- Opowiadanie: tygrysek - Tolerancja

Tolerancja

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

gary_joiner

Oceny

Tolerancja

Mikołaj Dzielnik, od przeszło stu lat z dumą podkreślający znaczenie własnych korzeni Trzonowiec oraz Wielki Mistrz Instytutu Taksonomii, znany był w powszechnej opinii również jako ten, który osiągnął wirtuozerię w sztuce samoopanowania. Dlatego teraz, gdy zamiast spokojnie spocząć, gwałtownie klapnął na berżerę – aż dziw, że wiekowe drewno nie zaprotestowało – a potem miast zmilczeć i przełknąć gorycz porażki, wydał w tym przytulnie cichym pokoiku świst jak nieszczelne okno smagane zimową wichurą, interlokutor monsieur Jakubycz Liniewski w zdziwieniu mrugnął różnobarwnymi oczami.

– Zapewniam – powiedział, nerwowym gestem poprawiając monokl – iż nie chciałem mości pana szokować ani zbijać z pantałyku. Wszystko, co mówię, to prawda najprawdziwsza, fakt autentyczny. Mości pan wybaczy redundancję, nadmiarowość, lecz nigdy nie sądziłem, że reakcja może być… tak nieoczekiwana.

Mikołaj jedną ręką zdjął cylinder, przyłożył go do piersi, jakby z myślą o zmarłych, a drugą przejechał po czole, palcami zgarniając kropelki potu. Właśnie zdradził go człowiek najważniejszy w życiu.

– Czy dobrze usłyszałem? – zapytał niemal szeptem.

Jakubycz kręcił głową, raz na lewo i prawo, raz do góry i w dół.

– Doskonale rozumiem, że ta informacja może wiele zmienić, ale to dobrze, prawda? Z punktu widzenia nauki, wszak dla niej każda wątpliwość jest bezcenna. – Chwycił piękny samowar zdobny w roślinne ornamentacje i nalał sobie herbaty do czarki; pokój wypełnił subtelny zapach jaśminu. – Może jednak zechce waszmość skosztować? Sprowadzana od najlepszych tajwańskich plantatorów.

Przez rewelacje Jakubycza Mikołaja wciąż trzymały mdłości. I przez wczesną porę.

– Podziękuję – wymamrotał.

Była piąta rano. Liniewski, w podomce i szlafmycy, z maślanymi oczami, nieogolony, na wpół rozbudzony tajemniczym telefonem z Wienis, już zziębnięty i jeszcze nie rozgrzany po wyjściu spod pierzyny – pomimo trzaskającego za plecami ognia w kominku wciąż trząsł się jak osika – w tym zastałym powietrzu jak ulepiony przez niecierpliwego Boga…

– Przepyszna rzecz – zachwycał się herbatą. – Przepyszna.

Mikołaj zazgrzytał zębami. Zawsze uważał monsieur Jakubycza za człowieka ugodowego, czasem wręcz za zbyt mocno zginającego kark pod naciskami zewnętrznych środowisk, lecz nigdy nie przypuszczał, że kiedyś usłyszy, jak kręgosłup moralny przełożonego z trzaskiem pęka. Cóż za paskudny determinizm, pomyślał wzgardliwie Dzielnik. Rzeka wezbrała, więc płyńmy z nurtem! I jakże wielki egoizm; Liniewski bowiem – Wielki Nadzorca Instytutu Taksonomii Wszechrzeczy, w pewnym sensie będący przecież dlań autorytetem – zachowując się w ten miałki sposób, nie tylko poddał w wątpliwość swe kompetencje, lecz również wywrócił do góry nogami świat Mikołaja.

– Chce pan zmienić taksonomię gatunków? – Za żadne skarby! Dzielnik odłożył cylinder na mahoniowe biurko i spojrzał przełożonemu w oczy. – Proszę wybaczyć, ale jeśli ulegniemy, wszystkie dotychczasowe badania równie dobrze można zamieść pod dywan.

Jakubycz zaprzeczył głową tak gwałtownie, że spadł mu z oka binokl.

– Ależ skąd! – zanurkował pod biurko. – To tylko je wzbogaci! Proszę pomyśleć o tym jak o wyzwaniu! Trzeba będzie bliżej przyjrzeć się systematyzacji, przedefiniować pewne pojęcia… O, jest! – Uderzył o kant głową i wgramolił się z powrotem na fotel. – Obrać inny punkt widzenia, rozumie mości pan, wszakże świadomości są różne i grzechem egocentryzmu byłoby klasyfikować je li tylko przez pryzmat naszego własnego aparatu poznawczego.

– Przecież nie zmienię się w Odklejeńca. – Mikołaj zmrużył oczy, nachylając się ku Jakubyczowi. – Kim jest Alojzy, wieśniak podważający moje kompetencje?

– Cóż –

– Niech mi prześle swoje badania WszechSiecią.

– Próbowałem go nakłonić, ale jest uparty.

– To proszę dać mi kontakt do niego.

– Oczywiście, ale to na nic. Powiedział, że obawia się podsłuchów, a poza tym stwierdził, że musimy zobaczyć to na miejscu, w Wienis. Dlatego mości pana wysyłam. Może ten Alojzy faktycznie coś odkrył. W końcu jest Scyfryzowanym.

Mikołaj znał się na swoim fachu. Był jednym z najwybitniejszych taksonomików i nie zamierzał pozwolić, by jakiś namaszczony sam przez siebie głupiec zarzucał mu indolencję.

– Czyżby usiłował pan deprecjonować możliwości Trzonowców? – spytał z niedowierzaniem. – Sądzi pan, że powinienem –

– Ależ skąd! – Jakubycz, skrzywiony, masował czoło.

Momentalnie Mikołaj zapragnął splunąć mu w twarz.

– Drogi panie. – Uniósł sękaty palec. – Skoro już wkraczamy na grząski grunt epistemologii, nauki bardzo ważnej i zarazem zdradliwej, trzymajmy się podstawowych faktów. Inaczej niechybnie wciągnie nas wir.

Wstał, splótł dłonie za plecami i zaczął przechadzać się od ściany do ściany, od wiktoriańskiego politurowanego kredensu do wzorzystej srebrno zielonej tapiserii.

– Sugeruje pan, iż percepcja Trzonowca może okazać się zbyt wątła, by poznać i sklasyfikować co odmienniejsze byty. A skoro ani pan, ani ja nie potrafimy, że tak się wyrażę, przyodziać odmiennego postrzegania, akuratniejszego podczas prowadzenia badań, to jesteśmy skazani na zadowolenie się konstruktami własnych umysłów. I tak i tak nie poznamy bytu samego w sobie, po cóż więc się katować i dręczyć?

Jakubycz siedział odchylony, w pozycji obronnej, z czarką zamkniętą w dłoniach.

– Mości panie – jęknął.

Ale Mikołaj nie pozwolił dojść mu do słowa. Trącił palcem turkusowy abażur, kontynuując:

– W takim wypadku jedynym sensownym rozwiązaniem jest stworzyć mapy umysłów wszystkich Odklejeńców i następnie je uśrednić. Jednak wspomniane fakty są takie, że to również niemożliwe, więc pozostaje nam jedynie bawić się na własnym podwórku. Nawet dzieci stawiające piaskowe babki wiedzą, że konkretna foremka da konkretny kształt.

– To nieetyczne lenistwo – burknął Liniewski.

– A od kiedy jest pan taki moralny, skoro próbuje namówić mnie do odklejenia się? Mnie, własnego…

Jakubycz przerwał mu. Począł się jąkać, nieudolnie próbując usprawiedliwić swoje wywody.

Mikołaj tryumfował.

– Muszę przyznać, że nie podejrzewałem tego – powiedział z nutą pogardy w głosie. – Ale domyśliłem się, gdy tylko wspomniał pan o innych świadomościach. Proszę wybaczyć, nigdy się nie zgodzę.

Liniewski opanował się i jakimś cudem zdołał wykrzesać w sobie rezon. Może nie miał charyzmy, ale pozycję, i tę oficjalną, i tę biologiczną względem niego – owszem. Odstawił czarkę, poprawił łańcuszek monokla, wstał i okrążając biurko, zbliżył się do podwładnego.

– Nie pierwszy i nie ostatni badacz robi to dla dobra nauki. Nie jest tajemnicą, iż Instytut zatrudnia Pariasów, którzy przyczynili się do wyłonienia innych metodologii.

– Wcale nie lepszych od moich. Poza tym, proszę nie czarować. Obydwaj wiemy doskonale, że Pariasi są do nas bardzo podobni, a skoro mówimy o zmianach nie ilościowych lecz jakościowych percypowania, zapewne chodzi panu o solidniejsze odklejenie, podejrzewam nawet emulację umysłu. Więc jak, mam zostać Emulantem?

Jakubycz przeczesał gęstwę siwych włosów; istny Einstein, tylko bez tego błysku w oczach, pomyślał zgryźliwie Dzielnik.

– Nieważne, nieważne – rzekł podrabiany Albert. – Proszę o tym zapomnieć. Wiem, że poradzi pan sobie w obecnej formie. Po prostu sądziłem, że skoro przeciętni pracownicy po emulacji stają się jednymi z lepszych, to pan… Ach, przepraszam.

Zaległa cisza. Dzielnik podszedł do biurka i podniósł cylinder.

– Więc mam polecieć na drugi koniec świata i skonfrontować moje klasyfikacje ludzkich gatunków z tamtejszą fauną – podkreślił ostatnie słowo.

– Fauną? – Jakubycz zamrugał. – Ależ drogi panie! Negatywne nastawienie jest wrogiem obiektywizmu. Toż to szowinizm gatunkowy, toż to…

Mikołaj przytaknął.

– Jestem realistą. I nie sądzę, aby rozbudowywanie ludzkich taksonomii o zwierzęta niższych szczebli miało czemuś służyć. Jeżeli jednak trafię na intrasapiens, którzy, jak wspomina w liście doktor Alojzy, nie znaleźli się w moich publikacjach, prędko naprawię ten błąd.

Liniewski uśmiechnął się sztucznie.

– Oczywiście załatwimy transport – powiedział oschle. Nachylił się lekko i nacisnął guzik pod biurkiem. – Mości pan wyruszy do Wienis już teraz. Będziemy w stałym kontakcie.

Do pokoju weszło dwóch brylastych, smutnych jegomości. Chwycili Mikołaja pod pachy i zaczęli nieść go w stronę wyjścia.

– O co chodzi? – Dzielnik wytrzeszczał oczy. – Sam bym wyszedł.

Liniewski uśmiechnął się blado. Wyglądał jak błazen, który dorwał się do władzy. Tylko dzwoneczka brakło na końcu szlafmycy.

– Przykro mi, ale nasze zdania są zbyt rozbieżne – powiedział ze wstydem mieszającym się z pogardą. – Każę emulować pański umysł. Ale, jak wspomniałem, będziemy w kontakcie. Jeszcze mi pan podziękuje.

– Ale tato! – krzyknął Mikołaj, zapierając się rękoma o futrynę. – Tato, dlaczego?!

Liniewski wzruszył ramionami i gdy drzwi się wreszcie zamknęły, rzucił pod nosem:

– Zmieniliśmy nazwiska, możemy się więc głębiej rozdzielić.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie wciągnęło.

Dwóch facetów rozmawia. Odnoszę wrażenie, że o niczym ciekawym nie mówią. A na końcu okazuje się, że są spokrewnieni. To nie jest puenta, jakiej oczekiwałam.

Babska logika rządzi!

Odczułem, że to jest fragment. Trwa rozmowa dwóch gości o taksonomii. Stylizowana na stare czasy, ale pojęcia takie jak “Emulowani” czy “Scyfryzowani” każą jednak podejrzewać, że tło do przeszłych nie należy ;) Szkoda tylko, ze za tymi pojęciami nie poszedł jakiś wyraźniejszy opis. Bo ja niestety mam w ich miejscach puste dziury tylko z podpisami :(

Puenta dla mnie nie zadziałała na korzyść utworu. Była jak z jednego ze starszych żartów-sucharów. I sprawiła, ze na tekst spojrzałem jak na przenoszony żart.

Czytało się nie najgorzej jednak.

Podsumowując: coś tu jest, ale na pewno nie koncert fajerwerków, którego szukam.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam Tolerancję i muszę wyznać, że nie bardzo wiem, Tygrysku, co miałeś nadzieję opowiedzieć. Czy to jest na pewno samodzielne i skończone opowiadanie?

 

Li­niew­ski, w po­dom­ce i szlaf­my­cy… –> Podomki noszą panie. Mężczyznę, w opisanych okolicznościach, ubrałabym w bonżurkę.

 

– Chce pan zmie­nić tak­so­no­mię ga­tun­ków? – Za żadne skar­by! Dziel­nik odło­żył cy­lin­der na ma­ho­nio­we biur­ko… –> Zapis powinien wyglądać tak:

– Chce pan zmie­nić tak­so­no­mię ga­tun­ków?

– Za żadne skar­by! – Dziel­nik odło­żył cy­lin­der na ma­ho­nio­we biur­ko

 

Ja­ku­bycz za­prze­czył głową tak gwał­tow­nie, że spadł mu z oka bi­nokl. –> Ja­ku­bycz za­prze­czył głową tak gwał­tow­nie, że spadł mu z oka monokl.

Wcześniej Jakubycz nosił monokl, a nie zauważyłam, by zamienił go na binokle.

 

– Cóż – –> Co znaczy półpauza po zaimku?

 

– Sądzi pan, że po­wi­nie­nem – –> Czy tego zdania, zamiast półpauzy, nie powinien kończyć pytajnik?

 

do wzo­rzy­stej srebr­no zie­lo­nej ta­pi­se­rii. –> …do wzo­rzy­stej srebr­no-zie­lo­nej ta­pi­se­rii.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

jak ulepiony przez niecierpliwego Boga…

Spodobało mi się to porównanie : ).

 

Pod względem pomysłu i sposobu napisania zapowiadało się co najmniej ciekawie, jednak mnie również zabrakło jakiegoś zwrotu akcji (albo w ogóle jakiejś akcji na początek ;)?). Wyobrażam sobie, że żart z nazwiskami nawiązywał do taksonomicznej tematyki, ale w moim odczuciu był za słaby żeby z sukcesem zamknąć tę historyjkę.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka