- Opowiadanie: wisielec - Testament zdobywcy

Testament zdobywcy

uwaga! ciężkostrawne

przymiarka do czegoś trochę podobnego

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Testament zdobywcy

Gniew Achilla, bogini, głoś, obfity w szkody,

Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody,

Mnóstwo dusz mężnych wcześnie wtrącił do Erebu,

A na pastwę dał sępom i psom bez pogrzebu

– Homer, Iliada

 

 

„Najsilniejszy.”

Oto, co rzekł konający Aleksander, gdy pytaliśmy, który z nas obejmie po nim tron helleńskiego imperium. Jakaż nadziemska moc mieszkała w tym człowieku! Pojedynczym słowem rozpoczął wojnę, która miała trwać dłużej niż żywot obecnych na pogrzebie żałobników. Przeciął naszą przyjaźń jak węzeł gordyjski. Pierścień, który cisnął na posadzkę babilońskiego pałacu, miał wagę jabłka rzuconego przez Erydę na weselu Peleusa.

Zwyczaj i sumienie nakazują pospołu, by śmiertelnicy stojący u bram Hadesu pojednali się z bliskimi, łagodzili spory i uporządkowali spuściznę. Aleksander uczynił odwrotnie. Czy jednak kiedykolwiek uważał się za śmiertelnika? Nawet, jeśli był człowiekiem, miał w pogardzie człowiecze obyczaje, a jego zamysły, marzenia oraz grzechy miały prawdziwie olimpijski rozmach.

Dlaczego nie wskazał dziedzica? Dlaczego pchnął nas do bratobójczej wojny? Nie było dnia, żebym nie zadawał sobie tego pytania. W młodości łudziłem się, że pragnął wyłonić najlepszego spośród nas, zaś zgubna hamartia przeklęła jego decyzję skutkami odwrotnymi do zamierzeń. Dziś sądzę, że skłócił nas celowo. Lękał się, że następca dzierżący wodze helleńskiego świata mógłby prześcignąć go w sławie. Aleksander zawsze był zazdrosny o dokonania ojca. Nic dziwnego, że z podobną zawiścią spoglądał na swych następców. Zadbał o to, byśmy strawili przędzę odmierzoną przez Lachesis rozdzierając między sobą mapę jego podbojów.

Nie zawsze tak było. Na zwycięskim szlaku przez imperium Achemenidów byliśmy zgodni i niepowstrzymani jak zaciśnięte palce argeadzkiej pięści. Świat był wówczas prostszy. Wierzyliśmy w Aleksandra i jego wizję, a Posejdon błogosławił naszej wędrówce przez niezliczone parseki zimnego kosmosu. Przyszłość rozkładała przed nami nogi jak uwodzicielska Kirke przed strudzonym Ulissesem.

Widok był, zaiste, czarowny, gdy wkroczyliśmy do Babilonii na czele panhelleńskiej floty. Nadprzestrzenny tunel wypluł nas w krainie bajecznych bogactw, jakich nie znały ubogie systemy Macedonii. Podwójna gwiazda oświetlała nieśmiertelny Babilon. Kwartały starożytnej metropolii zajmowały całą północną półkulę, od bieguna po równik. Wiszące Ogrody pyszniły się na pierścieniowym orbitalu, który wirował wbrew kierunkowi obrotu planety.

Wiedziałem wówczas, że los Seleukosa będzie nierozerwalnie związany z bliźniaczymi słońcami Tygrysu i Eufratu. Moje przeczucie okazało się słuszne. Wiele lat później z mojego rozkazu skolonizowano ostatnią spośród jałowych planet układu. Dziś stoi tam miasto nazwane moim imieniem. Nakazałem, by kolonię wzniesiono na planie hippodamejskim, a ludności nadano helleński ustrój oraz demokratyczne instytucje.

Król Dariusz, ostatni tego imienia, polecił zaminować magazyny i rafinerie deuteru, by pozbawić nas zaopatrzenia. Perskie okręty przecięły nam drogę nad Gaugamelą; terraformowanym księżycem gazowego giganta. Król Królów nakazał oczyścić przedpole z asteroidów i nieaktywnych satelitów, by utorować drogę swym pancernikom. Uszykował wojsko szerokim frontem. Na lewym skrzydle dowodził Bessos, baktryjski satrapa. Wiódł eskadrę katafraktów z Suzy  wspieranych przez korpus scytyjskich niszczycieli.

