Informacje

30.01.26, g. 15:49

"Podniebna krucjata" już w sprzedaży

Prolog

 

Kiedy kapitan uniósł głowę, osłonięta lampa biurkowa rzuciła mu na twarz pasy światła i cienia. Przez otwarte okno wpadało letnie powietrze obcej planety.

– No i…? – spytał.

– Przetłumaczyłem to – odpowiedział socjotechnik. – Musiałem zgadywać i się domyślać, wychodząc od współczesnych języków, i to zabrało mi tyle czasu, ale dowiedziałem się dość, by móc rozmawiać z tymi… stworzeniami.

– Dobrze – mruknął kapitan. – Może teraz zrozumiemy, o co tu chodzi. Niech to piorun strzeli! Spodziewałem się niejednego, ale to…

– Wiem, co pan czuje: pomimo namacalnych dowodów trudno jest mi uwierzyć w ten oryginalny zapis.

– Bardzo dobrze, przeczytam to natychmiast. Nie ma zmiłuj.

– Skinął głową i socjotechnik opuścił pomieszczenie.

Przez chwilę kapitan siedział bez ruchu, patrząc na dokument niewidzącym wzrokiem. Sama księga była niezwykle wiekowa – uncjała na pergaminie w masywnej oprawie. Tłumaczenie otrzymał w zwykłym maszynopisie, lecz lękał się dotknąć kartek w obawie przed tym, co może na nich znaleźć.

Ponad tysiąc lat temu nastąpiła tu jakaś niesamowita katastrofa, a jej skutki nadal dawały o sobie znać. Poczuł się mały i samotny – dom był tak daleko.

Jednakże…

Zaczął czytać.

 

Rozdział 1

 

Arcybiskup William, najbardziej uczony i najświętszy między prałatami, nakazał mi spisać w mowie angielskiej owe wielkie wydarzenia, których pokornym świadkiem byłem. Sięgam zatem po pióro w imię Pana i mego świętego patrona, ufając, iż ich przychylność będzie mi towarzyszyła i wesprze mój skromny talent dziejopisa przez wzgląd na przyszłe pokolenia, którym studiowanie historii podbojów sir Rogera de Tourneville może przynieść korzyść i naukę taką, by czcili wielkiego Boga, gdyż to za Jego sprawą wszystko się dokonuje.

Będę pisał o owych wydarzeniach na tyle dokładnie, na ile je pamiętam, odrzucając pochlebstwa i obawy, gdyż większość tych, którzy mieli w nich swój udział, już nie żyje. Ja sam nie jestem nikim ważnym, lecz jako że dobrze jest przedstawić osobę kronikarza, by inni mogli ocenić jego wiarygodność, niech zatem wolno mi będzie najpierw rzec parę słów o sobie.

Urodziłem się lat około czterdziestu przed rozpoczęciem tej opowieści jako młodszy syn Wata Browna, kowala w miasteczku Ansby leżącym w północno-wschodnim Lincolnshire. Ziemie te były lennem barona de Tourneville’a, którego zamek stał na wzgórzu tuż nad miastem. Było tam także niewielkie opactwo franciszkańskie, do którego wstąpiłem, będąc małym chłopcem.

Dzięki temu, że posiadłem niejaką umiejętność (jedyną, jak się obawiam) czytania i pisania, często kazano mi uczyć owych sztuk nowicjuszy i dzieci ludzi świeckich. Moje przezwisko z lat dziecięcych przełożyłem na łacinę i utworzyłem z niego imię zakonne: przez pokorę zostałem bratem Parvusem, jestem bowiem niskiego wzrostu i pośledniej urody, mam jednak szczęście zyskiwać zaufanie dzieci.

W roku Pańskim 1345 baron Roger zbierał armię ochotników, by dołączyć do naszego wielkiego króla Edwarda III i jego syna na wojnie francuskiej. Miejscem zbiórki było Ansby i do maja zebrało się tam całe wojsko. Obozowisko stało na błoniach, lecz sama jego obecność zmieniła nasze ciche miasteczko w jeden zamtuz. Łucznicy, kusznicy, pikinierzy i jeźdźcy tłoczyli się na błotnistych ulicach, pijąc, grając, szukając towarzystwa ladacznic, krotochwiląc i wykłócając się, takoż wystawiając swoje dusze i nasze domostwa na niebezpieczeństwa. W rzeczy samej straciliśmy w ogniu dwa kryte strzechą domy. Jednakże żołnierze przynieśli ze sobą niezwykły zapał i pragnienie sławy takie, że nawet chłopi myśleli z tęsknotą o pójściu z nimi, gdyby to tylko było możliwe. I ja igrałem z takimi myślami. W mym przypadku wszakże mogło się to łatwo ziścić, jako że nauczałem syna sir Rogera i pozostawałem także w jego służbie. Baron mówił o uczynieniu mnie swym sekretarzem, mój opat miał jednak co do tego wątpliwości.

Tak się rzeczy miały, kiedy przybył statek wersgorski.

Dobrze pamiętam ów dzień. Wyszedłem załatwić parę spraw. Pogoda zmieniła się po deszczu na słoneczną, lecz na ulicach było błota po kostki. Przedzierałem się między żołnierzami wałęsającymi się bez celu i kłaniałem tym, których znałem. Naraz podniósł się wielki krzyk. Jak inni uniosłem głowę. Boże! To było jak cud! Z nieba spływał statek cały z metalu, zdając się puchnąć w miarę prędkiego opadania. Nie widziałem dokładnie jego kształtu, tak oślepiał mnie blask słońca odbijający się od jego wypolerowanych burt. Był to ogromny walec, długi – jak sądziłem – na jakieś dwa tysiące stóp. Poza szumem wiatru nie było słychać żadnego dźwięku.

Ktoś krzyknął, jakaś niewiasta uklękła w kałuży i jęła klepać modlitwy. Ktoś inny zawołał, że pojmuje swoje grzechy, i przyłączył się do niej. Choć było to postępowanie godne pochwały, wiedziałem, że gdy wybuchnie panika, taka ciżba zadepcze się i stratuje na śmierć. Jeśli to Bóg zesłał tego gościa, z pewnością nie leżało to w Jego intencjach.

Ledwie wiedząc, co czynię, wskoczyłem na wielką żelazną bombardę, której podstawa tonęła w błocie po koła.

– Uspokójcie się! – krzyknąłem. – Nie lękajcie się! Trwajcie w wierze i bądźcie spokojni.

Moje słabe popiskiwanie nie zostało posłyszane, lecz wówczas Czerwony John Hameward, kapitan łuczników, wskoczył obok mnie. Ów wesoły olbrzym z czupryną jak miedź i roziskrzonymi niebieskimi oczami był mi przyjacielem, odkąd przybył.

– Nie wiem, co to jest! – wrzasnął, przekrzykując ogólne zamieszanie. – Może to jakaś francuska sztuczka, może też coś przyjaznego, a wtedy nasz strach wypadłby głupio. Chodźcie ze mną, żołnierze. Spotkamy się z tym, gdy wyląduje!

– Czary! – krzyknął jakiś starzec. – To czary, jesteśmy zgubieni!

– Wcale nie – odpowiedziałem mu. – Czary nie mogą uczynić nic złego dobrym chrześcijanom.

– Ale ja jestem nędznym grzesznikiem!

– W imię Świętego Jerzego i króla Edwarda! – zawołał Czerwony John, zeskoczył i pognał ulicą.

Podkasałem habit i pobiegłem za nim co tchu, próbując sobie przypomnieć formuły egzorcyzmów. Obejrzawszy się przez ramię, zauważyłem ze zdziwieniem, że większość towarzystwa podąża za nami. Nie tyle wzięli sobie do serca przykład łucznika, ile obawiali się pozostać bez przywódcy. Pobiegliśmy najpierw do obozu po broń, a potem ruszyliśmy na błonia. Dostrzegłem wypadający z zamku oddział jazdy. Prowadził go sir Roger de Tourneville, bez zbroi, lecz z mieczem u boku. Pospołu z Czerwonym Johnem zmusili hałastrę do stanięcia w jako takim szyku. Ledwie im się to udało, wielki okręt wylądował.

Wbił się głęboko w grunt pastwiska; musiał być nadzwyczaj ciężki, tym bardziej więc nie pojmowałem, jak z taką lekkością utrzymywał się w powietrzu. Spostrzegłem, że jest to gładka skorupa bez rufy czy forkasztelu. Nie oczekiwałem, że zobaczę wiosła, ale zastanawiał mnie (przyprawiając o bicie serca) brak żagli. Dostrzegłem jednakże wieżyczki, z których wyglądały lufy podobne do bombard.

Zapadła bojaźliwa cisza. Sir Roger podjechał do miejsca, gdzie stałem, szczękając zębami.

– Jesteś uczonym klerykiem, bracie Parvusie – rzekł spokojnie, choć jego nozdrza były blade, a włosy zlepiał mu pot. – Co o tym sądzisz?

– Prawdę mówiąc, nic, panie – wyjąkałem. – Starożytne opowieści mówią o czarownikach, takich jak Merlin, którzy mogli latać…

– Czy to może pochodzić z niebios? – spytał i przeżegnał się.

– Nie mnie o tym orzekać. – Spojrzałem trwożnie w niebo.

– Jednak nie widzę chórów anielskich.

Ze statku dobiegł przytłumiony szczęk, który zatonął w jednym jęku trwogi, kiedy okrągłe drzwi zaczęły się otwierać. Ale wszyscy wytrwali na swoich miejscach, jak przystało na Anglików; chyba że po prostu byli zbyt przerażeni, by uciekać.

Dojrzałem, że drzwi są podwójne, z komorą pomiędzy. Z nich na podobieństwo języka wysunął się na trzy jardy metalowy pomost i dotknął ziemi. Podniosłem krucyfiks, siejąc na prawo i lewo gradem zdrowasiek.

Na zewnątrz wyszedł jeden z załogi. Wielki Boże, jak mam opisać grozę tego pierwszego widoku? To niechybnie demon z najniższych kręgów piekieł!, wrzasnął mój umysł.

Wzrostu miał jakie pięć stóp, był bardzo szeroki i mocarny, odziany w tunikę o srebrnym połysku. Jego skóra była bezwłosa, koloru ciemnego błękitu. Miał krótki, gruby ogon oraz długie i spiczaste uszy po bokach okrągłej głowy. Znad zakończonego tępo pyska wyzierały wąskie bursztynowe oczy o wysoko uniesionych brwiach.

Ktoś zaczął krzyczeć. Czerwony John ujął wymownie łuk.

– Cicho tam! – ryknął. – Ustrzelę pierwszego, który się ruszy.

Nie sądziłem, aby był to dobry czas na groźby. Podnosząc wyżej krucyfiks, zmusiłem miękkie nogi, by poniosły mnie parę kroków dalej, drżącym głosem zaś odmawiałem jednocześnie egzorcyzmy. Byłem pewien, że to i tak nie pomoże – oto nadszedł koniec świata.

Gdyby demon po prostu tam stał, szybko byśmy się załamali i uciekli. On jednakże podniósł tubę trzymaną w dłoni i wystrzelił białym oślepiającym płomieniem. Usłyszałem trzask i zobaczyłem, jak razi on stojącego opodal łucznika. Ogarnął go ogień i mężczyzna padł martwy ze zwęgloną piersią.

Wyłoniły się trzy kolejne demony.

Żołnierzy nauczono działać, a nie dumać, gdy dzieją się takie rzeczy. Łuk Czerwonego Johna zaśpiewał i najbliższy demon zawisł na pomoście przeszyty długą na łokieć strzałą. Widziałem, jak kaszle krwią i umiera. Nagle pociemniało od pocisków, jakby ten jeden strzał wyzwolił setkę innych. Trzy pozostałe demony padły naszpikowane strzałami tak gęsto, jakby służyły za tarcze strzelnicze na turnieju.

– Da się ich zabić! – krzyknął sir Roger. – Za Świętego Jerzego i miłą Anglię! – dodał i spiął konia ostrogami, ruszając prosto w stronę pomostu.

Mówi się, że strach rodzi niezwykłą odwagę. Z szaleńczym okrzykiem cała armia pognała za nim. Muszę wyznać, że i ja wydałem okrzyk i wbiegłem do wnętrza statku.

Z walki, która rozszalała się po wszystkich korytarzach i pomieszczeniach, pamiętam niewiele. Gdzieś od kogoś dostałem topór; pozostało we mnie niejasne wrażenie ciosów zadawanych w złe niebieskie twarze, które wyrastały i warczały na mnie; ślizgania się na spływających krwią podłogach i podnoszenia do nowych ataków. Sir Roger nie miał jak dowodzić bitwą – jego ludzie po prostu oszaleli. Widząc, że demony można zabić, pragnęli to uczynić z wszystkimi.

Załoga statku liczyła około setki, jednak niewielu miało broń. Później odkryliśmy ich zbrojownię, lecz najeźdźcy liczyli bardziej na wywołanie paniki. Nie znając Anglików, nie spodziewali się kłopotów. Ich działa były gotowe do użycia, ale wewnątrz statku stały się bezużyteczne.

W niecałą godzinę dopadliśmy ich wszystkich.

Przecisnąwszy się przez pobojowisko, załkałem z radości na widok błogosławionego blasku słonecznego. Sir Roger z dowódcami sprawdzali nasze straty, które wyniosły jedynie piętnastu zabitych. Kiedy tam stałem, trzęsąc się z wyczerpania, wynurzył się Czerwony John Hameward z przewieszonym przez ramię demonem. Rzucił stworzenie do stóp sir Rogera.

– Tego ogłuszyłem pięścią, panie. Pomyślałem, że może jednego zechcesz wziąć żywcem, żeby go wypytać. A może nie ryzykować i uciąć mu od razu ten wstrętny łeb?

Sir Roger zastanowił się. Spłynął na niego spokój i jako pierwszy z nas pojął całą nadzwyczajność tego wydarzenia. Ponury uśmiech wykrzywił mu usta. Odparł po angielsku tak samo płynnie jak francuszczyzną, której zwykle używał:

– Jeśli to demony, to do lichej rasy należą, skoro tak łatwo je zabić. Łatwiej niż ludzi. Nie więcej wiedzieli o obronie niż moja córeczka; mniej nawet, bo ona dała mi moc bolesnych prztyczków w nos. Sądzę, że łańcuchy utrzymają to stworzenie, czyż nie, bracie Parvusie?

– Tak, mój panie – wyraziłem opinię. – Choć lepiej byłoby umieścić w jego pobliżu parę relikwii i hostię.

– Zatem zabierz go do opactwa i sprawdź, co uda się z niego wyciągnąć. Poślę z tobą straż. I przyjdź dziś na wieczerzę.

– Panie, trzeba wam wziąć udział w wielkiej mszy dziękczynnej, nim uczynisz cokolwiek innego – zgromiłem go.

– Tak, tak – rzekł niecierpliwie. – Porozmawiaj o tym z opatem i zróbcie, co uznacie za najlepsze. Ale na wieczerzę przyjdź, opowiesz mi, czego się dowiedziałeś.

Sir Roger skierował wzrok na metalowy okręt i pogrążył się w zadumie.

Komentarze

   Znam twórczość Poula Andersona. Mam w swojej biblioteczce domowej stare, podniszczone wydanie "Wojny skrzydlatych" i zeszytowe zbiorki opowiadań. Jestem fanem takiego typu fantastyki dalekiego zasięgu pisanej z rozmachem. Takich autorów jak Larry Niven czy A. E. van Vogt.

   Moim zdaniem mało jest ostatnio tanich, kieszonkowych wydań fantastyki w miękkich okładkach. Na szczęście są biblioteki i zaprzyjaźnione bibliotekarki.

   

Nowa Fantastyka