- Opowiadanie: Liarfather - Potomek

Potomek

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Potomek

 

 

Pomimo zbliżającego się zmierzchu nadal było jasno. Mężczyzna brnął przez zaspy sięgające kolan. Mimo to szedł równym, miarowym krokiem, niosąc na ramionach młodą sarenkę. Ubrany był w niebieski płaszcz i narzucony na wierzch kożuch. Sięgające ramion blond włosy przykryte miał hełmem, a zza pasa wystawał topór. Wojownik pomimo mrozu i zmęczenia był zadowolony.

Wyruszając w las, liczył jedynie na upolowanie kilku szaraczków, a tymczasem bogowie sprawili, że dziś mógł uraczyć rodzinę świeżą sarniną. Myśliwy minął ostatnie drzewa, gdy nagle usłyszał kobiecy krzyk, dobiegający od strony jego domu. Pędem ruszył w stronę drewnianej chatki, pokonując w ekspresowym tempie pięćdziesiąt metrów pomimo grubej warstwy śniegu. Będąc kilka metrów od drzwi, poczuł woń krwi.

Wikinga, który samojeden potrafił ruszyć na kilkunastu wojów, ogarnęła trwoga. Przy samym wejściu zrzucił z ramion sarnę w zaspę i zręcznym ruchem wyjął zza pasa topór. Sekundę później z hukiem otworzył drzwi do swojego domu i nerwowo rozejrzał się po wnętrzu. Wszyscy w środku patrzyli na przybyłego z przerażeniem i zaskoczeniem. Mała dziewczynka pisnęła i jeszcze bardziej wtuliła się w starszego brata. Chwila ta została przerwana przez kolejny krzyk cierpienia. Wydała go kobieta leżącą na łóżku z szeroko rozłożonymi nogami. Pochylała się nad nią siwa i pomarszczona staruszka. Wojownik dopiero teraz zrozumiał całą sytuację. Podszedł do rodzącej kobiety i uklęknął przy łożu.

– Już jestem, najdroższa. – po czym ucałował żonę w rękę.

Kobieta delikatnie uśmiechnęła się, muskając dłonią twarz mężczyzny, lecz jej twarz znów przeszył grymas bólu.

– Czy wszystko jest w porządku? – zapytał wiking, zwracając się do staruszki.

– Straciła sporo krwi, ale przetrzyma. Widzę już główkę dziecka. Jeszcze trochę i będzie po wszystkim.

– Tak się martwiłem. – odrzekł mężczyzna. – Ale bogowie mają nas w opiece. – dodał, po czym wniósł do domu upolowaną sarnę.

– Ingvar oporządź ją, proszę. 

– Oczywiście, ojcze. – odpowiedział trzynastoletni chłopiec, uwalniając się z uścisku małej dziewczynki.

Mężczyzna podszedł do małej i przytulił ją.

– Nie bój się, malutka. Wszystko będzie dobrze. Już niedługo będziesz miała drugiego braciszka do ochrony.

– Siostrzyczkę. – wyszeptała ciężarna w przerwie między kolejnymi skurczami.

– Czuję, że to kolejny wielki wiking. Już wiem jak go nazwiemy, Harald po twym ojcu. – powiedział wojownik, ponownie zbliżając się do żony.

Kobieta chciała coś odpowiedzieć, gdy nagle odezwał się Ingvar:

– Ojcze, ktoś się zbliża.

Mężczyzna po chwili również usłyszał skrzypienie śniegu na zewnątrz. Podszedł do okna, lecz niczego nie udało mu się dojrzeć.

– Sigurdzie, co się dzieje? – zapytała jego żona.

– Nic, kochana. Pewnie ktoś zabłądził. Pójdę sprawdzić.

Kobieta nie mogła się jednak uspokoić. Jej uwadze nie uszedł fakt, że Sigurd bierze odłożony wcześniej topór. Jednak dalsze rozmyślania zostały przerwane przez kolejną falę bólu.

Tymczasem wiking zbliżył się do drzwi i wyszedł na zewnątrz. Nie musiał się wysilać, by zlokalizować źródło odgłosów. Kilkadziesiąt metrów przed nim, tuż przed linią drzew stały trzy ogromne czarne cienie. Wojownik odwrócił się i zobaczył przerażone oblicze syna, patrzące na potwory.

– Ingvar, zamknij drzwi. Gdyby coś mi się stało, chroń siostrę i matkę.

– Ojcze, mogę ci pomóc…

– Nie! Bez dyskusji. – odpowiedział Sigurd i zamknął drzwi, patrząc na zalaną łzami twarz potomka.

Następnie postąpił kilka kroków do przodu i zatrzymał się. Teraz dokładnie mógł przyjrzeć się zmorom. Środkowy wilkołak stał na tylnich łapach, podczas gdy dwa pozostałe przyczaiły się w pozycji typowej dla wilków. Stojący potwór był zdecydowanie największym spośród nich. Mierzył on bez mała trzy metry wysokości. Ich ciała porośnięte były gęstym futrem, a żółte ślepia patrzyły na wojownika z nienawiścią. Jak na zawołanie wszystkie bestie otworzyły paszczę i potężnie ryknęły.

Sigurd mógł przyjrzeć się kłom wielkości jego ręki. Wiking wiedział jak taka potyczka musi się skończyć, lecz nie bał się. Dobrze przygotował syna. Wiedział, że ten sprowadzi całą rodzinę do piwnicy, a stamtąd tunelem w bezpieczne miejsce, dlatego był spokojny. Jego ród przetrwa, a on już niedługo będzie biesiadował z Odynem w Valhalli. Wiedział jednak, że tanio skóry nie sprzeda. Jeśli się uda, ubije może jednego, a może nawet dwa ścierwa. Z takim nastawieniem ruszył w stronę potworów.Te, widząc zbliżającego się człowieka, warknęły ponownie.

Dwa mniejsze wilkołaki zaczęły go okrążać, podczas gdy przywódca nadal stał naprzeciw niego na dwóch łapach. Sigurd bacznie obserwował wszystkie potwory, a gdy odszedł na bezpieczną odległość od swego domu, zatrzymał się. Tymczasem jeden ze stworów ruszył powoli w jego stronę. Wiking odwrócił się delikatnie w jego stronę, tak by nadal mógł widzieć pozostałe monstra. Zbliżający się wilkołak przyspieszył, a gdy znalazł się kilka metrów od samotnego wojownika, rzucił się w jego stronę. W międzyczasie swój bieg zaczęła również druga z mniejszych bestii, co Sigurd zauważył kątem oka. Zajęty był jednak wilkołakiem, który właśnie skoczył w jego stronę.

Wiking wyczekał na odpowiedni moment, a następnie uskoczył na bok, w międzyczasie celując toporem w łapę potwora. Potężny wrzask zatrząsł drzewami, gdy stwór próbował wylądować na przednich łapach. Ręka, w którą trafiło ostrze, ledwie trzymała się na kilku strzępach skóry, przez co podczas próby lądowania potwór runął na ziemię, przy okazji powalając swojego nadbiegającego towarzysza. Wojownik wiedział, że musi działać szybko. Po skoku wykonał przewrót i stanął pewnie na nogach. Widział teraz dwa kłębiące się kosmate ciała, tarzające się w śniegu. Sprawnie w kilku susach dobiegł do zranionego stwora i omijając wierzgające nogi wbił swój topór w szyję wilkołaka. Stojący nadal przy lesie największy z demonów zawył. Ciało dobitej bestii jeszcze przez chwilę wierzgało w konwulsjach, po czym znieruchomiało. Tymczasem drugi wilkołak zdołał się już podnieść z ziemi. Zbliżył się do Sigurda i zamachnął się zakończoną kilkucalowymi, zaostrzonymi pazurami łapą. Przed masakrą uratowało wikinga potknięcie. Cofając się, zahaczył on bowiem o gałąź leżącą w śniegu, dzięki czemu pazury minęły go o włos.

Potwór, zadając cios odsłonił swój lewy bok, co wykorzystał wojownik. Rzucił swym toporem, który z chrzęstem wbił się w cielsko bestii. Monstrum zaryczało nieludzko, na moment spuszczając z oczu Sigurda. Ten zwinnie skoczył w kierunku potwora i wyrwał ostrze, a następnie wdrapał się na plecy wilkołaka. Stwór zaczął wierzgać, próbując zrzucić wojownika. Ten uczepił się jedną ręką futra, a drugą jął ciąć bestię toporem. Wilkołak zaczął osuwać się na kolana, gdy ostatnim wysiłkiem zdołał jeszcze zrzucić Sigurda, po czym bezwładnie padł na ziemię. Wiking tymczasem przeleciał kilkanaście metrów i wyrżnął plecami o grunt. Choć śnieg zdołał nieco zamortyzować upadek, to jednak wikingowi zabrakło tchu. Widząc przed oczyma cień, pomyślał, że traci przytomność, jednak okazało się, że oto stoi nad nim ostatnia bestia, największy z wilkołaków. Wojownik zdał sobie sprawę, że jest bezbronny, bowiem topór wypadł mu z ręki podczas upadku i leżał kilka metrów dalej. Próbował przeczołgać się w jego kierunku, lecz ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Monstrum pochyliło się nad Sigurdem i ryknęło z całych sił. Wiking poczuł okropną woń rozkładającego się ciała i odchodów.

Bestia, wciąż rycząc, zamierzyła się na leżącego wojownika, gdy nagle jej paszczę przeszyła strzała. Sigurd zdołał odwrócić głowę i dostrzegł Ingvara, wyciągającego kolejny pocisk z kołczanu. Był dumny z syna. Drugi bełt wbił się w szyję potwora, a chwilę później trzeci przebił mu oko.

Valhalla musi poczekać. – pomyślał Sigurd.

Gdy kolejna strzała dosięgła wilkołaka, ten osunął się na kolana. Walka była skończona, tak przynajmniej myślał Sigurd i jego syn. Tymczasem bestia ostatnim tchem zdołała wbić swe pazury w brzuch wikinga, po czym padła obok niego. Wojownik westchnął.

– Nieeee!!! – krzyknął Ingvar, odrzucając łuk i biegnąc w stronę ojca.

Sigurd, zwany Nieustraszonym, nie czuł bólu, ani strachu, a jedynie ulgę i dumę. Tymczasem syn dobiegł do wikinga i podał mu leżący kilka metrów dalej topór.

– Ojcze…

– Synu… Nie płacz. Widocznie Odyn potrzebuje kolejnych wojowników w Valhalli. Zaopiekuj się siostrzyczką, swoją matką i braciszkiem. Synu, jestem z ciebie dumny… – po czym wyzionął ducha, dokładnie w momencie narodzin jego kolejnego potomka, syna Haralda.

 

Koniec

Komentarze

Jeszcze przed przeczytaniem: nie stosuj akapitów na kilka tysięcy znaków. Dziel takie coś, bo to coś w środku tekstu to ponad 4000 znaków :) 

wilk-zimowy serdecznie dziękuję za uwagę i radę. W innych swoich opowiadaniach dzieliłem, a w tym sam jakoś nie wiedziałem jak to sensownie podzielić i koniec końców nijak tego nie zrobiłem. :)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Spróbuj :-) Warto, bo to wpływa na płynność czytania – a więc pośrednio na wrażenia czytelników :-)

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

wilk-zimowy zgodnie z Twoją radą niezdarnie wstawiłem akapity ;)

śniąca oraz NoWhereMan dziękuję za przeczytanie :)

Całkiem dobrze napisane jak na debiut. Zdarzają się jeszcze drobne potknięcia, literówki czy powtórzenia ale musisz jeszcze popracować nad fabułą. Ta w powyższym szorcie przypomina mi skrzyżowanie Thorgala, serialowych Wikingów i nowego God of Wara.

Czytało mi się przyjemnie, więc z chęcią zerknę do Twojego kolejnego opowiadania.

Powodzenia w konkursie :)

Przede wszystkim zajrzyj tu http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 To wątek w Hyde Parku wątek o poprawnym zapisie dialogów. 

Po drugie przejrzyj opowiadanie pod kątem powtórzeń, wydaje mi się, że masz potworną ilość potworów. Warto stosować synonimy. W pierwszym akapicie zaczynasz i kończysz “pomimo”. Poza tym powtarzasz często te same informacje – na przykład w różnych konfiguracjach informujesz kilka razy, że wszystko zasypał śnieg.

A co do samego opowiadania – pomysł był, ale trochę zawiodło wykonanie. Wydaje mi się, że powinieneś nieco inaczej rozplanować opowiadanie – walka z potworami zajmuje więcej niż połowę tekstu, a przecież nie do końca istotne jest jak Wiking uderzył albo jak się bestii udało uskoczyć. 

Ale jak na debiut jest całkiem nieźle.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

belhaj oraz bemik dziękuję za przeczytanie i krytyczne uwagi. Przy następnych opowiadaniach postaram się zwrócić uwagę na poruszone przez Was aspekty. W niedalekiej przyszłości prawdopodobnie opublikuje na forum kilka moich kolejnych opowiadań ;)

Fajnie, że nie skoncentrowałeś się wyłącznie na walce – są i inne aspekty życia. Ale i tak te opisy poszczególnych ciosów mnie nużyły. Cóż, to nie moja bajka.

Babska logika rządzi!

Masz smykałkę do pisania, ale brakuje jeszcze umiejętności. Piszesz poprawne zdania, bywa, że są więcej niż poprawne. Jest czasem nieźle. Ale masz tendencję do efeciarstwa w opisach, które wywołuje odwrotny efekt i uśmiech na twarzy czytelnika. Także fabuła nie grzeszy orginalnością i jest zbiorem kalk i efekciarskich motywów. Sama idea śmierci ojca w obronie rodziny, w chwili gdy rodzi się kolejne dziecka jest nawet ciekawa. Jednak za bardzo skupiłeś się na opisie nawalanki. I co gorsza, nie udało Ci się wywołać u czytelnika (u mnie) poczucia grozy sytuacji. Facet idzie na spotkanie bestii, jest luzik, spoko, syn wyprowadzi rodzącą właśnie matkę (!!!) przez tunel… A wojownik sobie umrze, bo przecież Odyn czeka. Zwyczajne popołudnie u wikingów.

 

Poniżej tylko kilka zgrzytów, na wybranych przykładach.

 

Pomimo zbliżającego się zmierzchu nadal było jasno. Mężczyzna brnął przez zaspy sięgające kolan. Mimo to szedł równym, miarowym krokiem, niosąc na ramionach młodą sarenkę. Ubrany był w niebieski płaszcz i narzucony na wierzch kożuch. Sięgające ramion blond włosy przykryte miał hełmem, a zza pasa wystawał topór. Wojownik pomimo mrozu i zmęczenia był zadowolony.

 

Amatorskie wejście. Dobry autor nie zaprezentowałby w pierwszym akapicie wyglądu i odzienia bohatera. I to waląc opisem kawa na ławę. Poza tym mógłbyś napisać, że niósł martwą sarnę, bo zaraz sobie wyobraziłem, że niósł żywą.

 

Myśliwy minął ostatnie drzewa, gdy nagle usłyszał kobiecy krzyk, dobiegający od strony jego domu.

 

Po co to jego? Domyślam się, że to był dom bohatera.

 

Pędem ruszył w stronę drewnianej chatki, pokonując w ekspresowym tempie pięćdziesiąt metrów pomimo grubej warstwy śniegu. Będąc kilka metrów od drzwi, poczuł woń krwi.

 

No wybacz. Ekspresowe tempo w świecie wikingów? Ekpres to taki pociąg albo przesyłka pocztowa.

 

Przy samym wejściu zrzucił z ramion sarnę w zaspę i zręcznym ruchem wyjął zza pasa topór.

 

Na czym polega zręczność wyciągania topora zza pasa?

 

Sekundę później z hukiem otworzył drzwi do swojego domu i nerwowo rozejrzał się po wnętrzu.

 

I znowu. Po co swojego? Przecież wiemy, że nie domu maklerskiego.

 

– Już jestem, najdroższa. – po czym ucałował żonę w rękę.

 

Tutaj chyba zżarło jakiś czasownik określający czynność mówienia. A jak go wstawisz, to usuń kropkę.

 

– Siostrzyczkę. – wyszeptała ciężarna w przerwie między kolejnymi skurczami.

 

Usuń kropkę. Masz sporo błędów w zapisie dialogów.

 

Tymczasem wiking zbliżył się do drzwi i wyszedł na zewnątrz.

 

Gorzej gdyby zbliżył się do okna albo kominka i wyszedł na zewnątrz. Po co to “zbliżył się do drzwi"?

 

Wojownik odwrócił się i zobaczył przerażone oblicze syna, patrzące na potwory.

 

Oblicze patrzyło na potwory? A co robił w tym czasie syn?

 

Teraz dokładnie mógł przyjrzeć się zmorom. Środkowy wilkołak stał na tylnich łapach, podczas gdy dwa pozostałe przyczaiły się w pozycji typowej dla wilków.

 

Były cienie, zmory, potwory, a okazało się, że to wilkołaki.

 

Mierzył on bez mała trzy metry wysokości. Ich ciała porośnięte były gęstym futrem, a żółte ślepia patrzyły na wojownika z nienawiścią.

 

Zamień metry na jakieś stopy lub łokcie. To fantasy. I nie zmieniaj liczby ze zdania na zdanie. Mierzył (czyli jeden) a zaraz ich ciała (czyli nie jednego).

 

Jak na zawołanie wszystkie bestie otworzyły paszczę i potężnie ryknęły.

 

Miały tylko jedną paszczę do spółki?

 

Sigurd mógł przyjrzeć się kłom wielkości jego ręki.

 

WTF? Miały pazury na kilka cali jak piszesz dalej, ok, jakoś to przeboleję. Ale zęby metrowej długości? To były giganty?

 

Wiedział, że ten sprowadzi całą rodzinę do piwnicy, a stamtąd tunelem w bezpieczne miejsce, dlatego był spokojny.

 

Spoko. Przecież drewniane chatki w lesie mają zazwyczaj tunele. Niektóre nawet łączą się z metrem w Paryżu.

 

Z takim nastawieniem ruszył w stronę potworów.Te, widząc zbliżającego się człowieka, warknęły ponownie.

Pauza po kropce. A nastawienie miał niezłe. Właśnie żona rodzi, wilkołaki pod domem, a on luzik, syn lat 13 obroni żonę w połogu i babcię i siostrę jak tata padnie w walce pod domem. Ale nie, oni przecież będą szli tunelem, zwłaszcza kobieta, której wystaje główka dziecka między nogami.

 

Wiking odwrócił się delikatnie w jego stronę, tak by nadal mógł widzieć pozostałe monstra.

 

Lubisz słowo "delikatnie" i delikatnie go nadużywasz.

 

Potężny wrzask zatrząsł drzewami, gdy stwór próbował wylądować na przednich łapach.

 

Jasne. A jego potężne beknięcie to by poruszyło kamienie.

 

Monstrum pochyliło się nad Sigurdem i ryknęło z całych sił. Wiking poczuł okropną woń rozkładającego się ciała i odchodów.

 

To znaczy, że wilkołak wcinał kupy? Jak jamniki?

 

Sigurd, zwany Nieustraszonym, nie czuł bólu, ani strachu, a jedynie ulgę i dumę. Tymczasem syn dobiegł do wikinga i podał mu leżący kilka metrów dalej topór.

 

Jasne, flaki mu wypływały ale nie czuł bólu bo był przecież wikingiem, a wikingowie nie czują bólu tylko dumę, ewentualnie ulgę, gdy im flaki wypływają i właśnie zostawiają rodzinę z niemowlakiem osieroconą w środku zimy na pustkowiu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Piszesz sztywno, z trudem, jakbyś dopiero pracował nad stylem. Wszystko dzieje się bardzo szybko, przekazujesz fabułę migawkami, co chwilami nadaje jej komicznego charakteru. Bam – ktoś idzie w stronę chaty. Bam – chłopak ma zalaną twarz łzami. Bam – gość jest gotowy oddać życie. Brakuje Ci subtelności, plastyczności, ale to wszystko jest do wyrobienia.

 

Parę uwag:

 

“pokonując w ekspresowym tempie pięćdziesiąt metrów” – Ani “ekspresowe tempo”, ani “metry” nie pasują do użytej w tym szorcie stylistyki – wybrałeś klimat nordyckiej mistyki, więc postaraj się jej trzymać.

 

“– Ingvar oporządź ją, proszę. “ – “Ingvarze”, w języku polskim odmieniamy imiona (które czasami na tym cierpią, ale na to już rady nie ma).

 

“Wiedział, że ten sprowadzi całą rodzinę do piwnicy, a stamtąd tunelem w bezpieczne miejsce, dlatego był spokojny.” – Czy bohater naprawdę oczekuje, że chłopak sprowadzi swoją rodzącą matkę do piwnicy, z dzieckiem na wpół tkwiącym jeszcze w macicy? I jest zupełnie spokojny, że to się uda? Optymista :)

 

Ingvar strzelał z kuszy, czy z łuku? Albo bełty, albo strzały.

 

Zakończenie przsadnie ckliwe, nie mój typ. Tekst przeciętny.

 

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hm… Niestety psychologia postaci nieco kuleje. Oczywiście wejście w głowę wikinga, oddanie jego sposobu rozumowania to nie jest coś, na czym zjadłem zęby, ale mimo tego nadal uważam, że jest w postępowaniu bohatera nadmierna lekkość. Ot wypruli mi flaki, trudno żonka i dzieciaki dadzą sobie radę, w końcu wytłukłem ostatnie 3 wilkołaki w uniwersum ;)

 

Natomiast, co do krytyki stylu, to nie przejmuj się za bardzo. Całe szczęście można go wypracować. Słuchaj tylko rad tych, którzy będą Cię czytać. No i tematyka… Stanowczo rekomenduję inną gałąź fantastyki – na tym drzewie buja się zbyt dużo małp ;)

 

Pozdrawiam

Czwartkowy Dyżurny

– Ingvar[+,] oporządź ją, proszę. 

 – Tak się martwiłem[-.] – odrzekł mężczyzna.

 Problem z zapisem dialogów się powtarza.

Stojący potwór był zdecydowanie największym spośród nich. Mierzył on bez mała trzy metry wysokości. Ich ciała porośnięte były gęstym futrem, a żółte ślepia patrzyły na wojownika z nienawiścią.

Tutaj zmieniasz podmiot – najpierw mówisz o jednym potworze, potem opisujesz wszystkie. 

Z takim nastawieniem ruszył w stronę potworów.Te, widząc zbliżającego się człowieka, warknęły ponownie.

A tu zgubiła się spacja między zdaniami. 

Tymczasem jeden ze stworów ruszył powoli w jego stronę. Wiking odwrócił się delikatnie w jego stronę, tak by nadal mógł widzieć pozostałe monstra. Zbliżający się wilkołak przyspieszył, a gdy znalazł się kilka metrów od samotnego wojownika, rzucił się w jego stronę. W międzyczasie swój bieg zaczęła również druga z mniejszych bestii, co Sigurd zauważył kątem oka. Zajęty był jednak wilkołakiem, który właśnie skoczył w jego stronę.

Zwracaj uwagę na powtórzenia. Już na początku jest dużo “pomimo”, potem sporo “potworów”.

Sam pomysł nie jest może nowatorski (bohater ginie chroniąc rodzinę, symboliczne rodzące się dziecko), ale też nie jest zły. Sugeruję przemyśleć kompozycję tekstu (jest nieproporcjonalnie dużo walki, zostaje niewiele miejsca na całą resztę) i wiarygodność bohaterów (Sigurd nie zachowuje się jak odpowiedzialny mąż i ojciec, ale jak głupi gówniarz).

Ale czytało mi się całkiem nieźle :)

Nowa Fantastyka