- Hydepark: Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi - o filmie (spoilery!)

Hydepark:

filmy i seriale

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi - o filmie (spoilery!)

Widzieliście już ten film? Podzielcie się swoimi wrażeniami!

 

UWAGA, SPOILERY!

Komentarze

obserwuj

Podbijam. Byłam zachwycona. Nigdy nie byłam fanką Star Wars, a tu takie pozytywne zaskoczenie. Moim zdaniem najlepszy film z sagi. Epickie “starcie” Luke’a z Kylo Renem – WOW :D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Podobało mi się jak zawsze, choć “Przebudzenie Mocy” wzbudziło we mnie więcej emocji. W “Ostatnim Jedi” było trochę nierówno. Beznadziejna scena powrotu Lei na statek czy nudna relacja Finna za Rose kontrastowały ze świetnymi fragmentami. Starcie Luke’a i Kylo rzeczywiście epickie, ale równie duże wrażenie zrobiła na mnie scena u Snoke’a. 

Najbardziej zabrakło mi wyjaśnienia, skąd wziął się Snoke. No ale twórcy wyraźnie chcą pisać nową historię. Chyba że są szaleni i Snoke powróci, i rzeczywiście będzie Darthem Plagueisem, który znalazł sposób na śmierć. W co wątpię. 

Pochodzenie Rey też odrobinę rozczarowało, choć ma sens, przesłanie i wpisuje się w klimat Gwiezdnych Wojen. Inne rozwiązanie tego wątku byłoby albo oczywiste (córka Luke’a), albo przegięte (córka Obi-Wana :P), albo bez sensu (córka Hana i Lei). 

Najciekawszą postacią jest teraz Kylo. Idzie już inną ścieżką niż Darth Vader i jest tym rodzajem złego bohatera, przy którym zastanawiamy się: a co jeśli to nie on jest zły? Co jeśli Jedi się nie sprawdzili (dwukrotnie) i Galaktyka potrzebuje czegoś nowego? Jednak wszystko wskazuje na to, że pomimo tej “innej ścieżki” Kyle dotrze do tego samego, co jego dziadek – do nawrócenia. 

Och, tak. To starcie było chyba moją ulubioną sceną. Takie westernowe! :)

 

A tu skopiuję to, co napisałam pod recenzją Jerzego, bo chyba to będzie właściwsze miejsce.

 

Bardzo mi się podobało. Tak, zgadza się, były scenariuszowe dziury, tak, zgadza się, niektóre zbiegi okoliczności tak naciągane, że wręcz nieprawdopodobne. Ale mam to w nosie. To baśń, a ja oglądam ją jak dziecko. Byłam w kinie z 8-letnim synem, pierwszy raz wzięłam go do kina na “dorosły” film i nasze emocje były podobne. Przymykam oczy na nielogiczności i daję się porwać bajce, prostym, silnym emocjom. W stosunku do GW potrafię przymknąć oko na wiele, chociaż też uważam, że znowu tak często oka przymykać nie musiałam. (Chociaż nie na wszystko. Uważam, że epizody 1-3 były nieznośnie kiepskie, a Hayden Christensen w roli Anakina Skywalkera uczynił je niemal niemożliwymi do oglądania. Klasyczny przykład na to, jak zły aktor może kompletnie zrujnować ciekawą postać, a przy okazji dobić cały film).

Podobało mi się dużo. Kylo Ren jest świetnym, skomplikowanym złym. Do tej pory uważałam, że żaden droid nawet nie zbliżył się charakterkiem do R2D2, który był w mojej hierarchii droidów bezkonkurencyjny; teraz muszę przyznać, że BB-8 niebezpiecznie się zbliża. Moją ulubioną postacią okazał się, ku mojemu zaskoczeniu, Luke. Mark Hamill zdaje się być świetnym facetem i Luke Skywalker wreszcie w tym filmie oddał sprawiedliwość urokowi i poczuciu humoru Hamilla. Wreszcie – podobał mi się feminizm tego filmu.

Co mi się nie podobało – przesadzili z mocą. Serio przesadzili. I Poe Dameron okazał się nadętym kretynem, ale na szczęście pod koniec wykazywał się jakąś refleksją, więc może w następnej części będzie ciekawszy. 

No i najmniej podobała mi się świadomość, że nie ma już Carrie Fisher. Kiedy rok temu dowiedziałam się o jej śmierci, rozryczałam się. Nigdy nie płaczę nad celebrytami. ;(

Przepraszam, Ocho, bo w sumie nie mnie wnikać w takie rzeczy, jak czyjeś odczucia, ale z ciekawości jednak zapytam... Co takiego zrobiła Carrie Fisher, że żal Ci jej bardziej niż dowolnego innego aktora cz piosenkarza, który umarł?

 

Wracając do tematu – najbardziej przegięta zdecydowanie była scena powrotu Lei na statek wprost z próżni O.o To było po prostu niepotrzebne.

 

Też się zastanawiam, czemu pominęli kwestię pochodzenia Snoke’a i czy jeszcze do niej wrócą. Głupio by było, gdyby po prostu to pominęli.

 

Postacią, od której dostaję wysypki, jest zdecydowanie Finn. Ani postać, ani aktor nie dają rady. Rose wyskoczyła z tak zwanej dupy, ale niezmiernie się cieszę, że pod koniec twórcy wycofali się rakiem z wątku damsko-męskiego dotyczącego Rey i Finna. Uff...

 

No i ja jestem nieodporna na słodkie stworki. Sówki z wyspy Luke’a skradły mi serce. Kryształowe liski też były super ;>

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bo była LEIĄ! Sorry, Jose, jeżeli chcesz tu logiki i racjonalności, to jej u mnie nie znajdziesz. ;) Była też charakterną i pyskatą babką w realu, która zazwyczaj miała rację, ale to inna inszość. 

Z innych absurdów – niedawno w “AszDzienniku” porównywali takie figurki ze StarWars, które można było dostać zdaje się w Lidlu, z tym, jak one wyglądały na reklamie. W realu wyglądały... No, inaczej. ;) I w tym porównaniu napisano, że są tam figurki Yody, Dartha Vadera, Finna i m.in. “takiego zielonego kosmity, który zamiast włosów ma macki, i którego imię znają tylko ci, którzy nie mają życia”. Aż mną zatrzęsło! No kurczę, przecież to Kit Fisto! Jakie nie mają życia?! Mają życie! I 8-letniego syna – maniaka. ;)

 

Zgadzam się, że ta scena powrotu Lei była... No, głupia była. 

A ja mam nadzieję, że Kylo Ren się jednak nie nawróci. Serio mam taką nadzieję. Nie chciałabym. Zresztą, to nawrócenie Dartha Vadera do mnie też nie przemawia. Serio? Najpierw morduje miliardy, wysadza planetę, a potem uratuje synka i już jest ok? No nie. :)

 

EDIT: A na słodkie stworki też nie jestem odporna. Wkurzają mnie straszliwie.

Należę do tych, co na stworki są odporni. Tzn. ani mnie ziębią, ani parzą. Wielkookie brzdące i liski mi nie przeszkadzały, rozbawił mnie za to wątek dojenia. Co do wątku przeszłości Rey, moim zdaniem tu nic jeszcze nie jest przesądzone, Kylo to przecież manipulant. Na powracającej z próżni Lei też się zawiesiłam... zaraz to ona też ma moc? coś mi się zapomniało? Kylo, który w Przebudzeniu mnie denerwował, teraz intryguje. Wątek Finna i rodzącej się przyjaźni/miłości, poświęcenie – mnie się podobało. A wszelkie slapstickowe momenty fajnie odciążały ładunek emocjonalny.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Poszedłem do kina w miarę prędko, bo to najlepszy sposób, żeby uniknąć czających się za rogiem spojlerów. No i bardzo mi się podobało. Zwłaszcza takie łamanie schematu i nieprzewidywalność. Scena z tymi czerwonymi ścianami i czerwonymi kolesiami z czerwonymi dzidami chyba najlepsza. Trochę mi zgrzytała ta latająca Leia. No i ten wątek ze znalezieniem superhakera w kasynie naciągany. Ale reszta bardzo fajna. 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Epickie starcie w podsumowaniu, na oko pół setki rebeliantów, przeciwko grupie maszyn kroczących. Uwaga, losy galaktyki się decydują.

Luke, ucznia chciał zabić, ale tak naprawdę nie chciał. A ucznia poniosło tylko. Przez nieporozumienie tak wyszło.

Śłytaśne zwierzęta po prostu wszędzie.

Kylo Ren przerysowany do granic, Luke infantylny starzec strzelający focha jak smarkacz.

Moralizatorstwo łopatologiczne, kiedy na siłę niszczone są wszystkie bombowce. Nawet wysiłku scenariuszowego nie widać, ot, byle później kilka ckliwych tekstów pieprznąć o tragedii śmierci.

Wielkie poświęcenie wiceadmirał. Cóż za tragiczna śmierć, obok zaś rozwalane transportowce z dziesiątkami ludzi.

Bezcenne ujęcie miny Luke’a, kiedy ten niby ma zamachnąć się na ucznia, to nawet Grima mniej obrzydliwy.

Wszechmocny Kylo Ren, ale Snoke jednak potężniejszy. Snoke rzucający dowódcą Najwyższego Porządku i robiący z niego debila. Poe Dameron i pyskówka z przeciwnikiem na mostku dowodzenia.

Ach, jaki ten Snoke zły. Pierniczy o tym, jaki potężny i w ogóle, jakoś mnie nie przekonał, rozśmieszył.

Sokół Millenium musi oczywiście uciekać przed TIE Fighterami, choć uzasadnienia fabularnego nie ma żadnego, ale on po prostu zwykle tak lata, a pościgowcy się rozpieprzają.

Film żenujący. Rzadko mi się zdarza chcieć wyjść z seansu, tu z trudem zdzierżyłem, bo o idiotyzmach w tej części mojej ukochanej sagi mógłbym bez końca. Niestety.

I tylko jedno na koniec, o czym ma być część dziewiąta, bo już wszystko było.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Co do wątku superhakera też się zgadzam. Cała ta akcja wydaje mi się... niepotrzebna to może duże słowo, ale jakby tego nie było, to bym nie żałowała. W sensie wydaje się, że jest to coś, co miało tylko pokazać, że Finn coś robi, a że go nie lubię, to równie dobrze mogli sobie odpuścić (chociaż Benico del Toro fajny ;) Podobnie ta jego końcowa walka z Phasmą – ewidentnie dana tylko po to, żeby Finn sobie z kimś powalczył. Ach, jaka szkoda, że nie wjechał w to wielkie działo...

 

No do tej pory Leia mocy nie miała. Była “połączona” jakoś z Lukiem (no ale też są bliźniętami), co było fajne, ale żadnych czarów-marów nie robiła.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Widzę, że opinie sa różne :o Ale teraz ja dorzucę swoje trzy grosze do tego tematu.  Film osobiście bardzo mi się spodobał, postać luka (choć pobieżnie) pokazana jasno i klarownie. Popełnił błąd, którego mało kto się ustrzega (chyba nikt w GW nie ustrzegł się) myślał, że jest najpotężniejszy po śmierci Darth Vadera i Złego Kanclerza (oraz yody), zaczął uczyć Kylo Rena i pewnym momencie stracił wiarę w ucznia, ale było już zapóźno jak dostrzegł swój błąd. Myślał, że los Kylo jest już przesądzony... Nie dziwi mnie jego izolacja. To ON stworzył następce Vadera, zawiódł Leie i Hana, pozbawił ich syna. Dziw, że jeszcze nie zabił się po czymś takim. Jak pisałem, to dobrze (choć po krótce) pokazali ten wątek Luka. Sama jego izolacja jest ciekawie przedstawiona, choć nie wiem czemu mapę do siebie zostawił, głupia naiwność że jednak sobie wybaczy? Moc Leii trochę mnie zaskoczyła, aczkolwiek jest z rodu gdzie silna jest moc, trochę późno to pokazali. Ciekawe jak to rozwiążą w IX części, bo przecież aktorka już nie żyje. Co do ucieczki ruchu oporu, to pokazali najlepiej jak można było. Owszem tracili statek za statkiem (w ucieczce na ostatnią bazę), ale wszyscy wiedzieli, że teraz trzeba przeżyć, ktokolwiek musi przetrwać by rewolucja trwała. Nie widzę sensu by skupiali się na umierających, jak autorzy chcieli pokazać motyw przetrwania iskry za wszelką cenę. W tej sekwencji jest też najlepsza scena z całego filmu (przed wyrzuceniem przez luka miecza :D), moment gdy ktoś po raz pierwszy wpadł na pomysł, by prędkości nadświetlnej strzelać jak z armaty. Nikt wcześniej w całym universum nie wpadł na pomysł statków samobójców, na wzór japońskich kamikadze? To była dla mnie jedna z największych głupot całego universum, to niby bardziej opłaca się robić potężne krążowniki niż kilka małych jednostek, które sterowane przez komputer przechodząc w nadświetlną staną się pociskami? Resztki floty po jednym takim ataku zostały rozwalone... A i jeszcze jedno, gdy Luke przychodzi do Leii, ona mówi, że już dawno pogodziła się z stratą syna? Powiedziała to by lukowi się polepszyło, czy specjalnie Hana wysłała na śmierć? Po co miał on go sprowadzić skoro już wiedziała, że nic z tego nie będzie?  Ogólnie film podobał mi się bardzo, mnóstwo smaczków dla fanów serii (nie czepiajmy się zbytnio, bo to świat fantasy na własnych zasadach) i kozacki luke w swoich ostatnich chwilach :D A snoke jeszcze wróci, dla sithów (w sumie u wszystkich złych) największym i prawdziwym wrogiem zawsze jest mistrz. Za scenę z pociskiem nadświetlnym ocena 9/10 :)

Paint it black

A zwróciliście kiedyś uwagę na kwestię skali w Gwiezdnych Wojnach? Jak to jest, że o losach wielkiej galaktyki decydują bitwy rozgrywane między paroma statkami? Rozumiem, że w starej trylogii możliwości były ograniczone przez budżet i technologię. Ale rozpoczynająca “Zemstę Sithów” bitwa wygląda już bardziej wiarygodnie. Szkoda, że w najnowszej trylogii znowu jest biednie – Ruch Oporu dysponuje tylko kilkunastoma myśliwcami i paroma większymi statkami.

W ogóle brakuje mi tego, co w częściach I-III było: wyrazistego, zróżnicowanego świata w tle. W “Przebudzeniu Mocy” i “Ostatnim Jedi” dostaliśmy jak na razie parę planet, na których nie widać nawet miast. Na Jakku jakaś wioska; na tej planecie, gdzie była knajpa Maz Kanaty, to tylko ta knajpa jest (mogliby chociaż lądowisko dla statków pokazać; kolejne planety służą tylko jako bazy. Dopiero ten świat z kasynem wygląda bardziej sensownie. 

Krótko mówiąc: widać, że się biją, ale nie widać, o co się biją. Piszę to jako fan całej serii, dziwiąc się, że Disney odszedł od tego, co pojawiło się w trylogii prequeli. 

Disney odszedł od części I-III, bo mniej się ludziom podobały. Proste. Wiele było krytyki dotyczącej zachłyśnięcia się nowymi technologiami. Do widzów przemawia bardziej ten "lokalny" koloryt. Mniej polityki i strategii, więcej emocji, historii wybitnych jednostek, narracje indywidualne, a nie globalne.

.​

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Problem jak pokazać coś wedle własnej wizji, albo kanonu, a jak według tego jak być powinno? Jak powinny wyglądać gwiezdne wojny? Tak jak autor widzi to, producenci, widzowie szukający rozbudowanego świata albo tylko wielkich emocji w kosmosie? Oczywiście są pewne fundamentalne wskaźniki, jak powinny wyglądać takie filmy, ale zawsze tyle ile ludzi tyle opinii będzie. Dla mnie najlepszy byłby kompromis między rozbudową świata, emocjami bohaterów, swojskim klimatem i prostymi ideałami (dorzuciłbym jeszcze brutalną rzeczywistość). Mógłbym pisać tak jeszcze długo, a na końcu za wzór i tak podałbym trylogię Władcy Pierścieni :D Ale to tylko moja subiektywna opinia :)

Paint it black

Mam wrażenie (może mylne), że części I-III mniej się podobają głównie tym, którzy wychowali się na IV-VI. Ja dorastałem już z trylogią prequeli i nie jestem do nich uprzedzony. 

Mnie się średnio. To dziwne uczucie, bo wychowałam się na tej serii i nawet większość kiepskich motywów z prequeli przełknęłam z miłości do GW. Ale teraz wyszłam z kina średnio zadowolona. Owszem, jest sporo plusów. Film jest wizualnie dopracowany, fajne kosmiczne Vegas, sceny na Hoth to już w ogóle bajka – i liski, i piękne czerwono-białe kontrasty, i imperialna kolubryna, i walka Kylo z Lukiem. A do tego co prawda wciąż mamy nawiązania do starej serii, jednak nie tak wyraźne, jak w “Przebudzeniu mocy”. Gdzie twórcy tak bardzo starali się udowodnić, że “taaak, to naprawdę będą te same stare GW, które kochacie!”, że w moim odczuciu przesadzili i zaserwowali same odgrzewane kotlety. Cieszy mnie, że fabuła “Ostatniego Jedi” nie powiela “Imperium kontratakuje”, tylko poszła w inną, odświeżającą stronę. Cieszy pogłębiony wątek Luka, nieco komplikujący tę do tej pory kryształową postać i cieszy, że scenarzyści zdecydowali się utrzymywać napięcie między Kylo i Rey, a jednak nie doprowadzać do jakiegoś nieprawdopodobnego, romantycznego rozwiązania. I pochodzenie Rey, jeśli prawdziwe, też cieszy – mam słabość do bohaterów znikąd.

To wszystko nie rekompensowało mi niezbyt dopracowanego scenariusza. Miałam wrażenie, że twórcy nakreślili, co się mniej – więcej ma dziać i uznali, że reszta zrobi się sama. Stąd mnóstwo kiepskich dialogów, jakieś dziwne motywy w stylu nagłe połączenie z Maz Kanata i wycieczka w tę i z powrotem do miasta hazardu, wątek hakera, który zaczyna się nagle i urywa właściwie nijak. Działania postaci wydawały mi się słabo umotywowane, związki między nimi – naciągane. A do tego nieznośny patos – w oryginalnej trylogii też go nie brakowało, ale tu nie było nikogo, kto by ten patos równoważył. Konkretnie postaci w stylu Hana Solo. Poe Dameron niestety nie jest w stanie udźwignąć koniecznej przy tym całym moralizatorstwie roli podszytego cynizmem błazna o złotym sercu. Właściwie najmniej papierowymi, posągowymi postaciami są tu Leia, Luke i Kylo Ren. Co kiepsko wróży kolejnej części.

Ale przyznam, że postać Kylo rozwija się w fajną stronę. Wciąż skrzywdzony nastolatek wołający o uwagę otoczenia, a jednak potężny dyktator, który nie wahał się sięgnąć po władzę.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Ja tam wolę ten szczegół epizodów 4-6 i obecnych od epickości 1-3. Ale ja w ogóle wolę szczegół od epickości. Epizody 1-3 są dla mnie nieznośnie nudne, tak nudne, że nie jestem w stanie ich oglądać bez znużenia. Pisałam już, że ostatecznie dla mnie zarżnął je Hayden Christiansen. Jednak cały wątek romansowy Padme – Anakin był dla mnie nie do przełknięcia, taki mocno do przewracania oczami. Chciałoby się potrząsnąć Padmę za ramiona – daj sobie spokój z tym piszczącym, użalającym się nad sobą gówniarzem, kobieto! 

Luke nie będzie (bo chyba padł z wycieńczenia jednocząć się z mocą), Leia nie żyje (jako aktorka), Han odstawił ostatnią solówkę w poprzedniej części, Snoke poszedł za śladem Złego Kanclerza (z tym że Kylo nie miał oporów by go zabić jako swojego mistrza). Kto został? Żadnej postaci z bogatą przeszłością i ważną historią dla nas i universum już nie ma. Rey? Czy podołają w ostatniej części zadaniu, by zbudować tą postać interesującą, tak byśmy na nowo obejrzeli całą trylogię inaczej patrząc na nią? Czyli podsumowując mamy Kylo, Rey, Finn i Poe (jako główne postacie, które napewno będą), i ani jednego łącznika ze starym światem. Kylo da radę, Rey może też, Poe (kto wie?), a Finn? Kto będzie arcy wrogiem niczym Palpatine w dwóch poprzednich trylogiach? Snoke został wprowadzony i usunięty, oby nie na trwałe bo wprowadzanie nowego arcywroga nie ma sensu. To wg. mnie jest jedyny zarzut dla twórców SW i główna obawa co do IX, kto udźwignie kolejną część? Wyczarują magicznie kogoś? Zaryzykują wszystko i wprowadzą nowe postacie na tylko jeden film? Dla mnie to ogromny błąd, postawili się sami na własne życzenie pod murem.

Paint it black

Ale tych szczegółów budujących świat jest w 4-6 mało w porównaniu z 1-3. Króluje scena w kantynie Mos Eisley, a poza tym to trochę biednie: same odludzia, zadupia, Gwiazdy Śmierci. Wygląda to jakby bohaterowie walczyli o pustkowia. A w 1-3 jest piękne i dziwaczne Naboo, jest brudne Tatooine, jest ogromne Coruscant – czyli jakaś cywilizacja, o którą można wojować. 

same odludzia, zadupia, Gwiazdy Śmierci... 

Bo wojna o pokój była tak zażarta, że nie został kamień na kamieniu ;-) 

Ale poważnie, to obrazuje regres cywilizacyjny i technologiczny, coś jakby po upadku Rzymu. 

A sam film zaskoczył mnie bardzo pozytywnie, zwłaszcza po odgrzewanych kotletach "Przebudzenia Mocy". Kawał dobrego fantasy, zarówno wizualnie jak i scenariuszowo (mam na myśli przede wszystkim te wszystkie zwroty akcji, z postaci też dało się wyciągnąć całkiem sporo). Jasne, że to wszystko jest mocno przerysowane i operomydlane, ale taka konwencja. Według mnie najlepszy film serii. A mimo faktu, że urodziłem się na tyle dawno, by stara trylogia była filmami mojego dzieciństwa, to nie podchodzę do niej jakoś emocjonalnie i potrafię też docenić zalety części 1-3. Nie przeszkadzał mi nawet wątek miłosny – jak baśń to baśń, w baśniach można się bez reszty zakochiwać w piszczących gówniarzach ;-)

Tak czy owak bawiłem się na "Ostatnim..." świetnie. Mimo, że oczywiście są minusy,jak choćby wspomniany wątek hakera, może nie tyle niepotrzebny, co niedoeksploatowany. Albo Snoke. Kto to niby jest i dlaczego ginie ni z gruszki ni z pietruszki? Pozostaje mieć nadzieję, że jedno i drugie jedno i drugie zostanie pociągnięte w części dziewiątej. 

No i oczywiście wspomniany przez Ceuta motyw nadświetlnego taranowania. Ogólnie w GW można czepiać się wielu rzeczy – głupich taktyk starć, ręcznego sterowania działkami, holowania superdziała jak szwedzkiej kolubryny pod Jasną Górę, tego że, jak na indywidua wychodowane i od początku szkolne do walki, szturmowcy mają znikome walory bojowe... Ale to wszystko jest do przełknięcia, ze względu na konwencję. Ale jeśli rzeczywiście można było w tak prosty sposób sprzątać pół floty, to dlaczego nikt nie zrobił tego wcześniej? Po co te wszystkie wysiłki i ofiary? Nie każde przegięcie da się uzasadnić potrzebą ogólnej "zajebistości". 

Ale podkreślam – dla mnie najlepsza część serii. Okej, może "Łotr" był lepszy, ale się nie liczy, bo to zupełnie inna bajka, wolna od brzemienia głównej historii. 

Aha, w moim przypadku punkcik do fajności dodaje fakt, iż do Ahch-To mam jakieś dwie godziny drogi. Jaka ta galaktyka mała ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ale poważnie, to obrazuje regres cywilizacyjny i technologiczny, coś jakby po upadku Rzymu. 

Częsty motyw w takich sagach. I “Władca Pierścieni”, i “Pieśń Lodu i Ognia” dzieją się przecież w czasach, które nastąpiły po upadku wielkich cywilizacji. 

Aha, w moim przypadku punkcik do fajności dodaje fakt, iż do Ahch-To mam jakieś dwie godziny drogi. Jaka ta galaktyka mała ;-) 

O, ale fajnie. Byłeś? To jest dostępne dla turystów? 

Dostępne. Teraz ruch turystyczny im się nieco wzmógł. A w każdej knajpie w okolicy straszą podobizny Yody, Skywalkera i takie tam :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Będąc dzień po seansie rzucę obszerniejszym komentarzem (wybaczcie, nabierało się tego, oj nazbierało) ;)

Dobre, czyli co się podobało:

→ LUKE SKYWALKER – jak Harrison Ford kradł każdą scenę młodzikom, tak Mark Hamill także to czyni. Choć zgodzę się, że Luke jest tutaj postacią strasznie, ale to strasznie archetypiczną i ani na jotę nie wychodzi z tego schematu (a jest to stary, wypalony mistrz z poczuciem klęski), to jednak jego gra twarzą, humoreski (scena z czuciem Mocy rządzi) oraz dobra gra głosem zostawiają świetne wrażenie. Rozmowa z Yodą to jedna z najlepszych scen filmu. A ostateczne użycie Mocy w postaci projekcji astralnej i śmierć/wejście na wyższy poziom są ukoronowaniem bardzo dobrze odegranego rozwoju tej postaci w tym epizodzie.

→ "Było ich troje" – czyli dynamika Rey, Kylo, Luke. Ten wątek wyszedł bardzo dobrze do pewnego momentu, ale jest ciekawy, pogłębia postaci dwójki młodych adeptów mocy i nadaje im ciekawych rys. Gdyby nie ta końcówka (po sali tronowej), to byłbym ciekawy, gdzie to pójdzie. Ale o tym za moment. Przed tym są świetne rozmowy, nietuzinkowa historia Bena i Luke'a (który to NAPRAWDĘ zawiódł swego ucznia – motyw ten mi się bardzo spodobał), relacja Rey i Kylo przechodzi od wyzwisk do pewnej bliskości (nie romantycznej, za co chwała Bogu) i zaufania.

→ "Perfekcja w każdym calu" – aspekty techniczne są perfekcyjne. Efekty specjalne, montaż, stworzone dzięki temu bitwy kosmiczne – to wszystko ogląda się z wielką przyjemnością i bananem na twarzy. Przyznaję, głównie dlatego chodzę na te filmy ;)

→ “Żart, jaki jest, każdy widzi" – powiem coś ciekawego: poza nielicznymi żartami, humor jakoś mi nie przeszkadzał. Ani scena z niebieskimi "krowami", ani porgi, ani żart za żartem, nawet głupia wymiana Hux-Poe. Pewnie przyzwyczajenie z filmów Marvela wzięło górę u mnie, ale humor, słodkie porgi czy liski nie denerwowały.

→ "Nie musisz być Skywalkerem, by coś osiągnąć" – tutaj grozi, że Abrams wykona w tył zwrot, ale ja chcę krzyczeć "chwilo, trwaj!" Otóż w trakcie filmu wychodzi, że Snoke nie ma backstory, a Rey jest dzieckiem randomowych pijaków i złomiarzy. Wielu krzyczy, zżyma się za te lata teorii, a ja pieję z zachwytu. Bo to dla mnie przejaw odwagi zerwania z niechlubnym dziedzictwem Legend (gdzie galaktykę zawsze musieli ratować Skywalker & Solo). I promyk, że teraz każdy może być zbawcą galaktyki, a nie tylko wybrani z określonego rodu. Za to brawa Rian. Abrams – nie waż mi się tego zmieniać!

W tej samej kategorii widzę śmierć Snoke'a. Choć pozbawiła Najwyższy Porządek jedynej groźnej postaci, to jednak niosła za sobą tyle możliwości... Aż do momentu po pojedynku z gwardzistami :P

→ "To nie jest Imperium Kontratakuje, jakiego szukasz" – winszuję Rianowi, że nie zrobił kalki TESB i pozwolił kserokopiarce odpocząć. Tak, robił spore nawiązania do epizodu V i VI, ale to były właśnie nawiązania, często zdekonstruowane, a nie kalka.

 

Złe, czyli co się nie podobało:

→ "W krainie Idiot Balla, Imperatyw Narracyjny jest królem" – na papierze wszystkie wątki, które nie dotyczą Luke'a, Rey i Kylo wyglądają w porządku. Poe dostaje rozwój postaci od w gorącej wodzie kąpanego pilota do rozsądnego dowódcy, Finn kontynuuje swą podróż ku staniu się bezinteresownym bohaterem, Rose to postać myśląca sercem i oddana sprawie, Holdo to sprytna i wierna admirał Ruchu Oporu. Wykonanie jednak szwankuje na całej linii. Holdo beszta Poe, odmawia zdradzenia planu ucieczki, ten uważa to za zdradę, dochodzi do przewrotu i musi interweniować Leia, a samego Poe nie spotyka za sam przewrót (i wynikłą z niego śmierć wielu rebeliantów, ale jak słusznie mi wytknięto – tego może nikt się nie domyślać, nawet Poe) absolutnie nic. Bohaterowie przekazują sobie piłeczkę zidiocenia niczym gorącego kartofla, popełniając błąd za błędem, do których rozwiązania przyczynić wydatnie mogłaby się jedna szczera rozmowa. I mnie, jako widzowi, pozostało jedynie robienie "facepalmów" do kolejnych debilnych decyzji, których łatwo można było uniknąć.

→ "Czy wiesz, czego nie znoszę, milordzie? WIEŚNIAKÓW! BUAHAHAHA" – Wątek kasyna jest gorzej niż tragiczny. Jest niepotrzebny, bo wypływa na fali poprzedniego punktu. W jego trakcie więcej słyszymy o korupcji i nierówności niż jej widzimy (bo jedna grupa dzieciaków to mało). Rose wali tekst za tekstem z podręcznika młodego idealisty, a jedyna interesująca kwestia – czyli motyw ludzi zarabiających na sprzedaży broni obu stronom konfliktu – znika równie szybko, jak się pojawia. Gdyby wyciąć i zmienić wątki, to nic byśmy nie stracili. Ale co wtedy mieliby robić Finn i Rose, poza błąkaniem się jak smrody po gaciach? A nie, czekajcie – i tak to robią :P

→ "To na cholerę nam torpedy protonowe?!" – krzyknęli piloci X-Wingów, gdy bombowce zrobiły nalot dywanowy na krążownik kosmiczny, a admirał Holdo krzyknęła "Allah Ackbar!" (pun intended) i za pomocą staranowania krążownikiem w nadświetlnej obróciła w niwecz flotę Najwyższego Porządku. To jeden z przykładów słabego światotwórstwa i przekładania efektownych pomysłów nad spójność świata. Bo nagle zadaję sobie pytanie, że po cholerę te wszystkie rakiety, myśliwce, jak wystarczy wyposażyć ponton wypakowany cegłami w silnik hiperprzestrzenny i niszczyć okręt za okrętem? Do tego dochodzi dziwne zachowanie załóg sensorów (ja do teraz nie mam pojęcia, jak Imperatyw Narracyjny uznaje, co się ukrywa, a co nie i który sygnał może przechwycić wróg, a który nie). Cierpi na tym logika, cierpi fabułą, cierpią widzowie złaknieni spójnego świata. Bo Star Wars to nie są trzy filmy na krzyż – to plany na całe długie uniwersum filmowe. I źle ustanowione prawa uniwersum mogą położyć się cieniem na kolejnych częściach. Bo wbrew pozorom retconów nikt nie lubi :P

→ "Nieporadni w życiu – zapraszamy was na wojnę" – pod takim hasłem rekrutuje Najwyższy Porządek. Powiedzcie, jak mam traktować na serio wojsko, na czele którego stoją: wiecznie wrzeszczący do mikrofonu idiota oraz niestabilny emocjonalnie chłopiec (nie mężczyzna, ale właśnie chłopiec)? Przecież oni stanowią zagrożenie jedynie dla siebie. Już Poe ma na koncie więcej rebeliantów (przez ten swój plan) niż Hux i jego armia! Sytuacja z pościgiem to istna komedia, bo z marszu wymyśliłem plan, jak pokonać rebeliantów. Jeśli nad czymś muszą popracować ludzie z Disney'a – to definitywnie nad antagonistami. Bo bez nich żaden protagonista nie jest w stanie osiągnąć wyżyn.

I żeby nie było – mi Kylo Ren się podoba jako postać. Ale te cechy, które czynią go ciekawym, dyskwalifikują go w moich oczach jako kompetentnego lidera. Co ostatnia scena z Luke'iem aż nadto ukazała.

Aha i pojawia się Phasma. Jest równie bezużyteczna jak w poprzednim filmie. I ponownie zostaje Phasmą Shrodingera. Nic tu nie ma więcej, idziemy więc dalej.

→ "A teraz cała wstecz" – czyli o Kylo i Rey po genialnej scenie w sali tronowej Snoke'a. W tym momencie widziałem multum możliwości, jak potoczy się historia, jak wywalimy ten Najwyższy Porządek w cholerę i poszukamy czegoś ciekawszego. Niestety Rian wykonał tutaj całą wstecz. Kylo znów staje się emocjonalnie niestabilnym chłopcem wrzeszczącym o niszczeniu przeszłości. Rey nadal patrzy na niego jak na potwora i zamierza pobierać nauki z pism Jedi (które miały być spalone, ale które jednak ocalały i znalazły się na Sokole). Postacie te przeszły ciekawą drogę i zamiast iść nią do końca, wykonały woltę i wróciły na pozycje startowe, z lekkimi przetasowaniami. Choć tli się we mnie nadzieja, że coś z tego rozwoju się zachowa. Wolę jednak zachować ostrożność.

 

Brzydkie, czyli co mnie niepokoi:

→ "Czy leci z nami pilot?" – Parę wątków zniknęło z oczu. Rycerze Ren, skąd mapa (bo raczej Luke jej nie zostawił), stan Republiki – to pytania, na które nikt nie odpowiada i, co gorsza, wyglądają na pominięte z powodu jakiejś różnicy w poglądach reżyserów. Zapewne Abrams na nie odpowie, nawet powiąże Rycerzy Rena z zaginionymi uczniami akademii Luke'a, ale zgrzyt usłyszałem. Star Wars to nie Marvel Cinematic Universe. Tutaj nie ma pilota, który ma wizję dalszą niż dwa-trzy lata. Oby więc teren nie zrobił się zanadto górzysty, bo mogą skończyć jak DCEU czy Dark Universe.

→ "Autorzy s-f nie mają poczucia skali" – czy tylko ja mam wrażenie, że "galatyczna wojna" to jakby ruchawka dwóch gangów w zapadłej mieścinie? Kilka jednostek, brak większej skali. Wiem, efekty kosztują, podobnie jak modele, ale może warto by zainwestować? Ech, marzenia :P

→ Naszła mnie refleksja – czy to, co uznajemy obecnie za "dobre" (świetne efekty i montaż, emocjonujące sceny) nie stało się już nowym standardem, a więc – oczekiwaną "przeciętnością"?

 

Werdykt: 6,5/10

Ech, komentarz jest niczym Ostatni Jedi – miał być krótszy, ale jakoś tak wyszło...

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereManie, dużo ciekawych obserwacji i z większością nie sposób się nie zgodzić. 

→ "Autorzy s-f nie mają poczucia skali" – czy tylko ja mam wrażenie, że "galatyczna wojna" to jakby ruchawka dwóch gangów w zapadłej mieścinie? Kilka jednostek, brak większej skali. Wiem, efekty kosztują, podobnie jak modele, ale może warto by zainwestować? Ech, marzenia :P

O tym samym pisałem powyżej. 

O tym samym pisałem powyżej. 

Prawda. Zresztą coraz więcej osób to zauważa. Mam nadzieję, że Abrams w epizodzie IX podbije skalę :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jako wychowanek IV-VI długo trawiłem części I-III i po czasie nie narzekam – film kręcony dla nowej generacji itp. itd. Ok. Mam nadzieję, że z częściami VIII-IX też tak w najgorszym wypadku będzie. Z najnowszej trylogii na razie “Przebudzenie”. “Ostatniego Jedi” trawię jeszcze w spokoju, i to mnie martwi, bo po “Przebudzeniu” wyszedłem podekscytowany. 

Część inna od wszystkich i ciężko powiedzieć czy to dobrze czy to źle. Dużo zostało już napisane w komentarzach powyżej, więc mi pozostaje jedynie powiedzieć: mam nadzieję, że dziewiątka magicznie zepnie wszystko i znów będzie cacy. 

Mnie tam mała skala w zasadzie nie przeszkadzała. Może i fajnie ogląda się epickie starcia setek krążowników, ale nie wiem, czy nie powstałby wizualny chaos. Mniejsza perspektywa jest bardziej dramatyczna (oczywiście jeśli dobrze rozegrana). 

Poza tym w świecie, w którym byle myśliwiec może bujać się dowolnie po całej galaktyce, a czas i koszty przerzutu armii są najwyraźniej pomijane, nie trzeba ogromnej floty, by sprawować kontrolę. Wystarczy jakaś Gwiazda Śmierci. A rebelia czy inny ruch oporu może zwyczajnie nie mieć środków. Nie musi zresztą, bo jest to uniwersum, w którym każda Gwiazda Śmierci ma wbudowany guzik autodestrukcji. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A ja się zgadzam z Ochą w kwestii, że dla mnie to rodzaj baśni – jest pewna konwencja i szukanie dziur w całym może poskutkować tylko niezadowoleniem, bo tych dziur jest sporo. Tylko co z tego? ;) Liczy się dla mnie tylko to, że wyszłam z kina zadowolona.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ósma odsłona uświadomiła mi szalenie rewolucyjny aspekt, a taki że statki kosmiczne są w zasadzie niepotrzebne, a przynajmniej do bitew. Trzeba doczepić do kawałka skały hipernapęd, podłączyć jakąś konsolę i dawaj po wrogich jednostkach. Nie muszą nawet pojawiać się kamikadze, wystarczy tylko wprowadzić obliczenia, po czym dyla jakimś promem.

Widzę tez, że można dwa razy ogrywać ten sam wątek emocjonalny, jak z ofiarą Holdo. Ona już się poświęca, kiedy postanawia zostać na dogorywającym krążowniku. Ale co tam, że raz, można i drugi, bo później zrobi kamikadze.

Można też i trzeba iść z duchem czasu i ładować wszelkie wtręty ideolo. Grunt żeby szły z aktualnym tryndem poprawności politycznej.

Trzeba też niezbędnie z tych, których się nie lubi robić błaznów. Ach, jakie to świeże, że Hux kręcony jak laleczka przez Snoke’a. I jakie to logiczne, pokaże się w ten sposób podwładnym, że nie muszą szanować gostka na szczycie władzy.

Pozostaje mi tylko jedna nadzieja związana z tym... czymś. Że przewidywania finansowe nie wypalą, bo co jak co, ale branża filmowa w Ameryce, czy to szurnięta na tle ideolo, czy po prostu tylko pazerna, ale liczyć umie. Oni właśnie tacy, jak ci prostacko sportretowani handlarze bronią, za profity to każdemu sprzedadzą wszystko.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

O, rany, Jastku. Zapałałeś do tego filmu prawdziwą nienawiścią. ;)

 

A co do mocy Lei – ona na pewno miała jakiś potencjał mocy, tylko jej nie rozwijała. Kiedy w “Imperium kontratakuje” duch Obi Wana rozmawiał z Yodą o ostatniej nadziei, jaką jest Luke, Yoda stwierdził, że oprócz Luke’a jest jeszcze ktoś. Chodziło mu zdaje się o Leię. I podczas filmów przejawiała oznaki mocy, chociaż chyba wyłącznie jako telepatię. Co nie zmienia faktu, że ta scena powrotu na statek wydawała się dziwaczna.

Z tymi kamikadze czy samonaprowadzającymi statkami też macie rację, oczywiście. Ja na to nie zwróciłam uwagi, ale już mój mąż zgrzytał zębami.

Nie ocha, z miłością. Ponieważ kocham, to pomagam wyrugować błędy.

Powiem nawet jak można rozwiązać tę durną scenę w przestrzeni kosmicznej z Leią.

Wystarczy, że na ten moment Luke zawiesi focha, usłyszy umieranie siostry i wyciągnie rękę. Niech ona oczy otworzy. On może powiedzieć: Chodź do mnie i wtedy to jej wyciąganie ręki, to pójście za nim, bo moc miała. Wszyscy pamiętamy z Powrotu Jedi, kiedy  on mówi, że w jego rodzinie moc była silna, miał ją ojciec, ma on, ma siostra. A w tu obecnej znajdzie odbicie, bo ona do brata zacznie podążać. A ręka z jego strony wyglądałaby naturalniej niż z jej. Tu na dodatek można pokazać, że z tego powodu Luke jednak przestaje grymasić i zabiera się do jedajowania.

Aha, jest tylko durne wyciąganie jej ręki i lot przez próżnię.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Pomagasz? Szkoda tylko, że twórcy nie przeczytają Twoich komentarzy ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wiesz, mnie by pewnie brak logiki w tej części bardziej przeszkadzał, gdyby nie to, że podobnie było w każdej. Z części 4-6, tak na szybko, bo nie chce mi się grzebać w necie:

– Leia pociesza załamanego Luke’a na pokładzie Sokoła Millenium, bo właśnie przed chwilą zginął Obi Wan, którego Luke ledwo znał. Również przed chwilą Imperium rozpirzyło w drobny mak Alderaan, rodzimą planetę Lei, więc Leia właśnie straciła całą swoją rodzinę, wszystkich przyjaciół, znajomych... No wszystkich straciła. Ale pocieszenia potrzebuje Luke.

– Banda pociesznych pluszaków z dzidami i procami rozwala potężne, uzbrojone po zęby, wyposażone w maszyny śmierci oddziały armii imperialnej. Ale to w sumie nic dziwnego, bo

– szturmowcy, świetnie wyszkoleni żołnierze potężnej armii imperialnej, nie są w stanie trafić do nieruchomego celu wielkości człowieka, stojącego dwa metry od nich. Z zasady nie są w stanie trafić.

– Luke zamarza na Hoth, ranny i wychłodzony, przez zaspy przebija się do niego duch Obi Wana i mówi: chłopie, leć na Dagobah. Duch znika, Luke robi minę WTF i mdleje.

 

Taka bajka.

joseheim

Nie sądzę, by znali polski. Ale wydaje mi się, że mają swoich po angielsku. Co prawda nie wierzę, by to jednak ich ruszało. To trochę jak z obsadą Władcy Pierścieni, tylko Galadriela i Saruman wiedzieli o co biega.

 

ocha

Luke jednak znał Bena Kenobiego, choćby dlatego że nigdy nie nazywał go Obi Wan. Ponadto to jego mistrz, krótko, a jednak.

No mdleje na Hoth, ale z postaci Kenobiego wyjeżdża Han Solo, to ładnie powiązane.

Co do Ewoków to mnie śmieszyli, bo jednakże widać, że są nieporadni. Brak odpowiednich efektów.

Och, to Moc, wiedzieliśmy, że jest, póki Lukas nie musiał nam wszystkiego dookreślić midichlorianami, czy jak tam te diabelstwa się zwały.

Ale ja nie mówię o psychologii Lei, ale o tym, że durną scenę z Leią w kosmosie da się zrobić przekonująco. Nad Leią i Alderaanem nie musisz tak się nie musisz zastanawiać, bo nie tak bije po oczach, a Leia w kosmosie bardzo.

 

Ten film pokazuje, że fantastyka to właśnie tylko bajka i nic na poważnie. Że można upchnąć każde najmniej racjonalne rozwiązanie i jakoś przejdzie, bo rządzi imperatyw narracyjny. W tym wypadku odrzucam miłość, jaką darzę sagę, bo niedorzeczności w nic się nie wpisują. Gwiezdne Wojny pokazywały, że jest coś poza, odsłona ósma to tylko taki dramat egzystencjalny bohaterów po przejściach z kucykami pony w tle, podlany niestrawnymi propagandowymi poligramotami. Zero subtelności, jakby powiedział majster do Jasia tu trzeba takie niedomówienie, więcej inteligencji.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Nie zauważyłem, by ósma część miałaby być bardziej niedorzeczna, niż cała reszta. Oczywiście wyliczanie bzdur w Gwiezdnych Wojnach jest zabawne, ale bez sensu bo, jak napisała Ocha, taka bajka. Albo się akceptuje, albo idzie oglądać Star Treka. Ja akceptuję, dlatego łyknąłem wszystko bez problemu, a scena z Leią w kosmosie nawet mi się podobała (no w końcu używa Mocy do czegoś konkretnego). 

Wszystko, poza tym nieszczęsnym motywem kamikadze. Kompletnie podważa celowość i sens obrazu prowadzenia walk kosmicznych, który choć luźny logicznie, jest konsekwentny dla całej serii. A tu masz babo placek. Zupełnie, jakby okazało się, że Aragorn zawsze mógł przywołać sobie armię duchów, tylko jakoś o tym zapomniał. Męczę tę kwestię, bo po pierwsze to właściwie jedyny zgrzyt w całym filmie, a po drugie – zgrzyt poważny. Cos jak wprowadzenie owych chlorochlamydiów, czy czego tam, w pierwszych częściach. Zapewne po to, by zadowolić dzieciaki przyzwyczajone do tego, że wszystko musi mieć level. Na szczęście próba odarcia Mocy z metafizyki nie wypaliła i potem już o tym nie wspominano. Pozostaje zatem nad kamikadzowaniem przejść do porządku dziennego. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Niestety i z bólem zadka przyznam rację Jastkowi. Nie podobało mi się. Momenty, które powinny zaskakiwać często przewidywalne. Oglądając film odnosiłem wrażenie dziecinady – przepraszam Wszystkich, których tym uraziłem. Czyżby to był smutny koniec SW...

Byłem, właśnie wróciłem. Zachwycony nie jestem.

Na razie nie chce mi się pisać czegokolwiek, bo boli mnie tyłek po 3h (25 min reklam!) siedzenia w kinie.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ochłonąłem.

 

Podobnie jak NWM zacznę od plusów. Dużo ich nie będzie.

Przede wszystkim świetna strona wizualna. Walki, planety, plenery.

Humor – coś, czego brakowało mi w poprzedniej części. Mark Hammil zrobił ten film. Pokazał oblicze Luke którego wcześniej nie oglądaliśmy – Wyrzucenie miecza, dojenie, scena z mocą Rey (chyba została moją ulubioną), docinki starego, zrzędliwego mistrza.

Do tego wrednawy duch Yody i pogawędka Poe z Huxem. Nawet połajanki Lei z Poe.

Tylko duet Finn – Rose wypadł jakoś blado.

Świetny pomysł z projekcją astralną, wprowadzeniem Yody, spaleniem drzewa.

 

Minusy.

Walki w kosmosie.

Pomijam stronę fizyki bo to w SW ograny temat, ale strzelanie "lobem" do krążownika rebeliantów spowodowało gigantyczny facepalm.

Nalot dywanowy na pancernik – debilizm. Jednym wytłumaczeniem może być fakt, że rebelia goniła resztami sił (może nie było już na składzie ciężkich myśliwców Y-wing czy B-wing) i użyli maszyn które normalnie do takich celów sie nie nadają. Te "krowy" wyglądały raczej jak wsparcie dla działań naziemnych. Były całkowicie nie przystosowane do walki w przestrzeni – za wolne, otwarte luki bombowe (wiem, że pola siłowe itd. ale bez przesady) brak tarcz. Ogólnie jedna z głupszych scen. A potem zdziwienie, że takie straty.

A wystarczyłaby jedna lub dwie włożone w czyjeś usta kwestie wyjaśnienia – scena nabrałby innego charakteru. Oto bohaterscy piloci z poświeceniem szarżują na wroga na nieprzystosowanych maszynach, byle zdobyć czas dla ewakuacji.

Hipernapęd jako narzędzie zagłady. Piękna scena, ale totalnie rozpieprzająca kanon SW. Macie rację – silnik do skały i jeb w Star Destroyera. Albo lepiej w Gwiazdę Śmierci. Ogólnie jeb we wszytko. Niech się Imperium martwi.

Pościg za Rebelią. Ręce opadają... Dowódcy Porządku są aż tak tępi? Wystarczyłoby aby para krążowników osłony skoczyła na chwilę w hiperprzestrzeń i zgodziła drogę konwoju. Pułapka gotowa. Nie – mozolnie i bezsensownie przez 18 godzin „na piechotę” gonią za trzema statkami.

A rebelia? Skoro hipernapęd to taka zabójcza broń to dlaczego nie użyli wcześniej w ten sposób tych dwóch zniszczonych statków osłony? Bez sensu. Lepszą taktykę z obu stron wykazałby przeciętny piętnastolatek. Ba! Pewnie nawet dziesięciolatek.

No i ta kolubryna pociągana pod wrota. Jeżu kolczasty... Nie łaska ostrzelać bazę z orbity?

 

Fabuła.

Miałem wrażenie, że oglądałem dwa filmy. Jeden – świetnie zagrany i pomyślany, o konflikcie między "force userami", a drugi – głupawą opowieść o moralizujących i miotających się bez sensu rebeliantach. Politykowanie naprawdę wchodzi Disneyowi w krew, co źle wróży całej serii. Z neutralnej baśni o konflikcie dobra za złem przeszli do politycznie poprawnego gniota.

Motyw z hakerem to zmarnowane pól godziny filmu.

 

Kreacje aktorskie.

Zabrakło wyrazistych męskich kreacji. Sam Luke (który też ma sporo za uszami) to za mało. Faceci w tym filmie to za przeproszeniem, pi...y. Żaden z nich nie wzbudza mojej sympatii. Wszyscy mogliby zginać i szkoda by nie było. Kobiety zdecydowanie lepiej wypadają, nawet ta pucułowata azjatka.

Finn – wioskowy głupek otwierający gębę w kasynie, kiedy jego kolegom zostało kilka godzin życia. Nawet zginać bohatersko nie umie, bo ratuje go prosta dziewucha.

Poe – Mentalność spuszczanego ze smyczy piętnastolatka, którego muszą temperować kobiety, bo albo sam się zabije albo wszystkich dookoła.

Kylo – Kolejny piętnastolatek który sam nie wie czego chce. Zabija ojca patrząc mu w oczy, a nie naciska guziczka żeby rozwalić matkę ( i tak by przeżyła, he-he, odwalając Star Lorda w kosmosie)

Hux – JPRDL, Hitler. Przerysowany do bólu, ale to już było w "Przebudzeniu Mocy".

Snoke – Nie wie jak skończył Palapatine? Serio? Zaprosił Jedi by go przeciągać na Ciemną Stronę. Jestem tak przebiegły, że nawet sam nie wiem co zrobię.

Jedyną jasna postacią jest Chewie. Wookie to wookie. Wie kiedy wejść z buta.

 

Skala konfliktu.

Serio, chyba piraci mają więcej ludzi i sprzętu. Taka rebelię rozniosłaby by zwykła piracka flota Huttów. Wiem, niesienie pochodni i te sprawy, ale macie rację – epizody 1-3 (nawet 4-6) miały większy rozmach. Szkoda gadać.

Nie wiemy też co się dzieje z republiką. Jakieś dwa zdania w napisach epizodu to kpina.

 

Dobra, tyle mojego. Nawet już mi się nie chce narzekać, bo to nic nie zmieni.

 

A! Wczoraj widziałem niusa, że ludzie piszą petycję do Disneya o wyłączenie tej części z oficjalnego kanonu SW. Po żadnej z części tak nie było.

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

No i ta kolubryna pociągana pod wrota. Jeżu kolczasty... Nie łaska ostrzelać bazę z orbity?

Dokładnie w tym momencie miałem wizję Finna jako Kmicica, wrzeszczącego: “masz ci piesku kiełbaskę, tylko się nią nie udław!” XD

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Już swoją opinię wyrażałem, więc może wtrącać się nie powinienem, ale....

O ile doskonale rozumiem niezadowolenie z fabuły, postaci i tak dalej, nawet fanowska petycja nie dziwi zbytnio, bo twórcom nie chciało się uwzględniać w historii tysięcy książek, komiksów, kreskówek i kukiełkowych teatrzyków. Ale czemu czepiać się walk? Zawsze były bezsensowne. Dlaczego bombardowanie krążownika jak Berlina w czterdziestym czwartym albo targanie kolubryny pod Czestochowę miałoby być bardziej bzdurne od bandy pluszaków, podstawiających haki maszynom kroczącym, tudzież wielgachnym krążowniom, grzejacym do siebie burta w burtę z nieruchomych armat, jak jakieś osiemnastowieczne liniowce, w części drugiej? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

 Ale ja nie twierdzę że poprzednie części miały więcej sensu. Po prostu drażni mnie ciągłe powielanie schematu “jakoś przejdzie ta głupota” i robienie z widza idioty. Byle kasa się zgadzała.

 

Następnej części raczej w kinie już oglądał nie będę. Chyba wyrosłem. :)

 

Edit. Chyba że ktoś postawi mi bilet. Ja za to płacił nie będę. :P

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

thargone

 

Ja też się wypowiadałem.

Ale...

 

Zawsze musimy zawiesić niewiarę. Kiedy kuleje prawdopodobieństwo wydarzeń, ale udaje się warstwa dramaturgiczna, wtedy przymykamy oko. A tu co mamy? Niepołączone ze sobą epizody, które na siebie nie wpływają. Jedne mogą istnieć bez drugich. Gdyby choć na równoległych planach działo się coś, co buduje dramatyzm, jak w Imperium kontratakuje podczas nauk Luke’a na Dagobah, zdrada Lando i torturowanie jego przyjaciół. Tu taka korelacja nie istnieje. Wszelkie dziury logiczne zatem tym bardziej biją po oczach. Film po prostu wygląda na pastisz. Spodziewam się zatem wysypu czegoś na podobieństwo Kosmicznych Jaj, bo tu potencjał do obśmiania bezgraniczny.

Piszę to ze smutkiem, lecz ta odsłona sprawiła, że nie interesuje mnie kolejna. Nie chodzi o zadęcie i patos, że ta saga to świętość i humor w niej przenigdy. Nie, humor w Gwiezdnych Wojnach zawsze istniał. Wnosił go Han, Ewoki, roboty. Ale był on wpleciony naturalnie i podlany poważnym sosem, zamrożeniem Solo i śmiercią Ewoków w walce. To ładna scena, kiedy jeden z tych stworków pochyla się nad swym martwym pobratymcem, choć przecież sam sposób poruszania się tych małych niedźwiadków wypadał pokracznie i nieprzekonująco. A tu co? Porgi i świętojebliwa Rose, plotąca niestworzone komunały. Tandeta.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

O! „Tandeta” to odpowiednie określenie. 

 

– Ray, zdradź mi, gdzie jest Luke.

– Snoke, on siedzi na zadupiu galaktyki, bo się popłakał, dlatego że Kylo jest niedobry. Ciągnie cyca, strzeże ksiąg, których nigdy nie przeczytał, i boi się czarnej dziury. Po co ci on?

– Hmm...  w sumie dobre pytanie.

 

:)

Zalthcie - chyba wyrosłem :-) 

Otóż to. GW są konsekwentnie infantylne (może lepiej – dziecinne, bo "infantylny" kojarzy się jednoznacznie źle) i albo się to łyka, albo nie, albo kiedyś łykało, a teraz już nie, bo ileż można. 

Jastek – tu właściwie nie mogę polemizować. Zapewne, będąc miłośnikiem serii, widzisz rzeczy, których ja nie dostrzegam, albo masz inne oczekiwania. Mnie zajęło mnóstwo czasu pogodzenie się z tym, że nowa trylogia to ta sama historia i ci sami bohaterowie (chociaż fajniejsi) w nieco innych dekoracjach. I że w ogóle kontynuowanie historii to nic innego, niż skok na kasę. Ale gdy już sprawę przetrawilem, to okazało się, iż "Ostatniego..." mogę oglądać z autentyczną, ogromną przyjemnością. Że "Imperium Kontratakuje" miało lepszy scenariusz? Pewnie tak. Ale jeśli ostatni film stracił "gwiezdnowojnowość" i została tam tylko tandeta, to ja po prostu tego nie zauważyłem :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Blackburn

 

Prawda, jak takie sceny łatwo podchodzą pod pióro?

Aż się chce coś machnąć w tym stylu.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

thargone

 

Ja o tej serii myślałem jak o czymś, co chce więcej, a okazuje się, że można machnąć ręką na wszystko co było dotąd, zakwestionować dotychczasowe przedstawienia i walnąć własną pastiszową wersję, na zasadzie, a zróbmy z Luke’a strzelającego fochy tetryka, przecież nikt się tego nie spodziewa. I tak ze wszystkimi wątkami.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Okej, chyba łapię. Czyli krótko mówiąc, podejście autorów (zróbmy wszystko po staremu, ale pokręćmy wątkami tak, żeby żeby było trochę zaskakująco) wywołało u mnóstwa ludzi, mających konkretny obraz poprzednich części i jakieś wyobrażenia co do kontynuacji i bohaterów, wrażenie oglądania pastiszowego remaku bez polotu, a nie pełnoprawnej kontynuacji. 

Może po prostu mi się podobało, bo konkretnych oczekiwań i wyobrażeń nie miałem. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Generał Hux rozejrzał się po pomieszczeniu. Spojrzał na ciało Snoka, potem odwrócił się i dostrzegł nieprzytomnego Kylo. Stanowczym ruchem nieznacznie odchylił połę swojego płaszcza... 

Albo nie, pomyślał i zrezygnował. 

 

:)

thargone

 

Trochę zaskakująco?

Chyba bardzo eufemistycznie powiedziane.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Blackburn

 

Przyszła mi na myśl nieco inna scenka, a nawet się rozbudowała i z innymi bohaterami, to znaczy nawet nie ze świata SW, ale bardzo pasująca, a że w pastisze się nie bawiłem, to chyba ją zrobię.

 

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

Jastek, pisz, pisz. Przydałby się jeszcze  Zalth i Bailout – oni mają zdolności to takich rzeczy. ;)

 

 

Teraz – pomyślał Kylo – pokażę jej klatę, jaki jestem męski – i odwrócił się do projekcji.

Nie no, mógłbyś coś na siebie założyć? – zapytała  Ray.

Kylo ruszył lewym mięśniem klaty, ale gdy zobaczył, że Ray zrobiła pobłażliwą minę, ruszył prawym.

Ray próbowała stłumić śmiech.

Kylo puścił serię naprzemiennych ruchów wyćwiczonymi mięśniami torsu.

Ray w końcu nie wytrzymała, parsknęła i zapytała:

– Ale golisz, czy jeszcze nie zaczęły rosnąć?

Kylo zaczerwienił się i gdy poczuł, że drży mu podbródek, założył hełm.

 

 

A bo sprowokowali mnie!

 

 

– Znacie już plan ataku na pancernik. – Komandor Damaron Poe kontynuował odprawę dla niewielkiej grupki pilotów. Ostatni, ocalały z wielu bitew tuzin rebelianckich śmiałków w skupieniu obserwował dowódcę. – Teraz omówię sprzęt. Polecicie tym.

Hologram na stole taktycznym wyświetlił schemat bombowca klasy "MilkCow".

Po pełnej milczenia konsternacji ze wszystkich stron posypały się pytania.

– Czy to Krowa?

– To Krowa!

– A one nie latały w wojnach mandaloriańskich?

– One latały w wojnach mandaloriańskich!

– Ale wojny mandaloriańskie nie były cztery milenia temu?

– Są wolne jak krowy.

– Nie mają tarcz.

– To bombowiec suborbitalny wsparcia lądowego. Nie nadaje się do walk manewrowych w przestrzeni.

– Luk bombowy się zacina.

– Nie ma systemu celowniczego.

– One latały w wojnach mandaloriańskich!

– Mam wyrzucać te bomby przez okienko?

– Tam są cztery tony bomb. To jak jazda na beczce z paliwem przez płonący las.

– Czy one są odpalane ręcznie!?

– Mają tylko jedną wieżyczkę ze wstecznym kątem ostrzału…

– One latały w wojnach mandaloriańskich!

– Cisza! – wrzasnął komandor. Głosy ucichły. – To wasze zdanie! Musicie je wykonać, a nie mamy innego sprzętu. Cała eskadra bombowa poleci na tym co mamy! Rozkaz dowództwa! Koniec dyskusji!

Zapadła cisza.

– Jakieś pytania?

– A pan? – spytał nieśmiało jeden z pilotów.

– Ja będę was osłaniał. – Oczy komandora zalśniły blaskiem podniecenia. Ruchem dłoni przełączył schemat. – Polecę swoim podrasowanym Incom T–65 X–wing "Black Rapid Force Lightning”. Zmodyfikowany dopalacz napędu, sześć torped protonowych, sprzężone poczwórne działka, automatyczna kontrola ognia, kompozytowy kadłub, wielofazowa tarcza i droid naprawczy serii BB–8. Niech moc będzie z wami!

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

O, tak, tak. laugh

Ostatnio przeczytałem skrutinium “Visual Guide” do Ostatniego Jedi. Technogatka po prostu powala – np. nasz ukochany nalot (wspaniała scenka, Zalth!) wytłumaczony jest tak, że te bombki to mają magnesy i to sprawia, że lecą na okręt wroga :) Jak ktoś jest ciekawy, to tutaj jest skrót najważniejszych informacji ;)

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

OMG. Te sieroty z bombowców mają swoją książkę. Cobalt Sqadron.

Przynajmniej wiem jak skończyli. :D

 

MG-100 Starfortress – trochę mi się nazwa na bombowce omsknęła. I nie były takie stare. :P

Dzięki, NWM. :P

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ano sieroty, ale tak ich widzimy, bo postać komandora Poe, to jest jakaś kpina. Biega jakby chciało mu się siku, ale nie  może znaleźć toalety. Chaotyczny, bezrefleksyjny, zerowa strategia – nie ważne, że tylu ludzi zginęło, udało się niszczyciel rozwalić, hura. Admirał Holdo powinna mu dać jakiś zajęcie jak podlewanie kwiatków, bo do czego innego się nie nadaje.

Niestety wiele postaci w tej części zachowuje się, jakby straciło rozum. A ci po stronie zła najbardziej rozczarowują – jak to się stało, że taką przewagę zdobyli?  :(

 

edit: plan strategiczny Admirał Holdo – wyskoczyć kapsułami tak, żeby Hux nas nas zauważył (facepalm).

 

Dawno temu część ludzi odkryła prawdę absolutną. Filmy z serii SW nie są wielce logiczne, one nawet się z tym nie kryją :] Można je lubić albo nie. Ale to tylko moja opinia.

Paint it black

To wiadomo, ale w ostatniej części przekroczyli masę krytczną. ;)

A mi się marzy film osadzony w realiach Starej Republiki. Szkoda, że do tego nie dojdzie. “Ostatni Jedi” nawet mi się podobał, na pewno bardziej niż “Przebudzenie mocy”, ale niektóre absurdy zbyt raziły w oczy. A scena z Leią wracającą na statek jest chyba najgorzej zrealizowaną sceną w wysokobudżetowej produkcji, jaką widziałem :)

UWAGA, PRZECIEKI DOTYCZĄCE OSTATNIEJ CZĘŚCI!!!

Han Solo tak naprawdę żyje, bo upadł na materace, Snułk to Mace Windu i też żyje, a Kajlo Ren to tak naprawdę przebrany Jabba!#potwierdzone

:D

 

 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

w ostatniej części przekroczyli masę krytczną. ;)

 

Nieprawda. Zawsze było podobnie. Po prostu staliście się starzy! ;D

Ocha, ze smutkiem przyznaję, że to możliwe. Ja nie chcę... buu. :(

 

Choć mnie zastanawia pewna rzecz. Jeśli SW nie są jakoś wielce logiczne (zależy jak kto patrzy ^^), a jednocześnie są kanoniczne, to jeśli pojawi się film w pełni logiczny, który spełnia wszelkie wymagania krytyków logiczności, to czy taki film będzie mógł być kanoniczny? Jeśli zły będzie zabijał przy pierwszej okazji, siły nieczyste nie będą się patyczkować z ruchem oporu używając wszystkich dostępnych środków, a szturmowcy zaczną celnie strzelać, to czy nadal będziemy oglądać SW?

Paint it black

Aż obejrzałem jeszcze raz SW Nowa Nadzieja i jednak widać przepaść do SW Ostatni Jedi. Ostatnia część to jednak tandeta. To nie my się starzejemy, tylko wszechświat. ;)

Pocieszasz się. ;p

Mi film się podobał. Nie rozumiem większości zarzutów, prawdę mówiąc. Logika była na poziomie Gwiezdnych Wojen. Zwroty akcji bardzo fajne. Zabicie Snoke’a to jedna z lepszych rzeczy w tym filmie. Lubię takie niespodziewane obroty spraw. Postać Luke’a bardzo dobrze skonstruowana i zagrana. Kylo w tej części zrobił się o wiele bardziej interesującym antagonistą. A wejście Skywalkera i ich “walka” na koniec to rewelacja. Scena z Leią fruwającą przez próżnię tragiczna, ale szczęśliwie to była jedyna rzecz, która tak poważnie mi zgrzytnęła.

Blackburnie, zgorzkniały robisz się Ty.

 

– Kto to powiedział?! Głos słyszę jakiś...

 

;)

Moim skromnym zdaniem VIII część jest o wiele lepsza niż VII. Oczywiście są logiczne niedociągnięcia, ale to film który nosi tytuł Gwiezdne Wojny, powtórzę dla podkreślenia GWIEZDNE WOJNY. Mieć pretensje  o brak logiki, to tak jakby mieć pretensje do ojca Jasia i Małgosi, że zostawił ich w lesie. Zostawił to zostawił i po co drążyć temat. Cieszmy się, że film jest lepszy od poprzedniego i miejmy nadzieję że tendencja się utrzyma.

P.S. Tragiczne śmierć Pana Snoka spowodowała u mnie traumę. Byłem emocjonalnie związany z tą nietuzinkową postacią. 

A tak na poważnie, to mam nadzieję, że kolejna część wyjaśni co się stało między częścią VI i VII, bo jak dla mnie, to brak wyjaśnienia skąd wziął się ten cały bałagan ze Snokiem i Najwyższym Porządkiem jest gigantycznym niedociągnięciem powodującym wrażenie, że chodzi o jakąś zupełnie inną historię niż wcześniejsze części.

I rzeczywiście ta cała rebelia wygląda słabo, ale jaki Najwyższy Porządek taka rebelia.

Aha Jeszcze jedno: poprawność polityczna zmierza do jakiegoś obłędu. Wszyscy dowódcy to kobiety, no chyba, że jest  to postać negatywna, to może być facet nawet biały. Pozytywny biały facet to jakiś emocjonalnie niestabilny buntownik.

A tak wygląda to w rzeczywistości:

 

I ja się czuję bezpiecznie :)

Wróciłem właśnie z kina...

Hmmm...

 

Szukanie logicznych "nieścisłości" to moje poniekąd hobby. Wszędzie można je znaleźć, a jeśli nie to przynajmniej 'zasymulować'... ;)

Cóż, jestem absolutnie zachwycony. Nie pamiętam kiedy tak dobrze się bawiłem :D

VII część była bardzo dobra, ta jest znakomita :) 

 

I trochę szlag mnie trafia, że znów te dwa lata... :/ :D

 

 

A ja jednak – niespecjalnie. Pierwszą połowę filmu setnie się wynudziłem (hit – dojenie “foki”), ale trzeba pokazać, jakich to fajnych bohaterów mamy.

Film ratuje część druga, a już szczególnie – Adam Driver! Już po części VII mówiłem, że chłopak mi się podoba, a wszyscy wybrzydzali. Wyciąga z Kylo Rena wszystko co się da, choć scenarzyści uparli się zrobić z niego infantylnego dzieciaka, tupiącego nóżkami i wołającego – ja chcę, ja chcę! Brawa dla tego pana, że nie dał zrobić z Kylo idioty!

Hamill ekstra, też wydusił ze sztywnego Skywalkera maksimum. 

Sporo scen komediowych (chyba tyle, co w poprzednich siedmiu częściach łącznie). Ujdą. I nowe zwierzaczki, żeby się dało nowe futrzaki dzieciom sprzedać.

I jak przedpiścy mówili – wątek Snoke’a jakiś z d... wyciągnięty, tamże wrócił, idiotycznie przerysowany generał Hux (gdyby tacy debile rządzili First Order, nie potrzeba byłoby Ruchu Oporu), kwestia – “straciliśmy połowę floty”, gdy rebelianci stracili coś ze cztery X-Wingi (bombowców było ile – 5?6?).

Ta flota w ogóle jest ciekawa – 4 olbrzymie Star Destroyery, a do walki rusza kilkanaście TIE Fighterów. Po trzy na pokładzie mieli? To już więcej w doku lata podczas sceny Finn-Phasma.

W każdym razie – dużo potknięć scenariuszowych. Pan scenarzysta niech pogra w stareńkiego “TIE Fightera”, to zobaczy, jak porządna bitwa w kosmosie wygląda.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Hmmm, Staruchu, tak z ciekawości powiedz, jaki film Cię zafacynował w miarę ostatnio i ile lat temu?

 

 

“Blade Runner 2049” :P

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

No to tu się różnimy. 

Mało nie zasnąłem :)

 

Choć film w sumie całkiem niezły, ale dość powtórzony :)

 

,,Tu się różnimy, mało nie zasnąłem, ale całkiem niezły choć powtórzony,, :) Ciekawy komentarz Panie Lisie :) A tak na poważnie, “Blade Runner 2049” godnie kontynuował historię z poprzedniego Łowcy. Choć nigdy nie przeboleję tego, że miał tam grać David Bowie jako Wallace. Film byłby o niebo lepszy. Leto nie zagrał źle, ale gdy się dowiedziałem kogo zastąpił... Do końca życia będę pytał, co by było gdyby?

Paint it black

Nie lubiłam/nie lubię Gwiezdnych Wojen, dopiero dwie ostatnie produkcje z trzech (poza Łotrem) jakkolwiek mnie kupiły. No a Ostatni Jedi faktycznie jako pierwszy uznałam za dobry film. SW bazuje na samych zżynkach z innych produkcji, nigdy nie zrozumiem ich fenomenu. I propsuję Starucha, Blade Runner 2049 *_*

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

@Naz – a kiedy pierwszy raz oglądałaś Star Wars? Gdybyś oglądnęła Nową Nadzieję w 1979, pokochałabyś ją do końca życia :).

I zauważyłem dziwną prawidłowość – o ile panie z reguły chwalą LJ, to faceci kręcą nosem. Jakiś dymorfizm gwiezdnowojenny?

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Już wtedy był to w dużej mierze zlepek cudzych pomysłów ;< A ja obejrzałam wszystko niedawno, rok czy dwa lata temu.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Pewnie i był. Ale zdaj sobie sprawę z realiów 1979 r. – nie było internetu, nie było Fantastyki, nie było komputerów, książek fantastycznych ukazywało się w roku kilka czy kilkanaście. Informacyjne Jakku ;). Szczytem nowoczesności był kalkulator Bolek i zegarek elektroniczny, wyświetlający godzinę tylko za przyciśnięciem guziczka (inaczej bateria się wyładowywała). O siermiężności PRL-u nawet nie ma co wspominać.

I tutaj wbijają SW – X-Wingi, epickie kosmiczne bitwy, pojedynki Dobra i Zła na miecze świetlne... To było nowe, nowatorskie i zapierające dech. A że to zrzynki dowiedzieliśmy się dopiero duuużo później, co miłości bynajmniej nie zgasiło :) .

To można chyba tylko porównać z wrażeniami widzów pierwszych pokazów braci Lumiere.

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Dobra, rozumiem i przyznaję, że ten punkt widzenia do mnie przemawia ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Hmmm, masz Staruchu sporo racji. 

Niemniej magia GW jest daleko szersza. Otóż znam pewną dziesieciolatkę, która z zapartym tchem obejrzała pierwsze części (te najstarsze) Do dziś uważa je za najlepsze. LJ choć zachwycona jak ja, plasuje gdzieś w okolicy IK. 

Naz, "zlepek"??? Kreatywne bazowanie... ;) 

 

Czepiałbym się może sceny walki z Czerwonymi Straznikami. 

"Dlaczego nie użyli mocy??" że zacytuję ową mlodocianą :) 

Klik ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Cieszmy się, że film jest lepszy od poprzedniego i miejmy nadzieję że tendencja się utrzyma.

Jeśli tendencja się utrzyma, to kolejna część pewnie będzie mieć tytuł Gwiezdne Wojny: Depresja Jedi.  A pojedynek Kylo z noworodkiem przejdzie do kanonu epickich scen walk SW. Berbecie, niech Moc będzie z wami! 

Meh ;)

Dla mnie tragedia z kilkoma fajnymi scenami. Zaczęło się ponadpółgodzinnym (!)  blokiem reklam (co przypomniało mi, dlaczego tak rzadko chodzę do kina, #JanuszeKinowegoMarketingu), a potem było tylko gorzej. Nawet nie chce mi się wymieniać co mi się nie podobało. Ogólnie, Star Wars zjadają swój własny ogon, wszystko już było, wszystko jest odgrzewane, seria się nie rozwija, masakryczny dobór bohaterów i odgrywających ich aktorów, tempo akcji dziwacznie rwane, scenariusz wybrany losowo, itp., itd.. Sorry, ale już wolę tzw. średnio ambitne produkcje Marvela, przynajmniej jest jakaś rozrywka.

Może nie tak tragicznie ocenię jak Bailout, ale się zawiodłam. Przede wszystkim dłużyzny, Leia fruwająca w próżni – żenująca. Sceny walk niepotrzebnie przedłużane, jakby montażysta obawiał się, że zabraknie materiału na pełnometrażowy film, a potem żal u było wywalić kawał własnej roboty.

Ogólnie takie sobie (opinia sześciorga osób + pani, która siedziała obok mnie i pod koniec ciągle zerkała na telefon). 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To ma być argument przeciw kreatywnemu bazowaniu...? 

Słaby... Naz

 

 

Bemik, zapytałaś o ocenę filmu “Panią “ siedzącą obok? 

:) 

Kurczę, a ja nie przepadam za tą serią. Co jest ze mną nie tak? :/

Sorry, taki mamy klimat.

To było do przewidzenia – “zmartwychwstanie” Lei już żyje własnym życiem

KLIK

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Panie Lisie – jeśli kobieta pod koniec wyciąga telefon i co chwila zerka na godzinę i kręci się, to chyba jednoznacznie oznacza, że nudzi się jak mops!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Znając Mopsy, to złe porównanie. Gdyż raczej nie nudzą się :) Szcególnie na seansach kinowych

 

Seth, niestety musisz przyjąć, że jesteś dziwny... Cóż, bywa...

 

Wreszcie i ja dotarłam na Ostatniego Jedi. Podobnie jak Ocha byłam w kinie z synem (siedmioletnim). Wrażenia pozytywne, chociaż przecież nie mogło być inaczej, skoro oglądało się wszystkie części i pozostał niedosyt. Dziury w fabule są, ale jak już ktoś wcześniej zauważył – to jest baśń, która ma nas oczarować, dostarczyć rozrywki i wprowadzić w magiczny świat. W moim przypadku zadziałało. Wprawdzie scena powrotu Lei na statek wywołała u mnie taki facepalm, że o mało nie rozwaliłam fotela przed sobą, ale za to Benicio del Toro, to absolutna perełka.  Podobała mi się też relacja między Rey a Kylo. Żałuję tylko, że ze względu na młodego musiałam oglądać wersję z dubbingiem, bo czasami mnie skręcało. A na koniec dodam, że miałam nadzieję, że Finn jednak zginie, bo jakoś nie trawię gościa. Nie zginął – trudno, może będzie jeszcze miał okazję. 

A teraz ciekawostka: co najbardziej podobało się mojemu synowi? To, że Luke był nieśmiertelny. :)

Motyw Lula Skywalkera, moim skromnym zdaniem, zacny.

 

Reszta miałka i do zapomnienia – ot, jak choćby klisze z “Imperium kontraatakuje”.

Stań się, kim jesteś.

Niestety, ogólnie to głównie opieranie się tylko na starej trylogii, i to w sposób dość bezpośredni.

Nowa Fantastyka