- Opowiadanie: Lexis93 - "Oni" cz. I

"Oni" cz. I

Oceny

"Oni" cz. I

Psychologia to nie nauka. To nawet nie dziedzina naukowa. No bo, jak można szufladkować ludzi po tym jacy są? Matka raz w gniewie uderzy swoje dziecko, ojciec wypije jedno piwo po pracy, to już patologia? To, że piszę dziwne historię i ich bohaterów uważam za żywe istoty pokazuję, że mam jakieś zaburzenia psychiczne? Wystarczyło wymyślić psychologię by zrobić z ludzi wariatów. Siedzę na ćwiczeniach z pseudonauki jaka jest, według mnie, psychologia. Magister Żyła coś zawzięcie tłumaczy. Grupa zawzięcie udaję, że jej słucha. W rzeczywistości każdy robi coś innego niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Rozglądam się w celu zorientowania się co inni robią. Po sekundzie stwierdzam, że większość grupy jeszcze się nie obudziła, a pozostali czytają coś na kolejne zajęcia z Carycą. To pewnie ci "szczęśliwcy", którzy mieli czas się wyspać lub po prostu – jak ja – nie lubią dyskotek. Jeszcze raz rozglądam się po sali. Gdy mój wzrok spoczął na ławkach znajdujących się przed drzwiami, zamarłam.

– Hyoga? – szepnęłam zdziwiona.

W ławce tuż przed drzwiami oparty o ścianę siedział blond włosy mężczyzna. Ręce miał skrzyżowane na piersi, głowę spuszczona w dół, stopy zaś wsparte na innym krześle. Widać było, że jego oddech jest głęboki i równy. Czyżby spał?

Chyba wyczuł, że na niego patrzę bo podniósł głowę. Spojrzał na mnie. Jego oczy o barwie letniego nieba spotkały się z moim zdziwionym spojrzeniem. Uśmiecha się przyjaźnie i macha do mnie. Gdy jego ręce już nie są skrzyżowane doznaje nagłego olśnienia.

To nie Hyoga! No chyba, że on jednak był kobieta… Zresztą teraz kiedy już minął szok zorientowałam się, że nie jest ubrana w charakterystyczny niebieski podkoszulek tego samego koloru opaski na nadgarstki, czarne spodnie i pomarańczowe ocieplacze na łydki.

Skoro to nie Cygnus, to kto? Próbuje dopasować tajemniczą niebieskooką blondynkę do któregokolwiek z moich opowiadań. Bez skutku.

– Kim ty jesteś? – zapytałam szeptem.

– Trisha. Od kilku miesięcy chodzimy razem na zajęcia, pamiętasz? – usłyszałam odpowiedź ze strony, od której jej nie oczekiwałam.

Kocham te niebieskowłosą istotę. Wie o moich niewidzialnych, dla innych, towarzyszach a mimo to nie uważa mnie za wariatkę. Chociaż Pani magister Żyła powiedziałaby pewnie, że cierpię na jakieś omamy i wizję. I weź tu człowieku szanuj psychologów!

– Też chciałabym wiedzieć – pożaliłam się przyjaciółce.

Trisha pytająco uniosła brwi.

– Czyżby nowy pomysł? – spytała radosnym szeptem. – Rychło w czas! Jak wygląda? To ona czy on? I co najważniejsze: jak ma na imię?

I znów włączyła jej się jadaczka na zajęciach. Dobrze przynajmniej, że na psychologii a nie na – na ten przykład – średniowieczu.

Spojrzałam w stronę gdzie, jak sadziłam, siedziała tajemnicza dziewczyna. Wstrzymałam oddech.

– Znikła.

– Coś mówiłaś? – spytała wyrwana ze swoich myśli Trisha.

Dość szybko potrafiła zafascynować się tym co mówiła magister Żyła i odciąć się od rozmowy, która jeszcze niedawno prowadziła. Cała Blue.

– Ta nowa bohaterka znikła – powtórzyłam trochę zawiedziona.

– Jak to znikła?

