego widzę już w drugim Twoim opowiadaniu. Wspomogę się tutaj własnym cytatem spod innego opowiadania.

Mam podobnie jeśli chodzi o polskich bohaterów, tylko ja w każdym z nich widzę naszą, polską martyrologię. Ten bohater zawsze jest doświadczony przez życie, koniecznie z piętnem i grymasem na twarzy… Dlatego stosunkowo rzadko sięgam po polską fantastykę.

W Asgerze nie jest to dosłownie martyrologia, ale te piętno i grymas jest i to duże. Widzisz, Ocho, dla mnie bohater musi być jakoś określony, mieć wyraźne cechy osobowości. Przeczytałem wszystkie opowiadania o Conanie Howarda i można Conana nie lubić, ale prawie każdy go zna. Asgera tak naprawdę określa i nie określa zarazem jego zachowanie. Jest wiecznie zniechęcony, niezadowolony, można powiedzieć, że nawet leniwy ;) Wysługuje się podwładnymi, niewiele czynności wykonuje sam. A jeśli już coś robi, to jest to prawie zawsze “wyjątkowe”, on nic nie robi normalnie, tylko:

Jeszcze przed chwilą dokładnie studiował ciała, teraz znieruchomiał, jak gdyby nadąsany i zrezygnowany.(…)

Kapitan Asger Sidort grzebał widelcem w pieczonym kurczaku i próbował powstrzymać mdłości.(…)

Sidort patrzył bezmyślnie (…)

Asger drgnął, jakby nagle otrząsnął się z otępienia.(…)

Asger zacisnął wargi, milczał długo.(…)

Jego ciałem wstrząsnął dreszcz.(…)

Pisząc “wyjątkowe”, mam na myśli “na krawędzi dramatu”, on prawie nic nie robi tak zwyczajnie, nawet jak je, to ma młodości, jak jak pije, to ściska kielichy. Poza tym bohater, który jest dla mnie autentyczny, ma zarówno wady, jak i zalety. Miałem naprawdę problem, żeby znaleźć w Asgerze jakąś zaletę, oprócz pewnego rodzaju “piętna”. Możesz mi powiedzieć Ocho, jakie pozytywne cechy ma Asger? Człowiek nigdy nie jest w 100% zły czy też dobry, ale mnie w kapitanie trudno odnaleźć dobre strony. Mam duże wątpliwości, czy bohater z takim zachowaniem i podejściem do życia zbierze rzesze “wielbicieli” wśród czytelników. A to wymierna cecha, aby sięgnąć po książkę, cz też kolejny tom.

Co do fabuły, można w nią wierzyć lub nie, czy tak reaguje się w wojsku na gwałt, czy taka, a nie inna historia jest dobra, to kwestia gustu. Jedno mi przeszkadzało. Nie rozumiałem postawy Asgera, gdy podwładny mówił mu, że “coś jest nie tak”. Znaczy rozumiem sprawdzanie faktów i poddawanie ich w wątpliwości, ale w końcu, jeśli ma się zaufaną drużynę, to się jej wierzy, a nie:

Cholera, Kerk, co ty sugerujesz?

A Kerk powinien splunąć pod nogi kapitana i przy najbliższej okazji poprosić o przeniesienie do innego oddziału, skoro kapitan bardziej wierzy osobie, której zupełnie nie zna, niż swojemu porucznikowi.

Wykreowany świat, Ocho, jak już pisałem pod “Miastem”, podoba mi się najbardziej. To świetne uniwersum, ale rozłożone bohaterem w postaci Sidorta. W mojej opinii będzie on ciężki do zniesienia w ilości znaków, jaką jest powieść. Tak jak wskazałem w cytacie, polskie powieści fantastyki są pełne takich “napiętnowanych” bohaterów. Warsztat zaś, to poziom drukowanej beletrystyki i to dobrej, więc tylko się cieszyć.

Pozdrawiam.

 

Dzięki, Darconie, za obszerny komentarz. :)

Zabawne jest to, że pod “Miastem” Asgerowi zarzucano, że jest zbyt doskonały i brakuje mu wad.  XD

Tak, też sobie o tym pomyślałam. :)

To jest to, czego nauczył mnie ten portal – czytać wszystkie opinie, nad każdą się zastanowić. Ale w końcu trzeba coś postanowić i robić swoje. Jeśli 8 na 10 osób pisze, że bohaterowie (z głównym na czele) są dobrze skonstruowani, to jednak trzeba podążyć tym tropem, nawet jeśli wierzy się w dobre intencje i gust pozostałych dwóch osób. Inaczej można się zakopać w niepewności i poprawkach. Zresztą, ze znaczną częścią odebranej tu krytyki się zgadzam – kiedy NWM pisze, że brakuje mu odnośników co do tego, na jakim etapie rozwoju jest świat, to mogę mu tylko przyklasnąć i zastanowić się, jak zrobić, by to poprawić. Ale są też uwagi, które po prostu trzeba odrzucić, bo nie da się napisać tak, by wszyscy byli zadowoleni. Po prostu nie do wszystkich trafiam i każdy autor musi się w końcu z tym pogodzić. :)

Jak zwykle dobra historia z ciekawymi bohaterami. Bardzo nastrojowe, z tą magią, która kiedyś tam hulała po świecie, a teraz się znowu odradza. Także dołączam do delikatnych nacisków w kwestii dokańczania poprawek i słania książki do wydawnictw. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, Szyszkowy. Trzeba to w końcu zrobić, chociażby żeby się dowiedzieć, czy pisać kontynuację, czy coś zupełnie od nowa. ;)

Ja się na razie uchylę od ogólnej oceny tego opowiadania. Dopóki nie przeczytam tego chronologicznie wcześniejszego. Z Asgera czytałem dotąd “Miasto” i uważam, że tamto opowiadanie było bardziej samodzielne, stanowiło domkniętą całość. Co do tego opowiadania, chwilowo kilka uwag.

Fajnie, że rozwijasz swojego pupila. Postać nabiera coraz więcej indywidualnych rysów, a zatem głębi. Ja w komentarzu do “Miasta”napisałem, że Asger jest zbyt idealny. Żartowałem sobie trochę wtedy (podobnie jak kiedy mówiłem, że sam jestem idealny). Asger nie jest idealny. Jest ludzki. To się chwali, bo myślę, że w światach fantasy za dużo jest postaci stereotypowych. Tak więc nie mam najmniejszych zastrzeżeń co do kreacji tej postaci.

Mniej podoba mi się za to (i w “Mieście” i tu) wojsko Asgera. Żołnierze Asgera, zwłaszcza oficerowie, ale szeregowcy też, są wszyscy zbyt inteligentni i zbyt szlachetni, żeby nie powiedzieć pryncypialni. W tym opowiadaniu uwiera mnie szczególnie reakcja wojska na, przepraszam za wyrażenie, zwykły gwałt. Natychmiastowa kara śmierci? Przyznam, że nie słyszałem o czymś takim w żadnym wojsku w żadnym czasie, a cokolwiek na ten temat wiem. Czy na tym miał polegać element fantastyczny?

Co do strony językowej, powiem tak. Walczyłem zaciekle, czytając uważnie, żeby wyłapać choćby jedno potknięcie, np brakujący lub zbędny przecinek. I poległem. Nic nie znalazłem. Czuję się zdruzgotanysmiley Nie ma się czego przyczepić.

Pozdrawiam, Ocho! (tak się robi wołacz?smiley)

 

 

Wołacz tak, gorzej z resztą odmiany. ;)

 

Dziękuję, mjacku. Tak, “Miasto” jest chyba w ogóle najbardziej samodzielne z tych opowiadań. Cieszę się, że uważasz postać Asgera za przyzwoicie skonstruowaną. Co do reszty żołnierzy – sama łapię się na tym, o czym napisałeś. Mogę się wytłumaczyć tylko tym, że – wbrew pozorom – przyzwoity Asger trzyma ich żelazną ręką, no i jest to oddział jakby nieco elitarny. Ale to niekoniecznie widać w opowiadaniach, więc moje tłumaczenie jest marne. ;)

Co do reakcji na gwałt jednak pobronię się mocniej. Jak zauważyłeś zapewne, w oddziale Asgera są mężczyźni i kobiety. Zasady w takiej sytuacji muszą być surowe. To nie jest współczesność, z jej niechęcią do kary śmierci, to nie jest oddział w czasach pokoju. To wreszcie nie jest pacyfikacja wsi przez wrogi oddział zdegenerowanego wojną wojska. Minka Roha jest żołnierką, należy do oddziału na tych samych zasadach, co ktokolwiek inny. Może te zasady zostały wprowadzone na wszelki wypadek, by nikomu z żołnierzy nie przyszło do głowy napadać na towarzyszki broni, ale ich wprowadzenie uważam za bardzo prawdopodobne, a jak już zostały wprowadzone, no to ich wyegzekwowanie okazało się konieczne. No i w końcu to jest jednak gwałt, a nie bójka po piwie. Zresztą, starałam się napisać to tak, żeby było widać wahanie Hadara, który przez chwilę nie jest pewien, czy ta kara nie jest zbyt surowa. Ale pryncypialny Asger (a w przypadku przemocy seksualnej pryncypialny do sześcianu, ale o tym tu też nic nie ma), zadecydował inaczej.

Nie wiem, czy Cię przekonałam, ale nad tym fragmentem trochę myślałam i wydaje mi się on nieprzesadzony.

Pozdrawiam. :)

trochę za dużo tych pułkowników, sierżantów, kapitanów i wrzuconemu w takie bajoro tytułów czytelnikowi trochę się oni mieszają

AMEN!

Mówię to jako osoba, która z wojskiem ma niewiele wspólnego i te wszystkie poruczniki nic jej nie mówią. Szczególnie męczył mnie Asger – kapitan, oficer, dowódca. Przeczytałam już opowiadanie w całości, ale chyba będę musiała przeczytać je jeszcze raz, tym razem robiąc sobie ściągę, kogo nazywasz jakim stopniem, bo chwilami traciłam rozeznanie, kto co robi. Przykro mi :(

A może to dlatego, bo sam tekst jest bardzo wyraźnie częścią większej całości. Nie ogarniam uniwersum i nie zauważyłam zakończenia wszystkich wątków (może go nie było).

 

A w ogóle to wydaje mi się, że to chyba mało prawdopodobne, by w fantastycznym uniwersum używano ziemskich stopni wojskowych. No, chyba że Ziemianie ich najpierw skolonizowali ;)

Kam, gdyby zamiast poruczników i pułkowników byli asendarzy i mirasjerzy, orientowałabyś się lepiej? ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo! Te dwie uwagi były niezwiązane ze sobą :P 

Kam, dzięki za komentarz. Przykro mi, że Ci nie podeszło. ;(

 

Ale z tymi “ziemskimi” stopniami wojskowymi się nie zgodzę. W większości książek fantastycznych tak jest, pewnie m.in. ze względu na jasność przekazu.

Chyba nie bardzo jestem targetem (nigdy na przykład nie czytałam wojskowego fantasy), ale to nic, masz taką ścianę pozytywnych komentarzy, że wierzę, że skądś się to wzięło. Na pewno podejdę do tekstu ponownie.

Za to ślicznie jest napisane! (Medal za najbardziej merytoryczną uwagę poproszę.) I zgadzam się z opinią kogoś wyżej, że forumowe komentarze chyba już ci za wiele nie pomogą :)

Chyba nie bardzo jestem targetem (nigdy na przykład nie czytałam wojskowego fantasy)

Ech, no to mogę Ci tylko podziękować, że się zabrałaś za to opowiadanie i – jak rozumiem – nawet skończyłaś. ;)

 

Za to ślicznie jest napisane! – Medal Merytoryczności Pierwszej Klasy został przekazany!

Przekonałaś mnie, Ocho. Taka natychmiastowa i surowa reakcja na gwałt na żołnierce jest logiczną konsekwencją wysokiej pozycji, jaką kobiety mają w armii. Nie wziąłem tego pod uwagę, bo brałem pod uwagę różne armie w ujęciu historycznym, gdzie taka wysoka pozycja kobiet jest czymś niespotykanym. Ale masz pełne prawo do takiej kreacji świata. W końcu to fantasy, nie zaś powieść historyczna. Inaczej mówiąc, w kreacji świata – może być tu i ówdzie freestyle, pod warunkiem zachowania spójności i logiczności. A Ty ten warunek z łatwością spełniasz, co mówię w odniesieniu do i “Gorączki” i “Miasta” i “Powrótu”. Przy tym ostatnim opowiadaniu ufam, że zamienimy jeszcze słowosmiley

Jeszcze raz pozdrawiam!

Przekonałaś mnie, Ocho. – A widzisz, zapomniałam wczoraj. Cieszę się. :)

Przeczytałem. Szykuje się dłuższe kazanie :P

Jako że poznałem już Miasto i Pierwszą żonę (a Osada wciąż czeka…), nie miałem problemów z tymi stopniami i rozeznaniem się wśród bohaterów. Jak to w Twoich flagowych produktach bywa, Gorączce również trzeba przyznać order immersji (która skrzeczy w agonii w jednym momencie, ale o tym później) i godło klimatu. Czyta się świetnie, przyjemność z obcowania z bohaterami jest spora.

To w sumie tyle, jeśli chodzi o plusy. Bardziej treściwie, bo moja złośliwa natura sprawia, że wolę pisać o negatywach ;D

Pierwszy już znasz – niedomknięte wątki. Przede wszystkim mam na myśli ten główny: czy Asger trafnie ocenił Ragona? Po prostu koleś tęsknił za wojną? Jeśli tak, to fabuła mnie zawiodła swoją prostotą, prosiło się tu o jakiś ukryty motyw. Jeśli nie – to nie zdążyłem się dowiedzieć, bo skończyłaś opowiadanie.

Drugi – nie ogarnąłem tej całej gorączki. Nie miałem pojęcia, że to duch syna staruszki, który w jakiś sposób powrócił do tego świata i postanowił przeskakiwać z ciała na ciało. A jeśli chciałaś zasygnalizować to w scenie z Kalawą w roli głównej, to odebrałem to jako wątek dotyczący jedynie maruderów.

Trzeci – kulejąca immersja w scenach walki z Bojanem i jego śmierci. Dość jaskrawo zarysowałaś zmianę w jego zachowaniu, zawarłaś w treści wątpliwości Asgera, a jednak jego ludzie nie zwrócili na to uwagi i momentalnie uśmiercili chłopaka. To było dziwne. Zaś ta egzekucja, no właśnie… Ocho, czy orientujesz się w rodzajach śmierci przez powieszenie? Bo w tej opisanej przez Ciebie chłopina powinien umierać kilka długich minut, Asger mógłby zareagować, przeciąć sznur.

Scena ataku Ragona (tym nędznym nożem) też wyszła średnio. Jakoś tak… mało godnie. Jako walka z ostatnim bossem sprawdza się tak średnio ;D

 

No i clue sprawy. Napiszę to tylko dlatego, że wierzę w Twoje uniwersum i nie ma co oceniać tych tekstów tylko przez pryzmat portalu. Fantasy jest sztampowe. Wychodzi tego pełno we wszystkich językach, a każde dzieło podobne jest do drugiego, jednak część z nich zyskuje mniejszy lub większy rozgłos. Wydaje mi się, że do tego potrzeba pewnego wyjątkowego pierwiastka, który sprawia, że czytelnik dostrzega w sztampie nową jakość, coś specjalnego. I to można dostrzec w tych bardziej cenionych seriach/książkach, a przynajmniej ja dostrzegam, jako że lubię i czytam dużo fantasy.

Mam nadzieję, że i u Ciebie zaobserwuję ten pierwiastek, bo na razie, choć bohaterów masz super a świat wyrazisty, tego jednego brakuje.

 

Reasumując, czytało się świetnie, spędziłem przy Gorączce kilka miłych chwil, jednak po takim pierwszym tomie drugiego raczej bym nie nabył. To za mało :)

 

Och, i na koniec pewne zdanie:

Narajają tamtym ofiary, dostają swoje ochłapy.

Nie wiem, nie rozumiem tego. To coś znaczy, czy literówka? XD

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

“Naraić” to polecić coś komuś, szczególnie w celu matrymonialnym. Nie mylić z “najaraniem”. ;-)

Babska logika rządzi!

O! Dzięki, Finklo. W moim hrabstwie nie jest to słowo znane, nie wiedziałem nawet jak utworzyć od niego formę podstawową X―D

Myślałem, że miało być “narażają” albo “nastrajają”, ale żadne nie pasowało mi do kontekstu ;―)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Też sobie to sprawdziłam w słowniku, jak doszłam do tego fragmentu XD Ech to zepsute młode pokolenie :P 

Przepraszam bardzo, Kam_Mod, akurat mój wiek liczy się już w mileniach :P

Niemniej, na jedno wychodzi. Pewnie za moich czasów to słowo jeszcze nie istniało…

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Ależ ja mówiłam wyłącznie o sobie.

Ciebie, Hrabio, o młodość nie śmiałabym posądzać.

;)

Ależ ja mówiłam wyłącznie o sobie.

Też wolę mówić o Tobie, sercu memu droga sojuszniczko, ale skoro już opacznie pojąłem zdanie, należało rzucić trochę światła na tę sprawę ;D

A młodość, piękna sprawa, cieszmy się nią! :D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Taki to wiekowy i jak słyszy “młodość” to myśli, że to o nim? Oj, Hrabio, coś tu mieszasz…

 

Ocho, przepraszam za najbardziej bezczelny offtop od czasu Chołoty XD

O, no proszę, chciałam iść spać, ale sobie kliknęłam, a tu taka miła pogawędka. ;)

“Naraić” wyjaśnione, jak widzę. 

 

Count, dzięki za komentarz. Coś tam się zgadzam, coś tam się nie zgadzam, jak zawsze. ;)

Scena z Kalawą w roli głównej? Cholera, śpiącam, ale tu była jakaś scena z Kalawą w roli głównej?

Wiem, że ten atak Ragona taki mało spektakularny. Ale taki miał być. Patosu i epickości u mnie mało. Może powinnam pomyśleć, by było więcej, nie przeczę.

Ragon oszalał co nieco i chciał się czuć potrzebny. Tyle. Finito.

Powieszenie. Dlaczego powinien umierać długo? Spadł, pętla się zadzierzgnęła, rdzeń kręgowy został przerwany. Tak to zazwyczaj wygląda. Dlaczego uważasz, że powinno być inaczej? Pytam, bo serio chcę wiedzieć. Jeśli zrobiłam tu błąd, to wolałabym podobnego już nie popełnić. Pewnie jeszcze kogoś kiedyś powieszę. ;)

 

Krytykę przyjmuję z bólem, ale i ze zrozumieniem. Cieszę się, że przynajmniej bohaterowie Ci się podobali. Ci są dla mnie zawsze najważniejsi. Tylko Ci czytelnicy tacy marudni, i jeszcze jakąś oryginalną fabułę by czasem chcieli. Ech… ;)

Czytało się świetnie. Dołączam do fanklubu Asgera.

Fajnie malujesz sceny, zgrabnie przeplatając dialogi migawkami z otoczenia (ćwiczenia na dziedzińcu, chata opętanej). Sam motyw gorączki też daje ciekawe możliwości narracyjne. Widzę, że jesteś konsekwentna w subtelnym rysowaniu tła polityczno-historycznego, bardzo mi się to podoba; powstrzymywanie się od infodumpów znamionuje dużą dojrzałość.

Rozpada mi się trochę to opowiadanie na dwie części:

– wątek pułkownika, który ostatecznie okazuje się zły bo jest zły (nie bardzo kupuję tę jego motywację), po czym znika

– wątek tajemniczej zimnej siły, zmieniającej nosiciela.

Liczyłem, że na końcu oba te motywy się połączą i dlatego otwarte zakończenie jednak mnie nieco rozczarowało.

Potknąłem się trochę na scenie sądu nad Bojanem. Odnoszę wrażenie, jakbyś pisała ją w oderwaniu od reszty tekstu. Pojawia się nagle Kalawa, który scenę wcześniej był odesłany ze stanicy do dowództwa. Fragment:

“Oficer zamknął oczy, a gdy je otworzył, płonęła w nich żądza mordu. Kiedy Kalawa biegł za nim korytarzem, był naprawdę przerażony. Kapitan przemienił się w istotę, której nie poznawał.”

musiałem przeczytać kilka razy, bo gdzieś gubiły mi się podmioty domyślne w drugich częściach zdań.

Potem Sidort wybiega na dziedziniec, a Kalawa (chwilę wcześniej biegnący za nim) już tam na niego czeka (?).

Myślę, że nie zaszkodziłoby wprowadzić Minki wcześniej, skoro Bojan może obserwować podczas ćwiczeń Dalię, to czemu nie tę dziewczynę?

I jeszcze jeden szczegół (jakoś przyczepiłem się do tego fragmentu):

“– Kapitanie. Zapominasz się, sierżancie. – Hadar opuścił wzrok. – Wykonać.”

wprowadzanie w didaskalium informacji o osobie innej niż wypowiadająca słowa jest jednak karkołomnym pomysłem.

Ale to naprawdę wszystkie uwagi techniczne jakie mi przychodzą do głowy. Już drugi raz tak się składa, że komentuję Twój tekst, jako jedna z ostatnich osób i czuję się w obowiązku napisać coś konstruktywnego po długiej litanii wcześniejszych pochwał. I wychodzi tak, jakby mi się nie bardzo podobało.

To nieprawda. Podobało mi się bardzo. Takie fantasy – inteligentne – lubię. I takie kupiłbym i czytał, gdyby ktoś pytał.

Dzięki, Coboldzie. Kupiłam dziś pyszne czerwone wino na i coś mi się oczy kleją. Idę spać. Odpiszę jutro, jak będę pewna swej elokwencji. ;) Cieszę się, że się podobało, chociaż brzmiało, jakbyś narzekał. ;)

Dobranoc wszystkim!

Kolorowych, Ocha.

W takim razie o wieszaniu poczytasz sobie do śniadania ;P Choćby na wiki jest wspomniana metoda krótkiego i długiego sznura. Bojan spadł z wysokości pieńka, czyli nie wytworzył dostatecznej szybkości, by złamać sobie kręgosłup i przerwać rdzeń. Dusił się, bo pętla uciskała na tchawicę.

Dlatego na publicznych egzekucjach stawiają zwykle wysoką szubienicę, w której montują zapadnię. Ciało spada, kręgosłup pęka, a gawiedź widzi czystą, szybką śmierć ;)

 

A z tym bólem nie przesadzaj ;P Jeden narzekający, choć i tak zadowolony czytelnik, to nie tragedia. A piszę to wszystko z nadzieją, że ma to jakąkolwiek wartość i pozwoli Ci stać się jeszcze lepszą :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Tego, czego się obawiałam, czy zostanie w tym tekście zrozumiane, to wędrówka tego “dybuka” z ciała na ciało. Nieistotne było dla mnie, skąd się on wziął, ważne, że przybył wraz z “nowym”. I tu mam pytanie do tych, którzy przeczytali i którym chce się jeszcze zaglądać do komentarzy. Czy zauważyliście to? Czy zauważyliście, że w scenie egzekucji “coś” opuściło Bojana i przedostało się do jednego z żołnierzy Asgera? Bo po komentarzach dwóch ostatnich czytelników widzę, że możecie być tu podzieleni. :)

 

Count, czyli wysokość była za mała. Generalnie trudno się z tym nie zgodzić, ale potrafię sobie wyobrazić, że spanikowany, miotający się chłopak ma pecha i dzieje mu się tak nawet wtedy, gdy spada z pieńka (ok, jak na pieniek to był wysoki pieniek;)). No, pecha miał, ludzie giną w jeszcze bardziej z pozoru niegroźnych wypadków. Tak mi się wydaje.

Aha, i jeszcze jedna rzecz. Piszesz, że tylko Asger zauważył przemianę chłopaka. Może ktoś jeszcze zauważył, ale dostali wyraźny rozkaz. A może nikt nie zauważył – wcześniej też tylko Asger wyczuwał, że coś jest z chłopakiem nie tak. Inni brali jego podejrzliwość na karb choroby. Zresztą, chciałam tutaj, w tym tekście opisać taką podwójną nieufność – Asger nie wierzy w słowa Kerka o wyczynach ludzi pułkownika, Kerk nie wierzy podejrzeniom Asgera w stosunku do Bojana. Każdy zajęty własną obsesją ignoruje obsesję drugiego. Ale chyba podkreślenie tego za bardzo mi nie wyszło.

No i dziękuję również za komentarz pod “Powrotem”.

 

Coboldzie – dlaczego “chata opętanej”? Ona nie była opętana, ta kobieta.

Z tym pułkownikiem to jest taka sprawa, która mnie często w historiach interesuje. Motywacje i zachowania, które wydają się absurdalne (i pewnie takie są), ale nie nieprawdopodobne. Pułkownik był wojennym bohaterem, odsuniętym na boczny tor, bez umiejętności normalnego życia, rozpamiętujący o dawnej wielkości i honorach, potrzebujący tego. Więc sobie wyparł, że trupy nie są żołnierzami. Musiał coś robić i czymś się chwalić. Zresztą, sam pomysł na to wziął mi się po przeczytaniu pewnego reportażu nt. partyzantki w którymś z krajów Ameryki Południowej. Tam ustalono nagrody za trupy partyzantów i do tych trupów nagle zaczęli dołączać ludzie całkiem niewinni, tacy, których mało kto będzie szukał, ale nie tylko. Ci “polujący” robili to dla zysku. Jednak do lokalnych władz szybko dotarło, że coś tu nie gra. Mimo to proceder trwał długo. Dlaczego?

Z Kalawą masz rację. Zmienię go w drugiej scenie na “jeszcze jednego żołnierza”. Umknęło mi to. Z Minką też masz rację, ale nie będę już teraz kombinować. Didaskalia – czekałam, aż ktoś o tym napisze. ;) Kombinowałam z tym, bo miałam świadomość karkołomności. Ale w końcu zostawiłam, bo jakoś najbardziej mi to odzwierciedlało to, co chciałam napisać.

Dziękuję, fajnie że mimo wszystko Ci się podobało.

Czy zauważyliście to? Czy zauważyliście, że w scenie egzekucji “coś” opuściło Bojana i przedostało się do jednego z żołnierzy Asgera?

Ja zauważyłam i myślę, że zostało to bardzo wyraźnie pokazane. Mało tego, zdenerwowałam się strasznie na Asgera, bo jakiś mało lotny mi się wydał w tej scenie, myślałam, że trochę energiczniej zareaguje :(

Nie mimo wszystko, tylko mimo kilku szczegółów ;)

Dybuka (niech mu będzie “dybuk”) widać, myślałem tylko, że okaże się on współodpowiedzialny za działania pułkownika. A nawet roiłem sobie, że jego źródłem może być kobieta z chaty (masz rację, „opętana” to nie było dobre słowo). Bo bez takiego połączenia, masz w opowiadaniu dwie historie, z których jedna się nie kończy, zaczyna druga i ta druga też się nie kończy.

Co do motywacji pułkownika, kupuję takie zezwierzęcenie u żołdaków, skażonych wojną, polujących na nagrodę; u dowódcy mordowanie cywili tylko dla podrasowania własnego ego wydaje mi się uproszczeniem motywacji. Wplecenie elementu nadnaturalnego, demona potęgującego to co w ludziach drzemie, uzasadniałoby takie przerysowanie.

Dla kontrastu wahania Asgara i ostateczne nie odwołanie egzekucji, moim zdaniem bardzo trafne psychologicznie – dodają nowy, niejednoznaczny moralnie rys głównemu bohaterowi.

Ja zauważyłam. W końcu dybuk załatwia element fantastyczny. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki. Czuję się uspokojona. :)

 

u dowódcy mordowanie cywili tylko dla podrasowania własnego ego wydaje mi się uproszczeniem motywacji. – Rozumiem to podejście. Dodam więc tylko, że on nie mordował osobiście. I chyba nie tylko o ego chodziło, tylko też że coś tam mu się we łbie w końcu pomieszało.

masz w opowiadaniu dwie historie, z których jedna się nie kończy, zaczyna druga i ta druga też się nie kończy. – To chyba po prostu silniejsze ode mnie, to niedomykanie wątków. ;) Ale jednak historię z pułkownikiem uważam za zamkniętą. Został aresztowany. Kara była.

 

Został aresztowany. Kara była.

No, ja tego w tekście nie widzę. Kapitan nałożył areszt domowy i czekają na rozstrzygnięcie kogoś wyżej. Tak to odebrałam.

Babska logika rządzi!

Zgadzam się z Finklą.

 

Jeśli chodzi o “coś, co przeskoczyło z Bojana na Taruka”, to i ja byłem tego świadom. Opisałaś tę kwestię dość klarownie, brakło mi wyjaśnienia, co to takiego. Nawet po przeczytaniu wróciłem do sceny z Kalawą (i Daliną; mam na myśli odwiedziny u Gali), żeby zobaczyć, czy czegoś jakimś cudem nie przeoczyłem. No ale wyjaśnienie czym jest to coś znalazłem dopiero w Powrocie

W scenie egzekucji, pomimo samego powieszenia, nie pasuje mi rozmowa między Asgarem a Hagarem, gdzie kapitan wypowiada się dość klarownie mimo swojego stanu.

Nie chodzi mi o to, że jest źle. Po prostu przydałoby się nieco więcej subtelności; przynajmniej w mojej opinii podniosłoby to poziom tekstu. Jeśli będziesz chciała, weźmiesz to pod rozwagę przy innych opowiadaniach, a jeśli nie, to nie ;)

Co do wieszania, nie musisz się tłumaczyć. To Twój świat, ludzie mogą tam chodzić z osteoporozą, albo w ogóle być niedowapnieni ;D Tylko zasygnalizowałem, że mnie nie przekonało.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

No, ja tego w tekście nie widzę. Kapitan nałożył areszt domowy i czekają na rozstrzygnięcie kogoś wyżej. Tak to odebrałam.

Ci, którzy od jakiegoś czasu czytają moje opowiadania wiedzą, że mam irytującą wielu czytelników skłonność do niedomykania wątków lub finałem konkretnego opowiadania robię nowe otwarcie, którego nie rozwijam. Zgadzam się z Wami, że wątek dybuka nie został zamknięty. Ale nie zgadzam się, że nie zamknęłam wątku pułkownika. W tym konflikcie mamy dwie strony – Asgera i pułkownika. Między nimi doszło do konfrontacji, między nimi sprawa jest zamknięta. Zostaje przekazana dalej, ale to już nie dotyczy tej historii. W ten sposób można by wątki ciągnąć w nieskończoność. Po areszcie domowym areszt zwyczajny. Też nie koniec, bo przecież będzie jakiś sąd. Też nie koniec, bo wyrok. Też nie koniec, bo przykładowo więzienie. Co go spotka w tym więzieniu? Jak więzienie na niego wpłynie? Co zrobi potem? 

Ok, trochę przejaskrawiam i przesadzam. Ale między tymi postaciami sytuacja się skończyła. Jeśli Asger i Kerk mieliby mieć jakąś rolę w dalszej historii (np. rozprawie) to mogliby najwyżej powtórzyć to, co opisałam tutaj.

 

Count – rozumiem. Cieszę się w każdym razie, że jednak ten fragment, o który się obawiałam, okazał się klarowny.

Sprawnie poprowadzona i napisana opowieść ze znanymi mi już bohaterami. A propos co się dzieje z czytanym przeze mnie już jakiś czas temu Lasem?

Widać, że jest to część tworzonego uniwersum, choć broni się również jako samodzielne opowiadanie. Historia jest ciekawa, choć bez jakiś dramatycznych twistów. Mimo to czyta się dobrze, fabuła wciąga, bohaterowie dają się lubić.

Niejasne są jedynie dla mnie motywacje Ragona. Tego najbardziej zabrakło do pełnej satysfakcji.

Niemniej bardzo dobre opowiadanie, muszę nadrobić pozostałe teksty z tego uniwersum.

Belhaju, dziękuję za komentarz (i nominację).

Próbowałam gdzieś wyżej wyjaśnić motywacje Ragona, bo nie tylko ty wyrażasz tu wątpliwości. Ale chyba nie udało mi się tego zrobić przekonująco.

 

A co do “Lasu”… “Las” (uwaga dla wszystkich nie do końca zachwyconych tytułami moich tekstów – to tytuł roboczy;)) sprawia, że sama się na siebie wkurzam. Bo trochę go popoprawiałam, trochę poredagowałam… I leży. Mam mocne postanowienie, że w styczniu będę go wysyłać, gdzie się da.

A co do “Lasu”… “Las” (uwaga dla wszystkich nie do końca zachwyconych tytułami moich tekstów – to tytuł roboczy;))

A właśnie miałem napisać coś lekko kąśliwego :P Chociaż wiesz jak to bywa… Tytuł roboczy często zostaje ostatecznym :D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

To, w ramach zniechęcania Ochy do tytułu, dowcip. Po rosyjsku, bo nieprzetłumaczalny:

 

Ociec spraszywajet syna: [ojciec pyta syna]

– Szto czitajesz? [co czytasz]

– Ljesbjanki. [lesbijki]

– Pakażi! [pokaż] Tfu! Bjanki, “Ljes”! [fuj! Bjanki, “Las”]

Babska logika rządzi!

Ech, nabijajcie się.

A ja widzę taką okładkę, mało kiczowatą jak na fantasy, z jakimś majaczącym ni to lasem, ni to zwidem. I takie proste litery. Trzy. Mogą być nieco potłuczone jakby.

L A S

 

;)))

Czytałabym. Uważam, że nie ma nic złego w prostych tytułach, zwłaszcza jeśli są takie pociągające… W sensie, że nie do końca wiadomo, czego się spodziewać. W lesie mogą dziać się różne rzeczy ;P

LAS? Taki tytuł to jak kalectwo na własne życzenie, Rosebelle! To tak, jakbyś miała rewelacyjne opowiadanie o dochodzeniu toczącym się w małym miasteczku, w którym nie jedną a trzy kobiety posądzono o czarostwo i w sumie nie wiadomo, czy jakaś magia tam w ogóle była… i nazwałabyś je MIASTO. ;)

Ale ten “LAS” miałby być potłuczonymi literami! I mało kiczowaty! 

MrBrightside – :)))

Rosebelle – Ty jedna mnie rozumiesz! ;)

 

Dobra, “Miasto” było wyjątkowo z dupy. Ale w “Lesie” las ma ogromną rolę, jest właściwie jednym z głównych bohaterów. Ale skoro na okładce (w tym szczęśliwym przypadku, jeśli ktoś to w ogóle zaakceptuje) i tak zapewne będzie jakiś mięśniak albo pół goła kobieta, albo wilk z przekrwionym spojrzeniem – to moją wizję okładki i tak szlag trafi i ten ascetyczny LAS będzie ni z gruchy, ni z pietruchy.

Ja też jakoś nie widzę problemu z tym tytułem, skoro fabuła skupia się wokół lasu. Nie przeszkadzają mi krótkie tytuły. Jeśli książka trafi do druku, a mam pewność, że tak będzie, to myślę, że będziesz miała wpływ na to, jak będzie wyglądała okładka i nikt ci tam nie wpakuje półgołej laski i wilka z przekrwionymi oczami czy innego mięśniaka. :)

A co do “Lasu”… “Las” (uwaga dla wszystkich nie do końca zachwyconych tytułami moich tekstów – to tytuł roboczy;))

Użytkownicy forum głośno odetchnęli z ulgą. ;)

 

Z ascetycznych okładek podobała mi się Czarownica znad Kałuży. Właściwie podejrzewam, że była jednym z powodów, dla których kupiłam tę książkę. Ale “Las”… nawet jak ktoś gdzieś zobaczy okładkę i się nią zachwyci, to po powrocie do domu nie będzie wiedział, co zamówić, bo google nie skojarzy, co to miał być za las :)

Kam, podoba mi się Twoje pragmatyczne podejście, które zakłada, że książka nie będzie kupiona w księgarni, tylko tam obejrzana i kupiona w internecie XD

Myślałam raczej o jakiejś reklamie albo zobaczeniu jej u znajomego/w tramwaju :D

A pragmatyzmu nie będę się wypierać. Jednak cztery dyszki to dla studenta niebagatelny kapitał xD

Kam, to jest poważny i rozsądny argument. Z drugiej strony, istnieje szansa, że taki tytuł przynajmniej ktoś zapamięta. :)

No i wydaje mi się, że ludzie nie są głupi. Dużo jest tytułów, które mogą też być czymś innym więc wystarczy wpisać w Google “Las – książka”, albo coś podobnego i powinno wyskoczyć, a jak już będzie bestsellerem, to się na pewno znajdzie gdzieś u góry pierwszej strony :D

Przykro mi, rosebelle, wyskakują same poradniki dla leśniczych. ;D

Bo “Lasu” Ochy jeszcze nie ma w sieci. ;D To co ma wyskoczyć?

Ha! Właśnie!!! :DDD

Poczekaj tylko, jeszcze z tego zrobią film (a najlepiej anime) XD

Brightside, chyba źle szukasz :P

 

Otóż mamy Las Guya N. Smitha (ukradł pomysł ochy, łobuz), Ten i Tamten Las, Nieumarły las, Umarły las, Mroczny las, Wielki las, Las zabaw, Ciemny las… Książka ochy musiałaby mieć szczęście, by wyskakiwać szybciej niż na piątej stronie google’a. ;)

Bo milion książek nazwano słowem “las”. Trudno o bardziej pospolite słowo.

Jednowyrazowe tytuły są ok, ale matko jedyna, to w końcu tytuł, nawet jednowyrazowiec powinien się wyróżniać. Przykładowo wpisując w googlu “morfina” wyskakują narkotyki, ale wklepujemy “morfina książka” i już mamy same odnośniki do twórczości pana Twardocha.

Po co sobie utrudniać już na starcie, konkurując w wyszukiwarkach z poradnikami dla grzybiarzy? :p

Wiecie co? Bardzo miło mi się Was czyta. Bo przynajmniej chwilowo mogę sobie wyobrażać, że moja książka należy do oczekiwanych. I toczy się ogolnonarodowa dyskusja nt. tytułu. ;D

Nie zapomnij napisać w mailu do wydawnictwa, że przy wyborze tytułu uwzględniłaś ogólnokrajowe badania marketingowe. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka