Profil użytkownika


komentarze: 671, w dziale opowiadań: 463, opowiadania: 98

Ostatnie sto komentarzy

Dzięki Darconie. Dialogów bardzo się bałem, bo to krytyczny punkt, którym najłatwiej zaburzyć klimat – nie masz pojęcia jaką satysfakcję daje komentarz mówiący, że ten element jest ok :)

 

@PsychoFishu, dzięki za dobre słowa.

Co do organów… Wyobraziłem to sobie jako postrzał, w którym kula nie narusza właściwych organów, choć po drodze uszkadza układ krwionośny. Nie znam się jednak na medycynie i w sumie właśnie zacząłem się zastanawiać czy z punktu widzenia medycyny układ krwionośny jest/nie jest narządem… Hm. Czy jest na sali ktoś po studiach medycznych?

 

@Belhaj, dzięki za lekturę :) 

W "Baobabie" to nie metaforyczność zmęczyła, a właśnie to, że tekst z dużym potencjałem wymaga skrócenia, żeby móc się cieszyć i historią i metaforami. Tutaj tego problemu nie ma, przeciwnie, wręcz wtłaczasz metaforykę do głowy, co jest efektowne. Myślę, ze w ten weekend wstawię do wątku o ostatnim numerze NF swoją recenzję, to wrzucę tam swoją opinię w kwestii tego opowiadania.

Dzięki Kordylianie. "Zapytał" nawet już powyżej wskazał Wicked, za to "Cię" to już błąd szkaradny, aż sam się zszokowałem, ze coś takiego popełniłem :( Dobrze, że wyłapujecie tutaj takie rzeczy.

Co do samej treści, o wojnie zawsze ciężko pisać, zwłaszcza gdy zderza się bierność z działaniem… Cieszę się, że moment zakończenia koniec końców udany.

"Blacktom przypadkowo odkrywa maszynę do podróżowania w czasie. Ma już dość czwartku, więc przenosi się do piątku. W głębi duszy nadal jednak pozostaje Czwartkowym Dyżurnym."

Bemik przerzuciła się na język emotikonowy ;) 

A zostawiając czytelnika z “hmmm” sprawiłeś, że opowiadanie zostaje w głowie trochę dłużej, niż do zamknięcia strony. Czasem trzeba tłumaczyć w tekście, czasem lepiej nie :-) W razie czego zostaje dyskusja w komentarzach :-)

W sumie w komentarzach Issander podpowiedział co się tam zdarzyło :-) I chyba dobrze, ze zrobił to tu, a nie w tekście :-)

 

Rozdział piąty, w którym Bella dochodzi do wniosku, że rozdziały nie pasują do jej powieści i wraca do podziału zwykłymi separatorami :-)

Jeśli pytasz mnie, to sama widziałaś za co mnie omal nie stratowano na szałtboksie :P 

 

Czy gigant z brodą to tylko krasnolud?

 

(Blacktom następnym razem będzie wymagać burbona do lektury opowiadania!)

Rozdział piąty, w którym Bella pyta na forum i uzyskuje niejednoznaczną odpowiedź :P

 

Nie no, w tytułach np. zwykle nie daje się kropek, ale są wyjątki. W rozdziałach podobnie.

Szczyt perfidii: ogłosić konkurs na tekst z minimum 40 tysiącami znaków i powiedzieć, że idzie się oglądać mecze ;D 

Zaraz na Starych, po całym mieście rozsiani. Koleżanka kiedyś jak kiedyś trafiła na takich przy pierwszym spotkaniu z Tyszanami, to długo nie dała sobie wytłumaczyć, ze to miasto nie jest pełne antygorolskości :D 

Tylko zdaje się Bemiku specjalizujesz się w konkretnej grupie odbiorców, w której rozdziały są bardziej oczywiste :) 

Są, są. Nawet jakieś pokoleniowe rodziny dumne ze swojej śląskości. Ale chodziło mi o to, jak hanysy z miast sąsiednich reagują – Tyszanie to swoi i już.

No właśnie logicznie było to zaraz po, ale coś w nastroju tego akapitu wyglądało jakby trochę czasu minęło. A może zwyczajnie byłem zmęczony, gdy to czytałem.

Hym, a na pasku nad opowiadaniem mam “joseheim, beryl, vyzart”, blactomów brak

Pewnie biblioteczni wartownicy założyli się o coś, a stawką było przejęcie warty :P 

Jest na plus, nie do przesady, ale na plus. Nie tyle za treść, co za to, że przypomniało mi o baśniach wschodniosłowiańskich (może inspiracji) i za nienachalność tej historii. Jedyny realny zgrzyt to fakt, że końcówka jest napisana tak, jakby odbywała się długo po wizycie husarza, a jednocześnie gdyby to rozłożyć na czynniki pierwsze, wygląda na to, ze jednak działo się to w dzień po jego przybyciu.

E, napływowych Tyszan choć technicznie są gorolami, to hanysy tak ich nie nazywają :) Pszczynian też tolerują :) 

 

@Count Dzięki tym ilustracjom to opowiadanie ma posmak podręcznika z historii ;) 

Definicja z czasów, gdy Wirtualna Polska miała własną wyszukiwarkę i wprowadziła do niej funkcję kalkulatora :-)

Ale z tym na g to nie słyszałem albo nie pamiętam, to jakaś fest przesada.

W temacie gwary przypomniał mi się kawał, jak początkujący pisarz przychodzi do kolegów, a oni do niego:

– Skocz po halba!

Poczatkujący pisarz na to:

– Ej, koledzy, ale co to jest halba?

Oni na to:

– Racja, skocz po dwie halby!

 

 

* W oryginale młody budowlaniec w rozmowie z majstrem.

I jeszcze tytuł. Trafny, choć przez drugie znaczenie słowa początkowo sprawia, że przez moment szuka się zupełnie innego wątku :) 

W żadnym razie nie chodziło mi o kopiowanie, doszukiwałem się raczej inspiracji/nawiązania :) 

 

Cytaty na początku rozdziałów dobrze wyszły np. w “Głębi”, gdzie budowały wiedzę o świecie. Niestety zdarzało się też, że spoilerowały.

 

Zaczyna się spokojnie, by przejść w oniryczność, momentami tez baśniowość. Fabularnie nie wciągnęło, a mimo to dobrze było to przeczytać, bo styl fajny. Ten kontrast złota i niebieskiego cały czas krąży w głowie. Podobnie jak poczucie uciekającej realności (w sensie uciekającej dla bohaterki). Fajny styl pisania, choć zakończenie takie… uciekające? Nie do końca tez wyłapuję, czy część z gigantem to tylko sny, ułudy umysłu, czy jakiś symbol? Zdarzenie magiczne, które ma z jakiegoś powodu wpływ na bohaterkę?

W moim odczuciu jest tu inny styl niż w “Baobabie” – zdecydowanie na korzyść “Płaszczki”.

 

Mogło być pięknie, ale było dzisiaj.

To zdanie nieźle wyszło i mocno oddaje codzienność bohaterki.

IMHO to po części kwestia “estetyki tekstu” w tym szerszym znaczeniu, obejmującym nie tylko sam styl pisania. Przynajmniej w większości przypadków. Są wyjątki, gdzie podział na rozdziały zwyczajnie ułatwia przeskakiwanie pomiędzy różnymi bohaterami lub miejscami zdarzeń. Poniekąd niektórym autorom może to pomóc w samej pracy nad książką (bo jak jakiś fragment nie będzie pasować, to nie zagłębiają się na chybił-trafił wstecz, tylko analizują konkretny rozdział). Może to być tez ułatwieniem w sensie, ze jeśli postanowisz przenieść jakiś fragment w inne miejsce, to łatwiej to zrobić z rozdziałem, niż z “wycinkiem”.

Czy to buduje klimat? Jak się dobrze zagra, to tak. Czasami jest to tez dobry pretekst do wstawiania różnych cytatów itp. Z drugiej strony czasem jest cienka granica między tytułem rozdziału nadającym klimat, a lekkim zasugerowaniem czytelnikowi co się stanie.

Najlepiej kieruj się tym, czy Ty jako autorka potrzebujesz rozdziałów do czegoś i jak Ty sobie wyobrażasz swoją własną książkę. Do tego dodaj to, czy rozdziały (a jeśli tak, to jakim systemem tytułowane) zbliżają cię  do tej wizji/sposobu pracy, czy przeciwnie.

 

(Teoretyzuję, powieści jeszcze nie pisałem, na razie opowiadaniami tworzę :P )

Życiowe. Proste, ale życiowe. Don Kichot ciekawie wpleciony, niby jako dodatek do rozmowy, niby komentarz o walczących przeciw lepiej uzbrojonym, a w kontekście ostatniej sceny wygląda to już inaczej. No i nawiązanie do baśni starosłowiańskiej (o Światogorze to zdaje się była cała seria baśni). Swoją drogą zastanawiam się,  czy na polskiej wsi używało się nazwy “byliny” czy jednak “rosyjskie baśnie”. A może to kwestia regionu? 

 

To zdanie:

Wojna podchodziła pod ich obejście i nie kryła się z tym, nie skradała na palcach.

zwróciło moją uwagę. Oddaje myśli bohaterki.

No to mamy czwarty twist, a gratis dorzucam od siebie własną nadinterpretację, że podświadomość nie chce wyjść na zewnątrz ;)

Sam wynalazek znalazłby zastosowanie nie tylko w sporcie :P 

Chopie! W 1700 znakach zrobiłeś potrójny twist! Najpierw myślałem, że z za wykutej dziury ktoś obserwuje po drugiej stronie, ale dalsza część tekstu naprowadziła, ze to tylko malowidło. Potem myślałem, ze dotknięcie malunku zamienia postacie miejscami. Na końcu okazuje się, że jednak nie, że postać z malunku od początku obserwowała przez wykutą dziurę i ma gdzieś świat naokoło. Brakuje tylko obrazka z Uroborosem.

Idę zgłosić do Biblioteki.

Bawisz się słowem, co stanowi dobra umiejętność zarówno pod kątem opowiadań, jak i felietonów (tych takich z pazurem, a nie tylko poświęconych ogólnym rozważaniom).

Co do treści… Początek i późniejsza wzmianka o 32 literach kojarzy mi się z pewną audycją radiową, w której wspomniano o książce zaczynającej się od zdania “A jest pierwsza literą (jakiegoś tam, nie pamiętam kraju) alfabetu”. Nie mam pojęcia o jakiej to książce było, ale jestem ciekaw czy nawiązujesz właśnie do niej lub do tej audycji :) 

Ciekawy motyw z Muzą pomiatającą autorem. Całość nie była szczególnie super, ale też nie była zła. A wspomniane już bawienie się słowem to coś, co przy innym pomyśle może zagrać.

No i skojarzyło mi się z jednym z pierwszych epizodów komiksowego Sandmana.

Pomysł ciekawy, czytało się fajnie, natomiast zawiodło takie “zwykłe” zakończenie. Nie jest złe, ale jednak tematyka czasu pozwala na więcej. ciekawym zaskoczeniem był moment, w którym sceneria z raczej “początku XX wieku” wskakuje albo w przyszłość albo w historię alternatywną – przyznam, że solidnie to zaskoczyło :-) Dobry tytuł – niby prosty, a jednak pasujący do tekstu i zarazem zwracający na niego uwagę.

Myślałeś może, żeby wątek bitew i czasomierzy warto chyba rozwinąć w trochę dłuższym opowiadaniu?

Bo to nie jest główny obraz, a jeden ze szkiców. Warto wchodzić na podstrony obrazów na ArtStation i scrollować w dół – na niektórych są grafiki pomocnicze, czasem całkiem fajne, czasem inspirujące nie mniej (albo i bardziej) od tych głównych.

co sołtysowa zakopała

Wygląda na coś, co może świecić w nocy i promieniować. W sumie akcent z pozostawieniem kanistra jest dodatkowym akcentem końcowym w tym kontekście. O ile oczywiście to nie nadinterpretacja? Thargone?

A co do zdania, to jakby wszyscy mieli jedno, to Pan Jesiennego Ogrodu stałby się hitem mimo odtwórczości użytych chwytów. A nie, czekaj… ;) Nie no, serio, każdy ma inny gust. To są opowiadania, a nie prawda objawiona :)

Użytkownicy II to nie kobieta/mężczyzna, po prostu różni dyżurni (płci obojga) logują się na różne konta w celu wprowadzenia głosów zaproponowanych przez użytkowników uprawnień nie posiadających, ale spełniających warunki do nominacji.

Te warunki to:

– – minimum 50 skomentowanych opowiadań

– obecność na forum minimum 3 miesiące

– merytoryczny komentarz pod nominowanym opowiadaniem

 

jakby pierwiastek budowy był ważniejszy niż fakt jednoczesnej deszczowości ;p

Coś jest na rzeczy, skoro “ja być”, a nie “być ja” ;) (deszczowość to nie czasownik, ale jednak w związku z czymś, co się dzieje)

 

@Wicked – sjp.pl to nie sjp.pwn.pl :) 

@Corneliusie: użytkownicy II to konto zastępcze, szczegóły w Hyde Parku, w wątku Biblioteka – nominacje :) 

:D

A miałem opory czy na końcu drwalska siekiera zamiast samej siekiery nie będzie zbyt mocnym wyeksponowaniem :-) A tutaj masz Żonglerko o doktorze Baumie ;-) Nie wiem czy “część druga” jest dobrym określeniem, ale w tekście są zaszyte furtki do opowieści pobocznych :-)

 

Dzięki za odwiedziny, AC. Przez jakiś czas planowałem wrzucić kapitana Ozowiewa dowodzącego oddziałami rosyjskimi, ale trudno było znaleźć miejsce, które nie zaburzałoby reszty opowieści. Za to zaskoczyłeś mnie Strachem Na Wróble, bo podobnie jak i Lwa, jego nie wrzucałem :-) Dla tych, którzy pamiętają wersję książkową jest za to Frank Baum (no i nawiązanie do Mary Shelley).

W sumie to przerzuciłem to i na lub już teraz, ale z większymi poprawkami poczekam (zresztą jeszcze tu Reg nie zaglądnęła, pewnie też coś wskaże). Raz jeszcze dzięki Wicked!

Oczywiście, że nie umarł i nadal jest lepszy od mp3. Ale wiesz, ten format nawet w czasach swej świetności był mało znany. A szkoda, wielka szkoda. W ogóle pewne rozwiązania z tamtych czasów to niezły punkt wyjścia do opowiadań.

Ale ziemniaki tłuczone zamiast gniecionych! :D 

 

Wicked, dzięki za wypunktowanie przecinków. Większość poprawek naniosę po konkursie. Większość, bo kilka elementów pozostanie (np. enter na końcu jest w pełni zamierzony).

W ogóle to starałem się owego cyborga rozpisać tak, by był elementem wzbogacającym świat 1920+, a jednocześnie nie kolidującym z innymi obrazami. Takie wejście w świat z próbą unikania odtwórczości, a zarazem z pobawieniem się istniejącymi motywami.

Ewentualnie musisz się nauczyć korzystać z Languagetools ;) Byle nie nadużywać, bo czasami daje fałszywe alarmy :)

Ogg Vorbis? Na Williama Gibsona, Staruchu, jesteś pranerdem! Tylko usenetu lub IRCa brakło (jak wiadomo oba naraz być nie mogą, bo to jak wojna C64 z Atari).

Ziemniaki tłuczone? A lemoniady z saturatora nie łaska? :P

Proste i fajne. Całość ma potencjał na rozwinięcie pobocznych szortów o mieszkańcach zapomnianej wioski i chyba warto to zrobić. Literówek niestety bardzo dużo, co utrudnia lekturę. 

Podobno po osiągnięciu 1666 komentarzy otwiera się portal, a z szałtboksa wyskakuje Fantastyczny Pan Lis wykrzykujący magiczne zaklęcie.

Szort sam w sobie samodzielny, ale nadający się do rozwinięcia w dłuższy materiał.

 

Słowo szaman trochę nie pasuje do kapłana pogańskiej Żmudzi. No i chyba chodziło o wycie, a nie skowyt :) 

 

Klik biblioteczny, bo jest klimat.

Z tym rozproszeniem/koncentracją to fakt, palnąłem trochę… I myślę, ze tu będzie w ogóle dodać jedno zdanie, żeby to w pełni płynnie zabrzmiało. Ale to już po konkursie, bo modyfikacja pojedynczych słów to jedno, a dopisek to już osobna sprawa.

Dzięki raz jeszcze!

 

Czyli w sumie uzasadnienia dziwnie szybkiej reakcji doszukałem się w wydarzeniach z “nie tego Gniewczyna”. A mimo to pasuje. Ludzie jednak mają straszne instynkty…

Też miałem wątpliwości co do szybkości, z jaką wieśniacy poderwali się do boju, ale tylko do momentu, gdy poczytałem o historii Gniewczyna. W tej miejscowości doszło w 1942 do tragedii, gdy ludzie uwierzyli w plotkę o “chowanych skarbach”…

 

Nawiasem, jeśli ktoś po przeczytaniu opowiadania zaczyna szukać dodatkowych informacji, to też mówi o tym, że czy opowiadanie jest dobre.

 

Nikt nas tam nie zna, mogłybyśmy wszystkie częściej chodzić na dwóch.

… nogach?

 

Opowiadanie powolne, leniwe, pierwszy akapit prawie mnie odrzucił, ale zostałem i cóż, treść uzasadnia to tempo. Co prawda szybko można było się domyślić “kotołactwa”, ale jednak zaskoczyło to, że przemiana w kota nie była finałem i później koty rozmawiały między sobą (przy okazji wyjaśnia to “kształt” rodziny).

Zaciekawił mnie wątek z poczęstunkiem. Wiem, że w północno-wschodniej Polsce takie talerzyki wystawiało się z poczęstunkiem dla węży, stary, pogański zwyczaj, który przetrwał do XX wieku. Zdaje się na Podlaszczyźnie i Lubelszczyźnie były podobne poczęstunki dla kotów, ale tego nie jestem pewien, czy mi się z czymś nie plącze. Czy w Podkarpaciu (bo jak mniemam po nazwach miejscowości tam się dzieje akcja) był podobny zwyczaj, czy to myk na potrzeby opowiadania?

Wal – ciekawe nawiązanie imienia kotołaczki do waleriany.

Gniewczyn – aż z ciekawości sprawdziłem w Google (szukałem czy to Suwalszczyzna, wyszło jak wyżej, że Podkarpacie, tyle, ze nazwa to zdaje się Gniewczyna?). Chciałem sprawdzić też, czy zaraza, o której mowa w opowiadaniu, to nawiązanie do jakieś historycznej zarazy. Nie znalazłem, za to wychodzi na to, że hańbiące momenty były w historii tej miejscowości (czy raczej dwóch miejscowości).

 

Ogólnie ciekawe, nie jakoś bardzo porywczo, ale jednak dobre.

 

Dzięki za przybycie, RR.

Mam nadzieję, że jako całość (klimat, treść itp.) się podobało.

Czekam wiec na ponowną wizytę :-)

 

Powiem Ci, że początkowo (przed wrzuceniem na portal) było właśnie starcie. Potem zmieniłem na “poważną potyczkę”, która ma w tym przypadku sugerować, że pomimo ostrego przebiegu, walka sprzed dwóch godzin trwała krótko i angażowała mniejsze oddziały – bo w sumie słowo to odnosi się właśnie do wielkości walczących oddziałów, od biedy czasu trwania starcia. Większe zgrupowania były w pobliżu, wrogi jest w tle początkowej sceny, “swój” ściera się z wrogiem później, w okolicy wsi.

Nie wiem czy Cię przekonuję tym wyjaśnieniem, taki jednak był mój tor myślenia przy podmianie słowa. Jeśli jednak więcej osób zgłosi, że coś jest nie tak z tym zdaniem, to przyjdzie mi podmienić.

 

Darconie, pisałem o tym swego czasu na SB, ale albo umknęło to między innymi wypowiedziami albo ja przegapiłem odpowiedź. W próbce głos ok, dźwięki ok, wszystko słychać fajnie, z jednym wyjątkiem. Pauzy są zbyt długie. Te chwile ciszy po prostu nie pozwalają złapać rytmu w słuchaniu. Niby ważne, żeby nie czytać za szybko, żeby słuchacz mógł całość wyłapać, ale tu chyba poszło to w drugą stronę. Tak ma być? Zaznaczam, że nie znam się na robocie dźwiękowca i może pytanie jest bzdurne :-) 

O, to poczułeś się jak czytelnik :P 

Tekst poważny, smutny i – z czym pewnie nie każdy się zgodzi – z pewnym nieoczywistym,  oniryzmem (dostrzegam go w przeczuciach opisanej dziewczyny). Fantastyka bardzo umowna, bestię pomijam, bo bez grafiki równie dobrze można by ją zinterpretować jako człowieka, którego tak długo torturowano, aż oszalał. Więcej takowego dostrzegam w właśnie w elementach wizji, przeczuć itp. Zwłaszcza, ze jest kilka elementów naprowadzających – wzmianka, ze herszt widzi, co inni nie widzą (w kontekście, ze dziwnie na nią spogląda), przeczucie w momencie oglądania monet itp.

Opowiadanie z klimatem, mimo wrażenia, że jakiś fragment z niego wycięto pod kątem limitu.

Co do tożsamości bohaterki – że nie ta z masakry, to szybko można było dostrzec. Natomiast przez moment zastanawiałem się, czy nie miał dwóch córek. Albo czy ta jest dziwnie podobna do jego córki. Niedomówienie jest tu jednak dobre. Nigdzie nie powiedziano, że opowiadanie nie może pozostawić czytelnika z pytaniami.

Jest zresztą i trzecie wyjaśnienie. Mocno niepasującym elementem tekstu jest prowadzenie domostwa na uboczu przez samotną kobietę, która nie boi się obcych. Niby nie napisano, że na uboczu, ale we wsi pewnie kto inny by ich przyjął. No i tutaj herszt mógł zwyczajnie pomyśleć o gospodyni jako o tej, której zagrażają ludzkie potwory.

I tylko co się stało, ze groźną i skuteczną bandę jeden gość ot tak pokonał? Ale to już kwestia historii, która później pewnie w legendę lokalną powinna obrosnąć… Choć z punktu widzenia czytelnika mimo wszystko zostaje takie “czegoś zabrakło”.

 

Plus za staropolski, wiejski wątek kulinarny. Lebioda, mąka żołędziowa… i pokrzywa, o której już mało kto pamięta, ze nie tylko do naparów, ale i do potraw była używana.

 

Dzięki El Lobo. Zaskoczyć czytelnika to spore wyzwanie :-) 

Co do zacytowanego zdania – kogo można było przenieść, od razu przenieśli. Kto musiał czekać na pierwsza pomoc, to tej pierwszej pomocy udzielał na miejscu właśnie sanitariusz.

Hm, akurat Neon Genesis to jednak rzecz bardzo odbiegająca od młodzieżowych anime, bo niesamowicie napakowana odniesieniami religijnymi i mocno wchodząca w psychikę bohaterów. Tak czy inaczej, takie mam skojarzenia (i w sumie szerzej: z kreskówkami), a że widać nietrafne, to już osobna sprawa :) 

Najbardziej na tą myśl naprowadził składany pistolet z elektrobełtami ;) Ale to nie jest zarzut. Taka konwencja ma swoje ograniczenia, ale za to daje nowe możliwości fabularne.

Hm, albo czegoś nie zrozumiałem albo ten tekst wygląda bardziej na fragment książki, noweli lub długiego opowiadania, niż na samodzielną krótki materiał. I to zarówno w treści, jak i w formie. Co prawda w leadzie zostało to zasugerowane, ale spodziewałem się czegoś, co samo w sobie można uznać za “nie-fragment” mimo przyszłego rozwinięcia.

Pomysł wydaje się jakiś być, ale trudno go oceniać ze względu na wrażenie fragmentaryczności.

 

EDIT: za to nastój jest, sposób opisu z punktu widzenia mieszkanki innego świata także dobry.

W przypadku wilków wygląda to na przykład tak, że pojedyncze szczeknięcia zdarzają się niesamowicie rzadko, w sytuacjach, gdy np. w pobliżu są młode i ma to być dodatek do warknięcia. Ale ów dodatek jest i tak czymś niezbyt częstym i nie bardzo przypomina psiego szczekania.

Co do samych lisów – faktem jest, że ich gardła mają spore możliwości, jeśli chodzi o wydawane dźwięki. Np. mogą robić coś w rodzaju kurzego piania. Tu masz nagranie z kilkoma przykładami: http://buzz.gazeta.pl/buzz/10,163497,16945739,zastanawialiscie-sie-kiedys-jakie-dzwieki-wydaja-lisy-wlasnie.html 

Dziwny tekst. Taki trochę w stylu Lyncha. W sensie, że trzeba jednak siąść i pomyśleć.

Bardzo mi się podobało, choć podobnie jak Darcon, najlepiej widzę czołówkę, a potem stopniowo mniej (choć nadal dobrze). Przyjemnie, na wesoło, z ciągłym humorem i z dobrą zabawą słowem. Bardzo fajny tekst :-)

"Szczeka raz, drugi, trzeci"

Lisy na wolności nie szczekają. W niewoli zaczynają dopiero po dwóch pokoleniach. No, po pierwszym z rzadka. Nie wiem czy nie zdarzają się wyjątki, ale jeśli tak, to nie należą one do standardowych zachowań.

Jest trochę potknięć technicznych, ale to wszystko są rzeczy do wyrobienia. Ciekawy tekst, fajne wtrącenia z perspektywą zwierzą t.

Bardzo podobało mi się, ż e są tu różne osie postrzeganie. Z jednej strony perspektywa człowieka, psa i owiec. Z drugiej strony perspektywy młodych (owiec, górala z jego wspomnień) i starych (owiec, górala teraz).

Jeśli chodzi o same owce: pierwszy akapit bardzo mi się spodobał, nie wiem jak inni, ale ja uważam go za bardzo udany. Poza tym ciekawy wyszedł kontrast pomiędzy tym, jak owce zachowują się na początku, gdy zagrożenie było jawne (młode chcące działać, stare wiedzące, ze to bez sensu), a później, gdy zagrożenie się skryło, ale nie zniknęło (młode się uspokoiły, stare zrobiły niespokojne).

Końcówka tez w odpowiednim momencie, nie za wcześniej, nie za daleko (choć  fakt, że bez grafiki mogłoby być lekkie “urwanie”).

 

Nie wiem czy piszesz często, czy rzadko, ale jeśli rzadko – czas to zmienić i zacząć więcej tworzyć. Z teoretycznie prostego pomysłu stworzyłeś ciekawą historię, z klimatem (czuć atmosferę starości). Niby szybko można wyczuć, w którą stronę wszystko zmierza, a jednak nie przerywa się czytania. Co więcej – mimo to sa elementy zaskakujące, np. to, że chciał się tylko przywiązać do drzewa. No i zachowania zwierząt bardzo udanie odwzorowane (nie uważam, by były antropomorfizowane, zwłaszcza końcowe zachowanie psa i jego wyczekiwanie).

 

Maras już stary, pewnie pomyliło mu się ze zdjęciem trzonolinowca z Wrocławia :P Co prawda nie na kurzej stopce, ale wiele mu nie brakuje do takiej wizji :P 

A, jeszcze dodam, ten fragment:

Będziesz mnie asekuuurrrrna jego…

był przepiękny :D Zwłaszcza w kontekście tego, ze to słowa skrzata :D 

 

 

A co do tego, jak co wypada, Majkubarze, widząc jak piszesz, myślę, że to mógłby być ciekawy tekst, masz tendencję do opisywania tematów w zupełnie innych perspektywach, niż to robi większość osób (przez kalejdoskop, przez zmianę środowiska głównych postaci itp.).

El Lobo, mam na myśli czas między pierwsza a drugą sceną. Bo albo wraca do chaty zaraz po wypuszczeniu szczenięcia (czyli zaraz po pierwszej scenie), bo z jakiego innego powodu miałby ryzykować trzymanie małego wilkołaka przez kolejne dni/tygodnie (ryzyko nie tylko dla szczenięcia, które chciał uratować, ale tez dla niego samego: prowokowanie wilkołaków i zagrożenie reakcją innych mieszkańców w przypadku odkrycia tajemnicy) albo dzieje się to zaraz po ostatnim polowaniu (i wtedy te fakty znałby co prawda narrator, ale sam bohater co najwyżej mógłby się ich domyślać lub je wywnioskować.

Jakoś specjalnie mnie nie porwało, ale w sensie gustu. Technicznie dobre, do tego plus za osadzenie skrzatów we współczesności. No i poczucie humoru dobre.

Dopisz jeszcze autora grafiki.

Ciekawie napisane, taki “horror w tle”.

 

Mam jedno pytanie, być może jestem na krawędzi srogiej nadinterpretacji, ale czytając końcówkę (o wyczuciu emocji z daleka i o “dziele, kwintesencji uczuć” przypomniałem sobie wcześniejszy fragment: “W plutonie panowała pogodna atmosfera. Wszyscy wierzyli w Ninę i jej szczęście na polu bitwy. Od kiedy pojawiło się ono przed rokiem, tak trwało po dzień dzisiejszy”. Rok wcześniej Nina otrzymała obraz czy… rok wcześniej została namalowana?

No właśnie o czasie tez chciałem wspomnieć. Czysto “technicznie” wzmianka o nieodchodzących najemnikach jest komentarzem narratora, a nie myślą bohatera, ale odruchowo odbiera się to w ten drugi sposób. Znów, można to logicznie wyjaśnić (np. mogło dojść do jakiegoś zamieszania zaraz po bitwie, które bohater jeszcze zdążył zauważyć odchodząc z ukrytym szczenięciem), ale jest to wyjaśnienie naciągane (bezpieczeństwo szczenięcia, które mogło warknąć). Tak więc fragment do zaakcentowania jako “komentarz z boku”.

Co do tego myślenia bitewnego – są sytuacje, w których da się to tak uzasadnić, ale tutaj ledwo co główny bohater rzucał się sam na trzech, czyli jednak był pod wpływem emocji, a nie kalkulacji.

Ale fakt pozostaje faktem, w średnim opowiadaniu takie nieścisłości położyłyby całość na łopatki, tutaj tekst jako całość nadal się broni, a to o czymś świadczy :) 

Niektóre połowicznie – część ma szkice pomocnicze, które są nie mniej inspirujące od wersji końcowych :) 

Nowa Fantastyka