– A jak się znika? – wkurzyłam się. – Normalnie. Już jej nie ma. Niestety…

Kim ty byłaś? I co ważniejsze. Dlaczego tak szybko znikłaś? Mam nadzieję, że już niedługo poznam odpowiedzi na te pytania.

A teraz trzeba mi wrócić do jakże interesującego monologu pani Magister Żyły.

 

***

– Może jednak się skusisz? – spytała mnie Trisha wyciągając w moją stronę zapalonego papierosa.

Psychologia i średniowiecze już minęły. Caryca nawet nie była taka zła. Tylko jej pytanie: "Czy wy tu jesteście za karę?", totalnie mnie rozwaliło. W tym momencie stałyśmy z Trishą oraz resztą grupy na placyku przed Instytutem. Część osób paliła papierosy zaś pozostali rozmawiali.

Nie ma to jak przerwa między zajęciami.

– Przecież wiesz, że pale tylko w kilku określonych sytuacjach – warknęłam na nią. – A to nie jest żadna z nich.

Spojrzała na mnie wilkiem.

Chyba faktycznie uniosłam się niepotrzebnie ale to wszystko przez tajemniczą dziewczynę. Zamknęłam oczy. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Uspokoiłam się i zrelaksowałam.

– Przepraszam Trisha. Przecież wiesz, że… – Zaczęłam tłumaczyć swoje głupie zachowanie względem przyjaciółki, gdy mi przerwano.

Na ramieniu poczułam czyjś delikatny dotyk. Przestraszona otworzyłam szybko oczy aby zorientować się kto chce zwrócić na siebie moją uwagę. Na wprost mnie stał średniego wzrostu chłopak o kruczoczarnych włosach, zielonych oczach i szelmowskim uśmieszku. Ian, pierwszy z grupy, który do mnie zagadał. Przyjemny facet.

– Nie wiem czy wiesz ale Trishy tu już nie ma. Minutę temu poszła w stronę wejścia do Instytutu rzucając hasełko, które brzmiało podobnie do: "idę pod husarza". Aczkolwiek mogła tez powiedzieć: "idź się huśtać!", po tym jak na nią warknęłaś – poinformował mnie, po czym na jego twarzy pojawił się uśmiech numer 77 o nazwie: "I am sexy and I know it".

I weź tu takiego nie skrzywdź!

– No to lecę ją dogonić! Dzięki za info Casanovo! – rzuciłam już w trakcie biegu do Instytutu.

Gdy byłam już kilka metrów od reszty "grupy specjalnej" usłyszałam jeszcze jak śmieją się z, prawdopodobnie, reakcji Iana na moje ostatnie słowa.

Wbiegłam do budynku. Minęłam recepcje i udałam się w stronę schodów prowadzących na pierwsze piętro gdzie – według słów Iana – przebywała Trisha. Od celu dzieliło mnie już tylko około dziesięciu metrów gdy na coś wpadłam.

To "coś" zręcznie chwyciło mnie za ramię po czym szybko przycisnęło mnie łokciem do ściany. Spojrzałam na twarz. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o czarnych kręconych włosach i bujnej brodzie. Doktor Hrabia, wykładowca przedmiotu zwanego wśród studentów Skorupami. On zaś był wszystkim nowicjuszką Instytutu znany pod pseudonimem "Hagrid".

Ups. Mam przechlapane.

– Gdzie ty się dziewczyno tak spieszysz?! – spytał podniesionym głosem.

Wokół nas zbierali się zaciekawieni uczniowie i przysłuchiwali się tej dziwnej wymianie zdań.

Myśl Arisa. Myśl!

– Do toalety, panie doktorze… – No pięknie, nie ma to jak robić z siebie jeszcze gorsza idiotkę. I tak po egzaminie miał mnie pewnie za debilkę. Jeszcze sobie dokładać muszę.

Wśród gapiów zapanowało milczenie. Czekali na reakcję doktora.

Szczerze mówiąc ja też.

W końcu mnie puścił. Czyżby to połknął?

Serio?

– No to leć. Tylko mi na drugi raz uważaj gdzie biegniesz! – zganił mnie.

– Jasne panie doktorze – mówiłam naprędce. – Łokieć. Nagana. Doceniam to, naprawdę. – powiedziałam uśmiechając się z ulgą.

Doktor nie czekając nawet na koniec mojej wypowiedzi udał się w podróż do tylko sobie znanego miejsca. Ja wzięłam z niego przykład chwilę po nim samym. Poziom adrenaliny w moim organizmie musiał wrócić do normy.

Zbliżam się już do miejsca określonego przez Iana jako „pod husarzem”. Są to ławki pod ściana z wielką, wielokolorową mozaiką. Przedstawia ona husarza w pełnej zbroi, na pędzącym białym rumaku oraz z pochyloną do ataku kopią zakończona biało-czerwonym proporcem. W prawym górnym rogu można było spostrzec napis głoszący: „Amor Patriae Nostra Lex”, rzekoma dewiza husarii.

 Przynajmniej tak nas uczono.

Zaś pod tym wizerunkiem znajdowała się metalowa tabliczka z namalowanym na niej napisem głoszącym:

 

KU CHWALE I WIECZNEJ PAMIĘCI NAJLEPSZYM Z NAJLEPSZYCH.

 

Husaria XVI-XVIII w.

Kircholm – 27 IX 1605

Kłuszyn – 4 VII 1610

Chocim – 7 IX 1621

 

„Choćby niebo spadło nam na głowę,

my je podtrzymamy swoimi kopiami”.

 

Po dotarciu na miejsce zaczęłam szukać w tłumie studentów niebieskiej czupryny Trishy. Mimo tego, że nie był to czas korków na korytarzu, niestety, nie mogłam wypatrzeć przyjaciółki. Gdzie się ten mikrus schował? Zawsze jak jej potrzebowałam to ona gdzieś znikała, zupełnie jak tajemnicza nieznajoma.

Nie ma co się dziwić, w końcu miała metr i pięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu. I to w szpilkach i z kapeluszem! No cóż, podobno małe jest do kochania a duże do roboty. Tyle, że ja jestem leniem i nierobem, a jednak Staruszek dał mi trochę więcej centymetrów.

Paradoks… albo boży joke.

Wreszcie ją znalazłam. Stała pośród grupki ludzi spoza naszej grupy ćwiczeniowej tuż pod proporcem WNS-owskiego husarza. Przyjrzałam się jej obecnym towarzyszą. Kojarzyłam ich twarze, byli to studenci drugiego roku z tej samej specjalizacji co my.

Jeden głęboki oddech i jazda.

Ruszyłam w kierunku przyjaciółki.

Dopóki nie stanęłam za Trishą rozmowy w tej grupce nie ustawały. Dopiero gdy zatrzymałam się jakieś trzydzieści centymetrów za plecami przyjaciółki ci, którzy mnie ujrzeli ucichli.

Nastała dziwna, jak na to miejsce, cisza.

W końcu Blue zorientowała się, że ktoś za nią stoi i przeszkadza w rozmowach. Odwróciła się ze wzrokiem i mimiką mięśni twarzy jaką mógłby mieć zagorzały ogrodnik tuż po tym, jak znalazł ukrywającą sie pod liściem gąsienice. Jednak gdy już spostrzegła, że to ja na jej twarzy pojawił się uśmiech, który jednak został szybko zastąpiony przez obojętność.

Nic nie powiedziała, skrzyżowała tylko ręce i całą swoją postawą starała się pokazać mi, że moje pojawienie się tutaj nic dla niej nie znaczy i nic ją już nie obchodzę.

No to teraz trzeba ją odciągnąć od ludzi i pogadać w cztery oczy.

– Możemy chwilkę pogadać? – spytałam z nadzieją w głosie.

– Słucham.

Szybko. Pewnie. Celnie.

Zupełnie jak strzał z rewolweru.

– Na osobności?

Przez krótką chwilkę nie reagowała.