Aleksander, zwyczajem przejętym od ojca, wzmocnił prawe skrzydło, które prowadził osobiście z pokładu flagowego okrętu. Krążowniki klasy hetairos uzbroił w baterie plazmowych xystonów. Falangą w centrum dowodził Antygon na pokładzie Cyklopa, a na lewym skrzydle waleczny Parmenion miał odpierać doborowe siły Medów, Partów i Kapadoków. Tysiąc nacji perskiego imperium stanęło wtedy przeciw nam. Nawiązaliśmy walkę wysuniętym ukośnie eszelonem, jak nauczał staruszek Epaminondas.

Wraz z Lizymachem towarzyszyliśmy królowi na pokładzie Bukefalosa. Zanim achemenidzkie zastępy weszły w zasięg urządzeń namierzających, na mostek wprowadzono białego byka, poświęconego Zeusowi. Był nerwowy i wyrwał się kapłanom. Nie zdążył poczynić szkód wśród aparatury nawigacyjnej, bowiem dopadłem do niego, chwyciłem za rogi i unieruchomiłem w zapaśniczym chwycie. Aleksander własną ręką zadał cios i wykrwawił ofiarne zwierzę. Wróżbici orzekli, że to dobry znak: perska armia miała podzielić los buhaja, padając do naszych stóp po zaciętym boju. Król namaścił swoje oblicze byczą posoką i my także uczyniliśmy podobnie. W nadchodzącej bitwie nosiliśmy brunatne maski z zakrzepłej krwi.

Lizymach wyrzucał mi później, że niepotrzebnie ryzykowałem, ruszając na Zeusowe zwierzę z gołymi rękami. Zawsze drżał o mnie w takich przypadkach. Gdy bój rozłączył nas i wracałem naznaczony żelazem, całował brzegi moich ran. W tamtych czasach byliśmy  jedną duszą rozdzieloną między dwa ciała. Młodzi, piękni i głupi. Dziś jesteśmy starzy, szpetni i zepsuci.

Jak wiesz, Kronida dał nam zwycięstwo na orbicie Gaugameli. Antygon przepuścił szarżujące pancerniki do wnętrza falangi. Okrążone, zniszczył. Parmenion cofał się pod zmasowanym ogniem Kapadockich krążowników. Tymczasem Aleksander poprowadził decydujące uderzenie na czele klinowej formacji hetairów. Rozerwaliśmy szyk Achemenidów i z całą mocą tachionowych silników ruszyliśmy na pozycję Dariusza, gotując się do szturmu na pokładzie promów abordażowych.

– Axios! – Zgodny okrzyk rozbrzmiewał w kwantowych komunikatorach. Sława i ojczyzna skupione w jednym słowie jak wiązka laserowej lancy.

Technicy Dariusza zdążyli uruchomić napęd skokowy i perski monarcha uszedł z pola bitwy, porzucając swe wojsko na pastwę naszych dział i mieczy. Aleksander wył z wściekłości, widząc kolapsującą osobliwość, ostatni ślad po okręcie pierzchającego wroga. Zawróciliśmy na pomoc Parmenionowi.

Nektar zwycięstwa nigdy nie był tak upojny. Nuklearne eksplozje przyćmiły blask bliźniaczych słońc. Orion uśmiechał się do nas z nieba na zachodzie. Z perskich wraków wznieśliśmy tropaion, pomnik zwycięstwa. Pchnęliśmy go do tańca z Gaugamelą. Po dziś dzień krążą wokół wspólnego środka masy, a oddziaływania grawitacyjne sztucznego satelity zapoczątkowały gwałtowne pływy w oceanach księżyca. Podobno miejscowi czczą bezkształtną grudę stali i tytanu jako wcielenie cyklopa Polifema.

Cała galaktyka nosi odciski macedońskich stóp, ślady naszego przemarszu. To oczywiste, że Aleksander widział w sobie boga równego synom Kronosa.

Wszyscy byliśmy gotowi iść za królem po kres wszechświata, gdzie najstarsze promienie światła rysują granicę niebytu. Miłość moja i Lizymacha była niczym wino mieszane przez Ateńczyków. Łączyła w równej proporcji braterską rywalizację i namiętność kochanków. Podczas przeprawy przez nękany pulsarową radiacją Hindu-Kush usterka w rozszczelnionym egzoszkielecie niemal pozbawiła go życia. Opiekowałem się nim, gdy leczył chorobę popromienną.

Helleńska mowa nie jest w stanie oddać tego, co ujrzeliśmy po drugiej stronie Rubieży. Mówiliśmy o nich: dzieci Tytanów, plugawy pomiot Sturękich. Nie znali pisma ani mowy, bowiem porozumiewali się za pomocą samej myśli. Szkaradne ciała sprawiały wrażenie uplecionych z materii pierwotnego Chaosu. Starliśmy się z nimi w koronie Hydaspesu. Straszliwy bój wrzał wśród burzy słonecznej, w zewnętrznych powłokach gwiazdy. Ocean ognia rzygał płomiennymi gejzerami protuberancji. Aleksander zwyciężył, bo Aleksander zawsze zwyciężał. Była to jednak drogo okupiona wiktoria. Wierny Bukefalos przepadł, ugodzony w reaktor wiązką antymaterii. Tarcze były bezsilne wobec nieznanego nam wówczas oręża. Dzięki łasce lotnego Hermesa dotarliśmy w porę do szalup teleportacyjnych. Poetycki opis tych wydarzeń znajdziesz u Kalostratesa, który opiewał je homeryckim heksametrem na kartach “Ksenomachii” .

Żołnierze podnieśli bunt. Nie chcieli iść dalej. Planety poza Rubieżą nie miały tlenowej atmosfery, brakowało minerałów niezbędnych do funkcjonowania floty. Nawet najdzielniejszy hypaspista nie potrafi oddychać siarką, a obieg respiracyjny nigdy nie jest idealnie szczelny. Furia Argeady była bezsilna wobec twardych faktów wojny. Zawróciliśmy do Babilonu.

Nużę cię, Ptolemeuszu? Nie na darmo zwą cię Piorunem, rwiesz się do czynu jak Dionizos do kielicha. Pozwól, niech stary człowiek skończy swoją historię. Obiecuję, że znajdziesz w niej dla siebie naukę… Gorzką, lecz cenną.

Niedługo po powrocie umarł Hefajstion, umiłowany przez Aleksandra.  Powalił go retrowirus przywleczony zza Rubieży. Król oszalał z goryczy. Widząc rozpacz naszego monarchy obiecaliśmy sobie z Lizymachem, że w dniu, gdy jeden z nas zginie, drugi rzuci się na miecz. Nie chcieliśmy żyć samotnie.

Aleksander wkrótce sam osłabł na zdrowiu, w okolicznościach, które wielu uznało za podejrzane. Zebraliśmy się wokół jego łoża – generałowie, towarzysze, przyjaciele. Antygon, Perdykkas, Eumenes, twój ojciec i wielu innych. Klątwa umierającego Argeady prześladuje nas jak niestrudzone Erynie, trzyma w szponach ponurego fatum, karmi paranoje i podsyca nienawiść. Wojna trwa nieprzerwanie od czterech dekad.

Sen o Babilonie powracał do mnie każdej nocy. Zgładziłem Perdykkasa, by zdobyć przychylność twego ojca. Z jego pomocą zagarnąłem dla siebie tron bliźniaczych słońc, a wkrótce także wschodnie satrapie Achemenidów. Zawarłem pakt ze straszliwym Czandraguptą, synem Tytanów. Czułem, jak jego obca jaźń dotyka mojego umysłu. Doszliśmy do porozumienia. W zamian za garść systemów gwiezdnych dał mi pięćset okrętów wyposażonych w miotacze antymaterii. Dzięki tej broni pokonałem Antygona i zawładnąłem jego włościami. Lizymach wywalczył dla siebie Trację, a z czasem także ojczyste światy na orbitach Strymonu i Axiosu. Odnowiliśmy przysięgi przyjaźni.

O, ludzka naiwności! Teraz, stojąc u bram Olimpu, dostrzegam, że Aleksander miał rację. Imperium potrzebuje jedynowładcy. Króla królów, hegemona pantokratora, Seleukosa Zwycięzcy, przed którym drżą Hellenowie i barbarzyńcy.

Gotuj oręż, Ptolemeuszu, każ ludziom zagrzewać silniki i karmić działa ognistą plazmą. Ruszamy na Lizymacha. Obejmiesz dowodzenie nad prawą flanką, nad korpusem hetajrów. Gdy Macedonia będzie moja, uderzymy na Aleksandrię i uczynię cię satrapą Egiptu. Będziesz władał w moim imieniu.

Uśmiechasz się, Ptolemeuszu. Dobrze! Niech nektar nagrody osłodzi ci bitewne trudy. Aleksander trafnie przepowiedział, kto stanie na szczycie świata.

 

Koniec

Komentarze

No cóż, przeczytałam, ale chyba bez zrozumienia, bo opisane zdarzenia pozostawiły mnie obojętną.

 

ru­sza­jąc na zeu­so­we zwie­rzę z go­ły­mi rę­ka­mi. – …ru­sza­jąc na Zeu­so­we zwie­rzę z go­ły­mi rę­ka­mi.

 

Opie­ko­wa­łem się nim, gdy le­czył cho­ro­bę po­pro­mien­ną –> Brak kropki na końcu zdania.

 

opie­wał je ho­me­ryc­kim hek­sa­me­trem na kar­tach “Kse­no­ma­chii” . –> Zbędna spacja przed kropką.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Trudno mi orzec, co sądzę o tekście.

Z jednej strony – fajne połączenie motywów Aleksandra Macedońskiego z SF. Naprawdę ładnie poustalane szczegóły. To na plus.

Z drugiej – ale wiadomo, jak to się skończyło, więc kto zgodziłby się na odgrywanie ról ludzi przegranych albo zabitych w młodości? Tu mi zgrzyta.

Z trzeciej – za słabo znam temat, żeby docenić wszystkie smaczki.

Z czwartej – niewiele się dzieje, cała para poszła w dekoracje. Tekst jest zbliżony do strumienia świadomości, a ta forma zazwyczaj szybko zaczyna mnie nużyć.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Pomysł przeniesienia motywu historycznego w inne tło (tutaj: space operę) nienowy. Napisane nieźle, ale przez olbrzymie podobieństwo do faktycznego stanu rzeczy jakoś mocno mnie nie poruszyło. Język ładny, ale po prostu nie czułem napięcia. Po prostu nie miało co zaskoczyć.

Podsumowując: okej, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za przestudiowanie powyższej migawki ;)

Zdaję sobie sprawę, że forma jest nieatrakcyjna, a tekst napisany wbrew wszelkim prawidłom sztuki. Tym badziej doceniam cierpliwość czytelników.

Historia jest de facto transkrypcją wybranych wydarzeń historycznych na realia SF. Miłośnicy antyku znajdą też garść hermetycznych żartów.

Twój komentarz, Finklo, niezwykle mnie cieszy, gdyż skomplementowałaś te elementy opowieści, na które położyłem nacisk. Pozostałe (fabuła, bohaterowie) zostały świadomie zignorowane.

Biorę rozbieg do dłuższej i ambitniejszej formy, osadzonej w realiach antycznych. Eksperymentuję ze stylem, który będzie adekwatny do realiów i klimatu. Powyższy urywek jest po prostu wprawką. Postanowiłem się nią podzielić jako ciekawostką.

Niestrudzonej Reg składam stokrotne dzięki za orkę na ugorze. Człowiek zje bułkę, a cierpliwy anioł zbiera potem okruchy.

Pomysł przeniesienia motywu historycznego w inne tło (tutaj: space operę) nienowy.

A to szkoda, bo myślałem, że ugryzłem coś stosunkowo nietkniętego :( Wiem, że w literaturze funkcjonują przeszczepy czasoprzestrzenne, ale akurat Aleksandra w kosmosie nie widziałem.

Cieszę się, Wisielcze, że mogę się przydać. I dziękuję Ci za dobre słowo. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aleksandra w kosmosie to nie, ale Simmons przeniósł kiedyś Iliadę na Marsa. Przeczytaj sobie, jeśli takie podejście Cię interesuje. “Ilion”.

Babska logika rządzi!

Czytałem! Mam mieszane uczucia wobec tej książki. Z jednej strony nic co greckie nie jest mi obce. Z drugiej, Simmons trochę zgwałcił temat.

Docelowo nie będę katapultował nikogo w kosmos. Chodziła mi po głowie wizja wojen diadochów, prowadzonych na pokładzie statków kosmicznych. Chciałem się jej pozbyć, stąd powyższy tekst :D Uznałem, że pomysł nie jest na tyle nośny i unikalny, żeby poświęcać mu więcej pary. Klasyczny antyk jest wystarczająco barwny i nie trzeba swatać go z laserami, żeby było malowniczo.

Nowa Fantastyka