- Opowiadanie: Michal Krupa - Ja jestem tobą, a ty mną

Ja jestem tobą, a ty mną

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ja jestem tobą, a ty mną

 

Siedząc na ławce pod blokiem obserwowałem śmieciarkę, która z hałasem budzącym nowy, szary dzień, zabierała to, co my mieszkańcy uznaliśmy za niegodne naszej uwagi. Wielki, zużyty Star połykał worki jak jakiś potwór żywiący się naszymi odpadami. Była wczesna godzina, coś około siódmej. Dla mnie pora, by położyć się spać i nabrać sił, dla innych czas, by rozpocząć dzień walki o przetrwanie.

Miałem podły nastrój. Nie tylko dlatego, że miałem kaca i zero kasy w kieszeni. Taki stan pojawił się już jakiś czas temu i każdego dnia było tylko gorzej. Wczorajszej nocy nawet nie śmiałem się, chciałem jedynie zalać się w trupa winem na jakie było mnie stać. Gdy doszedłem do punktu, że odlot zaczynał nabierać tempa wino skończyło się a reszta chłopaków też była już wysuszona. Byłem zły. Na wszystko. Na siebie, kumpli, osiedle, miasto i świat. Usiadłem na ławce przed wejściem do klatki w której na piątym piętrze mieszkałem w trzypokojowym mieszkaniu z rodzicami i młodszą siostrą. Nie chciałem tam jeszcze wchodzić, jeszcze nie teraz. Ojciec na pewno szykuje się do pracy a matka robi mu jak co dzień śniadanie i wysłuchuje jego przekleństw. Może nawet dostała już w twarz? Nie chcę na to patrzeć. Nie chcę patrzeć nawet na siostrę, która w wieku piętnastu lat, zarabiała już jako osiedlowa dziwka za dziesięć złoty.

Dlatego patrzyłem na śmieciarkę. Było to zdecydowanie lepsze od obserwowania nowych kup na trawniku pozostawionych przez wszechobecne psy. Jestem takim workiem na śmieci. Kupionym za dwadzieścia groszy, czarnym kawałkiem plastiku, którego napełnia się odpadami, a potem wyrzuca do kubła. Nawet nie myślisz o czymś takim. Tak już jest prawda? Ja zbieram w sobie wszelkie odpady tego świata. Durne reklamy w telewizji, promocje, fałszywe miłosierdzie przesiąknięte jadem i zazdrością bijące z kościoła, promocje trzy za dwa… Cały świat napełnia mnie tym wszystkim patrząc tylko ile jeszcze miejsca zostało. A ile go zostało? Mam taki wisielczy humor, że teraz, właśnie w tej chwili, sądzę, że mam w sobie gówna po usta. Nie wytrzymam tego. Tego czekania, aż znajdę się w śmieciarce, a potem Bóg wie, gdzie dalej. No, bo co właściwie robi się z tym później? Wysypisko, to wie nawet dzieciak, ale co na wysypisku? Palą? Zakopują? Sortują? Niby jesteśmy w Unii, więc jakaś tam sortownia powinna być, ale co z takim workiem pełnym syfu jak ja? Lepiej chyba było patrzeć na te nowe psie gówna, bo teraz to już sam nie wiem… Worek na śmieci… dobre! Czemu nie ptak na gałęzi? Wolny, nieobecny w swojej obecności. Obserwator zgniłego i zepsutego świata. W każdej chwili może odlecieć tam gdzie go skrzydła i ochota poniesie. Na przykład do lasu, albo nad morze. Nigdy nie byłem nad morzem. Podobno fajny widok, a gorący piasek przyjemnie grzeje stopy. Jeden kumpel opowiadał, że można z takiego piasku uformować coś jakby leżak, czy jakby taką leżankę, na której kładzie się ręcznik kąpielowy. Potem tyłkiem i ramionami dogniatasz nierówności i już można w komforcie obserwować panienki kręcące się dookoła. Podobno… Taki ptak może polecieć gdzie tylko chce. Serio! Ja niestety jestem przykuty kajdanami do tego miejsca i do tego osiedla. I do kasy z bezrobocia. I do mojego pokoju w tym pieprzonym, trzypokojowym mieszkaniu. Mam dość. Niech się to wreszcie skończy! Niech napełnią mnie do końca śmieciami i wyrzucą. Przynajmniej dowiem się, co dzieje się później z takim nic jak ja i wielu mi podobnych.

Nie mam zawodu. Nie ukończyłem nawet zawodówki. Jestem cieniem tych, którzy zasuwawają codziennie do pracy za marne grosze. Ja dostaję co miesiąc jeszcze mniej, oddając większość matce na utrzymanie. Gdybym się postarał to może moja reszta z wypłaty starczyłaby na dwa większe zachlania w miesiącu winami typu jabol. Ja jednak chcę poczuć przynajmniej przez ułamek sekundy, że żyję i że stać mnie. Dlatego, gdy dostaję bezrobocie i rozliczę się z domową księgową, idę od razu do sklepu spożywczego i kupuję najtańszą wódkę. Tak! Pół litra normalnej wódki polskiej. Piję ją na czysto, z butelki, najczęściej na ławce obok placu zabaw dla dzieci. Tam grzeje słoneczko i przez to szybciej bierze a o branie przecież w tym chodzi. O odlot i zapomnienie. Ucieczkę z tego miejsca i czasu. Przynajmniej ten jeden raz w miesiącu. Znaleźć się tam, gdzie inni nie mają dostępu.

Dzisiaj jednak to nie ten dzień. Wczoraj znalazłem trochę pustych butelek i mogłem sobie pozwolić na dwa wina Eldorado. Za mało, by odpłynąć i obudzić się z bólem głowy w nieznanym miejscu. Dzisiaj siedzę tu, na znanej mi dobrze ławce i czekam, aż mój ojciec wyjdzie do pracy. Potem matka, jak co dzień, pójdzie do osiedlowego kościoła na poranną mszę. Zostawi na tacy parę złotych, wyspowiada się, potem wejdzie do spożywczego i kupi jakieś odpady z odpadów na obiad. Gdy wróci ja zapewne będę już spać. Usłyszę ją jak zawsze, ale nie wstanę. Przewrócę się jedynie na drugi bok i zamknę oczy próbując zasnąć. Zasnąć na zawsze.

Śmieciarka odjechała, a ja prawie przysnąłem na ławce. Oczy ciężkie i przekrwione ze zmęczenia i niedopicia. Gdybym tak mógł być na rauszu cały czas… byłbym chyba najszczęśliwszym człowiekiem na tym osiedlu. Bo nikt mnie nie przekona, że ci wszyscy, w tych betonowych klatkach dla królików, są szczęśliwi w tym swoim zasranym życiu. OK, zgodzę się, że mają marzenia, snują plany oparte na kredytach bankowych, ale czy wstają rano i cieszą się na budzący, nowy dzień? Nie ma takiej opcji! Moi rodzice… temat rzeka. Dyskutowali, na przykład przez wiele dni, zakup nowej meblościanki do pokoju gościnnego. Gościnnego… dobre sobie! Tak go nazwali, ale od zawsze służył im jako jadalnia w ciągu dnia i sypialnia w nocy. Ojciec na jednej rozkładanej kanapie a matka na drugiej. Kupili w końcu coś, co stało się tematem wzruszeń i zachwytów przez przynajmniej dwa tygodnie. Potem, gdy nadszedł czas spłaty pierwszej raty, ojciec nie był już tak skory do radości. Przeklinał jak szewc, a matka miała przynajmniej powody do prawdziwej spowiedzi.

No wreszcie! Ojciec wychodzi do pracy. Jak w zegarku. Siedzę naprzeciwko klatki schodowej i jestem pewny, że nawet mnie nie zauważy. W końcu jestem tylko jego niespełnieniem marzeń. Nic poza tym. Mógłbym tańczyć kankana na golasa, a on i tak, by na mnie nie spojrzał. Ja jednak obserwowałem go, czekając na to, że nasze oczy się spotkają. Byłem ciekaw, co w nich wyczytam. Pogardę? Nienawiść? Zawiedzenie? Wszystko lepsze od nicości, od traktowania mnie jak zwykłego worka na śmieci. Nie spojrzał na mnie. Wiedział, że ten na ławce to ja, jego syn. To coś zrodzone w bólach jego żony. To coś, które pojawiło się na tym świecie w wyniku jego alkoholowej chęci zaspokojenia seksualnej potrzeby. Nie jestem niczym więcej. Workiem, do którego wrzuca się odpady i śmieci zwykłego życia.

Tak, jak prawie co dzień obudziłem się, gdy matka weszła do domu po porannej mszy i zakupach w osiedlowym sklepie spożywczym. Tak, jak prawie co dzień przewróciłem się na drugi bok i próbowałem zasnąć jeszcze na chwilę. Tak do dwunastej na przykład. Tak, jak prawie co dzień nie udało mi się i tak jak prawie co dzień wstałem z bólem głowy i kapciem w ustach. Pierwszym celem mojego rozpoczynającego się dnia była łazienka. Rzadko brałem prysznic. Nie dlatego, że tego nie lubiłem, ale dlatego, że trzeba był zawsze oszczędzać wodę, tym bardziej ciepłą. Zboczenie ojca pod tym względem sięgało zenitu. Żółte zostawiamy, brązowe spłukujemy. Główna i najważniejsza zasada naszego domu. Druga zasada brzmiała. Kąpiel w niedzielę przed mszą. Najpierw matka, potem ojciec, siostra i ja na końcu. Rzadko wchodziłem do tej wanny. Odrzucał mnie przede wszystkim osad na ściankach wanny. Dzisiaj jednak miałem w dupie zasady panujące w moim królestwie. Wszedłem do łazienki odkręciłem ciepłą wodę i rozebrałem się. Czekałem jeszcze chwilę, by woda była naprawdę gorąca i wszedłem do wanny. Chwyciłem rączkę od prysznica i zmoczyłem głowę. Gorąca woda zalała całe moje ciało, a para opanowała łazienkę. Doznanie warte dostania po dupie pasem wkurzonego ojca. Ta chwila nie trwała jednak długo. Matka najpierw nieśmiało, potem zdecydowanie zapukała do drzwi.

– Karol! Wyłącz wodę! Ile można się kąpać w zwykły dzień? Wychodź już! Śniadanie masz na stole.

Posłuchałem, bo wiedziałem, że gdybym ją zignorował , pukania i walenia w drzwi nie byłoby końca. Ubrałem się i wyszedłem kierując się do jadalni. Na stole leżał talerz z jajecznicą, a obok niego szklanka z gorącą herbatą. Bez słowa zacząłem przeżuwać jajecznicę. Puchła mi w ustach i nie dawała się przełknąć. Ile bym dał za takiego hamburgera z Mac Donalda. Kiedyś jadłem to cudo. Niebo w gębie! Do tego papierowy woreczek z frytkami i tyle keczupu ile dasz radę zjeść.

Matka dosiadła się do stołu i przez chwilę nic nie mówiła. Wiedziałem, że jest to jedynie taki wstęp, taka gra wstępna rodziców wobec ich dzieci.

– Co będziesz dzisiaj robić? Zapytała tak niby beztrosko, ale z dobrze ugruntowanym podtekstem.

– Spróbuję znaleźć jakąś pracę. Odpowiedziałem tak jak tego oczekiwała.

– Pójdziemy najpierw do kościoła. Poprosimy o wstawiennictwo i wtedy na pewno coś znajdziesz.

– Nie mam czasu. Jestem umówiony na rozmowę.

– Ooo! Gdzie?

– A w takiej hurtowni. Może mnie zatrudnią. Kłamałem jak z nut. Nawet nie pamiętam kiedy ta cała gra w szukanie pracy się zaczęła. Nie mam pojęcia czy ona wiedziała, że kłamię, ale zawsze tylko kiwała głową i lekko się uśmiechała dodając chyba sobie otuchy.

Gdy tylko metalowe drzwi klatki schodowej z hukiem zatrzasnęły się za mną, ruszyłem w stronę rzeczki przepływającej obok mojego osiedla. Była to taka nieoficjalna granica, której starałem się nie przekraczać. Za nią były już tylko pola i nieużytki, oraz ukryte w krzakach meliny starszych ode mnie worków na śmieci. W tak piękny letni dzień jak dzisiaj lubiłem przesiadywać w moim miejscu. Moim, tak je nazywałem, ale prawdę mówiąc było to miejsce nocnych imprez moich znajomych. Z biegiem czasu naznosiliśmy w to miejsce wiele różnych klamotów. Każdy z nas miał swoje stałe siedzisko. Ja znalazłem dawno temu stary, samochodowy fotel. Był zniszczony i podarty, ale nadal wygodny. Ustawiłem go centralnie naprzeciw przepływającej rzeczki. Nawet miejsce na ognisko obłożyliśmy kamieniami zebranymi na polu, by jakiegoś pożaru nie wzniecić po pijaku. Spotykaliśmy się tutaj najczęściej wieczorami, dlatego idąc tam byłem przekonany, że siadając na moim fotelu będę sam. Sam, bez nawet jednej butelki wina. Tam, gdzie kończył się asfalt a zaczynała ścieżka prowadząca w gęste krzaki, znalazłem na ziemi wymiętolony banknot dwudziestozłotowy. Podniosłem go, wyprostowałem i przyjrzałem się mu podejrzliwie. Taka fortuna nie może sobie tak po prostu leżeć na ziemi. Albo znalazłem zeskanowaną podróbkę, którą bawiły się dzieciaki, albo mam dzisiaj więcej szczęścia niż myślałem. Obejrzałem banknot jeszcze raz z każdej strony i stwierdziłem, że mam powód by zawrócić do spożywczaka. Duży, przynajmniej dwubutelkowy powód.

W sklepie poprosiłem o dwa Eldorado i podałem niepewnie znaleziony banknot. Sprzedawca nawet go nie obejrzał. Wydał resztę i już patrzył na następnego klienta. Zabrałem to co moje i poszedłem nad rzeczkę z mocnym postanowieniem by bardziej rozglądać się dookoła siebie. Kto wie, obok ilu takich skarbów przeszedłem patrząc w nicość przede mną.

Rozsiadłem się w moim fotelu. Panowała cisza i jedyne, co ją zakłócało to szum przepływającej wody. Z odkorkowaniem pierwszej butelki nie spieszyłem się. Nie jestem jakimś alkoholikiem, któremu trzęsą się ręce na sam widok alkoholu. Ja piję by zapomnieć, by zasnąć. W tej jednak chwili nie pragnąłem tego. Trzeba zastanowić się nad sobą i nad tym beznadziejnym życiem. Patrzyłem jak zahipnotyzowany w wodę. Ta to ma dobrze. Płynie sobie, potem wpada do większej rzeki, potem do jeszcze większej, a na końcu do morza.

– Cześć.

Obcy głos wyrwał mnie z mojego prywatnego zamyślenia. Był to kobiecy głos. Obejrzałem się w stronę, z której dobiegł. Faktycznie była to kobieta. Starsza ode mnie, lub bardziej zniszczona od swoich rówieśniczek. Atrakcyjności nie dodawał jej także ubiór. Wszystko co miała na sobie wyglądało jakby przed chwilą zostało wyciągnięte ze śmietnika. Spodnie za duże, ściśnięte jakimś paskiem, na bluzce z wystającym kawałkiem napisu „lov”, zarzuconą miała górę od dresu sportowego w kolorze złamanego fioletu. Owa nieznajoma uśmiechała się jednak do mnie i stwarzała wrażenie pokojowo nastawionej. Spojrzałem na butelki wina i zrozumiałem. Ma ochotę na parę łyków.

– Nie bój się, nie chcę twojego wina.

– Nie boję się, bo i tak bym ci nie dał.

Zaśmiała się i spojrzała mi w oczy. Była na swój sposób ładna. Pociągła twarz z pięknymi ustami, choć bardzo wysuszonymi wargami, oczy koloru węgla podobnie jak włosy, które zakręcały się lekko, docierając swymi końcówkami do fioletowego dresu. Ta część była prawdziwie kobieca. Zaniedbana, ale wciąż kobieca.

– Jestem Agnieszka, a ty?

– Karol. Mieszkam na tym osiedlu. Jesteś tu nowa? Nigdy cię nie spotkałem.

– Nie. Można by powiedzieć, że jestem przejazdem.

– Przejazdem? Zainteresowałem się, bo według mnie, należała do tej samej kategorii ludzi co ja.

– Tak, sama nawet nie wiem jak trafiłam w to miejsce. To musiało być przeznaczenie. Szłam sobie przed siebie i znalazłam w to piękne miejsce. Potem zobaczyłam ciebie i pomyślałam, że się przywitam.

– Tak jak już powiedziałem, jestem Karol. Napijesz się?

– W zasadzie to nie pijam alkoholu, a tym bardziej o tak wczesnej porze. Nie, nie dziękuję.

– Jak chcesz, ale ja mogę?

– Oczywiście, że tak! Jesteś przecież u siebie głuptasie!

Głuptasie? Nikt jeszcze mnie tak nie nazwał. Nawet matka. To było nawet miłe i chyba zmieniłem kolor twarzy na czerwony.

– Czerwienisz się? Wypij łyka, to ci pomoże.

Zrobiłem, co powiedziała i spojrzałem na mojego gościa.

– To znaczy, co ty właściwie robisz Agnieszko?

– To, co powiedziałam. Gdy dowiedziałam się o TYM postanowiłam zobaczyć jak najwięcej się. I tak, już od jakiegoś czasu jestem ciągle w drodze. Rzadko zatrzymuję się w jednym miejscu dłużej niż na dwa dni. Szkoda czasu. A ty? Co ty właściwie robisz? Normalni ludzie są najczęściej w pracy o tej porze. Przynajmniej nie piją wina na brzegu rzeczki.

– Sam nie wiem, co mam ci odpowiedzieć. Mieszkam tu, nie pracuję i czekam.

– Na co czekasz?

– Aż się zapełnię śmieciami i wyląduje na wysypisku. Egzystuję mała, dzień za dniem, żyjąc w tym betonowym getcie.

– Nie mów tak. Życie jest zbyt piękne, by czekać tak po prostu na śmierć.

– Co ty? Do kółka różańcowego należysz? Wiem! Jesteś od Świadków Jehowych albo innej sekty? Jesteś jedną z tych, co robią ludziom wodę z mózgu i werbują do tych swoich obozów, w których frajerzy myśląc, że pracują w imię Boga tak naprawdę zasuwają dla swojego mega guru i na jego następne mercedesy.

– Nie, nie jestem nikim takim. Jestem wolnym człowiekiem i do nikogo nie należę. Skończyłam z tym. Nie mam nawet dowodu osobistego. Ja po prostu nie istnieję, znaczy się w sensie technicznym.

– No, a z czego żyjesz? Przecież musisz coś jeść, gdzieś przenocować, lub przynajmniej zimą znaleźć schronienie. Nie ma życia bez pieniędzy.

– Nawet nie wiesz jacy ludzie potrafią być dobrzy jeżeli ty też jesteś dobry i szczery.

– Ciekawe to co mówisz, ale dla mnie to jest żebractwo. Powiedziałaś, że gdy się o TYM dowiedziałam… Co miałaś na myśli?

– Nie znamy się na tyle dobrze, bym mogła zdradzać ci moje sekrety. Nawet taki żebrak jak ja ma prawo do prywatności.

– Przepraszam, jeżeli cię uraziłem. Nie to miałem na myśli.

– A co?

– Po prostu nie mieści mi się w głowie, że można włóczyć się po świecie bez celu i pieniędzy, bez zabezpieczenia swoich najważniejszych potrzeb. Na przykład, co będziesz dzisiaj jadła na obiad?

Agnieszka uśmiechnęła się i powiedziała bardzo, ale to bardzo tajemniczo.

– Choć, zapraszam cię na obiad.

– Serio? Ale ja nie jestem głodny.

– Choć, nie bój się i tak miałam coś przekąsić.

Agnieszka wstała i skierowała się ścieżką w stronę osiedla. Iść za nią? Zostać tu? W sumie co mi szkodzi? Przynajmniej będę miał, o czym opowiadać chłopakom wieczorem.

Agnieszka szła w milczeniu i gdy doszliśmy do chodnika, zrównałem się z nią.

– Jeżeli myślisz, że dzięki swojej dobroci ktoś, tak po prostu, zaprosi cię na obiad, to jesteś w błędzie. Stawiam nieotwartą butelkę Eldorado, że nikt a nikt nie będzie chciał nawet z tobą rozmawiać.

– Zakład przyjęty. I uśmiechnęła się figlarnie.

Kluczyliśmy między blokami jeszcze przez dobrą chwilę. Agnieszka, co jakiś czas zatrzymywała się i jakby próbowała wywąchać coś w powietrzu. Gdy przechodziliśmy obok mojej klatki schodowej miałem nawet na końcu języka, by powiedzieć jej, że ma przestać się wygłupiać i jak jest głodna to moja matka jej coś da, ale odpuściłem. Przełknąłem moje słowa i cierpliwie maszerowałem obok niej. Wreszcie stanęliśmy przed barem „U Kacpra”. Kiedyś był to zwykły bar mleczny i serwowali naprawdę dobre obiady, ale gdy system runął, lokal został sprzedany i od tego czasu rządzi tu Pan Kacper. Niezły sukinsyn i sknera, ale podobno daje dobrze zjeść. Jeżeli Agnieszka planuje poprosić go o trochę darmowego jedzenia to ubaw będzie po pachy. Wyjąłem nawet moją komórkę z aparatem fotograficznym, by zrobić parę pamiątkowych zdjęć. A tak! Mam komórkę! Agnieszka spojrzała na mnie dziarsko i powiedziała:

– No to patrz.

Weszła do środka a ja jak piesek na smyczy za nią.

– Czym mogę służyć? Zapytał Kacper, ale z jego miny i tonu można było od razu wyczytać chłodne a nawet wrogie nastawienie.

– Proszę Pana. Nie mam pieniędzy….

– To nie moja sprawa. Nie ma pieniędzy nie ma jedzenia. Wypad stąd, bo wezwę Policję!

Zabawa zaczynała się rozkręcać. Robiło się coraz bardziej ciekawie. No i co teraz zrobisz „dobra” kobieto? Zadałem pytanie w swojej głowie.

– Mam propozycję. Posprzątamy Panu na zapleczu, pomyjemy brudne naczynia, wyrzucimy śmieci, a Pan pozwoli nam ugotować sobie coś do zjedzenia z resztek, które ma pan do wyrzucenia. Nie chcemy nic za darmo i nie chcemy żadnych świeżych produktów. Tylko to, co znajdziemy w koszach.

Pan Kacper zaniemówił. Takiego obrotu sprawy nie spodziewał się. Stał z otwartą gębą patrząc na Agnieszkę. W końcu odpowiedział:

– No dobra. Jest trochę do posprzątania, ale jak zobaczę, że coś kradniecie to od razu dzwonię na Policję i jeszcze wpierdol spuszczę.

– Nic nie ukradniemy. My chcemy tylko zarobić na Pana śmieci.

– No dobra, zaczynajcie. Podniósł blat wpuszczając nas na zaplecze.

– Zaraz, zaraz… ja ciebie znam! Ty mieszkasz na tym osiedlu, prawda?

– Tak mieszkam, ale teraz jestem z nią. Też jestem głodny. Odpowiedziałem jak zwykle kłamiąc w takich sytuacjach.

– Dobra, to tak, najpierw wywalcie te wszystkie śmieci, potem…

– Możemy tylko wystawić te worki na zewnątrz? Pamięta chyba Pan o umowie? Mieliśmy znaleźć w nich coś do zjedzenia i przygotować ciepły posiłek.

– Dobra, dobra… Wyszorujcie gary, potem pomyjcie wszystkie półki i na końcu podłogę. Jak już wybierzecie, co tak chcecie ze śmieci to wywalcie resztę do tego tam kubła.

Pan Kacper stał jeszcze przez chwilę i patrzył na nas nie dowierzając chyba, jakich znalazł sobie frajerów. Wysprzątać cały lokal za resztki jedzenia ze śmieci?! Ja sam w to nawet nie wierzyłem. Po chwili zostaliśmy sami na zapleczu baru. Pan Kacper zabrał się za obsługę nowych klientów.

– Agnieszko, co ja tu robię?! Obiad to ja mam proszę cię w domu! Nie muszę tu zasuwać za byle ochłapy.

– Karol, ty właśnie zarabiasz na posiłek. Nic nie mów tylko uwiń się z pracą jak najszybciej.

Teraz nie podobała mi się już ta zabawa. Zamiast wygrzewać się w słoneczku popijając winko, sprzątam bar „U Kacpra”. To jest jakieś chore. A jak nie daj Boże, zobaczy mnie z mopem jakiś kumpel, to będę musiał się wyprowadzić z osiedla. Życie między blokami jest twarde i brutalne a ja byłem jego częścią. Gdy skończyliśmy Agnieszka bez słowa podeszła do wielkich, czarnych worków wystawionych na zewnątrz koło tylnego wyjścia. Zaczęła je przeglądać wyjmując kawałki kapusty, nadgniłe marchewki, prawie puste pojemniki po musztardzie i majonezie. Znalazła nawet dwie kiełbasy śląskie w oryginalnym, nienaruszonym opakowaniu. Jedynie data ważności biła po oczach. Moich oczach, bo oczy mojej wspólniczki zaiskrzyły.

– No Karol! To zrobimy sobie ucztę!

Z pełną reklamówką wybranych produktów prawie nadających się do spożycia, Agnieszka dziarskim krokiem weszła do serca baru. Tam Kacper przypiekał właśnie schabowego. Spojrzał na nas i powiedział.

– Skończyliście? Spojrzał na nas, a potem na reklamówkę – Znaleźliście coś tam do zjedzenia? A właściwie to poczekajcie. Podam tylko obiad klientowi i ocenię waszą pracę, zgoda?

Podanie posiłku zajęło mu raptem pięć minut. Przeszedł przez zaplecze, popatrzył na półki i podłogę. Po czym powiedział jak szef i władca tego kawałka ziemi.

– Dobra. Nie mam zastrzeżeń. Wywiązaliście się z umowy. Kuchnia jest wasza. Albo zaraz. Poczekajcie. Wiecie co? Nie znam tak uczciwych i pracowitych ludzi jak wy dwoje. Każdy tylko chce brać nic nie dając w zamian. Siadajcie przy stole, a ja wam zaserwuję obiad którego nigdy nie zapomnicie!

– I co? Agnieszka zaczepnie spojrzała na mnie gdy szliśmy z pełnymi brzuchami wzdłuż mojego bloku.

– Proszę. Oto wygrana. Wyciągnąłem rękę podając jej butelkę Eldorado. Żal był, ale zakład to zakład.

Miałem nadzieję, że odmówi, że wino jednak pozostanie przy mnie. Tak się jednak nie stało. Agnieszka chętnie chwyciła butelkę, a potem roztrzaskała ją o ziemię.

– Co ty robisz?! Zapytałem, choć i tak było już za późno na naprawę szkody.

– Wino moje, więc robię z nim, co chcę. Problem?

– Nie. A właściwie, to czemu idziesz ze mną?

– Nie idę z tobą. Idę tylko w tym samym kierunku, co ty.

– Nie rozumiem…

– Karol, czy ty naprawdę chcesz zobaczyć morze?

– A skąd ty wiesz, że tego pragnę?

– Karol…JA jestem tobą. Znam ciebie lepiej niż ty sam. Wiem, że podziwiasz ptaki, że bardzo nisko siebie cenisz i nie widzisz drogi wyjścia z tej sytuacji. Straciłeś ufność do ludzi, o dobrym sercu i bezinteresowności nie wspominając.

– Ty jesteś mną?

– Tak. Ja jestem tobą, a ty mną. Rozumiesz?

– Nie rozumiem.

– Choć ze mną nad morze, a gdy wrócisz, będziesz już innym człowiekiem. Uwierz mi.

– Nie mogę tak po prostu odejść. Tu mieszkam, tu mam rodzinę, kumpli, poza tym musiałbym się spakować i…

– Nic nie musisz. Wrócisz tu, a oni wszyscy będą na ciebie czekać. Pokażę ci kim naprawdę jesteś.

– Nie wiem dlaczego, ale mam ochotę to zrobić. Kim ty jesteś? Czarownicą?

Odpowiedział mi jedynie jej uśmiech. To szalone, ale czuję, że Agnieszka mówi prawdę i chce tylko mojego dobra. Czemu nie? Czemu nie zaryzykować? W końcu jestem nikim.

– No to prowadź nad to morze. Niech zacznie się przygoda, albo koszmar. To zależy od ciebie.

Szliśmy obok siebie w kierunku słońca. Nie rozmawialiśmy. Na to będzie jeszcze sporo czasu. Odwróciłem się jeszcze raz, by pożegnać się z moim przeklętym światem. Zza krzaków mogłem dostrzec jedynie szczyty wieżowców. Z czym mam się niby żegnać? Przecież tu wrócę. Nie wiem kiedy, ale wrócę. Mówiąc te słowa w głowie spostrzegłem, że obok mojego cienia nie ma drugiego. Idę sam, czy Agnieszka go nie rzuca na ziemię? Nie zatrzymałem się jednak, ani też nie pokazałem, że mnie to martwi. Zamiast tego uśmiechnąłem się szczerze do Agnieszki. Tak prawdziwie i ciepło jak nigdy do tej chwili.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Siedząc na ławce pod blokiem [+,] obserwowałem śmieciarkę, która z hałasem budzącym nowy, szary dzień, zabierała to, co my mieszkańcy uznaliśmy za niegodne naszej uwagi.

 

Usiadłem na ławce przed wejściem do klatki [+,] w której na piątym piętrze mieszkałem w trzypokojowym mieszkaniu z rodzicami i młodszą siostrą.

 

Dlatego, gdy dostaję bezrobocie [zasiłek?] i rozliczę się z domową księgową, idę od razu do sklepu spożywczego i kupuję najtańszą wódkę.

 

Jest tego dużo więcej, przestałem jednak notować, bo… wciągnąłem się! Cholera, popełniasz masę błędów, powtórzeń, interpunkcja leży, źle zapisujesz dialogi – ale, tak całkiem szczerze, kompletnie zatraciłem się w opowiedzianej przez Ciebie historii. Co więcej – szybko obdarzyłem bohatera ogromną sympatią, do samego końca lektury towarzyszyło mi zaś niepokojące uczucie spoglądania w lustro – zupełne jakbym czytał kartkę z własnego pamiętnika!

Niewiele tu akcji, kwintesencję opowiadania stanowi strumień świadomości, co – moim zdaniem – wychodzi mu na plus. Końcówka nie zaskakuje, niemniej – jak zapowiedziałeś we wstępie – ma w sobie coś magicznego.

Krótko: warsztat do doszlifowania, poza tym – podobało mi się. Nawet bardzo :)

Dziękuję i pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Jeszcze jedno…

Zmieniłbym tytuł – za dużo zdradza.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Przeczytałem. Mimo wielu potknięć podobało się. Tylko fantastyki naukowej tu nie ma ani za złotówkę. To obyczajowe opowiadanie z nutką nieokreślonej fantastyki. Ale literacko, moim zdaniem, nienajgorsze. Z tym puszczaniem się siostry za dziesięć złotych, to niepotrzebna, efekciarska przesada. Pozdrawiam.

Czego jak czego, ale science-fiction w tym opowiadaniu to nie widzę (chyba, żeby uznać za sf fakt iż osiedlowy winożłop umie posprzątać kuchnię w barze). Początek jest przegadany, za dużo tego użalania się narratora nad własnym życiem, w pewnym momencie stało się to nieco nudne. Zgadzam się z przedpiścą, że robienie z siostry dziwki za 10zł jest zbędne. Hamburger w McDonaldzie + frytki to wydatek rzędu 5 zł, ergo za znalezione 20zł mógłby mieć cztery. Najbardziej jednak mnie w oczy zakłuły dialogi. Ot choćby ten fragment:

“– Sam nie wiem, co mam ci odpowiedzieć. Mieszkam tu, nie pracuję i czekam.

– Na co czekasz?

– Aż się zapełnię śmieciami i wyląduje na wysypisku. Egzystuję mała, dzień za dniem, żyjąc w tym betonowym getcie.“

 

Naprawdę bohater, który nie ukończył żadnej szkoły a za jedyną rozrywkę służy mu alkohol, wyraża się w ten sposób? Żadnych przekleństw, poprawnie skonstruowane zdania, poprawnie użyte słowa jak ‘egzystuję’ czy ‘getto’? Akurat.

Zgodzę się z przedpiścami. Językowo do doszlifowania (na przykład, wołacze oddzielamy przecinkami od reszty zdania), ale mimo to ma swój urok. SF nie ma.

Jeśli po obiedzie szli w stronę słońca, to na zachód, z ewentualnym odchyleniem w stronę południa (raczej) lub północy. A w Polsce do najbliższego morza to na północ. Ale w sumie, Śródziemne też jest przyjemne.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za następne słowa krytyki. Nawet nie wiecie jak bardzo są dla mnie ważne. Dużo tego, patrząc na wszystko, co opublikowałem na stronie. Jednak wasze uwagi nie idą na marne. Pracuję nad moim stylem i doskonalę go dzięki wam. Co do wyboru kategorii, to faktycznie źle trafiłem. Generalnie jest to początek o wiele dłuższej historii o Karolu i Agnieszce. Dalszy ciąg, będący nadal w mojej głowie pod takowy gatunek jak najbardziej się zalicza o czym nie mogliście wiedzieć, za co bardzo przepraszam.

Żeby dostać zasiłek dla bezrobotnych, to co najmniej przez rok trzeba pracować za co najmniej minimalną pensję i mieć odprowadzane składki. Więc bohater coś przez minimum rok musiał robić, a z tekstu wywnioskowałam, że raczej jednak nic.

Początek był niezły – taki pośpieszny, wkurzony, sfrustrowany monolog był w sumie na miejscu. Ale od momentu spotkania z Agnieszką coś zaczęło mi zgrzytać. Bo styl i tempo pozostało takie samo, a mam wrażenie, że narracja jednak powinna się wówczas zmienić. A to dalej szło tak szybko, tak nerwowo. Według mnie, od tego momentu powinieneś nieco zwolnić.

Przeczytałam bez bólu, z zainteresowaniem. Ale chyba zanadto się śpieszyłeś z tym tekstem, bo na dopracowaniu tylko by zyskał.

 

Podoba mi się pomysł. Przeczytałam z przyjemnością, która mogłaby być większa, gdybyś, jak zauważyła to już Bellatrix, zadbał o większą wiarygodność tekstu. Bo na mój gust, Karol, młodzieniec prosty i alkoholiczny, wyraża się zbyt pięknie, potoczyście. Używa słów, które w ustach osiedlowego pijaczka brzmią nienaturalnie. Nie twierdzę, że od razu powinien mówić i kląć jak, nie przymierzając, minister w restauracji, ale przydałoby się nieco gwary ulicznej, trochę jakiegoś slangu. Na pewno wiesz o co mi chodzi.

Poprawek jest niewiele. Nie chciałam by monolog Karola, już zbyt poprawny, stał się poprawny nie do zniesienia. ;-)

Niecierpliwie czekam na dalsze losy Karola i Agnieszki. ;-)

 

 „…czar­nym ka­wał­kiem pla­sti­ku, któ­re­go na­peł­nia się od­pa­da­mi, a potem wy­rzu­ca do kubła”. – Tego worka się napełnia? ;-)  

czar­nym ka­wał­kiem pla­sti­ku, któ­ry na­peł­nia się od­pa­da­mi, a potem wy­rzu­ca do kubła.

 

„Przy­naj­mniej do­wiem się, co dzie­je się póź­niej z takim nic jak ja i wielu mi po­dob­nych”.Przy­naj­mniej do­wiem się, co dzie­je się póź­niej z takim nic jak ja i wielu mnie po­dob­nymi.

 

„W końcu je­stem tylko jego nie­speł­nie­niem ma­rzeń”. – Wolałabym: W końcu je­stem tylko nie­speł­nie­niem jego ma­rzeń.

 

„…pu­ka­nia i wa­le­nia w drzwi nie by­ło­by końca”. – …pu­ka­niu i wa­le­niu w drzwi nie by­ło­by końca.

 

„– Prze­jaz­dem? Za­in­te­re­so­wa­łem się, bo we­dług mnie, na­le­ża­ła do tej samej ka­te­go­rii ludzi co ja”. – Źle zapisujesz dialogi, zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 – Prze­jaz­dem? – Za­in­te­re­so­wa­łem się, bo we­dług mnie, na­le­ża­ła do tej samej ka­te­go­rii ludzi co ja.

 

„Gdy do­wie­dzia­łam się o TYM po­sta­no­wi­łam zo­ba­czyć jak naj­wię­cej się”. – Nie rozumiem. :-(

 

„Wypad stąd, bo wezwę Po­li­cję!”Wypad stąd, bo wezwę po­li­cję!

Ten błąd powtarza się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

 

„Po­sprzą­ta­my Panu na za­ple­czu, po­my­je­my brud­ne na­czy­nia, wy­rzu­ci­my śmie­ci, a Pan po­zwo­li nam ugo­to­wać sobie coś do zje­dze­nia…”Po­sprzą­ta­my panu na za­ple­czu, po­my­je­my brud­ne na­czy­nia, wy­rzu­ci­my śmie­ci, a pan po­zwo­li nam ugo­to­wać sobie coś do zje­dze­nia

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd powtarza się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka