- Opowiadanie: krajemar - Zimna (Zapachu część druga i ostatnia)

Zimna (Zapachu część druga i ostatnia)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zimna (Zapachu część druga i ostatnia)

Jesienny deszcz wychłostał dolinę z dawien dawna od świata odciętą. Wicher poszarpał drzewa, ostatnie liście z gałęzi strząsając. Zakotłowało się w powietrzu, zahuczało i zawyło, zaś w chwilę potem ucichło tak nagle, jak się zaczęło.

Zachodzące słońce zza chmur wyjrzało i promieniami kurne chaty ozłociło. Zalśniło w kroplach ściekającej ze strzech wody, zaskrzyło na jeziorze, przy którym domostwa, niczym kopy siana ogromne, przycupnęły.

Radożyc ulewą się nie przejmował, w kuźni swojej wraz z młodym pomocnikiem, Witkiem, pracując. Młodzik niewysoki był i krępy, ale siły i zapału posiadał, ile trzeba, a do tego talent do wyrobu zausznic, fibul i innych zmyślnych błyskotek miał taki, że nie tylko baby, ale i sam kowal tym cudeńkom nadziwować się nie mogli. Kilka księżyców dopiero uczył się Witko u Radzożyca, rzemieślnik wiedział jednak, że skarb nie byle jaki mu się trafił, i mniej szorstko niż innych ludzi zwykł go traktować.

Miech huczał miarowo, żylastymi ramionami terminatora naciskany, rytm wspólnej pracy niczym pieśni, nadając. Młot kowala zaś ostrze siekiery kujący, brzęczał to tak, to znów inaczej, jakby zwrotki i refreny wyśpiewywał.

Wtem od lasu postać nadeszła dziewczęca, w pelerynę czerwoną z kapturem odziana. Przemoczona od stóp do głowy Chaberka Radożycówna nerwowym krokiem wprost do kuźni ojca się skierowała. Rodzic, dojrzawszy jej wzburzenie z daleka, młot opuścił i przetarłszy czoło przedramieniem czekał, aż dojdzie do nich. W głębi niewielkiej kuźni Witko starał się nie gapić na dziewczynę, choć mu zaiste do serca przypadła. Mimo blizn na twarzy pazurami bestii zadanych, Chaberka urodziwą wciąż była, a niektórym, jak Witkowi, z bliznami ciekawszą się nawet zdawała. Ona jednak zgoła inaczej myślała i do młodzieńców odwagę zupełnie straciła. Po ataku przyjaciela, który się w potwora zmienił, serce jej nieufne się stało i zimne, nikogo prócz ojca głębszym uczuciem nie darząc.

Wzburzona stanęła pod okapem kuźni i z obawą obejrzała się w stronę lasu.

– Coś ty, Chaberka, licho cię goni? – zażartował kowal, choć po spojrzeniu jasnych oczu córki poznawał, że coś się złego wydarzyło.

– Gorzej, tatku – odparła. – Wilkuna spotkałam.

Na te słowa oblicze mężczyzny mrocznym się okryło całunem. Zaklął szpetnie, młot w dłoni ważąc, jakby się do rozłupywania łbów szykował, i wykrztusił:

– Nie może to być… Gdzie?

 

*

 

Tamto popołudnie w lesie spędziła, między rudymi liśćmi grzybów wypatrując. Nucąc pod nosem, ze wzrokiem wbitym w ściółkę, bezwiednie od domu się oddalała i nie zauważyła sama, kiedy na drugą stronę jeziora zawędrowała.

Spomiędzy sosen i buków wyszła niespodziewanie na polanę, z jednej strony skałami zamkniętą, z drugiej zaś łagodnie ku wodzie opadającą.

Stanęła jak wryta, z zaskoczenia prawie dech tracąc. O kilka kroków od niej, na głazie, siedział Wilkun, a dziewczyna młoda bliznę na brzuchu wodorostami jakimiś mu okładała. Skóra tej dziewczyny zielonkawa była i cienka tak, że błękitne żyły widać było jak na dłoni. Oczy miała czarne, bez białek, a strzępy kusej sukienki wisiały niezgrabnie na jej chudym ciele. Na widok Chaberki rzuciła, co w rękach miała, i w jezioro skoczyła, znikając pod wodą jak kamień. Wilkun zaś wstał powoli i ku Chaberce ruszył, jednak widząc, że ją tym przestrasza, zatrzymał się, dłonie uspokajająco ku niej wyciągając.

– Nie uciekaj! – błagał. – Przysięgam, że krzywdy ci nie uczynię!

Opętanie w oczach jego błyskało i dziewczyna bała się go nie posłuchać. Stali tak w pewnym od siebie oddaleniu, oboje spięci i niepewni drugiego.

– Aleś ty piękna, Chaberka… – jęknął boleśnie, na co kowalówna odruchowo blizn na policzkach dotknęła.

– To ja ci to…? – nie dokończył, męczony wyrzutami sumienia. – Wybacz mi, zaklinam cię! – Postąpił gwałtownie ku niej, na co odskoczyła, prawie do ucieczki się rzucając.

Cofnął się natychmiast, więcej już zbliżyć się nie próbując.

– Jakżeś to przeżył? – odważyła się zapytać po chwili. – Rusałka cię zratowała?

– Ona. Choć nie jest rusałką ani wiłą. Z wody mnie wyciągnęła i jakoś do żywych wróciła, ale jak, nie wiem, bom dni kilka w malignie takiej leżał, żem Sine Wody już oglądał, jeno że mieszańcem jestem to wejść nie pozwolili. A piękne są, Chaberka! Piękne! Jak moi wrócą, wszystko zrobię, żeby mi tam ze sobą iść pozwolili!

– Co ty gadasz, Wilkun? – Córka kowala pewna już była, że chłopak oszalał. – Kto wróci? Wilkarzy? Gorączka cię chyba trawi, widać rany jeszcze nie zagojone!

Roześmiał się w głos, głowę odchylając i zdało się, że po wilczemu zawyje za chwilę.

– Oni! Oni właśnie! – Wbił w ukochaną płomienny wzrok. – Dyć wszystkie stwory w lesie wiedzą, że wilkarzy wrócą, gdy morze za górami zamarznie. Kto wie, może tej zimy nawet!

Chłód przeszedł kowalównie po kręgosłupie, tak prawdziwie jego słowa zabrzmiały.

– Nie! Szalonyś, Wilkun! – krzyknęła po dziecinnemu i uciekła w las, za sobą słysząc, jak mieszaniec wzywa ją i zaklina, by wróciła.

Dalsze wołania nagła ulewa zagłuszyła, która do tej pory czekała, jakby chciała Chaberkę przed niechcianym rozmówcą za ścianą deszczu ukryć.

 

*

 

– Psi syn… – wysyczał kowal wściekle, opowieści córki wysłuchawszy.

Z miejsca chciał na Wilkuna iść, ale mu Chaberka na spółkę z Witkiem odradzać poczęli:

– Ściemnia się, a po lesie niebezpiecznie po zmroku się plątać – mówił chłopak.

– Do jutra ucieknie! – warknął Radożyc. – Ludzi trza zbierać i iść!

– A dyć przecie on niegłupi, tatku! Nie siedzi i nie czeka na was. Dawno uciekł i ślady zatarł, a wilka w lesie szukać to jak wiatru w polu.

Radożyc wiedział, że rację mają, w bezsilnej złości miotał się więc po kuźni, ciężkim młotem jak słomianą lalką potrząsając. Ułagodzili go jakoś i do chaty zaciągnęli, gdzie przy palenisku usiadł ciężko i w żar się wpatrzył, dłoń leniwie masując, na której bliznę miał głęboką po nacięciu. Po tym jego odruchu córka nauczyła się poznawać, kiedy frasunek go męczy. Bez słowa wieczerzę mu przyniosła i odprawiwszy Witka, spać się położyła.

Następnego dnia wieść szybko się rozeszła i część chłopów w las poszła, po trosze na łut szczęścia licząc, po trosze zaś, by w chacie bezsilnie nie siedzieć. Babom w obejściach zdało się, że je ktoś z lasu podgląda, ale po prawdzie to kowalówna rację miała, że Wilkun za bystry był na to, by tak blisko wsi podchodzić.

Odejść za daleko też nie potrafił. Ukrywał się niczym zjawa i pozwolił, by wieś zapomniała na powrót o jego istnieniu. Chował się po zachodnich jaskiniach, które za dom swój przywykł uważać, a polował jedynie nocami. Za towarzyszkę miał milczącą dziewczynę o zielonej skórze, pająki, nietoperze i leśne straszydła, którym z drogi schodził dla bezpieczeństwa. Niemal pół roku już żył w ten sposób i zdawało mu się, że do śmierci marnej żywot taki wiódł będzie. Tymczasem spotkanie z Chaberką spokój ducha na powrót mu zburzyło. Przypomniał sobie wszystko – jaka piękna była i jak ją skrzywdził niechcący, czego nigdy wynagrodzić jej nie miał sposobności. Zadumany, nie zważał na odwiedzającą go pannę z jeziora i mniej niż zwykle uwagi poświęcał. Patrzyła nań nieludzko czarnymi oczyma, i pierwsze zdziwienie przeradzało się w jej martwym sercu w coś dawno przez nią zapomnianego – zazdrość.

Wilkun sprawy sobie z tego nie zdawał, bo i jakże, skoro zielonowłosa tyle dlań znaczyła, co posłanie ze skór – było zawsze i będzie. A jeśli nie, znajdzie się inne.

Ze wszystkich ludzi na świecie Chaberki jeno z serca wyrzucić nie umiał, i choć myślał dotąd, że wyleczył się z tego miłowania, teraz znów wróciło do niego, paląc trzewia i co noc sny gorące zsyłając. Przez to z dnia na dzień coraz bardziej rozdrażniony po jaskini się miotał.

Obłęd wilczy, któremu przeciwstawić się nie umiał, powrócił. Zwierzęca krew krzyczała, by z żądzami nie walczył i przy możliwej okazji zaspokoił je.

Nie wytrzymał w końcu rozłąki i ostrożnie jął się ku obejściu kowala zapuszczać. Z daleka dziewczynę obserwował, codziennie o krok się zbliżając. Panna z jeziora często za nim się snuła, zaciekawiona tym nowym jego zajęciem. Wkrótce jednak zrozumiała i z coraz większą złością wyraz twarzy Wilkuna obserwowała, gdy na tę ludzką dziewczynę się gapił.

Chaberka nigdy sama do lasu nie wychodziła. Radożyc nakazał Witkowi na krok jej nie odstępować i Wilkun szybko zauważył, że terminatorowi wielce ten pomysł spasował. Łaził za kowalówną, zagadywał i nadskakiwał jej, co widząc mieszaniec chciał z ukrycia wyskoczyć i gardło rywala rozerwać. Wstrzymywała go i uspokajała tylko obojętność Chaberki, która uprzejmie, lecz chłodno, konkury przyjmowała.

Po prawdzie, to Witko niezbyt był do dziewcząt śmiały i myślał, że uczucia swoje dobrze przed światem ukrywa. Tymczasem nie tylko Wilkun, ale i kowal dostrzegł do kogo serce jego bije, a i sama Chaberka, przejrzała go dawno. Czego wilkooki nie wiedział, to że opiekun doliny rad był wielce takiemu spraw obrotowi, a pojawienie się ponowne mieszańca, przyspieszyło tylko decyzję, z którą się od czasu pewnego nosił.

Zabronił córce samopas od chaty się oddalać, i gdy mu Witko koniecznie był przy miechu potrzebny, Chaberka albo w chacie gospodarzyła, albo na progu kuźni siedziała, krajki na tabliczkach skórzanych tkając. Po grzyby, smalec od myśliwego albo inne rzeczy potrzebne zawsze z nią chłopak chodził, a Wilkun, z daleka, śledził ich zazdrośnie.

Minęło tak z pół księżyca i ludzie, jak to ludzie, przywykli i zapominać zaczęli o mieszańcu. W lesie zawsze przeróżne stwory mieszkały i jeden więcej znaczenia nie miał, tym bardziej, że zima się zbliżała szybko i o zapasach, nie o strachach, trzeba było myśleć.

Jeden Radożyc nie zamierzał zapomnieć. Odkąd opiekunem doliny został, już trzy razy przychodziło mu ludzi ratować. Przybyło mu od tego kilka blizn na ciele i w sercu. Jeszcze bardziej milczący się stał niż był, zanim dłoń naciął. Zmienił się – Chaberka często mu to wypominała, a on przecie dla niej to wszystko…

Wiedźma wiele go o potworach nauczyła i nigdy pomocy nie odmówiła. Kowal wiedział, że w końcu czegoś w zamian zażąda, lecz bał się zapytać czego. I tym razem odwiedził staruchę, lecz na Wilkuna więcej poradzić nie mogła.

– Czekaj. I patrz – powiedziała tylko. – Wiesz, czego zwierz pragnie.

Kowal wiedział i dlatego właśnie córki jak oka w głowie strzegł. Pewien był jednego – prędzej czy później Wilkun po nią przyjdzie. I drugi raz już się peleryną oszukać nie da.

 

*

 

Radożyc niewiele sypiał, wciąż się starając czujność zachować. Myślał nawet, coby Witka do chaty sprowadzić i na przemian z nim straż trzymać w obejściu, ale matka młodzieńca zległa zmorzona chorobą, a syn jedynym był, co jej jeszcze w życiu zostało. Nie mógł więc opiekun baby bez pomocy zostawić.

Noc była cicha. Księżyc, cienkim sierpem na niebie wiszący, ciemności nie rozpraszał, za to gwiazdy przy nim świeciły jaśniej, pięknie nad lasami i górami migocząc. Zagroda kowala na skraju wsi się znajdowała, blisko boru z jednej, a jeziora z drugiej strony. Od wody kilkadziesiąt kroków do plecionego płotu było, jeszcze mniej zaś do pierwszych sosen. Kowal w cieniu kuźni schowany, obserwował gwiazdy spokojnie, ciesząc oczy i kwas chlebowy z kubka glinianego popijając. Było już po połowie nocy i myśl o ciepłym posłaniu przy palenisku kusiła coraz to mocniej.

Wtem zdało mu się, że ruch dostrzegł pod płotem, od jeziora strony. Zamarł z kubkiem w pół drogi do ust, niepewny, czy ktoś domostwo jego nachodzi, czy mu jedynie zmęczenie na oczy się rzuca.

Zaraz jednak kształt ciemniejszy od otoczenia bliżej chaty się przesunął, a mężczyzna powoli kubek odstawił, na srebrnym nożu dłoń mocniej zaciskając.

Obcy zwinnie do ściany doskoczył, przez okienną szparę zajrzeć próbując do środka.

Chwilę tę właśnie, kiedy plecami do Radożyca się odwrócił, ten szybko wykorzystał. W kilku susach małe podwórze przeskoczył i w milczeniu na intruza się rzucił. W ostatnim momencie zaatakowany stwór uchylił się przed ciosem, odruchowo za nadgarstek kowala chwytając. Radożyc poczuł, że to, co go dotyka, mokre jest od wody i zimne jak lód na jeziorze. Dotarło doń w tym momencie, że Wilkun to być nie mógł, bo i postać zbyt drobną jak na mieszańca była.

Poczuł ból przemożny, gdy ostre zęby wpiły się w rękę dzierżącą nóż.

Wolną dłonią potwora za kudły chwycił i szarpnięciem pysk od rany oderwał. Okaleczone przedramię słabło, jadem zatrute i właściciela słuchać już nie chciało. Radożyc przeklął w myślach, obawiając się, że za chwilę noża użyć nie będzie w stanie.

Naraz drzwi chaty otworzyły się i stanęła w nich Chaberka w siekierę uzbrojona.

– Do środka, już! – zawył wściekle Radożyc, z nadludzko silnym przeciwnikiem się mocując.

Stwór, ujrzawszy dziewczynę, zasyczał z taką wściekłością, że natychmiast jasnym się stało, kto celem jego najścia miał  być. Od razu też, na ból nie bacząc, mężczyźnie się wyrwał, w dłoni jego sporą kępę włosów zostawiając i ku Chaberce skoczył.

Kowal wywinął się przez ramię i gdy go poczwara mijała, z wysiłkiem ciął srebrnym ostrzem w chude ramię. Kobiecy wrzask rozdarł nocne powietrze i napastniczka jak oparzona w bok skoczyła, byle dalej od noża.

Stwór atak przerwał i do ucieczki się rzucił. W samą porę zresztą, bo broń Radożycowi z okrwawionej dłoni wypadła. Nie był w stanie dłużej jej utrzymać i dopiero lewą ręką z trawy ostrze podniósł.

– Do środka – powtórzył zdyszany. – Nie wiem, co to było, ale mocne, jak skurwysyn…

Chaberka, nim drzwi za sobą i ojcem zaryglowała, raz jeszcze w miejsce, gdzie im intruz z oczu zniknął, spojrzała.

Ona wiedziała, kim była ta, co ją skrzywdzić chciała. Domyśliła się nawet dlaczego.

Nie wiedziała tylko – czym była.

 

*

 

W południe okazało się, że pod opatrunkiem rana goi się nad wyraz szybko. Pod wieczór prawie śladu po niej nie było, ale na przedramieniu linie się błękitne pokazały, w górę, ku szyi się pnące. Radożyc gorączki dostał wysokiej, tak że z posłania wstać nie mógł o własnych siłach. Chaberka Witka po Wiedźmę pędem posłała, a gdy starucha nadeszła, błękitne ślady prawie po łokieć już sięgały.

– Toś się doigrał, kowalu… – Baba siwym łbem pokiwała. – Trupim jadem zatrutyś. Topielica to być musiała.

– Z Wilkunem ją widziałam – przyznała Chaberka. – To ona z jeziora go wyciągnęła i wyleczyła. Myślę tak, że miły jej jest… może miłowała kiedyś i przez to w jezioro się rzuciła.

– Z durności się rzuciła, nie z miłości. – Wiedźma głową pokręciła. – Ale przeklęła się śmiercią taką, to i pewnie wraca to do niej. Głupota ta sama co za życia, do męskiego ścierwa ją ciągnie. Wszarze zaplute, wszyscy oni! – zakończyła gwałtownie, na co Witko, obecnością jej już i tak speszony, na dodatek wszarzem zaplutym się poczuł. Oczy podniósł i spojrzenie Chaberki napotkał, najwyraźniej jego miną rozbawionej.

Gdy się uśmiechała, blizny na jej twarzy jak cienkie żmijki się wyginały.

Chwilę trwało nim starucha Radożycowi napar jakowyś przygotowała. Kowalówna ze składników bielunia jedynie rozpoznała i pokrzyk, ale wystarczyło by wiedziała, że lek z tych mocniejszych być musi.

– Żebyś wiedziała. – Wiedźma wodnistymi oczyma ją przewierciła, jakby w myślach dziewczęcych czytając. – I powiem ci szybko, żebyś czasu po próżnicy na głupoty nie traciła – nie ma na jad trupi ratunku. Niebieskich śladów nie zatrzymam ani ziołami, ani zaklinaniem i gdy do serca dotrą, umrze.

Wygłosiwszy wyrok, spokojnie ranę papką z mchu okładać poczęła i słowem się więcej nie odezwała. Chaberka zaś łkanie w gardle powstrzymując, starała się pomagać i milczała również.

Dopiero na wyjściu z chaty, gdy już do siebie wracać zamierzyła, Wiedźma odwróciła się jeszcze.

– Chciałam cię dla siebie, dziewucho – wprost do Chaberki rzekła. – Ojciec twój głupi nie jest, dlatego nie mówił o tym ze mną. Teraz czas się przekonać, co w tobie siedzi. A kiedy już wiedzieć będziesz… moja chata wciąż w tym samym miejscu czekać będzie. Twoja zaś… – Nie dokończyła, dłonią kostropatą machnąwszy, po czym przez drzwi się wygramoliła i odeszła.

Chaberka i Witko bez słowa zostali, nic z jej gadania nie pojmując.

– Córko moja… – dobiegło z posłania przy palenisku.

Radożyc powoli do siebie dochodził, mimo słabości na skórach usiąść próbując.

– Podaj nóż – zażądał i dziewczyna srebrną broń mu przyniosła. – Dziad twój chciał tym wilkarskiego króla ubić. Specjalnie za góry się wyprawił, by to srebro zdobyć…

– Dyć wiem, tatku – przerwała mu, bo historię tę znała od kołyski. – Szkoda tchu na opowieść. Odpoczywaj teraz.

– Nie mam czasu! – Potrząsnął głową rozdrażniony. – Wiem, co Wiedźma mówiła. Słuchaj mnie uważnie. Od stworów trzymaj się z daleka. Od Wiedźmy tak samo. Ona człowiekiem dawno być przestała… – Przerwał zdyszany, a czoło pot mu oblał rzęsisty.

Dziewczyna chciała go do położenia się nakłonić, ale odpędził ją.

– Ty, chłopaku! – do Witka się zwrócił. – Chcę, byś za żonę moją córkę wziął i opiekował się nią, miast mnie. Jutro swadźbę zrobimy.

Młodzi po sobie spojrzeli i mówić nic im nie trzeba było. I bez tego wiedzieli, że Witko w dziewczynie się kocha, a ona w nim nie.

– Jutro – powtórzył Radożyc. – A ja tymczasem jedno zrobić muszę, nim do Nawii odejdę – ścierwo to znaleźć, co nam tak życie zatruło. Ubić go muszę. Mieszańca… ubić…

Wbrew swym słowom, miast na wroga ruszać, opadł słabnąc na posłanie i zdało się, że świadomość tracić poczyna.

– Czujecie? – spytał jeszcze, nosem węsząc z uśmiechem. – Welesowi wysłańcy ruszyli. Ojciec mówił, że śmierć jak krew pachnie. Zapach jej… czerwony jest.

 

*

 

Wilkun spać nie mógł i na legowisku z mchu i futer tam i nazad się przewracał. Podsłuchał plotki, że coś kowala poturbowało i co to było zrazu się domyślił. Wściekły był na topielicę okrutnie, bo przecie gdyby jej się udało, co zamierzyła, prochy jego Chaberki dziś do kurhanu by składali. Jak tylko panna z jeziora w jaskini się pojawiła, zrugał ją i zwyzywał od najgorszych. Ona zaś stała jeno i czarnymi oczyma gapiła się w niego, jakby ani słowa nie rozumiała.

– Czego się wytrzeszczasz?! – darł się na nią. – Anim ci ja brat, ani swat. Wdzięczny jestem za ratunek, ale mężem twoim nie będę. Chaberka mi przez bogów przeznaczona! Pewnym tego i każdemu, co mi na drodze do niej stanie, kark przetrącę jak królikowi! Tobie też! Raz jeszcze rękę na dziewczynę podnieś, a pożałujesz.

Topielica słuchała i pokornie gniew jego znosiła, a gdy przerwał na chwilę, podeszła doń i próbowała po ramieniu go pogłaskać.

– Czego zaś? – Odsunął się natychmiast. – Wynoś mi się sprzed oczu! Co ty myślisz, że razem żyć będziemy? Przeca trupem jesteś! Trupem, co w jeziorze gnić powinien, ale go nawet wodni bogowie nie chcieli, to i łazi po świecie. Ty chcesz żoną moją zostać, czy jak? Wracaj ty do jeziora lepiej, nie chcę już pomocy od ciebie.

To mówiąc za ramiona ją chwycił i siłą z jaskini wyprowadził.

Topielica mówić nie mogła, to i obronić się nie próbowała. Patrzyła nań błagalnie i łzy się nawet granatowe z martwych oczu polały. Na próżno. Wilkun złością dyszał i panny oglądać więcej nie zamierzał.

Pozbywszy się gościa, na posłanie się rzucił i spać chciał, by myśli uspokoić. Nie mógł jednak zasnąć, a w głowie wciąż plątały mu się obawy i nadzieje wszelakie.

A nuż Radożyc umrze i Chaberka z Witkiem zostanie, jak mówią we wsi. Chłopaka ukatrupić powinno się udać. A wtedy dziewczyna już tylko Wilkuna będzie. Jak po dobroci pójść nie będzie chciała, to ją porwie  i w jaskini zamknie, ale po to tylko, by czas zyskać. Jak nikt już między nimi stać nie będzie, wtedy wytłumaczy wszystko, aż w końcu zrozumie Chaberka, że on jeden tak miłować ją potrafi. I nawet blizny tej miłości nie umniejszą, bo przecie od niego je dostała. Może i przepraszać jej wcale za nie nie powinien? Wszak one jak znak od bogów, komu ta dziewczyna pisana.

Co jednak, jeśli kowal wydobrzeje? Wtedy pewnie nie odstąpi, póki i topielicy i mieszańca nie dopadnie.

 Z całą swoją wilczą siłą Wilkun nie odważył się nigdy Radożyca napaść. Jakoś respekt przed nim czuł i wyniku starcia się bał. Raz go już chłop niemal życia pozbawił, a od tamtej pory jeszcze gorszy się stał i mocniejszy.

Nie. Wilkooki nie chciał, by kowal do sił wrócił. Rzucając się po posłaniu tak właśnie myślał i teraz tylko wydumać musiał, czy się na los zdać i czekać, czy też szczęściu swojemu dopomóc.

 

*

 

Trudno było w jeden dzień swadźbę zgotować. Witko matce nowinę przekazał i kobiecina uradowała się tak, że z miejsca zdrowiej się poczuła. Wiadomo, jak to baba, przygotowań do ożenku syna przegapić nie mogła i swój udział we wszystkim mieć chciała. Martwił się młodzieniec, że matka zmęczy się i osłabnie, ale powstrzymać jej nawet nie próbował.

Przez dzień cały Witko Chaberki pilnował, żeby mu z oczu nie znikała. Bał się bowiem, że albo Wilkun, albo jego topielica postarają się do dziewczyny dostać. Kiedy jednak słońce już się za górami chowało i przygotowania były na ukończeniu, spostrzegł, że mu przyszła żona gdzieś przepadła. Zimny pot go oblał na samą myśl, że jej się coś stać mogło. Szybkim krokiem ku chacie kowala ruszył, na boki uważnie się rozglądając. Przed paroma chwilami u Radożyca byli, ale spał ziołami zmorzony, wrócili więc do ludzi. Dla Witka chata kowala pierwszym miejscem była, w którym dziewczyny szukać należało.

Blisko już był, gdy ją dostrzegł w miejscu, gdzie las za gospodarstwem do jeziora schodził. Siedziała na trawie, z kolanami pod brodę podciągniętymi, w taflę wody zapatrzona. Gdy podszedł, wstała z twarzą smutkiem ściągniętą.

– Czemu się chowasz, jeszcze cię mieszaniec zobaczy – zganił ją, jak umiał najłagodniej.

Wzruszyła tylko ramionami i jasny warkocz na plecy odrzuciła.

– Podumać chciałam chwilę w samotności – mruknęła.

– Ja myślałem, że płaczesz.

– Tak, juści… – parsknęła pod nosem.

Nie pamiętała już, kiedy płakać jej się zdarzyło. Ciężko jej było, ale nie umiała z nikim tym smutkiem się podzielić. Ze wszystkich w dolinie właśnie Witko jedynym był, któremu ufała na tyle, by przed nim serce otworzyć, a jednak zrobić tego nie umiała.

Ojciec mój umiera o świcie – chciała rzec – a ja chodzę, jak kukła słomiana i płakać po nim nie potrafię. Za mąż dziś wychodzę i choć od dawna wiem, że miłujesz mnie, nic nie czuję!

– Nie płaczę – wykrztusiła z trudem. – Jeno słucham, czy mi serce jeszcze bije. Nie wiem sama, kto trupem jest bardziej, topielica, co z miłości zabić by mogła, czy ja.

Zerknęła szybko na młodzieńca, ale spojrzenie miał tak szczerze zatroskane, że wzrok spuściła speszona.

– Taka pusta jestem w środku – wyznała tak cicho, że szeptem prawie. – Taka… zimna.

Witko czekał i słuchając podziwiał mimo woli, jak promienie czerwonego słońca skrzą na jej złotych warkoczach.

– Coś tam czujesz – rzekł spokojnie. – Złość może, a może żal i smutek. Każdemu inaczej to z serca wyłazi. Po prostu zamążpójścia się boisz, wiele młódek tak ma.

Opuściła ramiona i z namysłem na jezioro spojrzała.

– Nie małżeństwa się boję, jeno miłowania. Ono ludzi w bestie zmienia. Zazdrość i żądze na rozum się rzucają i do nieszczęścia łatwo doprowadzić mogą. Wilkun oszalał, a przecie wychowałam się z nim i wiem, że dobrym był przed tym jak mnie pokochał.

– Wilkun oszalał, bo mieszańcem jest i krew ma zatrutą – odparł. – Ja nie oszaleję przecież i krzywdy ci nigdy nie zrobię.

Powoli głową pokiwała i nim odparła, westchnęła ciężko.

– A mnie się zdaje, że właśnie jak on zaczynasz gadać.

Witko aż gębę otwarł ze zdziwienia na te słowa. Pokręcił głową, lecz nim coś odparł, Chaberka dodała:

– Witko, dobry jesteś i pracowity. Idź i weź sobie żonę gorącą i sprytną, nie taką jak ja skorupę, co dawnej Chaberki już nie przypomina. Chodzę, jem i śpię z przyzwyczajenia jeno. Nawet urody dawnej już nie mam. Nie pokocham cię, bo serce mam zimne. Dlatego na Roda przysięgam, że z obietnicy ojcowi mojemu złożonej cię zwalniam. Idź!

Prosto w oczy ciemne spojrzała dumnie, ale Witko ani drgnął. Na zachodzące słońce spojrzał, myśli zbierając. Potem uśmiechnął się jakby dzieckiem była, głupoty ku uciesze rodziców gadającym.

– Po Radożyca iść trzeba. Żerca czekać będzie – powiedział jakby nigdy nic i rękę do niej wyciągnął. – Chodźmy.

Nie chwyciła dłoni, ale bez słowa ku obejściu kowala ruszyła.

Razem na podwórko weszli i zaraz spostrzegli, że chłopak, który miał obejścia pilnować i alarm w razie czego wszczynać, na progu chaty leży. Na śpiącego nie wyglądał, więc podbiegli szybko i odkryli, że dycha, jeno przytomność stracił. Widząc to Chaberka jak wściekłe zwierzę przyskoczyła do drzwi i do chaty wpadła, za plecami Witka mając o krok.

– Ani kroku! – wrzasnął Wilkun, nad Radożycem znacząco się pochylając.

Kowal sine miał usta i wzrok tak błędny, że nie wiedzieć było, czy cokolwiek z tego, co się dzieje, w ogóle doń dociera. Błękitne linie znaczyły skórę na piersi, widoczną przez rozchełstaną, mokrą od potu koszulę. Prawie do serca już sięgały, czasu wiele mężczyźnie nie pozostawiając. Mieszaniec przykucnął u jego głowy, gotowy w każdej chwili kark ofiary skręcić.

Pomylił się jednak, najście to planując.

Chaberka ani na chwilę się nie zatrzymała. Wręcz przeciwnie, kroku od drzwi przyspieszyła, wprost na Wilkuna ruszając.

– Stój, Chaberka! – krzyknął Witko, ale złapać jej za ramię nie zdążył.

– Zabiję go! – zagroził wilkooki, skołowany obrotem sprawy.

– A proszę – warknęła dziewczyna. – On i tak już martwy jest, nie widzisz?

Twarz Wilkuna wydłużyła się w zdziwieniu i chwilę stracił, by zerknąć, czy prawdę mówi i czy mu cenna zdobycz tak po prostu u stóp nie skonała.

Napotkał zielone oczy Radożyca, wpite weń jadowitym spojrzeniem.

Chaberka chwyciła zydel, co jej się pod rękę nawinął i z całej siły rąbnęła mieszańca. Celowała w głowę, lecz uchylił się i cios po ramieniu zszedł, a drewniane nogi we wszystkie strony poleciały. Wilkun w złej pozycji się znajdował – przykucając nie był w stanie równowagi utrzymać i jak długi wprost w palenisko poleciał. Żar rozsypał się po izbie i leżące najbliżej futra dymić zaczęły, rychło płomieniem się zajmując.

Widząc, że Chaberka w szale znów na wilkookiego naciera, Witko sam nie wiedział, czy ma ją, czy też chorego ratować. W końcu, mnąc przekleństwo w ustach, rzucił się kowala od płomieni odciągać. Temu już jednak ratunek żaden nie był potrzebny, bo sapnąwszy ze światem się pożegnał.

Przepierzenie z sitowia fuknęło żywym ogniem i gorące powietrze niemal płuca chłopakowi poparzyło. Obejrzał się na Chaberkę.

Wilkun zdążył już na równe nogi skoczyć, przed dziewczyną się cofając. Chciał się w wilka zmienić, lecz nie mógłby wtedy wszystkiego tego powiedzieć, co od tak dawna powiedzieć zamierzał.

Wilcza krew nakazywała mu się bronić, choćby kłami i pazurami miał wyszarpać sobie drogę do wyjścia z chaty, co się płonącą pułapką stała.

Jednak widząc przed sobą błękitne oczy ukochane, warkocze złociste za plecami podskakujące i piękne oblicze Chaberki wiedział, że odejść bez niej nie może. Uspokoić ją tylko musiał, wytłumaczyć wszystko i ze sobą zabrać.

Tymczasem córka kowala siekierą w niego rzuciła i jedynie dzięki nadludzkiej szybkości z głową uszedł. Za dziewczyną chatę pożerały płomienie. Witko, kaszląc i kuląc się, wybiegł na podwórko, powietrza zaczerpnąć.

Nie widząc już innego wyjścia, Wilkun przestał uciekać i ręce przed siebie pojednawczo wyciągnął.

– Na Roda, miła ty moja! – błagał. – Stój, zaklinam cię, bo oboje tu spłoniemy! Uciekać nam trzeba!

Chaberka uśmiechnęła się krzywo, a blizny uczyniły ten uśmiech wyjątkowo ponurym.

– Czemu więc nie uciekasz, Wilkun? – warknęła.

– Rozmówić się z tobą muszę! Po to jeno przyszedłem!

– Ach, po to! A nie ojca mego zabić?

– Chaberka! Wiesz przecie, że nad życie cię miłuję! Nie podchodź, bo krzywdy ci nie chcę uczynić.

Nie posłuchała. Podeszła bardzo blisko, z lodowato zimnym spojrzeniem i twarzą czerwoną od panującego w chacie gorąca.

Tak straszna była w tej chwili, tak do Radożyca podobna.

I piękna tak, że serce obłąkanego mieszańca niczym wosk na ten widok topniało.

– Chodź ze mną – jęknął. – Pisani sobie jesteśmy! Zobacz, nic złego ci nie zrobię. Nie potrafię cię skrzywdzić…

Przytuliła się prawie, tak blisko stanęła i zapach jej, mimo dymu i swądu, w nozdrza bestii uderzył.

Czerwony był jak kiedyś i tak samo jak wtedy zdradliwy.

Dłonią po twarzy go pogłaskała, a gdy z rozkoszy oczy przymknął, srebrny nóż aż po rękojeść w sercu jego zatopiła.

Wierzgnął wyjąc, dziewczynę daleko od siebie odpychając. Uderzyła w ścianę ogniem zajętą i ślubna, błękitna sukienka zapłonęła, ból straszliwy zadając. Wrzasnęła Chaberka boleśnie, starając się płomień dłonią zagasić, gdy ją mocne ramiona Witka pochwyciły i mokrą derką z kuźni nakryły. Skuleni nisko, pędem z chaty wybiegli, agonii Wilkuna nie oglądając.

Chaberka kaszlała potwornie i na przemian z bólu wyła, ramię lewe wciąż czując, jakby ogniem płonęło. Powietrze nawet zdawało się ból zadawać dotykiem swoim.

Tymczasem ludzie się zbiegli, pożar z daleka widząc i do gaszenia się rzucili. Szczęśliwie do jeziora blisko było, więc z kuźni wiadra i cebrzyki, jakie kto znalazł, złapali i ku wodzie pobiegli. W połowie drogi jak wryci zatrzymali się, na siebie nawzajem wpadając.

Od jeziora, w nastającym mroku, szła niespiesznie kobieta. Chuda była i dziwna a biała niegdyś sukienka wisiała na jej ramionach niezgrabnie. Wieśniacy bez słowa miejsca jej ustąpili, zadziwieni i przestraszeni jej pojawieniem.

Topielica w ciszy zupełnej na podwórze weszła i na nikogo się nie oglądając wprost do chaty ruszyła. Jej mokra skóra syczała, gdy w drzwiach znikała, skąd dym biały gęstymi buchami uciekał.

Witko i Chaberka po sobie spojrzeli, zadziwieni tak samo, jak i pozostali.

Nie minęła chwila i na progu znów się panna pojawiła, wodą parującą sycząc, gdzieniegdzie nieco już osmolona. Trupem jednak będąc, bólu się nie bała i jakby nigdy nic, przypalone ciało Wilkuna z chaty wywlokła. A siłę taka miała, że zdało się, iż wysiłku żadnego jej to nie kosztuje. Ciągnąc cuchnący spalonym mięsem zewłok, minęła Witka i Chaberkę, jakby powietrzem byli.

Kilka kroków później zatrzymała się zaskoczona, usta otwierając i czarne oczy wytrzeszczając. Po jej czole spłynęła strużką granatowa krew, bo czubek srebrnego noża przebił się od tyłu głowy aż do twarzy. Ostatkiem sił topielica odwróciła się. Chaberka stała, ledwie się na nogach trzymając i chłodno patrzyła, jak nieludzkie oczy gasną.

Kilka sekund minęło, nim kolana pod wodną panną ugięły się i ciało jej na martwego ukochanego upadło.

– Do ognia z nimi! – zarządziła córka Radożyca. – A żywo!

Witko wraz z dwoma młodzikami zwinnie do trupów przyskoczył i w płonące drzwi chaty razem je wrzucili.

Ocierając z czoła pot, pomocnik kowala zwrócił się do Chaberki.

Ale ona już tego nie widziała. Zemdlała.

 

*

 

Wiosenne słońce opromieniało las, przeciskając się pomiędzy liśćmi dębów.

Chaberka stanęła na rozstajach i srebrnym nożem dziada swojego szybkim ruchem dłoń nacięła. Dłoń z wierzchu poparzoną i wciąż jeszcze kolorem od reszty ciała odbiegającą.

Krew kapała na ziemię, stare liście i sosnowe szpilki. Dziewczyna, jak jej ojciec kiedyś, zaklęciem życie swe na zawsze miała właśnie odmienić. Opiekunką się stawała, by ludzi przed stworami bronić.

– Rodzie spraw, bym radę dała – szepnęła cicho.

– Dasz – dobiegło ją od tyłu, gdzie na brzegu drogi, przysięgę jej Witko obserwował.

Podszedł niespiesznie i obejmując ją, w usta pocałował czule, tak jak codziennie, wiele razy to czynił, odkąd małżeństwem byli. Potem cofnął się, przeszkadzać nie chcąc.

– Dam – powtórzyła za nim.

Uśmiechnęła się przelotnie, zranioną nożem dłoń w pięść zacisnęła i zaklinać zaczęła:

– To jest moja krew. To jest mój zapach i smak. Jeśli siłą zechce ktoś z was szukać ofiary wśród moich, smak i zapach mój do mnie go przyprowadzą. Ja jestem Chaberka Radożycówna –opiekunka tej doliny.

 

KONIEC

Koniec

Komentarze

Dziękuję Agacie i bemik za beta-czytanie :*

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Niestety, nie przebrnąłem przez tekst. Podejrzewam, że ta stylizacja świadoma, ale ja dla niej nie znajduję uzasadnienia. Czyta się po prostu źle, a baśnie powinno się przecież czytać z przyjemnością. W każdym razie zdania zakończone imiesłowami brzmią nie najlepiej.

Mnie czytało się właśnie przyjemnie;-) Autorka zna moje zdanie – powtórzę krótko: utrzymałaś nastrój Zapachu, baśni, język pasuje do całosci, jest konsekwentny i czyta się to płynnie. Fabuła wciąż ciekawa. (Daj sobie spację w ostatnim dialogu na końcu;-) Pozdro! Wielu zachwyconych czytelników!

Mam mieszane uczucia. "Zapach" mi się bardzo podobał, więc przeczytałam do końca, choć było trudno. Stylizacja niestety sprawia, że trzeba ku temu sporo samozaparcia, poza tym wpędza w różnorakie pułapki – od interpunkcyjnych, spowodowanych usytuowaniem imiesłowów (np: "Miech huczał miarowo, żylastymi ramionami terminatora naciskany, rytm wspólnej pracy, niczym pieśni, nadając. – tu chyba tak, a tu: "Wtem od lasu postać nadeszła dziewczęca, w pelerynę czerwoną z kapturem(, ) odziana." chyba tak.), przez zamieszanie z podmiotem ("Rodzic, dojrzawszy jej wzburzenie z daleka, młot opuścił i przetarłszy czoło przedramieniem, czekał, aż dojdzie do nich. " – dojdzie do młota i przedramienia?), po archaizmy jak "kilka sekund", które przy wszechwiedzącym narratorze może i by się dały obronić, ale przy tym stylu rażą. Fabuła nawet ciekawa, choć niezbyt zaskakująca, ale trudno było mi sie na niej skupić, gdyż analizowałam interpunkcję – co poza korektą własnych tekstów rzadko mi się zdarza. Styl zmusza do koncentracji – czy to dobrze czy źle, to już decyzja Autorki. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki. A tak się starałam wyciąć wszystkie "sekundy" itp…

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Też jestem zdziwiona, że jakieś sekundy jeszcze zostały! Co za krótkie, upierdliwe…;-)

Normalka: używam w części opowiadań opowiadań miar czasu obejmujących dekady (10 dni) albo kwadry (7,5 tamtejszego dnia), a przy każdym kolejnym czytaniu znajduję jakiś zabłąkany tydzień:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

i jeszcze perserweruję, ech ( och, beto, gdzie twa edycja komentarzy)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

;-)

Bardzo charakterystyczny tekst, to na pewno. I chyba właśnie dlatego mi się podobał i poradziłam sobie mimo tego, że nie czytałam poprzedniej cześci, co teraz pewnie uczynię. I ta stylizacja całkiem mi się spodobała, nie utrudniała mi czytania :)

No! I da się;-) Są jednak porżadni użytkownicy na tym portalu. Pozdrawiam, jeralniance. Pierwsza część tym bardziej Ci się spodoba.

Więc jutro od niej zacznę, do porannej kawki ;)

Cieszę się i zapraszam :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Nie tak dobre jak pierwsza część, jednak nadal dobre! Z początku stylizacja przeszkadzała mi nieco, lecz po kilkunastu zdaniach przestawiłem się na tę dziwnomowę i tekst popłynął bez zgrzytów.   Wydaje mi się, że trochę sztucznie wyszła "zagadka" z tożsamością, nazwyjmy to demoniczno-rasową, topielicy, bo niby dlaczego Wilkun od razu nie powiedział, kim jest milcząca dziewczna, tylko gadał kim ona nie jest? Trochę to naciągane, nie sądzisz? Poza tym wygląd od razu sugerował, że kobietka nie była rusałką ani wiłem, bo jedne i drugie (według niektórych wiły wodne to po prostu rusałki i nie ma tu potrzeby ani możliwości rozróżnienia, ale z tym można jak najbardziej polemizować) nie miewały zielonej skóry tylko jasną, mało tego – były atrakcyjne, czego o topielcach powiedzieć nie można. To jedyne co mi nie pasowało.   Opowiadanie klimaty słowiańskie trzyma jak trzeba, choć część pierwsza wydała mi się bardziej uduchowiona, plastyczna, miękka. Ładnie poruszasz się między ponurymi refleksjami bohaterów, a wtrąceniami, które czytelnika bawią.   Niektóre spostrzeżenia urzekają: Nie małżeństwa się boję, jeno miłowania. Ono ludzi zmienia w bestie.   Witko matce nowinę przekazał i kobiecina uradowała się tak, że z miejsca zdrowiej się poczuła.

…może miłowała kiedyś i przez to w jezioro się rzuciła.

– Z durności się rzuciła, nie z miłości. - to mnie rozbiło, gratulacje. Czekam na więcej Twoich tekstów, jeśli wydasz ksiązkę napisaną w tym klimacie, kupię od razu. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

…Przeczytałem z przyjemnością. Mądrze skomentował Sethrael, tak, że nie mam nic do dodania. Pozdrawiam Ciebie i Agatkę. Przeczytałem i jej baśń, obfitującą w sceny batalistyczne.

Sethrael – bardzo cenny komentarz. Dziękuję. Biłam się z myślami jeśli idzie o topielicę. Z jednej strony chciałam by nie było widaomo od początku, czym jest. Z drugiej zdaje mi się, że co jak co, ale na tym, co ich zabić mogło, ludzie znali się dobrze, powinni więc od razu rozpoznać topielicę. Dlatego rozumiem Twoją uwagę na ten temat. Trochę zmieniłam wypowiedź Wilkuna z początku, trzymając się pierwszego pomysłu – Wilkun nie wie na 100% z kim ma do czynienia. Radożyc nie rozpoznał topielicy, bo nie miał jak się jej przyglądnąć w ciemnościach i nie spodziewał się wodnego stwora na soim podwórzu. Taką linię obrony przyjmuję. Coż zrobić… ;) Bardzo ciepło pozdrawiam. Sława!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

ryszardzie – wciąż w Bujakowicach? Oparzenia wyleczone? Pozdrawiam z upalnej Rząski :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

  …Ależ Ty masz pamięć…

Ato tylko jedna z moich wielu zalet ;p Pozdrawiam!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Skromność jest jedną z cech kształtujących doskonałość Koleżanki Krajemar :)

Sorry, taki mamy klimat.

Ja przeczytałam bez problemw. Zapach był lepszy, ale ta część też trzyma poziom. A sentencje, które wypisał Sethrael można na makatach haftować – mądre i życiowe.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ryszard, przeczytałeś Bitwę i co?;-) Niczego nie skomentowałeś… Cieszę się, jestem wdzięczna, ale… skrobnąłbyś coś?;-)

…Agatko – w sferze opisowej, umiejętności tworzenia fabuły dorównujesz siostrze. Natomiast w kompozycji  – ustępujesz jej. Sceny batalistyczne są zbyt monumentalne – takie sienkiewiczowskie. Bitwy w rzeczywistości tak nie wyglądały. Pomysł z przemianami ludzi w wilki, czy coś podobnego znalazłem u Marty wcześniej i nie było dla mnie to takie świeże. Twoje pisanie jest prawdopodobnie odzwierciedleniem Twojego nieszablonowego ekspresyjnego charakteru. Bardzo potrzebujesz akceptacji i zrozumienia i u mnie ją masz. Pozdrawiam serdecznie Agatko.

Ojej, chciałabym jasno zadeklarować, że wilkarów wymyśliłyśmy dawno temu, pisząc wspólną "powieść" (określenie w tym przypadku trochę na wyrost). Nie pamiętamy, która z nas ich wymyśliła i uznajemy, że zrobiłyśmy to wspólnie. Nie byłam pierwsza. Nie chcę, żeby Agata poczuła się w tym momencie okradziona z pomysłu.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

  …Sprawa wyjaśniona. Uważajcie na słońce.

Dla mnie jest czymś niezwykłym, że można tak dobrze pisać prz takiej stylizacji. Zdania bym w ten sposób nie sklecił. :) Bardzo dobre.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Dzięki za odpowiedż, ryszard;-) Wprawdzie szukałam jej pod moją Bitwą, ale… wszystko przecież i tak zostało w rodzinie. Wolałabym pod moim, bo – jak zauważyłeś – poszukuję akceptacji – ale jak mogłabym wybrzydzać?;-) Tylko, że chciałam odpowiedzieć na temat Bitwy… Może sobie daruję. Dzięki za zrozumienie i również pozdrawiam! Marta – do zobaczenia jutro!;-)

Do zobaczenia, zaklep sobie, żeby to mąż prowadził ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Obiecuję jutro przeczytać, dobranoc!

Styl mi się osobiście bardziej podoba niż w pierwszej części. Super, na prawdę! Jestem pod wielkim wrażeniem Twojej umiejętności pisania, budujesz zdania stylizowane, ale od strzału zrozumiałe. I za to głównie u mnie zapunktowałaś. Pozdrawiam: )

Koik, maja – dziękuję :) Czy mi się zdaje, czy ostatnio mło osób na portalu? Tym bardziej cieszę się z każdego komentarza.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Przeczytałam. "Zapach" bardziej mi się podobał, miał w sobie pewną magię (nawet pomijając zamki wybuchające bez powodu ; P), której tu mi brakuje.   Zatsanawiam się, czy nie mogli uciąć Radożycowi ręki, zanim jad dotarł do serca? Wiem, że dla kowala to kiepski interes, ale nawet nie rozważyli tej możliwości…   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

O! Ciekawy pomysł. Mogłabym się bronić, że nie potrafili robić takich rzeczy, ale obawiam się, że potrafili (żadne konkretne odkrycie nie przychodzi mi do głowy, ale jestem prawie pewna) więc po prostu przyznam, że nie wpadłam na to :) Co do magii – sama to czuję. Zapach wypłynął mi z głowy i z serca. Zimna została napisna, żeby opowiedzieć, jak to wszystko się skończyło. Z zamierzenia miało być więcej o Chaberce, jej wewnętrznym odrętwieniu i lęku przed zranieniem. Ale fabuła przesłoniła wynurzenia na ten temat i nie chciałam już niepotrzebnie przedłużać.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Jedno, co mi teraz przyszło do głowy, to tężec. Nie słyszałam, żeby amputacja zakażonej kończyny ratowała przed śmiercią, w razie niepodania surowicy. Może ktoś mądry się wypowie, bo ja nie wiem, ale tak mi przyszło teraz… Mój sąsiad odmówił podania surowicy i zmarł. Nie mięli go jak uratować, a zakaził się z nogę. Może to byłaby odpowiedź na pytanie, dlaczego Radożycowi nie odjęto ręki :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Nie znam się na medycynie, ale w końcu amputację stosuje się od wieków. Głównie czerpię wiedzę z książek i filmów, ale chyba przyżegali ranę, aby ją zamknąć, by się delikwent nie wykrwawił… jakiś tam procent przeżywał ; P Nie, serio, nie wiem, jak to było ; ) Tak tylko mi przyszło do głowy ; ) A w końcu mieli wiedźmę, która się chyba znała również na odkażaniu ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wiedźma przyznała, że lekarstwa nie ma. Może z resztą chciała już, żeby kowal ustąpił miejsca córce :) No i powtórzę – tężec. To była inspiracja tego zatrucia jadem a jak mówię, nie słyszałam, żeby załatwiano to poprzez amputację.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Szukałam czegoś w necie na potwierdzenie mojej teorii a zamiast tego mam wrażenie, że nie wiedziałam do tej pory, czym się objawia tężec :D czyli choroba kowala była bardziej fantastyczna niż mi się zdawało.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Każda okazja do nauczenia się czegoś nowego to skarb ; ) A opowiadanie jest fantastyczne, więc problemu nie ma ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uff, mam na co zwalić ;) Zawsze znajdzie się coś, o czym autor nie pomyślał.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Rozczarowała mnie nieco ta opowieść. W Zapachu był nastrój, była magia, była tajemnica, a tutaj tego brakło. Niby wszystko zostało wyjaśnione, wszystko powiedziane, a jednak czuję niedosyt. Pozostaje mi poczekać na Twoje kolejne opowiadanie, mam nadzieję, że bardzo dobre.  

 

„Przemoczona od stóp do głowy Chaberka Radożycówna nerwowym krokiem wprost do kuźni ojca się skierowała”. –– Wolałabym, aby krok Chaberki był, np. niespokojny. Nerwowy nie pasuje mi jakoś do tamtych czasów.

 

„Ściemnia się, a po lesie niebezpiecznie po zmroku się plątać…” –– Ściemnia się, a w lesie niebezpiecznie po zmroku się plątać

 

„…zdawało mu się, że tak do śmierci marnej żywot taki wiódł będzie będzie”. –– Zbędne będzie.

 

„W samą porę z resztą, bo broń Radożycowi z okrwawionej dłoni wypadła”. –– W samą porę zresztą, bo broń Radożycowi z okrwawionej dłoni wypadła.

 

„Kowalówna ze składników bielunia jedynie rozpoznała i pokrzyk…” –– Kowalówna ze składników bieluń jedynie rozpoznała i pokrzyk

 

„…który miał obejścia pilnować i alarm w razie czego wszczynać…” –– Wolałabym: …który miał obejścia pilnować i larum w razie czego wszczynać/podnosić

 

„…za plecami Witka mając o krok. – Ani kroku! – wrzasnął Wilkun…” –– Powtórzenie. Może: …za plecami Witka mając. –– Ani kroku! –– wrzasnął Wilkun

 

„W końcu, mnąc przekleństwo w ustach…” –– W końcu, mieląc przekleństwo w ustach… Chyba że cisnęły mu się na usta przekleństwa nazbyt gładkie, toteż przez mięcie i gniecenie, szorstkości nieco chciał im dodać. ;-)  

 

„…i zapach jej, mimo dymu i swądu, w nozdrza bestii uderzył”. –– …i zapach jej, mimo dymu i swędu, w nozdrza bestii uderzył.

 

„Skuleni nisko, pędem z chaty wybiegli…” –– Pędzić i biec, to synonimy. Biec pędem lub pędzić biegiem, to cała paczka masła maślanego. ;-)  

 

„…skąd dym biały gęstymi buchami uciekał”. –– …skąd dym biały i gęsty, buchając uciekał. Lub: …skąd dym biały gęstymi kłębami uciekał.

 

„…przypalone ciało Wilkuna z chaty wywlokła”. –– …przypalone ciało Wilkuna z chaty wywlekła.

 

„…iż wysiłku żadnego jej to nie kosztuje”. –– …iż wysiłku żadnego to nie kosztuje.

 

„Kilka kroków później zatrzymała się zaskoczona…” –– Kilka kroków dalej zatrzymała się zaskoczona… Od kiedy krokami mierzy się czas? ;-)  

 

„Po czole spłynęła strużką granatowa krew, bo czubek srebrnego noża przebił się od tyłu głowy aż do twarzy”. –– Chaberka

 

„…srebrny nóż aż po rękojeść w sercu jego zatopiła”. Jakim sposobem nóż wrażony w serce Wilkuna, przebił się czubkiem od tyły głowy aż do twarzy, i czyja to była twarz? ;-)   Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za poprawki, czekałam na Ciebie :) Swoim rozczarowaniem wpisujesz się chyba w ogólny trend innych komentarzy ;) Postaram się bardziej. Jak nie przy następnym opowiadaniu, to przy kolejnym. Wytłumaczę się z ostatniej Twojej uwagi – nóż był zbyt cenny, żeby go tak o zostawić w płonącej chacie. Powinnam pewnie dorzucić jedno zdanie, że Chaberka go ze sobą zabrała. Ona tego noża w życiu nie odda :)  

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Część druga zawsze musi prześcignąć pierwszą – przynajmniej wszyscy tego oczekują;-) Nie każdej się udaje. Tendencja do mniejszego entuzjazmu, ale nie ma klapy. Trzym się, siostra;-)

Czy topielica, podobnie jak nimfa Goplana, była „stworzeniem z mgły i galarety”, dlatego nóż tak łatwo przebił się przez czaszkę –– od tyłu głowy aż do twarzy? Może to głupie pytanie, ale nie miałam jeszcze do czynienia z zabijaniem topielicy, dlatego jestem ciekawa. Nie wątpię, że Twoje kolejne opowiadania, będą coraz lepsze. Także dzięki staraniom. ;-) Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co do topielicy… nie wiem. Ale wiem, że siostra znowu coś spłodziła. Właśnie bioorę się do beta-czytania. Biedaczka ma nerwówkę, musi przebić teraz samą siebie. Nie to, co ja – spokojnie, kroczek po kroczku, coraz gorzej i gorzej;-) Sielanka. Hej.

Jak mawia moja teściowa – ja nic nie muszę, ja CHCĘ :D Ale coś w tym jest. Regulatorzy – topielicy też nie zabijałam. Jeszcze. Ostry nóż w dłoni wściekłego czlowieka może wiele, ale chyba z ciekawości poeksperymentuję w weekend… Tzn. nie na żywych egzemplarzach. No, chyba że się jakaś potwora trafi ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

O topielicy pewnie jeszcze się dowiem, jak to tam z nią jest… Agato, proszę, uważaj na siostrę! Skoro biedaczka ma nerwówkę i musi przebić teraz samą siebie, niech w żadnym razie nie czyni tego srebrnym nożem! A Ty, spokojnie –– coś pobetujesz, coś napiszesz, coś sprawdzisz –– kroczek po kroczku, będzie lepiej i coraz lepiej. ;-) Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze, że pracuję w weekend i się nie zobaczymy…;-)

To o weekendzie było do Marty, regulatorzy – oczywiście;-) Ale z Tobą też się nie zobaczę w weekend – w sumie. I też dobrze, bo nie wierze, że nie zadźgałaś żadnej wnerwiającej dziewuchy – kto jak kto… Sama – tak – ostatnio właśnie sobie spokojnie betuję;-) Narka

Narka, narka, weź już czytaj łaskawie… Co do czaski – poczytałam trochę na forum jakichś dresów. Podobno czaszka wytrzymuje mniej niż kokos. Hm… będzie eksperyment.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Forum dreesów! O rozbijaniu czaszek?! A ja myślałąm, że my tu jesteśmy pokręceni…

Już się zabieram, tak w ogóle. Czytam, czytam, zaraz… Boże, jaka nerwowa…!;-)

To prawda, że ani w sumie, ani na sumie, bo też nie wierzę… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy… w sumie i na sumie… okropnaś;-)

Agata, weź wolne, potrenujemy. Saving people, hunting things – the family bussiness ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Mam trochę wątpliwości: czy biżuterię wyrabia pomocnik kowala, czy raczej złotnik? Czy miech huczy? I "skurwysyn" nie pasuje mi do słowiańskiej stylizacji. Ale mogę się mylić.

Babska logika rządzi!

Finklo, we wczesnośrednowiecznej wiosce nie było złotnika, jedynie kowal. On zajmował się takimi rzeczami. Z tym miechem – jak dla mnie huczy. A co Tobie przychodzi do głowy? Skurwysyn pewnie mógł być psim synem, ale przekleństwo be "r" jest dla mnie mało wyraiste :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Bardzo dawno nie widziałam miecha na oczy. Obstawiałabym, że sapie. A nie mogli kupić na jakimś targu? I wydaje mi się, że "kurwa", jeśli wtedy już istniała, to miała inne znaczenie. Były murwy, ale to dużo później.

Babska logika rządzi!

Marta, pytanie, czy mieli kurwy? W sensie takie słowo…;-)

O, pisałam komentarz w ty samym czasie, co Finkla – stąd taki wyszedł… że gadam to samo:-)

Serio będziemy się doktoryzować nad tym słowem? Dyskusja o tekście = dyskusja nad przekleństwem? Pozdrawiam was, zdrowo poparzona :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Dobra. Zgodnie z A. Bańkowskim słowo "kurwa" wywodzi się od greckiego "kurous", oznaczającego kobietę niezamężną. Stąd się wzięło "kurv'e mat'eri syn", czyli skurwysyn. Jeśli to prawda, to, etymologicznie rzecz biorąc,

skurwysyn jest starszy od kurwy ;) No to nie musieli mieć takiego słowa, ale może mięli. A może to element fantastyczny tego opowiadania.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

"Kurv'e mat'eri syn". Ciekawe.

Nieciekawe raczej… :)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Czasem mam wrażenie, że kiedy opowiadanie dzieje się w quasi-średniowieczu, zapominamy, że to wciąż fantastyka. Jeszcze chwilka i zaczniemy się zastanawiać, czy krajka tabliczkowa była możliwa w Górach Północy, bo może nie zawędrowali tu Wikingowie ;) Wiecie, o co mi chodzi… Ech, zmęczyła mnie ta debata nad 40-stoletnią staruszką i takie mam przemyślenie. Dobranoc.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Ale jaja, dopiero teraz zobaczyłam komentarz Finkli z godz.22.02. Serio był tu wcześniej? O_O Co do miecha, chyba zależy jak go nacisnąć. Szybki ruch – sapnie, długi, powlny nacisk – będzie huczał. Co do kupowania biżuterii na targu – skądś się tam musiała wziąć :) I tak zrobiliby ją kowale. Złotnicy pojawili się wraz z rozwojem miast i podziałem zawodów na wąskie specjalizacje. Z resztą, chyba się boję wdawać w szczegóły bo znów zacznie się niepotrzebna dyskusja. Anyway, kowal, czy też jego pomocnik, mogli wyrabiać biżuterię. Ale dzięki za uważne czytanie i wątpliwości.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

@Krajemar, częściowo się z Tobą zgadzam, częściowo nie (tak zresztą najłatwiej i najbezpieczniej;)).  To znaczy – uważam, że jeżeli tworzymy jakiś świat, czy to pseudośredniowieczny, czy nie, jakaś wewnętrzna logika musi w nim istnieć. Nawet, jeśli jest to świat zupełnie zmyślony, to nie może być tak, że jeden zmyślony element stoi w sprzeczności z drugim. Sama staram się teraz jakoś pewien świat uporządkować i ulogicznić, więc wiem, jakie to męczące:). Jeśli w świecie pseudośredniowiecznym nie było przesłanek, żeby 40-latkowie byli staruszkami stojącymi nad grobem, no to nie powinni tacy być. Ale to już na marginesie, bo też nie chcę tej dyskusji ciągnąć w nieskończoność. Natomiast co do użytych słów – gdybyśmy mieli stosować wyłącznie takie, jakich w średniowieczu używano, to nikt by nas nie zrozumiał. Ok, może się przekonam do niektórych stylizacji, ale nie zapominajmy, że stylizacja to twór w mniejszym czy większym stopniu stworzony przez Autora/Autorkę. Pozdrawiam.

Och, ocho… ;) Widzę, że mojej czterdziestolatce nie wolno wyglądać kiepsko, bo wszystkie kobiety, które przeżyły porody w tamtych czasach żyły do 60-tki i wyglądały jak czerstwe bułeczki. Absolutnie nie mogła wyglądać kiepsko i umrzeć w wieku 40 lat. NIezgodność historyczna… Wszystko fajnie, ale jednak piszemy fantastykę. Czekam na zarzut, że Wilkun nie mógł się zmieniać w wilka ;) Boszzzz, przecież nie staram się pisać powieści historycznych. No ale dobra. Zgadzam się, co do słownictwa w stylizacji.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

To była taka uwaga ogólniejsza, akurat z uporem maniaczki posłużyłam się znów Twoim jednostkowym przykładem :). To tak z lenistwa po prostu… Pewnie, mogła wyglądać źle i umrzeć, teraz też się zdarza, że czterdziestolatki wyglądają fatalnie i umierają.

Ocho, a ponieważ mam buntowniczy nastrój, to jeszcze w temacie Twoich grotów (kutuch czy odlewanych) – a co, jeśli w Twoim świecie ludzie potrafili odlewać groty? W końcu to nie jest jakaś filozofia, mogli na to wpaść wcześniej, niż w naszym świecie? No cóż by się stało, gdyby potrafili? Czy ktoś się doktoryzuje nad historyczną poprawnośćią Conana, Władcy Pierścieni, albo Wiedźmina? Pozdrawiam Cię serdecznie.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Być może, ale wtedy musiałabym wytłumaczyć, dlaczego tak jest, wymyślić cały system pozyskiwania i obróbki metali, może nawet stworzyć jakieś istniejące tylko w tym świecie metale. No, inaczej chyba nie potrafię. I powstałby podręcznik fantastycznej metalurgii czy jak tam to się zwie.  Dla niektórych tworzenie wielkich, rozbudowanych, skomplikowanych nowych światów jest bardzo ważne. Mój ma być kameralny. Jakbym zaczęła go wymyślać i uszczegóławiać, to – z moimi tendencjami – przywaliłby mi wszystko, co dla mnie w tym świecie istotne ;). Ja mam dziś raczej ugodowy nastrój:). I również gorąco pozdrawiam.

A widziałaś mój komentasz z 8:48? Patrz, jaka ugodowa jestem ;).

Komentarz, na miłość bóstw słowiańskich!

Widziałam i komentarz i komentasz ;P Dzięki, za ugodowość. W pewnym momencie batalii pod Ostatnią Myślą dotarło do mnie – na Welesa! Napisałam opowiadanie fantastyczne i popieram jedno słowo z tego opowiadania słupkami procentowymi średniej życia ludzi w X w. :D Mąż powiedział, żębym się wina napiła, bo się za bardzo przejmuję ;) Ale on nie wie, jak to jest czytać i szperać i szukać i męczyć się a potem "polec" na jednym zdaniu… Dzięki, że się nie przyczepiłaś wtedy, pod Myślą.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Mąż wie, co mówi. IMO.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Chłop chłopa zawsze poprze ;) No dobra, przekonaliście mnie, napiję się winka!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Przeczytałem. Zapach średnio przypadł mi do gustu, moje zdanie może pamiętasz, a tutaj było o tyle lepiej, że żadne zamki nie wybuchały bez powodu i moim zdaniem nieco więcej się działo. W pierwszej części wszystko szło liniowo, tutaj były pewne zwroty. Jednak wydało mi się to wszystko nieco wtórne. Znowu ten Wilkun, znowu za tą Chaberką, znowu się czai ; ) Szkoda, że nie działo się coś jeszcze, może jakiś dłuższy wątek z wiedźmą – Radożyc wiedząc, że ta chce mu zabrać córkę (swoją drogą, to było przewidywalne), usiłuje babę ukatrupić? Podburza przeciw niej wieśniaków? Bo tak, ten wątek jest raczej mało wykorzystany. I nie podoba mi się zakończenie ; )  

Beryl, dzięki. Jak kiedyś napiszę coś, co Ci się spodoba to będę zaskoczona ;) No Wilkun tak miał, cóź zrobić. Obsesja mała. Za to zostawiłam sobie furtkę – pół roku, podczas którego Radożyc był opiekunem i trzy razy ratował komuś życie. Jak mi się zachce naisać o kowalu, będzie jak znalazł. A zakończenie przesłodzone, prawda? Wahałam się, co do niego. Ale ponieważ obecnie happy endy nie są w modzie, postanowiłam złośliwie tak zostawić ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Krajemar, myślę, że nie będzie tak trudno mnie przekonać do Twojej twórczości. Lubię takie klimaty. Jeno czasem musisz bardziej panować nad stylizacją, bo miałem tutaj wrażenie, że niektóre zdania są przekombinowane, nie mówiąc o gryzących gdzieniegdzie powtórzeniach : )   Wydaje mi się, że gdyby usunąć niektóre elementy (wybuchający zamek) na potrzeby opowiadania (bo wiem, że to ponoć część większej całości) w pierwszej części i dodać nieco więcej wydarzeń w drugiej części, to byłoby dobrze. To znaczy, byłoby dobrze moim zdaniem, bo Zapach w końcu dostał piórko, więc innym przypadł do gustu bardziej : )

W swej megalomanii wierzę, że ktoś mnie kiedyś wyda. Chcę, by wtedy wszystkie opowiadania i książka tworzyły spójną całość. Nie przyznam się głośno, ale stylizację ciężej wyplenić, niż się jej nauczyć. W ramach odtrutki, próbuję teraz napisać coś współczesnego. Choć nie są to do końca moje klimaty więc porażającego efektu się nie spodziewam.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Nie mam pojęcia jak się opowiadania do książki mają, ja tylko mówię, że wyszłoby lepiej, gdyby jednak były utworami samodzielnymi, a przynajmniej prezentowały spójność wewnątrzną, niezależną od książki (bo przecież czyta się je niezależnie) ; ) Jak zrobisz, to rzecz jasna Twoja sprawa. Staram się tylko pomóc ; )

"Ja tylko niosę pomoc" :) Rozumiem, rozumiem. Dzięks.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Też mam ten problem. Opowiadanie w świecie, który ja jako autorka bardzo dobrze znam, wyszło słabo w oczach czytelników, którzy nie wiedzą tego, co ja. Za dużo elementów, które wydają się dziwne, niepasujące, przesadzone (jak wybuchający ni stąd ni zowąd bez słowa wyjaśnienia zamek ; p). Muszę się nauczyć, jak to robić, by opowiadanie i było samodzielne, i łączyło się z większą całością…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Są opowiadania, które same w sobie są całością, i takie, które piszesz z myślą o większej całości, o swoim świecie, jak napisałaś. Oczywiście wiem, że czytelnik może uznać coś za niezgodne albo zabawne, jak ten mój zamek, ale dopóki wszystkie te niezgodności są zamierzone, przemyślane, a nie są wpadkami, to ja jako autorka uważam, że jest OK. Akurat Zapach pisałam, zanim zaczęłam gdziekolwiek pokazywać moje teksty. Pisałam go dla własnej przyjemnośći, żeby trochę "pobyć" w tym świecie. Przed publikacją zastanawiałam się nad zamkiem, ale musiałam się go pozbyć tak czy tak, więc już zostawiłam ten wybuch.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Aż muszę się wypowiedzieć, bo nie wytrzymam :P

 

Oczywiście wiem, że czytelnik może uznać coś za niezgodne albo zabawne, jak ten mój zamek, ale dopóki wszystkie te niezgodności są zamierzone, przemyślane, a nie są wpadkami, to ja jako autorka uważam, że jest OK.

Oczywiście, że nie jest OK. Czytając opowiadanie oczekujesz, że będzie ono sensowne, spójne i niewiele (o ile w ogóle) obchodzi cię to, że autorka ma jakąś powieść na boku i opowiadanie toczy się w jej świecie. Opowiadanie musi być samodzielną całością, przynajmniej dopóki nie wydasz ich zbioru i póki prezentujesz je pojedynczo.  

Zgadzam się z tym, co pisze Beryl. Sama męczę się teraz z opowiadaniem, które właściwie jest dla mnie ćwiczeniem, bo staram się w ten sposób zrozumieć, poznać świat, w którym ma dziać się to, co zamierzam kiedyś tam, jeśli mi się uda, opisać w większej całości. Zresztą, na portalu jest już moje opowianie, w tym świecie się dziejące. Ale wybrałam taki fragment historii, a właściwie jakąś historię poboczną, która może, mam nadzieję, funkcjonować jako odrębny tekst. Jasne, są w nim aluzje, w tym, co teraz wymęczam (dosłownie) też są. Ale mają one tylko sugerować, że coś się dalej zdarzy, a nie zaburzać zrozumienie tekstu jako całości. Jasne, Ty jesteś autorką, więc rozumiesz, co się tak naprawdę dzieje. Czytelnicy jednak nie siedzą w głowach autorów, nie można się więc dziwić, że czują się skonfudowani:). Aha, żeby nie było – to również jest taka uwaga ogólna, niekoniecznie dotycząca Twojego, konkretnego tekstu. Takie moje przemyślenia, nic więcej;).

Spoko, nie będę jakoś bronić tego mojego punktu widzenia, ani mojego wybuchającego zamku. No był. Niektórzy nawet nie zwrócili na niego uwagi. Jedyną nieścisłością właściwie było to, że czytelnik nie dowiaduje się, dlaczego to się stało. Pozostałe teksty staram się pisać spójnie. I zawsze szanuję czytelników. Co, mam nadzieję, ma jakieś odzwierciedlenie w moim pokornym przyjmowaniu krytyki.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Bardzo dobrymi przykładami, że fragmenty czegoś dużego mogą być zaprezentowane jako samodzielne opowiadania, są gwidonowi Udo i Horst. Wyjęte ze znakomitych „Gór pamięci”, zdają się stanowić własny byt, nie zdradzając niczego z treści książki. Co najwyżej mogą zachęcić do jej przeczytania. Chciałabym, aby Zimna i Zapach łączyły się w sposób bardziej spójny i logiczny, a jednocześnie –– jako fragment Twojej książki –– wzbudzały chęć jej poznania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – czy Zapach i Zimna nie łączą się w sposób spójny i logiczny? One wspólnie stanowią całość. Nie są fragmentem książki. Opowaidają o czasach przed nią. Jedynie zamek musiał zostać zburzony w taki sposób, bo o tym jak i dlaczego wyleciał w powietrze opowiada książka. Jednak historia Wilkuna nie jest z wybuchem związana i jeśli nie stanowi spójnej i logicznej całości, to pomóż mi proszę to naprawić i podpowiedz, co dla Ciebie było nielogiczne. 

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Krajemar, przepraszam. Pewnie byłam jeszcze nie całkiem obudzona i niewłaściwie zrozumiałam Twój post z 09:06. Budzenie się jest, w moim przypadku, procesem długotrwałym. ;-) Nie wykluczam też możliwości, że czytając Zimną porównywałam ją, tak przy okazji, z Baśnią Agaty, mając jeszcze dość świeżo w pamięci Bitwę. Mogłabym się głupio tłumaczyć, że to Wasza wina, bo piszecie o podobnych Światach, ale nie użyję tego argumentu, bo wyjdzie, że czytam nieuważnie i nie umiem rozróżnić dzieł dwóch Autorek. ;-) Podtrzymuję natomiast opinię o opowiadaniach i książce gwidona. Mam nadzieję, że już wszystko jasne. Jeszcze jakieś pół godziny, a będę ocknięta i rozbudzona zupełnie.  ;-) PS Jeśli będziesz potrzebować mojej pomocy –– służę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy droga, pomylić Bitwę z Zimną to rzeczywiście dla mnie wyczyn :) Bardzo dziękuję za propozycję pomocy, już mogę postraszyć, że skorzystam :D

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Już się boję. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie chcę spamować, ale przeprowadziłam eksperyment z kokosem (czaszka zniknęła z miejsca, gdzie ją ostatnio widziałam w lesie… może to lepiej). Generalnie, przy dobrym nożu, emocjach i odrobinie wprawy sprawa do zrobienia. Ale mam też wrażenie, że czaszka jest słabsza od kokosa. Kokos ma grubą warstwę miąższu pod skórą. Mózg jednak jest miękki. Wystarczy zastukać w sklepie w owoc a potem we własną głowę. Kokos wygrywa. Albo ja mam wyjątkowo pustą głowę, co również jest możliwe ;P

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Tak, jak gdzieś wspomniałam, że przeczytam, tak przeczytałam. Nie wiem, czy przywykłam już do twojego stylu, czy co, ale to opowiadanie czytało mi się już gładko :) Wielkiego zaskoku, co do rozwoju wypadków, nie miałam i kilka powtórzeń się zdarzyło (ale już zapisywać chyba nie ma sensu).

Poza tym zastrzeżeń nie mam – jak dla mnie super :) Podobają mi się te klimaty.

Tylko nie "Tęcza"!

Szóstka? Ale miło.. :3

Szkoda, że nie zaskoknęłam Cię niczym. Osobiście, wciąż nie jestem przekonana do zakończenia. Istnieje świat, w innej nogawce czasu, gdzie wszyscy giną. Oraz taki, gdzie nie giną, ale Chaberka nie wychodzi za Witka.

Ach te dylematy :)

 

Bardzo dziękuję, że wpadłaś. a nie jesteś może z okolic Krakowa? Wpadłabyś na nasze piwo majowe.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Szóstka, a jak, bardzo klimat mi się spodobał :) W sumie to moja pirwsza wystawiona komukolwiek.

Co do zaskosku – nie, że niczym – po prostu trzymałas się takiej popularnej konstrukcji – ktoś dobry zginął, źli zostali pokonaniu, a na końcu dobra z dobrym żyli… cóż jakoś, bo o długo i szczęśliwie to już ludzie nie piszą. Tylko ze schematu wyrwało się, że to ONA na końcu została obrońcą (bardzo na plus). Ale ogólnie nie uważam tej konwencji opowiadania historii za złą. Większość moich ulubionych książek się jej trzyma.

A co do Krakowa… niestetym, jam dziewoja nadmorska :P Ale w Krakowie bywam tak raz-dwa razy do roku, to może się uprzedzę kiedyś :D

 

Tylko nie "Tęcza"!

Szybko przeczytałam twoje opowiadanie ( poprzednią część). Uważam, że były naprawdę dobre – fabuła była ciekawa i wciągająca. Podobała mi się też stylistyka tekstu – moim zdaniem nadaje mu charakteru. Przypadło mi też do gustu to, że jest to mitologia słowiańska, którą uwielbiam. Znaleźć coś dobre z mitologią słowiańską trudno, a Ciebie poleciła mi właśnie regulatorzy – za co jestem jej wdzięczna.  A Tobie życzę weny do dalszego pisania!  

Dziękuję ☺️ I dziękuję regulatorzy za polecajkę. Mam sentyment do opowiadań o Chaberce.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Nowa Fantastyka