- Opowiadanie: kawkers - Stepy część 3

Stepy część 3

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Stepy część 3

Część III

Czwarta nad ranem. Śnieg przestał prószyć i zostawił za sobą biały opad, sypki i lotny. Czwórka obcych w mieście zeszła już z koni i poruszała się pieszo. Zbrojni kozacy pochowali się ustępując miejsca oddziałom Rosjan, którzy przejmowali miasto we władanie. Mnogość carskich oddziałów wylała się z pociągu, stopniowo wkraczając w coraz dalsze zakamarki miasta, a dołączyły do nich kolejne, gdy usłyszeli od obsługi stacji o nocnej strzelaninie i wybuchach. Zadaniem Rosjan jest przechwycenie włoskiego decydenta, przeczuwali więc kłopoty.

W końcu Polacy znaleźli się w polu widzenia peronu, ciemny zarys pociągu majaczył na torach niczym duch ze stepów – tajemniczy i niedostępny. Ale nie dla wszystkich.

– Najciemniej pod latarnią, zapamiętajcie moje słowa – zaczęła Dzierzba. – Nikt nie spodziewa się ataku na pociąg, przecież to czyste szaleństwo, dlatego większość żołnierzy wysłali w miasto osłabiając tym samym ochronę na peronie. Kluczowym dla nas celem jest, oczywiście, lokomotywa. Przejmując nad nią kontrolę, przejmujemy władanie nad resztą składu.

– Robiłaś już kiedyś coś takiego? – spytał z powątpiewaniem Domajski.

– Zawsze jest ten pierwszy raz – uśmiechnęła się promiennie. W tym momencie nawet blizna na twarzy zdawała się być mniej szpetna.

Przedstawiła swój plan, który z miejsca nie spodobał się Domajskiemu. Według jego wizji jedyną słuszną koncepcją był frontalny atak i śmierć na bagnetach dla żołnierzy i ich szlachetne poświęcenie, by on mógł uciec.

 

Nie jest łatwo ani przyjemnie czekać na odpowiedni moment, czekanie dla osoby pozbawionej cnoty cierpliwości jest mordęgą. Ale sztyletnicy są szkoleni także pod tym kątem – spokojnego oczekiwania na polu walki, obserwacji otaczających wrogich oddziałów. Do tego istotny był talent do improwizacji. Dzierzba miała to szczęście, że Lis za pazuchą miał schowany drugi granat, szczwany szabrownik.

Przekradając się między budynkami dotarła niemal do końcowego wagonu, z którego część żołnierzy wynosiła skrzynie z amunicją. To był doskonały cel, na straży nieledwie pół tuzina żołnierzy, ale nikt nie patrzył w jej stronę. Niektórzy ziewali, zaspani i znudzeni, nie spodziewając się kłopotów, nie tutaj. Doskonale.

Odpaliła granat zapalniczką Domajskiego i czekała na dogodny moment, gotowa rzucić go w ostatniej chwili. Jeszcze sto lat wcześniej grenadierami zostawali najroślejsi, najsilniejsi i najodważniejsi żołnierze. Żeby rzucić granat na bezpieczną odległość trzeba było użyć rzadko spotykanej siły a do tego posiadać głupią odwagę, bo nieraz wybuchały zbyt szybko. Teraz grenadierzy kojarzyli się z elitą wojska. Cóż, sama takiej siły nie posiada ale podejrzewa, że podeszła dostatecznie blisko. Zamierza się i rzuca. Granat odbija się od bruku i toczy kawałek. Część żołnierzy szuka źródła hałasu ale w ostatniej chwili dostrzegają jedynie błysk detonacji a dźwięk wybuchu jest ostatnim, co usłyszeli za życia.

W pierwszej chwili nie mogła uwierzyć. Rzuciła za słabo! Do skrzynek z amunicją brakowało jeszcze metra, może dwóch, ale na drodze wybuchu stali jeszcze żołnierze. Kolejna detonacja wywołała westchnienie ulgi. Skrzynie z amunicją poczęły wybuchać. Pospiesznie wycofała się z powrotem w kierunku lokomotywy.