– Chodź – powiedziała. Po czym chwyciła mnie za łokieć i pociągła w stronę miejsca, gdzie zderzyłam się z Hagridem.

Stanęłyśmy w miejscu, w którym nikt nie byłby w stanie nas podsłuchać nie rzucając się zbytnio w oczy.

– Masz dwie minuty zanim tam wrócę. Strzelaj.

Cały czas Trisha mocno okazywała swoją obojętność na moja osobę. Było to widać poprzez to w jakiej pozycji stoi, jak ma ułożone dłonie.

– Chciałam cię przeprosić za to jak na ciebie warknęłam tam, przed Instytutem – zaczęłam z siebie wyrzucać naprędce słowa przeprosin. – Nigdy nie powinnam odreagowywać stresów na innych. Zwłaszcza na tych, na których mogę zawsze liczyć…

– Arisa to nie by…

– Nie mów mi, że źle postąpiłam – weszłam jej w pół słowa. – Wiem to! – Utkwiłam swoje spojrzenie w podłodze. – Mea culpa, mea culpa… – Przy, każdym mea następowało uderzenie w pierś dłonią zaciśniętą w pięść. – Mea maxima culpa! – Ostatnie, potężniejsze uderzenie. – Przepraszam.

Nadal miałam wzrok skierowany na, jakże interesującą, podłogę.

Nie wiem jak długo tkwiłyśmy w takiej pozie, w ciszy.

Przerwała ją Trisha.

– Zawsze przebaczam drugiej osobie – powiedziała powoli Blue. Podniosłam oczy aby wyłapać każdy gest przyjaciółki. – Przyjaciel na to zasługuję… – uśmiechnęła się do mnie ciepło, a jej twarz pojaśniała. – …a wroga wyprowadzi z równowagi. – dokończyła, a wyraz jej twarzy uległ gwałtownej i szybkiej zmianie. Wyrażała nim całą swoją złość i gniew jakim darzyła to na co obecnie teraz spoglądała.

Spojrzenie miała utkwione w czymś, lub kimś, znajdującym się bezpośrednio za mną. Odwróciłam się i podążyłam wzrokiem za spojrzeniem Trishy.

Na korytarz na pierwszym piętrze właśnie wchodziła wysoka i szczupła dziewczyna. Miała długie, proste włosy o rudej barwie i brązowe oczy.

Page. Kujonka. Lizuska. Znajoma z grupy.

Należała do grona osób, którym aż chce się często przybijać piątki. W twarz.

Krzesłem.

Przez kilkanaście sekund Trisha i Page spoglądały sobie prosto w oczy. Taki ich bezkrwawy pojedynek woli. W końcu Page odwróciła się od nas i poszła w przeciwnym kierunku.

Blue podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu. Spojrzałam na nią. Uśmiechała się. Znów była za – i ze – mną.

– Mogłabym się na ciebie obrażać sześćset trzynaście razy dziennie, ale i tak nie wpuszczę nikogo na twoje miejsce – oznajmiła z szerokim uśmiechem.

Z nową energią ruszyłyśmy pod aulę na wykład.

Kiedy wraca mi dobry humor, mogę zrobić wszystko, bo nie czuję nie oprócz szczęścia.

 

***

Natchnienie należy traktować jak najważniejszą rzecz w całym tworzeniu. Bez niego, nie można napisać czegoś, co przemówiłoby do serca i rozumu czytelnika – a to jest wyzwanie nawet dla uznanego już pisarza.

Dlatego jestem w stanie usprawiedliwić, każdego pisarza popełniającego zbrodnię na skutek przerwania mu tak cennego skupienia nad kartką papieru. Są na świecie istoty pełne niewiedzy i braku taktu, które potrafią wtargnąć, zburzyć tę ulotną chwilę i spytać:

– Co robisz? Wyglądasz jakbyś się całkowicie wyłączyła.

Jedno słowo: Ian.

Od jakiś czterdziestu minut siedzieliśmy we trójkę – ja, Trisha oraz Ian – na wykładzie profesora Aperki ze średniowiecza. Aktualnie omawiał on dzieje Monarchii Henrykowskiej. Tylko jakoś żadne z nas nie zwracało uwagi na to co mówi profesor. Trisha czytała jedną z książek detektywistycznych jej ulubionego autora. Mój osobisty Sherlock Holmes. Ian siedział przed Trishą i słuchał profesora, przynajmniej aż do tej chwili. Ja natomiast próbowałam skupić się na, bladym już, wspomnieniu o tajemniczej dziewczynie. Starałam się ją jak najdokładniej opisać. Jednak słabo mi to szło. Obraz blondynki już zaczynał zanikać w mojej głowię.

Wykład ten odbywał się na Starej Auli. Była to duża sala, w której znajdowało się kilkanaście rzędów dla słuchaczy. Wyglądała jak wiele innych sal wykładowych na wielu innych uniwersytetach.

Bardzo jednak rzucał się w oczy wiszący za katedrą stary, nieco już szarzały i wysłużony gobelin przedstawiający godło państwowe. Spostrzegawczemu obserwatorowi mógł wydawać się nieco śmieszny. Widniał na nim biały orzeł z brudnymi piórami, któremu ktoś włożył na głowę zupełnie nową, złotą koronę.

Tak więc mieliśmy orła wyciągniętego z komunistycznego „błota”, któremu jakiś nowoczesny patriota doszył koronę zapominając jednak o wykapaniu dumnego, lecz wciąż smutnego i czekającego na powrót lepszych czasów, orła białego.

– Śpisz?

Siedzący rząd niżej Ian zamiast skupić swoją uwagę na wykładzie, uznał, że jestem o wiele ciekawsza. Nieco mnie to irytowało.

– Nie, nie śpię. Nie chce wkraczać do świata marzeń – odpowiedziałam bez wcześniejszego zastanowienia się.

– Jak to?

– Bo tam jest za piękni. – Znów automatyczna i odruchowa odpowiedź.

Ian spoglądał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Nie byłam w stanie odgadnąć co o mnie teraz sądzi po tym, co przed chwilą mu powiedziałam.

Po chwili jednak odniosłam wrażenie, że kilka neuronów w jego mózgu zabłysło triumfalnie. Na jego twarzy zagościł wyraz zrozumienia i chyba niespodziewanego szczęścia. Miał już pewnie swoją teorię na temat, jak by nie patrzeć, dziwnych odpowiedzi jakich mu udzielałam.

Nie ciągnął już dalej naszej pokręcone i szybkiej rozmowy. Wrócił do zwykłej, szarej studenckiej rzeczywistości. Odwrócił wzrok i skupił się na ilustracji wyświetlanej właśnie przez profesora Aperkę.

Była to współczesna mapa przedstawiająca granice Rzeczpospolitej z XIII wieku. Polska była na niej podzielona na kilka części oznaczonych różnymi kolorami. Widziały na niej również pojedyncze daty wraz z dwoma skrzyżowanymi szablami – umowne oznaczenie ważniejszych bitem danego okresu.

Każdy kto, choć trochę znał ten okres historii swojej ojczyzny od razu rozpozna co ta mapa przedstawia. Rozbicie dzielnicowe. Umiłowany czas wszystkich uczących się średniowiecznej historii Polski.

Wzięłam głęboki wdech starając się jednocześnie wbić w tematykę wykładu. Choć wiedziałam, że w mojej głowię nie ma aktualnie miejsca na nawet najbłahszą informację związaną z walką Piastów o zwierzchnictwo nad Krakowem, a co za tym idzie, o zwierzchnictwo na pozostałymi Piastami i tytuł króla.

Skupiłam spojrzenia na osobie profesora. Jednak nie docierało do mnie ani jedno jego słowo. Myślami byłam gdzie indziej. W innym świecie. W swoim świecie.

Nagle kierowana nieznanym mi przeczuciem skierowałam swój wzrok na pojedyncze krzesło znajdujące się za, teoretycznie, czteroosobowym stolikiem.

Szybko przetarłam oczy. Poprawiłam okulary. Gdyby w tym momencie Ian spojrzał na mnie, ujrzałby dziewczynę z wyrazem totalnego zagubienia wymalowanym na twarzy, uparcie gapiącą się w puste krzesło.

Kuso! Tylko nie teraz!

Na tym osamotnionym stołku, jakby na tronie, siedziała wygodnie postać, która od rana mąciła mi w głowie. Do tego uśmiechała się do mnie bezczelnie spoglądając mi prosto w oczy. Obie dłonie miała splecione ze sobą i położone na karku. Spojrzała w bok i uniosła brwi, jednak kątem oka nadal mnie bacznie obserwowała. Sprawdzała jak zareaguję na jej nagłe pojawienie się w środku wykładu.

Najnormalniej w świecie mnie testowała!

Żadna z moich postaci, które stworzyłam nigdy, ale to nigdy, tak jawnie nie próbowały mojej wyrozumiałości. Owszem, często mnie wkurzały albo rozśmieszały, ale zawsze – ZAWSZE! – wiedziały kiedy powinny skończyć. Znały granicę mojej wyrozumiałości oraz tolerancji względem ich wybryków.

Zdjęła dłonie z karku i połączyła koniuszki palców w bardzo jednoznacznym geście.

O nie! Tak nie będzie! Na mojej twarzy nastąpiła gwałtowna zmiana, zresztą tak jak i w emocjach jakie teraz odczuwałam. Szok zastąpił gniew zaś niedowierzanie chęć pokazania, że to ja kontroluję tę dziwną sytuację a nie ona.

Jej wzrok znów powędrował otwarcie w moją stronę. Chwilę spoglądałyśmy sobie w oczy. Dziewczyna zmrużyła patrzałki.

Ha! Wygrałam!

Ku mojemu zaskoczeniu Pani Sekret – jak zdążyłam ją w myślach nazwać – wstała i skierowała się w stronę wyjścia z Auli. Gdy mijała rząd , w którym się znajdowałam odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech, w oczach zaś błyskały rozbawione ogniki. Dwoma palcami, środkowym i wskazującym, pokazała najpierw na swoje oczy a następnie nam mnie.

Po powtórzeniu tego gestu znikła.

– Ja ci dam, takie numery. Popamiętasz mnie! – Po tym jak usłyszałam swoje własne słowa zrozumiałam, że powiedziałam to na głos. Cała sala patrzyła już tylko na mnie. Wstała nagle z miejsca. Miałam otwarte oczy, ale mnie widziałam niczego dokoła. – Tym razem nie daruję – zawodziłam. – Nie przeżyję jeśli nie będzie gadać! – Odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi.

– Arisa!

– Panno Rainfall!

– Głupku, a ty gdzie leziesz?!

 Słyszałam za sobą głosy przyjaciół i profesora. Szłam przed siebie widzący tylko to, co znajdowało się bezpośrednio na mojej drodze. Skoncentrowałam się tylko na jednej myśli.

Kim jest ta dziewczyna?!

Wyszłam z Instytutu. Powietrze było chłodnę choć świeciło słońce. Szłam prędko, szybko zwiększając dystans dzielący mnie od School Street 17. Stamtąd szłam w stronę hotelu Akson i Raisen Park. Swoje kroki skierowałam w kierunku samego środka parku, w którym znajdował się pomnik przedstawiający starszego pana z jakimś dokumentem w ręku.

Rozejrzałam się dokoła. Na palcu nie było – na szczęście – żadnych spacerowiczów. Było to trochę dziwne zważywszy na porę dnia i piękną, słoneczna pogodę.

Idealne miejsce.

Wzięłam głęboki wdech i krzyknęłam. To było tylko jedno słowo, ale w głębi duszy wiedziałam, ze tym właśnie słowem ją sprowadzę:

– Elsa!

Nic. Zero jakiejkolwiek reakcji.

Nadal byłam wzburzona. Więc w próbie odzyskania psychicznej równowagi zamknęłam oczy i wzięłam kilka głębokich oddechów. Nie obchodziło mnie co by sobie pomyślał ewentualny przechodzień na mój widok. Chciałam tylko się wyluzować, wyrzucić z siebie złość i upokorzenie spowodowane tym co stało się na wykładzie.

Wyciągam wnioski z poprzednich kilku godzin.

Koniec z nierealnymi snami, marzeniami a w szczególności koniec z nierealnymi osobami! Muszę zapomnieć o wszystkich bohaterach, których powołałam  do życia. Jednak skoro dałam im życie, pokazałam inny świat, to czy mogłabym zabrać go im? Czy powinnam ich uśmiercić?

– Źle, gdy pisarz utożsamia się z Bogiem. Dobrze, gdy bierze odpowiedzialność za to co stworzył. –Głos zza moich pleców wyrwał mnie z zamyślenia tak niespodziewanie, że omal nie pisnęłam ze strachu.

W mgnieniu oka odwróciłam się w stronę właścicielki głosu.

Pani Sekret stała przede mną i uśmiechała się smutno. Ku mojemu zdziwieniu nie była tutaj sama. Za nią stało kilka dobrze znanych mi postaci i szczerzyło do mnie zęby.

Koniec

Komentarze

Jeszcze nie przeczytałem systematycznie, ale po drugim przeglądzie fragmentami mam wrażenie, iż wykonanie nie dorównuje pomysłowi. Sam pomysł do “ekstra” nie należy, ale, jako słabiej eksploatowany, daje pole do ewentualnego popisu.

Mówiąc szczerze – nie zachwyciło mnie. Pomijając kiepską interpunkcję i kilka końcówek “ą”, zamiast “om” (np. wszystkim nowicjuszką), jakoś mi się gryzie husaria i rozbicie dzielnicowe z imionami typu Ian i School Street oraz Raisen Park. To gdzie w końcu toczy się akcja? W Polsce (co sugeruje też orzeł w koronie), czy w jakimś anglojęzycznym kraju?

 

Mieszasz też czasy – przeszły momentami przechodzi bez uzasadnienia (moim zdaniem, oczywiście) w teraźniejszy.

 

Mam wrażenie, że opowiadanie jest chaotyczne, pojawiają się w nim sceny, które nic nie wnoszą (np. zderzenie z doktorem na schodach), ale może zostanie to rozwinięte w dalszej części tekstu, którego jeszcze nie opublikowałaś.

 

No i chyba głodna byłaś w trakcie pisania – “Bo tam jest za piękni“, “Rzeczpospolitej” ;)

Hmm… błędy językowe, trochę ich w tekście było:

 

na ten przykład

Na przykład. Nigdy “na ten przykład”.

 

Masz problemy z końcówkami -om w liczbie mnogiej.

Do tego masz manierę nadużywania cudzysłowów, kiedy to jest zbędne. Np. wpadła na coś. To “coś”, to był… i tym podobne. A z drugiej strony, czasem z nieznanych mi przyczyn stosujesz kursywę.

 

mimiką mięśni twarzy

Zajrzyj, proszę, do słownika i sprawdź, co znaczy słowo mimika. A potem zastanów się, co jest nie tak z tym stwierdzeniem ; )

 

Poza tym sporo powtórzeń i często przesadzasz z zaimkami.

 

Nie rozumiem też, skąd ta mieszanka obcobrzmiących imion w polskich realiach. A samo opowiadanie… chyba dla tej młodszej młodzieży. Dziewczyna goni swoją przyjaciółkę tylko po to, żeby przeprosić ją za to, że delikatnie na nią warknęła, a tamta jeszcze z wielką łaską jej przebacza? Ech : )

 

Aha, no i zapomniałbym o najważniejszym: nie dodawaj opowiadań w częściach, wrzucaj całość.

 

Jeśli część pierwsza i nawet w przedmowie stoi, że to fragment, to wypadałoby odpowiednio oznaczyć tekst.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka