- Opowiadanie: Werwena - Lio i Król

Lio i Król

Może bardziej baśń, opowiastka niż opowiadanie. Serdecznie zapraszam do przeczytania. Wszystkie wrażenia, sugestie i komentarze będą bardzo, bardzo cenne.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Lio i Król

 

Zaraz po tym, jak statki uniosły się w powietrze, a ich złociste światła zamigotały ponad miastem i zniknęły na nocnym niebie, Lio i Król zostali ostatnimi ludźmi na świecie.

Przynajmniej na tym świecie, który dotąd znali.

Lio wciąż jeszcze potrafiła przywołać wspomnienie poprzedniego razu, kiedy uciekała przed zagładą. Siedziała wtedy na śliskim pokładzie, zatopiona w wełnianym kocu jak w bezpiecznym kokonie, z rękoma oplecionymi ciasno wokół podciągniętych pod brodę kolan i językiem jątrzącym sączącą się rankę po zgubionym właśnie mlecznym kle. Ranka szczypała lekko, podobnie jak rozognione policzki, na których łzy i maleńkie kropelki morskiej wody splatały się w nierównych strużkach. Okrwawiony ząb ściskała w małej piąstce. W miarę jak oddalali się od brzegu, cichło przenikliwe dudnienie, towarzyszące im od wielu dni.

Pamiętała, że łodzie, na których ona i jej współplemieńcy opuszczali swój dom, na długo przedtem kołysały się w zatoce, ciche i wyczekujące. Z daleka przypominały leżące na grzbietach szkielety morskich bestii i choć nikt o tym nie wspominał, wiedziała, że w istocie właśnie z nich są zrobione.

Sami podłożyli ogień. Lio nawet przez chwilę trzymała pochodnię, zanim Olli cisnął ją w strzechę chaty. Nie widziała, jak płomienie pożerały ich dom – Sigga przyciągnęła ją do siebie i zanurzyła w szorstkości swojej bluzy i zapachu suszonych ziół. Pogrążona w półśnie czuła nierówne kołysanie, gdy bosonoga kobieta niosła ją przez topniejący śnieg. Żegnał ich wiatr, rzucający za nimi żar płomieni. Ciepło i kołysanie sprawiały, że pierwszy koniec świata, który przeżyła, zlewał się z sennym majakiem.  

Wcześniej, zanim wypłynęli na kościanych łodziach na obce morze, nazywała Siggę matką a Ollego papą. Kiedy odległe płomienie zmieniły się w bezcielesną łunę, która wreszcie zupełnie zgasła za horyzontem, Olli znalazł Lio na pokładzie i przykucnął obok, odgarniając z jej pomazanej twarzy wilgotne włosy. Wyciągnęła piąstkę i otworzyła ją. Mężczyzna podniósł jej maleńkie ciałko bez wysiłku i zbliżył się do burty, a dziewczynka patrzyła, jak mleczak zsuwa się z jej dłoni w czarną toń. Przez chwilę zdawało jej się, że dostrzega jak jaśnieje pod powierzchnią wody.

Tej nocy Sigga i Olli zażądali, by zwracała się do nich tymi właśnie imionami i nigdy inaczej. Nie wiedziała, czy to z powodu zgubionego zęba, czy spalonego domu. 

Dni spędzone na morzu rozpływały się w jej pamięci. Nie potrafiła ani ich zliczyć, ani wydobyć z nich żadnych wyrazistych wspomnień. Zdawało jej się, że przez jakiś czas wszystkie kościane łodzie trzymały się razem, ale z czasem kolejne z nich odłączały się i znikały. Do obcego, skalistego brzegu dobili już sami. Oprócz niej, Ollego i Siggi na łodzi była jeszcze garstka osób. Nie pamiętała ani ich imion ani twarzy. Wszyscy zniknęli dość szybko, wybierając własne ścieżki.

W jej umyśle kołatało się mgliste wspomnienie, tak łatwo dające się pomylić ze snem, w którym Sigga tłumaczyła jej, że zagłada będzie szła za nimi, a jedyne co mogą zrobić, by opóźnić jej pościg, to rozejść się, zapomnieć, wsiąknąć w szczeliny świata i udawać, że ich przeszłość nigdy się nie wydarzyła.

Dzień, w którym Olli i Sigga wybrali swoje szczeliny, by w nie wsiąknąć, był dniem, kiedy pękło jej serce.

 

***

 

Gdy świat miał się skończyć po raz drugi, Lio rozpoznała to po wibracjach, które niczym dreszcze przebiegały przez skórę ziemi. Wiedziała, że niebawem mieszkańcy Miasta usłyszą wszechobecny dźwięk przypominający dudnienie monstrualnych bębnów – z początku ledwie słyszalny, a jego narastająca głośność będzie zwiastowała zbliżanie się zagłady.

Kraina, którą zamieszkiwała od kilkunastu lat, leżała daleko od morza i kości morskich bestii musiały zastąpić pióra ognistych ptaków, szybujących pomiędzy wierzchołkami gór.

Gdy szepnęła o tym Królowi, obudziła w nim huragan.

Król skrywał go głęboko w swoich trzewiach i pilnował, jak mrocznego sekretu. Huragan rozsadzał go i szarpał od środka, usypiając od czasu do czasu – w tych rzadkich chwilach oczy Króla zmieniały barwę z głębokiego granatu w błękit tak jasny, że niemal przezroczysty.

Być może Olli był jednym z ostatnich mężczyzn, którzy potrafili uśmiercić potwory z bezdennych otchłani i zbudować łodzie z ich szkieletów. Ale niezależnie od tego, co się wydarzyło lata temu i co bezpowrotnie przesypało się przez sito jej pamięci, Lio była jego córką. Potrafiła przetrzymać huragan, nawet wtedy, gdy kruszył mury i zrywał mosty. 

Spojrzenie Króla było twarde i nieprzeniknione, kiedy, stojąc pośród gruzu i pozostałości kolumnady, tłumaczyła mu, że to, co nadciąga jest o wiele potężniejsze, niż jego przekleństwo. I choć nie mogła wiedzieć, co właściwie im zagraża, wiedziała dobrze, że kiedyś ta sama siła skłoniła takich ludzi jak Olli i Sigga do tego, by spalili swoje chaty i rozpierzchli się po morzu, a potem po świecie. Tych jego kawałkach, którym wciąż pozwolono istnieć.

Kilka dni później, gdy pierwszy spośród ognistych ptaków runął w przepaść z grotem długości przedramienia zatopionym w trzewiach, po twarzy Króla popłynęły łzy. Lio trzymała jego dłoń i płakała razem z nim. Powietrze, rozrzedzone z powodu wysokości, było przesycone zapachem siarki i śmierci. Kręciło im się w głowach, gdy schodzili w dół, gdzie pośród skał maleńcy ludzie roili się wokół wielkiego, złotego i dymiącego truchła.

Była już noc, kiedy dotarli do Cytadeli. Na dziedzińcu przywitała ich Królowa, samotna, drobniutka postać z wydętym, krągłym brzuchem, okryta lekkim płaszczem. W piersi Lio wciąż tłukł się skrywany szloch, gdy tamtych dwoje wspinało się na zimne, granitowe schody. Przez moment krótszy niż uderzenie serca nie była pewna, czy nadal opłakuje złocistego ptaka.

 

Kolejne śmierci posypały się jak ciężkie, szkarłatne korale po przecięciu rzemyka. Ginęły olbrzymie ptaki i ginęli posyłani w góry mężczyźni. Ich ciała, znajdowane pośród skalnych ostrzy były roztrzaskane lub zwęglone, często do tego stopnia, że nie dawało się ich rozpoznać.

Król już nie płakał, ale jego oczy spowijał granat ciemniejszy niż zwykle, a usta wykrzywiały się i napinały, odsłaniając zaciśnięte zęby i zbielałe dziąsła. Huragan szalał w jego ciele i Lio nie potrafiła nawet wyobrazić sobie ceny, jaką płacił, by utrzymać go w ryzach. W oczach królowej dostrzegała strach, a jej szepty niesione zdradziecko przez mury cytadeli odsłaniały prośby, które kierowała do ucha męża: „Wciąż możesz to zakończyć…”. Tymczasem Król pozwalał dziać się temu, co Lio nazywała nieuniknionym, całkowicie zawierzając obietnicy, którą związali się przed laty.

 

Mieszkańcy Miasta nigdy nie widzieli statków. Lio opisała im kształt sterczących w górę, monstrualnych żeber i często wraz z Królem towarzyszyła im, gdy z modrzewiowego drewna budowali kadłuby.

Gdy wraz z mroźnym wiatrem spadł pierwszy śnieg, a jego płatki miały barwę dojrzałych poziomek, wiedziała, że pozostało im niewiele czasu. Dźwięk zbliżającej się zagłady – przypominający bębny, niski, wibrujący – początkowo dawał się słyszeć tylko nocą. Później towarzyszył im w każdej chwili, nieustannie podsycając w ich sercach czarny, lepki strach.

Gdy pierwszy ze statków był gotowy, Król i Królowa przybyli, aby go obejrzeć. Świetliste żagle, utkane z piór ognistych ptaków, drzemały pod pokładem, ciche i czujne. Lio stała pomiędzy królewską parą, wpatrując się uważnie w szkliste, ciemne oczy, które nie odwzajemniały jej spojrzenia. Kiedy Król wyciągnął dłoń i przesunął nią po złotej materii, powietrze drgnęło ostrzegawczo. Zdążyła pociągnąć Królową do luku wejściowego, zanim jej mąż z jękiem stłumił chcący wyrwać się na wolność poryw.

Potem ich oczy spotkały się na krótki moment i Król skinął głową, ledwo zauważalnie. W tym subtelnym ruchu Lio natychmiast odczytała jego decyzję, a wraz z nią swoje przeznaczenie. 

 

***

 

Nie miała pojęcia jak długo tułała się po świecie, zdana na litość spotykanych ludzi – a czasem na ich okrucieństwo – i własny instynkt przetrwania. Gdy dotarła w góry, skrywające jej przyszły dom, wciąż była dzieckiem, choć jej ciało zaczęło zdradzać pierwsze symptomy kobiecości. W tym samym dniu, gdy pierwszy raz dostrzegła ponad skalnymi graniami potężne cielsko ognistego ptaka, spotkała Króla.

Wicher zerwał się zupełnie niespodziewanie. Powietrze w jednej chwili stało nieruchomo (nie licząc delikatnego drżenia, wywołanego upałem), w następnej nagły podmuch rzucił dziewczynę na skalną półkę i cisnął w nią garść kamieni wielkości dojrzałych śliwek. Dała mu się zaskoczyć. Przeturlała się za niewielki uskok, starając się nie stoczyć w dół zbocza i odczekała kilka chwil, by wyrównać oddech.

A potem pozwoliła ciału przypomnieć sobie sztormy, nawiedzające jej dawny dom i taniec z duchami powietrza, którego uczyła ją Sigga, krótko po tym, jak mała Lio nauczyła się chodzić.

Gdy stanęła wyprostowana naprzeciw oszalałego huraganu, włosy zatańczyły wokół jej głowy, upodobniając się do lwiej grzywy. Drobne i błyskawiczne ruchy mięśni sprawiały, że ciskane wokół kamienie i toczące się z góry skalne odłamki mijały ją o szerokość małego palca.

Potrzebowała krótkiej chwili, by pośród ryku huraganu i łoskotu ciskanych skalnych odłamków usłyszeć ludzki głos.

Zobaczyła go na skalnym płaskowyżu. Rozpędzone masy powietrza krążyły wokół niego, rozchodząc się promieniście i wsuwając oszalałe jęzory w szczeliny i uskoki, a następnie spływając jak wezbrane rzeki w dół grani.

W sercu powietrznego potwora, na maleńkim skrawku przestrzeni, gdzie powietrze stało nieruchomo, klęczał mężczyzna, targany spazmatycznymi wstrząsami. Lio nie widziała go wyraźnie i gotowa była wziąć go za zwid. Coś jednak kazało jej podejść bliżej.

I wtedy huragan zgasł.

Cierpiący mężczyzna opadł na przedramiona i zwymiotował żółtą mazią. Dopiero teraz Lio dostrzegła jego młodość, żyły okalające mięśnie pod niebieskawą skórą, nieco wydłużoną głowę, oplecioną czymś przypominającym misterną konstrukcję ze złocistych, roślinnych pędów. Gdy podniósł wzrok, jego oczy wydały jej się przejrzyste jak lód, a twarz, pomimo chorej bladości i wycieńczenia – najpiękniejszą twarzą, jaką dotąd widziała.

Przez pierwsze godziny nie mówili zbyt wiele. Król leżał na nagiej skale i raz po raz rzucał się w spazmach, wypluwając żółć. Lio przycupnęła w pobliżu i starała się nie poruszać, znalazłszy pozycję, która pozwalała uniknąć dotyku najbardziej bolesnych sińców, pozostałych po pierwszym porywie wichru. Czuła krew zasychającą ponad lewą brwią, usta miała opuchnięte i spierzchnięte od upału i pragnienia.

Dopiero noc przyniosła ulgę i opowieści.

Lio mówiła o końcu świata, o tym jak Olli i Sigga odeszli, i o tym, co przeżyła w samotnej tułaczce. Król zapłacił jej opowieścią o swoim przekleństwie i o tym, jak wymyka się w góry, by uwolnić huragan, gdy ten zaczyna go dławić. Mówił o ponurych dniach, kiedy klątwa wyrywała się spod jego kontroli i pochłaniała miasto, siejąc chaos, a czasem i śmierć. Mówił o swojej Królowej, którą kochał ponad wszystko i która kochała jego tak mocno, że nie chciała go opuścić, pomimo zagrożenia, które w sobie nosił.

Gdy nadszedł ranek, Lio wiedziała, że jest dla niego kimś wyjątkowym. Była jedyną osobą na świecie, która nie poddawała się huraganowi i Król jej potrzebował. Ona zaś, po tych wszystkich latach samotnej włóczęgi po obcych krainach, niczego nie pragnęła bardziej niż domu.

I kogoś, kto mógł stać się jej bliski, jak kiedyś Olli i Sigga.

Układ, który zawarli, był prosty. Lio dostała swój kawałek świata, w zamian za to, by strzec Królową przed klątwą jej ukochanego.

 

***

 

Nie widziała ich pożegnania. Była w pobliżu, tuż za bramą Cytadeli, czujna i gotowa jak zawsze, jednak uparła się, że na tę jedną chwilę zostawi ich samych. Żadne z nich nie protestowało, choć serca całej trójki wypełniał strach, większy niż zwykle.

Złowrogie dudnienie dochodziło zewsząd, głośne na tyle, by skutecznie zagłuszyć ich ostatnie słowa, ukryć je przed uszami dziewczyny, która i tak z całej duszy pragnęła ich nie słyszeć. Po chwili długiej jak ciężkie zimowe miesiące, Królowa wyłoniła się zza bramy. Na ramiona i głowę zarzuciła obszerny, wełniany szal. Lio nie widziała jej twarzy.

Przez całą drogę żadna z nich nie odezwała się. Z każdym krokiem w dół kamiennych schodów Lio czuła, jak kamień w jej sercu staje się coraz cięższy, a smutek Królowej coraz bardziej przytłaczający.

Gdy dotarły do Miasta, jego ulice były już puste i ciemne. W oddali migotały pochodnie ostatnich maruderów, kierujących się w stronę skalnej niecki, którą Lio nazywała w myślach Przystanią. Szły w tamtym kierunku, nie patrząc za siebie.

Dreszcz przebiegł Lio po plecach, gdy zimowy wiatr wzmógł się nieco. Królowa zatrzymała się, czując to samo. Mroźne powietrze szarpnęło wełnianym szalem i odsłoniło na krótką chwilę jej pobladłą twarz. Nie wydarzyło się nic więcej i dwie kobiety ruszyły dalej przez opuszczone miasto.

Królowa jako ostatnia weszła na pokład statku. Chwilę po tym ktoś dał znak i na dziesiątkach masztów zalśniły świetliste żagle. A potem cała flota uniosła się w powietrze. Kadłuby ocierały się o siebie, niektóre statki odbijały się od skalnych ścian doliny, cały czas wspinały się jednak coraz wyżej i wyżej, niesione tęsknotą ognia za powietrzem i przestworzami.

Lio przypatrywała się im, zadzierając głowę, dopóki złociste punkciki nie zniknęły pośród gwiazd. Potem odwróciła się powoli i ruszyła tą samą drogą, którą przebyła z Królową, z powrotem w kierunku Cytadeli.

 

***

 

Na chwilę przed nadejściem końca, dudnienie ucichło.

Lio i Król chwycili się za ręce. Jego oczy były jasne jak lód.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Językowo całkiem przyzwoicie. Podoba mi się pomysł na przekleństwo Króla. Ale zabrakło mi wyjaśnień, o co chodzi z tą zagładą. Przydałyby się również wzmianki, co działo/ stało się z rodzicami bohaterki (samobójstwo?), w jakich okolicznościach Król został przeklęty. Jak dla mnie – zostawiłaś zbyt wiele niedomówień, ale może tak miało być.

Sigga i Olli zarządali,

Ojjjj. Paskudny ortograf.

którego uczyła ją Sigga, krótko po tym, jak tylko nauczyła się chodzić.

Powtórzenie, ze zdania wynika, że to Sigga nauczyła się chodzić, a chyba nie tak miało być. ;-) I jeszcze “krótko po tym” oraz “jak tylko” to o jeden grzybek za dużo.

pozycję, która pozwalała uniknąć dotyku najbardziej bolesnych sińców,

Zgrzytnęło mi to dotykanie sińców. Wcale nie trzeba dotykać, żeby zabolało, wystarczy napiąć niewłaściwy mięsień. A jak się stanie w rozkroku z rękoma daleko od ciała, to człowiek nic sobie nie dotyka.

Ne wydarzyło się nic więcej

Literówka.

Babska logika rządzi!

Szalenie oszczędne opowiadanie. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co działo się między kolejnymi końcami światów, bo goła informacja, że Lio tułała się, to dla mnie za mało.

Jak na tak krótki tekst, zbyt dużo literówek. Można też pozbyć się wielu zbędnych zaimków.

Mam nadzieję, że kolejne opowiadanie będzie równie dobrze wymyślone i zdecydowanie lepiej napisane. ;-)

 

Przy­naj­mniej na tym świe­cie, jaki dotąd znali.Przy­naj­mniej na tym świe­cie, który dotąd znali.

 

…że pierw­szy ko­niec świa­ta, jaki prze­ży­ła… – …że pierw­szy ko­niec świa­ta, który prze­ży­ła

 

…z rę­ko­ma ople­cio­ny­mi cia­sno wokół pod­cią­gnitych pod brodę kolan… – Literówka.

 

Nie wie­dzia­ła, czy to z po­wow­du zgu­bio­ne­go zęba, czy spa­lo­ne­go domu. – Literówka.

 

…wsiąk­nąć w szcze­li­ny swia­ta i uda­wać… – Literówka.

 

…le­ża­ła da­le­ko od morza i kości mor­skich be­stii… – Powtórzenie.

Może: …le­ża­ła da­le­ko od morza i kości wodnych be­stii…

 

…co bez­pow­rot­nie prze­sy­pa­ło się przez sito jej pa­mici – Literówka.

 

…od­sła­nia­ły proś­by, jakie kie­ro­wa­ła do ucha swo­je­go męża… – …odsłaniały proś­by, które kie­ro­wa­ła do ucha męża

Czy kierowałaby prośby do cudzego męża? ;-)

 

…cał­ko­wi­cie za­wie­rza­jąc obiet­ni­cy, jaką zwią­za­li się przed laty. – …cał­ko­wi­cie za­wie­rza­jąc obiet­ni­cy, którą zwią­za­li się przed laty.

 

Kiedy Król wy­cignął dłoń… – Literówka.

 

Po­trze­bo­wa­ła krót­kiej chwi­li, by po­sród ryku hu­ra­ga­nu… – Literówka.

 

…a na­step­nie spły­wa­jąc jak wez­bra­ne rzeki w dół grani. – Literówka i trochę masła maślanego. Nie można spływać w górę. ;-)

Proponuję: …a na­stęp­nie, jak wez­bra­ne rzeki, spły­wa­jąc po grani.

 

Król leżął na na­giej skale i raz po raz rzu­cał się w spa­zmach, wy­plu­wa­jąc z sie­bie żółć. – Literówka.

Czy Król mógł wypluwać żółć nie z siebie? ;-)

 

…nie chcia­ła go opu­ścić, po­mi­mo za­gro­że­nia, jakie w sobie nosił. – …nie chcia­ła go opu­ścić, po­mi­mo za­gro­że­nia, które w sobie nosił.

 

Szły w tam­tym kie­run­ku, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. – Masło maślane. Nie można oglądać się przed siebie. ;-)

Proponuję: Szły w tam­tym kie­run­ku, nie oglą­da­jąc się. Lub: Szły w tam­tym kie­run­ku, nie patrząc za sie­bie.

 

…ru­szy­ła tą samą drogą, jaką prze­by­ła z Kró­lo­wą… – …ru­szy­ła tą samą drogą, którą prze­by­ła z Kró­lo­wą

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję. Ilość wyłapanych literówek aż mnie przygniotła. Czytałam to kilkanaście razy, i nadal tylu nie zauważyłam. Usprawiedliwiłabym się brakiem współpracy ze strony edytora, który nie zna polskiego, ale to marne, więc pokornie przyjmuję krytykę. 

Za wskazanie błędów logicznych i maślanień też dziękuję. Uczę się uważności na takie rzeczy.

 

Jeśli pomogłam, bardzo się cieszę.

Jestem przekonana, że z czasem będziesz pisać coraz lepiej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie żałuję, choć zacznę od łyżki dziegciu, żeby na koniec zostawić Cię z beczką miodu: było kilka literówek, co zauważono już wyżej, były też nieliczne błędy interpunkcyjne i było słownictwo, które miejscami bym zmienił, bo jest zbyt wyświechtane (chodzi mi o “kamienie w sercu” i tym podobne). Choć z drugiej strony stworzyłaś też takie perełki, jak te śmierci, które “posypały się jak ciężkie, szkarłatne korale po przecięciu rzemyka“. I to one zdradzają u Ciebie spory potencjał.

Teraz parę słów odnośnie samej akcji. Pierwsze skojarzenie: Márquez, “Sto lat samotności”. Podobna realistyczno-magiczna aura, podobny sposób prowadzenia narracji, wreszcie: podobny klimat, który poza tą jedną książką nie przypomina mi prawie niczego innego i świadczy o wypracowaniu przez Ciebie własnej tożsamości twórczej… albo o moim nieoczytaniu. Czuć w Twoich zdaniach autentyczność i tę pozorną oniryczną nierealność, która paradoksalnie najpełniej może wyrazić skomplikowanie rzeczy-wistości. Nie domyśliłem się, a może wcale nie miałem się domyślić, czym jest ten koniec – i bardzo dobrze! W zamian za to mogłem doskonale go poczuć.

Dziękuję, Bartoszu :)

 

Do przeczytania zachęciło mnie parę słów wstępu. Dawniej jako dziecko bardzo lubiłam baśnie i dlatego do lektury zabrałam się z przyjemnością. Jestem zielona w doradzaniu pod względem formy czy błędów technicznych także takich nie będę wymieniać. Sama dopiero się uczę.

Podobała mi się cała historia, ale faktycznie zabrakło nieco wyjaśnienia dlaczego ta zagłada miała miejsce i co ją spowodowało. Myślę, że historia by mogła zyskać gdybyś tylko ją nieco rozbudowała. :)

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano, dziękuję za Twoją opinię :)

Przy czytaniu tak krótkich tekstów nieczęsto zdarza mi się odpłynąć, zapomnieć że czytam, wsiąknąć w świat przedstawiony. W tym przypadku dałem się oczarować, kompletnie, do reszty. Urzekający tekst, napisany lekko i z wyczuciem, z dbałością o język (gdzieś tam zauważyłem dwie literówki, ale lektura nie pozwoliła mi się oderwać, więc nie notowałem). Nastrój faktycznie jakby baśniowy, z czym spotykam się w literaturze fantastycznej raczej rzadko, więc tym bardziej doceniam. Wiele w opowiadaniu pozostało niedopowiedziane i w mojej opinii wychodzi mu to na dobre, bo jestem przekonany, że będę wracał do niego myślami, by samemu zapełniać luki.

Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

BogusławieEryku – bardzo dziękuję i cieszę się ogromnie, że udało mi się wciągnąć i oczarować :)

Tak sobie przeglądam moją kolejkę i przypomniało mi się, że czytałam i to prawie dwa miesiące temu, podobało mi się, a racji jakichś zewnętrznych czynników nie miałam jak skomentować.

Baśniowy, cudowny klimat i lekkie pióro sprawiły, ze i teraz z przyjemnością wspominam lekturę. Wolałabym mniej niedopowiedziane niedopowiedzenia, ale to moje bardzo subiektywne chciejstwo.

Szkoda, że opko trochę przepadło przy najeździe smoków.

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Niesamowite opowiadanie, całkiem mnie urzekło. Może i są niedopowiedzenia, ale jeśli przymknąć na nie oko, wtedy cała reszta jest wystarczająca do odczuwania wielkiej satysfakcji po lekturze – świetny klimat, lekkie pióro, ciekawa historia. Intryguje mnie bardzo postać Króla. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

gravel, AlexFagus – dziękuję za Wasze opinię, cieszę się, że udało mi się stworzyć klimat :)

Ciągle widzę błąd z “zarządaniem”, który wskazała już Finkla. Zobaczyłem też literówkę w słowie “swiata”.

 

Najmocniejsze strony tego tekstu to klimat i pomysł. Prowadzenie akcji i generalnie “warsztat” mogłyby być lepsze. Z chęcią zanurzyłbym się głębiej w baśniowym nastroju ognistych statków, ale zabrakło mi trochę płynności w narracji. Chciałbym to porządnie ubrać w słowa, może jeszcze nasunie mi się mądrzejsza wypowiedź. Mimowolnie porównuję z Rosołem z Gołębia. Tamten tekst może był mniej baśniowy w klimacie od tego, ale jakoś płynniej się go czytało. To, że późniejszy tekst jest lepszy niż wcześniejszy, to chyba dobrze, znaczy – jest jakiś rozwój ;-P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

O, dzięki, Nevazie – faktycznie, z jakichś powodów zostawiłam poprawianie na później, a jako że po portalowych wskazówkach poprawiałam tez moją wordowską wersję, to odhaczyłam sobie tę czynność w głowie i zapomniałam nanieść poprawek i tutaj. Dzięki za przypominajkę, zaraz to nadrabiam :)

No cóż, grunt to się nie cofać (do tyłu ;P ).

Z ogromnym opóźnieniem, ale jednak przeczytałam!

Jak ja uwielbiam Twoją impresjonistyczną prozę, Werweno! Porywasz czytelnika falą obrazów raczej, niż słów i nie pozwalasz się oderwać dopóki nie przebrzmi ostatnie lśnienie historii.

Inspirujące (o czym świadczy wzniosły komentarz powyżejlaugh), choć pozostawia pewien niedosyt. Bardzo chciałabym poznać bliżej losy Lio.

Hmm... Dlaczego?

Dzięki Drewian, cieszę się przeniezmiernie :)

I za punkcik do kolekcji! ;)

Dołączę się z punkcikiem do kolekcji, choć dla mnie też zostało trochę zbyt wiele do dopowiedzenia. Czuję się przez to niekomfortowo, ale klimat, obrazy i niektóre metafory naprawdę piękne.  Szkoda, że aż tak wiele zostawiasz wyobraźni czytelnika. Wolałabym, żebyś bardziej mną pokierowała.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuje, bemik, za decydujący punkcik! :)

I obiecuję następnym razem pokierować bardziej – w każdym razie będę się starała :)

Do tekstu dotarłem, zachęcony jego publikacją na Szortalu.

Fajnie napisane, bardzo klimatyczne, a jednocześnie oszczędne z światotwórstwie opowiadanie. Przeczytałem z przyjemnością, chociaż czuję pewien niedosyt bo potencjał w pomyśle i świecie przedstawionym tkwi dość spory. Czytając miałem dalekie skojarzenie ze światami tworzonymi przez Sebastiana Uznańskiego, chociaż jest bardziej kobieco :)

Nie wszystko zrozumiałam, ale czytało mi się tak dobrze, że mi to nie przeszkadzało ;)

Fajne opowiadanie.

Bejhaj, Anet, cieszę się, że tu zajrzeliście :) I że się podobało. Że niedosyt i nie wszystko da się zrozumieć, to w sumie powtarzalne uwagi do tego tekstu. Trochę taki miał być – bardziej do poczucia niż zrozumienia. Ale z drugiej strony biorę to sobie do serca i od pewnego czasu staram się pisać jaśniej :) 

Ciekawy i sprawnie napisany tekst. Jak na “Szortal”, jest długi – typowy longar. Ciekawy, chociaż  chyba przydałyby się skróty, bo fabuła  nieco się ciągnie.  Trochę za mało w niej dynamiki.

Interesujący i wysmakowany język narracji. No i dobrze wykreowany został taki posępny klimat.

Przyjemna w odbiorze opowieść. 

Pozdrówka.

Dziękuję Rogerze! :)  Ogólnie dochodzę do wniosku, że dynamika akcji to nie jest moja mocna strona. Fajnie – będę z tym eksperymentować. 

Pozdrawiam zwrotnie :)

Odkryłem ten tekst dopiero na szortalu :) Pierwsze zdanie wciąga, dalej podoba mi się atmosfera. Przyjemna lektura, ale też nie wgniotło. Właściwie nie oczekiwałem wgniecenia i dobrze spędziłem czas na czytaniu. Muszę się zabrać za Twoje świeższe opowiadania!

Fajnie, że odkryłeś! :D

Dzięki, dzięki, do świeższych zapraszam jak najbardziej. Ale na wszelki wypadek też się nie spodziewaj wgniatania ;)

Nowa Fantastyka