 

Domajski czekał skryty w cieniu i obserwował. Pierwszy wybuch zaskoczył go, spodziewał się bowiem czegoś głośniejszego, ale już drugi zdołał go usatysfakcjonować. O dziwo plan zdawał się działać – carscy żołnierze biegli na tył peronu jakby ich co najmniej stu diabłów goniło. Kto wie, może w tym szaleństwie jest metoda? Powoli zaczyna także wierzyć, że Dzierzba może faktycznie być sztyletnikiem a nie tylko dziewką do wynajęcia z rozbuchanymi ambicjami.

Pisnął, gdy ktoś chwycił go za łokieć, ale to tylko ona, uśmiechająca się bezczelnie.

– Spokojnie, to tylko ja. Idziemy. Modlę się, aby nasi przyjaciele nie napotkali na swej drodze problemów.

Nikt nie stanął im na drodze. Wiedząc, że wybuchy przyciągną z powrotem carskie oddziały rozpierzchnięte po mieście starali się połączyć pośpiech z rozwagą i ostrożnością; zbliżali się do lokomotywy niczym puma do ofiary.

Modlitwy nie były potrzebne. Z daleka zobaczyli Lisa i Wilka przebranych w kombinezony maszynistów jak wchodzą do lokomotywy. Po chwili dłoń jednego z nich pomachała czapką przez okienko – znak, że cel został przejęty.

Dzierzba z Domajskim weszli do pierwszego wagonu, po chwili pociąg ruszył. Nie oznaczało to jednak, że wszystkie kłopoty zostawili za sobą.

 

– Widzisz? Mówiłam, że pójdzie jak z płatka. Mieliśmy dużo szczęścia.

– Szczęścia? Myślałem, że wszystko masz dopięte na ostatni guzik – warknął Domajski.

– Złociutki, nawet najlepszy plan spali na panewce jeśli nie ma się odrobiny szczęścia.

Szybko się okazało, że wypowiedziała te słowa w złą godzinę.

Wagon, w którym się znajdowali, należy do obsługi pociągu – maszynistów, kelnerów, kucharzy oraz posiada małą kuchnię. Następny wagon okupowany jest przez najważniejsze persony – ambasadora, generałów i wysokich rangą oficerów, dostojników państwowych i innych urzędasów ze szczytów władzy biurokratycznego królestwa. Kolejne wagony zajmowane są przez żołnierzy. Jak przystało na Rosję nie ma w nich miejsca na zbędne luksusy. Szare masy żołnierskich hord w co drugim wagonie mają miejsca siedzące, za wychodek służy wiadro, za łóżko – pokryta słomą podłoga. Ich przeznaczeniem jest szybkie przemieszczanie jak największej ilości ludzi, a nie rozpieszczanie i przyzwyczajanie pospólstwa do pańskich wygód.

Szczęście odwróciło się od nich moment po opuszczeniu peronu. Z kuchni, zaledwie parę kroków dalej, wyszły dwie postacie tak skrajnie do siebie niepodobne, jak to tylko możliwe. Pierwszy, wyższy i szczuplejszy, ubrany w białe, jedwabne szarawary i wysokie buty, z kępką włosów spływających na czoło z łysej głowy i sumiastymi wąsami, narzuconą miał na siebie czerwoną kurtkę carskich dragonów. Drugi, niższy, tęższy, z lekko skośnymi oczami ubrany był w czarny garnitur i melonik.

– Niech ten dzień już się skończy – szepnęła Dzierzba.

Nie zdążyła wyciągnąć broni, kozak dopadł ją w mgnieniu oka. Teraz musiała się zmierzyć sam na sam z większym, silniejszym przeciwnikiem w zwartej walce wręcz, a do tego nie była przygotowana.

Pierwsze uderzenie wyprowadził od dołu, uchyliła się, ale kopniak w brzuch wydusił jej całe powietrze z płuc. Instynktownie wyczuła jego kolejny ruch i przeskoczyła nad nogą, którą próbował z rozmachu podciąć ją z półobrotu. Zamarkowała cios, celując na oślep i zobaczyła jak tamten opada na plecy, w ostatniej chwili podparł się jednak na dłoniach i z rozmachem kopnął ją w nogi. Odrzuciło ją w tył i prawie upadła, gdyby nie ściana wagonu. Sięgnęła po miecz ale kozak już był przy niej. Kucnął, otwartymi dłońmi uderzył ją w brzuch, następnie z wyskoku kopnął w twarz. Tego było już za dużo, w końcu upadła, ale spróbowała jeszcze dosięgnąć rewolweru. Kozak dostrzegł i ten ruch, przeskoczył nad nią i, będąc już z drugiej strony, kopnął w dłoń. Krzyknęła, wściekła i rozżalona, pokonana w walce jeden na jeden. A nie tak to sobie wyobrażała. Koniec końców spodziewała się jednak, że nie wszystkim z tego kwartetu dane będzie przeżyć.

– Kończ waść – szepnęła po polsku. – wstydu oszczędź.

– A jużci, dziewko sobacka.

Dojrzała jeszcze pod jego bujnym wąsem uśmiech, gdy ten gaśnie. Charknął i splunął krwią. Posoka pociekła strużką między zębami. Odchylił jeszcze głowę w tył i zobaczyła czubek ostrza wystający z gardła. Zza pleców kozaka wysunął się Wilk. Ze stoickim spokojem wyszarpnął bagnet. Dzierzba obserwowała z fascynacją, jak kozak robi krok do przodu, następny, a potem oczy odeszły mu w tył czaszki i upadł martwy.

– W porządku? – Wilk pomógł jej wstać.

– Już prawie go miałam, ale piękne dzięki za dobre chęci – uśmiechnęła się.

– A cóż to za dziwoląg? – Lis, zasapany i czarny od węgla, dołączył do nich. – A myślałem, że już nigdy nie zobaczę kozackiej mordy. A propos ujmujących postaci, gdzie nasz czaruś?

Rozejrzeli się, ale po Domajskim nie został nawet ślad.

– Przeklęty! Dał się porwać pierwszemu lepszemu. Zostawić chłopa na chwilę samego. Bez urazy chłopcy. Niestety, musimy go odbić.

– Domyślam się, jak gorącym uczuciem darzysz naszego miłego pana – Lis położył dłonie na jej ramionach – ale czasem musimy pozwolić odejść tym, których kochamy.

– Och, żeby cię… To poważna sprawa. Jesteśmy żołnierzami, a naszym zadaniem jest między innymi ochrona Domajskiego, którego zapewne wystarczy postraszyć torturami, by sprzedał własną matkę, a co dopiero zdradził tajemnice państwowe. Pójdę po niego z wami lub sama.

– Tak, ten to zawsze odwróci dupę tam gdzie przyjemniejszy wietrzyk wieje.

– Czasem cię słucham – wtrącił Wilk z powagą – i nie mogę uwierzyć w to, co słyszę.

– Wiem, w werbalnej kloace nie mam sobie równych. Droga pani, nie mam tez sumienia odmówić twym szmaragdowym oczętom. Zresztą, byliśmy już w gorszych sytuacjach. Wilku, pamiętasz noc u Szalonej Cioci Madzi?

– Nikt tak jak ty nie potrafi tak szybko uciekać ze spuszczonymi do kostek gaciami – przytaknął Wilk.

– Ha! To prawda. Dzierzbo, za tobą choćby na koniec świata i z powrotem.

 

Domajski przeżywał ciężkie chwile, ledwo oddychał, ciągnięty w tył przez kolejne wagony. Napastnik, chociaż ubrany tak dystyngowanie, okazał się być pozbawionym skrupułów brutalem i chamem. Ale czego się spodziewać po mieszańcu. Polak próbował raz ugryźć dłoń, która zaciskała się na jego ustach, ale nieomal połamał sobie przy tym zęby. Ta dłoń zrobiona była z metalu!

I tak, wagon za wagonem, oddalał się coraz bardziej od jedynej grupy ludzi, jaka mogła mu pomóc.

 

Plan zakładał, że zaraz po przejęciu lokomotywy odczepią niemal cały tabor ale teraz, pomyślała Dzierzba, przez tego pacana tchórzem podszytego, zostali zmuszeni do zmiany założeń. No cóż, cierpliwość, improwizacja i tak dalej.

Wagon ambasadorski opływał w luksusy. Szlachetne drewno, złocenia, kryształy, bajeczny żyrandol, dywan miękki niczym perski kot. To dopiero życie! Ale luksusy usypiają czujność i z każdego wojownika zrobią salonowego błazna. Skierowali się dalej. Następny wagon należał do niższych rangą oficerów i wyglądał jak typowy pasażerski z ławeczkami obitymi starą, wypłowiałą skórą. W tym też wagonie zorientowali się, że nie wszyscy żołnierze wyszli z pociągu, część być może wskoczyła z powrotem, gdyż na drugim jego końcu, za ławeczkami, schował się rosyjski oddział. Ilu ich było z początku nie wiedzieli, ale grad kul, jaki ich zasypał, dowodził, że niemało. Pociski śmignęły tuż nad ich głowami zanim upadli, szukając schronienia. Drewno pękało, zasypując ich drzazgami, parę okien huknęło i już po chwili okruchy szkła pokryły nagą, drewnianą podłogę. Szybko odpowiedzieli ogniem, ale ostrzał zaporowy przeciwnika uniemożliwiał celowanie. Samo wychylenie ponad plecami pasażerskich ławek groziło otrzymaniem dawki ołowiu. Sztyletniczka poczuła się bezsilna jak dziecko, jak wtedy, gdy będąc młodą dziewczyną próbowała powstrzymać ojca przed wstąpieniem w formujące się dopiero szeregi ochotników idących na Wiosnę Ludów na południe, do Austrii. Tak jak teraz nie mogła nic zrobić, gdy ojciec został złapany, oddany Rosjanom i wywieziony na Syberię.

Nie, to nieprawda, teraz ma środki do walki, teraz wszystko wygląda inaczej.

– Panowie, przyda mi się każdy, choćby idiotyczny pomysł, na wyjście z tej kabały. Masz jeszcze jakieś granaty?

– A gdzie je miałem schować? W zadzie? – nagle Lis uśmiechnął się chytrze. – Ale mogę zrobić więcej.

Pokrótce przedstawił swój pomysł i razem opracowali szalony, ale jedyny w tej sytuacji możliwy do wykonania, plan kontrataku. Nie mając wiele czasu Lis, kurcząc się niczym dziad na targu, unikając w ten sposób kul, czmychnął przez drzwi z powrotem do wagonu ambasadorskiego.

 

Ostatni wagon pomyślany został jako magazyn na broń i to do niego wrzucony został Domajski. Pozbawiony okien, oświetlony jedynie paroma lampami, ze stelażami na karabiny, zastawiony dziesiątkami skrzyń nie był wymarzonym miejscem na spotkanie towarzyskie, a na takie najwidoczniej nastawiony był gospodarz – stary generał z wydatnym brzuszyskiem i siwym, kręconym wąsem, obwieszony orderami, kopcący fajkę i popijający coś, co mogło być bardzo drogim brandy.

Mieszaniec posadził Domajskiego na jednej ze skrzyń a sam stanął obok czwórki wartowników. Polak czekał, bojąc się pisnąć słówkiem, ale rosyjski generał nadal spokojnie pykał fajkę. Ale na Boga, ile można czekać?

– Nie wiem, czego jenerał ode mnie oczekuje, ale zjawiłem się tutaj wbrew swojej woli, co kłóci się ze standardami podejmowanych w cywilizowanym świecie działań dyplomatycznych.

Generał uśmiechnął się lekko, popił brandy i nadal milczał.

– Jeśli jaśnie jenerał jest urażony tym haniebnym porwaniem pociągu, to podzielam tę pogardę. Nie godzi się postępować w ten sposób jak jakiś pospolity rabuś, bandyta czy terrorysta.

Czekając na jakąkolwiek reakcję coraz bardziej się irytował.

– Żądam wyjaśnień – podniósł w końcu głos zyskując na desperackiej pewności siebie – przeprosin i wypuszczenia mnie wolno. Jestem szlachetnie urodzony i nie życzę sobie… no dobrze, może nie trzeba przeprosin, jestem gotów…

Generał podniósł dłoń, tym jednym gestem uciszając Domajskiego i wreszcie się odezwał.

– Mój świętej pamięci ojciec, również jenerałem będąc, złapał niegdyś chińskiego szpiega. Szpieg jak to szpieg, jednego łatwiej złamać, drugiego trudniej. Początkowo ojciec rozkazał poddać go torturom, okrutnym i długotrwałym, ale nie śmiertelnym. Trwało to bez mała dwa tygodnie i trzy dni. Albo trzy tygodnie i dwa dni – zaciągnął się fajką, machnął dłonią. – Mniejsza. Ale, dziwna rzecz, szpieg nie dał się złamać. Ojciec spróbował więc czegoś z zupełnie innej beczki. Dał mu luksusy godne cara, drogie trunki, suto zdobione złotem komnaty, piękne kobiety każdej maści skóry słowem cuda, jakich człowiek za życia może nigdy nie zaznać. I znowu po dwóch lub trzech tygodniach spytali się szpiega, czy zechce już mówić. Jak mówił Szatan do Jezusa: padnij na kolana i złóż mi pokłon, a to wszystko będzie twoje. Ale nie, nadal nic, jakby pytali się ściany czy raczy się przesunąć. Nadeszła więc kolej na ostateczne rozwiązanie. Zmusili Chińczyka do zażywania opium. O regularnych godzinach, w stałych dawkach, podawali mu tę truciznę obserwując, jak stopniowo się w niej zatraca. Tym razem nie trzeba było czternastu dni, a szpieg zaczął mówić, sprzedawał wszystkie wartości i idee, za które gotów był kiedyś umrzeć, w zamian za kolejną dawką zabijającej go toksyny.

…Które z tych rozwiązań mam zastosować, by polski szpieg zaczął odpowiadać na wszystkie moje pytania?

– Ja nie… Tak cywilizowani ludzie jak my, przedstawiciele dwóch…

– Wy Polacy mało mnie interesujecie. Są ważniejsze sprawy niż wasze litości godne awanturki i podchody. Proszę mi wpierw opowiedzieć wszystko, co pan wie na temat Włocha.

I Domajski zaczął mówić.

 

Lis nie potrzebował dużo czasu by znaleźć to, czego potrzebował. Butelki po wodzie sodowej były w kuchni, woreczek prochu strzeleckiego (stosowanego do pojedynków) w wagonie ambasadorskim, gwoździe, szpilki, trochę tłuczonego szkła i inne ostre przedmioty wyciągnął z przedziału służby. Proch, wymieszany z ostrą drobnicą, wsypał do pełna do dwóch butelek, w szyjki wcisnął szmaty. W wojnie krymskiej sprzed dekady takich samych prowizorycznych granatów używali żołnierze w okopach. I siały krwawe spustoszenie, więc można przypuszczać, że broń miotana będzie jeszcze przez parę stuleci stosowana na polach walki, rozwijana i udoskonalana.

Teraz czekała na niego najtrudniejsza część zadania. Wdrapał się po drabince na wagon i przywarł do dachu. Poczuł się teraz jak bandyta na dzikim zachodzie z jednej z licznych książek awanturniczych jakie przeczytał w swoim życiu, takich, w których jedna niemożliwa do wykonania akcja goni następną, a bohaterów kule się nie imają.

Pociąg nie poruszał się szybciej od galopującego konia, trzeba będzie dołożyć do pieca, ale do granicy powinni dotrzeć.

Na klęczkach szło się trochę łatwiej ale poruszała sama świadomość kawalkady kul, jaka przetaczała się poniżej. Słyszał strzały ale pęd poruszającego się pociągu zagłuszał wszystko pozostałe. Gdy dotarł na koniec wagonu, pod sobą mając pozycje rosyjskich żołnierzy, chwycił rewolwer za lufę, rozbił kolbą jedno z okien i zamarł w bezruchu.

Nic. Dzięki ciągnącej się poniżej strzelaninie nikt nie usłyszał dźwięku tłuczonego szkła. Wyśmienicie. Zapalniczką Domajskiego, którą dostał od Dzierzby, odpalił szmaty (szmatolonty, jak je zwał w myślach) i wrzucił do środka. A poniżej przez krótki moment rozegrały się dantejskie sceny. Dwa potężne huki zatrzęsły światem, a potem nastała niebiańska cisza.

Lis, leżąc na plecach, poczuł wilgoć w kroku.

– O cholera, nie-nie-nie – powtarzał sięgając dłonią do wilgotnego miejsca. Z ulgą odetchnął, gdy na palcach zobaczył krew. – Dzięki Bogu, to tylko rana wojenna.

Jeden z odłamków szkła z granatu wbił mu się bowiem w nogę.

 

Czasem niemal żałowała swych wrogów, leżących we własnych wnętrznościach, umazanych krwią, jęczących i zdychających, i teraz była to jedna z tych sytuacji, gdy poczuła litość. Poszatkowane ciała tych, którym nie dane było umrzeć od razu, były makabrycznym widokiem. Chwyciła za miecz i poczęła wbijać ostrze w gardła tych nieszczęśliwców.

Stulecia wcześniej, w średniowieczu, rycerze używali sztyletów zwanych mizerykordią do dobijania umierających na polu bitwy. A skoro tak wyjątkowy miecz jak jej zasługuje na imię, to czemu nie mizerykordia? Chociaż nie, za długie.

– Mizery – szepnęła, dobijając ostatniego jęczącego z bólu Rosjanina. Tak, to pasuje jak ulał.

 

Dwa następujące po sobie wybuchy, po których strzelanina umilkła, przerwały rozmowę. Domajski westchnął zirytowany. Jego spowiedź została na moment zakłócona i był pewien, że pozostali zginęli. Brak umiejętności i rozsądku nie zostaną zrównoważone przez odrobinę szczęścia.

Mieszaniec w garniturze wypadł z wagonu, nie czekając nawet na rozkaz.

– To członek Wyjącej Kompanii – wyjaśnił generał. – Jest tu, że tak powiem, w gości. Rekrutował spośród kozaków do swojej kompanii najemników. Ponoć szukał mistrza w hopaku bojowym. To taka śmieszna kopanina, nazywają to ukraińską sztuką walki. Według mnie pistolet w dłoni jest lepszy od każdej walki wręcz, z bagnetem mało kto sobie poradzi. Ale cóż, ten skośnooki najemnik, ponoć syn angielskiego żeglarza i chińskiej prostytutki, lub farmerki, co za różnica, ma wrodzoną manię na tym punkcie. Te ich Ciosy Smoka czy Kopniaki Dzikiej Kwoki, żenujące i nieprzydatne na polu walki.

…Ale proszę się nie bać, mamy jeszcze parę kart w rękawach, pańscy przyjaciele nie dotrą do nas żywi.

 

– Co ty, Lis, popuściłeś w galoty? – zaśmiał się Wilk.

– To krew, rana bojowa która zdobi wojownika.

– Ja tam sądzę że lepiej uniknąć obrażeń, ale jak uważasz. Podejdź, trzeba to zabandażować.

W kolejnych wagonach, przeznaczonych dla zwykłych poborowych, nie natrafili na żadne przeszkody. Pociąg sunął przed siebie, chociaż zaczął zwalniać. Nieistotne, jeśli nie uwolnią Domajskiego miejsce zatrzymania nie będzie grało roli, najwyżej potem znowu rozpalą w piecu. 

Żałośnie brudne wnętrza przypominały wagony więzienne lub te służące do transportu bydła. Jeśli wszyscy żołnierze byli w ten sposób traktowani to rewolucja w Rosji jest tylko kwestią czasu. Odpowiedni człowiek głoszący populistyczne hasła będzie niczym zapałka rzucona na wysuszoną słomę, a ogień krwawego powstania może poważnie zaszkodzić dyktaturze cara. To będzie powtórka z 1825 roku, z powstania dekabrystów, jakie na długie miesiące podzieliło wojsko rosyjskie i osłabiło carat.

Tym razem nie dali się zaskoczyć. Platforma, na której transportowano ciężki sprzęt, chociaż teraz prawie pusta, obstawiona została resztką żołnierzy, którzy przeżyli. Kolejna pułapka, ostatnia już przed końcem składu.

Wypadli przez drzwi i skryli się za potężnymi, ciężkimi skrzyniami, otoczeni salwą świszczących kul.

– Mam lekkie deja vu – parsknął Lis.

– A masz jeszcze granaty?

– Zużyłem cały proch.

– Lepiej popatrzcie na to – Wilk wskazał na plandekę, skrywającą jakiś wysoki na metr przedmiot, umiejscowiony pośrodku platformy. Skośnooki w garniturze ściągał właśnie plandekę, osłaniany przez rosyjskich żołnierzy.

– Kurza stopa – jęknął Lis. – Czy widzicie to, co ja widzę?

Oto przed sobą mieli kartaczownicę Gatlinga-Baranowskiego, wersję rozwojową amerykańskiego przodka, wielolufową broń odtylcową, szybkostrzelną bo strzelającą nawet do sześciuset naboi na minutę, ulokowaną na trzech potężnych, stalowych nogach. Gdy pół Azjata zakręcił korbą grad pocisków opadł na skrzynie. Wtedy wiedzieli już, że ich osłona długo nie wytrzyma.

 

Odłamki skrzyń, za którymi się schowali, obłupione naporem ogniowym, latały wokół nich, potwierdzając ich marną sytuację.

– Koledzy jestem otwarta na propozycje.

– Wywieśmy białą flagę – zaproponował Lis.

– Mamy się poddać? Czyś ty na głowę upadł?

– I zaatakujemy, kiedy będą się tego najmniej spodziewać.

– To niezbyt honorowe – wtrącił Wilk.

– Coraz bardziej się przekonuję, że w polityce i na wojnie nie ma miejsca na honor. Nie może być – teraz, w oddali, spostrzegła coś, co mogło ułatwić im plany. – Dobra, niech będzie. A teraz słuchajcie, czasu niedużo, ale może nam się udać.

Słuchali planu w skupieniu.

 

– Skąd weźmiemy białą flagę? – dopytywał się Lis.

– Dawaj koszulę.

– Jest szara.

– Wystarczy. Wilku, zatknij tę szmatę…

– Wypraszam sobie! To moja najlepsza koszula wyjściowa.

– …I zatknij ją na karabin. Wychodzimy.

Ogień zaporowy umilkł gdy tylko Rosjanie dojrzeli powiewającą imitację flagi. Paru z nich nawet krzyknęło z tryumfem, gdy trójka Polaków wyszła zza ukrycia z pistoletami podniesionymi w górę.

– Zapamiętajcie ich pozycje, nie będzie drugiej szansy, ja biorę elegancika w meloniku.

Rosjanie wyszli na środek platformy, na odkryty teren, potrząsając karabinami, ciesząc się ze swego zwycięstwa. Elegancik, jak go nazwała, także wyszedł zza działka ale jemu śmiech spełzł z ust nadzwyczaj szybko jak tylko zobaczył, że wjeżdżają do tunelu.

– Teraz! – na komendę Dzierzby, w momencie, gdy wjechali w mrok, Polacy upadli na deski, ostrzeliwując nieprzygotowanych carskich żołnierzy.

 

Opór był mierny a spanikowani Rosjanie padali od kul niczym rodzina Hioba z rąk Boga. Gdy pociąg wyjechał z tunelu Polacy, wystrzeliwszy się z naboi, dobyli szabel i ruszyli z okrzykiem na zagubionego wroga. Dzierzba podniosła Mizery i opuściła miecz na najemnika, który zasłonił się jedynie ręką, ta jednak zablokowała cios! Sztyletniczka domyśliła się w lot, że pół Azjata ma sztuczną dłoń z metalu a jakiś rodzaj izolatora nie pozwalał na powalenie go ładunkiem elektrycznym.

Gdy najemnik zobaczył ostatniego Rosjanina padającego bez tchu, nie przestraszył się i nie spanikował. Przesunął palcami po sztucznej dłoni z której niespodziewanie buchnął strumień ognia, oblewając spód sukni Dzierzby. Wiedząc, że nic tu już nie wskóra, wyskoczył z platformy wprost na pokryte delikatnym puchem śnieżnym pole, rozciągające się wokół torów, i tyle go widzieli.

Wilk i Lis dopadli Dzierzby gasząc płomienie własnymi koszulami, parząc się w dłonie, ona sama odkrajała palące się fragmenty bagnetem, który wyrwała z karabinu Wilka. W końcu, z nogami odsłoniętymi po uda, ogień został na niej ugaszony a obaj bojownicy mogli podziwiać więcej, niż dane by im było zobaczyć bez opłaty u obcej kobiety. Teraz przestali myśleć o niej jak o żołnierzu i kompanie z placu boju, ale jak o ponętnej i zgrabnej kobiecie. Dostrzegła ich płomienne spojrzenia i zarumieniła się zdziwiona, jak bardzo jej się to podoba. Kiedy ostatnio zaznała mężczyzny? Zbyt dawno temu. Poczuła, że jeden z nich to za mało, by ugasić pragnienie, jakie się w niej obudziło. Niewiele jest rzeczy, które potrafią pobudzić równie intensywnie, jak otarcie się o śmierć.

 

Generał przeczuwał, że wszystko wzięło w łeb. Żołdacy z jego osobistej obstawy spoglądali z obawą to na siebie, to na wejście do wagonu, w którym się znajdowali.

– Nie obawiajcie się. Dziś los zdecyduje o naszym przeznaczeniu. Za cara! Za mateczkę Rossiję!

 

Wilk zasiadł za działkiem Gatlinga-Baranowskiego (wygrał z Lisem w marynarza prawa do jego obsługi) i wystrzelił długą serię w ostatni z wagonów, celując wysoko. Kule, śmigając po skosie, przechodziły przez ścianę i rozrywały dach od środka.

– Nie strzelać! Nie strzelać! – rozległy się głosy ze środka.

Gdy ostrzał umilkł Rosjanie, z podniesionymi w górę rękoma, wyszli z wagonu. Domajski także wypadł i schował się za Dzierzbą.

– Co im powiedziałeś?

– Pytali się o Włocha. O nas nic im nie powiedziałem.

Nie zdążyłeś, pomyślała z satysfakcją i odrobiną skrytej pogardy. Wielką dumę poczuła, gdy rosyjski generał stanął przed nią, składając w jej dłonie swój miecz na znak poddania.

– Pierwszy raz widzę kobietę dowodzącą.

– I co pan jenerał na to powie?

– Ja tam burdelu z wojska zrobić nie pozwolę.

Pozostałych przy życiu Rosjan wpakowali do ostatniego wagonu i odczepili go. Zabicie generała byłoby nierozsądne i przyniosłoby więcej szkód niż pożytku. Co on sam powie carowi, to się okaże, chociaż poprzysiągł, że całą winę zrzuci na kozaków, a Dzierzba podejrzewała, że nie wspomni o roli Polaków. Za bardzo nami gardzi by przyznać się, kto go pokonał, pomyślała. Pod polską granicą zostawią pociąg i przez granicę przejdą pieszo.

 

– Sprawa ukraińska jest więc stracona? – spytał Lis, rozsiadając się wygodnie w fotelu wagonu ambasadorskiego.

– Niekoniecznie – zaprzeczył Domajski, nalewając sobie brandy. – Skoropadski to był zaledwie jeden z atamanów, jakich braliśmy pod uwagę. Są inni, szczerze nam przyjaźni. Ukraina zawsze była w rejonie naszych wpływów, nie ma wolnej Ukrainy bez Polski, ani dziś ani nigdy. Pytanie, jak poszło naszym odpowiednikom na Litwie i Białorusi. Druga Unia Horodelska ma szansę jeszcze zaistnieć, kto wie, może dołączymy jeszcze inne narody, powiedzmy Łotyszów, Rumunów, może Czechów i Finów. Stworzylibyśmy Federację Międzymorską! 

…Co więcej, plotki głoszą o rozmowach z Japonią i Chinami o utworzeniu drugiego frontu gdy już wybuchnie otwarty konflikt z Rosją. To, co przeszliśmy na stepach, to zaledwie potknięcie.

– W takim razie, za przyszłość – Dzierzba wzniosła toast, spoglądając wymownie na żołnierzy. – A was obu zapraszam do jakiegoś zacisznego pokoiku, hm… porozmawiamy… o waszej rekrutacji w szeregi sztyletników.

– Za przyszłość – podjęli obaj.

Koniec

Komentarze

Wilk z Lisem wsiedli do lokomotywy. Potem walczą ramię w ramię z Dzieżbą. To kto prowadzi pociąg?

Zaczytałem się…

JakubSik

Mimo szczerych chęci, niestety, nie dałem rady. Nie zainteresował mnie ten tekst.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

I tu też opowiadanie zamiast fragmentu.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka