- Opowiadanie: Jastek Telica - Koń by się uśmiał

Koń by się uśmiał

Jak by tu powiedzieć...

Nie płodzę opowiadań, bo nie przepadam za przyczynkarstwem, dziejopisarstwem się trudnię.

Nie cierpię pierwszoosobowej narracji, to łatwizna.

Unikam konkursów, a już szczególnie na zadane tematy, wolę nieuregulowane tonie.

Rozumiem bardziej pogrzeby niż wesela.

Nie dałem tekstowi odleżeć, idzie na łapu capu.

I nie trawię strumienia świadomości, tu go uprawiam, choć pod postacią gawędy.

Tak oto połamałem wszystkie swoje zasady.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Koń by się uśmiał

Pędziłem, jak to się mówi, co koń wyskoczy.

Wieści rozeszły się wokoło, a mnie marzyła się niejaka odmiana losu. Odrobina wytchnienia po ciągłych trudach i pętaniu się tam i siam. Może ktoś lubi stawać na nocleg w przygodnej kwaterze, żrąc, doprawdy, byle co, zadowalając się przy tym towarzystwem przypadkowym i w innych okolicznościach, omijanym dla psychicznej zdrowotności, to nie ja. Ale założę się, że i wy przyznacie, iż korzyści z takiego wałęsania, przereklamowane.

Grudy bryzgały spod kopyt. Dziki pęd sprawiał, że okoliczne drzewa śmigały. Wzbierała żądza rzucenia wyzwania całemu światu. Niech kto tylko stanie na drodze, przysięgam, stratuję!

Ponosiło mnie. Bądźmy szczerzy, w każdym z nas siedzi coś takiego, że jak złapie go ułańska fantazja do pożerania przestrzeni, to opanowanie diabli biorą. Nawet mnie taka przypadłość nieobca, choć serce wszak mam takie, że więcej zniesie, a łeb, każdy wie, nie od parady.

A jednak i mnie dopadło.

Szał!

Szło przecież o sprawy nie byle jakie, światowe, chociaż na razie skryte. Przez tych małych, co w kapturkach łażą, a grzywy potrafią splatać jak nikt, przy tym ogólnie służąc pomocą. No i nieobce im pewne czary. Co prawda usłyszycie, że za wiązanie losów to odpowiadają takie trzy siostry, co przędzą ogólnie się zajmują. Ale one niezgrabne. Wątki rwą, bo paluchy mają grube. To misterna robota, łatwo coś zepsuć i na zawsze, stąd wymagania dotyczą rączek niedużych i z przyrodzenia delikatnych. A przede wszystkim serca tkliwego. Rzadko kto podobnym ozdobiony. Współodczuwanie, bez zmian, nie w cenie.

Ale myślicie pewnie, że skoro ja coś tam usłyszałem, to pewnie rzesza poza mną też się domyśliła? No, nie powiem, że wcale nikt. Kilku towarzyszy złapało w czym rzecz. Niejedno razem przeszliśmy, co prawda nie konie kradnąc, tośmy prawie w lot się rozumieli. Czyli my tak, ale tamci, podobno mądrzejsi, wielcy panowie? A gdzie tam! Im pęd bardziej w głowach zawrócił. Bo wbrew pozorom to pomyślunkiem oni bynajmniej nie silni. Sprytem co najwyżej i chwytaniem czego się da w łapska.

Krzyków było co niemiara.

– Hej, ha!

– Gore!

– Na łowy!

Opętańcy po prostu. W nich wciąż widoczna niedojrzałość, co najbardziej przebija się w czasie galopu. Nieustanna szarpanina w siodłach, jakby usiedzieć spokojnie nie można. A owe siedziska to właśnie taki wynalazek, by umościć się wygodnie i drugiemu nie wadzić. Ja bym zdołał. A wy, założę się, że też. No, ale każdemu się nie trafi, to oczywiste. U nich gęby roześmiane, oczy takie, że okoliczny las mogłyby podpalić. A nie lubię jak gore, szczególnie dach nad głową. Wrota wtedy zwykle zawarte i trzeba się namordować piekielnie, nim się je rozewrze.

Nie obyło się oczywiście bez inszych nieprzyjemności, bo głuptakom widziały się najgorsze chaszcze. Trzeba było dobrze łbem ruszyć, by jednak trafić na właściwe miejsce, a nie byle gdzie. Knocili na potęgę, to wiadomo. Jednak wyszło na nasze, kamraci dopomogli, jak mogli, choć nie ma co ukrywać, ja tu zdziałałem najwięcej. Ktoś powie: przechwałki. Bynajmniej! Szczera prawda. Trzeba znać własną wartość. Jak sami siebie nie docenicie, to myślicie, że świat to uczyni? Wolne żarty! Można się zaharować jak przy orce, a przywłóczy się taki mędrek, popatrzy z ukosa, czapę zdejmie i po durnym łbie się podrapie, że niby skiby nierówne. A czyja to wina, jak nie nieudolnego robotnika? On kogo innego szuka, by za przyrodzoną niezborność obciążyć. I to mają być ci z przezwania rozumni? Koń by się uśmiał!

Dyrdaliśmy już od pewnego czasu wolniej. Jak ktoś czuje coś więcej niż własne poprukiwanie, to takie rzeczy mu nie uchodzą. Oczywiście radosnemu towarzystwu uszło wszystko, bo zajęte było czymś zgoła innym niż patrzenie na świat. Prędzej to oni w siebie, stąd nagła cisza puszczy w uszy ich nie biła. Mnie bolała. Ale jak wyjechaliśmy na polanę, od razu zwąchali pismo nosem. To znaczy nie tyle od razu, co ich powszechna dziwaczność zdetonowała. A było czemu się przyglądać.

Od razu zdradzę, że najbardziej rzucała się w oczy ogólna apatia. Nawet wiatr wiał bez zaangażowania, o trawie nie wspominając, by falowała, no dygotała co nieco, ale bez przekonania. Niemrawa, aż w wątpiach kręci! Znacie to. Okrutny widok, od razu apetyt odbierający. A gorzej jeszcze przedstawiała się sprawa ze zwierzyną. Żubrom brody ciągały się po ziemi, ledwie biedactwa pęcinkami przebierały, misie zwiesiły nochale na kwintę, a sarny płakały rzewnymi łzami. One i tak oczy mają przepaściste, że utonąć może w nich nawet cynik z urodzenia. Od razu powiem, że to nie ja. Trochę się stylizuję na twardziela i mizantropa, ale w istocie serce mam miękkie. A obok saren spoczywały wilki. Kły szczerząc, to jasne, nie umieją inaczej, ale nie rzucając się do gardeł ofiarom. Rozpaczając jak wszystko wokoło.

Ja też zamarłem, choć mówiłem sobie, że nie wolno, bo pora działać. Już mniejsza z moim dobrostanem, rozchwierutanym okrutnie, ale tak ogólnie, dla wspólnego pożytku.

Ale dołowało i mnie. Nic nie pocieszało, bo kiedy popatrzyłem na lisy, to aż serce marło. Przechery, które nad sarkazm nie wyrosną nigdy, nieustanna zgrywa i blaga. Ni słowa prawdy, a niekończące się szukanie okazji, jakby tu kogoś oszwabić, na hak przywieść, na cudzym nieszczęściu skorzystać. Rudzielce w kulki się pozwijały, nosy kryjąc w kitach i na pobliskie kuraki nie patrząc. Naprawdę nie patrząc, bez żadnego udawania.

A to kanał!

No, zadrżałem wtedy do głębi. Groza tak dojadła, że się zachwiałem. Ja! A przecież nie padam nigdy. Mocnom ufundendemtowanym. Tarzam co najwyżej, ale tylko dla radości.

To całe zgromadzenie kołem otaczało środek polany, a w nim przebywało takich siedmiu. Wiadomo kto zacz, ledwie zacząć opisywać. Nie przepadam za tą odmianą, wolę pomniejszą, naturalną. Wiecie, tych, co w trawie stojąc, kryją się w niej z czapeczkami. Ale mocarze to pierwsi! Tak się gada, że poprzez uprawianie magii. Ale bujdy niestworzone! Oni nic nie zmieniają i nie psują. Poprawiają. Tu nitkę wysnują z powietrza, tam wątły pędzik popchną do góry w stronę dobroczynnego słonka. Ujmą tego i owego z ognia i wody. Łącząc zgodnie przeciwieństwa, że pożytek z tego. Dziw! Tak sprawią się gracko, że cały świat wokoło w śmiech. Słyną z tego, że grzywy splatają po mistrzowsku. I nie są to przesadzone bajki, a prawda szczera jak złoto. Serca to mają większe niż oni sami i pół świata bez mała nim obdzielają. Radośnie z nimi zawsze, pełnia życia i pech zmyka, gdzie pieprz rośnie. Jak podobna ekstaza ogarnia, to zaraz trzeba ich wypatrywać, uważnie nogi stawiając, by nie rozdeptać ubożąt, choć to przecież niemożliwe, bo śmigli są tak niebywale, że w potrzebie wicher ich nie przegoni. Możecie mi wierzyć jako zawodowcowi, na podobnych gonitwach znam się jak nikt.

Ale oczywiście to nie była ta odmiana, a większa. Znacie ich, przerośnięci. Stanie taki w zagajniku paprociowym, to jeszcze mu nochal ponad wystaje. Urodą też nie grzeszą i mało kto przy nich chodzi radosny. Oczywiście, robotni są, w końcu wszystkich cnót nie stracili, kiedy w krasnoludkowych gigantów się pozmieniali, ale więcej ich z naturalnymi, trzycalowymi pobratymcami nic nie łączy. Pokoślawili się okrutnie. Naturę to na pewno psują, nie wystarcza im ta, która jest, przeinaczyć wszystko muszą. Kamienie pokruszyć, skały porąbać, drzewa wykarczować, jakieś wynalazki przy tym majstrując. Wszystko przez tę chorą ambicję, co im we wzrost poszła. Ktoś tu może powiedzieć, że na odmienność się zamykam. Ja?! Tylko każdemu powiem, że jak coś z przyrodzenia małe, to po powiększaniu na urodzie i użyteczności bynajmniej nie zyskuje, tylko kłopot większy. I zamiast krasy, karykatura. Bo przeciwieństw łączyć nie wolno. Muły powstają, z których później na darmo przychówku wyglądać.

Wracajmy jednak do naszych łokciowych wynalazców. Stali oni w samym środeczku polany wokół konstrukcji na pierwszy rzut oka składającej się z ramy ustawionej na koziołkach. Nieurodziwe ustrojstwo. Ale zaraz dało się zorientować, że to nie sama rama, a podtrzymywanie szybek. No tak, typowa pogarda dla świeżego powietrza. Może ktoś mi kiedyś obszernie wytłumaczy po co te wszystkie szkiełka, przez które atmosfera gęsta, bo mało poruszona? Smrodek własny miły, głupi by zaprzeczał, ale cokolwiek nieświeżo, a gorzej, że tchu zaraz brak. Ja tam wolę pomieszczenia z oknami otwartymi, są co prawda tacy, co gardzą nawet dachem, ale to już nazbyt daleko posunięty radykalizm. Trzeba takie sprawy umieć wypośrodkować. Więc dach – jak najbardziej, ale szkło? Już mniejsza z tym, że powietrze gorsze, ale mało co widać, bo prędko coś na powierzchni osiada i przestaje się widzieć świat takim, jakim jest, a w czarnych barwach. Co prawda dla wszelkich innowatorów jak te gigancie konusy to typowe zachowanie, ale żeby inni podobne głupoty naśladowali? W imię czego?

Ale oddalam się od tematu. Idzie o to, że w tym pudle szklanym podtrzymywanym przez żelazną ramę tkwiła jakaś postać. To znaczy spoczywała. Po owłosieniu widać, że kobieta, a odzieniu tym bardziej. I na pewno nie był to posąg, choć po owych porąbanych wynalazcach można spodziewać się najdzikszych dziwactw. Nie wyglądała na całkiem żywą, choć w zasadzie to w tej chwili jednak już na nieżywą, ale od niedawna i tak nie w pełni. Magicznie. Że coś niejednoznacznie gadam? Tak najlepiej. Zresztą spróbujcie prosto o magii, sługa uniżony życzy powodzenia!

– Co tu się dzieje? – odezwał się szef.

– Dziwne coś – wtrącił jego kamrat.

Ja tam milczałem, patrzyłem tylko, próbując pojąć w czym rzecz. Też mi się dziwne zdawało, choć założę, się, że całkiem z innych powodów niż reszcie.

Zbliżyliśmy się do tych wynaturzeńców.

Oni bez wstępów uderzyli w płacz.

Ryczeli właściwie, wszystko w nich było gorsze niż u ich pobratymców bardziej zgodnych z przyrodzeniem. Mówiłem, że co przerośnięte nieurodziwe i niepożyteczne? Oczywiście wiem, że mówiłem, ale takie rzeczy trzeba powtarzać do znudzenia. Durnie niby słyszą, ale po braku odzewu widać, że nic nie pojęli.

– Ot żałość nam się stała okrutna – rozpoczął pierwszy, ni na chwilę nie przestając ciągać nosem, a kulfon miał jak się patrzy. I cały czerwony. Pewnie z przepicia. Aż się wzdrygnąłem, taka we mnie natura, że nie cierpię pijusów, czapki bym takim z głów zdzierał i zębami do nich się dobierał. Tfu!

Do pierwszego dołączyli drudzy.

– Och tak, och tak – powtarzali – a jakże – dodawali, smarkając niestosownie.

– A w czym rzecz? – podpytywali nasi, bo nie rozumieli.

To tamci opowiedzieli, jak to w siedmiu żyli sobie szczęśliwie z miłym, poczciwym, zgodnym i robotnym dziewczątkiem, a urodziwym, że ho, ho! Nikt by nie uwierzył, że podobne piękno istnieje. Patrzyłem na postać pod szkłem, to widziałem, po co tu jęzor strzępić? Nie darowali sobie. No żyli sobie, jak u Pana Boga za piecem, kiedy jędza okrutna się napatoczyła, jakby kto ją prosił i podstępnie, złą magią zgładziła piękność. Żałość!

Nasi głowami machali.

– Cóż za nieszczęście! – powtarzali.

Po chwili wszyscy płakali rzewnie, obejmując się ramionami. Gospodarze gościom do pasów sięgali, gębusie nurzając, wiadomo gdzie, co wyglądało zgoła nieprzystojnie, ale zarazem zabawnie. Wychodziło takie pomieszanie tragedii z komedią.

Wydaje się wam, że cynicznie tak gadam, gruboskórnie, jakby nic mnie nie ruszyło. Ależ ruszyło, tylko oni do pasji mnie doprowadzali tym durnym paplaniem. Coś mi się wcześniej o uszy obiło, wspominałem, a poza tym, że się obiło, to czułem. Mam serce. Nie wszystko trzeba ubierać w słowa, jak te nieszczęsne przerośnięte pokraki, co żywe cuda psują ręcznymi robótkami. Niby ręce są przydatne, ale jak ktoś obdarzony został naturalnie czterema kończynami, a tylko dwie poświęca na trzymanie pionu, to nic dziwnego, że czasem upadnie. Co prawda zaraz powstanie, ale myślenie wtedy ogranicza, by wstawać po tych upadkach. To chyba lepiej wcale nie padać, nie? Więcej niż pół mózgu poświęcone unikaniu łykania prochu ziemi, inne czynności ogranicza, a widać niektórym niebożętom tych dwóch nóg stanowczo nie staje. I tak i z rąk pożytek mierny i z głowy pośledni, zdrowiu zaś wszystko szkodzi najbardziej. I zachowaniu godności. Ale te gigancie wyskrobki wszystkie rozumy pozjadały, wiedziały lepiej. Zamknęły swój świat w ograniczonych formach, jak tę dzieweczkę w szklanym puzderku, powietrze odcinając, bez którego jak żyć, powie mi ktoś?

Ot, wynalazcy!

– Ona martwa – tłumaczyli. – Podła jędza do zguby ją doprowadziła. Nie ustrzegliśmy. Żałość tedy wielka.

– Unieście wieko, może – poprosił nasz szef.

– A po co?

– Ot popatrzyć chciałbym z bliska.

Pofukali do siebie, widać swój wyrób mieli za taki, że co w nim spoczywa, to według nich na zawsze, bo tak jemu najcudniej. Ale przystali.

Szef zbliżył się. Ręce położył po bokach głowy piękności. I patrzy.

Jednak ma łeb! – wtedy uznałem. Doszedłem do przekonania, że zaraz zabierze się do ratowania niebogi. Choć tak przy wszystkich… Ludzie jednak nie przepadają za naturalnością, nie wiedzieć czemu skrępowani.

On tak tkwił.

Na co czeka? – pytałem siebie. Trochę się niecierpliwiłem. Ale gadałem sobie, że to wstydu przełamywanie, choć to nie był w tym wypadku akurat ten sposób. A jak nawet się pomyli, to zaraz skapuje w czym rzecz. Że śmiech wywoła? Przynajmniej jego kompani naprawdę będą mieli z czego rżeć.

Bo tego grona nie było co zagadywać. Tak ono rozumu używało jak ci wytwórcy szklanego wieka. Nie dziwiłem się w gruncie rzeczy. Obok pałętały się koty. Wiecie, z miejsca zafukane, naburmuszyły się, bo widać od razu, że odkryły przyczynę. I prychały jak to one. Rozejrzałem się po bokach. Znajdzie się tu ktoś mądry, czy nie? Psy zwąchały pismo nosem. Nawet osiołek skapował w czym rzecz. Reszta zwierząt nie podchodziła. Ostrożne. Łatwiej jednak zrozumieć sarnie wilka niż człowieka, to bratać się lepiej nie. A z daleka mogły nie poznać w czym rzecz.

A mnie bliskiemu magia tak kręciła, aż w uszy szczypała.

– Sześć nóg by trzeba! – szczękałem zębami.

Zaś szef się cofnął. Coś mu się kotłowało pod kopułą, ale nie składał jednego z drugim, bo po kawałku do rzeczy się zabierał. Nazw szukał. Bez nich bezradny.

Ale mnie wkurw wziął. Zrozumiałem, że odstępuje, u niego wszędzie te formalizacje. Gapi się patrzałkami, a zarazem zamyka na życie. Tu czuć trzeba, sercem spojrzeć, oczy zwodzą.

Jak mu nie przyrżnąłem w środek pleców. Ktoś powiedziałby z byka, bo czołem, ale takie określenia wobec mnie są cokolwiek niestosowne. Niech będzie już z dyńki, a najlepiej łbem. Poleciał przed siebie na tę dziewuszkę.

– Och! – zajęczało otoczenie.

Spoczęły też na mnie zdegustowane spojrzenia. Że niby coś niegodnego zrobiłem? Ja? A kto panienkę zamknął pod kloszem? Uwalniałem ją od tego. Nic więcej. Oni pewnie by coś o naruszaniu niewinności bredzili. Jednorożców można wypytać, że niewinność to bynajmniej nie to, co zachowane między nogami, a co w sercu się ostało. Wiem, bo przy posiłku, kiedy nastawieni byli pozytywnie, gadałem z nimi o tym.

No, zostawmy tych tłuków, co gapili się na mnie, jak zwykli mówić: na końskie zaloty, wróćmy do rzeczy. Szef przewrócił koziołki, dziewuszka padła na ziemię i potoczyła się po niej, a wtedy to, co miała w buzi, paskudnie pominięty odprysk złej magii, i niedostrzeżony przez nikogo, za wyjątkiem, no zgadnijcie kogo, wyleciało.

Westchnęła i otworzyła oczy.

Szef nad nią.

Pierwsze wrażenie zawsze decyduje o tym, co później.

Warto wtedy zająć eksponowane miejsce, mówię wam. Osła ujdzie pokochać.

Jej oczy cudne. Zieleń soczysta jak trawa w porannej rosie. Pycha! Naprawdę.

– Uratowałeś mnie! – przemówiła.

– Zatrute jabłko utkwiło ci w buzi, szczęście, żeś go nie zjadła. Gdyby trafiło do żołądka, wszystko stracone – odparł szef.

Ale odkrycie! Jasne, wtedy poszłoby krwią do serca, mózgu i wątroby. Zepsuciem dotknęło wszystkie organy. Jak to wynaturzenie. Taka rewelacja, że każdy wie.

A obecnym zdawało się to jednak fenomenalną spostrzegawczością.

No i w taki sposób odżyła.

Myślicie, że mi podziękowano?

Rżę ze śmiechu.

Jednakowoż żadnych rewanżów w tym względzie nie oczekiwałem, to się nie zawiodłem. W gruncie rzeczy było mi za jedno, zależało mi tylko na wygodnym ułożeniu dalszego życia. Mnie wiele nie trzeba.

Widzicie zatem, że był powód do radości. Bo idzie jak z płatka. Swoje zrobiłem, nagrodę odbiorę, dostanę, co chcę. Napracowałem się przecież niebożę. Że inni chwałę wezmą, a niech biorą, czym innym się pożywię.

No, ale dobrostan nie zaczął się od razu. Bo początek dalszego szczęścia przewidywał nieodzowny ślub. A nie można by naturalnie? Zeszli się ze sobą, niech już wspólnie uprawiają ogródek. On książę, ona księżniczka. Rodowód w sam raz, dobrany, przychówek wyjdzie kształtny, zdrowy i rasowy. Trzeba czegoś więcej? Im tak! Musieli wszystkim wokoło rozgłosić nowinę i pozapraszać, kogo się da. Same nieszczęścia przez te przymusy formalizowania wszelkiej wrodzonej aktywności. Głupota świat zamykać w ramkach, tak ulepszać, że psuć w istocie. Licho nie śpi, uwielbia tych, co bez cudacznych wynalazków żyć nie potrafią!

Tacy zawsze po swojemu. No i tak oto przygotowania zabrały trochę czasu, by kiepska dola ze swoimi też się obrobiła.

A później jechaliśmy w towarzystwie rzępolących grajków na to wiekopomne wydarzenie. Zawsze ten przerost formy. Ja bym zadowolił się czymś skromnym i od razu przeszedł do rzeczy. Bo czy tak wiele potrzeba do szczęścia? Prostota wystarczy, kojec, czy co innego, ale znacie takich osłów. W żłoby im nałożą przysmaków, to zagłodzą się, dokonując wyboru. I tak się szefowi trafiło. Czasem nie mam do niego cierpliwości, jakbym za tę czuprynę chwycił, jakbym pocisnął. Ech! W gruncie rzeczy go lubię, przynajmniej nie pijak, tacy w drodze najgorsi.

No, ja tu gadu gadu, a wiadomo, że na koniec każdy się potknie. Czułem pismo nosem. Jedziemy sobie jakby nic. Na mnie mało kto zwraca uwagę, choć, przyznajcie, beze mnie nic by tu nie zadziałało, wokoło pokrzykiwanie, toasty (żeby ich od nich pokręciło!), ogólne ukontentowanie, impreza się rozkręca, choć właściwie nie rozpoczęła, gra muzyka, aż widzę, wiecie na pewno, kogo widzę.

No, tego się spodziewałem.

Paszczura!

A jednak przytkało mnie z lekka.

– Ożeż, szkapa kulawa! – dyszę.

Patrzę wokoło.

No, nikt poza mną się nie skapował.

Oni swoje, pobłogosławili młodych, rozsiedli się, zagryźli, zapili. Ledwie po kwadransie w czuby im poszło. Zaryczeli jak żubry. Wyją: gorzko, o pokładziny się upominają. Trwa hulanka, tańce. Mordy czerwone od pijaństwa, gonitwa im się śni, pęd między drzewami, że o połamanie gnatów najszybciej, w najlepszym przypadku. Ja czekam na boczku, nie rzucam się w oczy, by durnych pomysłów nie wprowadzali w życie, a łeb mi zwisł od zmartwienia, ale od czasu do czasu łypię oczyma tu i tam, i na przemian z obawą dziki śmiech mnie ogarnia.

Co za tłuki!

A wiecie, ta jędza, żeby tak zołzy dostała, co dzieweczkę przytruła z zawiści, już kombinuje. A widać, że główka pracuje.

– Oj, będą kłopoty – oceniłem.

Pewnie, że słusznie. Poza mną nikt tej zdradzieckiej mordy nie rozpoznał. A ja czemu? Bo nie wszystko obracam w kłapanie ozorem. Gaduły słowa mają po to, by rzeczywistość rozumieć. W istocie połowy nie pojmują. Ja łapię, o co idzie bez pytlowania. I wódy nie chlam bez umiaru, kiedy droga nie do końca odbyta. Stąd czasem wiem. Właśnie wtedy, w zachodzących okolicznościach, jak widzę tę magiczną wywłokę, wiem i wkurw mnie taki ogarnia… Chyba na wszystkich. No, czemu ci panowie świata całego nic nie dostrzegają? Zaćmiło ich. Siedzą przy trunkach. Żłopią. Praskają się po plerach nawzajem, załzawione gały przecierają. Ot wzruszyli się szczęściem, zaś zguba o krok, a co zobaczyć trzeba, to tego jednak nie widzą, natomiast wiedźma już coś tam wymędrkowała i skuteczniejszego niż zatrute jabłuszko. I już zabiera się do roboty, łapska zacierając, że szpony rosną, przez co cała moja przyszłość przepadnie, zasłużone, spokojne życie, nagroda po tych wszystkich wykrotach, po których dotąd się włóczyłem bez własnej winy.

Zobaczyłem, że nie ma tu na kogo innego liczyć, że jak coś ma być zrobione dobrze, to sam muszę.

To zaszedłem ją od zadka.

Ona na boczku stoi, w oczy się nie rzuca, występne upadki wymagają ustroni, z zapałem mamrocze bezecne czarnoksięstwa. Tak się w owe sprzeczne z naturą sztuczki zaangażowała, że świata bożego poza nimi nie widzi. Czasem korzyść z takiego zaślepienia wynalazkami. Durnie dają okazję naprostować, co pokręcone.

– Dobra nasza – ja mruczę do siebie.

Nic nie spostrzegła, cudowne plany widziała zrealizowanymi. Chora ambicja nikomu na zdrowie nie wychodzi.

Więc jak jej wtedy nie wypłacę kopa w sam środek plerów, aż żelazo mi od podkucia odleciało.

Dałem z siebie wszystko.

Uniosło ją i chyba w powietrzu z dziesięć własnych długości przebyła. Nim spadła. Jakby skrzydeł dostała.

No, może dwadzieścia.

Anielica!

To taki dowcip był.

Wesele wtedy zamilkło.

Znowu wszyscy zaczęli na mnie łypać. Stale z tymi durniami to samo. Nic nie pojmą, a ja brzydzę się dosłownym tłumaczeniem, czekam z nadzieją, że każdy osobiście głową ruszy. Zwykle daremnie. Nie wiem, czy wtedy znalazł się taki jeden unikat, ale któryś nie ślepy na obydwa oczy zobaczył, co zołzowatej jędzy wypadło z podręcznej torebki. W życiu bym nie uwierzył, że tyle można do niej nakłaść. Nie chodzi, że trucizn, zajęczych łapek i kurzych stopek i całego tego czarnoksięskiego badziewia. Każda czarownica podobne zasuszone fidrygałki gromadzi stosami, chodzi mi o to, ile ona tego naładowała.

Stos kolan sięgający.

Chyba, że to była torba magiczna.

Nie wykluczam…

Tylko kto to na co dzień targa na własnym grzbiecie? Założę się, że nie sama, jakiegoś biednego osiołka znalazła.

W każdym razie chyba wtedy weselnicy pojęli w czym rzecz.

Zaczęli od wrzasków.

Odkrywcy!

– Wiedźma!

– Jędza!

– Trucicielka!

– Zaraz nam dopiecze!

– Ratuj się kto może!

I dyla!

Aż się zakurzyło, że z początku nic nie widzę.

I diabli wzięli – myślę i wielka żałość mnie piecze, nawet nie za swoimi nadziejami przepadłymi, tak ogólnie. Szansę dałem temu durnemu światu na naprawę szkody. A on tak korzysta, że tylko o własny zadek dba.

Brud jednak opadł, patrzę, widzę, szef nie zwiał. Rozumem może nie grzeszy, ale odwagi mu nie brak. Albo wyobraźni, co kiedyś zdrowiem przypłaci, choć póki co iście końskie mu dopisuje. Chwat! Chwycił jędzę.

– Do mnie, trzymam! – ryknął.

Trzymał przecież i bać się w istocie nie miał czego, bo zemdliło ją cośkolwiek po locie moją ingerencją wszczętym.

Dobra, żart to był, możecie się śmiać.

Ale inni wciąż nie wiedzieli, co począć. Ślepi! Jednak któryś zobaczył to żelazo, com je zgubił, wkładając w kopa całe serce. I coś tam wymodził przyciężkawym pomyślunkiem.

A tak mu się gęba wykrzywiła…

Zucha struga, skoro czarownica leży bez zmysłów i odpłatę zamyśla, tak okrutną, jakby wyhodowany cykor to jakaś wielka sprawa była, a nie szmelc nie bez powodu połamany.

Ciarki przechodzą, jak to sobie przypomnę, choć z różnymi podkuciami mając do czynienia, nie drżę z byle powodu.

Powiedział, co dalej.

Wspólnie zarżeli.

Zamarłem w duchu. Przeczuwałem mniej więcej, co i jak.

Nawet mnie od tego słabo.

Pewnie słyszeliście, jak to poszło. No buty jej sprawili, tak rozżarzone, że nie przetrzymała tego, choć jako czarownica z niejednym piekielnym wynalazkiem miała do czynienia. A jednak mniej wymyślnym. Trafiła w łapy prawdziwych artystów. Tak ją to obuwie żarło, że w topiel wskoczyła, by męczarnie ugasić. Pogrążyła się na wieki wieków.

Ileż radości było.

No dobra, tak gadam, jakbym coś komuś wyrzucał, ale sam przecież tej wilczycy nie żałuję, o co innego idzie, co jednak słowami wyrazić się nie da. Za ubogie.

Myślicie, że ktoś mi podziękował?

Prycham na to.

A teraz mam całkiem dobrze, brykam jak młode źrebię. Szef od lubej nie odstępuje, szaleje z nią po swojemu, bez ruszania zadka (no dobra, żart gruby, ale poza tym niczego sobie, nie?), nie zmuszając mnie do biegania za jego niewyżytymi potrzebami. Fajnie jest.

Nic nadzwyczajnego, ktoś powie.

To ja tak mu zripostuję, że wczorajszego wieczora czuję, jak ktoś przy owłosieniu mi grzebie.

– Nie wierzę! – tak wzdycham.

A jednak, rączki maleńkie, pracowite, splatają, co mogą, a głosiki gadają, choć nie słowami, szmerem, wiatrem. Radością samą. Wysnuwają szczęście z poplątanych wątków ludzkich żywotów. Nieludzkich też, w tym moich.

Aż łzy mi ze szczęścia popłynęły.

A że łączenie dziwactw fortunie nie wadzi, kiedy ubożęta się za nią zabierają, to oni uderzyli w śmiech.

Im wolno.

W tym jednym przypadku nie mam nic przeciwko, ani moja grzywa, w którą wpletli dziki pęd, zdrowie i szczęście. Niech im dola w dwójnasób wynagrodzi!

 

Koniec

Komentarze

Fajny pomysł na inny punkt widzenia starej baśni.

Ale reszta mi jakoś niezbyt podeszła. Za długo to wszystko trwa. Powtarzasz informacje po kilka razy, jakbyś chciał się popisać znajomością synonimów. IMO, przez to dajesz Czytelnikom zbyt wiele czasu na rozmyślania. Ja już dawno załapałam, co to za bajka, a tu nadal rozważania snują się niespiesznie…

Więcej niż pół mózgu zajęte trzymaniem poziomu,

Poziom chyba nie tak trudno utrzymać. ;-)

Babska logika rządzi!

Jak na mój gust, to trochę mało wesela w tym weselu, zaś opowieść nieco przydługa i przez to męcząca. Choć gawędziarz stara się jak może – tu wplata żarcik, tam jakąś ciekawostkę, to znowu wykładzik o ubożętach – nie zdołał przykuć mojej uwagi. Owszem, przeczytałam bez większej przykrości, ale o satysfakcji mówić nie mogę.

Miejscami przeszkadzały mi niektóre słowa, zbyt współczesne, by mogły pasować do tej historii.

 

za­do­wa­la­jąc się przy tym z to­wa­rzy­stwem przy­pad­ko­wym… –> …za­do­wa­la­jąc się przy tym to­wa­rzy­stwem przy­pad­ko­wym

Zadowalamy się czymś, nie z czymś.

 

Można się za­ha­rać jak przy orce… –> Co to znaczy zaharać się? A może miało być zaharować się?

 

Wie­cie, tych, co w tra­wie sto­jąc, kryją się w niej z na­kry­ciem łowy. –> Literówka.

 

ale wię­cej ich z na­tu­ral­ny­mi, trzy­ca­lo­wa­mi po­bra­tym­ca­mi nic nie łączy. –> Literówka.

 

Ja tym za­do­wo­lił­bym się czymś skrom­nym i od razu prze­szedł do rze­czy. –> Literówka.

 

Ech!, w grun­cie rze­czy go lubię… –> Po wykrzykniku nie stawiamy przecinka.

 

Ożesz szka­pa ku­la­wa! – dyszę. –> Ożeż szka­pa ku­la­wa! – dyszę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla

 

Zależy kto opisuje trzymanie poziomu.

W tym wypadku opowiadacz może uważać, że innym trudniej ze względu na korzystanie tylko z dwunożnego podparcia.

 

Wolę kiedy historia się snuje, niż pędzi jak koń w galopie. Ponadto w przedstawionej sytuacji przybysze pełnią dość zdawkową rolę, i w końcówce.

To prawda, od połowy pewne co to za przeinaczenie baśni, ale nie o to szło.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

regulatorzy

 

Tu słowa współczesne mi nie przeszkadzają, choć zwykle jak najbardziej.

Opowiadacz nie musi stosować się do ludzkich konwencji.

 

Usterki odnalezione. Dzięki. Nie powinny mi takie przejść, o jedną korektę za mało.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

No, mnie poziom kojarzy się z leżeniem – czy to u człowieka, czy u opowiadacza (tak, wiem, że zdrowy opowiadacz się nie kładzie).

Babska logika rządzi!

Finkla

 

Bardziej chodzi mi o kwestie rasowe (a w zasadzie gatunkowe). Opowiadacz ustanawia siebie innej pozycji od reszty (szczególnie szefa i jego kompanów), z tej racji, że za sprawą wrodzonych właściwości pewniej stąpa po ziemi.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

No cóż, nie ukrywam, że wyznaję zasadę, iż to autor decyduje, jakimi słowami będzie napisane jego opowiadanie.

Jednakowoż nic nie poradzę, że w opowieści, której narrator jest świadkiem natknięcia się w lesie na szklaną trumnę ze śpiącą w niej królewną Śnieżką, współczesne potoczne słowa i zwroty, takie jak: przereklamowane; Ale dołowało i mnie; nieustanna zgrywa; nieurodziwe ustrojstwo; poprosił nasz szef;  Niech bę­dzie już z dyńki; czy impreza się rozkręca, że na tym poprzestanę – rażą mnie, bo uważam, że nie bardzo tu pasują. Ale, jak już wspomniałam, to Twoje, Jastku, opowiadanie, Ty tu rządzisz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Jeślibyś mnie przekonała, to uznałbym Twoje racje.

Ale to bajka, w założeniu humorystyczna za sprawą opowiadacza, który zawieszony w świecie z grubsza nie średniowiecznym, a ezopowym.

Gdyby był nasz, z naszym kulturowym dziedzictwem, to bym przemyślał sprawę. Ale jego dziedzictwo jest inne. Rodowodowe. Niestosowność realiów i języka w jego przypadku uchodzi.

Na marginesie zastanawiałem się nad użyciem wobec szefa równorzędnego określenia: kierownik, poprzez jego dwuznaczność. Ale zapomniałem i teraz trochę mi tego żal.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Jastku, mogę tylko powtórzyć: Ty tu rządzisz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Jestem z natury anarchistą, nie rządzę.

Przemyślę zmiany, kiedy przekonasz mnie do swoich większych racji, biorąc pod uwagę, kim jest opowiadacz i gatunek, w który wpisuje się ten tekst.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Wybacz, Jastku, ale nie mam daru przekonywania. Wyraziłam swoje zdanie, a opowiadanie jest Twoje i, znów powtórzę, wyłącznie Ty decydujesz, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, bardzo mi się podobało. Uśmiechało, bo humor przedni. :)

 

Ponosiło mnie. Bądźmy szczerzy, w każdym z nas siedzi coś takiego, że jak złapie go ułańska fantazja do pożerania przestrzeni, to opanowanie diabli biorą. Nawet mnie taka przypadłość nieobca, choć serce wszak mam takie, że więcej zniesie, a łeb, każdy wie, nie od parady. 

laugh

 

Edit: w kwestii słabszych części konstrukcji tekstu, to klimat drugiej połowy pierwszej połowy ;) opowiadania trochę siada, przez co odstaje od reszty, ale bez przesady. Ogólnie podoba mi się, bo opowiadanie nie jest jednowymiarowe.

Fajny pomysł, ale jego początek był nużący. Historia za wolno się rozpędza jak dla mnie.

Hol’ up. Czy jeśli narratorem jest koń, to jest tak celowo ludzki do przesady, że prześciga siebie samego w znajomości coraz to trudniejszych słów, od “wkurwa” po “mizantropa”? Wychodzi na to, że język nie gra tutaj roli, a ja złapałam kija od złej strony :d No nie wiem, mnie jednak trochę ciekawi jak prosty rumak zrównał się poziomem z oratorem akademickim.

 

To brzmi (wygląda) trochę tak, jakby koń snuł swoją przerysowaną opowieść innym koniom przy ognisku (owsie), usiłując jednocześnie ich rozbawić, jak i skutecznie nastraszyć. Takie coś między problematycznym “a co by było, gdyby ludzie ewoluowali z koni, nie z małp?” i jakże odkrywczym “te ludzie, pany świata, to jednak głąby”. Co do (anty)bajki w bajce, to za mało bajki, za dużo anty. Ale pomysł jest, choć przykro mi, koniu, ja się specjalnie nie uśmiałam.

regulatorzy

 

OK

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Blackburn

 

Ale, jak widać, każdego bawi co innego.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Monsun

 

To jednak opowiadanie, nie rollercoaster.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Żongler

 

Mnie nie przykro, że się nie śmiejesz, koniem nie jestem. Do niego samego musisz się zwrócić.

To bajka, nawet nie fantasy. Bajka daje wszelkie możliwości, w tym surrealistyczne.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Jest tu fajny pomysł na narratora znanej bajki jak i zawarte w narracji teksty. Styl gawędziarski także przypadł mi do gustu. Jednak z początku jak i potem koń za bardzo się rozgaduje: a to o naturze, a to o krasnalach. W połowie zacząłem więc odczuwać monotonię. Na szczęście wesele trochę rozruszało atmosferę.

Podsumowując: fajny, gawędziarski styl, z niektórymi zapadającymi w pamięć tekstami. Jednak w środku tekst zaczyna się dłużyć. Dam jednak klika, bo narrator i jego gadanie bardzo mi przypadło do gustu ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

MrBrightside

 

Przeczytałem komentarz.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

NoWhereMan

 

Brak dłużyzn to u Amerykanów, u Polaków tradycyjnie nic się nie dzieje, że wyjść się chce. Rozumiem, jednocześnie podziwiam za wytrwałość.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Z trudem przebrnęłam przez początek. Gawęda – gawędą, ale dłużyło się to wszystko okropnie. Później, kiedy akcja się rozkręciła, czytałam już z większym zainteresowanie. Generalnie pomysł mi się podoba, a fakt, że finalnie okazuje się, że widzimy całą sytuację z perspektywy konia, zaskoczył i uratował całość.

A na koniec:

Szef zbliżył się. Ręce położył obok. – Eeee… jak to położył obok? ;)

AQQ

 

Wstęp powolny jest niezbędny, koń nie zaczyna od galopu. Jak szarża ma się udać, to najpierw stępa.

 

Całość jest tak pisana, by perspektywa konia ukazała się właśnie pod koniec. Wcześniej ma być sugerowanie czegoś innego. Co prawda wahałem się, czy zakończenia nie wysubtelnić, by było to dwuznaczne.

 

Szefowi obce końskie zaloty, to pod podniesieniu wieka dziewuszki nie złapał za co innego.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Szefowi obce końskie zaloty, to pod podniesieniu wieka dziewuszki nie złapał za co innego.

 

Chyba ze mną jest coś nie tak, bo nie bardzo łapię, o co w tym zdaniu chodzi?

A co do tych rąk, to ja widziałam to tak, że szef jakoś odpiął sobie te ręce i położył je obok. Ej ta wyobraźnia… :)

Hmmm. W moim przypadku zaskoczenie z narratorem Ci nie wyszło. Przy takim tytule następny frazeologizm z koniem wydał się tak podejrzany, że już było pozamiatane. Każda kolejna dwuznaczność tylko utwierdzała.

Babska logika rządzi!

Pewna korekta tekstu.

Jeszcze drobna, na poważnie się do niego nie zabrałem. Przyjdzie czas na to, kiedy nieco się odleży, wtedy zacznę dodawać te wszystkie detale, które muszą sprawiać, że tekst ze sobą rozmawia. Nieodzowny etap, despotyczny, ale odkładać go na wieczność nie sposób.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Hm… Tekst trochę mi swoją formą przypominał poemat dygresyjny (trochę, bo to nie poemat, a i strumienia świadomości jeszcze wówczas nikt strumieniem świadomości nie nazywał). Takie skojarzenie, bo ostatnio czytałam “Beniowskiego” i jakoś mi się to podobne wydało tym, że bohater nietypowy i historia niby błaha, a jednocześnie jakieś prawdy o życiu i świecie wplecione. 

Jak widać styl opowiadania mi się udzielił, ale ja tak sprawnie nie operuję przecinkiem, więc nie wiem, czy mi jakiś bełkot nie wychodzi zamiast komentarza. 

Podsumowując, podobało mi się, choć chwilami męczyła dygresyjność tekstu i jego silna stylizacja, nawet jeżeli udana. Koń sam w sobie przypominał mi trochę tego nad wyraz zaangażowanego rumaka z disneyowskiej ekranizacji Roszpunki. 

O weselu tu faktycznie niewiele, ale za sam pomysł i bądź co bądź udaną jego realizację należy się głos do biblioteki więc śmigam go oddać. 

Plus milion punktów za uwagę o jednorożcach i niewinności, bo sama mam podobne przekonanie i jestem wielką fanką filmu “Ostatni jednorożec” (ale to trochę tajemnica więc jakby co, to zapomnijcie, że o tym wspominałam). 

rosebelle

 

Fajna tajemnica. Nikomu nie mów, ja nie powiem. Cicho sza!

 

Nie wiem czy chciałbym tak z Beniowskim, tamto jednak genialne (i nie bez powodu), chociaż wolę co innego tegoż Autora (i chyba patetyczno dołujące). W każdym razie jeśli idzie o technikalia związane ze sposobem prowadzenia narracji w powyższym drobiazgu to dygresje, przy takim narratorze, pozostają wymuszone. Nawet gdybym się bronił, to inaczej nie ujdzie. Gawęda nie daje wyboru, trzeba od Sasa do Lasa (to może Pamiętnik Soplicy?). Ale prawda taka, że nie staję okoniem, bo dla mnie wtręty ad temat et absurdum są naturalne (aż za bardzo!).

 

Bardzo potrzebowałem tu łączenia treści do siebie nieprzystających. Czyli to ma być ktoś, kto myśli i przynajmniej udaje człowieka, ale w istocie nim nie jest, stąd wysnuwa paradoksalne wnioski. I musi podawać je regularnie.

 

Ale nie do końca czuję, bym rozkminił ten tekst, za pewien czas do niego wrócę.

Coś mi umyka.

Zrobię go lepiej.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca

 

Potwierdzam, że złożyłaś meldunek.

Zaliczone?

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

“Może ktoś lubi stawać na nocleg w przygodnej kwaterze, żrąc, doprawdy, byle co, zadowalając się przy tym towarzystwem przypadkowym i w innych okolicznościach, omijanym dla psychicznej zdrowotności, to nie ja. Ale założę się, że i wy przyznacie, iż korzyści z takiego wałęsania, przereklamowane.” – Dziwne te zdania, niespójne, poszarpane, nie do końca gramatyczne na dodatek.

 

“i po durnym łbie [+się] podrapie, że niby skiby nierówne”

 

“Nie przepadam za tą odmianę” – odmianą

 

“kryją się w niej z nakryciem głowy”

 

“…taka we mnie natura, że nie cierpię pijusów, czapki bym takim w głów zdzierał i zębami do nich dobierał. Tfu!” – z głów, poza tym chyba dobierał się?

 

“Do pierwszego dołączyli drudzy.” – To ilu tych drugich było?

 

“Gospodarze gościom do pasów sięgali, gębusiami nurzając[-,] wiadomo gdzie, co wyglądało nieprzystojnie”

 

“Niby ręce są przydatne, ale jak ktoś obdarzony został naturalnie czterema kończynami, a tylko dwie poświęca na utrzymanie się w pionie, to nic dziwnego, że czasem upadnie. Co prawda zaraz powstanie, ale myślenie wtedy ogranicza, by wstawać po tych upadkach.”

 

„Więcej niż pół mózgu zajęte trzymaniem poziomu…” – a nie pionu?

 

„I tak i z rąk pożytek mierny[+,] i z głowy pośledni…”

 

„Ale te gigancie wyskrobki wszystkie rozumy pozjadały, wiedziały lepiej. Zamknęli swój świat w ograniczonych formach…” – Skoro pozjadały i wiedziały, to również zamknęły, a nie zamknęli.

 

„– Jednak ma łeb! – wtedy uznałem.” – Raz, że raczej: uznałem wtedy, dwa: czy bohater odzywa się na głos? Bo z kontekstu mi wychodzi, że nie. Jeśli to tylko myśli, bez półpauzy na początku.

 

„– Na co czeka? – pytałem siebie.” – J.w. Skoro pytał siebie, to chyba tylko w myślach?

Ale uznałem, że to wstydu przełamywanie, choć to nie był w tym wypadku akurat ten sposób. Ale nawet jak się pomyli, to zaraz skapuje w czym rzecz, a że śmiech wywoła?”

Dodatkowo powtórzenie „uznałem”.

 

„– Sześć nóg[-,] by trzeba! – szczękałem zębami.”

 

„– Och! – tylko wokoło się odezwało.” – To nie jest prawidłowy zapis dialogu. W tej formie nie da się prawidłowo ;)

 

„Że innymi chwałę wezmą” – inni

 

„Ja bym zadowoliłbym się czymś skromnym” – jedno „bym” za dużo.

 

„Wyją: gorzko, o pokładziny [+się] upominają. Trwa hulanka, tańce. Mordy czerwone od pijaństwa, gonitwa im się śni. Ja czekam na boczku, nie rzucam [+się] w oczy…”

 

„Praskają po plerach nawzajem…” – No i tu też „się” by się przydało…

 

„Więc jak jej nie wypłacę kopa w sam środek plerów, aż żelazo mi od podkucia odleciało.”

Przyznam, że nie bardzo to sobie wyobrażam. Jak to się właściwie wydarzyło? Czy dobrze rozumiem, że mamy orszak weselny, a nasz bohater jest pod siodłem, na siodle książę. I co, ludzie jadą, czarownica sobie gdzieś stoi, a koń pana młodego podchodzi do tej stojącej gdzieś baby tyłem i w nią wierzga? I książę co, biernie obserwuje, co się dzieje? W ogóle wierzchowcem nie kieruje? Pozwala mu? Dziwne.

 

„…ale któryś nie ślepy na obydwa oczy[-,] zobaczył, co zołzowatej jędzy wypadło z podręcznej torebki.”

 

„– Przepadło – myślę i wielka żałość mnie piecze, nawet nie za swoimi nadziejami przepadłymi, tak ogólnie. Szansę dałem temu durnemu światu na naprawdę szkody.” – 1. Skoro „myśli”, to bez półpauzy na początku. 2. Powtórzenie. 3. Literówka: naprawę, nie naprawdę.

 

„…cykor to jakaś wielka sprawa była, a nie szmelc nie bez powodu wyrzucony.

Ciarki przechodzą, jak to sobie przypomnę, a nie drżę z byle powodu.”

 

„choć jako czarownica z niejednym piekielnym wynalazkiem miała do czynienia. A jednak nie równym.” – Nie rozumiem, co znaczy w tym kontekście „A jednak nie równym”. To znaczy domyślam się, ale to ogromny skrót myślowy.

 

Szerszy komentarz po zakończeniu konkursu.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim

 

Właściwie to mam nową wersję, a za niezadługo będzie jeszcze nowsza.

A wolno już teraz zmiany wprowadzać?

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Wolno poprawić błędy, ale jeśli zrobisz jakąś całkiem nową wersję, to nikt Ci nie zagwarantuje, że przy tej liczbie konkursowych tekstów ją przeczytamy ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim

 

Nie zmarnuję cudzej pracy. Wprowadzę zmiany, jakie są, ze swoimi ulepszeniami trochę poczekam. Niech odleżą nieco.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Zmiany wprowadzone, w trzech bodajże przypadkach większe fragmenty z nowej wersji, bo ze starymi byłoby doprawdy za wiele roboty. Długie zdanie zostaje, bo mi pasuje.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Przeczytałem.

Spodobała mi się przyjęta, gawędziarska konwencja. W ten sposób we wszystko, nawet w poboczne wątki prostej bajki, da się wtłoczyć dużo przyjemnych w odbiorze, okraszonych humorem przemyśleń. Wykorzystanie znanej wszystkim baśni, dobrze gra jako rusztowanie do przedstawienia swojej treści. Co do spraw technicznych – jakkolwiek ma to formę strumienia świadomości, to niektóre zdania miały trudną do zrozumienia konstrukcję, jakby nie wszystko w nich grało. Rozsadzone są ograniczenia konwencji, ale jednak nie do końca i to na podstawowym poziomie – języka, bo wygląda na to, że momentami stylizacja uniemożliwiła jasne formułowanie myśli i wpadała w monotonię, choć i tak wyszło dobrze. Bo ta stylizacja z drugiej strony nadaje smaku i całość nie jest zupełnie wyabstrahowana.

Opowiadasz dobrze znaną, starą historię, ale na szczęście robisz to w nowy, ciekawy i zabawny sposób. Postać narratora, jego spojrzenie na sprawę i wydarzenia, lekki humor – olbrzymi plus. Gorzej z kilkoma innymi elementami. Miejscami miałam wrażenie mocnego przegadania. Były akapity, które chętnie bym nieco poprzycinała, bo się dłużyły. No i miałam momentami drobny problem ze skojarzeniem, kto co robi. Zbyt ogólnikowe określenia postaci wprowadzały lekki zamęt i nie od razu mogłam połapać się, o co w danym momencie biega i kto tak co wyprawia. A to, niestety, zaburzało płynność czytania.

A, i jeszcze jedna droba rzecz – konkursowego wesela chyba ciut mało w całej tej historii było.

Niemniej – lektura zacna.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Generalnie rzecz biorąc, bardzo spodobał mi się pomysł na przedstawienie historii z tak niecodziennego punktu widzenia. Lubię zabawy konwencją, gratuluję kreatywności.

Jeśli chodzi jednak o konkurs, mój główny zarzut jest taki, że… praktycznie nie ma tu wesela. O ile dobrze rozumiem, pod koniec towarzystwo dopiero zmierza na miejsce ślubu, już rozpoczynając zabawę w drodze, ale samo wesele to to nie jest.

Jeśli chodzi o tekst jako taki, to mam dwie uwagi – opowiadanie wydaje mi się momentami przegadane (np. początek – cała ta rozprawa o bieganiu czy różne przemyślenia pana konia, niekoniecznie zmierzające do czegokolwiek) oraz stylizacja jest dość męcząca, chaotyczna, miejscami odrobinę niegramatyczna. Rozumiem, że chciałeś dobrze, by było inaczej, by bohater miał swój styl, ale odrobinkę przedobrzyłeś (przynajmniej moim zdaniem). Jak już przebrnęłam przez początek to czytałam z zainteresowaniem, ale po jakimś czasie zainteresowanie przeszło w znużenie i tylko czekałam, aż skończę. Także pomysł fajny, ale raczej nie na ten konkurs, do skrócenia, do oszlifowania – wtedy mógłby z tego wyjść naprawdę nietuzinkowy kawałek fantastycznej opowieści.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przykro mi to pisać, Jastku, ale bardzo ciężkostrawny tekst zaserwowałeś. Pochwały należą się za stylizację, bo jest soczysta i konsekwentna, ale sposób w jaki ta historia jest poprowadzona, mnie przerósł. Strumień świadomości to ciężki kawałek chleba. Raz podjąłem się pisania w tej konwencji i pamiętam, że było to bardzo męczące doświadczenie – żeby utrzymać styl wypowiedzi postaci, jednolity w całej rozciągłości, wchodząc wręcz do jej umysłu, i jednocześnie pewną klarowność myśli, bez której łatwo otrzeć się o bełkot. Tutaj historia jest opowiadana całkiem ładnie, ale przytłoczył mnie nadmiar poruszanych kwestii, to że narrator przeskakuje od wątku do wątku, robi dygresję od dygresji.

Dzięki za udział!

Chociaż na początku byłem sceptyczny, a może nawet nastawiony negatywnie – ostatecznie tekst bardzo mi się podobał. Nie wiem, czy to z moją domyślnością coś nie tak, czy po prostu zmyliłeś mnie stylizacją i realiami, ale tożsamości narratora domyśliłem się dopiero na samym końcu, nie spodziewałem się, że znajdę tu jakikolwiek twist. Początek mógłby być krótszy, opowiadanie od pierwszych kilku zdań zapowiada się na toporne, muszę mieć dobry powód, żeby brnąć przez taką stylizację, a jak go nie ma, krzywię się. No i właśnie tutaj miałem od samego początku złe przeczucia. Dopiero w momencie, w którym pojawia się szklana konstrukcja, zaczynam w te złe przeczucia powątpiewać, zaciekawienie Twoim retellingiem znanej baśni popchnęło mnie dalej.

I ostatecznie nie żałuję lektury. Dobry pomysł ze zmianą perspektywy. Bardzo przyjemne.

No nieźle.

Skoneczny

 

Ostateczna wersja jest jednakże nieco inna. Jestem odrobinę ciekaw, czy byłaby przez to łatwiejsza w odbiorze, czy wręcz przeciwnie. Ale chyba nie aż tak, by tę tu opublikowaną z miejsca wywalić. Ponadto to jednakże kłóci się z czymś we mnie. Sam nie mam trudności ze stylizowanymi tekstami, to akurat tym aspektem się nie przejmuję. Choć przyznam, że w tym drobiazgu stylizacja była dziwaczna. Ale co bajka, to bajka.

Widzisz, lżej zaczęło Ci się czytać od szklanej konstrukcji, ale jak poczytasz inne wypowiedzi, to jednakże większości gorzej, bo męczyli się aż do wesela. Wszystkim nie dogodzisz.

Rwana struktura narracji miała wprowadzać w błąd, ale sprawdza się wtedy, jeśli czytelnik wejdzie w świat, bo jak nie wejdzie, to ma za dużo czasu na przemyślenia i za wiele się domyśli, a wtedy opowiadanie spala na panewce, bo ono przecież stoi pointą i pomysłem. Rwana konstrukcja w tym wypadku jest jednakże niezbędna, bo dać koniowi powiedzieć słowo więcej to od razu wiadomo, kto narratorem.

Ostatecznie jest to kwestia proporcji. Co nic odkrywczego, bo zawsze o to idzie.

Chyba wolę dobry koniec po złym początku niż całkiem przeciwnie.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Nie wiem, Jastku, czy zdołałeś wprowadzić zamierzone poprawki, ja jednak cieszę się, że znalazłem czas, żeby tu zajrzeć.

Jestem pod wrażeniem różnorodności koncepcji i stylów, które w przestrzeni portalowej, a zwłaszcza konkursowej, pojawiają się i dają wiele radości, zwłaszcza zaś urozmaicają czytelnicze życie i pozwalają pouczyć się tego i owego.

Jestem też pod wrażeniem Twojego opka, pomysłu i mozolnej zapewne realizacji, która bardzo mi się spodobała, zrobiła wrażenie.

Nie mam doświadczenia, które pozwala tak dogłębnie przeanalizować tekst, zwłaszcza jego techniczną stronę, ale mogę śmiało przyznać, że lektura wciągnęła mnie od początku, nie była trudna w odbiorze, a i dygresyjność i rozpisywanie się nie jest według mnie wadą. Lubię kiedy tekstu jest więcej, zwłaszcza tam, gdzie osobiste refleksje Autora pływają między zdarzeniami. A spostrzeżeń, zwłaszcza tych na temat ludzi, jest w nim dużo i są ciekawie, tym bardziej, że narrator niecodzienny.

Pięknie wykorzystana bajka, uwielbiam nawiązania, i mnóstwo bardzo ciekawych zdań, opisujących to, co narrator dostrzega i nadziwić się temu nie może, z prostego punktu widzenia.

Gratuluję pomysłu, wykonania!

Pozdrawiam! ;)

 

Majkubar

 

Dzięki za poświęcony czas.

Zmiany wprowadzone. Choć tu nie zostały opublikowane. I raczej nie będą. Mam wrażenie, że znalazły się wszystkie, a przynajmniej te, które uważałem za konieczne. Dotyczą sfery językowej, co jednakże ma przełożenie na narratora. On musi mieć określony zasób słownictwa, by siebie nieustannie wyrażać. I chyba wyraża.

Nie jestem nadzwyczajnym stylistą, lepiej wychodzą mi struktury, ale mam wrażenie, że tu jednak zrobiłem, co należy.

To tyle w temacie.

Pozdrawiam.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Nowa Fantastyka