- Opowiadanie: krajemar - Zapach jej czerwony

Zapach jej czerwony

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zapach jej czerwony

Pierwszy raz wywinął się śmierci tuż po urodzeniu.

Tamtego dnia w środku lata, wilkarska samica powiła syna.

W bólu i lęku, z dala od oczu pobratymców, urodziła sama, po czym dysząc ciężko, postać swą na kobiecą zmieniła, maleństwo do piersi przytuliła i zaszlochała bezsilnie.

Zaniosła go do wioski, do chaty, którą odwiedzała już wcześniej.

– Musisz go zabrać – wyciągnęła ręce do Brzystka. – Jesteś jego ojcem, nie będą wiedzieć. A jeśli moi mnie przyłapią, zabiją nas. I ciebie, i mnie i jego.

Brzystko dzieciaka nie chciał, o przygodzie z ponętną bestią dawno zapomniał. Ale gdy tylko się skrzywił, coś złowieszczo błysnęło w złotych oczach samicy, aż nagle strach go obleciał. Wziął kwilące zawiniątko z jej rąk i bezradnie patrzył, jak w wilczycę się zmieniwszy, matka jego syna w stronę lasu ucieka.

Tam, gdzie malec na świat przyszedł, o życiu i śmierci pochodzenie decydowało. Wilkarzy, ze swego zamku na skale, zapomnianą, górską doliną władali. Bestie to były, na zawołanie ludzką bądź to wilczą postać potrafiące przyjmować. Wioska u stóp zamczyska, przez setki lat do życia w strachu przywykła. Świat za górami ponoć wiedział, słyszał i z niedowierzaniem głową kręcił. A jednak nikt nie przybył na ratunek, bo choćby polec miał jeden zbrojny rycerz, jego śmierć wagą życia wszystkich ubogich dolinian by przewyższyła.

Wilkoocy, o swych chłopów, jak o stado owiec dbali. Patrzyli jak pracują, rozmnażają się, żyją. Czasem dla przykładu zabijali co krnąbrniejszych a gdy zima brakiem zwierzyny doskwierała, niektórzy do zamku na skale zabierani byli i nigdy już nie wracali.

Wilcza sprawiedliwość zabijania bez powodu zakazywała. Żywy człowiek pożyteczniejszy był od martwego. Śmiercią jednak zbytnie spoufalanie się karano. Było to przewinienie najgorsze, bowiem mieszańców bali się wilkarzy jak ognia.

W takim to świecie przyszło się małemu urodzić.

Następnego dnia, bogato odziana kobieta w dolinę przybyła i chłopów o ich władców pytała. Utyskiwali oni i biadolili, choć z ostrożnością nieznajomą traktując. Odeszła wkrótce w stronę zamku, nad tym co usłyszała, najwyraźniej zadumana. A wieczorem, niespodziewanie, zamek na skale w powietrze wyleciał, chaty wieśniaków deszczem głazów i pyłu zasypując.

Dopiero gdy słońce ku zachodowi się chyliło, a żaden z wilkarów nie zszedł do wioski, chłopi odważyli się pójść do ruin, ale choć z zamku ocalała jedynie niska brama i donżon, wśród kamieni i powalonych ścian ani jednego ciała nie znaleźli. Wilkoocy w pył się rozpadli, a wiatr ich szczątki po całej dolinie, od lasu aż do skrzącego w zachodzie słońca jeziora rozwiał. Popatrzyli po sobie chłopi i z zadziwianiem zgodzili się wreszcie – bogini na ziemię spłynęła, modlitw ich wysłuchawszy, by od brzemienia wilkarskiego ich uwolnić.

I kopczyk jej usypali niewielki pośród ruin, by jej dary składać mogli tu, gdzie lat tyle ich ciemiężyciele mieszkali. I sławić poczęli jej imię – Elleniale.

Brzestkowi ciężko było chłopca ukrywać. Nie zależało mu też bardzo, czy wieś na strzępy go rozerwie czy żyć mu pozwoli. Sam wszak mieszańców się obawiał, gorszych ponoć jeszcze od wilkarów, większych i potężniejszych, z obłędem w krew wpisanym.

I byłaby wieś, dysząca chęcią pozbycia się wszystkiego, co wilkarskie, zgładziła niczemu nie winnego noworodka, gdyby nie powstrzymał szaleństwa kowal Radożyc, człek nad wyraz spokojny, o oczach przenikliwych i mądrych. Ludzie ufali mu, bo silny był jak tur i zęby rwał tak udatnie, że z rzadka tylko ktoś umierał od tego. Nieszczęście też odbiło się na jego prostej twarzy, bo mu żona ukochana w połogu zmarła przed dwoma księżycami, córkę mu zostawiając, czy na zmartwienie czy na pociechę bardziej, sam nie wiedział. I to chyba zaważyło na tym, że tak dobitnie o życie mieszańca stanął i wrzucić go do jeziora nie pozwolił.

Rósł więc chłopiec szybko, szybciej niż ludzkie dzieci a miły był taki, uczynny, że można by go za człowieka wziąć. W wilka zresztą nigdy się nie zmieniał i oczu nie miał wilczych, jak bestie. Wieś przyjęła go do siebie, ukochała, ale zwali go od dziecka Mieszańcem i tylko nieliczni po imieniu doń mówili, też zresztą dziwnym – Wilkun.

Do czasu aż zmężniał i za dziewuchami zaczął się rozglądać, przerósł wszystkich chłopców przynajmniej o głowę, a od córki kowala Chaberki zdawał się być starszy na kilka wiosen, a przecież jednego lata na świat przyszli. Podobał się dziewczętom, na zabawach co rusz do tańców go wyciągały, strzelały za nim oczami wieczorami, gdy z ojcem z jeziora wracał, wróżyły sobie w jesienne przesilenia, której serce odda, choć żadnej z nich ojce na ślub z mieszańcem nie pozwoliliby.

Tymczasem Wilkun Chaberkę sobie jakoś upatrzył i do niej chciał tylko chadzać, choć kowal córkę na niezwykle szorstką i surową wychował. Śliczna była jak matka, z kosami aż do tyłka, którym krzątając się w obejściu, kręciła tak ponętnie, że schowanemu za płotem Wilkunowi aż ślinka ciekła. Ale na próżno mu było oczy wypatrywać. Chaberka choć miło z nim gadała, nawet słyszeć nie chciała o jego uczuciach i żądzach. Śmiała się tylko, błękitnymi oczami wywracała i zbywała go zawsze tak samo:

– Tyś mi jak brat, Wilkun! I kocham cię jak brata.

I tak gryzła Wilkuna ta jego miłość zatruta całe dwie wiosny z okładem, aż doczekał się w końcu, że Radożyc pozwolił córce w Kupalnockę iść z młodymi w korowody. Przyszedł wieczór letniego przesilenia i dolina zapłonęła dziesiątkiem ognisk. Na halach, pod lasem i nad jeziorem, wszędzie ludzie bylicę do ognia wrzucali, chaty i obejścia kadzili, woły dla zamówienia zdrowia, przez dym z ognisk przepędzali. Dziewczęta i chłopcy głowy wiankami ukrasili i do zabawy ruszyli, korowodami przez całą dolinę biegając, tańcząc i radość swoją młodzieńczą wyśpiewując. Pili przy tym wszyscy na umór, całowali się byle gdzie i byle z kim bo tej nocy płodność dla ziemi zaklinano, zwycięstwo światła nad nocą czczono. W ogólnej zabawie nikt na dobre obyczaje uwagi nie zwracał, kto chciał znikał z oczu ludzi i rozkoszy się oddawał, tej jednej tylko w roku nocy.

Wilkun wodził za Chaberką wzrokiem przez pół wieczora, aż mu w głowie tak od miodu zaszumiało, że odwagi za trzech dostał i gdy tak patrzył na rozpaloną zabawą twarz dziewczyny, krew mu zawrzała, że poprzysiągł mieć ją tej nocy. Ale ona jakby wiedziała, specjalnie odsuwała się od niego, zawsze w inna stronę patrząc, zawsze z innymi dziewczętami za ręce się trzymając.

Umęczony i zgorzkniały, walnął się w końcu Wilkun w pewnym oddaleniu od ogniska, pod lasem. Pozwolił by zroszona trawa chłodziła rozognione zmysły, by wypity miód zabełtał w głowie ten nieutulony od tak dawna żal i tęsknotę.

Naraz poczuł czyjś oddech na twarzy.

– Tu żeś mi – mruknął obiecująco dziewczęcy głos tuż przy jego uchu.

Chaberka.

Otworzył oczy a ona wisiała nad nim, uśmiechając się słodko, głaszcząc go po policzku końcem jasnego warkocza. Zatkało go z przejęcia i bał się poruszyć, by snu tego, cudnego, nie odegnać. A dziewczyna wstała, za rękę go pociągnęła i spokojnie do lasu powiodła, szepcząc coś tajemniczo. Jak zaczarowany poszedł za nią, prawie zapominając oddychać i własnemu szczęściu nie wierząc.

Położyła się na mchu i podciągnęła giezło aż do połowy uda. Pociągnęła go na siebie zmysłowo i nagle byli tak blisko, że poczuł jak jej piersi wciskają się w niego obcym lecz przyjemnym uczuciem. Owionął go zapach miodu z jej ust i zakręciło mu się w głowie.

– Chaberka… – jęknął z rozpaczliwą rozkoszą.

Dziewczyna szarpnęła się nagle.

– Jaka Chaberka?! Oszalałeś, Mieszańcu?

Zamrugał oczami zaskoczony, jakby mu sztachetą w łeb przywaliła.

– Nie… – wymamrotał słabnąc, widząc pod sobą Rozetkę, jasnowłosą jako i kowalówna. – Tu była Chaberka! Nie!

Zerwał się jak oparzony, czując jak wściekłość i zawód wzbierają w nim jak strumień po roztopach.

– Nie! – ryknął jakoś wściekle i aż sam zaskoczył się obcością swego głosu. Ale było za późno na uspokojenie.

Dopadł do dziewczyny, szarpnął brutalnie za ramiona.

– Bądź Chaberką! – wysyczał i po raz pierwszy w życiu poczuł, jak w gardle wzbiera mu dziki, wilczy warkot.

– Na Swaroga! – zbielałymi wargami wyszeptała Rozetka, po dziewczęcemu zasłaniając usta dłonią.

Wilkun czuł rosnący gniew i wściekłość. Jednym ruchem złapał dziewczynę za szyję i podniósł w powietrze. Zaryczał ponownie i siła wstąpiła w niego tak przemożna, jakiej nigdy jeszcze nie czuł. Szarpnięciem rzucił Rozetkę w bok, aż coś chrupnęło nieprzyjemnie i dziewczyna rąbnęła o ściółkę w drgawkach.

Po chwili przestała się ruszać, a szary wilk stanął obok niej, węsząc ciekawie w powietrzu. Przerażony śmiertelnie tym co się stało i podniecony tym, jak było przyjemne.

 

*

 

Kiedy ludzie znaleźli Rozetkę, lament się wielki podniósł, ale nie tylko dlatego, że dziewczyna młoda, piękna, którą od dziecka znali, życia pozbawiona została. Przede wszystkim strach padł znów na dolinian, bo odkąd zamek cudownym sposobem w perzynę się obrócił, śmierci i zaginięć było jak na lekarstwo.

A kiedy na domiar złego, córkę bartników przy jeziorze miesiąc później znaleźli, zaczęli szczelniej zamykać się w chatach na noc.

Coś złego znów łaziło między nimi i znów jak dawniej trzeba było się chować.

Wilkun nie był głupcem, wiedział, że to co się z nim dzieje nie jest dobre, i że ludzie rozniosą go na widłach, kiedy się dowiedzą. Serce jego poznało jednak smak potęgi a usta zasmakowały krwi i choć walczył z tym jeszcze, trucizna obłędu mieszańców rozlewała się już po umyśle. Coraz częściej tęsknił do wilków, do kogoś, kto powiedziałby mu, co się z nim dzieje. Wilki jednak uciekały przed nim a wilkarów nie było już w dolinie. Innymi też zdawali mu się ludzie, których znał od dziecka. Siła, którą w sobie odkrył, otworzyła mu oczy na ich słabość i mizerność. Pamiętał, jak od dziecka pomiatali nim, od mieszańców wyzywając. Wspominał to teraz coraz częściej i złość straszliwa w nim wzbierała. Na ojca, że go nie chciał, na chłopców, co go od zabaw swoich odpędzali i na dziewuchy, dla których za parchaty był na męża.

I na Chaberkę, za to, że go w tę noc kupalną tak straszliwie oszukała i w Rozetkę się zmieniła.

Obserwował ją często, jak dawniej, przez płot rozmawiając, czy z oddali się gapiąc, gdy na progu kuźni siedziała, krajki tkając i z ojcem się przegadując. Widok jej to serce mu topił, to znów wściekłość taką wzbudzał, że w las iść musiał i w wilka się zmieniwszy, pędzić przed siebie, aż go emocje opuściły.

Aż razu pewnego już nie chciał dłużej czekać i gdy Chaberka o poranku z chaty wyszła, by wody z jeziora przynieść, czekał na nią tuż za płotem.

– Wilkun! – zlękła się, nie spodziewawszy się żywej duszy o tak wczesnej porze. – Aleś mi stracha napędził!

– Chaberka! – mocno chwycił ją za ramiona, aż skrzywiła się z bólu. – Pomówić z tobą chciałem, póki ojca twojego nie ma.

– Puść, Wilkun – szarpnęła się. – Boli…

– Wyjdziesz ty za mnie? – rąbnął od razu, nie zważywszy na jej prośbę i nadal mocno ją trzymając. – Ty musisz, Chaberka. Ja oszaleję przez ciebie!

Dziewczyna bystra była i szarpać się przestała. Uważniej na przyjaciela spojrzała, dłoń dziewczęcą do czoła mu przyłożyła, bo jej się jakiś rozpalony zdał jak w malignie.

– Co z tobą, Wilkun? – spytała ostrożnie. – Co ty, takie oczy masz dziwne?

Chłopak, pod dotykiem jej ręki aż pół wilcze ślepia zmrużył z przyjemności.

– Nic, nic – wymamrotał. – Takie mam, bo się napatrzeć na ciebie nie mogę.

– Wilkun, a twoje uszy?! Nie były takie szpiczaste!

– Nic, nic, Chaberka. Takie mam, bo nasłuchuję twojego głosu każdego dnia.

Uśmiechnął się szczęśliwy, że ma ją tak blisko i że wreszcie rozmawia z nim, nie śmieje się, nie ucieka. Trzymał ją jednak mocno, żeby mu się znowu w inną nie odmieniła, jak tamta w lesie, albo jak bartników córka miesiąc temu nazad.

– W.. Wilkun… – sapnęła córka kowala, błękitne oczy w uśmiech jego wlepiając. – Twoje zęby… one ostre jakieś się zdają i wielkie…

– Nic, nic to. To dlatego…

Nie zdążył powiedzieć. Chaberka znała tę opowieść i wiedziała, jak się skończy. Znienacka wierzgnęła w jego objęciach jak sarna w paściach.

– Pomocy! – wrzasnęła, nim jeszcze Wilkun jej usta wielką dłonią zakrył.

– Ciiii… – szepnął nerwowo i znów poczuł, jak coś obcego w nim się budzi, jak siła przychodzi do pleców, do łap. I nim skończył dziewczynę ciszyć, szept zmienił się w warkot a dłoń w ogromną łapę, co pazurami wbiła się w policzki dziewczęce.

Popłynęła krew, zapach jej czerwony uderzył w nozdrza, zaszumiał w głowie ogłupiająco.

Chaberka szarpała się dziko, rany swoje powiększając tym samym a w jej pięknych oczach strach się pojawił zwierzęcy.

Usłyszał z chaty rumor. To Radożyc w pędzie zrywał się z posłania.

Musiał uciszyć Chaberkę, natychmiast. Ale nie tak jak tamte, na Roda!

Nie wiedząc co zrobić, rzucił dziewczyną w otwierające się właśnie drzwi chaty i uciekł w strachu, na cztery łapy padając i wilczą przyjmując postać.

Radożycowi wpadła w ramiona córka nieprzytomna, z twarzą zalaną posoką i serce aż mu w gardle stanęło. Nóż, co w ręce trzymał, jednym płynnym ruchem za chłopakiem rzucił.

Wilkun krzyknął krótko, gdy mu ostrze skórę na szyi przecięło, o pół palca tętnicę mijając.

Tak się Wilkun drugi raz od śmierci wywinął.

Klnąc okrutnie pod nosem, kowal mógł jeno patrzeć, jak mieszaniec, już za pierwszymi drzewami lasu znika.

– Ścierwo… – syknął i córkę na klepisku złożywszy, jął jej rany oglądać uważnie.

Tymczasem nieszczęsny, opętany żałością Wilkun, gnał przed siebie, siódmymi się potami oblewając. Sosny i świerki śmigały go gałęziami po pysku, szyszki uderzały po łapach, gdy nie patrzył dokąd i jak pędzi. Byle dalej od doliny, od ludzi, od Chaberki! Jeśli go znajdą, zabiją go! Jeśli on ją znajdzie, zabije ją tak samo!

W rozpaczy upadł gdzieś w końcu, strudzony do granic możliwości. Odmienił się w człowieka, nagi i wychłostany ostrymi szpilkami tutejszych drzew. Podpełzł na czworaka do najbliższej sosny i ciężko zwalił się przy niej, plecami opierając o pień.

Dyszał głośno a myśli tłukły mu się w głowie bez ładu.

Co począć? Co począć teraz ze sobą?!

Naraz zastygł, gdy w nozdrza wpadł mu znajomy zapach. Z wielkim trudem podniósł się i poszedł w kierunku, skąd dochodził. A nim jeszcze rozgarnął gałęzie, zasłaniające widok, już w brzuchu ścisnęło go boleśnie. Jak w amoku wyciągnął ubłoconą rękę i uchyliwszy świerka aż jęknął.

Znów był w dolinie, a po drugiej stronie jeziora, kurne chaty smętnie dymiły w niebo. Dym kładł się po ziemi, niebo chmurało się popielato.

Szło na deszcz.

Wśród pierwszych pomruków burzy, chłopi z wrzawą zbierali się w kupę i wiedział, że to na niego idą polować. Jęknął z rozpaczy i bólu, bo myśl trafiła go okrutna, że oto stracił swe życie na zawsze. Chatę, bezpieczeństwo, wszystko. I nie miał nawet siły by uciekać przed obławą.

Smętnie i na umęczonych łapach, powlókł się w stronę jaskiń, by choć odpocząć chwilę i skryć się przed światem. Nadziei nie żywił, że zdoła tam dotrzeć nim go dopadną, lecz czekać na śmierć też nie chciał biernie.

Uratowała go burza, która rozpętała się gwałtownie, jak to tylko letnie burze potrafią. Najpierw powiał porywisty, chłodny wiatr a potem przyszła ściana deszczu i zmyła wszelkie ślady mieszańca. Chłopi, przemoczeni do skóry, wrócili do chat klnąc na czym świat stoi. Wilkun zaś zaszył się w jednej z zachodnich jaskiń, z dawien dawna złą sławą wśród górali okrytych i spał aż do nocy, kiedy to głód go obudził straszliwy.

 

*

 

– Cóżeś zrobił, tatku?! – załamała ręce Chaberka, po raz wtóry nad ojcem biadoląc.

Kowal, w spokoju, łuczywo od żaru w palenisku odpalił, milczący i zamknięty jak zawsze. Z łagodnym uśmiechem na córkę spojrzał i czule jej opatrunek na policzku poprawił.

– Cichaj, Chabyś – mruknął. – Kaszę jedz, siły mieć musisz.

I odszedł od jej posłania, więcej jej żalów nie słuchając.

Stanął w drzwiach chaty, po drewno iść zamierzając, odruchowo skrawek lnu pomacał, którym wiedźma krwawnika liście obwiązała na ranie, we wnętrzu jego szerokiej, kowalskim młotem utwardzonej dłoni. Rana nie bolała prawie, niewygodną mu raczej będąc niż bolesną. Trudno pracować będzie przez dni parę.

Ale dobrze mu z tym było. Chciał ją czuć.

Zamknął drzwi chaty za sobą, w ciemność lasu się wpatrzył i po ranie na dłoni znów się podrażnił.

Teraz już udać się musiało.

 

*

 

Wilkun przez dni kilka do wsi nie podchodził, zbyt się bojąc ślady swe zostawić i chłopów na trop skierować. Zachodnie jaskinie, choć przerażały go za dzieciaka, teraz w sam raz kryjówką się stały, schronienie dając od wschodu aż do zachodu słońca. Dopiero po zmierzchu odważał się mieszaniec po lesie biegać.

Raz łapy zaniosły go na skałę, w ruiny zamku wilkarskiego. Choć lata już minęły, odkąd zniknęli, Wilkun wciąż jakby ich obecność tu wyczuwał. Ckniło mu się okrutnie do nich, do bestii takich, co by rozdartą duszę jego rozumiały i ból po straconym życiu ukoiły. Z nich przecież matka jego pochodziła, której wyobrażenie ukochał nad życie, źli więc być nie mogli.

Powęszył ponuro między ruinami, a potem nad skraj przepaści podszedł, gdzie ściany zamku już nie było a jedynie biała skała stromo w dół spadała, aż do wioski, tuż pod skałą się kulącej. Przystanął mieszaniec, na chaty spojrzał i z żalem wielkim łeb ku niebu podniósł, a wilcze jego wycie poniosło się hen po dolinie, od jeziora się gromko odbijając.

Tak przychodził tu co noc, nie wiedzieć po co, jakby chciał z dawnymi swymi sąsiadami się przywitać.

Dnie w ukryciu przesypiał a po nocach na drobną zwierzynę polował. Ale choć zmysły miał wilcze i wilczą szybkość, całe życie swe w ludzkiej postaci spędził i o sposobach łowieckich wilków nic nie wiedział. Dlatego kiepsko mu się wiodło, bo jak człowiek ciągle myślał i oczami patrzył, a nie nosem i uszami, jak zwierzę.

Zwierzęciem zresztą najbardziej bał się stać. Bał się zbyt długo w samotności siedzieć i nawet śpiąc w człowieka się odmieniał, choć mu zimno bez sierści było i twardo. Jakiś instynkt szeptał mu do ucha, że aby w potwora się nie zmienić, do ludzi mu trzeba, z nimi przebywać i żyć. Odganiał te myśli z lęku, że złapią go i ubiją, nie dawszy sobie powiedzieć ani słowa na obronę. Ale kiedy minęło kilka nocy, głód coraz boleśniej doskwierać mu począł i trzewia tak wykręcał, że mieszaniec nawet zasnąć nie potrafił, zły na siebie za nieudolność i na świat cały dokoła.

W końcu nie zdzierżył i choć się lękał, głód strach jego pokonał. W wilczej postaci, ostrożnie, z łbem nisko nad ziemią zwieszonym, truchtem jaskinie swoją opuścił i w moknący w letnim deszczu las się zatopił.

Czas jakoś płynął obok, a Wilkun stracił rachubę od myśli, co mu się w głowie kołatały i od skręcających się kiszek. Łapy niosły go same, w nos zapachy wpadały ostre, jakich nigdy człowiek żaden nie poczuje. Uszy jego dźwięki słyszały, którymi las nigdy dla niego nie rozbrzmiewał, póki jeno w ludzkiej postaci żył w dolinie. Wszystko to nowe było i cudowne, nic go jednak nie cieszyło, bo i podzielić się nie miał z kim swymi wrażeniami.

Każdy wilk, jak i człowiek, stada swojego potrzebuje. Inaczej dziwaczeje i nierzadko w przepaść obłędu spada. Wilkun poznał tę prawdę do bólu i wiele już razy, ze snu koszmarnego się budząc dyszał ciężko, nie wiedząc czy jeszcze śni, czy oszalał, czy dzień to czy noc, prawda czy zwidy.

Teraz też różne zjawy między drzewami mu migały, znikały nim wzrok na nich skupił. A to sarny wypatrywał za kołyszącą się gałęzią sosny, a to królika w paprociach. To znów zdało mu się, że piosenkę słyszy dziewczęcą i z całej siły walczyć z sobą musiał, żeby uciec od niej a nie zbliżyć się i z człowiekiem porozmawiać.

Był głodny, słaby i zrozpaczony. I nie wiedział, co dalej począć ze sobą.

Truchtał smętnie przez gęstwinę, starając się z sił całych do wsi nie kierować, kiedy nagle, za świerkami, postać mu się zwidziała, w czerwony płaszcz wełniany odziana, z kapturem głęboko na oczy zaciągniętym dla ochrony przed deszczem.

Chaberka.

Przystanął, nosem powęszył, lecz zapachu nie mógł uchwycić.

Tak, Chaberka to z pewnością, bo płaszcz taki właśnie tej wiosny sobie uszyła.

Podszedł bliżej, węsząc ciekawie, podnieceniu się oprzeć nie mogąc. Cały strach go opuścił, gdy ją tak nagle zobaczył. Ze wszystkich ludzi, których spotkać mógł, ją akurat wypatrzył, upragnioną od lat tylu.

Szła wesoło, niespiesznie, koszyczkiem wiklinowym spod płaszczyka machając, na jagody pewnie, czy na grzyby wczesne. A on sunął bezgłośnie w pewnym oddaleniu, w plecy jej wzrok swój złoty wbijając i zapach węsząc.

Jakże taki cud, taka istota wspaniała, mogła się narodzić w tej dziurze zapadłej, u chłopa zwykłego, kowala? Ona księżniczką powinna zostać na zamku wielkim za górami…

Tak ja wielbił, tak jej wierny był jak pies jaki, a ona wciąż mu odmawiała. Kto wie, może nawet za innymi się oglądała? Może z tymi innymi z jego wierności się śmiała?

Myśl ta nagła, zazdrość w nim przemożną wzbudziła i złość.

Być przecie nie może, żeby wszystkie w dolinie dziewuchy słodkie oczy do niego robiły, a ta jedna tylko obojętną była. Musi, że innego sobie upatrzyła. Jego, Wilkuna, o swej siostrzanej miłości zapewniała, a innemu usta słodkie podawała, gdy nie widział. I jaka sprytna być musiała, skoro udało jej się ukrywać schadzki przez czas ten cały, choć przecie Wilkun prawie oczu z niej nie spuszczał.

Przebiegła dziewczyna, dwulicowa i współczucia pozbawiona…

Jak mogła tak się z nim bawić? Jak mogła gierki takie uprawiać za jego plecami? Wiedziała przecie, iż od dawna ją miłuje nad swe własne życie.

Podstępna! Nieczuła!

Wilkun zniżył trójkątny łeb posępnie i spochmurniał gniewnie.

Taka sama ona jak wszyscy w tej dolinie, pomyślał. Jak mógł tak się pomylić? Że też dla niej stracił wszystko co miał! Dopiero teraz bielmo z oczu mu opadło i zobaczył, jaka była naprawdę. On przez nią w wilka się zmienił, a ona mamiła go, to się w bartnikową córkę, to w tą obślizgła Rozetkę zmieniając i po cichu wytykając go pewnie palcami za jego pożądliwość. Takie żądze w nim wzbudzała, dla zabawy swojej. On z wioski wygnany teraz, po lesie się błąka, a ona z koszyczkiem sobie idzie jakby nigdy nic!

Suka zapluta…

Gniew przyszedł jak fala, zalewając wilcze ciało mocą i wolą niesienia krzywdy. Podbiegł bliżej Chaberki i zapach jej czerwony, jak kiedyś uderzył mu w zmysły, otumaniając do reszty.

Zapłaci mu ona za wszystko, co wycierpiał przez jej zabawy nieludzkie!

Chciał ją zawołać, by odwróciła się i by mógł w twarz jej spojrzeć, lecz z wilczego gardła ryk się tylko podniósł wściekły. Wilk wybił się do skoku a czerwony płaszcz zafurkotał, gdy dziewczyna odwracała się szybko.

Błyskawicznie, jakby wcale zaskoczona jego pojawieniem nie była.

Przez szał opętania, myśl ta uderzyła mieszańca, ale za późno już było, by skok przerwać. Już leciał.

I naraz ujrzał przed sobą zarośnięte lico kowala, spod kaptura się wyłaniające, błękitem oczu błyskające. Wilkun zęby wyszczerzył do ataku i padł nań zwinnie, w szyję celując by zabić najrychlej. Ale okutane ciężką wełną ramię, do młota nawykłe, wetknęło mu się między zęby, gdy się nim Radożyc przytomnie zasłonił.

Wilkun ból straszliwy w trzewiach poczuł i zaskowyczał przeraźliwie, aż się ptaki z pobliskich świerków pozrywały. Nóź kowala w brzuch się zwierzęcy zagłębił aż po samą rękojeść.

Mieszaniec padł na ścieżkę bez siły, czując jak z posoką życie z niego powolutku ucieka, a zapach jej czerwony już nie podniecenie wilcze, lecz strach szaleńczy zbudził.

Kowal z głowy kaptur zrzucił i przykucnąwszy przy wilku, srebrny nóż o nogawicę wytarł, nosem pociągając w deszczu.

– No – mruknął rad najwyraźniej. – Mam cię, ścierwo…

A widząc ślepia złote, z niezrozumieniem nań patrzące, dodał krzywiąc się:

– Chaberkę czułeś, co? Oprzeć się nie mogłeś? Patrz – i dłoń mu pod nos sam podstawił, z raną ledwo co wygojoną we wnętrzu. – Wiesz, co to?

Wilkun sapał urywanie i jęczał cicho. Skołowany, na Radożyca patrzył, wciąż wokół Chaberkę czując, nie jego. A kowal ranną dłoń bezwiednie pomacał, i do siebie się zadowolony uśmiechnął.

 

*

 

Wtedy, gdy zalaną krwią córkę na klepisku złożył, jął jej rany oglądać uważnie. Piękna twarz dziewczyny, cała posoką zalana była, ranami po pazurach potargana na policzkach. Widok ten tak Radożyca przeraził, aż mu się w głowie zakręciło z rozpaczy.

Naraz w drzwi chaty sąsiad wpadł jego, rybak wąsaty, Orech:

– Na Welesa i węże jego! – zaklął z nienawiścią. – Wilkuna widziałem! W wilka się zmienił, mieszane ścierwo! Na Roda… – struchlał, dziewczynę we krwi zobaczywszy. – Radożyc, Wiedźmę zawołam!

– Czekaj – kowal ponuro osadził go na miejscu. – Sam pójdę – rzucił, Chaberkę już z klepiska podnosząc. – Szybciej będzie.

– A dyć daleko to!

– Dam radę, jeno miejsce mi zrób!

Przepchnął się w małych drzwiach z rybakiem, córkę na rękach niosąc nieprzytomną i czym prędzej na ścieżkę w las się skierował. Nim między drzewami zniknął, słyszał jeszcze jak Orech raban we wsi podnosi i o Wilkunie mordercy wrzeszczy.

Długą drogę do siedliska Wiedźmy całą prawie biegiem przebył, zasapawszy się i upociwszy okrutnie. Nieczuły był na to jednak, córki życie na uwadze mając i czas cały na mieszańca krew chorą wyklinając w myślach.

Wiedźma daleko od wsi żyła, chata jej butwiała samotnie, do skały przytulona, przed wiatrem osłonięta. Dach cały mchem porośnięty miała i okna ni jednego, jeno drzwiczki nad wysokim progiem, otwarte wiecznie. W pełni lata ogród ją otaczał ziół pełen, zapachem wszelakim oszałamiający i owadami brzęczący.

– Wiedźmo! – krzyknął donośnie Radożyc, między bieluniami i krwawnikiem się przepychając.

– A poszedł mi stamtąd, zawszony szkodnik! – zaskrzeczała wściekle poskręcana starucha, na progu chaty się wyłaniając. – Gdzie mi w grządki pcha się?! Wyłazi w te pędy bo w jaszczurkę zamienię i kotem poszczuję!

Kowala strach by pewnie obleciał na jej widok, bo paskudna była jak każda wiedźma, ale z ważną sprawą przychodził i lękać się nie miał czasu.

– Córka moja umiera! – sapnął, z ziół się wygramoliwszy i pokornie przed progiem staruchy stając.

Ta, niczym księżna, ze swego podwyższenia na progu, Chaberkę wzrokiem niechętnie obrzuciła.

– Długo tak bez czucia leży? – skrzypnęła od niechcenia.

– Od wsi aż do teraz – wyjaśnił, innego sposobu nie znajdując.

Wiedźma machnęła przyzywająco garbatymi paluchami, w głąb chaty się cofając.

Wszedł więc Radożyc za nią i smród aż mu łzy z oczu wycisnął.

– O, patrzcie go, jaki wzruszony córki losem… – zarechotała baba, opacznie mokrość jego oczu odczytując. – Położy dziewuchę na posłaniu.

Kowal odwrócił się niepewnie, niczym olbrzym w tej maleńkiej chatce, głową o wiszące u powały zioła zahaczył, za rzeczonym posłaniem się rozglądając.

– Jak łazi?! – zrugała go natychmiast. – Pozwala wszystko! Tam ją dawaj, mówię przecie! – wskazała kupę skór i futer, a gdy kowal Chaberkę na niej składał, myśl mu zaświtała jasna, że kupa owa źródłem jest smrodu tego straszliwego i zdziwił się prawie, że zapach ten córki jego do przytomności nie doprowadził.

– Posunie się, wielki taki – odsunęła go kostropata łapą baba brutalnie. – Jeno niech nie porozwala mi niczego, porządek żem wczoraj robiła, aż mnie w plecach łupie teraz.

Radożyc odsunął się pokornie, głowę w ramiona wciskając, bardach wokół odruchowo spojrzeniem ogarniając i nijak porządku dopatrzeć się nie mogąc. Wiedźma zaś chwilę długą dziewczynę oglądała, powieki jej podnosiła i rany na twarzy oglądała. Coś tam mruczała do siebie, ale mężczyzna dosłuchać się nie mógł, czy chorobę odpędza, zdrowie zamawia, czy jeno zwyczajem starych, do siebie gada bez sensu nijakiego.

– Mieszaniec, suczy syn – rzuciła głośniej na koniec. – Podrapał ją, blizny mieć będzie, ale zaraz do żywych wróci. Zestrachała się jeno.

– Blizny… – powtórzył słabo, wiedząc że córki uroda wyjątkową była, i że łez morze wyleje za nią Chaberka.

– A dyć mówię – Wiedźma obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem. – Rozumie, co to blizny, czy głupawy jakiś z urodzenia?

– Rozumiem – kiwnął głową kowal. – Powiedzcie, babko… jak mam tego mieszańca zabić?

Wiedźma tylko się żachnęła:

– A po co będzie zabijał? Żywa będzie przecie.

– On już dwie inne zabił. Krew za krew.

Baba zerknęła z ukosa na kowala, przebiegłą minę robiąc.

– Tego zabijecie, inne przyjdą. W lasach pełno potworów, bestii, a wy głupie mięso jeno dla nich jesteście.

– Tamtych też zabiję – poważnie skinął głową mężczyzna.

– Patrzcie go! – zarechotała piskliwie. – A co on o potworach wie? Pierwszy mu łeb urwie i małe nim napasie!

– Dowiem się. Tylko pomóc mi musicie. Zapłacę, co chcecie.

Na te słowa starucha żywiej ślepiami łypnęła, całego od stóp do głów zmierzyła i oblizała się dziwnie do myśli swoich, aż się kowalowi jakoś mniej pewnie zrobiło.

– Rytuał znam – z pewną zadumą rzekła Wiedźma, po podbródku się drapiąc, na którym włosów kilka sterczało paskudnie. – Stwory wszelakie oszuka, na jego ścieżkę sprowadzi, bo im się słodszym zda niźli inni. Ale cenę ma swoją, jak wszystko. Odwrócić go nie idzie.

– Mieszańca znajdę? – kowal głową podrzucił, zdecydowany już życie swe na szali położyć. – To mów, co mi robić trzeba.

I Wiedźma mu z uśmiechem chytrym plan cały opisała, co i jak nakazała.

Radożyc w skupieniu słuchał, ani słówka z jej przemowy nie roniąc.

Potem córkę do chaty zaniósł, baby poprosił, by przy niej czuwały i poszedł.

Najpierw do gaju świętego, między dęby, by się bogom swym oddać w opiekę. Chwilę klęczał wśród drzew, w szumie ich ogromnych gałęzi słuchając, czy się który z bogów nie obrazi na to, co zrobić zamierzał.

Wyszedł potem aż na rozstaje dróg, odetchnął głęboko i srebrnym swym nożem, jedynym takim we wsi, dłoń lewą głęboko w środku przeciął.

Krew pociekła i kapać jęła na ziemię, piach na brunatno znacząc.

– To jest moja krew – wyrzekł kowal uroczyście, co mu Wiedźma nakazała. – To jest mój zapach i smak. Jeśli siłą zechce ktoś z waszych plemion i pomiotów szukać ofiary wśród moich, smak i zapach mój do mnie go przyprowadzą. Ja jestem opiekunem tej doliny. I wszystko, co złe, niech uderza we mnie.

 

*

 

Wilkun wciąż jeszcze dychał słabo, a Radożyc nad nim do siebie się uśmiechał.

– Opiekunem jestem – mruknął. – I wara wam wszystkim od moich. Ścierwa.

Po czym splunął gdzieś w bok, nosem pociągnął i nie czekając, aż mieszaniec ducha wyzionie, jął go w płaszcz czerwony zawijać. Potem tobół taki na plecy sobie zarzucił i przez las, nad jezioro zaniósł a nad brzegiem zwalił, aż jęknęło.

– No widzisz, Wilkun – mamrotał, chłopaka odwijając już, nie wilka, czym się przejmować za bardzo nie zdawał. – Jam cię przed śmiercią uratował, jak cię Brzystko wiosce wydał po urodzeniu. Miękki taki byłem, widzisz. A ty za to córkę moja oszpeciłeś, dwie inne dziewuchy zabiłeś… Ty potworem się okazałeś, jak mówili. A ja, potwora tego ocaliłem, rozumiesz? Moja to wina wszystko.

Podniósł bezwładnego, pół przytomnego z upływu krwi mieszańca i w wodę jeziora wszedł, aż po pas.

– Teraz to naprawię – rzekł i bez słowa pożegnania, chłopaka w jezioro puścił.

Poszedł ranny jak kamień pod wodę, a że płytko było, zaraz też plecami o dno rąbnął. Ból już prawie całe życie z niego wycisnął, ale chęć istnienia jeszcze w nim kołatała. Odruchowo powietrzem chciał się zachłysnąć, przez co wodą się opijając, nowy jeszcze ból sobie sprawił.

Wiedział już, że ginie, lecz do końca z myślą tą pogodzić się nie chciał.

Wtem dłonie go czyjeś chwyciły i tuż przy twarzy mara mu się jakaś ukazała, źrenice czarne, ogromne jak dwie studnie, w niego się wgapiły.

Nim czucie stracił, myśl mu przemknęła, że się już w istotę wodną zmienia, utopka jakiego czy rusała.

Ale to nie była prawda. Nie do końca.

I tak się właśnie Wilkun, po raz trzeci od śmierci wywinął.

 

KONIEC cz. I

Ciąg dalszy w opowiadaniu "Zimna".

Koniec

Komentarze

Rozumiem, że umieszczanie orzeczenia na końcu zdania to taka pseudoarchaizacja, ale czemu właściwie ma ona służyć? Już nie mówiąc o tym, że w zestawieniu ze słowami typu "ekspedycja" czy "bałagan" efekt jest nieco zabawny.

No właśnie. Irytujący ten SOV. Stosowany jedynie od czasu do czasu nie raziłby tak, a stylizację nadal dałoby się odczuć. Umiar zazwyczaj popłaca.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tak, ta stylizacja to kwestia sporna, wiem. A czy coś poza nią?

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

(...)  zarechotała baba, opatrznie mokrość jego oczu odczytując.  ---> a przypadkiem jakimś dziwnym nie: opacznie?  

(...)  nosem powęszył, (...)  ---> ależ to żadna rewelacja, nosem. Gdyby tak uchem, było by o czym pisać...

Stylizacja momentami nieco przesadna, ale generalnie nie przeszkadzająca w lekturze. Anachronizmy, "zderzone" z pseudoarchaizacją, lekko drażnią, mocniej i wbrew intencjom Autorki śmieszą.  

P.S. Półprzytomny. Przecineczki.

...Nie zgadzam się z poprzednikami. Uważam opowiadanie za bardzo dobre, jedno z najlepszych jakie tu przeczytałem. Stylizacja tworzy klimat i nastrój. Autorka moim zdaniem posiada nie byle jaki talent literacki. Wspaniała kompozycja

utworu, piękne dialogi, klimat i nastrój. Bardzo, ale to bardzo mi się opowiadanie podobało. Pozdrawiam zauroczony.

 

..."Nosem powęszył" --- przy całej stylizacji --- jak najbardziej na miejscu.

Niedopatrzenia zawsze się wkradną, masz czas je jeszcze poprawić. Im więcej głów, tym więcej takich wyłowi. Mam nadzieję, że ktoś napisze też coś o treści. Moje zdanie znasz: jest barwny świat, trochę erotyki, taki nastrój baśni dla dorosłych, ciekawe rozwiązania i oryginalny główny bohater. Niech żyje WD:)

A! I świetny avatar! To Ty na tym zdjęciu? Nie widzę z daleka.

    Jakby  Autorka wyjaśniła, co oznacza przymiotnik "wilkarski', byłbym wdzięczny. To samo co "wilczy"?

Ja Ci wyjaśnię, mój ulubieńcu:) To rasa ludzi wymyślona przez dwie siostry siedzące na wierzbie prawie dwadzieście lat temu, ludzi potrafiących przybierać wilczą postać:)

    No i mamy błąd kompozycji i narracji --- nie ma zdania o tym na pocżatku tekstu. I w ogóle nie ma chyba takiego zdania.  Dałem sobie spokój.  

    Pozdrawiam.  

Roger, myślę, że jeśli wziąć pod uwagę, że Wilkun dorastał w niewiedzy na temat owej rasy (której był ostatnim żyjącym przedstawicielem), czytelnik może też dowiadywać się tego, kim byli wilkarzy w trakcie opowiadania, razem z odkrywającym swoją drugą naturę Wilkunem. Wtedy nie ma błędu.

Dziękuję wszystkim, zaraz poprawiam tę literówkę "opacznie", ekspedycję i bałagan.

Ryszardzie - bardzo dziękuję za polanie miodkiem mojego serca. Aż nie wiem co napisać... ściskam Cię wirtualnie, bardziej niż ciepło :*

RogerRedeye - byłam pewna, że w tekście padało zdanie tłumaczące, kim byli wilkarzy (stąd przymiotnik). Ale rzeczywiście go nie widzę, więc dodam zaraz. A jest, jak pisze Agata - z tym, że nie nazwałabym ich ludźmi. Po prostu istoty, mogące przyjmować postać ludzką lub wilczą. Ludźmi raczej gardzili, uznając ich za słabych. U mnie stanowczo bliżej im do bestii. Ale nie są to wilkołaki.

Agata - jak sobie kupię wreszcie czerwoną wełenkę, to taki płaszczyk sobie uszyję. A póki co, avatar z neta ;P

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Jeszcze jedno - ciągle się łamię, czy zostawić takie zakończenie, czy dopisać dalszy ciąg, zamknąć całość tej historii.

A może po prostu Radożyc powinien zabić Wilkuna i po sprawie?

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Nie, nie. Ja chętnie dowiem się, co dalej stało się z Wilkunem:)

Mocny tekst. Do stylizacji mam zastrzeżenia raczej subiektywne, niż obiektywne. Sytuacja podobna do "Atlasu Chmur", gdzie pierwsza i ostatnia część również napisane zostały podobną stylizacją, której - tak, jak tutaj - zdzierżyć nie mogłem, mimo iż reszta tekstu napisana była absolutnie solidnie. Ot, gusta, guściki i takie tam.

Niemniej, opowiadanie podobało mi się. Zarówno fabuła, jak i pomysł. Zdecydowanie na plus.

A Rogera nie słuchaj.  

RogerRedeye - dodałam wyjaśnienie, ale jak pisałam - zdanie o wilkarach było, widocznie wyrzciłam przez przypadek, w ferworze edycji.

Chociaż jeden błąd narracji naprawiony :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Vyzart - bardzo dziękuję, za Twój komentarz i miłe slowa, mimo, iż zdierżyć nie mogłeś ;)

Co ciekawe, to opowiadanie to jedyne, co napisałam taką składnią. Ot, taki sobie eksperyment :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Zdecyduj się, Autorko, jak się te stwory nazywają i jak ich nazwę odmieniasz. Wilkar czy wilkarz.  W tekście tak, w komentarzach tak...

    " Wilkarzy, ze swego zamku na skale, zapomnianą, górską doliną władali. Bestie to były, na zawołanie ludzką bądź to wilczą postać umiące przyjmować."

    Francja - elegancja. Resztę przeczytam jutro. Ale już teraz widać, ze jest to więcej niż sprawnie napisane.

    Pozdrówko.

AdamKB - l.poj. wilkar, l.mn. wilkarzy. Jak inaczej widziałbyś mnogą od wilkar?

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Mogliby też być wilkarowie, ale to nieco sztucznie brzmi --- a poza tym i przede wszystkim przepraszam, z wilczarzami jakoś mi się to "podmieniło" i splotło...

Zdumienie moje jest przeogromne, bo nie przepadam za stylizacjami, a tutaj ten zabieg zupełnie mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie. Uważam, że opowiadanie wiele na tym zyskało. Jestem urzeczona pięknie i żywo opowiedzianą historią. Podoba mi się wszystko –– pomysł, świetnie opisany i logiczny szereg zdarzeń, aż po zakończenie dające nadzieję na ciąg dalszy. Zabawnie, mimo grozy sytuacji, został wpleciony motyw o olbrzymiejących oczach, uszach i zębach zdesperowanego Wilkuna. Krajemar, gratuluję! Bardzo udany debiut.

 

Nie zależało mu tez bardzo, czy wieś na strzępy go rozerwie czy żyć mu pozwoli. – Literówka.

 

i tylko nieliczni po imieniu doń mówili, tez zresztą dziwnym – Wilkun. – Literówka.

 

I tak gryzła Wilkuna ta jego miłość zatruta przez dwie wiosny z okładem – Zrozumiałam, że dwie wiosny z okładem zatruły miłość Wilkuna, dlatego teraz ona go gryzie… ;-)

Proponuje: I tak gryzła Wilkuna ta jego miłość zatruta, całe dwie wiosny z okładem

 

Wilkun śledził za Chaberką pół wieczora, aż mu w głowie tak od miodu zaszumiało, że odwagi za trzech dostał i patrząc na rozpaloną zabawą twarz dziewczyny krew mu zawrzała – Ze zdania można zrozumieć, że krew patrząc na rozpaloną twarz dziewczyny, wrze. ;-)

Ja napisałabym: Wilkun wodził wzrokiem za Chaberką pół wieczora, aż mu w głowie tak od miodu zaszumiało, że odwagi za trzech dostał i patrzącemu na rozpaloną zabawą twarz dziewczyny, krew zawrzała

 

Zatkało go z przejęcia i bał się poruszyć, by nie zbudzić się z tego snu. – Powtórzenie.

Może: Zatkało go z przejęcia i bał się poruszyć, by snu nie spłoszyć. Lub: Zatkało go z przejęcia i bał się poruszyć, by snu nie odegnać.

 

Nie! – ryknął jakoś wściekle i aż sam zaskoczył się obcością swego głosu. Ale było za późno, by się uspokoić. – Powtórzenie.

Może: Nie! – ryknął jakoś wściekle, i aż sam się zaskoczył obcością głosu. Ale było za późno na spokojność/uspokojenie.

 

Serce jego poznało jednak smak potęgi a usta jego zasmakowały krwi i choć walczył z tym jeszcze, trucizna obłędu mieszańców rozlewała się już po jego umyśle. – Powtórzenia.

Może: Serce jego poznało jednak smak potęgi a usta zasmakowały krwi i choć walczył z tym jeszcze, trucizna obłędu mieszańców rozlewała już się po umyśle.

 

Na ojca, że go nie chciał, na chłopców, co się z nim bawić nie chcieli – Powtórzenie. Może: Na ojca, że go nie chciał, na chłopców, co go od swoich zabaw odganiali

 

przez płot rozmawiając, czy z oddali śledząc, gdy na progu kuźni siedziała – Ja napisałabym: …przez płot rozmawiając, czy z oddali patrząc/popatrując/gapiąc się, gdy na progu kuźni siedziała

 

Dziewczyna bystra była i szarpać się przestała. Uważniej się przyjacielowi przyjrzała, dłoń dziewczęcą do czoła przyłożyła, bo jej się jakiś rozpalony zdał jak w malignie. – Powtórzenia.

Może: Dziewczyna bystra była i szarpać się przestała. Uważniej na przyjaciela spojrzała, dłoń dziewczęcą do czoła mu przyłożyła, bo jej się jakiś rozpalony zdał, jak w malignie.

 

Poczołgał się na czworaka do najbliższej sosny i ciężko zwalił się przy niej – Może: Podpełzł na czworakach do najbliższej sosny i ciężko zwalił się przy niej

 

Najpierw powiał urwisty, chłodny wiatr a potem przyszła ściana deszczu – Czy na pewno wiatr był urwisty, nie porywisty? Urwisty, to inaczej stromy, spadzisty. Dach może być urwisty, wiatr chyba nie.

 

I odszedł od jej posłania, więcej jej żali nie słuchając. Ja napisałabym: I odszedł od jej posłania, więcej jej żalów nie słuchając.

 

Wilkun przez dni kilka do wsi się nie zbliżał, zbyt się bojąc ślady swe zostawić i chłopów na trop skierować. – Powtórzenie.

Może: Wilkun przez dni kilka do wsi nie podchodził, zbyt się bojąc ślady swe zostawić i chłopów na trop skierować.

 

Zachodnie jaskinie, choć przerażały go za dzieciaka, teraz idealną kryjówką się stały – Ja napisałabym: Zachodnie jaskinie, choć przerażały go za dzieciaka, teraz w sam raz kryjówką się stały

 

…Wilkunowi zdawało się, że ich obecność ciągle tu wyczuwa. Ckniło mu się okrutnie do nich… – Powtórzenie. Może: Wilkun miał wrażenie/odczucie, że ich obecność ciągle tu wyczuwa. Ckniło mu się okrutnie do nich

 

aż do wioski, tuż pod skałą się kulącej. Zatrzymał się mieszaniec – Powtórzenie. Może” …aż do wioski, tuż pod skałą się kulącej. Przystanął mieszaniec

 

Zwierzęciem z resztą najbardziej bał się stać.Zwierzęciem zresztą najbardziej bał się stać.

 

Jakiś instynkt szeptał mu do ucha, że by w potwora się nie zmienić, do ludzi mu trzeba, z nimi przebywać i żyć.– Ja napisałabym: Jakiś instynkt szeptał mu do ucha, że aby w potwora się nie zmienić, do ludzi mu trzeba, z nimi przebywać i żyć.

Żeby nie było wątpliwości. ;-)

 

Dopiero teraz bielmo z oczu mu opadło i zobaczył, jaka była na prawdę. Dopiero teraz bielmo z oczu mu opadło i zobaczył, jaka była naprawdę.

 

A kowal po rannej dłoni się bezwiednie pomacał, i do siebie się zadowolony uśmiechnął. – Powtórzenie. Może: A kowal, ranną dłoń bezwiednie pomacał, i do siebie się zadowolony uśmiechnął.

 

Wtedy, gdy zalaną krwią córkę na klepisku złożył, jął jej rany oglądać uważnie. Piękna twarz jej, cała posoką zalana była – Powtórzenie.

Może: Wtedy, gdy zalaną krwią córkę na klepisku złożył, jął jej rany oglądać uważnie. Piękna twarz dziewczyny, cała posoką zalana była

 

Nie czuły był na to jednak, córki życie na uwadze mając Nieczuły był na to jednak, córki życie na uwadze mając

 

Na te słowa starucha żywiej ślepiami łypnęła, całego go od stóp do głów zmierzyła – Zbędny zaimek.

 

Rytuał znam – z pewną zadumą rzekła Wiedźma, po podbródku się drapiąc, od którego włosów kilka sterczało paskudnie.Rytuał znam – z pewną zadumą rzekła Wiedźma, po podbródku się drapiąc, na którym włosów kilka sterczało paskudnie.

 

Ja jestem opiekunem tej doliny. I wszystko, co złe, niech uderzał. – Nie rozumiem drugiego zdania.

 

Potem toboł taki na plecy sobie zarzucił Potem tobół taki na plecy sobie zarzucił

 

ale chęć istnienia jeszcze się w nim kołatała. Odruchowo powietrzem chciał się zachłysnąć, wody się opijając i nowy jeszcze ból sobie sprawiając. – Powtórzenia. Może: …ale chęć istnienia jeszcze w nim kołatała. Odruchowo powietrza chciał nabrać, ale wodą się opijając, nowy jeszcze ból sobie sprawił. Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy - ogromne dzięki. Zaraz wprowadzam poprawki. Wiesz, że nie widziałam nic złego w tych zdaniach, ale z Twoimi zmianami brzmią od razu lepiej.

 

Dziękuję wszystkim. Widzę, że bardzo dużo się od Was nauczę. Te wszystkie miłe słowa, konstruktywna krytyka, sprawiają, że aż się znów chce pisać. Ostatnio miałam mega doła w tej kwestii, więc strasznie się cieszę, że do Was trafiłam (dzięki Agacie :) ).

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

        Ciekawe i bardzo sprawnie napisane opowiadanie. Wciągające, co ważne. Nieprzegadane, co równie ważne. Ładna warstwa językowa, z wyrazistą, ale nienachalną stylizacją, nie utrudniającą czytania. Ładne neologizmy – „wilkooki” dobrym przykładem. Określenie stworów – braci i sióstr Wilkuna – do dopracowania. Jest tajemnica, jest intryga. Jest miłość. 

    Dobre proporcje przy równoważeniu opisu i dialogu.

    Akcja idzie do przodu, a to dobrze.

    Podstawowe minusy – Autorka nie umiała się zdecydować, czy to jest zamknięta opowieść, czy nie.  I zaprezentowała czytelnikowi zakończenie typu otwartego. Niby opowieść się kończy, a jednak nie. Niedosyt, i to zdecydowanie. Gdyby to była część pierwsza – tak, do przyjęcia, wiemy, że czeka nas część druga. A tak: opowiadanie kończy się bez zdecydowanego finału. Przy skończonym opiwiadniu jest podstawowy błąd.  

    I drugi zarzut, związany z pierwszym: Autorka nie wyjaśniła do końca motywu Chaberki. Kim byłam w sensie psychologicznym? Autorka rysuje tropy, stawia czytelnika w niepewności, pokazuje, ze w tej postaci może kryje się jakaś tajemnica – albo zwykła pospolitość  – l tego nie wyjaśnia. Niezamknięty wątek. Błąd.  A gdyby tak byłaby to część pierwsza, czytelnik wiedziałby, że problem zostanie wyjaśniony później. Ale trzeba mieć za pazuchą, na podorędziu, cześć drugą…

    Parę wyrazów jeszcze brzęczy, na przykład ten „płaszczyk”. Opończa, suty płaszcz – chyba brzmiałoby lepiej.

    Ale, jak na debiut, znakomicie. Jak dobrze pójdzie, Autorka niebawem przewyższy Gwidona, czego życzę.

    Pozdrówko.

    PS. Nie piszemy „mrugać oczyma”. A czym innym może człowiek mrugnąć?

 

RogerRedeye, cieszę się, że przeczytałeś i dziękuję.

Druga część opowiadania jest już wymyślona i czeka w mojej głowie na napisanie. Mam nadzieję, że Chaberka spełni Twoje oczekiwania, ponieważ stanowczo z nią jeszcze nie skończyłam :)

Dlatego też cieszy mnie błąd, który opisujesz, ponieważ oznacza, że opowiadanie wywołuje dokładnie takie oczekiwania na część drugą, jakie chciałam osiągnąć. To nie jest wstęp do powieści, drugie opowiadanie zamknie całość. Ale powieść też istnieje :) Istniała nawet zanim powstało opowiadanie, może kiedyś, gdzieś, przyjedzie czas, by i ona ujrzała światło dzienne, ale nie tutaj, oczywiście :) Tu wrzucamy krótkie formy. Z miłą chęcią przeleję więc na papier (czytaj: do Worda) drugą część historii Wilkuna, Radożyca i Chaberki.

Pozdrówka!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Poza tym, ja uwielbiam cliff hanger - y i nienawidzę ich jednocześnie :) Kiedy w ostatniej scenie horroru, martwy jak się zdawało stwór jednak drgnie, tuż przed tym, jak polecą napisy, bardziej mnie to cieszy, niż sielanka głównych bohaterów. Dlatego chyba mam słabość do takich zakończeń.

Ale nauczę się zamykać historie. Kiedyś. Na pewno :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

     Krajemar, w Twoich zdaniach, poza kilkoma zaledwie, wiele złego nie było. Ot, powtórzenia, nie takie straszne nawet, ale wydaje mi się, że jeśli można ich uniknąć, należy to zrobić. Zdaję sobie sprawę, że Autorowi, we własnym tekście, trudno dostrzec takie usterki, przeto staram się je wyłapać i przy okazji sugeruję inne wyjście. Bardzo się cieszę, gdy Autor zechce skorzystać z mojej propozycji, rozumiem, że czasami woli pozostać przy własnej wersji.

     Pozdrawiam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

    Bardzo dobrze. Pozostaje tylko dopisać do tytułu --- część I. Przy  części drugiej link do pierwszej. I nie za długo czekać z publikacją --- za cztery dni byloby najlepiej.  Dobrze byloby też wyjaśnć w części drugiej znaczenie tytułu --- oczywiście, winno to wynikać z treści.

    Przy okazji: srebrny nóz czy nóż ze srebra? To nie to samo. Szczegół, ale ma znaczenie, bo nóż chyba jest specjalny. To też nie jest wyjaśnione. Coś w cżęści drugiej należaloby o tym napomknąć...

Klimat jest. Czuć smród czarownic, miękką sierść wilka. Umiesz wprowadzać czytelnika w Swój świat, który wydaje się wiarygodny i zadziwiająco naturalny.

"Kowala strach by pewnie obleciał na jej widok, bo paskudna była jak każda wiedźma, ale z ważną sprawą przychodził i lękać się nie miał czasu." - podoba mi się to zdanie.

Czekam na kolejne;)

Ps. Jestem ciekawa jakbyś Sobie poradziła w zwyczajnym, potocznym stylu:) No nic, to mi się podoba - pomimo mojej niechęci do takiej otoczki stylistycznej.

Pozdr!

Dziękuję majatmajaja (ależ masz trudnego nicka :D ).

Jak pisałam, to jedyna rzecz, którą popełniłam z taka stylizacją. Mam nadzieję niedługo coś wrzucić "normalnego" ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Przybyłam zwabiona Niedźwiedzim jeźdźcem i nie zawiodłam się. Mnie Twoja stylizacja językowa nie przeszkadza, wręcz odwrotnie - bardzo mi się podoba. Wciągnęło mnie i zauroczyło. Wsiąkłam całkowicie przy czytaniu. To moje klimaty - bardzo, bardzo lubię takie opowiadania. Czekam na kolejne. I jestem bardzo ciekawa, co z Wilkunem stało się dalej.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jeszcze mi się przypomniało - na początku piszesz, że matka Wilkuna była wikarem, a potem wyjaśniasz, że kontakty z ludźmi były zakazane i karane. Ale nie wyjaśniasz, jak doszło do zbliżenia z Brzystkiem - mimo strachu ze strony czlowieka i kar ze strony wilkarów

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, uznałam, że opowiadanie jest o mieszańcu a nie o jego rodzicach i już i tak jest długie.

Skoro Wilkarzy karali śmiercią, znaczy, że takie przypadki zbliżeń musiały miec miejsce, od czasu do czasu. Poza tym pewnie wiesz, jak jest - zakazany owoc, chemia, ślowiańska "rozpusta" i się dzieje... :D A potem: "To moje?" hahahaha

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Przyjmuję wyjaśnienie. Długie jest na portal, gdyby było w druku, nie byłoby za długie. I tak mi się podoba.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

DZięki za przeczytanie i miłe komentarze.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałem z przyjemnością. I ciekaw jestem ciągu dalszego.

A ja zgłosiłam do miesięcznego nagradzania za maj;-) Czytajcie i głosujcie, kto żyw!;-)

Bardzo dziękuję, za zgłoszenie :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Vyzart przywołał wcześniej "Atlas chmur" i całkiem słusznie. "Dziennik pacyficzny Adama Ewinga" czytało mi się z początku straszliwie ciężko, w Twój tekst też nie dało się wgryźć natychmiast. Nic dziwnego. Taki stylizowany język to zawsze pole minowe. Tym większe wyrazy uznania. Mitchellem może nie jesteś, ale udało Ci się stworzyć naprawdę udane opowiadanie, które mimo ciężkiej formy dość szybko nabiera płynności. Zakończenie mnie rozczarowało, bo nie spodziewałem się ujrzeć na koniec "c.d.n.", niemniej jednak czekam na kontynuację. Kombinatorstwo siostry nagoniło Ci przynajniej jednego czytelnika ;)

Ah, no i jeszcze jedna kwestia. Bardzo podoba mi się tytuł :)

pjotroos - "Kombinbatorstwo siostry"?;-) Szalenie wesoło Cię pozdrawiam;-) Ja tylko wystawiłam Młodą w szranki. A co, niech walczy.

pjotroos - dzięki.Wiem, że forma cięzka, tym bardziej cieszę się z takich komentarzy, jak Twój.

No a siostra taka juz jest, straszna kombinatorka, hahaha :)

Pozdrawiam Was oboje bardzo ciepło, choć poniedziałkowo (w dodatku z pracy).

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Zagłosowałam - już można.

O! Dzięki :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Niezłe opowiadanie. Wydaje mi się, że tekst poczułby się lepiej, gdybyś ograniczyła stylizowane zdania o jakieś 15%. Poza tym --- trzeba przyznać --- jest klimat, dobrze się czyta i także czekam na kolejną opowieść.

Jeszcze jedno --- wrzucanie opowiadań w cześciach jest złym pomysłem. Ten tekst generalnie się broni, ale --- tak na przyszłość --- lepiej zamykać całość opowieści w jednej publikacji.

pozdrawiam

I po co to było?

Dziękuję, syf. Cenię Twoje zdanie. Przy pisaniu drugiej (i ostatniej) części, będę miała w pamięci Twoje uwagi.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Bardzo wciągające opowiadanie. Końcówka, zapowiadająca ciąg dalszy udana. Mnie z całą pewnością zachęciłaś do zapoznania się z kolejnym tekstem. 

Dobra stylizacja, ciekawe i wciągające opowiadanie, które bardzo mi się podobało. I tylko tyle ode mnie:).   Pozdrawiam

Mastiff

Prokris, Bohdan – dziękuję. Dziś zaczęłam wreszcie pisać drugą część. Postaram się utrzymać klimat :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Mnie nie wciągnęło, ale przeczytałem bez bólu. Pozdrawiam.

Stylizacja szybko staje się nienachalna, chociaż w kilku miejscach coś mi zgrzytało. Do opowiadania nie mam większych zastrzeżeń, jednak nie potrafiło mnie wciągnąć. Historia, moim zdaniem, po prostu nie jest ciekawa. Do tego wybuch zamku był raczej śmieszny. A i nadal nie rozumiem co właściwie wiedźma zrobiła kowalowi, albo dlaczego ten postanowił wepchnąć wilkołaka w wodę, miast go zarżnąć. Nie rozumiem też, dlaczego wieśniacy od razu nie zaczęli podejrzewać Wilkuna – w końcu był jedynym znanym im pozostałym przy życiu wilkołakiem. Nie spodobał mi się też zabieg z nagłą retrospekcją i sceną wizyty kowala u wiedźmy – była za długa i lekko nużąca. Cóż, napisałem, że nie mam większych zastrzeżeń, ale wymieniłem ich całkiem sporo. Dziwne ; )

Zaiste, berylu, dziwne :) Nikt do tej pory nie zgłaszał nielogiczności, nie bardzo też lubię, kiedy tekst trzeba dotłumaczać. Ale rozumiem, że stoisz na straży logiczności naszych tekstów i starasz się łapać wszystkie błędy, więc: Wybuch zamku jest wybuchem. Wiem, że słabe to tłumczenie, ale dlaczego wybuchło i po co, wyjaśnia dopiero powieść. Pisałam opowiadanie dopiero po skoczeniu całej książki, i ten fragment akurat nie może wyglądać inaczej, jeśli chcę zachować logikę między opowiadaniem i książką. Wiedźma pokazała Kowalowi rytuaał, dzięki któremu wszystkie "potwory" będą ciągnąć do niego, rytuał magiczny, dzięki któremu Wilkunowi aż do ostatniej chwili widzi i czuje Chaberkę, zamiast jej ojca. Nawet, gdy już wie, kim jest postać w płasczu, nadal czuje zapach dziewczyny. Zostało to napisane w tekście. Radożyc zaniósł Wilkuna do jeziora, by dopełnić rytuału, na który kiedyś nie pozwolił wieśniakom – oddanie mieszańca bogom jeziora. Również, można się domyślić. Nie podejrzewali Wilkuna, ponieważ, jak pisałam, pomimo, że nie był dobrą partią, był lubiany przez ludzi. Uważali, że jest dobry. A on nigdy nie dał im powodu, żeby mogli go podejrzewać. Retrospekcje lubię. Scena z Wiedźmą też mi się podoba. Co do ciekawości historii – wszystkim nie dogodzę. Chciałam przedstawić rozdarcie Wilkuna, poświęcenie Kowala i trochę słowiańszczyzny, ponieważ ją cenię i lubię. Rozumiem, że nie musisz mieć tak samo. Ja, kiedy widzę teksty space opera albo urban fantasy, też rzadko bywam oczarowana. Takie tam, de gustibusy, non deputandusy ;) Trochę mi pojechałeś w tym komentarzu, ale przyjmuję go i Cię pozdrawiam.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Wybacz, ale o wrzuceniu do jeziora jest ledwo jedno zdanie na początku. Można było się nie domyślić : ) I widzisz, dlatego nie lubię opowiadań w częściach, bo tłumaczenie, że coś się wyjaśnia w następnym opowiadaniu, to żadne tłumaczenie. Skutek rytuału zrozumiałem, rzecz jasna, ale wydało mi się to kulawo przedstawione. Sam rytuał, znaczy. W każdym razie, napisałem co mi się nie podoba, a co z tym zrobisz, albo czego z tym nie zrobisz, to już Twoja sprawa. Na koniec będę lekko kąśliwy i dodam, że zamiast odpowiadać czytelnikowi "a mi się podoba", lepiej już nic nie pisać, bo to żadna odpowiedź. Ja piszę o tym, co mi się nie spodobało, nie oczekuję, że moje zdanie podzielisz. Zauważ też, że nigdzie nie powiedziałem, abym nie lubił retrospekcji czy słowiańskiego klimatu (byłem jurorem w konkursie "Słowianie 2012"), a tylko tyle, że w Twoim tekście ta pierwsza moim zdaniem źle wyszła.

Dobra, nie ma sprawy. Nie będę się kłócić ani bronić. Koń, jaki jest, każdy widzi :) Przemyślę sprawę.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Ponieważ mój komentarz cierpiał na niedobór uśmieszków, nadrabiam: ; )) : ))) : )) I dodaję, że nic nie było pisane złośliwe, a jedynie w celu pomocy, i tak zwanego feedbacku : )

A ja cenię każdą opinię. W końcu, po to zamieszczam tutaj teksty, żeby się doskonalić. Wszystko trzeba rozważyć, na spokojnie, bo choć lubię niedopowiedzenia i zmuszanie czytelnika, by pewne rzeczy sobie sam wykombinował, nie chcę przecież być autorką nierozumianą. A do Słowian 2012 sobie zajrzę – brzmi ciekawie.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Wybacz, ale co miałem sobie dopowiedzieć? Że islamscy terroryści wysadzili zamek? ; P

Islamscy terroryści to własnie byli wilarzy. Siedzieli tam zasośnięci, w wilczych skórach, a potem wpadli oni! Kto taki? Ano, wiadomo – Amerykanie! I uratowali wioskę, ale ponieważ pomagali im ci kosmici z Roswell, cała akcja została utajniona ;p

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Rozumiem, że Wilkarzy byli wyposażeni w olbrzymie źródła ropy, w takim razie ; )

Oczywiście! Mięli tyle ropy, że nie mieściła im się w kieszeniach.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Krajemar, czekałaś na piórko i czekałaś, ale się doczekałaś. Bardzo gratuluję!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczekałam się :) Dziękuję, regulatorzy, Twoje poprawki były nieocenione.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Osz, kurde, krajesiostro…! Ty naprawdę dostałaś to piórko!!! …nienawidzę Cięęę:-)))))!!!!!

Ja Ciebie również :) Publicznie dziękuję, że mnie zgłosiłaś! Piwo stawiam jak się zobaczymy ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

  …Przytulam Cię do swej szerokiej piersi. Mam nadzieję, że mąż nie jest przesadnie zazdrosny.

Ryszardzie, już myślałam, że o mnie zapomniałeś. Dzięki, że mi kibicowałeś. Oczywiście, że jest zazdrosny, sam ma szeroką pierś więc wie, że lubię się przytulać do takiej ;D

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

A ja wszystko mu wypaplam! Ale piwem za zgłoszenie tego arcydzieła nie pogardzę…;-) Dwa – i zapominamy o palpaniu?

  …Agatko, jesteś niedobra. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Agatko, wiesz co się dzieje z niegrzecznymi dziewczynkami, które za dużo paplają? Nie wiesz? I dobrze, niech tak zostanie…

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Wiem, ale nie powiem! Ble ble, wystawiam Wam język! Jak to się robi na internecie? Hmmm. Marta zawsze wiedziała. Dupa, nie zapytam tej… tej okropnej… tej krajemarty! Pa wszystkim! Nienawidzę Wassss;-) … i znowu zrobiłam ten durny uśmiech… Pozdrawiam wszystkich bardzo nie-uśmiechnięta!;-)

(Wiem, że będzie wam trudno uwierzyć, ale ona jet starsza ode mnie…) Ogarnij się, starsza-młodsza siostro i pisz coś na Średniowiecze 2013. Temat wprost dla nas.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Piszcie, piszcie ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Miałem na myśli pisanie opowiadań – konkursowych albo i nie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ja już napisałam coś na ten konkurs! Ze sto razy! Ma coś zgrzytnąć, tak? No. Że wtedy nie był jeszcze ogłoszony, kurcze…;-)

Skuszony niedawnym opierzeniem się Autorki przeczytałem opowiadanie i pragnę pogratulować dobrego, wciągającego tekstu, w którym nawet ta dziwna i stosowana niekonsekwentnie stylizacja mi nie przeszkadzała. Mam nadzieję, że ciąg dalszy historii wypłynie niedługo z głowy Krajemar i rozleje się na turkusowym tle mojego ulubionego portalu. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję, Sethraelu. Opowiadanie już się wylewa. Tydzień, dwa i skończę… ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Czekam zatem, czekam. Słowiańskich klimatów nigdy dosyć.

Sorry, taki mamy klimat.

OK, wrzucone. Zapraszam do przeczytania zakończenia historii Wilkuna tu: "Zimna"

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Zgodnie z zapowiedzią, przeczytałam. I wcale nie żałuję, bardzo mi się podobało :D Szkoda tylko, że przeczytałam w odwrotnej kolejności, ale to nic. Bardzo dobry tekst, zasłużył na to piórko. Tak mnie wciągnęło, że zapomniałam o kawie i zdążyła wystygnąć. A do stylizacji szybko się przyzwyczaiłam. W zasadzie nie mam żadnych odkrywczych zastrzeżeń, z grubsza przeczytałam liczne komentarze i myślę, że nic oskrywczego nie powiem. Ograniczę się więc do ostatecznej oceny tekstu: zrobił na mnie pozytywne wrażenie, klimatyczny do głębi.

Bardzo się cieszę, jeralniance. Jeśli chcesz, zrobię Ci świeżej kawki ;)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Wystarczy mi, że niebawem napiszesz kolejny tekst, bo chyba zostanę fanką :D

Ojej, ale miło :) Dzięki!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Idę czytać drugą część ;)

Na wstępie chcę napisać, że jeśli wydam się ociupinę zbyt krytyczna, to dlatego, że już nie oceniam cię krejmar na skali nowicjuszy hobbystów :)

 

Od języka zacznę – no niestety, do tego grona należeć mi przyszło, którym stylizacja archaiczna trudności niejakie sprawiała. Z czasem coraz mniej, szczęściem wielkim, gdyż w świecie przedstawionym głębiej przyszło mi zatonąć i już wtedy jak z górki niewielkiej, acz stromej poszło.

Podobny bój z trylogią huscyką stoczyć mi niegdyś przyszło. Trylogię za napisaną świetnie uważałam, ale ciężką, że ja pier… No, ciężką. Widzę, skojarzenie odmienne niż u reszty, którym twoje opowiadanie z Atlasem się skojarzyło.

Co do logiki wydarzeń – w kilku kwestiach, z żalem do samej siebie, beryla poprzeć muszę. Jak pierdutło zamkiem to się pod nosem uśmiechnęłam. Jak Wilkun kowala za gładolicą córę wziął to pomyślałam – zapach może i myli, ale jak on może nie rozpoznać draba o ramionach tura dziewczęcy płaszcz przywdziewającego, ślepy dureń jakiś! Retrospekcja niby nieco sprawę wytłumaczyła, ale niesatysfakcjonujące w odczuciu mym było to wytłumaczenie. I z początku zauważyć, nie zauważyłam, że to retrospekcja ino była. Jednakże to już na bakier własnej głupoty zrzucam.

 

No! Jak te stare babszytylisko na bazarze pomarudziłam, to tera pochwałą chlusnę w twarz twą krejmar. Tylko zacznę pisać normalnie, bo mnie już mózg boli od tego pierdzielenia wspak… Świat przedstawiony po prostu mnie oczarował. Może fabuła jest niezbyt zawiła, brak fajerwerków, wybuchów, wielkich tajemnic i szurum burum wszelakiego, ale wciągnęła mnie od początku do końca. I ten klifozwisacz! Świetny! 

I choć trochę potknięć językowych  (wymienione w komentarzach wyżej, powatarzać się nie będę), to uważam, że podjęłaś się zadania niesamowicie trudnego. I naprawdę poradziłaś sobie bardzo dobrze. Mało napotkałam w życiu tekstów, które za stylizację archaiczną nie brały wciśnięte gdzieniegdzie “waść” czy “chędożyć”, a poza napisane były nowocześnie do bólu.

Mogłabym jeszcze pisać i pisać… ale skończę podsumowaniem, że uważam zdobyte przez ciebie piórko za w pełni zasłużone :)

Tylko nie "Tęcza"!

Miło zobaczyć gwiazdkę przy tak starym tekście…

 

Z zamku sie już tłumaczyłam, jeśli zaś chodzi o pomylenie Chaberki z Radożycem, to właśnie na tym całe zaklęcie polegało – być opiekunem, to ściągać na siebie uwagę wszystkich złych duchów, mamić je i kierować na siebie. W “Zimnej” chyba to gdzieś pada. A może tu? Nie pamiętam :D

 

Za pochwały mogę tylko podziękować. Poza tymi dwoma opkami, które tworzą całość, nigdy już nie stosowałam stylizacji aż tak ortodoksyjnej ;)

Dzięki, że wpadłaś.

Buźka!

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

w kilku kwestiach, z żalem do samej siebie, beryla poprzeć muszę

Zgadzanie się ze mną jest passe? Kurczę, a ja zawsze się ze sobą zgadzam :/

krejmar – zapomniałam tylko dopisać, że motyw z czerwonym kapturkiem i wilkiem rozłożył mnie na łopatki. No, banan na pół twarzy :P

Kontynuację na pewno przeczytam.

beryl – oj passe, passe! Tak się z redaktorem zgadzać, aż mi wstyd…

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo przyjemnie się czytało i wciągnęło mnie. Jutro przeczytam kontynuację. Interesujący styl opowiadania.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No, zassało, ale faktycznie strasznie dużo czasowników na końcu zdania początkowo utrudniało życie…

Historia interesująca, wciągająca, ciekawa, nawiązania do czerwonego kapturka zabawne, wiedźma gadająca z manierą odnoszenia się w trzeciej osobie jak żywa baba jaga ze wschodu, – słowem, wszystko gra.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo dziękuję. Od tego opowiadania zaczęła się moja przyjaźń z portalem. Dziś pewnie napisałabym to opowiadanie inaczej, ale chyba nie będę na to miała nigdy dość czasu :)

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Baśń sympatyczna, ale motywy nie powalają oryginalnością. Szczególnie ten wątek romantyczny.

Czym właściwie wilkarzy różnią się od wilkołaków? Brakiem uzależnienia od księżyca czy jest coś jeszcze? Odporność na srebro, metoda zarażania?

Mnie tam stylizacja nie przeszkadzała, ale drażniły zbyt współczesne (IMO) terminy; tyłek, zatkało.

Babska logika rządzi!

Wilkarzy zmieniają postać na życzenie, przy czym nie są kreaturami pomiędzy wilkiem a człowiekiem, tylko po prostu wilkiem, lub człowiekiem. Etycznie bliżej im do wilków. Jest jeszcze kilka innych charakterystycznych cech, jednak nie wystąpiły w tym tekście. Zapach jest poza tym o mieszańcu, nie wilkarze czystej krwi.

 

Nie wiem czy tyłek albo zatykanie to takie współczesności :/ Jeśli kiedyś będę jeszcze coś z tekstem robić, to zmienię, bo czemu nie, po co ma kogoś razić. Dzięki więc.

 

Nie jestem wielkim fanem oryginalności. Oczywiście wszyscy do niej dążymy, ale ja lubię baśnie, poruszanie się w takich właśnie klimatach. Jeśli czyta się dobrze, to niekoniecznie musi być oryginalnie, bo w prostej linii prowadzi to często do przekombinowania.

 

A poza wszystkim – strasznie fajnie, że napisałaś. Aż dziw, że do tej pory nie czytałaś tego tekstu, bo przecież wpadłyśmy tu prawie równo :)

 

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

I trafiła się, pani Krajewska. Ja tam bym klikał. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka