- Hydepark: Fabuła - dokładnie zaplanowana, czy nieprzemyślana?

Hydepark:

opowiadania

Fabuła - dokładnie zaplanowana, czy nieprzemyślana?

 

Czy też macie tak, że nie mo­że­cie za­cząć pisać dłuż­szej formy, do­pó­ki nie upew­ni­cie się, że wszyst­ko w fa­bu­le jest do­pię­te na ostat­ni guzik? Ja na przy­kład, zanim do­kład­nie zba­dam co i dla­cze­go, nudzę się już sta­rym po­my­słem i prze­ska­ku­ję do no­we­go (któ­re­go też z re­gu­ły nie do­pro­wa­dzam do końca). Nie zro­zum­cie mnie źle, nie chcę wy­wo­łać dys­ku­sji na temat mo­je­go braku kon­se­kwen­cji w dzia­ła­niu, ale ra­czej chciał­bym się do­wie­dzieć czy uwa­ża­cie, że po­win­no się wszyst­ko do­kład­nie za­pla­no­wać z góry (co uchro­ni nas przed ewen­tu­al­ny­mi błę­da­mi lo­gicz­ny­mi, ale po­tra­fi za­mor­do­wać cały zapał), czy ra­czej ogra­ni­czyć się do ogól­ne­go szki­cu (co z dru­giej stro­ny może do­pro­wa­dzić do za­gu­bie­nia wątku, czę­stych mo­men­tów za­trzy­ma­nia biegu fa­bu­ły i nie­po­trzeb­nych dłu­żyzn, ale być może spra­wi nam wię­cej fraj­dy z pi­sa­nia). Dla po­par­cia tej dru­giej opcji warto przy­wo­łać opo­wie­ści w od­cin­kach, cie­szą­ce się takim suk­ce­sem na na­szym por­ta­lu. To prze­cież cał­ko­wi­ta im­pro­wi­za­cja (chyba, że cze­goś nie wiem?), a fa­bu­ła jest wart­ka i żywa, bo za­wsze ktoś ma jakiś po­mysł.

 

 

 

Nie prze­dłu­ża­jąc: co wy są­dzi­cie?

Komentarze

ob­ser­wuj

Nie mam po­ję­cia. Chyba każdy pisze ina­czej. Ale ja nie piszę opo­wia­dań ani po­wie­ści ;)

Przy­no­szę ra­dość :)

Za­le­ży, co chcesz pisać. Jeśli to ma być opo­wia­da­nie hi­sto­rycz­ne, to ra­czej trud­no tutaj o im­pro­wi­za­cję, a już na pewno nie w takim stop­niu jak pod­czas two­rze­nia cze­goś w stylu bi­zar­re czy new weird.

Ma­stiff

Opo­wia­da­nia (choć nie na­pi­sa­łem ich wiele) zwy­kle im­pro­wi­zu­ję, ewen­tu­al­nie sta­ram się do­pro­wa­dzić do wy­my­ślo­ne­go wcze­śniej za­koń­cze­nia. W przy­pad­ku dłuż­szych form (a tych na­pi­sa­łem jesz­cze mniej) ob­my­ślam kilka naj­bliż­szych roz­dzia­łów oraz klu­czo­we punk­ty fa­bu­ły, a także kie­run­ki, w które zmie­rza­ją dane wątki. Pi­sa­nie we­dług wcze­śniej usta­lo­ne­go do­kład­ne­go sche­ma­tu jest dla mnie bez sensu, zbyt wiele rze­czy wy­my­ślam na bie­żą­co. Grunt, by ca­łość było spój­na. Nie­je­den dobry pi­sarz po­tra­fi wy­my­ślić fa­bu­łę na bie­żą­co tak, że czy­tel­nik myśli, iż wszyst­ko z góry za­pla­no­wał. To jest naj­więk­sza sztu­ka.

Jako au­tor­ka (opo­wia­dań, nie po­wie­sci): za­czy­na­jąc pi­sa­nie, za­wsze wiem ogól­nie, co się w tek­ście ma wy­da­rzyć, aw trak­cie pi­sa­nia wy­my­ślam, JAK ma się wy­da­rzyć. Przy­kład (fik­cyj­ny): po­trzeb­ny mi jest w fa­bu­le kon­flikt pro­wa­dzą­cy do kon­kret­nych wy­da­rzeń, więc przed na­pi­sa­niem wy­my­ślam, że bo­ha­ter musi pod­paść swo­je­mu do­wód­cy, a do­pie­ro w trak­cie pi­sa­nia wy­my­ślam za co pod­pad­nie.   Jako czy­tel­nicz­ka: zde­cy­do­wa­nie wolę fa­bu­ły, po któ­rych widać, że autor od po­cząt­ku miał jasną wizję wy­da­rzeń, niż takie, po któ­rych widać, że były kle­co­ne na ko­la­nie (albo, co jest rów­nie iry­tu­ją­ce, w trak­cie pi­sa­nia wie­lo­to­mo­we­go cyklu autor zmie­nił kon­cep­cję – to jest, we­dług mnie, przy­pa­dek sagi o wiedź­mi­nie). A już szcze­gól­nie w po­wie­ściach lubię, jak strzel­by z pierw­sze­go aktu wy­pa­la­ją w ostat­nim, wszyst­kie szcze­gó­ły się za­zę­bia­ją i tak dalej. Po­dzi­wiam np. Tada Wil­liam­sa, który pisze po­wieść na parę ty­sie­cy stron, ma z dzie­się­ciu głów­nych bo­ha­te­rów, a na końcu oka­zu­je się, że każdy z nich miał kon­kret­ną rolę do ode­gra­nia. W opo­wia­da­niu, jeśli jest do­brze na­pi­sa­ne, ma cie­ka­wy świat czy świet­nie wy­kre­owa­ne­go bo­ha­te­ra, mogę stra­wić coś ta­kie­go, co było kilka nu­me­rów NF temu w "Chłop­cu z za­pał­ka­mi", że autor pro­wa­dzi akcję od jed­nej wizji do dru­giej, a koń­czy w sumie bez związ­ku z akcją. W po­wie­ści bym za­bi­ła za coś ta­kie­go. ;-)

Kie­dyś ukła­da­łam fa­bu­łę aż do kom­plet­ne­go za­je­cha­nia po­my­słu. Dla takej jed­nej po­wie­ści hi­sto­rycz­nej (oh, jakiz to był wspa­nia­ły ri­sercz!) mia­łam roz­pi­sa­ne ko­lej­ne etapy w punk­tach i pod­punk­tach od cyfr rzym­skich, po myśl­ni­ki (I, 1, A, a, – … nie­waż­ne) i z prze­wi­dy­wa­ną ilo­ścią słów. Wy­szło mi, że po­wieść bę­dzie miała około 600 tys. zna­ków. Na­pi­sa­łam po­ło­wę i ta po­ło­wa miała 800 tys. zna­ków.   Teraz pró­bu­ję pisać bez fa­bu­ły. W opo­wia­da­niu, które zmę­czam teraz nie wie­dzia­łam nawet nic o głów­nym bo­ha­te­rze, kiedy za­czę­łam pisać. I też nie mogę skoń­czyć, więc nie wiem, która me­to­da jest lep­sza. :)   Achi­ka: w po­wie­ściach lubię, jak strzel­by z pierw­sze­go aktu wy­pa­la­ją w ostat­nim, wszyst­kie szcze­gó­ły się za­zę­bia­ją i tak dalej Och, tak, też to lubię. A zwłasz­cza, kiedy coś ta­kie­go po­ja­wia się w trak­cie pi­sa­nia. Kiedy od­kry­wam, że nie­zwią­za­ne ze sobą wątki w jakiś spo­sób się jed­nak za­zę­bia­ją, wy­star­czy zmie­nić jakiś drob­ny szcze­gół w szes­na­stym roz­dzia­le i nagle cała książ­ka za­czy­na mieć sens. Chyba dla­te­go nie mam serca do pi­sa­nia opo­wia­dań, bo w opo­wia­da­niach nie da się cze­goś ta­kie­go po­czuć.

Ku­dłacz, dzię­ki za ten temat. Chyba po mie­sią­cach fru­stra­cji wrócę jed­nak do kon­stru­owa­nia fabuł dla dłu­uuuga­śnych po­wie­ści. ;) Bo ta cała teo­ria o tym, żeby uczyć się na opo­wia­da­niach, jakoś się w moim przy­pad­ku nie spraw­dza.

rze­czy­wi­stość jest dla ludzi, któ­rzy nie radzą sobie z fan­ta­sty­ką

"Bo ta cała teo­ria o tym, żeby uczyć się na opo­wia­da­niach, jakoś się w moim przy­pad­ku nie spraw­dza." – Li­te­rac­ką na­gro­dę Nobla wła­śnie otrzy­ma­ła Alice Munro, okre­śla­na mia­nem mi­strzy­ni krót­kich form. Dla mnie to naj­lep­szy dowód, że na opo­wia­da­niach nie tylko można na­uczyć się pisać, ale też, że ta forma może zo­stać do­ce­nio­na. Za­le­tą opo­wia­dań pod­czas do­sko­na­le­nia warsz­ta­tu jest to, że ła­twiej jest na­kło­nić więk­szą licz­bę osób do ich prze­czy­ta­nia i zre­cen­zo­wa­nia. Poza tym mniej czasu i ener­gii in­we­stu­je się w nie­pew­ny pro­jekt, a jeśli po­mysł się spraw­dzi, za­wsze można wy­ko­rzy­stać go w dłu­giej for­mie.

 

Ale do te­ma­tu.

U mnie na po­cząt­ku musi być po­mysł. Prze­waż­nie obej­mu­je on głów­nych bo­ha­te­rów, miej­sce akcji, zarys fa­bu­ły i za­koń­cze­nie, naj­chęt­niej z mocną pu­en­tą. Może to się wy­da­je dziw­ne, ale tak jest w moim przy­pad­ku, że za­koń­cze­nie (bez de­ta­li) zo­sta­je wy­my­ślo­ne na po­cząt­ku i opi­sa­ne w for­mie krót­kiej no­tat­ki. Szcze­gó­ło­wa fa­bu­ła po­wsta­je już w trak­cie pi­sa­nia i czę­sto jest zmie­nia­na i roz­bu­do­wy­wa­na, gdy po­ja­wia­ją się ko­lej­ne po­my­sły, ale za­wsze dąży do okre­ślo­ne­go na po­cząt­ku za­koń­cze­nia.

Unfal­lu, za­cie­ka­wi­łeś mnie. Ja za­wsze mam pro­blem z za­koń­cze­nia­mi – w na­stęp­nym albo na­stęp­nym opo­wia­da­niu muszę spró­bo­wać zro­bić to tak jak Ty.   Co do fa­bu­ły, to się nie wy­po­wiem, bo u mnie to róż­nie. Jed­nak w więk­szo­ści przy­pad­ków za­czy­nam mając w gło­wie po­mysł i bar­dzo, bar­dzo mętne za­koń­cze­nie.

Mee!

U mnie też wpierw jest po­mysł na za­koń­cze­nie (dość szcze­gó­ło­wo) i jed­no­cze­śnie po­mysł na bo­ha­te­ra i re­alia (już mniej szcze­gó­ło­wo). Cała resz­ta póź­niej. Za­uwa­ży­łem, że le­piej pisze mi się mając plan, cał­kiem do­kład­ny (roz­pi­sa­ne co po­win­no zna­leźć się w po­szcze­gól­nych roz­dzia­łach), ale nie su­per­pre­cy­zyj­ny. W trak­cie pi­sa­nia plan prze­waż­nie ulega mo­dy­fi­ka­cjom, do­cho­dza cza­sem nowe wątki, ale za­koń­cze­nie jest ra­czej nie­na­ru­szal­ne.

Sorry, taki mamy kli­mat.

Ro­zu­miem. Chyba naj­le­piej po­rów­nać to do ma­lo­wa­nia ob­ra­zu. Nigdy nie robię zbyt szcze­gó­ło­we­go szki­cu, bo do­pie­ro póź­niej oka­zu­je się co pa­su­je, a co nie. Można coś ująć coś dodać, ale za­koń­cze­nie, po­win­no być mimo wszyst­ko pewne, aby widz nie od­niósł wra­że­nia, że nasze dzie­ło jest po­skła­da­ne z lo­so­wych ele­men­tów. W po­wie­ści chyba warto mieć jako takie "roz­ry­so­wa­nie prze­strzen­ne", ale do­brze też aby zo­sta­wić tro­chę miej­sca na im­pro­wi­za­cję, żeby zwięk­szyć re­alizm. Je­że­li cho­dzi o Alice Munro, to wy­da­je mi się, że jej suk­ces po­le­ga na cią­głym ob­co­wa­niu z krót­ką formą, po­świę­ce­niu się jej. Zy­sku­jąc pewne do­świad­cze­nie, na­uczy­ła się kon­stru­ować fa­bu­ły za­my­ka­ją­ce się w małym for­ma­cie. To się ceni, bo ostat­nio po­ja­wia się wiele "ta­siem­ców", któ­rych końca nie widać (a potem oka­zu­je się, że mi­łość była na wy­cią­gnię­cie ręki ^^). Kiedy mamy do czy­nie­nia z Agatą Chri­stie, to rów­nież ob­ser­wu­je­my, po­nie­kąd im­po­nu­ją­cą, wpra­wę w kon­stru­owa­niu in­te­li­gent­nych i spój­nych fabuł. Nie­ste­ty tego typu kry­mi­na­ły są dosyć sche­ma­tycz­ne (to pra­wie jak ma­te­ma­ty­ka). Ja rów­nież dzię­ku­ję t.lena miło czy­tać, że się kogoś uwol­ni­ło od fru­stra­cji, zwłasz­cza, kiedy sa­me­mu się z nią bo­ry­ka.

U mnie za­zwy­czaj jest tak jak u Unfal­la – musi być mocne za­koń­cze­nie, albo przy­naj­mniej takie, które zo­sta­wi czy­tel­ni­ka ze świa­do­mo­ścią – o kurde! ( przy­naj­mniej w za­mie­rze­niu ;) ). Za­zwy­czaj za­czy­na się u mnie od pew­ne­go po­my­słu np. na świat przed­sta­wio­ny, a zaraz potem ob­my­slam jak można ubrac go w hi­sto­rię, by na końcu przy­wa­lić czy­tel­ni­ko­wi. Jak ma za­koń­cze­nie oraz po­my­sła na świat ( roz­ma­icie ro­zu­mia­ny – bar­dziej jako sce­ne­ria ) to mogę się brac do pi­sa­nia. Czę­sto idę na im­pro­wi­za­cję po­szcze­gól­nych scen/fra­gemn­tów, ale pwien zarys musi się zga­dzać. Przy­anm jed­nak szcze­rze, że ostat­nio przy pi­sa­niu jed­ne­go opo­wia­da­nia ( 4 wer­sja, po 3 od­rzu­co­nych ) robię sobie szcze­gó­ło­wy zarys na po­szcze­gól­ne sceny, łacz­nie z bo­ha­te­ra­mi i ich ce­cha­mi – coś jak opis po­cząt­ko­wy dajmy na to w dra­ma­tach ( np. pokój w ho­te­lu, spo­ty­ka­ją się dwaj ko­le­sie, jeden gruby i spo­co­ny, za­chwo­uję się ner­wo­wo i nie­pew­nie, drugi jest pewny sie­bie, pa­trzy na gru­be­go z góry, za­czy­na­ją się kło­cić, do­cho­dzi do gróźb – coś w ten deseń ). Zro­bi­łem to tylko dla­te­go, że po­my­sła jest bar­dzo sko­pli­ko­wa­ny i za­wi­ły i przy zwy­kłym pój­ściu na ży­wioł wszyst­ko mo­gło­by się po­sy­pać. Ale to przy­szło z cza­sem, na­kre­sli­ło się w mojej gło­wie z uwagi na trzy po­przed­nie wer­sje wy­wa­lo­ne do kosza. 

"I ne­eded to be­lie­ve in so­me­thing"

Ale widac taki ży­wioł u zna­nych au­to­rów – np. Mie­vil­le w Bliź­nie po­szedł na ży­wioł i to na­praw­dę w dużym stop­niu – cią­gle od­no­si­łem wra­że­nie, że nie ma po­my­słu na dal­sze po­pchnię­cie akcji do przo­du i klu­czy z tego po­wo­du i przy­nu­dza nie­ste­ty. Od­wrot­nie w sto­sun­ku do Dwor­ca per­di­do, gdzie fa­bu­ła i po­szcze­gól­ne frag­men­ty były do­brze prze­my­śla­ne i z ma­ły­mi miej­sca­mi na im­pro­wi­za­cję.  Kon­klu­zja – bar­dziej mę­czy­ła mnie Bli­zna z tego po­wo­du, a Dwo­rzec prze­czy­ta­łem dość gład­ko. Sam wy­cią­gnij z tego wnio­ski. 

"I ne­eded to be­lie­ve in so­me­thing"

Ja mam tak, że jak myślę nad czymś długo to po­ja­wia się ten­den­cja do sku­pia­nia się przede wszyst­kim na świe­cie i bo­ha­te­rach, bez ja­kichś kon­kret­nych wy­da­rzeń, poza punk­ta­mi zwrot­ny­mi, za­koń­cze­niem. I czę­sto im dłu­żej myślę, tym bar­dziej za­po­mi­nam o tym, że prze­cież ci bo­ha­te­ro­wie w tym świe­cie coś muszą robić. A jak nie myślę długo, tylko za­bie­ram się za pi­sa­nie, to po­mysł na kon­kret­ną akcję rodzi się w ciągu minut, cza­sem nawet se­kund i potem się tego jakoś trzy­mam. Wia­do­mo, że pod­czas pi­sa­nia wszyst­ko wy­cho­dzi nieco ina­czej i ja­kieś rze­czy się zmie­nia, ale bez prze­sa­dy. Dla­te­go naj­trud­niej jest mi się za­brać za naj­star­sze po­my­sły, które zdaje się – wcale nie są jakoś spe­cjal­nie do­pra­co­wa­ne. A jak za­czy­nam pisać coś, co za­czą­łem dawno temu i po­zo­sta­wi­łem otwar­te, to naj­czę­ściej wy­cho­dzi to zu­peł­nie ina­czej niż pla­no­wa­łem pier­wot­nie. Albo nie wy­cho­dzi wcale : ) No i nigdy nie byłem prze­ko­na­ny do za­pi­sy­wa­nia po­my­słów na kart­ce. Pró­bo­wa­łem kilka razy, kiedy pi­sa­łem swoje na­sto­let­nie opo­wia­da­nia, ale uzna­łem, że nie ma to więk­sze­go sensu – jak masz pa­mię­tać, to pa­mię­tasz, a jeśli za­po­mnia­łeś to ka­wa­łek tek­stu i tak zin­ter­pre­tu­jesz ina­czej, niż wtedy, kiedy pa­mię­ta­łeś : )

Ad­mi­ni­stra­tor por­ta­lu Nowej Fan­ta­sty­ki. Masz ja­kieś py­ta­nia, uwagi, a może coś nie dzia­ła tak, jak po­win­no? Na­pisz do mnie! :)

Zu­peł­nie nie po­tra­fię usiąść i za­cząć pisać, bez po­my­słu, po­ukła­da­ne­go już jakoś w gło­wie. Muszę kie­dyś spró­bo­wać, wy­my­ślić pierw­sze zda­nie i zo­ba­czyć, co z tego bę­dzie. Jeśli cho­dzi o dłuż­sze pro­jek­ty, no to plan muszę mieć. Z tego po­wo­du, o któ­rym pi­sa­ła Achi­ka i T.lena – coś z cze­goś wy­ni­ka, do cze­goś grunt trze­ba przy­go­to­wać znacz­nie wcze­śniej. Chyba w za­dnej innej dzie­dzi­nie życia nie od­czu­wam ta­kiej po­trze­by dys­cy­pli­ny i lo­gi­ki, jak w pi­sa­niu wła­śnie. Moim i cu­dzym. Tylko że takie dłuż­sze rze­czy, to u mnie wła­śnie w sfe­rze pro­jek­tów. A wła­ści­wie pro­jek­tu, bo ostat­nio wpa­dłam na to, aby dwa po­my­sły po­łą­czyć w jeden. W oby­dwu świa­tach muszę więc wpro­wa­dzić ko­rek­ty – w jed­nym drob­ne, w dru­gim po­tęż­ne, łącz­nie z prze­miesz­cze­niem ca­ło­ści kilka wy­ima­gi­no­wa­nych wie­ków do przo­du. Ufff, do­brze, że ostat­nie dwa lata sobie prze­bim­ba­łam :). Kie­dyś też – jak Unfall i Se­th­ra­el – za­czy­na­łam od końca. I pew­nie dalej tak będę ro­bi­ła w przy­pad­ku krót­szych tek­stów. Tylko że u mnie ostat­nio wszyst­ko pęcz­nie­je, a za­miast efek­tow­nych po­my­słów wy­cho­dzą psy­cho­lo­gicz­ne mal­tre­ta­cje. I dla mnie wtedy już efek­tow­ny finał prze­sta­je być ważny. Szko­da, że dla in­nych nie ;). I –  tak, po­mysł na bo­ha­te­ra musi być. Nawet, jeśli mam po­mysł na tekst, a bo­ha­ter mi jakoś nie pod­cho­dzi, no to brnę jak po ugo­rze, żeby w końcu zre­zy­gno­wać z ca­ło­ści.

ocha – do­kład­nie – jesli nie czu­jesz bo­ha­te­ra i nie wiesz co nim kie­ru­ję, to pi­sa­nie mija się z celem. Trze­ba znać jego mo­ty­wy i po­bud­ki. 

"I ne­eded to be­lie­ve in so­me­thing"

U mnie czę­sto jest tak, że tekst za­czy­nam pisać od ja­kiejś sceny (zwy­kle po­cząt­ko­wej), nie za­wsze mając po­mysł co dalej. Cza­sem do­cho­dzi do tak strasz­ne­go stanu, w któ­rym piszę tekst, ale nie mam po­my­słu dokąd mógł­by pro­wa­dzić (ge­ne­ral­nie nie mam pro­ble­mu z od­gry­wa­niem oso­bo­wo­ści bo­ha­te­rów, przy­naj­mniej w moim mnie­ma­niu, więc mogę po­cią­gnąć przez pe­wien czas tekst bez za­pla­no­wa­nej fa­bu­ły). Takie coś mnie oso­bi­ście bar­dzo fru­stru­je. Lubię mieć fa­bu­łę mniej wię­cej za­pla­no­wa­ną. Jesz­cze nigdy nie pi­sa­łem od końca, kusi mnie ta me­to­da

Ale jak cią­gniesz ten tekst bez pla­no­wa­nej fa­bu­ły? Co robią bo­ha­te­ro­wie? Ju­nior_13j: kie­dyś pi­sa­łam tekst, w któ­rym głów­ny bo­ha­ter miał stać się bez­wol­ną, nie­świa­do­mą ofia­rą, z uf­no­ścią po­dą­ża­jąc za swo­imi fi­na­ło­wy­mi ka­ta­mi. I ten bo­ha­ter to był taki sobie miły chło­pek roz­tro­pek, no bo taki mu­siał być. I utknę­łam, w po­ło­wie. Uświa­do­mi­łam sobie, że po­win­nam to na­pi­sać z punk­tu wi­dze­nia tego złego, to on po­wie­nien stać się po­sta­cią… może nie cen­tral­ną, ale jego ocza­mi po­win­nam była, jako au­tor­ka, pa­trzeć na sy­tu­ację. I już by mi się pew­nie le­piej pi­sa­ło.

Mam trzy roz­grze­ba­ne tek­sty – cie­ka­wi bo­ha­te­ro­wie, roz­bu­do­wa­ne świa­ty, cie­ka­wy po­czą­tek hi­sto­rii – leżą po­rzu­co­ne na twar­dym dysku, bo nie było od po­cząt­ku jasno za­pla­no­wa­ne­go, moc­ne­go końca. Leżą tak już od dawna. Na­to­miast tek­sty, w któ­rych za­koń­cze­nie było czę­ścią po­my­słu i po­ja­wi­ło się w gło­wie od razu, po­wsta­ją w ca­ło­ści. Dla mnie to sy­gnał, że tak wła­śnie po­wi­nie­nem po­stę­po­wać, bo nie chcę być mi­strzem nie­do­koń­czo­nych opo­wie­ści. ;)

Cóż Unfal­lu, masz rację:). Ja po­wo­li taką mi­strzy­nią się staję, nie­ste­ty.

Ocha na­pi­sa­ła:  Muszę kie­dyś spró­bo­wać, wy­my­ślić pierw­sze zda­nie i zo­ba­czyć, co z tego bę­dzie.   Lem przy­znał się kie­dyś w wy­wia­dzie, że po­dob­nie za­czął pisać "So­la­ris". Pierw­sza scena, bo­ha­ter, za­po­wiedź nie­zna­nych wy­da­rzeń… A co wy­szło, to wszy­scy wie­dzą.   Tylko że, myślę, trze­ba, cho­le­ra, naj­pierw już być do­brym i spraw­nym, żeby tak na ży­wioł pusz­czać z po­cząt­ku…

Aleś mi, Ada­mie, przy­ga­dał. :) Całe szczę­ście, że mam zdro­wy dy­stans do swo­ich umie­jęt­no­ści, bo by mi się chyba przy­kro zro­bi­ło. ;) I tak – spró­bo­wać warto, za­wsze to ja­kieś ćwi­cze­nie. 

ocha, bywa tak, że fa­bu­ła jest u mnie wy­my­śla­na tak na bie­żą­co (idę wtedy tro­chę na ży­wioł, np. w trak­cie pi­sa­nia nie po­tra­fię po­wie­dzieć, co się wy­da­rzy na na­stęp­nej stro­nie) i jakoś wy­cho­dzi w trak­cie. Bywa też tak, że to nie­po­kor­ni bo­ha­te­ro­wie tak wpły­wa­ją na świat swoim za­cho­wa­niem (w tym re­ali­zo­wa­ny­mi przez sie­bie ce­la­mi), że sami "robią mi fa­bu­łę". Jako przy­kład ta­kie­go ma­new­ru mógł­bym podać sesję RPG, którą kie­dyś pro­wa­dzi­łem. Po­sta­no­wi­łem sobie, że gra­cze nie będą żad­ny­mi wy­brań­ca­mi z pro­roc­twa i żaden ich krew­niak nie zo­sta­wił im w spad­ku Je­dy­ne­go Pier­ście­nia albo cze­goś w tym stylu, że w jakiś głów­ny wątek fa­bu­lar­ny za­an­ga­żu­ją się kiedy będą chcie­li (sami go też wy­bio­rą). Na ste­pach zna­leź­li ko­czow­ni­ków (ich teren przy­łą­czo­no do więk­sze­go pań­stwa, przy­po­mi­na­li nieco Ko­za­ków), u któ­rych pa­no­wa­ły nieco re­wo­lu­cyj­ne po­glą­dy. Prze­ko­na­li trze­cie­go w ko­lej­ce do tronu księ­cia do za­wią­za­nia z nimi so­ju­szu i prze­ję­cia tronu. Zro­bi­li sobie z wojny do­mo­wej (wy­wo­ła­nej przez nich) głów­ny wątek fa­bu­lar­ny. Oso­bi­ście śred­nio lubię tak pisać, bo trud­no prze­wi­dzieć wynik pracy i te go­dzi­ny/dni/ty­go­dnie/mie­sią­ce pi­sa­nia mogą pójść na marne bo tekst może stać się zlep­kiem nieco cha­otycz­nych scen. Bywa też, że łączę pla­no­wa­nie i spon­ta­nicz­no­ścią, tak było przy "Skute lodem Lan Exe­ter" (moim wiedź­miń­skim fan­fi­cu na PRZE-TWO­RZE­NIE), gdzie mia­łem za­pla­no­wa­ny po­czą­tek, ko­niec i kilka scen w trak­cie (nie­ko­niecz­nie waż­nych dla fa­bu­ły), a resz­ta wy­cho­dzi­ła "w pra­niu". Oso­bi­ście uwa­żam, że z tych 3 ele­men­tów (fa­bu­ła, bo­ha­te­ro­wie, świat) fa­bu­ła jest naj­trud­niej­sza.

Im­pro­wi­za­cja jest dobra, ale pod wa­run­kiem, że po­tra­fi się za­cho­wac sto­sow­ny ba­lans i nie stra­cić z oczy głów­nej kon­cep­cji idąc na zbyt­ni ży­wioł. 

"I ne­eded to be­lie­ve in so­me­thing"

Ocha na­pi­sa­ła:  Aleś mi, Ada­mie, przy­ga­dał. :)   No też… Na duchu chcia­łem pod­trzy­mać, ot, co.

Aaaaaa, na duchu, aha! No to coś mi po pro­stu umknę­ło. ;)

Cóż ocha, kiedy mam za­stój kre­atyw­no­ści (co drugi dzień), to po pro­stu włą­czam worda i piszę co mi pierw­sze przyj­dzie do głowy i gwa­ran­tu­ję, że nie jest to So­la­ris :D Wła­ści­wie to stąd ten temat. Chcia­łem się do­wie­dzieć, czy warto się mę­czyć i roz­pi­sy­wać punkt po punk­cie wszyst­kie wy­da­rze­nia. Ale jak to mówią: nie do­wiesz się póki nie spró­bu­jesz na wła­snej skó­rze.

Za to wła­śnie wy­my­śli­łem fajny po­mysł na kon­kurs. Co po­wie­cie, na to, że­by­śmy na­pi­sa­li opo­wia­da­nia roz­po­czy­na­ją­ce się od jed­ne­go, wcze­śniej po­da­ne­go zda­nia?

Za to wła­śnie wy­my­śli­łem fajny po­mysł na kon­kurs. Co po­wie­cie, na to, że­by­śmy na­pi­sa­li opo­wia­da­nia roz­po­czy­na­ją­ce się od jed­ne­go, wcze­śniej po­da­ne­go zda­nia?

Bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo mi się ten po­mysł po­do­ba. I nawet obie­cu­ję, że tym razem rze­czy­wi­ście po­sta­ra­ła­bym się coś na­pi­sać.

Jest na swój spo­sób in­try­gu­ją­cy. Tylko jak za­wi­ta na stro­nę ktoś nowy to po­my­śli, że tutaj są takie same tek­sty, tylko mają inne ty­tu­ły ;)

Wła­śnie oglą­da­łem Bo­dy­gu­ar­da i po za tym, że mi się po­do­bał, to stwier­dzi­łem, że jakby się ze­bra­ło ja­kieś skrom­ne jury, to mo­gli­by­śmy wspól­nie ob­my­ślić co to za cu­dow­ne zda­nie ma być. Kalep: że tak po­wiem – jedna ja­skół­ka wio­sny nie czyni. Ocha:  takim razie czuję się zo­bo­wią­za­ny do­pro­wa­dzić kon­kurs do skut­ku (cho­ciaż nie ukry­wam, że sam także chęt­nie bym coś na­pi­sał, ale widać to jesz­cze nie czas).      

Ocha: Ale jak cią­gniesz ten tekst bez pla­no­wa­nej fa­bu­ły? Co robią bo­ha­te­ro­wie?  Jest taka tech­ni­ka pi­sa­nia "sce­na-se­qu­el". W sce­nie opi­su­jesz wy­da­rze­nia, w se­qu­elu re­ak­cje bo­ha­te­ra na to, co się wy­da­rzy­ło i w jaki spo­sób zmie­nia­ją się jego za­mie­rze­nia i cele. Klu­czem do ta­kie­go pi­sa­nia jest to, by bo­ha­ter za­wsze miał jasno okre­ślo­ny cel na po­cząt­ku sceny i by go nie osią­gnął. Na przy­kład wsta­je rano, głod­ny i chce zjeść śnia­da­nie a tu… pusta lo­dów­ka. Se­qu­el. Na­stęp­na scena. I tak w kółko.  Szcze­rze mó­wiąc nie pró­bo­wa­łam, bo jakoś nie widzę, żeby takie pi­sa­nie mogło do­kądś do­pro­wa­dzić. Wolę już to roz­kła­da­nie fa­bu­ły na czyn­ni­ki pierw­sze. Ale nigdy jesz­cze nie udało mi się za­cząć opo­wia­da­nia od za­koń­cze­nia. O, nie prze­pra­szam, raz mi się udało, tylko, że w trak­cie opo­wia­da­nia bo­ha­te­row­nie ro­bi­li takie rze­czy, że po na­pi­sa­niu tek­stu oka­za­ło się, że po­cząt­ko­wo wy­my­ślo­ne za­koń­cze­nie, zu­peł­nie już nie pa­so­wa­ło do tre­ści.

rze­czy­wi­stość jest dla ludzi, któ­rzy nie radzą sobie z fan­ta­sty­ką

Wy­da­je mi się, że warto choć ogól­nie wie­dzieć, co się chce na­pi­sać ;)

Przy­no­szę ra­dość :)

No, rze­czy­wi­ście, T.leno, rów­nież nie wiem, jak mo­gło­by to do­pro­wa­dzić do cze­goś sen­sow­ne­go. Ja jesz­cze na­pi­szę, że uwiel­biam klam­ry. To może być po­dob­na sy­tu­acja, to samo miej­sce, może być też na za­sa­dzie kon­tra­stu. Ale lubię, kiedy pierw­sza i ostat­nia scena mają ze sobą coś wspól­ne­go.

A ja nie­mal wszyst­kie opo­wia­da­nia, które ukoń­czy­łem, za­czy­na­łem od ostat­nie­go zda­nia. (Znam je zresz­ta na pa­mięć). Wtedy cały pro­ces two­rze­nia przy­po­mi­na tro­chę wy­ścig z samym sobą: nawet, kiedy się juz stra­ci ten po­cząt­ko­wy zapał, za­wsze po­zo­sta­je jakis we­wnętrz­ny przy­mus, by nie zo­sta­wiać rze­czy nie­do­koń­czo­ny­mi, by do­trzeć jakos do tej pu­en­ty, ostat­nie­go wy­ra­zu, koń­czą­cej krop­ki. Poza tym to dobre przy­po­mnie­nie, o czym jest wła­ści­wie tekst; kiedy masz juz za­koń­cze­nie, to cały czas o nim pa­mię­tasz pod­czas pi­sa­nia – a kiedy masz ostat­nie zda­nie, to resz­tę pi­szesz tak, zeby wła­śnie ono wy­brzmia­ło jak naj­moc­niej.

Kiedy piszę opo­wia­da­nie czy mi­kro­po­wieść, za­wsze mam już po­mysł na dwie rze­czy: jak hi­sto­ria się za­cznie i jak się za­koń­czy. Przy oka­zji do­cho­dzą do tego roz­ma­ite zwro­ty akcji i po­mniej­sze kon­cep­cje, z któ­rych też można zbu­do­wać fa­bu­łę (a nie­któ­re są tylko smacz­ka­mi). Do­kład­ne roz­pla­no­wy­wa­nie tek­stu ra­czej nie ma sensu, po­nie­waż wtedy za­wsze znaj­dą się luki, które trud­no bę­dzie za­ła­tać (ja się tak prze­je­cha­łem z pi­sa­niem pew­nej po­wie­ści – niby pewne wątki za­pla­no­wa­łem ze szcze­gó­ła­mi, ale wy­star­czy­ło, że w jed­nym mo­men­cie się za­cią­łem, a już przez kilka naj­bliż­szych ty­go­dni mia­łem za­gwozd­kę, jak z tego wy­brnąć. Ogól­nie utwo­ru nigdy nie skoń­czy­łem i ra­czej już tego nie pla­nu­ję :D). Warto tro­chę za­im­pro­wi­zo­wać, aby po­zwo­lić czy­tel­ni­ko­wi od­czuć, że po­sta­cie w wy­kre­owa­nym świe­cie rze­czy­wi­ście żyją. Jed­nak opar­cie na tym całej hi­sto­rii też nie jest do­brym po­my­słem, gdyż – jak okre­śli­li przed­mów­cy – na dłuż­szą metę do ni­cze­go to nie pro­wa­dzi. Wy­da­je mi się, że za­miast pisać cią­gle we­dług wy­obra­że­nia "ta po­stać by tak zro­bi­ła", warto wpro­wa­dzać ele­men­ty, które uza­sad­nią zro­bie­nie przez bo­ha­te­ra cze­goś, czego ocze­ku­je od niego autor.   Ja bym więc sta­wiał tutaj na szu­ka­nie zło­te­go środ­ka.   Jeśli cho­dzi o bo­ha­te­rów, cią­gnie mnie cały czas do czy­nie­nia z nich in­dy­wi­du­ali­stów. O co mi cho­dzi – sta­ram się, żeby każda po­stać, która ma zna­cze­nie dla fa­bu­ły, wy­róż­nia­ła się pod ja­kimś wzglę­dem, czy to cech oso­bo­wo­ści, czy umie­jęt­no­ści, czy nawet stylu mó­wie­nia. W pew­nym stop­niu mówi to też o spo­łecz­no­ści, w któ­rej żył lub żyje, ale moje po­sta­cie naj­czę­ściej nie są po pro­stu człon­ka­mi tych spo­łecz­no­ści; o ile się nie mylę, prak­tycz­nie każdy ma ja­kieś cele, do re­ali­za­cji któ­rych dąży, i robi to na swój spo­sób i sobie zna­ny­mi środ­ka­mi. Każdy za­cho­wu­je się po swo­je­mu, każdy na­uczył się cze­goś, z czego potem ko­rzy­sta. I wła­śnie to pró­bu­ję od­da­wać w pi­sa­nych przez sie­bie tek­stach.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w któ­rym chwa­lę się swoją twór­czo­ścią. Za­pra­szam!

To nie cho­dzi chyba jed­nak o stwo­rze­nie sobie sztyw­ne­go pan­ce­rza, z któ­re­go nie da się już w żaden spo­sób wy­do­stać. Tylko o to, żeby zmi­ni­ma­li­zo­wać ry­zy­ko cha­osu, braku lo­gi­ki, nie­praw­do­po­do­bień­stwa.  Sama za­zwy­czaj piszę tak, że w miarę szyb­ko, we­dług ja­kie­goś planu (jeśli to jest coś dłuż­sze­go) piszę tekst "szkie­le­to­wy". To zna­czy, w miarę moż­li­wo­ści już po­rząd­nie, ale jeśli tra­fiam na ja­kieś prze­szko­dy, czy to sty­li­stycz­ne, czy – drob­ne – fa­bu­lar­ne, to po pro­stu zo­sta­wiam, ewen­tu­al­nie za­zna­cza­jąc, że tu coś jest nie tak. Potem wra­cam. To jest zresz­tą dla mnie ulu­bio­ny etap – "do­piesz­cza­nie" :). I – oczy­wi­ście – na­ty­kam się na takie wła­śnie prze­szko­dy, nagle uzna­ję, że coś jed­nak trze­ba zmie­nić. W ostat­nim tek­ście mia­łam pe­wien kon­cept na jedną z głów­nych po­sta­ci, potem go zmie­ni­łam, potem zmie­ni­łam po­now­nie, wra­ca­jąc mniej wię­cej do po­my­słu pier­wot­ne­go. No a mój mi­tycz­ny wy­my­ślo­ny świat też wła­śnie prze­ra­biam, zu­peł­nie, z dwóch wła­ści­wie po­wo­dów. I – jeśli go chcę prze­nieść w cza­sie – no to prze­cież wiąże się to ze zmia­ną całej sce­no­gra­fii. Tak wy­szło, ale uzna­łam, że tak wła­śnie bę­dzie le­piej. Ale i tak uzna­ję, że pier­wot­ny plan wciąż bę­dzie nie­zbęd­ny. :)

Nowa Fantastyka