- Hydepark: Ustawa o jednolitej cenie książki

Hydepark:

książki

Ustawa o jednolitej cenie książki

O pomyśle słyszałem już jakiś czas temu, ale dotąd sądziłem, że to tylko jakieś bajki. Skoro tak jednak nie jest, to jestem ciekaw co sądzicie o pomyśle rządu (chociaż czytałem też, że stali za tym, tzw. “ludzie kultury”, którzy domagali się wprowadzenia zmian) o wprowadzeniu jednolitej ceny książki? Czy to słuszna koncepcja, która rzeczywiście pomoże naszemu rynkowi czy raczej majaki szaleńca? A może pół na pół?

 

Dla niezorientowanych, w skrócie: według nowej ustawy dana książka będzie miała ustaloną z góry cenę, więc niezależnie gdzie zechcemy ją kupić, wszędzie zapłacimy tyle samo. Czy w małej księgarence za rogiem, czy w wielkiej sieciówce w centrum, czy nawet w internecie (oczywiście nie licząc odkupowania egzemplarzy używanych). 

 

Powiązane linki:

Uzasadnienie do projektu ustawy o JCK

Projekt ustawy o JCK (chociaż data wskazuje na początek zeszłego roku, więc może coś tam się pozmieniało)

Obrazy komisji senackiej w sprawie projektu ustawy

 

Komentarze

obserwuj

Uważam, że jeżeli książki będą droższe, to z pewnością wpłynie to pozytywnie na poprawę polskiego czytelnictwa. W końcu, jak wskazują liczne badania, nie kupujemy książek przede wszystkim dlatego, że są zbyt tanie. Proponuję jeszcze zwiększyć VAT, żeby państwo na tym wspaniałym pomyśle zarobiło jak najwięcej. Wiadomo przecież nie od dziś, że książka to produkt pierwszej potrzeby i ludzie i tak będą kupować, a pieniądze z naszych podatków są wykorzystywane wzorowo, by żyło się lepiej.

Z pewnością ustanowienie sztywnej ceny znacząco zwiększy dochody małych przedsiębiorców, których ten projekt ma przecież ratować. Nie od dziś wiadomo, że ludzie wolą udać się do swojej ulubionej małej księgarni przy odosobnionej ulicy, zamiast wejść do ulokowanej w doskonałym miejscu sieciówki. A mechanizmy rynku są znane wszystkim i oczywiste jest, że wraz ze zwiększeniem ceny rośnie sprzedaż, bo przecież ludzie kupują droższe towary chętniej.

Podsumowując: uważam, że to światły i doskonały pomysł, który uratuje nie tylko drobnych przedsiębiorców, ale przede wszystkim polskie czytelnictwo.

Zapomniałeś napisać na końcu, że to wszystko gruba ironia.

Ironia? Prawda?

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Serio? Musisz pytać? :P

No, tak na pierwszy rzut oka to wyrżnie małe księgarnie, które nie będą w stanie tak ściąć kosztów jednostkowych, jak molochy.

A na drugi, to czy wiele się zmieni? Serio, można ustawą zabronić wprowadzania zniżek, rabatów dla lojalnych klientów albo sprzedawania uszkodzonego towaru po obniżonej cenie?

Babska logika rządzi!

O ile coś nie jest niezgodne z konstytucją, to można. A jak konstytucja jest zła to i ją przecież można zmienić. Wszystko można.

Co za bzdura... Tą ustawą na pewno zwiększą popyt na książki... 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Chociaż, gdyby spojrzeć na to z drugiej strony – może powstrzymałoby to supermarkety przed wyprzedażami w stylu “książka za 9,99/4,99/1,99, dowolne skreślić”, czyli wielkie kosze, do środka wpier... i przemieszane, jak chińskie majtki na stoisku obok, wszystko od kolorowanek dla dzieci po “Chłopów” Reymonta.

Przyznam, że ile razy widzę coś takiego – serce mi się kraje.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Aha. A dlaczego? Bo ktoś, kogo nie stać na wyłożenie 40zł na książkę wreszcie może coś sobie kupi, bo taniej?

Chodzi o zasadę – książce chyba należy się jakiś szacunek. A tu porozrywane okładki, pozaginane rogi, tu i ówdzie porzucony ciuch albo mydło, bo ktoś po drodze do kasy się rozmyślił i wrzucił do kosza z tymi książkami właśnie. A grzebiący raczej z nudów i przerzucający tomy jak śmieci.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Masz rację, dobrze by było, gdyby ta ustawa weszła w życie i wreszcie zrobiła porządek z tymi koszami z książkami za 5-10zl. W końcu książka to towar luksusowy i nie może być tak traktowana.

Masz rację, dobrze by było, gdyby ta ustawa weszła w życie i wreszcie zrobiła porządek z tymi koszami z książkami za 5-10zl. W końcu książka to towar luksusowy i nie może być tak traktowana.

Pięknie powiedziane ;) Zgadzam się, że to “wspaniały pomysł, który uratuję czytelnictwo w Polsce, zwłaszcza jeśli pójdzie za tym jakiś dodatkowy podatek lub zwiększenie VAT” – to juz w ogóle będzie raj i utopia w jednym, a społeczeństwo nie będzie nam więcej głupieć, tylko wzniesie sie na wyżyny intelektualne dotąd nieosiągalne.

To tak samo jak z tym puszczaniem dobrych kulturalnie i edukacyjnie programów i filmów w godzinach nocnych. Jak wiemy Polacy słyną z nocnego życia, dlatego cieszy ich niezmiernie, kiedy mogą rozkoszować się dobrym filmem o drugiej w nocy i do tego w środku tygodnia, bo przecież jeszcze bardziej lubimy być niewyspani w pracy. 

"I needed to believe in something"

Beryl :-). Malakh pisał o tym felieton na innym portalu. Ja tylko dodam, że to jest pomysł na wzór niemiecki: chodziło o to, by sieciowki, obnizkami cen, nie zabiły małych księgarni. Niemcy i tak to obchodzą tzw. Egzemplarzami uszkodzonymi (takie można sprzedawać taniej). Ponadto, na rynku niemieckim, jeśli wierzyć moim lokalesowym źródłom, wydawca trzyma też łapę na dystrybucji, w związku z czym nie ma takiego krwawego układu hak w Polsce, gdzie marża brutto dystrybutora to 50% ceny okładkowej lub 100% kosztów "produkcji" książki. Ergo: w naszych warunkach rynkowych ta ustawa niekoniecznie pomoże małym ksiegarniom i autorom, jak się "ludziom kultury" mogłoby wydawać.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ba, nikt nie zabroni dać mi książki w gratisie z batonikiem pawełek za złotówkę za 25 złotych.

Dziękuję, pozamiatane ;)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Lepiej ujednoliciliby ceny... browarów ;)

Bary nie zdzierałyby już tak z Nazgula ;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

A co z księgarniami internetowymi? Przecież będą na straconej pozycji. Książka wszędzie będzie kosztowała, np. 40zł, a u nich 40zł + koszt przesyłki. Chyba że wszystkie będą miały nagle dostawę gratis, ale to też raczej nie będzie się im kalkulowało.

Ba, nikt nie zabroni dać mi książki w gratisie z batonikiem pawełek za złotówkę za 25 złotych.

A właśnie już coś z tym kombinowali, więc chyba nie ma tak łatwo. ;P

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Proponuję, żeby ujednolicić do 5 złotych cenę wszystkiego, żeby a) było mnie stać na wszystko, b) ku chwale socjalizmu i gospodarki centralnie planowanej.

Chciało mi się.

I jak wrażenia?

Sprowadzając kwestię do centralnego pytania, za czy przeciw – jestem za.

Przyglądając się uważniej kwestiom składającym się na całość problemu – trudno o zdecydowanie pełne, pozbawione wahań i znaków zapytania.

Artykuły z Konstytucji RP. Dwa gwarantują swobody biznesowe, jeden dałby podstawę do ograniczenia tych swobód. Ale czy nasi parlamentarzyści uznają czytelnictwo, a raczej jego dalsze skutki, akcentowane w wystąpieniach, za tak istotne, by skorzystać z furtki w postaci artykułu, nie wiem, czy dobrze pamiętam, 103? Lobby probiznesowe jest, obawiam się, dużo silniejsze.

Powoływanie się na Niemcy i Francję. Nic mi to nie mówi, brak opisu mechanizmów, wprowadzonych na tamtych rynkach księgarskich, więc nie mam porównania.

Jedno, co na pewno dobre – nareszcie na niemal najwyższym szczeblu padły krytyki pod adresem potentatów, ich postępowania. Padło też kilka słów objaśnienia, dlaczego książka musi być droga już “na starcie”. Paranoidalny obraz...

Wiem, że będzie to źle odebrane, bo źle zrozumiane, ale napiszę dokładnie tak, jak myślę nie od dzisiaj. należy wprowadzić, w imię utrzymania poziomu ogólnej kultury i dostępu do tych dóbr, górny próg zysku. To załatwi wszystkich w łańcuchu produkcji i dystrybucji.

Wychodzę z założenia, że jeśli można dać 50% bonifikaty, to oznacza, że o tyle produkt jest / był za drogi. Dlatego, że bardzo niewielu jest idiotów, świadomie rezygnujących z chociażby minimalnego zysku.

Dla równowagi nie mam nic przeciwko, a przeciwnie, mam wiele za utrzymaniem wyprzedaży końcówek nakładów za symboliczne 4,99 złotego. Bądź inną, ale też niewielką cenę. Niech idzie w ludzi, zamiast na przemiał.

Dajcie spokój, to nie są sensowne sposoby sterowania jakimkolwiek rynkiem. Zresztą przerabialiśmy już podobne pomysły i to w dużej skali. I żeby nie było: nie jestem ortodoksyjnym liberałem twierdzącym, że wolny rynek jest mechanizmem samoregulującym i nie wolno go dotykać. Jednak faktem jest, że tak zwany wolny rynek posiada sporo mechanizmów samoregulacji, a powstające nieprawidłowości wymagają stosowania metod w miarę subtelnych. Propozycja wyrównywania cen jawi mi się jako próba naprawy zegarka przy użyciu baseballa.

Nie ma również sensu, IMHO, w tym kontekście, fetyszyzowanie książki czy innych dóbr kultury. Jeżeli mówimy o rynku, cenach, zysku to mówmy o towarze i mechanizmach rynkowych. Jeżeli chcemy upominać się o dostęp do kultury to mówmy o programach państwowych jak np.: organizacji bibliotek, udostępnianiu dóbr kultury w sieci i rozwoju infrastruktury sieciowej, mechanizmach przejrzystego dotowania instytucji i podmiotów, które mogą krzewić kulturę, itd., itp. I, być może najważniejsze: uczmy wszyscy, wszystkich, że warto to robić, bo bez budowania świadomości gówno z tego będzie.

A sprowadzając sprawę do pewnego absurdu. To może kolejna ustawa będzie nakładać na wydawców obowiązek przyjmowania zleceń drukowania określonych nakładów “dzieł wartościowych kulturalnie” za free, albo przynajmniej po cenie urzędowej? W sumie nasuwa mi się więcej takich rozwiązań. Można byłoby nie tylko krzewić kulturę, ale i budować szkoły, szpitale...

Ech, rozpędziłem się. ;-)   

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Zauważ, iż mowa nie o chlebie, ale o czymś, bez czego żyć można. Taki argument też był podniesiony w wypowiedziach zaproszonych na posiedzenia komisji senackiej. Dodaj do tego fakt, że wszyscy, autorzy, wydawcy, pośrednicy i końcowi dystrybutorzy chcą zarobić jak najwięcej, i najlepiej w jak najkrótszym czasie. O jakiej samoregulacji może być tu mowa? Ceny będą szły w górę, póki coraz kiepściejszy produkt będzie się jeszcze sprzedawał dzięki zmasowanej reklamie, a skończy się to na plajcie ostatniego wydawnictwa. Państwo jest za biedne (czytaj: rządzącym zwisa kultura, bo w niej mało kiedy i mało na czym się zarabia, poza tym głupszym łatwiej wcisnąć kolejne ciemnoty), żeby nagle zapełnić półki w bibliotekach. Jest za słabe, by nakazać wydawanie “za free” czegokolwiek. I w jakiejkolwiek postaci, na przykład cyfrowej.

Wzywasz do uświadamiania wszystkich, że warto krzewić kulturę. Racja, ale jeszcze dopowiedz, kto i jakim sposobem ma to uświadomić młodym i bardzo młodym ludzikom, dla których świat zaczyna się i kończy na smartfonie, setce esemesów każdego dnia i bezmyślnego “lajkowania” na Pyskoknidze.

Zacznę od końca: my wszyscy,  a w szczególności rodzice i inne osoby powołane do wychowywanie (choć kwestia naszych szkół to sprawa odrębna). Mam dzieci, najstarsze w wieku 18, więc nie jestem czystym teoretykiem, i będę obstawał przy tej opinii. A, że to nie przyniesie skutku dziś, ani za rok, ani za dwa... Cóż zdaję sobie sprawę z tego. Jeżeli za chwilę napiszesz, że nie w każdym domu i nie w każdej szkole są osoby tak postępujące, to odpowiem z pełnym cynizmem: tak rozwarstwia się społeczeństwo.

A wracając do samoregulacji. Zadziała i to głównie właśnie dlatego, że to nie jest chleb, więc ludzie nie będą kupować “na siłę”. Spadek sprzedaży spowoduje zapewne, że niektórzy na rynku nie przetrwają, ale pozostali będą musieli podjąć kroki żeby przetrwać. Poza tym zauważ, że nie odżegnuję się od jakichkolwiek działań naprawczych, tylko uważam, że ta propozycje jest do niczego. A co do kondycji Państwa i rządzących, to niestety również w tym wypadku musimy poczekać, aż wychowamy ludzi, którzy będą mieli odpowiednie kompetencje i to bardzo szeroko rozumiane. W tej chwili po prostu nie ma kto rządzić.

A zupełnie na marginesie. Uważacie, że nawet gdyby wprowadzić omawiane rozwiązanie to zmieniłoby to zasadniczo wielkość nakładów i sprzedaży? Serio?

 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Czytałem o tym planie już jakiś czas temu, więc nie wiem, na ile aktualne mam informacje. Wtedy plan był taki, żeby przez pół roku działała ta “jednolita cena” i nie było można sprzedawać książek taniej, a potem pozostałoby tak, jak jest.

Moje wrażenie – z perspektywy czytelnika i zdrowego rozsądku (jak znajdę czas, to może obejrzę to spotkanie i wyrobię sobie konkretniejszą opinię) – jest takie, że nie bardzo widzę, w jaki sposób to godzi w molochy. Nigdy nie zdarzyło mi się w takim Empiku kupić książki za cenę niższą niż okładkowa. Nie przypominam sobie nawet, żebym widział jakieś przeceny (wyjątek: kup 2 książki, trzecia gratis – ale podejrzewam, że przy takiej ustawie ta opcja nadal byłaby możliwa). Jeśli chcę kupić książkę taniej, to robię to w księgarni internetowej.

 

A jeśli już mówimy o przykładach innych państw, to rok temu wprowadzili podobne prawo w Izraelu. Według tego artykułu – skutki odwrotne do zamierzonych, ceny wzrosły, sprzedaż spadła, a nowości w ogóle nikt nie kupuje, bo są sporo droższe niż książki starsze.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

KPiachu, zapominasz o tym, że rozwarstwienie. kulturowe zaczęło się już dawno – ćwierć wieku temu minimum – i pogłębia się. Jako rodzice mamy wielki wpływ na kulturową przyszłość naszych dzieci, tak, mamy, ale zadaj sobie pytanie, co oznacza przeciętny domowy księgozbiór, liczący sobie piętnaście pozycji. Ja mam niemal trzydzieści metrów książek, co oznacza po przyjęciu dwóch centymetrów grubości książki zaledwie półtora tysiąca pozycji. (Faktycznie więcej, bo te dwa centymetry dałem na wyrost.) Mój syn ze synową – jeszcze więcej nagromadzili. Czyli, skoro ja “wypełniam” statystykę dla 100 rodzin, 99 rodzin nie ma nic... Coś Tobie to mówi? Bo mi mówi tyle, że razem ze synem należymy do “zboczeńców”... Przecież wystarczy czytać “Fakt” i wiedzieć, kto z kim który raz się rozwiódł, bo to najważniejsze. Aha, jeszcze “Świat seriali”…

Diriadzie, nie widzę niczego dziwnego w początkowym spadku sprzedaży. Przyzwyczajenie, że jak nie tu, to tam kupię taniej, działa w ten sposób – zaczekam te pół roku...

Piszesz o cenie okładkowej. Na spotkaniu w Senacie była mowa – nie całkiem wprost – o marży do 55% dla dystrybutora, czyli, przykładowo, dla Empiku. Nie dla Ciebie i mnie, końcowych nabywców, ale dla sprzedającego. To jak ma cholera nie brać wydawców i nabywców? 55% za nic??? Stąd moje zdanie: ograniczyć zysk z dóbr kultury. Fiskus, dobrze ustawiony, potrafi to sprawdzić i walnąć po kasie za przekroczenie. Skończyłyby się promocje, to fakt, ale z kosztów na poziomie, załóżmy, 15 zł za egzemplarz nie powstawałaby cena 50 zł dla klienta, lecz 25. No, 30...  A że Matras i Empik stracą? Kij im w ślepia. Drobni, lokalni księgarze wykupią nakład i sprzedadzą, bo za połowę paskarskiej ceny nabywców przybędzie.

Oczywiście mówię o “masówce”. Wydania eleganckie, kolekcjonerskie, muszą kosztować, i też znajdą nabywców.

Empik rozłożył na łopatki i doprowadził do zamknięcia większości fajnych księgarń; niektóre, próbując się ratować, musiały przestawić się na funkcjonowanie jako księgarnio-kawiarnie, a potem już chyba tylko jako kawiarnie, ot, po prostu, lub zginąć (tak chyba skończył mój ulubiony niegdyś “Akcent”, Adam zapewne będzie wiedział, o czym mówię). Proponuję poczytać o praktykach Empiku, o tym, co i dlaczego trafia na półki z “bestsellerami”, o sześciomiesięcznych rozliczeniach itp, o tym, jak Empik tak naprawdę wykańcza wydawców i – windując marże, a przez to podnosząc finalne ceny książek – przyczynia się do spadku czytelnictwa w tym kraju. Przeczytać, zastanowić się i zacząć kupować książki poza placówkami gigantów psujących rynek. 

Empik to czyste zło; warto je bojkotować.

Sorry, taki mamy klimat.

O tym, między innymi, była mowa na spotkaniu z komisja Senatu. Oczywiście nie tak wprost, bo ranga, kultura, grzeczność i te de, ale sens jednoznaczny.

Przedstawiciel “Matrasa” był innego zdania. Oni, znaczy “Matras”, mają wyższe od innych koszty, bo własna logistyka, dalekie trasy i tak dalej... W domyśle: prawie tracą na książkach... No to niech z nich zrezygnują!

Z Empikiem, przed kilkoma laty, miałem trzy identyczne przygody. Zaszedłem, bo byłem blisko, a księgarnia była duża, więc zawsze coś się tam wypatrzy. Koniec miesiąca bliziutko, w kieszeni pusto – pytam, czy można “zaklepać” i odebrać tytuł za tydzień, jak w niemal każdej innej księgarni. Nie, nie można, za trzy dni robią zwroty i szlus. A książka wróci do sprzedaży? Nie wiadomo, nie od nas zależy. A można zamówić, żeby wróciła? Nie można, nie sprowadzamy pojedynczych egzemplarzy... Murwa wasza kać, pomyślałem, pożyczyłem pieniądze, kupiłem – po trzecim takim numerze moja noga progu Empiku nie przestąpiła już ani razu. Wszystko, co dostępne, ściągam przez zaprzyjaźnioną księgarnię “DK”. Chwilowe pustki w kieszeni? Nie ma sprawy, jest półeczka dla rezerwujących – bo nie jestem wyjątkiem.

Empik jak Empik – każdy wielki gracz stara się wykończyć konkurencję, a wiadomo, że najłatwiej tę drobną, lokalną. Obłędna, bo ślepa, nie bacząca na dalsze skutki, pogoń za zyskiem “na dzisiaj” prowadzi do tego, o czym wspomniał Sethrael. Strzał we własną bramkę i szkoda, strata dla wszystkich – nie czarujmy się, im dalej do księgarni tym więcej powodów, żeby odpuścić...

Dlatego wprowadziłbym wręcz drakońskie przepisy, blokujące machinacje, skutkujące zubażaniem kultury i dostępu do niej.

Nie chcę tutaj bronić Empiku, bo nie pochwalam wszystkich jego praktyk biznesowych, ale nie można mówić, że dystrybutor bierze marżę za nic. Dystrybucja detaliczna jest najbardziej upierdliwym i kosztownym etapem dystrybucji, więc z natury swojej musi być obciążona największą marżą. Towar trzeba przecież rozwieść po kraju, zareklamować (żeby klient kupił u mnie, nie u konkurencji), pracownicy też nie pracują za darmo, a czynsze same się nie opłacają. To nie jest takie hop, siup.

Choć oczywiście należy przyznać, że 50% marży to mimo wszystko obłęd. 10-30% to taki – powiedzmy – detaliczny standard (w hurcie towary rzadko przekraczają 5% marży tak na marginesie), ale nie ma żadnego logicznego uzasadnienia dla 50% marży detalicznej. Moim zdaniem akurat w przypadku Empiku nie bierze się to z czystej chęci zysku, a raczej ze złego zarządzania. Empik ma tak bezsensownie szeroki asortyment, że musi narzucać takie marże, by to sobie zrekompensować. 

Seth wspomniał, że Empik wykańcza wydawców, ale to jest trochę tak, że wydawcy pozwalają, by Empik ich wykańczał. Jeśli ktoś godzi się na trzy– czy sześciomiesięczne terminy płatności, powinien chyba móc przewidzieć, że nastręczy mu to znacznych problemów z płynnością finansową.

 

A wracając do sedna dyskusji – wprowadzenie odgórnej ceny książki na dłuższą metę nic nam nie dam, wręcz zaszkodzi, bo przedłuży tylko status quo. Swego czasu, gdy w Polsce zaczęły wykwitać markety wszelakie, poupadało mnóstwo małych sklepików spożywczych. Market oferował towar w lepszej cenie – ludzie kupowali towar w marketach. Prosty rachunek. Na naszym rynku wydawniczym tego nie ma. Moloch książkowy ma cenowo tę samą ofertę co księgarnia za rogiem (w księgarni za rogiem dostaję czasem nawet większe rabaty niż w molochu), a oferuje gorszą jakość obsługi i usług. Nie wiem jak u was, ale w moim Poznaniu małe księgarnie (te sensownie zarządzane oczywiście) mają się całkiem dobrze. Empik dąży do tego, by wyrżnąć się sam i powinniśmy po prostu pozwolić mu to zrobić. 

Nie w samym przewidywaniu trudności z płynnością kwestia. Co ma zrobić wydawca, gdy dwa molochy biorą 90% nakładu, ale przy zbójeckiej i jednakowej marży? Ustawianie słabszego pod ścianą nie budzi w nikim z wielkiego biznesu oporów ani nawet wątpliwości, czy można, wypada... To są wymysły etyków, a biznes to biznes. Zajęcie dla specyficznych psychopatów, nawiasem...

Widzę jeszcze jeden sposób, tym razem “na wszystko”. Zmiana w ordynacji podatkowej. Teraz VAT odprowadza się z chwilą wystawienia faktury. Zmienić na chwilę otrzymania zapłaty, a resztą, czyli niesolidnymi płatnikami, niech zajmie się fiskus, powiadomiony o przekroczeniu ustawowego terminu. Dlaczego wytwórca towaru / świadczący usługę ma z góry opłacać podatek, nazwijmy go, od jeszcze nie otrzymanych pieniędzy? Wykończyliby taką czy inną dużą sieć, reszta szybko by sporządniała.

Edycja.

Nie chodzi o odgórne ustalenie ceny książki, nie chodzi o cenę maksymalną. Chodzi o zniesienie upustów (pokrywanych z uzyskanej marży) przez rok od czasu wprowadzenia do obrotu. Ceny mogą być ustalone dowolnie, wzięte, jak obecnie, z sufitu, to nikogo nie obchodzi.

Teraz VAT odprowadza się z chwilą wystawienia faktury. Zmienić na chwilę otrzymania zapłaty, a resztą, czyli niesolidnymi płatnikami, niech zajmie się fiskus, powiadomiony o przekroczeniu ustawowego terminu. Dlaczego wytwórca towaru / świadczący usługę ma z góry opłacać podatek, nazwijmy go, od jeszcze nie otrzymanych pieniędzy? Wykończyliby taką czy inną dużą sieć, reszta szybko by sporządniała.

Otóż to! Obecnie w Polsce po tyłku nie obrywa ten, kto nie zapłacił, lecz ten, komu nie zapłacono! I to jest norma. Norma, która niejedno przedsiębiorstwo doprowadziła do upadku. Ale po co się tym martwić – powiedzą przedstawiciele każdej ze stron tego naszego politycznego bagienka – lepiej marnować czas na – no nie wiem – na przykład na medialne analizy opinii episkopatu w sprawie “moralności” proponowanych rozwiązań ustawowych(!)... Siekiera się w kieszeni otwiera.

Sorry, taki mamy klimat.

Wydawca – tak jak każdy producent jakiegokolwiek towaru – ma wiele możliwości. Rozumiem, że firma może upaść, bo klienci spóźniają się z płatnościami, ale z własnej woli godzić się na kilkumiesięczne terminy płatności? Toż to absurd – i to na dodatek absurd, dzięki któremu molochy mogły sobie tak pofolgować. Mówimy tu o książkach – to nie są mrożonki, które przewozić można tylko w wyspecjalizowanych samochodach chłodniczych ani środki chemiczne, które trzeba przewozić w jeszcze bardziej wyspecjalizowanych cysternach. Książka to towar, który można wysłać na drugi koniec kraju choćby i kurierem. Zamiast sprzedać towar dwóm wielkim odbiorcom, którzy płacą po pół roku, można sprzedać dziesięciu czy pięćdziesięciu mniejszym, którzy płacą po tygodniu. Wydawca ponosi większe koszty – wiadomo – ale są to przecież koszty, które i tak musiałby ponieść moloch, a które ten sam moloch odbije sobie z marży.

Jeśli chodzi o ordynację podatkową, Adamie, nie masz racji. Obowiązek podatkowy powstaje w momencie wystawienia faktury, to prawda, natomiast VAT z danej faktury odprowadza się (bo płaci go przecież dopiero ostateczny odbiorca) dopiero po zaksięgowaniu tejże faktury i złożeniu deklaracji do urzędu skarbowego (w eksporcie ze strony praktycznej wygląda to trochę inaczej, ale zakładam, że nie mówimy tu o eksporcie książek). A na umieszczenie faktury w deklaracji masz trzy miesiące od jej wystawienia. Jeśli nawet odprowadziłeś VAT, to po pięciu miesiącach od wystawienia faktury – jeśli udowodnisz, że kontrahent ci nie zapłacił, możesz sobie VAT z urzędu odzyskać. Nie wspominając o tym, że stawka VAT na książki to raptem 5 czy 8%. Więc nie jest tak źle.

 

Powiem tak, rozumiałbym wprowadzenie maksymalnej ceny książki. Miałoby to jakiś sens, być może podniosło czytelnictwo, choć wątpię. Ale zniesienie upustów? Wiesz, prowadzisz księgarnię na rogu, chcesz zarobić mniej, ale oferować lepszą cenę niż moloch naprzeciwko i nie możesz tego zrobić, bo logika ludzi kultury. Bez sensu. 

A niech was...

 

Adamie, Sethraelu – zgadzam się co do idei, absolutnie nie zgadzam się co do środków.

Na rynku polskim dominującą pozycję mają dystrybutorzy – duzi. Po wyrżnięciu większości małych księgarń, są w stanie utrzymywać drakońską marżę brutto rzędu 50-55% i narzucać reguły gry wydawcom. Brutto to ważne słowo – oznacza marżę przed odjęciem kosztów własnych i opodatkowaniem, faktyczna marża na pewno jest niższa, choć na pewno nie niewielka.

Oprócz nich funkcjonują księgarnie internetowe. Rynkiem, prawdopodobnie, zechce potrząsnąć allegro (jest wystarczająco duże i ma wystarczająco środków), próbując budować własną, mocną pozycję na e-czytelnictwie, Zanim zarobią, będą musieli potężnie zainwestować, zresztą już to robią.

 

vyzarcie – z VATem masz oczywiście rację, natomiast ta kombinacja alpejska z kosmicznie odroczonym terminem płatności jest szkodliwa przede wszystkim dla wydawcy (bo zamraża pieniądze). Dystrybutor swój przepływ gotówkowy w tzw. międzyczasie realizuje. A zmrożona forsa, nawet przy dobrze działającym przedsięwzięciu, oznacza właśnie kijowy cash flow  i potrafi firmę rozłożyć.

 

Ustawowa cena książki, moim amatorskim zdaniem, uderzy właśnie w dystrybutorów sprzedających w internecie, którzy są w stanie oferować nieco taniej posiadane pozycje ze względu na mniejsze koszty własne (logistyka dużej skali, brak utrzymywania detalicznych punktów sprzedaży). Wiadomo, obecnie ich ceny są tylko trochę niższe, niż gigantów, bo po co mają się pozbawiać zysku, ale po zmianie stracą możliwość kształtowania cen konkurencyjncyh do tradycyjnych “sieciówek”.

Potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której ustawowa cena książki, wyrażona jako ustalony procent marży dystrybutora, spowoduje wzrost cen u wydawców, ergo – dla konsumenta niewiele się zmieni, tyle, że forsa będzie inaczej dzielona. O ustawowej cenie książki wyrażanej jako kwota bezwzględna w złotówkach wręcz nie chcę myśleć... W każdym bądź razie, nie zmieni to, imho, za wiele końcowej ceny, a może nawet ją podniesie. Diriad zobrazował ten mechanizm przykładem z Izraela.

 

Jednym z wyjść jest regulowanie ceny, ale jako górny limit marży wyrażony w procencie – by sprzedawca jednak miał możliwość kształtować cenę w jakichś widełkach. Innym, być może, utworzenie i udostępnienie bardzo taniej platformy gieldowej/handlowej, gdzie wydawcy i księgarnie z obrotem mniejszym niż X mogą zawierać transakcje on-line (w tym detaliczne, dla zjadaczy chleba), a korzystając z synergii pomniejszyć sobie koszty transportu – ale tu, z braku kasy u małych przedsiębiorców, inwestować pewnie musiałaby jakaś spółka publiczno-prywatna. To raczej nie wyjdzie, chyba, że odciąć pomysł sprzedaży detalicznej (pomoc publiczna!) – a bez tego nie będzie efektu.

Inną zachętą może być pozwolenie odpisanie ceny netto książek zakupionych w roku od podstawy opodatkowania, z jakimś limitem – ale to tylko w ramach większego programu. Oznacza to bowiem określony koszt po stronie państwa, który nie ma uzasadnienia, jeżeli z kolei dystrybutorzy również nie “zainwestują” jakoś ze swojej strony.

Jeszcze inny element to silne przeniesienie się w cyfrę – odpada ogromna część ryzyka finansowego, związana z drukiem, składowaniem, logistyką. Tylko co... Ja też lubię papier, mimo, że jestem cały “cyfrowy", a w takim modelu książka papierowa stałaby się towarem luksusowym.

 

Generalnie: zbicie ceny książki to ważny, ale nie jedyny czynnik. Ważny, bo w przeliczeniu, u nas książka kosztuje 8-10 Euro na wolnym rynku, a w Niemczech 8-10 Euro na rynku regulowanym. Przeciętny Niemiec ma zaś siłę nabywczą 1,5 x / 2 x większą niż przeciętny Polak, więc dla niego książka jest relatywnie tania – to tak, jakby nagle wszystkie paperbacki w Polsce kosztowały 16-22 PLN. O ja, nic, tylko kupować.

 

Drugim, ogromnie niedocenianym, jest czas i nawyk czytelnictwa, który powoduje, że zamiast produkować się na forum NF – sięgamy po lekturę... ;-) Czas wolny przeraźliwie się skurczył, bo ludzie zasuwają w tym kraju dłużej i ciężej (poza “biurową” budżetówką – sorry, nie chce nikogo obrazić, ale oprócz tego, że pracują w normalnych godzinach <<chcę tak>> strasznie opieprzają się w robocie <<nie chcę tak, a widzę wielokrotnie w dowolnym urzędzie>>), żeby pospłacać kredyty, utrzymać rodzinę... Mimo spadku cen paliwa na stacjach benzynowych o ponad 8%, inflacja rok do roku luty-luty jest zaledwie 1,6% (tak, psze państwa, mamy w Polsce deflację) – czyli koszty utrzymania tak naprawdę przestały rosnąć, a pensje i tak, bywa, starczają tylko od pierwszego do pierwszego, bo pierwej te koszty pędziły w górę szybciej niz płace. I tu dotykamy makroekonomii, polityki gospodarczej państwa i wszystkich tych rzeczy, które cieniasy na Wiejskiej powinny mieć na tapecie, a nie mają, bo – zgodzę się z Sethraelem – homoseksualnymi dupami rzucają w media, byleby temacik zastępczy i nic nie robić...

 

Z całym szacunkiem, Adamie, pomysł “ludzi kultury”, mimo, że ze słusznych pobudek wynikający, jest niedorobiony. Moim zdaniem owi “ludzie kultury” powinni najpierw kopnąć się do zacnego, uznanego ekonomisty, przedstawić mu założenia i poprosić o pisemną propozycję lub dwie sensownego ułożenia tego modelu łamiglówki rynkowej, a dopiero pchać to w sejm i senat.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kopnąć się, powiadasz, do ekonomisty? Znanego i uznanego? Odpowiem Tobie pytaniem, bardzo prostym: a kto, jak nie ekonomiści, doprowadzili do obecnej sytuacji na świecie i u nas? Przypomnę też Tobie pewną zgryżliwość pod adresem ekonomistów: w teoriach ekonomicznych świat realny jest przypadkiem szczególnym.

<>

Co do ordynacji podatkowej. Nie byłem, nie jestem i nie będę producentem, więc nie znałem szczegółów, ująłem sprawę tak, jak ją “czują” znani mi poprzednio i obecnie producenci. Ale czy to coś, tak naprawdę, zmienia? Trzy miesiące plus pięć miesięcy daje osiem, fiskus po takim czasie zyskuje – teoretycznie – podstawy do zainteresowania się niesolidnym płatnikiem, lecz to właśnie teoria, bo zapłata jest uiszczona sześć miesięcy po zakupie, dwa miesiące przed, powiedzmy, “punktem krytycznym”. Włos z głowy nie spada...

<>

Tematy zastępcze, maskujące bezwład decyzyjny – umysłowy też – na najwyższych szczeblach. Kto wybiera do Sejmu i Senatu? Stuczterdziestoczterotysięczna elita z certyfikatem inteligencji czy bierne umysłowo tłumy? Dywagacje na temat cen książek? Panie, kumu do życia te tam ksiunszki potszebne i co une znaczom naprzecif tego, że te zbóje od in vitro nienarodzone dzieciontka mordujom... Zagrać na emocjach i tłum pomaszeruje we wskazanym kierunku, łyknie wszystko. Socjotechniki wystarczy znać i stosować, kondycją państwa i poziomem życia obywateli można się prawie wcale nie przejmować.

Przepraszam za ostre sformułowania, ale to jedynie dla skupienia uwagi na sednie problemów, na ich źródle.

w teoriach ekonomicznych świat realny jest przypadkiem szczególnym.

:-D

 

Coś w tym jest, jak sobie wspomnę spory mego szacownego rodziciela z innym matematykiem (też ciekawa persona, pomarańczowa alternatywa :-)  ) na tematy Keynes vs Hayek. Zgoda, Adamie, że to nie musi być ekonomista – biznesman z praktyką w branży wydawniczej i umiejętnością modelowania systemu byłby lepszy, ale musiałby nie mieć interesu swojego w projekcie... Poza tym zadanie brzmi: obniżyć cenę książki, minimalizując pomoc publiczną a jednocześnie nie doprowadzając do upadłości małych przedsiębiorców. To nie jest łatwa układanka, trzeba posymulować co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście scenariuszy, na poziomie mikro i makro, a tak jak mówisz, teoria i tak nie nadąża za życiem, można nią tylko przybliżyć prawdziwe zjawiska.

 

Co czasów płatności – wg mnie są chore, ale tu się zgadzam z Adamem,  więc się nie pokłócimy. rynek czasopism w takich Niemczech wygląda tak, że kto trzyma towar – ten za niego zaplacił. Koniec kropka.

Sklepikarz bierze gazety, płaci za nie dystrybutorowi. Co gorsza, jeżeli nie ma jakiegoś tytułu, to ma ustawowy obowiązek umożliwić klientowi jego zamówienie, a dystrybutora zasrany obowiązek jest mieć skąd ten tytuł ściągnąć. Minimalna paczka to chyba 5 czy 10 sztuk, musi je zamówić nawet dla tej jednej zamówionej. Dla obywatela dostęp ma być.

Na koniec miesiąca robi zwroty i dystrybutor zwraca pieniądze sklepikarzowi.

Cash flow sklepikarza trochę na tym cierpi, ale i dystrybutor zamraża jego środki góra na jeden miesiąc, nie na pół roku, więc obydwie firmy jakoś żyją. 

Nie znam kwestii rozliczeń między wydawcą a dystrybutorem, ale domyślam się, że pewna  podobna quasi-równowaga obowiązuje również.

 

Adamie, masz rację z socjotechnikami, ale wracamy do innej rozmowy: a czemu te akurat tematy budzą emocje, a nie to, kto mi da zarobić i utrzymać moją rodzinę lepiej? Bo nie uczą tego krytycznego myślenia w szkołach...

 

 

EDIT:

 

Ergo: jestem za jakąś formą regulacji, na końcu której można spodziewać się niższej ceny książki. Ale to nie może wyglądać jak, za przeproszeniem, zestaw pobożnych zyczeń, bo powstania kloejne złe lub martwe prawo. Bodźce ustawowe powinny być, imho, nakierowane na zapewnienie dostępu obywatelowi do dzieł kulturalnych (nie na samą cenę książki), a z tego wynika cała reszta: jak nie dać umrzeć małym księgarniom/dystrybutorom w małych miejscowościach (być może ta maksymalna marża ograniczająca wielkich dystrybutorów, być może jakaś forma ułatwień podatkowych – lokalnych i obrotowych), jak nie pozwolić hegemonom dystrybucyjnym zdemolować wydawców i rynku (a więc – czapka na marżę, obowiązek dostępności etc.), jak z kolei wydawcom nie pozwolić spieprzyć całego celu ustawy (a więc zapobiec gwałtownemu skokowi cen, bo przecież też będą chcieli odbić sobie lata wyzysku ze strony dystrybutorów...)

 

To JEST złożony problem. I tak, uważam, że na razie bardziej ekonomiczny niż kulturalny, bo chodzi o to, by zapewniając kulturę, nie zniszczyć rodzimego rynku do reszty – a zapewnić warunki do jego stabilnego rozwoju i – miejmy nadzieję – wzrostu czytelnictwa.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A niech was...

 

Adamie, Sethraelu – zgadzam się co do idei, absolutnie nie zgadzam się co do środków.

 

Rybosławie, nigdzie nie napisałem, że popieram rozwiązanie polegające na wprowadzeniu sztywnej ceny książki. Co więcej – obawiam się, że taki system mógłby rozłożyć na łopatki, przynajmniej w początkowej fazie, część księgarń internetowych, a księgarnie takie są dla mnie podstawowym źródłem książek. Natomiast obecna sytuacja wynikająca z połączenia: w sporej części z polityki Empiku (który nie jest tak naprawdę księgarnią, tylko sklepem z gadżetami, w którym przy okazji jest trochę książek), marazmu dotyczącego regulacji prawnych, idiotyzmu cechującego część obecnych rozwiązań oraz braku kultury czytania w narodzie jest bardzo smutna i wymaga zmian. Jakich? No właśnie...

Sorry, taki mamy klimat.

(poza “biurową” budżetówką – sorry, nie chce nikogo obrazić, ale oprócz tego, że pracują w normalnych godzinach <<chcę tak>> strasznie opieprzają się w robocie <<nie chcę tak, a widzę wielokrotnie w dowolnym urzędzie>>)

Kopnąć Cię przy najbliższym spotkaniu w zad? :) Zapewniam Cię, że nie masz racji. Nie oceniaj wszystkich ludzi po przykładzie pań z okienka w USie czy urzędzie gminy. Chociaż – taka ludzka słabość, że każdy uważa, że to on pracuje najciężej, a gdzie indziej to się tylko opierdalają – widzę, że Pschoryba wcale nie jest wyjątkiem :)

 

A co do tematu – > widzę, że tutaj same wzniosłe słowa, Adam nawet rzuca jakieś wybujałe statystyki mówiące o 15 książkach na domostwo (wiele gospodarstw domowych odwiedziłem w swoim życiu i nie przypominam sobie, żeby w którymkolwiek było 15 lub mniej książek, ale to nieistotne) i chwali się swoimi metrami książek, mimo że nie bardzo wiem co to ma do tematu ; ) Odpuśćmy więc może poboczne dyskusje i przejdźmy do meritum.

To ja proponuję, żeby zwolennicy wspomnianej Ustawy wyjaśnili mi, prostemu człowiekowi znającego tylko postawy rynku i ekonomii, w jaki sposób ustawa o jednolitej cenie książki ma przełożyć się na obniżenie tej ceny. Teraz duże sieci wymuszają na wydawnictwach obniżki, a same mają na tyle duże obroty, że mogą sobie pozwolić na dalsze ucinanie cen. Taki stan rzeczy godzi w małe księgarnie, prawda. Ale w jaki sposób to uderza w czytelnictwo i w mój portfel? Prościej i łatwiej kupić książkę w sieciówce, więc de facto sieci oferujące książki robią czytelnictwu dobrze. A że mają tam niższe ceny, to już tym bardziej. Księgarnie internetowe to też bardzo dobra rzecz, ale po wprowadzeniu wspomnianej ustawy pewnie większość z nich upadnie, bo nie będzie miała jak rywalizować z księgarniami tradycyjnymi. Cena taka sama + koszty wysyłki. Nie dziwi mnie, że przedstawiciele wydawnictw są “za” – bo ta ustawa dobrze zadba o ich interesy. Ni cholery nie widzę natomiast jak zadba o poprawę czytelnictwa w Polsce i interesy klientów.

Pan Przedstawiciel Kultury wraz z Panią Senator mają ochotę ratować małe księgarnie? To niech zaczną w nich kupować, a może nawet dotować z własnej kieszeni. Ja nie mam zamiaru dokładać się do Pana Zdziśka z księgarni zza rogu, bo mnie na to nie stać.

Berylu, ale to właśnie ceny w Empiku są wysokie. Kupując w księgarni internetowej płacisz – oczywiście przy uwzględnieniu kosztów dostawy – mniej.

 

Teraz duże sieci wymuszają na wydawnictwach obniżki, a same mają na tyle duże obroty, że mogą sobie pozwolić na dalsze ucinanie cen.

Tylko że owe “wymuszane obniżki” nie są odczuwane przez klienta, lecz powodują zwyczajne zwiększenie zysku dużych sieci kosztem wydawców. Klient nic nie zyskuje, traci wydawca, zarabia Empik.

Dość rozsądnie brzmi to, o czym napisał Rybosław, mianowicie: jednym z wyjść jest regulowanie ceny, ale jako górny limit marży wyrażony w procencie – by sprzedawca jednak miał możliwość kształtować cenę w jakichś widełkach. Byłaby konkurencja i walka o klienta, a być ograniczona zostałaby część chorych praktyk.

Sorry, taki mamy klimat.

Ceny w Empiku nie są wysokie, tylko detaliczne, a poza tym Empik prowadzi stale jakieś promocje i wyprzedaże, których nie ma w małych niesieciowych księgarniach. Wiem, bo odwiedzam czasem i to i to, chociaż tak na dobrą sprawę, to kupuję albo w Matrasie albo przez Internet.  Matras ma fajne promocje, o księgarniach internetowych nie wspomnę. Warto wspomnieć coś, o czym tutaj mowy nie było, a co padło na pracach komisji senackiej z ust Soni Dragi – Empik popiera tę ustawę :)

Tak czy inaczej – nadal nie widzę sposobu, w jaki proponowana ustawa pomogłaby rynkowi.

[..]  tutaj same wzniosłe słowa, Adam nawet rzuca jakieś wybujałe statystyki mówiące o 15 książkach na domostwo (wiele gospodarstw domowych odwiedziłem w swoim życiu i nie przypominam sobie, żeby w którymkolwiek było 15 lub mniej książek, ale to nieistotne) i chwali się swoimi metrami książek, mimo że nie bardzo wiem co to ma do tematu ; )

Cały czas jesteśmy w temacie. Co mają moje metry książek do tematu, wyjaśniłem chyba dokładnie i dobrze. Statystyki wzięte z wystąpienia jednego z gości Komisji.

Nie przypominasz sobie? To bardzo istotne, bo to znaczy, że masz znajomych wyłącznie “z górnych sfer czytelniczych”. A ja znam / znałem i takich, i takich…

Mowa jest o stałej cenie przez określony czas, żeby nikt nie zbijał kasy na nowościach. Potem może być za dziesięć groszy, nikogo to nie obejdzie.

Sieciówki nie wszędzie wlazły, a kiedy już to zrobią, odbiją sobie wszystkie rzeczywiste i wyimaginowane koszty tego wciskania się w każdy kąt i rugowania wszelkiej konkurencji, a wtedy naprawdę nie będzie Ciebie – nikogo zresztą – stać na nic z nowości, z lepszych pozycji. Czy nie warto temu zapobiec? A że jedynym sposobem jest odgórna regulacja, to nie moja / nasza wina...

Edycja.

Empik prowadzi stale jakieś promocje i wyprzedaże, których nie ma w małych niesieciowych księgarniach.

Widocznie za rzadko odwiedzasz takie księgarnie. Ja cały czas widuję osobne półki i stojaki z informacją: 10%, 20% mniej...

Ceny w Empiku nie są wysokie, tylko detaliczne

W porównaniu do cen w księgarniach internetowych (przy uwzględnieniu kosztów dostawy) – są wysokie.

Sorry, taki mamy klimat.

Nie, Adamie, wychowałem się w takim miejscu, że o górnych sferach czytelniczych nie może być mowy. Niemniej, nawet najprostsze z rodzin dysponowały księgozbiorem przewyższającym 15 sztuk książek. Doprawdy, nie wiem skąd on wytrzasnął te statystyki. Ale bodaj ten sam pan raczył stwierdzić, że skoro przeciętny Polak kupuje jedną książkę rocznie, to przecież jeżeli kosztuje ona 40zł, to wydaje on tylko 40zł rocznie, a to nie tak dużo i czy rzeczywiście musi być taniej :D Autentyk.

Ze mnie przyszły prawnik, nie ekonomista, ale nie wydaje mi się, żeby na rynku książki mogło dojść do długotrwałego zawyżania cen przez monopolistę albo parę wielkich firm. Jak sam raczyłeś zwrócić uwagę, książka to nie chleb. Jak cena będzie za wysoka, to nikt nie będzie kupował, jak nikt nie będzie kupował, to sprzedawcy się nie utrzymają.

 

W porównaniu do cen w księgarniach internetowych (przy uwzględnieniu kosztów dostawy) – są wysokie.

Tak. Ale w porównaniu do księgarni XXX są niższe. Księgarnie internetowe do dobry przykład samoregulacji rynku – jeżeli towar jest ten sam, to możesz rywalizować tylko ceną/dostępnością (lokalizacją). Im więcej udziału w sprzedaży będą miały księgarnie internetowe, tym lepiej dla konsumenta – taki Empik albo nie wytrzyma konkurencji i upadnie albo będzie zmuszony do obniżania cen. Proponowana ustawa natomiast faworyzuje Empik.

 

EDIT

Widocznie za rzadko odwiedzasz takie księgarnie. Ja cały czas widuję osobne półki i stojaki z informacją: 10%, 20% mniej...

To zależy. Moje życie jest podzielone na 3 miasta. Kiedy bywam w rodzinnym Radomiu, odwiedzam księgarnie najczęściej przy okazji w centrach handlowych, a więc sieciówki. Kiedy mieszkałem w Radomiu na stałe miałem kilka punktów, do których lubiłem zajrzeć, ale już te parę lat temu było tam drożej. Taniej można było dostać raczej książki z drugiej ręki.

Obecnie mieszkam na stałe w Łodzi, w centrum, niedaleko Piotrkowskiej i tutaj jest parę niesieciowych księgarń, ale najczęściej działają one raczej na zasadzie kiermaszów, gdzie są jakieś starocie (np. przewodniki turystyczne sprzed 10 lat), książki raczej wątpliwej jakości literackiej i trochę używek. Za to w Krakowie, gdzie dojeżdżam m.in. na zajęcia, zazwyczaj zanim wrócę na pociąg mam parę godzin na miejscu i wtedy robię tour de księgarnie. Oczywiście Matras i Empik obowiązkowo, parę księgarń prawniczych (nie ma to jak pachnący, nowy, zaktualizowany kodeks!) ale jest np. bardzo fajne miejsce przy Grodzkiej (Skład Tanich Książek) gdzie rzeczywiście są ciekawe książki w niskich cenach. Inna sprawa, że od dłuższego czasu coraz mniej pozycji budzi tam moje zainteresowanie, o nowościach oczywiście nie ma mowy.

Podsumowując: jeżeli chcę kupić nową książkę to... kupuję przez internet ; )

Krótko pisząc: mamy różne doświadczenia, stąd różnica zdań. Nic nowego, nic dziwnego, nic złego co do zasady.

Kłopot w tym, że sprawa nie dotyczy Ciebie, mnie i jeszcze, na przykład, jedenastu mieszkańców tego pięknego kraju. Ona dotyczy co najmniej dziesiątków tysięcy, a w nieosobistej perspektywie – nawet milionów. Książka jest najlepszym nośnikiem informacji oraz “rozsadnikiem” kultury – bo niczego w niej z dnia na dzień nie zmienisz, nie wykasujesz, nie dodasz. Jest niepodatna na manipulacje od momentu wypuszczenia w ludzi – w przeciwieństwie do, daleko nie szukając, Internetu... – jest trwała i w tym jej znaczenie.

No to może krótko i prosto, bo albo przeoczyłem, albo jednak taka odpowiedź nie padła:

W jaki sposób, według Ciebie, jako zwolennika ustawy o jednolitej cenie, ustawa ta miałaby polepszyć sytuację rynku książki i czytelnictwa w Polsce? Poproszę o wyjaśnienie, krok po kroku, konkretnie, jak to według Ciebie to ma zadziałać, bo nadal nie rozumiem.

Włączam się do dyskusji trochę w środku, nie wiem do końca o co kaman, ale jednolita cena książki na pewno nie wpłynie pozytywnie na czytelnictwo w Polsce. Spowoduje to ni mniej ni więcej, że księgarnie internetowe, w których od pewnego czasu nabywam ksiązki, zwyczajnie przestaną mieć rację bytu. A co za tym idzie stracą na tym nie tylko czytelnicy którzy już nie kupią taniej danej książki, a przede wszystkim przedsiębiorcy, zarabiający na tych książkach. Już teraz jest ich bardzo mało, a wprowadzenie sztywnych cen po prostu ich zabije. Jestem w stanie się założyć że cała ta ustawa to lobbing empika i matrasa razem wziętych, żeby raz na zawsze wygryźć z interesu małe księgarnie, które odbierają im lwią cześć tortu.  W konsekwencji wpłynie to na wolny rynek, czy też jego brak. Wolny rynek polega na konkurencji, a tutaj przestanie ona istnieć, bo co za interes ma czytelnik kupując ksiązke w internecie, gdzie jeszcze musi pokryć koszty wysyłki, skoro ta sama cenę zapłaci w sklepie, a wysyłka odpada. 

Jak wspominałem wyżej, od pewnego czasu kupuję ksiązki przez internet, bo zwyczajnie jest taniej o 1/3! Powtarzam 1/3 – to kolosoalna róznica, dla kogoś takiego jak ja – który często kupuję i dużo. Wóczas zamawiam łącznie ok 5-6 pozycji i pokrywam jedynie jedną wysyłkę, bo zamawiam w jednym miejscu. Dodam miejscu, gdzie praktycznie wszystki ksiązki są tansze o co najmniej 1/3 ceny ( przykład – nowa ksiązką za 39zł, w sklepie, w którym kupuję 24,70zł ) I jak myslicie? Czy po wprowadzeniu tej DURNEJ ustawy będę mógł kupic nowości w takich cenach?

Chyba nie muszę odpowiadać...

I patrząc dalej z mojego punktu widzenia, przestane kupować tyle ksiązek co dotychczas, bo mnie zwyczajnie nie będzie stać. Będę musiał zadowolić się 3 zamiast np. 6. I jesli ktoś spróbuję mi wmówić, że ta ustawa będzie korzystna z punktu widzenia danego pisarza, to powiem, że bzdury gada. Bo wówczas, kupując 5-6 dołoże sobie pozycję, której normalnie bym nie wziął ( zaryzykuję, bo mogę ), bo szkoda mi wydać na ksiązkę o której nie mam bladego pojecia, jesli mam za nią zapłacić cenę X. Jesli płacę natomiast cenę Y, która pozwala mi nabyć 5 w cenie 3, to jedna z nich może być ksiązką nieznanego autora.  W takich sytuacjach jestem skłonny czasem zaryzykować, a jak przyjdzie mi kupić 3, to kupię tylko te które zznam, na które czekam i autorów z którymi miałem już wczesniej do czynienia. 

"I needed to believe in something"

Według mnie ma to zadziałać niejako, kolokwialnie określając, od dupy strony.

Teoretycznie ograniczeń na wysokość ceny dowolnego artykułu nie ma – ma tu następować samoregulacja. Czy tak jest, nie dyskutujmy, bo przeciw argumentacji o “niewidzialnej ręce rynku” wyjdę z pytaniem, czy wiesz cokolwiek o zmowach cenowych. Poza tym, że są zabronione...

Obecnie jesteśmy, nabywcy książek, ofiarami manipulacji psychologicznej. Rabat! Promocja! Faktem jest, że na takich akcjach sprzedający traci – ale czy tyle, że zaczyna dokładać do interesu? Jak najszczerzej i najserdeczniej wątpię.

<><>

Wydrukowałeś tysiąc egzemplarzy. Wcześniej rozpoznałeś rynek, masz już doświadczenie i wiesz, że nie możesz zejść poniżej dychy za sztukę.  No to jako realista wyznaczasz cenę wyjściową na trzy dychy... Z taką ceną przystępujesz do negocjacji. Teraz “ja duży” chcę wziąć od Ciebie trzy czwarte nakładu, ale z upustem 60%. To Ci się nadal opłaca: nieprawdaż? Ale w moich księgarniach cenę ustalam, po rabacie, jako promocyjną, na 25,50 zł. Nikt nie kontroluje, nie ma do tego prawa, mogę kantować ile wlezie. Szum reklamowy i książki schodzą, dając mi zysk 7,50 na egzemplarzu. Jednocześnie pan Zdzisio zza rogu wziął dziesięć sztuk. Zna klientelę, wie, że tyle sprzeda. Wytargował 10% marży. Pytania za sto osiem punktów: za ile jeszcze mu się opłaca sprzedać egzemplarz? czy to zachęca, czy zniechęca klientów?

W sytuacji, w której nikt nie będzie mógł obniżać pod jakimkolwiek pozorem ceny (przez dany czas, oczywiście) detalicznej, kalkulacje pójdą całkowicie “od tyłu”. Znajomość rynku, stopnia zainteresowania tematem / gatunkiem, skuteczności reklam wyznaczy cenę na poziomie, załóżmy średnio optymistycznie, 70% obecnych cen nominalnych, okładkowych. I żadna cholera nie nasypie w tryby Twojej maszynki sprzedażowej piachu w postaci jeszcze niższej ceny...  Więc po co ja, klient, mam  zdzierać zelówy i dymać przez pół miasta na Miłosza, skoro u pana Zdzisia kosztuje dokładnie tyle samo, a do przejścia mam sto kroków? Alternatywą jest przeczekanie tego okresu jednolitej ceny, ale jak wiadomo chęć kupna, reklama, polecenia znajomych zrobią swoje w połowie przypadków...

Dla pełnej równowagi – ale to już moja własna refleksja – powinno się zezwolić na sprzedaż w Internecie po cenie pomniejszonej o standardowy koszt wysyłki. Równe, rozumiesz, szanse. No i ciekawe, czy podczas prac nad ustawą zostanie to dostrzeżone. O ile pamiętam, ani dystrybutorów, ani przedstawicieli dystrybutorów tym kanałem na spotkaniu w Senacie nie było... Potem będą płakać – i niech szlochają, trzeba było myśleć, panowie…

Prościej chyba się nie da.

Uzupełnienie: jeśli nastąpi – a niemal na pewno nastąpi – przejściowy spadek sprzedaży, to warto go przecierpieć w imię przyszłego uspokojenia szaleństw rynkowych.

Dodam coś jeszcze na marginesie dyskusji, w kontekście tych hardkorowych terminów płatności. Tak ze strony przedsiębiorcy, któremu ludzie czasem po prostu nie płacą. 

Wygląda to tak: wystawiasz fakturę z, powiedzmy, tygodniowym terminem płatności. Po jego upływie czekasz jeszcze tydzień, po czym wysyłasz do kontrahenta wezwanie do zapłaty w ciągu kolejnego tygodnia. Kontrahent nie zapłacił, dajesz sprawę do sądu, któremu przedstawiasz papiery i który od ręki niejako wystawia sądowy nakaz zapłaty. Jeśli konrahent się nie odwoła, idziesz z takim nakazem do komornika, jeśli się odwoła, dostajesz taki nakaz po jakichś dwóch, trzech miesiącach (popraw mnie, Berylu, jeśli się mylę, bo tyś tu jest prawnik aspirujący). Innymi słowy, przy sprawnym ogarnięciu tematu jesteś w stanie nasłać na kontrahenta komornika zanim jeszcze musisz odprowadzić VAT od swojej faktury do urzędu skarbowego. A jeśli twoim kontrahentem jest Empik, to po pierwsze komornik będzie miał z czego ściągać dług (problemy zaczynają się, kiedy handlujesz z ludźmi, z których nawet komornik nic nie może ściągnąć, ale to już zupełnie inna para kaloszy), a po drugie – i ważniejsze – Empik najpewniej nie będzie chciał ryzykować skazy na wizerunku firmy i po prostu ci zapłaci bez wzywania komornika. 

Jeśli natomiast kontrahent nie płaci ci przez sześć miesięcy, bo wystawiłeś mu fakturę z sześciomiesięcznym terminem płatności, to – mówiąc krótko i oględnie – sam jesteś sobie winien.

Ot, taka dygresja. A teraz możecie z czystym sumieniem wrócić do poprzedniej dyskusji.

Uważam, że jeżeli książki będą droższe, to z pewnością wpłynie to pozytywnie na poprawę polskiego czytelnictwa. W końcu, jak wskazują liczne badania, nie kupujemy książek przede wszystkim dlatego, że są zbyt tanie. Proponuję jeszcze zwiększyć VAT, żeby państwo na tym wspaniałym pomyśle zarobiło jak najwięcej. Wiadomo przecież nie od dziś, że książka to produkt pierwszej potrzeby i ludzie i tak będą kupować, a pieniądze z naszych podatków są wykorzystywane wzorowo, by żyło się lepiej.

Z pewnością ustanowienie sztywnej ceny znacząco zwiększy dochody małych przedsiębiorców, których ten projekt ma przecież ratować. Nie od dziś wiadomo, że ludzie wolą udać się do swojej ulubionej małej księgarni przy odosobnionej ulicy, zamiast wejść do ulokowanej w doskonałym miejscu sieciówki. A mechanizmy rynku są znane wszystkim i oczywiste jest, że wraz ze zwiększeniem ceny rośnie sprzedaż, bo przecież ludzie kupują droższe towary chętniej.

Podsumowując: uważam, że to światły i doskonały pomysł, który uratuje nie tylko drobnych przedsiębiorców, ale przede wszystkim polskie czytelnictwo.

Chciałam podsumować ten cały projekt, ale Beryl zrobił to za mnie.

 

Nie przeczytałam całej dyskusji, przyznaję, ale zdecydowanie nie zgadzam się z tym:

Chociaż, gdyby spojrzeć na to z drugiej strony – może powstrzymałoby to supermarkety przed wyprzedażami w stylu “książka za 9,99/4,99/1,99, dowolne skreślić”, czyli wielkie kosze, do środka wpier... i przemieszane, jak chińskie majtki na stoisku obok, wszystko od kolorowanek dla dzieci po “Chłopów” Reymonta.

Przyznam, że ile razy widzę coś takiego – serce mi się kraje.

Dzięki takim wyprzedażom kupiłam zbiór opowiadań Poego za jakieś 14 złotych i byłam wtedy jedną z najszczęśliwszych osób na świecie. Tak samo znalazłam ,,Odyseję” za 5 złotych w pięknej, zdobionej okładce.

 

Włączam się do dyskusji trochę w środku, nie wiem do końca o co kaman, ale jednolita cena książki na pewno nie wpłynie pozytywnie na czytelnictwo w Polsce. Spowoduje to ni mniej ni więcej, że księgarnie internetowe, w których od pewnego czasu nabywam ksiązki, zwyczajnie przestaną mieć rację bytu.

Dokładnie. ;__;

 

ale jest np. bardzo fajne miejsce przy Grodzkiej (Skład Tanich Książek) gdzie rzeczywiście są ciekawe książki w niskich cenach.

Widzę, że nie tylko ja wyczaiłam to miejsce. <: Od czasu do czasu robię listę książek i wysyłam mieszkającego niedaleko kuzyna na zakupy. :p

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

Książka jest najlepszym nośnikiem informacji oraz “rozsadnikiem” kultury – bo niczego w niej z dnia na dzień nie zmienisz, nie wykasujesz, nie dodasz. Jest niepodatna na manipulacje od momentu wypuszczenia w ludzi – w przeciwieństwie do, daleko nie szukając, Internetu... – jest trwała i w tym jej znaczenie.

Czy dobrze zrozumiałem, Adamie, Twoją sugestię, że cyfryzacja niesie niebezpieczeństwo powszechnej reedycji dzieł literackich? Pachnie to spiskową teorią dziejów. Nie mówię, że takie wypadki nie będą się zdarzać, ale w końcu również zdarza się, że ktoś użyje młotka by komuś rozbić łeb, zamiast wbić gwoździa. To straszna perspektywa (znaczy to poprawianie) zważywszy, że powoli ale nieubłaganie książka papierowa w powszechnym obrocie będzie przegrywać z elektroniczną. Co zresztą jest logicznym wyborem.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Spiskowa teoria dziejów? Nie rozśmieszaj mnie. Wystarczy wariactwo, znane pod nazwą poprawności politycznej. W USA nie na Murzynów, są Afroamerykanie. Są rdzenni Amerykanie... Romowie zamiast – a nie, nie napiszę, bo podpadnę... I tak dalej i dalej.

Kilka lat wstecz miała miejsce taka historia: genetycy udowodnili, że amerykańscy Mu... e... Afroamerykanie nieco inaczej reagują na standardowe leki, więc pozmieniano receptury tych najczęściej używanych i potrzebnych. Ale nie weszły do obrotu. Powód? Wyobraź sobie, że dyskryminacja rasowa. No to jeśli trzeba z gorszymi wynikami leczyć ludzi, żeby nie poczuli się gorszymi, to czym jest / będzie przerabianie literatury...

Jeszcze jedna kwestia umyka piewcom cyfryzacji. Papier może wytrzymać, i przeważnie wytrzymuje, półtora wieku, nawet dłużej, jeśli dobry gatunkowo. Zapis na twardym dysku – pięć lat do dziesięciu. CDROM – do dziesięciu lat. MilleniumDisc ma niby wytrzymać tyle, co w nazwie, ale jaka jest wiarygodność testów, nie wiem. Wniosek: banki informacji trzeba systematycznie odświeżać przed upływem czasu trwałości w przeciętnych warunkach eksploatacyjnych. Mało tego: wszystko może pójść z cholerę za sprawą naszego kochanego Słoneczka... Osiem minut to za krótko, żeby ostrzec, kogo należy, wyłączyć ustrojstwa i odłączyć... Święty Boże nie pomoże, gdy w sieci przesyłowej zaindukuje się półtora megawolta. I z czym zostaniemy? Ze wspomnieniami.

Ech, nie ma to jak polecieć powszechnie znanymi faktami. Są powszechnie znane więc muszą być prawdziwe... Można by podyskutować o trwałości nośników CD/DVD te o wysokiej jakości i o złotych warstwach powinny wytrzymywać 50 lat. Można by porozmawiać o trwałości zapisu w pamięciach FLASH, z których nie potrafimy usuwać danych za pomocą czynników zewnętrznych typu pola elektryczne, magnetyczne, promieniowania mikrofalowe... Ale nie w tym rzecz. Będąc przekonany, że argument taki jak Twój obowiązkowo musi się pojawić, użyłem zwrotu:

powoli ale nieubłaganie książka papierowa w powszechnym obrocie będzie przegrywać z elektroniczną

Innymi słowy nie nawołuję do tego, żeby postać cyfrowa stała się jedyną. Będą chętni na książkę papierową – OK. Uznamy, że nieodzowna jest jakaś postać hardcopy – jak najbardziej. Ale sam pisałeś, że młodzież  z sieci nie wychodzi. Poza tym posiadanie księgozbioru w postaci elektronicznej jest dla mnie znacznie wygodniejsze. Po pierwsze nie wymaga 30mb półek, po drugie mogę mieć zawsze przy sobie, a po trzecie – i chyba najważniejsze – zapewnia bardzo szybki dostęp do treści i dodatkowo możliwości chociażby wyszukiwania.  Teraz, gdy e-papier nie jest żadnym cudem, odpadają argumenty o niewygodzie czytania z ekranów LCD i o tym, że nie można w kapciach usiąść przy piecu i spędzić intymne chwile z książką. Pozostaje tylko argument o zapachu papieru. Cóż ja również czasem lubię wziąć do ręki tradycyjną książkę, ale żegnam się z nią bez żalu.

A co do groźby powszechnego zmanipulowania treści książek i to w taki sposób, że nikt nie podniesie wrzawy i oryginalne treści znikną – cóż wybacz ale mogę potraktować jedynie jako kanwę dla opowiadania SF.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Jak na złość – z Twojego punktu widzenia – te są prawdziwe, mimo że powszechnie znane i dość często podnoszone.

Zachwycasz się wygodami e-booków. Tak, wiem, widziałem, próbowałem, jest dobrze. Ale co ze starszymi pozycjami? Kto i kiedy zdigitalizuje cały dorobek Lema? Silverberga, Asimova, Sheckley’a? Kto i kiedy weźmie się za klasykę, tę ogólną, mainstreamową? Ja te swoje 30 metrów zachowam, na nich są pozycje nie do zastąpienia...

Nie mówiłem o powszechnym zmanipulowaniu treści wszystkich książek. Mówiłem o ingerencjach w określonym celu.

Czytałeś Orwella “Rok 1984”?

Dla pamięci flash podaje się, ostatnio, 20 lat. Inna sprawa, że w przypadku nowszych nośników sporo zależy od metodologii badania skutków starzenia i samych technik sztucznego starzenia.

Adamie, absolutnie nie namawiam Cię do pozbywania się papierowych książek. I żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości nie ma w tym co piszę żadnego przekąsu, czy tym bardziej złośliwości.

Co do digitalizacji klasyki, to już się dzieje. Lema mam cyfrowego prawie całego. Asimova, musiałbym sprawdzić, ale najważniejsze pozycje mam, itd. Mainstream: proszę bardzo, chociażby projekt Wolne Lektury. I to są przykłady z naszego podwórka, a tak zwany zachód jest przed nami.

Orwella czytałem. Napisałem we wcześniejszym wpisie, że nie wykluczam manipulacji. Po prostu nie sądzę żeby takie próby miały szansę szerokiego oddziaływania.

Co do nośników, to temat rzeka. Ale i tak w tego typu rozważaniach dość jałowy. Rozwój jest na tyle szybki, że za dwa lata będziemy dyskutować o czym innym, a stan za 10 może być dla nas dziś kompletnie nieprzewidywalny.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Offtop jak się patrzy. Czego brakuje w Lemie? Pytam, bo na papierze mam praktycznie wszystko. Asimov i inni z tamtej strony na pewno po anglijsku, więc nie dla mnie... Wolne lektury kiedyś przeglądałem, ale dość dawno i nie systematycznie, więc nie wypowiadam się, póki nie wiem, co tam słychać.

Dyskusja o nośnikach faktycznie niewiele ma wspólnego z zasadniczym tematem wątku, więc przestajemy “śmiecić”.    :-)

Ciekawą dyskusję prowadzicie panowie. Wcześniejszy przykład z użyciem młotka – przemawia do wyobraźni  ;) 

Osobiście uwielbiam szelest papieru. A nic tak nie zdobi ścian jak książki, chociaż miałby to być “Poradnik Działkowca” z 1981 roku. Niestety sądzę, że słuszne poniekąd obawy AdamaKB przed manipulacją nie powstrzymają walca postępu. Jest w tym coś ze szlachetnej postawy generałów francuskich, którzy twierdzili, że czołgi nigdy nie przywyższą koni na polu walki.  

Co do poprawności politycznej, sądzę, że rzeczywiście już niedługo zacznie kąsać nie tylko współczesną, ale dawniejszą literaturę.  Na początku zapewne w postaci przydługich wstępów, usprawiedliwiających rasizm, czy inne uprzedzenia  autora, vide Tomek Sawyer i zły Indianin Joe.  Nie jestem do końca przekonany, czy takie informacje nie są potrzebne – to jednak temat na osobną dyskusję, więc nie wtykam kijka w mrowisko.

Przejście z form papierowych na cyfrowe ma jednak, oprócz łatwości manipulacji i drugą, jaśniejszą stronę –  łatwiejszy dostęp. Przyjmijmy, że rzeczywiście do obiegu internetowego zostaną wprowadzone pozycje “poprawione”. Podejrzewam, że natychmiast w tym, czy innym miejscu pojawią sięwersje oryginale i zyskają popularność. Oczywiście przychodzi do głowy możliwość panmanipulacji.  Niemniej o dziwo takowa w dobie internetu mogłaby się okazać trudniejsza –  właśnie ze względu na nieprzeliczoną ilość kopii pierwowzoru. Najprostszy przykład manipulacji słowem stosowany od dawien dawna – tworzenie zbioru ksiąg zakazanych –  w obecnych czasach byłby z góry skazany na porażkę,  co chyba nie świadczy najgorzej o systemie. Choć oczywiście należy się mieć na baczności, bo licho nie śpi i ktoś tym wirtualnym młotkiem wbije nam cyfrowego gwoździa w najrealniejszą głowę :) 

Nie biegam, bo nie lubię

Lema mam na podorędziu 66 pozycji. Liczba może być myląca, bo w kilku przypadkach mam “luzem” opowiadania lub eseje. Czego brakuje musiałbym porównywać z bibliografią. Na pewno nie mam Listów. Nie mam również obu pozycji Beresia, ale Świat na krawędzi już mam.

Asimova, czy np. Dicka mam po polsku.

EDIT:

Offtop jak się patrzy.

Myślisz, że może się zdarzyć, że przyjdzie gajowy i nas wygna z lasu? ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Wpadłem na chwilkę. Jeżeli macie zamiar prowadzić dyskusję na inny temat, niż tytułowy, np. o przewadze e-papieru nad papierem, to załóżcie sobie osobny wątek (albo poszukajcie, czy taki już kiedyś tu nie istniał, może wystarczy odkopać) i nie róbcie tego offtopując. Chętnie w takim temacie wyrażę swoje zdanie o tym, że papier jest fajny i ci, którzy wróżą jego szybki upadek się mylą – no, ale zrobię to dopiero w przeznaczonym na tę dyskusję temacie, a tutaj już proszę nie offtopować – z góry dzięki i dobrej nocy :)

O gajowym mowa, a on tuż, tuż... ;-D

Sorrki! Dobranoc!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Kopnąć Cię przy najbliższym spotkaniu w zad? :) Zapewniam Cię, że nie masz racji. Nie oceniaj wszystkich ludzi po przykładzie pań z okienka w USie czy urzędzie gminy. Chociaż – taka ludzka słabość, że każdy uważa, że to on pracuje najciężej, a gdzie indziej to się tylko opierdalają – widzę, że Pschoryba wcale nie jest wyjątkiem :)

Berylu – zapraszam. Owszem, wiem, że na kilku pracowników biurowych w budżetówce trafia się człowiek pracujący rzetelnie, zaangażowany, chcący, by jego “firma” działała w miarę nowocześnie i stający na rzęsach, by ominąć biurokratyczne idiotyzmy mnożone przez pozbawionych wyobraźni decydentów. I uwierz mi, panie z US, ZUS, UM, UG – to nieledwie czubek góry lodowej. Je spotyka każdy w różnych sytuacjach życiowych, a wbrew pozorom, to własnie niektóre z nich udrażniają ten syf dla zwykłego obywatela. Ja mówię o trochę głębszym problemie, bardziej, że tak to ujmę, w środku tego biura. W swojej pracy trafiłem kilku takich wyjątkowo zaangażowanych jak i całe mrowie tych, co to dziesięć po trzeciej już nie odbierali telefonu, bo przecież punkt pół do czwartej musi minąć drzwi wyjściowe...

I nie, nie pracuję najciężej. Można ciężej, niektórzy to robią. Mogę ci za to, przy najbliższym spotkaniu, podać przykłady indolencji, braku kompetencji lub zwykłego lenistwa osób na stanowiskach, których nie powinny zajmować. Budżetowych biurowych. Bo ich nie ciśnie groźba zwolnienia, braku premii lub zwykła, wewnętrzna konkurencja, co najwyżej bawią się w uprawianie wewnątrzorganizacyjnej polityki, ze szkodą dla merytoryki. Zdrowo dla psychiki, niezdrowo dla roboty (sektor prywatny ma na odwyrtkę, co też dobre nie jest). Oczywiście, te same zjawiska spotkasz także w dużej korporacji, ale trochę w innych proporcjach.

 

Wracając do tematu:

Seth  – jasne, wybacz.

vyzart – rzecz w tym, że długie terminy płatności są wymuszane na wydawcy przez dystrybutora, który na drugiej szali wagi kładzie zamówienie na konkretny wolumen. Nie ugiąłbyś się, gdybyś wiedział, że bez tego zamówienia za trzy kwartały możesz zacząć zwijać interes?

Adamie

 

Szum reklamowy i książki schodzą, dając mi zysk 7,50 na egzemplarzu.

Śmiem twierdzić, Adamie, że jeżeli o zysku mowa, to przypuszczam, że kształtuje się, dla tego przykładu, w okolicach 3,50-4. Na egzemplarzu. To, co podajesz, to marża brutto, przed odjęciem wszystkich kosztów oraz podatku.

 

Adamie, czy naprawdę ten jeden ruch – z ceną – rozwiąże problemy związane z faktyczną dominacją dużych dystrybutorów, wymuszających na wydawnictwach nie do końca sprawiedliwe warunki?

Wszak po półrocznej karencji wszystko wróci na stare tory...

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho – mimo pewnej dozy zrozumienia z dla Twojego sposobu myślenia nie sposób, bym przyznał Ci rację, bo generalizujesz, a moje doświadczenia są zupełnie odwrotne do tego, jak postrzegasz rzeczywistość. Ale to nie temat na ten temat :)

 

A mnie zastanawia, dlaczego każdy uczepił się sprzedawców, a nikt nie zastanowi się, czy aby na pewno wydawnictwa nie podbijają cen. Według proponowanej ustawy, to właśnie wydawca miałby wyznaczać cenę książki na najbliższy rok. Nie wydaje mi się, żeby wydawnictwa działały prospołecznie, w końcu każdy dąży do maksymalizacji zysku.

Argumenty Adama jakoś do mnie nie trafiają. Ceny po wprowadzeniu ustawy będą wynosić 100% obecnych cen detalicznych, bo niby z jakiego powodu miałyby wynosić mniej?

Częściowo wrócić na stare tory może, ale o dokładnej powtórce nie ma mowy.

To, co dzisiaj okładkowo kosztuje na przykład 50 zł, a co giganci sprzedają za realną cenę 35 zł, czego  zaś drobni nie są w stanie sprzedawać za mniej niż 42,50 zł, od początku będzie musiało, z założenia, kosztować 37,50 zł, żeby miało szanse na sprzedaż w okresie obowiązywania zakazu stosowania opustów.  Szanse te będą, w zasadzie, równe dla każdego sprzedającego detalicznie. Alternatywą jest bojkot, nie przyjmowanie nowych pozycji do obrotu, czyli zero zysku dla dystrybutora przez rok obowiązywania równej ceny (o roku była mowa w projekcie ustawy), a w tym czasie plajta wszystkich wydawnictw i zero zysku dla wszystkich na wieczność...  Widzisz powrót do dzisiejszych kombinacji? Przecież każdy nowy nakład objęty będzie tymi samymi zasadami “trzymania ceny” przez rok...

To, co może pozostać niezmienione, to zbójeckie terminy rozliczenia finansowego.

<><>  Ceny z sufitu, dla ilustracji.  <><>

<><><>

Od początku nurtuje mnie jedna taka myśl (stawiam się na miejscu właściciela / prezesa wielkiej sieci): co by było, gdybym przestał kupować nakłady u polskich wydawców, założył własne wydawnictwo, zarejestrował je w raju podatkowym, drukował i oprawiał na Dalekim Wschodzie, po czym sprzedawał sobie do dystrybucji jako produkt importowany? Nie ma zakazu wydawania w języku polskim przez firmę, powiedzmy, cypryjską... Ale co z cenami przy takiej kombinacji?

Panowie prawnicy in spe! Myśleć, odpowiadać!   :-)

<><><>

»  Argumenty Adama jakoś do mnie nie trafiają. Ceny po wprowadzeniu ustawy będą wynosić 100% obecnych cen detalicznych, bo niby z jakiego powodu miałyby wynosić mniej?  «

Dlatego, żeby nakład dał się sprzedać. Kto pozbawi się zysków całkowicie? To drugi biegun maksymalizacji...

Dlatego, żeby nakład dał się sprzedać. Kto pozbawi się zysków całkowicie? To drugi biegun maksymalizacji...

Jeżeli teraz opłaca się wydawcom sprzedawać swoje książki pomniejszym księgarniom z minimalnym rabatem albo i bez niego i jednym z głównych zmartwień tych wydawców jest to, że Matras czy Empik żądają znacznie większych upustów, bo 25-30% (cytuję to, co usłyszałem na obradach komisji senackiej) to szczerze wątpię w to, by nagle sami wydawcy zaczęli wyceniać swoje książki na 70% dzisiejszej ceny.

Miałbyś, Adamie, model bliski chyba właśnie niemieckiego, gdzie tzw. domy wydawnicze często składają się z części zarówno redakcyjnej/wydawniczej jak i pokrywają tę hurtową część dystrybucji (oraz sprzedaż przez sieć, ha! Oni wiedzą, że tak trzeba). Nie mówię o miejscu druku, mówię o koncentracji kluczowych elementów łańcucha dostarczenia książki na rynek w ramach jednej firmy, często rodzinnej. Tam stała cena miała zapobiec upadkowi małych księgarni i ochronić je przed zbyt wysokimi cenami nabycia książek. Te małe księgarnie mają być “drzwiami” na świat w np. b. małych miejscowościach, gdzie sieciówce nie opłaca się otwierać salonu.

 

42,50 zł, od początku będzie musiało, z założenia, kosztować 37,50 zł,

Adamie, w tym jest clue programu. Przyznam, że posłuchałem tylko pół godziny tego posiedzenia, bo musiałem wyjść – ale kto tę cenę będzie ustalał (wydawca?), wg jakiego algorytmu i – jaką mamy pewność, że będzie niższa, dla konsumenta, niż obecnie? 

 

Zostają problemy wydłużonych płatności, ryzyko wykorzystania ustawy przez wydawnictwa do odbijania sobie zaprzeszłych rabatów etc. etc. – to tez będzie rzutowało na sprawność tego rynku. Zgadzam się, jeden problem naraz, boję się tylko, ze w Polsce – jak już nieraz bywało – przez niechlujność, niedokładność i naciski grup interesu powstanie rozwiązanie-bubel, które może jeden problem załata, ale trzy dorzuci do puli... 

 

 

berylu – racja, kiedy indziej ;-) Tak, generalizuję, bo wyjątkiem jest zaledwie ułamek tych ludzi – ich za te generalizację z góry przepraszam, ale takie są realia. Sektor prywatny też nie jest wolny od tej plagi, ale tam regulacja następuje w inny sposób.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Generalnie: zawirowania będą, bo zawsze występują. Wypuszczenie niedopracowanego bubla – prawdopodobne. Jak to u nas... Próby obejścia, kombinacji – będą, bo zawsze się pojawiają. Jednak w ostatecznym rozrachunku, po ustabilizowaniu się rynku według nowych zasad, wynik powinien być korzystny z punktu widzenia indywidualnych nabywców.

Pozwoliłem sobie na górze podlepić pod “powiązane linki” łącze do wideo z obraz komisji senackiej.

Jak słyszę o “pomysłach rządu”, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Oczywiście gdybym go tam miał

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Wszyscy po tych sejmach i senatach to się nadają na czopa i w kosmos.

Książka to taki sam towar jak każdy inny i jego też obowiązują podstawowe prawa rynkowe. Jeżeli jakaś sieciówka np. empik zamawia książkę w dużych ilościach to może trochę zejść z marży na pojedynczej sztuce bo i tak będzie miała zysk. Jeżeli sklep internetowy nie ma swojej placówki w “realu” to może sprzedać taniej bo nie musi doliczać kosztów utrzymywania lokalu. Jeżeli w sklepie nie schodzą książki to po pewnym czasie można spróbować sprzedać je taniej , bo po co mają kurzyć się na magazynach?

Kupuję tam, gdzie jest najlepszy deal (oczywiście w granicach legalu), a to, żeby zarobił na tym pisarz czy wydawca to już ich własny interes.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Wicked, problem jest taki, że te rabaty nie polegają na tym, że Empik/Matras mniej zarabiają na książce. Oni dostają tyle samo, a różnicę mają pokryć wydawcy – którzy zgadzają się na to, bo Empik+Matras to lwia część dystrybucji. Co nie zmienia faktu, że w pewnym momencie zaczęli się na to zgadzać i sami wykopali sobie tym grób. Empik nie narzucałby takich warunków, gdyby żadne wydawnictwo się na nie nie godziło, bo nie miałby czego sprzedawać.

 

Przesłuchałem w końcu to spotkanie komisji senackiej i nadal jestem raczej przeciwny tej ustawie. Moje spostrzeżenia:

– Widzę, że jednolita cena mogłaby w pewnym stopniu pomóc małym księgarniom, bo ich właściciele faktycznie nie mogą sobie pozwolić na zniżki. Przeniosłoby to częściowo (w przypadku nowości) rywalizację z ceny na geografię, bo jeśli wszędzie cena jest taka sama, to najprościej jest kupować pod domem/pracą/po drodze. Do tego dochodzą czynniki typu “jakość obsługi”, “klimat księgarni” itp., ale raczej w mniejszym stopniu, poza może obsługą w przypadku, kiedy nie wiemy, co chcemy kupić. Tylko że teraz najczęściej wiemy, bo zanim zdecydujemy się na zakup książki, dowiadujemy się o niej czegoś choćby w Internecie. (Większą impulsywność zakupu mogłaby zaistnieć, gdyby ceny książek były zauważalnie niższe, ale cóż...).

– Widzę, że ustawa mogłaby pomóc wydawcom, od których dystrybutorzy nie mogliby wymagać takich rabatów... No ale właśnie – nie mogliby? Co im zabroni wciąż żądać od wydawców rabatów, a potem sprzedawać po cenach okładkowych? Wciąż byliby gigantami, więc w identyczny sposób żądania byłyby “nie do odrzucenia” –  może nawet jeszcze bardziej, bo odpadłaby kolejna gałąź konkurencji, tzn. księgarnie internetowe oferujące niższe ceny. To prowadzi do kolejnego punktu...

– Taka ustawa jest narzędziem do wyrżnięcia księgarni internetowych. Aktualnie konkurują one właśnie niższymi cenami, bo oszczędzają na lokalach, obsłudze itd. Ja sam najczęściej kupuję właśnie w księgarni internetowej, która niedaleko mojego domu ma punkt odbioru, więc nie dochodzą do tego koszty wysyłki. Dobrze mi się z nimi współpracuje, dlaczego niby ma to być zabronione?

Uważam, że na spotkaniu komisji senackiej zdecydowanie zabrakło przedstawiciela księgarni internetowych. Swoją drogą, nie było też nikogo od Empika, ale mówiono tam, że Empik jest za ustawą. Skoro ma ona godzić w jego “rabaty”, to mam podejrzenia, że może ją popierać właśnie przez chęć pozbycia się konkurencji internetowej.

– Jeszcze do tych rabatów u gigantów. W Matrasie – jak najbardziej, są rabaty. Ale w Empiku? Nigdy w życiu nie zdarzyło mi się kupić w Empiku książki za cenę niższą niż okładkowa. Nigdy nawet przecenionej książki w nim nie widziałem – a bywam tam dosyć regularnie, bo choć tam nie kupuję, to często wpadam pooglądać książki. Widywałem oferty typu “kup 3 książki, czwarta gratis”, owszem. Ale akurat takie promocje to nadal mogą być, bo kto im zabroni oddać książkę bez rabatu, ale za darmo?

– W całym spotkaniu czekałem, aż ktoś mnie przekona, dlaczego niby książki po wprowadzeniu takiej ustawy mają być tańsze. Jedyny argument, jaki w tej kwestii przedstawiono, brzmiał mniej więcej: “nasi specjaliści wyliczyli, że książki mogą na początku podrożeć, ale długofalowo ceny będą niższe”. Dlaczego? Nie wiem, “amerykańscy naukowcy” powiedzieli, howgh.

Jeśli nawet założymy, że ustawa powstrzyma sieciówki przed żądaniem wielkich rabatów, to co zrobią wydawcy: obniżą ceny okładkowe i będą zarabiali tyle samo, co teraz, czy też ceny zostawią na takim samym poziomie, a sami zarobią więcej?

Długofalowy spadek cen książek może przynieść jedynie optymistyczne założenie, że w sytuacji, w której wydawcom wiedzie się lepiej, w końcu zaczną sprzedawać książki taniej. A to, przypominam, i tak przy wcześniejszym optymistycznym założeniu, że brak rabatów na nowości sprawi, że pieniądze z rabatów trafią do wydawcy. Cała ta konstrukcja nie wydaje mi się zbyt realistyczna.

Argument, że “we Francji i w Niemczech to działa” do mnie nie trafia, bo tam książki w stosunku do zarobków są znacznie tańsze. Jeśli w księgarni nie ma zniżki na nowość, ale tak czy siak jest tania, to pal licho, czytelnik może sobie zapłacić te parę euro więcej. Też bym mógł zapłacić, jakby różnica była między 15 a 20 złotych. Ale kiedy książki kupuje się za bądź co bądź niemałe pieniądze... To wiele osób bez zniżek po prostu ich nie kupi – vide: przykład Izraela.

 

Podsumowując:

Taka ustawa zabiera się do rozwiązywania problemu od jakiejś dziwacznej, bezsensownej strony. Jeśli faktycznie uznajemy, że część problemów na rynku książek powodują gigantyczne nakładane marże i wymuszane rabaty u dystrybutorów, to – jeśli już wymaga to jakichś prawnych regulacji – dlaczego nie nałożyć po prostu limitu na rabaty, o które dystrybutor może prosić wydawcę? Wtedy kwestia finansowa reguluje się na przestrzeni tych dwóch podmiotów i nie wciąga się w to np. czytelników.

A w przypadku tej propozycji mamy zupełnie inaczej. Wydawca po prostu finansuje rabaty dystrybutora. Jeśli rabatów nie będzie,  dystrybutor wychodzi na zero. Wydawca zyskuje. Skąd? Od czytelników.

Natomiast małe księgarnie powiedzmy, że w pewnym stopniu mają większe szanse, ale też nie kosztem wielkich sieciówek, tylko księgarni internetowych. Brawo.

 

PS: Chciałbym też pogratulować bodaj wiceprezesowi PIK-u argumentu pod tytułem “jesteśmy w takiej sytuacji rynkowej, że co nie zrobimy, to na pewno będzie lepiej niż dotąd”.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Nałożenie limitu na rabaty jest o tyle kłopotliwe, że trudne do sprawdzenia. Cena okładkowa jaka jest, każdy widzi. Ale sprawdzenie tego, jakie kto sobie w rozliczeniach między firmami rabaty daje, wymaga szerszego spektrum kontroli, a to – wiadomo – kosztuje. Nie wspominając o tym, że wydawca zamiast dawać rabat może po prostu wpisać na fakturze dla sieciówki niższą cenę nominalną i wychodzi na to samo, a nikt nie ma się do czego przyczepić. 

Napisałem długi, merytoryczny komentarz na ten temat, ale zawiesiła mi się przeglądarka. W zwazku z tym ograniczę się do wrzucenia tytułów, które każdy powinien przeczytać przed przystąpieniem do dyskusji:

Canoy, Marcel; van Ours, Jan C.; van der Ploeg, Frederick (2006), "Chapter 21: The Economics of Books", Handbook of the Economics of Art and Culture, Handbook on the Economics of Art and Culture 1, Elsevier, pp. 720–761,

Backhaus, J.G.; Hansen, R. (2003), "Resale price maintenance for books in Germany and the European Union: A legal and economic analysis", From Economic to Legal Competition: New Perspectives on Law and Institutions in Europe: 87,

Ringstad, V. (2004), "On the cultural blessings of fixed book prices", International Journal of Cultural Policy 10 (3): 351–365,

van der Ploeg, F. (2004), “Beyond the Dogma of the Fixed Book Price Agreement“, Journal of Cultural Economics 28: 1–20,

 

Wnioski: wyginięcie małych księgarni i zmniejszenie znaczenia księgarni internetowych na rzecz molochów sieciowych, zmniejszenie cen nowych książek przy jednoczesnym wzroście średniej ceny książek. Nie przekłada się to na wzrost ilości wydawanych debiutantów. Jednocześnie zmniejsza poczytność nowości i ogólny poziom czytelnictwa.

Ustawa jest szkodliwa zarówno z ekonomicznego jak i społecznego punktu widzenia i jest wynikiem działania silnego lobby dużych dystrybutorów.

 

Błagam, zaklinam: zanim zaczniecie się wypowiadać życzeniowo nt. co byście chcieli, żeby taka ustawa zmieniła, zapoznajcie się z faktami i doświadczeniami innych krajów (uczmy się na cudzych błędach!) i nie dajcie strzelić sobie (i wszystkim czytelnikom) w kolano.

Tyle piszecie, że już się pogubiłem, kto jest za, kto przeciw ;)

 

Dj jest przeciw i uważa, że to kretyński pomysł – jeśli ktokolwiek zarobi więcej to giganci (już widzę, jak Empik, przez większą cenę książki, oddaje większą część wydawcy :)

 

Regulacje dotyczące terminowości rozliczeń, brania książek na rok i trzymania w magazynie a potem zwrot – chętnie.

 

A nie sądzę, żeby ustawa przewidziała wszystkie możliwości jej obejścia: dodania książki w gratisie, sprzedawania w zestawie, z batonikiem, wypożyczenia na 10 lat z pełnym prawem zwrotu wprost proporcjonalnie do zużycia (ojej, zużył Pan 100%!).

This is Sparta!

 

 

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Diriad – bardzo zgrabne podsumowanie. Zgadzam się w całej rozciągłości i dodałbym jeszcze coś. Powyższa cena zabija księgarnie internetowe, co ni mniej ni więcej prowadzi, że na rynku pozostają tylko giganci pokroju empika i matrasa. I teraz kuriozum – matras i empik nie są zainteresowane dystrybucją jakiejś książki ( z różnych względów – bo np. nie lubią wydawnictwa i źle im sie współpraca układa lub uważają, ze książka sie nie sprzeda ze względów X ) i wówczas ktoś kto chce wskazana pozycję nabyć musi ją kupić bezpośrednio od wydawnictwa, płacąc przy tym koszty wysyłki. Reasumując, płacąc za pozycję więcej niż kosztowałaby w sklepie/księgarni, problem tylko w tym, że nie ma kto jej dystrybuować.  Nie wspominam nawet jak to się odbija na sprzedaży samej ksiązki. A to prowadzi do innego kuriozum – wydawnictwo zaczyna konsultować każdą pozycję ze wspomnianymi tuzami rynku i wydaje tylko to, co empik i matras będą chciały sprzedawać.  Bo nie ma księgarni internetowych, a małe księgarnie to żaden kanał dystrybucji.  

 

Ta ustawa to najgorsze co można było zrobić. Raz – niezgodne z zasadami wolnego rynku, dwa – empik i matras dostają prezent w postaci władzy dotąd nie posiadanej, a nasz rząd wspaniałomyślnie zabija im konkurencję.  Powinszować temu kto układał treść tej ustawy i kto na nia wpadł. Zakąłdam, że był to ktoś sowicie opłacony przez wskazanych wyżej gigantów. 

"I needed to believe in something"

PIK, czyli pomysłodawca, to de facto instytucja reprezentująca interesy wydawców.

 

To co, robimy własną petycję PRZECIW tej ustawie i wysyłamy do Pań i Panów senatorów i posłów?

A widzicie realną szansę, że ta ustawa przejdzie?

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Mi się wydaje, że to może przejść. Walczą o to już od dłuższego czasu, ale wychodzi na to, że są coraz bliżej. Jak wiadomo, naszego Sejmu nie obchodzi fakt, że coś ma milion podpisów, ale może obchodzić, że coś ma 2 tysiące podpisów ; )

 

EDIT: A tak poza tematem – serio, nie widzieliście promocji i obniżek w Empiku? Wy, czytelnicy zawzięci? To ja pewnie w porównaniu do tutaj zgromadzonych czytam mało beletrystyki, a zdarzało mi się nabywać książki w niezłej promocji, właśnie w Empiku. Parę miesięcy temu Koronę śniegi i krwi, za 50% ceny detalicznej.

Serio, ale może za rzadko w nim bywam. Wchodzę szperać, kiedy akurat jestem w galerii handlowej i czekam na kogoś/seans w kinie/koniec świata ;)

 

To tylko mała grupa senatorów+wydawców, ale tym spotkaniu wszystko brzmiało, jakby ustawa faktycznie mogła przejść, i to szybko. Niby może tylko przyjęli taką pozę na Spotkanie Na Wysokim Szczeblu, ale konkluzja spotkania była taka, że członkowie komisji jednogłośnie przegłosowali przyjęcie projektu pod swoje skrzydła i dopracowanie go, żeby trafił na obrady Senatu.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Zgadnij, kto ponosi koszt promocji książki w Empiku (rabat lub np. 3 książka za złotówkę).

Empik? Podpowiem, że nie Empik :)

Dystrybutor? Hurtownik? Też podpowiem, że nie :)

 

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dj, ja wiem, kto te koszty ponosi, ale ja nie wiem co to ma do tego, co mówiłem ;) Po prostu zdziwiło mnie to, że ludzie piszą, że w Empiku promocji nie ma. Tam jest drogo, w porównaniu do księgarń internetowych czy Matrasa, to prawda, jednak ilekroć przechodzę obok albo wchodzę doń, to zawsze jakaś promocja jest – stąd moje zdziwienie :)

Nie wiem, w empiku nie bywam ;) To była uwaga ogólna berylowa :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

A tak z innej beczki to beryl ma swoja piosenkę na liście przebojów trójki: Mark Knopfler “Beryl”. Całkiem fajny kawałek ;)

"I needed to believe in something"

A tymczasem ponoć PSL postanowił popierać projekt.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Jakoś mnie to nie dziwi. Ale może daj jakiś link.

Linku nie będzie, to zasłyszana informacja. Nie gwarantuję, że prawdziwa.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Nie skomentuję :/

Już nie dołujcie... Może jednak pojadę z rodzicami na te zakupy, póki mnie stać. ;__;

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

Co za kompletna kpina. I do czego ma się niby taki pomysł przysłużyć, ja się pytam?

And one day, the dream shall lead the way

Do podniesienia zasobności kieszeni wydawców i księgarń stacjonarnych? :)

A przy okazji (jak już wcześniej pisaliście) wyrżnięcia tych internetowych, zachwiania rynkowej równowagi i – całkiem prawdopodobnie – zmniejszenia % czytelnictwa. Świetnie.

And one day, the dream shall lead the way

 

Mój stary, blogerski nawyk kazał przyjrzeć się sprawie :) Gdyż, mam wrażenie, zdecydowana większość dyskusji opiera się głównie na teoretycznych wywodach, skądinąd w wielu przypadkach niezwykle przekonujących. W końcu jesteśmy na forum fantastycznym i odpowiedź na pytanie: “co byłoby, gdyby” nikomu nie nastręcza mniej lub bardziej twórczych trudności.

Tak to już jednak bywa, że teoria z praktyką lubią się czasami pokłócić.  Dlatego w sytuacjach takich jak powyższa, zanim zaczniemy kpić, warto być może spróbować przyjrzeć się wszystkiemu bardziej, hmmm, naukowo... – nawet najdoskonalszy wywód czasami nie wytrzymuje z z czymś tak banalnym i nieciekawym jak empiryczne doświadczenie – taki pleonazm się był zakradł.

Resztki uczciwości nakazują z góry nadmienić, że to, co poniżej napiszę, obarczone jest błędem systematycznym i to wielokrotnie.

Po pierwsze – jestem ateistą, przynajmniej jeśli chodzi o Boga Wolnego Rynku – przy tak nierównomiernej dystrybucji środków, wmawianie, że nie należy regulować, jest świecidełkiem przed nosem Indianina.

Po drugie, opieram się w głównej mierze na  nieobiektywnych materiałach. ;) 

Po trzecie, mogę oczywiście się mylić, z tego też powodu przytoczę raczej subiektywnie wybrane fakty, niż popuszczę wodzy przyczynowo-skutkowym fantazjom – w razie czego nie będzie na mnie.

 

Do rzeczy. Śmiem twierdzić, że nasz rynek wydawniczy nie jest aż tak specyficzny, by rządzić się, z pewnymi zastrzeżeniami,  prawami zupełnie odrębnymi, innymi niż te za miedzą lub dwoma miedzami. Skoro nie mamy własnych “empirycznych doświadczeń”, warto, tak uważam, zapuścić żurawia na cudze podwórka.  

A jest się czemu przyglądać. W ten, czy inny sposób ustalona cena sprzedaży książki funkcjonuje w wielu europejskich krajach. Początkowo proceder ten miał charakter porozumień branżowych, czyli de facto, zmowy cenowej, z tym zastrzeżeniem, że celem była tu nie maksymalizacja zysków, a ochrona mniejszych księgarni.  W Niemczech, kraju o wysokim poziomie czytelnictwa, tego typu porozumienie zostało zawarte już w 1888, by po różnych przemianach zostać zastąpione w 2002 roku przez ustawę. Podobne “zmowy” wydawców i dystrybutorów, dotyczące cen książek,  funkcjonują obecnie m.in. w Słowenii, Norwegii oraz Chorwacji

Pierwszym krajem, który zdecydował się na ustawową regulację rynku księgarskiego i wprowadzenie ustalonych z góry cen była Hiszpania (1975).  Okres obowiązywania stałej ceny wyniósł 24 miesiące, a wysokość maksymalnego rabatu – 5%. Jednak, prawdopodobnie ze względu na lepsze opisanie skutków takiego rozwiązania, powszechnie przytaczany i analizowany jest przykład Francji, gdzie w 1981 wprowadzono tzw. Ustawę Langa (Loi Lang) – na niej własnie jest wzorowany polski odpowiednik. Domniemane pozytywne efekty ustawy, o których bardziej konkretnie za chwilę, spowodowały upowszechnienie tego typu regulacji w innych krajach: Portugalia (1996), Grecja (1998), Austria (2000), Włochy (2001), Niemcy (2002), Holandia (2005). 

U podstaw Loi Lang i jemu podobnych legło przekonanie, że książka jest czymś więcej, niż tylko towarem, a księgarnia, oprócz “bycia” sklepem, spełnia również funkcje kulturotwórcze, dlatego wymagają specjalnej ochrony.  

Obiektywna ocena skutków “francuskiego” modelu na przestrzeni lat jest, jak sądzę, niezwykle trudna z uwagi na dynamiczne zmiany rynku, jak choćby ekspansja sklepów wielkopowierzchniowych w ostatniej dekadzie XX wieku, czy gwałtowny rozwój sprzedaży przez internet w minionym dziesięcioleciu. 

Podsumowując w skrócie potencjalne zalety takiego rozwiązania, podnoszone przez jego zwolenników, uwzględniające ponad trzydziestoletnią obserwację znad Sekwany: 

 

przyczynia się do utrzymania “gęstej” sieci księgarni. Poprawia ich sytuacje ekonomiczną, umożliwia realizację większych inwestycji w wyposażenie, chroni istnienie najmniejszych księgarni. 

 

gwarancje cenowe zmniejszają ryzyko ekonomiczne, przyczyniając się do wzrostu liczby wydawanych tytułów, w tym także “niszowych”.  Pieniądze wydawane dotychczas na wojny cenowe z np. dyskontami, czy hipermarketami, można przeznaczyć na poszerzenie oferty i jakości obsługi. 

 

– w związku z powyższym dla autorów rosną szanse na publikację, a już opublikowanym rosną dochody,  jako udział procentowy w sprzedaży. 

 

- wbrew obawom nie powstała nowa struktura biurokratyczna.  

 

– nie wpływa jednoznacznie na cenę książek – w Niemczech ceny książek rosną wolniej niż ceny towarów nie objętych regulacjami. 

 

– w większości krajów, w których wprowadzono ustawowe regulacje cen w księgarniach, nastąpił wzrost czytelnictwa.

 

Autorzy raportu “Skutki ekonomiczne regulacji rynku książki”(5) sporządzonego dla Polskiej Izby Książki, organizacji forsującej ustawę, twierdzą, że w dostępnym piśmiennictwie brak informacji o jednoznacznie “negatywnych skutkach regulacji sytemu rynku książki”.

Przytaczają przykład Austrii, gdzie po wprowadzeniu okresowej stabilizacji ceny nastąpił wzrost: liczby sprzedanych książek, małych wydawnictw, niezależnych księgarni oraz poziomu czytelnictwa. Nie odnotowano przy tym zmian w: liczebności “sieciówek” księgarskich, bibliotek oraz wysokości cen książek

We wnioskach z przeglądu europejskich rynków wydawniczych piszą m.i.n. “wprowadzenie okresowych stałych cen na książki ma ograniczony zasięg oddziaływania i nie blokuje funkcjonowania rynku, lecz wpływa przede wszystkim na pozycję rynkową wydawców oraz tradycyjnych księgarni.” 

 

Co ciekawe, gdy większość Europy wprowadzała ustawy porządkujące rynek książki, Brytyjczycy, jak to Brytyjczycy, poszli w kierunku zgoła przeciwnym – w 1995 w Wielkiej Brytanii zderegulowano rynek, znosząc prawo obowiązujące od 1901. Stawarza to dobre pole do porównania obu modeli.

Ponieważ i tak się już rozpisałem ponad wszelkie normy przyzwoitości, nadmienię jedynie, że deregulacja nie spowodowała spadku cen książek, natomiast przyczyniła się do spadku udziału małych i średnich księgarni, znacznej koncentracji (trzech największych sprzedawców ma prawie 80% rynku) – sprzedawca, nie wydawca, ma decydujący głos i narzuca swoja wolę. Nastąpił  tu relatywnie wyższy niż gdzie indziej wzrost sprzedaży internetowej, a w niej – udziału Amazon (86% – 2006). Podkreśla się jednak odmienność brytyjskiego rynku książki z uwagi na globalne zainteresowanie literaturą anglojęzyczną.

Dla bardziej wnikliwych polecam piśmiennictwo, z którego jakże subiektywnie czerpałem: 

 

http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/jednolita-cena-ksiazki-uderzy-w-rynek,253,0,1758717.html

http://naekranie.pl/artykuly/co-nam-da-stala-cena-ksiazki

http://www.pik.org.pl/upload/files/LANG_-_BA_-_Ustawa_o_jednolitej_cenie_21_1.pdf

http://www.pik.org.pl/upload/files/Uzasadnienie_do_projektu_ustawy_o_jednolitej_cenie_ksia.pdf

http://www.pik.org.pl/upload/files/LANG_-_CASE_-_Skutki_ekonomiczne_regulacji_rynku_ksiazk.pdf

 

P.S. Na koniec smutna dygresyjka: nasi politycy uwielbiają ronić łzy nad rozlanym mlekiem. Najpierw dobijają księgarenki darmowymi podręcznikami, by później rozpaczliwie rzucać ustawami na ratunek. A Amazon tuż, tuż...

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Corcoranie, bardzo przyzwoite podsumowanie. Jeżeli chodzi o Niemcy, dodam tylko, że również rynek farmaceutyków jest regulowany, z podobnych powodów: by w małych miejscowościach była apteka, która to, w razie potrzeby ma obowiązek dostarczyć lek pod drzwi. Generalnie, chodzi o zagwarantowanie ludziom dostępu do.

 

Moja obawa wiąże się nie z samym mechanizmem, ale z idiotami podnoszacymi rękę. Jak juz wspomniano, książka w Polsce jest relatywnie droga w stosunku do płacy. Dwa, inna struktura rynku, na którym rządzą podle dzikich zasad dystrybutorzy. Trzy, możliwe zdemolowanie księgarni internetowych, rodzimych (co akurat dużym dystrybutorem jest na rękę).

 

Ergo, tematów do załatwienia w tej ustawie jest więcej niż sama cena. Nie rozumiem, jak mają być załatwione, więc czuję nadchodzacy bubel. Obym się mylił.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Co do księgarni internetowych: wcześniej, przy jakiejś podobnej okazji, napisałem, że rozwiązaniem byłoby wliczanie kosztów dostawy do ceny książki. Czyli danie bonifikaty w wysokości kosztów dostawy. To samo mogłoby dotyczyć wszystkich form sprzedaży wysyłkowej, bo chodzi o to, w moim rozumieniu, by u wszystkich cena sprzedażowa brutto miała jednakową wartość w okresie na przykład roku, co zablokuje manipulacje marżowe.

jestem ateistą, przynajmniej jeśli chodzi o Boga Wolnego Rynku – przy tak nierównomiernej dystrybucji środków, wmawianie, że nie należy regulować, jest świecidełkiem przed nosem Indianina.

Liberalizm w czystej postaci jest tak samo przyjemny jak czystej postaci socjalizm :) Nie chodzi o to, by nic nie regulować, tylko by robić to z głową – czego chyba, przynajmniej na podstawie doświadczeń w naszym kraju, jednak często brakuje.

A mnie to, co napisałeś jakoś niespecjalnie przekonuje – bo właściwie nic konkretnego z tego nie wynika :) Niestety nie jestem tak dociekliwy, by szukać teraz konkretnych danych, takich jak poziom czytelnictwa (różnie zresztą rozumiany), ceny książek na przestrzeni lat w porównaniu z cenami innych towarów, czy inne niż ustawa o jednolitej cenie wydarzenia mające wpływ na rynek książek w krajach, w których taka ustawa funkcjonuje.

Sytuacja wydaje mi się jasna – jeżeli wprowadzi się jednolitą cenę, to z powodzeniem wyrżnie się księgarnie internetowe, a sieciówki przestaną oferować rabaty i kusić promocyjnymi cenami, bo nie będą mogły tego robić. Dość oczywistym wnioskiem jest to, że ceny książek pójdą w górę, prawda? Polacy raczej nie grzeszą na tle innych krajów Unii nawykiem czytania książek, a w dodatku za przeciętną polską pensję można kupić kilkukrotnie mniej tytułów niż za pensję, powiedzmy, niemiecką, dlatego trudno mi uwierzyć, by sprzedaż tychże nie spadła.

 

gwarancje cenowe zmniejszają ryzyko ekonomiczne, przyczyniając się do wzrostu liczby wydawanych tytułów, w tym także “niszowych”

To akurat dosyć ciekawy wniosek. Mniejsze ryzyko ekonomiczne, bo książka kosztuje wszędzie tyle samo? W jaki niby sposób zwiększa to sprzedaż tytułów, w tym także niszowych?

 

Na koniec smutna dygresyjka: nasi politycy uwielbiają ronić łzy nad rozlanym mlekiem. Najpierw dobijają księgarenki darmowymi podręcznikami, by później rozpaczliwie rzucać ustawami na ratunek. A Amazon tuż, tuż...

Racja – najpierw zrobili coś dobrego, a teraz próbują to zepsuć :)

Adamie – odniosę sie, jeśli będę miał okazję wczytać projekt ustawy. Na razie to Twój pomysł, a szacowne grono ustawodawców jakoś chyba pominęło (albo ja nie dosłuchałem).

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Adamie – odniosę sie, jeśli będę miał okazję wczytać projekt ustawy. Na razie to Twój pomysł, a szacowne grono ustawodawców jakoś chyba pominęło (albo ja nie dosłuchałem).

Oczywiście, że pominęło, bo stoi to w sprzeczności z założeniami projektu. Skoro mamy ratować małe księgarnie, bo to najwyższe dobro, to raczej kosztem księgarni internetowych. Jeżeli ceny będą takie same w księgarni stacjonarnej u pana Zdziśka jak i w księgarni internetowej z kosztami dostawy, to i tak większość osób nadal będzie wolało zamówić przez internet, a to przecież źle :)

 

Dodam jeszcze coś do tego, co napisał Corcoran i do tego, co zalinkował – to dosyć ciekawe, najpierw przyznać, że w części krajów istniała jednolita cena ustanowiona zmową cenową, a potem dojść do wniosku, że prawne uregulowanie tej kwestii nic nie zmieniło. Skoro rzecz była obecna wcześniej, to chyba dosyć oczywiste, że nic się zmienić nie mogło ; )

Nikt nie broni panu Zdzisiowi sprzedawać przez Sieć.

A że – jak dotąd – nic o sprzedaży internetowej nie ma w projekcie, to chyba oczywiste. Nie moja d**a, nie będę się zajmował. A brak kompleksowości dowolnego rozwiązania oznacza – no, chyba wiadomo, co.

Pan Zdziś raczej nie miałby dużych szans na sprzedaż w internecie ; )

Wczytalem projekt ustawy zalinkowany przez Elanara. Nie wiem, czy ten sam złożono w Sejmie.

 

Skrótowo analizując pod kątem omawianych zjawisk na rynku polskim:

 

– Cenę na 12 miesiecy ustala wydawca lub importer.  W scenariuszu optymistycznym, następuje spadek cen, bo dystrybutorzy są bez ruchu i muszą sie zgodzić. Na drugim końcu skali jest dystrybutor, który przy niższej cenie dociska o rabat wydawcę lub pokazuje środkowy palec, więc koniec końców ceny nie zmieniają się lub rosną.

– Dystrybutor ma możliwość kształtować cenę z rabatem 5%, 15% (targi i inne, wyjątkowe okoliczności), 20% (zakup przez instytucje kulturalne i biblioteki). Wojna cenowa, która wybiła małe księgarnie, zostaje wstrzymana. O kilka lat za późno...

– Sklepy internetowe vs dystrybutorzy tradycyjni: zero różnicy w cenie, więc tracą przewagę przez pierwszy rok. Ustawa dopuszcza zmianę ceny dla serii, pakietów, subskrypcji, egzemplarzy uszkodzonych. Tu wojnę cenową wygra ten, kto zejdzie z marży i/lub wynegocjuje rabat z wydawcą. Duzi mają lepiej na start, internetowi przetrwają tylko, jeśli sprzedaż pozycji starszych niż 12 miesięcy stanowi znaczny udział ich przychodów lub sprytnie rozegrają tematy-furtki. Technicznie są lepiej przygotowani, ale wydaje mi się, że finansowo lub wolumenowo mogą być za mali, by powalczyć z dużymi sieciami.

– Za łamanie ustawy grozi grzywna. Pytanie, czy w wysokości skutecznie odstraszającej złe zagrania...

– Po roku cena jest uwolniona.

 

Nie sądzę, by wydawca, nawet sterując ceną, był w stanie polepszyć warunki realizacji umów z dystrybutorami. Może tylko obniżyć cenę końcową, zamknąć oczy i liczyć na cud skali, który być może nastąpi. Bo jeśli nie nastąpi, to upadnie.

 

Ustawa pomaga w sumie mniejszym ksiegarniom. Internetowi być może przetrwają i znajdą sposób na rabaty cenowe, ale nie w sposób proponowany przez Adama.

 

Czyli, krótko mówiąc, nie wiadomo czy i co się zmieni, bo wydawcy będą musieli dogadać się z dystrybutorami lub stracić kanał sprzedaży.

 

 

Edit: w skrajnie brutalnym wypadku, dzisiejsi wydawcy są zmarginalizowani lub padają, dzisiejsi dystrybutorzy stają się także importerami lub wydawcami. Bez odgórnego podziału terytoriów działania, kończymy w monopolu lub duopolu z drobnicą  ciągnącą od pierwszego do pierwszego. Ceny, rzecz jasna, nie spadają :/

 

 

Ta ustawa mało co reguluje, po prostu daje wydawcom narzędzie do negocjacji z dystrybutorami.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wniosek prosty i oczywisty: kontrola cen plus górny pułap zysku w branży. Poproszę o fakturki, za pięć minut będzie wiadomo...

Niczym innym nie powstrzyma się manipulacji. Przykre dla liberałów, ale prawdziwe.

Mam niestety odczucie, że to będzie bubel. Jednolita cena sprawi, że nie będzie de facto konkurencji na rynku wydawniczym, a brak konkurencji dla rynku nigdy nie jest dobry. Toteż, kto zabroni ustalić cenę na książkę w granicach 60 zł? Nikt, a więc wszyscy będą mieli taką samą, czyli poszkodowani jak zwykle zostaną czytelnicy. Ale jeśli ustawa wejdzie w życie, byłoby dobrze ujednolicić przy okazji ceny foteli. Ludzie czytają książki przeważnie w fotelach, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by powiązać ze sobą obie te sprawy.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Warto w tym wszystkim chyba rozróżnić pojęcie “niskich cen” od “cen sztucznie zaniżonych, tudzież dumpingowych” przez sprzedawcę, kosztem wydawnictw i autorów

Tu ciekawa sprawa dotycząca “wolnorynkowych praktyk”

 http://www.businessinsider.com/how-did-the-amazon-feud-with-hachette-start-2014-10 

Można też wylinkować po polsku wpisując nazwy bohaterów, bo sprawa była głośna. Całość skończyła się, przynajmnej na razie, ugodowo. Zastanawiam się tylko, czy polskie wydawnictwa i autorzy mieliby/będą mieli podobną siłę przebicia w starciu ze znacznie potężniejszym niż Empik,  gigantem? 

Nie biegam, bo nie lubię

Z lękiem patrzę na to, co się dzieje, ponieważ projekt ustawy pnie się coraz wyżej po szczeblach sejmowej biurokracji.

Ciekawe są też komentarze, tutaj:

https://www.facebook.com/EwaCzeszejkoSochacka/photos/a.1530153107269065.1073741828.1527681137516262/1642313116053063/?type=1&th

Szczególnie interesującą opinię wyraziła pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk:

“Jest oczywiste, że większość głosów będzie przeciwko. Czytelnicy nie znają się na rynku książki, bo nie muszą. Chcieliby mieć tanie książki, lubią promocje i to, kiedy książka na starcie, ba! i przed nim jeszcze jest już obniżona o 30%. Ale czy ktokolwiek jest w stanie kupić WSZYSTKIE nowości? Nie. Kupujemy ksiązki od czasu do czasu. Zatem wyczekiwaną nowość MOŻNA kupić w cenie realnej, a coś mniej atrakcyjnego na wyprzedaży”.

Cztery linijki komentarza, a przecież starczyłoby: “Ależ ci ludzie wydziwiają, niech nie cwaniaczą i kupują bez zniżek”.

 

Niestety ustawę otacza aura Chwalebnej Walki o Kulturę, w związku z czym nieważne, co dokładnie przewiduje, i tak parlamentarzystom opłaca się ją wspierać. Dobry PR i tyle...

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Tak z czystej ciekawości przeczytałem sobie właśnie projekt tej ustawy. Moją szczególną uwagę zwrócił art. 9 (Obowiązek sprzedaży książki po określonej cenie nie ma zastosowania do jej sprzedaży: 1) wydawcy książki, 2) importerowi książki, 3) przedsiębiorcom wykonującym działalność gospodarczą w zakresie dystrybucji książek,)

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale ten artykuł zdaje się jasno mówić o tym, że wydawca czy hurtownik może sprzedawać książkę detaliście w cenie niższej niż okładkowa (co jest oczywiście logicznie uzasadnione z ekonomicznego punktu widzenia). Innymi słowy odpowiednio duży detalista, zamawiając u wydawcy odpowiednio duży nakład może wymuszać na wydawcy rabaty, jak robił to do tej pory, i cieszyć się kosmiczną marżą, bo skoro klient i tak będzie musiał kupić książkę w narzuconej ustawowo cenie, to nie trzeba będzie walczyć o niego promocjami. Czyli – sytuacja wydawców nie zmienia się, małe księgarnie stacjonarne oraz księgarnie internetowe nie mogą konkurować cenowo z wypromowanymi molochami i upadają. 

Być może jestem w jakimś straszliwym błędzie, ale czy ktoś może mi wytłumaczyć jedną rzecz – jak w takim razie ta ustawa ma pomóc rynkowi książkowemu? 

Nijak. Ta ustawa jest źle napisana.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Próba tak prymitywnego uregulowania rynku książki nie zasługuje na nic innego, niż zdecydowany sprzeciw.

 

Konkluduje, zalecany tu i tam specjalista :)

Szkoda, że argumentacja, dlaczego sprzeciw powinien być aż tak stanowczy, niknie w podejrzanej głębi deklaracji nie popartych rozważaniem, że w większości państw UE przepis ten uchronił wiele rodzimych wydawnictw przed upadkiem.

 

Zatem, jakem Corcoran, zauważę, że trzeba być idiotą, by nie dostrzegać, że wsparcie rodzimych wydawnictw, księgarni, pań lub panów w nich pracujących, biorąc pod uwagę profil portalu, jest rzeczą nazwijmy to priorytetową..  

Dziz! Niechby nawet ceny książek wzrosły dla “konsumenta” o 10%. Znaczy 2-3 PLN. 

Ile kupujesz książek w roku? 

To teraz sobie przemnóż tę liczbę przez podaną zwyżkę ceny zakupów.  No i przestań histeryzować ;)

A jeśli to nie wystarcza, to po prostu kup czteropak i wyobraź sobie, że wydałeś więcej niż każdy z nas, tu obecnych, dokłada co roku do polskiej literatury.

 :D

 

Poza tym zapraszam do swojego tekstu, jakże dotyczącego tematu,  umieszczonego poniżej. EDIT: W tej konfiguracji znaczy: powyżej :)

 

Nie biegam, bo nie lubię

Zatem, jakem Corcoran, zauważę, że trzeba być idiotą, by nie dostrzegać, że wsparcie rodzimych księgarni i pań lub panów w nich pracujących, biorąc pod uwagę profil portalu, jest rzeczą nazwijmy to priorytetową..  

Co za idiotyczne zdanie :)

No...  idiotyczne jak nie  wiem co :)

Ale jak już Ci przejdzie na mnie złość, mój prawicowy przyjacielu, to uznasz, że wcale nie :D

Nie biegam, bo nie lubię

Nie no, wspierać – tak. Ale wspierać mądrze, faktycznie i rzeczywiście, a nie tylko iluzorycznie.

Złość? Nie żartuj :) A racji Ci nie przyznam. Jestem przeciwny takim praktykom jak ustanawianie sztywnej ustawowej ceny na towary, chyba że rzeczywiście sytuacja będzie tego wymagała, a jedynym skutecznym środkiem, albo najprostszym skutecznym środkiem będzie właśnie to. A już w ogóle argument ratowania małych księgarni do mnie zupełnie nie trafia. One i tak nie będą konkurencyjne, a ja naprawdę nie mam ochoty dokładać się z resztą społeczeństwa na promil tegoż społeczeństwa prowadzący małe księgarnie – nawet gdyby rzeczywiście mogło to im pomóc. Bo co mi po tym? Książek kupujemy wystarczająco dużo, by nawet 10% podwyżka na każdej z nich mogła mnie zaboleć w większej skali, a argumenty, że przecież ludzie mało kupują książek, to podwyżka nikogo nie zaboli to dopiero idiotyzm. Nie pamiętam już zresztą, czy ta ustawa mówi tylko o beletrystyce, czy o wszystkim? Bo wiesz, ja ciężką kasę wydałem na swoją biblioteczkę prawniczą, te książki są drogie jak cholera, a specyfika dziedziny wymaga, by jednak były one nowsze niż starsze – i jakby tu jeszcze coś wzrosło, to już w ogóle porażka.

Cieszę Twoją Bezkompromisowością, Berylu. Szczególnie w stosunku do Prószyńskiego i Spółki – Ci to zarobią krocie. Też akurat uważam, że to nie jest wymarzony  przykład. ;)

Nie biegam, bo nie lubię

Chyba nie rozumiem. Możesz jaśniej?

Dziz! Niechby nawet ceny książek wzrosły dla “konsumenta” o 10%. Znaczy 2-3 PLN. 

Ile kupujesz książek w roku?

Ja na przykład dużo. 2-3zł na każdej daje mi bardzo dużą zwyżkę. Zresztą mówimy o cenach sztywnych, a ja zwykle kupuje przez internet, gdzie zniżki są na poziomie 30-40% od ceny w innych sklepach.

Więc dodaj teraz do tego cenę normalną i do tego ew. zwyżkę 10%. Robi się z tego 40-50%.

Może ty jesteś taki majętny, że stać cię i nie zauważysz takiej zwyżki – mnie to zaboli.  

Ponadto ta ustawa nie jest niczym więcej niż próbą wybicia z rynku księgarni internetowych. z ratowaniem polskiego rynku wydawnictw i księgarń nie ma ona nic wspólnego.

Na całe szczęście jest szansa, że projekt nie wejdzie, bo obecna władza nie zdąży go zrealizować. 

"I needed to believe in something"

Nowa Fantastyka