- Opowiadanie: gary_joiner - Najwyższy czas

Najwyższy czas

Edytka:

1/10/2018: parafki i kropki

1/11/2018: pacynka

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Najwyższy czas

Dyrektor Europejskiej Agencji Temponautycznej przemawiał charyzmatycznie, w charakterystycznym dla siebie, bombastycznym stylu. Każdy drobny kroczek na drodze do celu przedstawiał jako ogromny sukces, kipiał entuzjazmem, wymachiwał rękami i nieustannie się uśmiechał, z gracją i szczerością artysty, który w pełni zasłużył na owacje i uwielbienie tłumów.

W kuluarach agencji żartowano, że jedyne, co można by zrobić, żeby uczynić konferencje prasowe z jego udziałem jeszcze bardziej widowiskowymi, to obsypać go brokatem, obszyć cekinami i kazać epatować optymizmem podczas skakania wte i wewte przez płonącą obręcz.

Jerzy siedział na podeście, po prawej stronie przemawiającego i, wiedząc, że nie ma szans konkurować z nim na manifestacje radości, przybrał pozę poważnego, pewnego siebie profesjonalisty. Nawet nie słuchał marketingowo-reklamowej gadki przełożonego. Myślał o plażach, poduszkach, kobiecych piersiach, plackach i piwie, o wszystkich przyjemnych rzeczach, byle tylko przypadkiem nie wpaść w szał. Dla niepoznaki, co dziesięć, dwanaście sekund zmieniał lekko pozycję i ułożenie głowy, żeby zminimalizować ryzyko, że któryś ze zgromadzonych na sali dziennikarzy i blogerów dostrzeże furie, drzemiące w jego podkrążonych, ale odświeżonych przez makijażystkę, oczach.

– … Jurek Wozniak! Czasonauta! Na każde, nawet te podobno nieistniejące, głupie, proszę się nie wstydzić!

Jerzy wstał, zanim jeszcze do jego świadomości dotarło, że jest wzywany do pulpitu. Rytualnie, ale o kilka Niutonów za mocno, uścisnął dłoń dyrektora i, wyprężony na baczność, zajął miejsce za mikrofonem.

– Dobry wieczór państwu! Miło widzieć starych znajomych, a i nowe twarze cieszą, bo są najlepszym dowodem na nieustanny wzrost popularności naszego małego przedsięwzięcia. Dostawiliśmy dwa rzędy krzeseł, szefie?

– Cztery! – Odpowiedział dyrektor. – Mam nadzieję, że w trakcie misji lepiej ci pójdzie z liczbami!

– Ten, tego, jasne, że tak, szefie. Pytajcie proszę, zanim dyrektorowi przyjdzie do głowy mnie zwolnić.

Po sali przeszedł szmer uprzejmych śmiechów, uniósł się las rąk. Jurek wskazał kobietę z pierwszej dziennikarskiej linii.

– Słucham, Joanne.

– Joanne Sloan, Wired. Czy to nie najwyższa pora, żeby uchylić rąbka tajemnicy i przedstawić cel misji?

– Nie. – Jerzy zrobił pauzę, po czym uniósł ręce do góry i uśmiechnął się przepraszająco. – Gdyby o mnie chodziło, wyśpiewałbym wam wszystko, w dowolnej tonacji, ale doskonale wiecie, że cel operacji jest utajniony. I tak, wiem Joanne, to nie wydaje się fair, ale mądre głowy, które wybraliśmy, żeby reprezentowały nasze zaprzyjaźnione narody, uzgodniły to w taki, a nie inny sposób, na najwyższym szczeblu.

– Polecisz zabić Hitlera?

– Kogo, Joanne?

Przez rzędy krzeseł przetoczyła się kolejna fala kurtuazyjnej wesołości.

– Pan z tyłu, w czerwonej kurtce, słucham.

– Nazywam się Muhammad, pytam w imieniu widzów kanału BBC Wszechświat i Cała Skomplikowana Reszta. Czy denerwuje się pan przed jutrzejszym… Startem? A jeżeli tak, bo zakładam, że przynajmniej trochę tak, to czym szczególnie? Bezpieczeństwem podróży? Paradoksem dziadka?

– Miło mi, panie Muhammad, że pan do nas dołączył. Dobre pytanie. Najbardziej martwię się, że ile bym się nie narobił w przyszłości, a zarazem przeszłości, to nikt finansowo nie doceni mojego trudu, bo wrócę sekundę później, niż wyruszę. A agencja płaci od przepracowanej godziny.

Znowu śmiech dziennikarzy, ale zauważalnie bardziej wymuszony.

– A poważnie – dodał Jurek, wyczuwając, że nadszedł dobry moment na odrobinę szczerości. – Jasne, że się denerwuję. Nie, nie martwię się o bezpieczeństwo podróży. Tutaj, w agencji, mamy fioła na punkcie minimalizacji ryzyka, przestrzegania procedur i skrupulatnego testowania. Każda śrubka i każdy przewód były testowane po wielokroć, przez wysokiej klasy specjalistów wykazujących się heroiczną odpornością na monotonię pracy. Jestem przekonany, że nasz wehikuł jest jednym z najbezpieczniejszych środków transportu na planecie.

– Nie martwię się też paradoksami czasowymi. Nasz zespół fizyków, pod światłym przewodnictwem profesor Schneider, rozprawił się z nimi wszystkimi. Wybaczcie, że nie będę teraz tego wyjaśniał, ale jestem gotów się założyć, że trzy czwarte z was zaczęłoby chrapać, zanim skończyłbym wprowadzać w temat. Zainteresowanych odsyłam do materiałów prasowych, jeżeli jeszcze przez nie nie przebrnęliście, znajdziecie tam bardzo wyczerpujące wyjaśnienie tematu.

– Denerwuję się, bo o podróżach w czasie marzyłem od dziecka. Kiedy obejrzałem pierwszy Powrót do Przyszłości i przeczytałem Wehikuł Czasu, porzuciłem plany zostania strażakiem, dorabiającym jako policyjny lekarz. Chciałem zostać pierwszym człowiekiem, który postawi stopę w przeszłości. Wybijano mi to oczywiście z głowy przy każdej możliwej okazji, w szkole, w domu, na podwórku. I już wydawało się, że z tego wyrosłem, że mój, rozkoszny, o ile wolno mi zauważyć i ocenić, młodzieńczy upór, został złamany, kiedy okazało się, że niemożliwe jest jednak możliwe.

– Przygotowuję się do tej misji od pięciu lat. Siedem dni w tygodniu, cztery godziny dziennie poświęcam na treningi fizyczne, cztery na naukę historii, trzy na naukę języków, w ich brzmieniu z różnych okresów, a godzinę na interakcje z przedstawicielami mediów, wystąpienia publiczne, ściskanie rąk należących do ważnych osób i wymienianie uśmiechów z ludźmi, którzy, jak ja, marzą o podróżach w czasie, ale zabrakło im szczęścia żeby znaleźć się na moim miejscu. Denerwuję się, bo jutrzejsza wyprawa, będzie przełomowym wydarzeniem w, wybaczcie suchy kalambur, historii, a to, czy zakończy się ona sukcesem, czy fiaskiem, zależeć będzie głównie ode mnie.

– Czyli trema przed pierwszym razem?! –  Padło pytanie z sali.

Dyrektor stanął obok Jurka, objął go, kładąc dłoń na ramieniu, potrząsnął, po czym wepchnął się przed mikrofon.

– Myślę, że wystarczy na dziś. Nasz przyszły bohater przeszłości potrzebuje teraz trochę snu, chociaż nie wątpię, że w życiu by się do tego nie przyznał, i dzielnie odpowiadał na wasze pytania, choćby i do świtu. Dziękuję za uwagę i zapraszam gorąco na briefing, który poprzedzi jutrzejsze rozpoczęcie misji, o dziewiątej piętnaście. Będzie kawa i ciastka!

Jurek opuścił salę konferencyjną, ale zamiast do własnej kwatery, udał się do gabinetu lekarskiego. Doktor ponarzekał i pomarudził nad przyśpieszonym tętnem, ale, koniec końców, przyjął wyjaśnienie o pobudzeniu, wywołanym publicznym występem i dopuścił czasonautę do startu, werdykt pieczętując czerwonym tuszem i dwiema parafkami.

Podróż w czasie, ta rzeczywista, a nie szopka, przygotowywana na użytek mediów, miała odbyć się jeszcze tej nocy. Rozkazy przyszły z góry i to samej góry, skutej lodem i skrytej w obłokach tak gęstych, że nie bardzo wiadomo było, kto zasiada na szczycie.

Dyrektor ujął Jurka pod ramię, ledwo ten wyszedł z gabinetu. Skierował czasonautę w stronę centrum dowodzenia, nawijając słodką watę na uszy i zalewając ją grubą warstwą werbalnego miodu. Jerzy był zbyt zmęczony, żeby skoncentrować się na motywacyjnym pustosłowiu, nawet gdyby chciał, a nie miał na to najmniejszej ochoty, bo był nie tylko wyczerpany, ale i wściekły. Pozwolił się prowadzić, mechanicznie powłócząc nogami, a myślami wracając do odpowiedzi, jakiej kilkanaście minut wcześniej udzielił dziennikarzom.

Jurek nie skłamał. Był zbyt kiepski w kręceniu, żeby zwieść stado żądnych sensacji pismaków i internetowych błaznów, ale pozwolił sobie nie wyznać całej prawdy.

Denerwował się na myśl o ciążącej na nim odpowiedzialności, owszem, ale o ile pesymistyczne wizje własnych pomyłek i błędów wyciskały pot z dłoni, o tyle irytacja wywołana znajomością faktycznego celu operacji groziła atakiem apopleksji. Musiał salwować się stosowaniem tybetańskich technik relaksacyjnych i łykaniem ziołowych herbatek, żeby nie zdemolować pomieszczeń agencji i nie tłuc przypadkowych, bogu ducha winnych, pracowników.

O szczegółowych założeniach misji, pierwszej i ostatniej, jak się niespodziewanie okazało, poinformowano go dopiero przed tygodniem. Miał ukradkiem, pod osłoną nocy, cofnąć się do roku tysięcznego przed narodzinami Chrystusa. Na terenie, gdzie obecnie rozciągała się Pustynia Błędowska, miał zakopać, na głębokości dwóch metrów, kapsułę, zawierającą plany budowy wehikułu czasu. Tę samą kapsułę, którą w tym samym miejscu przed dekadą odkryto w trakcie wylewania fundamentów pod hotel, czy kasyno. Tę samą, w której znaleziono plany konstrukcyjne pojazdu, z którego unikalnych możliwości transportowych miał niebawem skorzystać.

Po powrocie do współczesności Jurek miał się przespać, i rześki i wypoczęty wystąpić w poniedziałkowy ranek w największym multimedialnym show na planecie. Przebrany w wymyślny, zaprojektowany przez francuskich dyktatorów mody użytkowej, kombinezon, podświetlany laserami, spowity dymem, miał symulować uruchomienie wehikułu czasu, po czym teatralnie, w wyrazie bezbrzeżnego niedowierzania, rozdziawić gębę, gdy maszyna nie zadziała. Później miano go sekretnie ozłocić i udekorować, pojazd temporalny zniszczyć, ideę podróży w czasie uznać za skompromitowaną i globalnie ośmieszoną. Mniej i bardziej szare eminencje miały odetchnąć z ulgą i ponownie móc nie martwić się o swoją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Skurwysyny pierdolone, dziady ugarniturowane, urodzone ze książeczką czekową w ustach i losem maluczkich w dupie bękarty Iluminatów Bawarskich, zasiadające w rządach najważniejszych państw świata i reprezentujące rzekomo interesy, tak współobywateli, jak i pozostałych ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia, żeby urodzić się w prestiżowych rejonach geograficznych, marzyli tylko o tym, żeby utrzymać obecny porządek rzeczy. Absolutnie, pod żadnym pozorem, nic nie zmieniać.

Najgorsze, najbardziej wkurwiające było jednak to, że z niepoprawnego marzyciela, naiwniaczka Jureczka, Jerzego pracusia, uczynili pacynkę do utrzymania korzystnego dla nich status quo. Jurek podejrzewał, że nie czułby się tak paskudnie, nawet gdyby ktoś najzupełniej dosłownie wepchnął mu łapę w dupę, rozpruł flaki od wewnątrz i przebił się dłonią, aż do głowy.

Pięć lat! Bez jednego dnia wolnego, bez randek, bez wyjść na miasto, bez rozrywek innych, niż sen, jedzenie i wydalanie. Pół dekady wycieńczającej harówy. Sześćdziesiąt miesięcy, w których utopił tyle łez, potu i krwi, że gdyby z równym oddaniem i poświęceniem robiłby cokolwiek innego, to mógłby śmiało liczyć na Nobla, Nebulę czy Fryderyka.

Uśmiechnął się szeroko, przyśpieszył kroku. Ściskał dłonie dygnitarzy, posyłał całusy obsłudze centrum dowodzenia misją. Wsiadł do wehikułu czasu, zatrzasnął za sobą właz, sprawdził status systemów, nie do końca wiadomo dlaczego zwanych pokładowymi, mamrocząc do laryngofonu "ok", "tak" i "zielono" na przemian. Zalał się potem w trakcie odliczania, a gdy kabinę, z jakichś powodów określaną mianem kokpitu, wypełniło głośne "zero", wcisnął duży czerwony przycisk.

Cofnął się w czasie, przemieścił w przestrzeni i opadł na piasek. Nawet nie wyszedł na zewnątrz. Rozebrał mechanizm zapłonu. Zgodnie z planem, po zakopaniu kapsuły, miał nadusić duży zielony guzik i wrócić do współczesnych mu czasów. Ani myślał.

Biurokraci i fundatorzy projektu domagali się zabezpieczenia wehikułu przed nieprzewidywalnością czynnika ludzkiego. Rozkazy, w formie niezbyt uprzejmych poleceń, zostały przekazane inżynierom, którzy nie mieli szczególnej ochoty wyrzucać do kosza całego, błyskotliwie zaprojektowanego, systemu wprowadzania czterowymiarowych koordynat. Zamiast tego, niech im bóg w dzieciach wynagrodzi dumę z własnych osiągnięć, przyprawioną lenistwem, zablokowali możliwość podróży do dowolnego miejsca i czasu, za pomocą niewielkiego, elektromechanicznego ustrojstwa. Ustrojstwa całkiem chytrego, ale nie na tyle, żeby Jurek, którego imię rozbrzmiewało na korytarzach i salach Politechniki Wrocławskiej zawsze poprzedzone przydomkiem "nie złota, a platynowa, kurwa, rączka", nie był w stanie zneutralizować jego działania.

Przeniósł się do czasów prawie że współczesnych, do piątkowego wieczoru, otwierającego łikend, poprzedzający rozpoczęcie misji. Wylądował idealnie w centrum własnego garażu i przestał dygotać, dopiero poniewczasie uświadamiając sobie, jak bardzo bał się, że pomiesza szerokość, długość i wysokość geograficzną i trafi w próżnię, albo w ciało stałe.

Objuczony kapsułą, przeszedł przez salon, tęsknie spoglądając w stronę regału, i ustawionego na nim telewizora. Wszedł do biura, zeskanował plany konstrukcyjne wehikułu czasu, zapisał je w kilkunastu najpopularniejszych formatach plików, załączył do wiadomości, opatrzył komentarzem i ustawił czas automatycznego wysłania mejla do wszystkich znajomych dziennikarzy i blogerów na noc z niedzieli na poniedziałek, na kwadrans po rozpoczęciu misji.

Wrócił do salonu, padł na kanapę i spał przez czternaście godzin. Kiedy się obudził, zamówił porcję pad thai, pizzę z gruszką i anchois, krwistego burgera z marynowanym imbirem, po czym kucnął przed regałem. Po chwili niezdecydowania wybrał Timescape Brenforda. Zawsze chciał to przeczytać, ale nigdy nie miał czasu.

Skończył lekturę w niedzielę rano. Obejrzał Primera, Dwanaście Małp, Los cronocrímenes i Predestination. Dokończył zimną pizzę, popił piwem i sięgnął po kolejną powieść, Rzeźnię Numer Pięć Vonneguta, ale zmienił zdanie i zdecydował się na coś prawdopodobnie lżejszego, po dinozaurze, szczerzącym się z lakierowanej okładki, sądząc: Wahadło Silverberga. Zamknął książkę kilka minut po północy, poszedł do garażu, wszedł do wehikułu i cofnął się do piątkowego wieczoru.

Wskoczył na kanapę i napawał się mozaiką tytułów, mieniącą się w biblioteczce i na półce z płytami. Filmów i książek starczy mu na dobrych kilkadziesiąt łikendów. Najwyższy czas, żeby trochę odpoczął.

Koniec

Komentarze

Lekkie i strawne. Samo się czyta ale po skończeniu lektury okazuje się, że nic się nie okazuje ;D

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

werdykt pieczętując czerwonym tuszem i dwoma parafkami. – dwiema 

 

Najgorsze, najbardziej wkurwiające było jednak to, że z niepoprawnego marzyciela, naiwniaczka Jureczka, Jerzego pracusia, uczynili pacynką do utrzymania korzystnego dla nich status quo. – literówka

 

Jurek, którego imię rozbrzmiewało na korytarzach i salach Politechniki Wrocławskiej zawsze poprzedzone przydomkiem "nie złota, a platynowa, kurwa, rączka", nie był w stanie zneutralizować jego działania.. – o jedną kropkę na końcu za dużo 

 

Dobre :) Jak to nic się nie okazuje, Mytixie? Mnie się zakończenie podobało, dobrze puentuje. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca, ja to tak niedosłownie ;-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Mytrixie, to najwyraźniej z moją percepcją coś słabo ;) 

 

Gary, a jeszcze ten fragment i doprecyzuję, bo może zbyt enigmatycznie napisałam: 

Najgorsze, najbardziej wkurwiające było jednak to, że niepoprawnego marzyciela, naiwniaczka Jureczka, Jerzego pracusia, uczynili pacynką do utrzymania korzystnego dla nich status quo. – literówka w pacynką – powinno być pacynkę (skoro z Jurka), albo może zostać pacynką, ale wtedy o to z jest za dużo. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Puenta w punkt. Sam też tak twierdzę – po cholerę wypruwać żyły dla tych kapitalistycznych krwiopijców! ;)

Jak zawsze u Ciebie, napisane lekko, z dużą dozą humoru. Tłumaczenia wyszły jednak z lekka przydługie w niektórych punktach. Ale i tak satysfakcja po przeczytaniu jest spora. Klik się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Interesujący pomysł. Podoba mi się, jak psychologicznie rozegrałeś bohaterów.

I fajnie, że Jurek pokazał wszystkim wała.

Babska logika rządzi!

Bardzo miła lektura :)

Przeczytane z umiarkowanym zainteresowaniem. Styl i poetyka utworu nie bardzo mi odpowiada. Plus za uwzględnienie ruchu w przestrzeni w trakcie podróży w czasie – zaczynając od “Wehikułu czasu”, Wellsa, ten aspekt “podróży w czasie”, był i jest zaniedbywany. Opowiadanie można potraktować jako swego rodzaju satyrę na modny temat w science fiction. Pozdrawiam z uśmiechem.

Gdzieś w połowie tekstu uwaga zaczęła mi się rozjeżdżać, ale do tego momentu bardzo dobrze się czytało. Wysiłkiem woli utrzymałem koncetrację do końca, ale już mi brakowało życia w tekście i tej energii z początku. Tak czy owak, na klik.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Zacny pomysł i takież wykonanie.

Spodobało mi się, że Jurek wykorzystał wehikuł na swój sposób. ;)

 

pod­czas ska­ka­nia wte i wewte przez pło­ną­cą ob­ręcz. –> …pod­czas ska­ka­nia w tę i we w tę przez pło­ną­cą ob­ręcz.

 

uro­dzo­ne ze ksią­żecz­ką cze­ko­wą… –> …uro­dzo­ne z ksią­żecz­ką cze­ko­wą

 

gdyby z rów­nym od­da­niem i po­świę­ce­niem ro­bił­by co­kol­wiek in­ne­go… –> …gdyby z rów­nym od­da­niem i po­świę­ce­niem ro­bił­ co­kol­wiek in­ne­go

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zabawne, ciekawe i napisane bardzo dobrze. Tylko to zakończenie trochę mnie nie satysfakcjonowało. Ale i tak nie żałuję lektury :)

Ślę pozdrowienia.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Fajne, podobało mi się :)

Świetne. Kwintesencja buntu przeciwko niesprawiedliwości i polskiego sprytu. Tylko czy Unia Polityki Realnej nie ma pretensji co do tytułu ;) ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ostateczne wykorzystanie wehikułu bardzo na plus. Wcześniejsza intryga, jak dla mnie, zbyt grubymi nićmi szyta. 

“…w jego podkrążonych, ale odświeżonych przez makijażystkę[-,] oczach.”

 

“– Cztery! – Oodpowiedział dyrektor.”

 

“I tak, wiem[+,] Joanne”

 

“Denerwuję się, bo jutrzejsza wyprawa[-,] będzie przełomowym wydarzeniem”

 

“– Czyli trema przed pierwszym razem?! –  Padło pytanie z sali.” – Raz, że zbędna spacja po półpauzie, dwa, że “Padło pytanie z sali” to dość niezgrabne zdanie.

 

“w trakcie wylewania fundamentów pod hotel[-,] czy kasyno.”

 

“Po powrocie do współczesności Jurek miał się przespać[-,] i[+,] rześki i wypoczęty[+,] wystąpić w poniedziałkowy ranek w największym multimedialnym show na planecie.”

 

“urodzone ze książeczką”

 

“…zasiadające w rządach najważniejszych państw świata i reprezentujące rzekomo interesy[-,] tak współobywateli, jak i pozostałych ludzi…”

 

“…gdyby z równym oddaniem i poświęceniem robiłby cokolwiek innego, to mógłby śmiało liczyć na Nobla, Nebulę czy Fryderyka.”

 

“Zamiast tego, niech im bóg w dzieciach wynagrodzi dumę z własnych osiągnięć” – Bóg wielką literą

 

“do piątkowego wieczoru, otwierającego łikend[-,] poprzedzający rozpoczęcie misji.”

 

“trafi w próżnię[-,] albo w ciało stałe.”

 

“tęsknie spoglądając w stronę regału[-,] i ustawionego na nim telewizora.”

 

 

Lekki szort z ciekawym pomysłem. Najmocniejszym punktem zdecydowanie jest Jerzy. To znaczy uważam go za dobrze napisaną postać, kilkoma zabiegami fajnie oddałeś jego charakter. Nie kupuję za to tej intrygi z zakopywaniem planów wehikułu. Po co to komu? Nic więcej w sumie nie mam tu do powiedzenia, przeczytałam do kolacji i pewnie nie zapamiętam na długo.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nowa Fantastyka