- Opowiadanie: Jagiellon - Coś za coś

Coś za coś

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Coś za coś

De­li­kat­ny, chwiej­ny pło­myk świe­cy wy­do­by­wał z wszech­obec­ne­go mroku pie­go­wa­tą, pu­co­ło­wa­tą twarz męż­czy­zny. Rude loki opa­da­ły mu na ra­mio­na. Smród stę­chli­zny i kurzu wwier­cał się na­chal­nie w noz­drza. W zie­lo­nych oczach od­bi­ja­ło się sku­pie­nie. Na sto­li­ku leżał roz­wi­nię­ty rulon per­ga­mi­nu. Męż­czy­zna za­nu­rzył pióro w ka­ła­ma­rzu wy­peł­nio­ne­go po brze­gi in­kau­stem. Za­czął pisać.

Do H.W.

Ra­port roz­po­cząć muszę nie­ste­ty od wy­ja­śnień zwią­za­nych z jego opóź­nie­niem. Spo­wo­do­wa­ne to zo­sta­ło jed­na­ko­woż fak­tem iż utkną­łem w dro­dze do Ne­is­bor­ga. Mia­sto, w któ­rym sta­ną­łem na od­po­czy­nek, a któ­re­go nazwy nie­ste­ty nie pomnę, zo­sta­ło oto­czo­ne. Agre­so­rem oka­za­li się Da­gheń­czy­cy, któ­rzy nie­spo­dzia­nie i bez za­po­wie­dzi po­ja­wi­li się pod mu­ra­mi. Nie­mal z miej­sca ru­szy­li do sztur­mu, który z wy­sił­kiem udało się ode­przeć. Szczę­śli­wie ko­lej­nych ata­ków za­nie­cha­no. Baron Horn, wło­darz mia­sta, zwo­łał radę, na któ­rej nie szczę­dził swoim lu­dziom słów otu­chy i po­krze­pie­nia. Brzmia­ło to mniej wię­cej tak…

•••

– Jak to kurwa nie bę­dzie po­sił­ków!? Płacę po­dat­ki, więc w dupę je­ba­ny król łaski żad­nej nie robi żeby pod­da­nych bro­nić! A wy tu po co je­ste­ście!? Ra­dzić do kurwy nędzy, a nie sie­dzi­cie i ga­pi­cie się jak cie­lę­ta w ma­lo­wa­ne wrota! Płacę wam więc…

Baron Horn gó­ro­wał nad ze­bra­ny­mi. Jego po­tęż­ne ciało rzu­ca­ło cień na salę. Oby­dwa pod­bród­ki po­dry­gi­wa­ły za­baw­nie. Nikt jed­nak nie ośmie­lił się choć­by uśmiech­nąć. Baron kon­ty­nu­ował zaś ty­ra­dę w po­dob­nym tonie jesz­cze przez jakiś czas.

– Słu­cham!? Jakie macie pro­po­zy­cje!? – Wy­wrzesz­czał na za­koń­cze­nie Horn. Kro­pel­ki śliny spa­dły na naj­bli­żej sie­dzą­cych.

Za­baw­ne jak ci co znacz­niej­si lu­dzie w mie­ście w mgnie­niu oka prze­szli me­ta­mor­fo­zę w po­kor­nych pro­stacz­ków.

Do­wód­cy sie­dzie­li nie­po­ru­sze­nie ze smęt­ny­mi mi­na­mi i ocza­mi wle­pio­ny­mi w stół. Za­rząd­ca, Bert wy­da­wał się być jesz­cze mniej­szy niż zwy­kle. Sie­dział sku­lo­ny w kącie i wpa­try­wał się w puste wnę­trze swego kie­li­cha. Raz po raz zer­kał ner­wo­wo na po­zo­sta­łych. Ja­sno­wło­sy ry­cerz An­to­ine Fer­rer, znany w mie­ście głów­nie za spra­wą swych mi­ło­snych pod­bo­jów wy­glą­dał na głę­bo­ko za­my­ślo­ne­go. Naj­wy­raź­niej ana­li­zo­wał moż­li­we roz­wią­za­nia pro­ble­mu.

Obok niego z na­bur­mu­szo­ną miną sie­dział mag, An­ders Ivet­te. Wy­glą­dem prze­czył cał­ko­wi­cie roz­po­wszech­nio­nym wśród gminu ste­reo­ty­pom na temat cza­ro­dzie­jów. Był niski, pu­co­ło­wa­ty i pie­go­wa­ty. Na rude loki na­ło­żył kap­tur weł­nia­ne­go, czar­ne­go płasz­cza. Za­miast różdż­ki nosił miecz przy­tro­czo­ny do pasa. A za­miast buj­nej brody jego twarz po­ra­sta­ła nie­re­gu­lar­na, roz­wi­chrzo­na szcze­ci­na.

– No co z wami do ja­snej cho­le­ry? – Wy­sy­czał baron.

W tym samym mo­men­cie wstał An­to­ine Fer­rer. Przy­brał po­waż­ną minę, po czym za­czął mówić.

– Do­stoj­ny ba­ro­nie. W zamku mamy nie­speł­na ty­siąc ludzi. Ułóż­my się tedy z nimi, z Da­gheń­czy­ka­mi zna­czy. Myślę, że gdyby wy­słać kom­pe­tent­ne­go ne­go­cja­to­ra mo­gli­by­śmy ska­pi­tu­lo­wać na wcale ko­rzyst­nych wa­run­kach.

Baron po­czer­wie­niał jesz­cze bar­dziej. Jego oczy ci­snę­ły gromy. Ry­cerz wnet pojął swój błąd. Sku­lił się w sobie, jakby prze­czu­wa­jąc naj­gor­sze.

– A żesz ty kurwa ry­ce­rzy­ku za­sra­ny. Ty kurwi po­mio­cie! Ile ci dali za moje bo­gac­twa, że chcesz im je wydać!? Mój ma­ją­tek oddam, ow­szem, ale po moim i wa­szym tru­pie! A komu się nie po­do­ba tedy od razu każę za­mknąć na samym dnie lochu!

Za­pa­dła mar­twa cisza. An­to­ine Fer­rer wy­ka­zał się za­ska­ku­ją­cą, jak na jego ga­ba­ry­ty, zdol­no­ścią wta­pia­nia się w tło. Za­rząd­ca spra­wiał wra­że­nie jakby miał za­miar wleźć pod stół. Cza­ro­dziej spo­chmur­niał jesz­cze bar­dziej, zde­gu­sto­wa­ny za­rów­no formą jak i tre­ścią mowy wy­gło­szo­nej przez ba­ro­na.

– Won – po­wie­dział z re­zy­gna­cją w gło­sie Horn. – Won mi stąd. Muszę zo­stać sam.

Sala opu­sto­sza­ła w za­dzi­wia­ją­co szyb­kim tem­pie. Baron opadł cięż­ko na swoje krze­sło. Na­peł­nił kie­lich, wypił dusz­kiem, po czym po­wtó­rzył czyn­ność.

Roz­my­ślał przez jakiś czas. Nie­ste­ty im dłu­żej ana­li­zo­wał sy­tu­ację, tym bar­dziej tonął w po­czu­ciu bez­na­dziei. Z za­du­my wy­rwał go dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Do sali nie­śmia­ło wśli­znął się pa­cho­łek.

– Mój panie. – Skło­nił się do samej ziemi. – Jest ktoś kto twier­dzi, że wie jak prze­rwać ob­lę­że­nie.

Horn szyb­ko po­ko­nał zdu­mie­nie, któ­re­go miej­sce za­ję­ła eks­cy­ta­cja.

– Wpro­wa­dzić – od­rzekł.

Od ścian echem od­bi­ły się kroki. Oczom ba­ro­na uka­zał się wy­so­ki męż­czy­zna o pro­stych, kru­czo­czar­nych wło­sach się­ga­ją­cych ra­mion. Odzia­ny był w brą­zo­wy, pi­ko­wa­ny ka­ftan, skó­rza­ne spodnie i czar­ne rę­ka­wi­ce. U pasa z klam­rą w kształ­cie za­ci­śnię­tej pię­ści wi­sia­ła pusta po­chwa na miecz z gra­we­ro­wa­ny­mi srebr­ny­mi wzo­ra­mi.

Gdy pod­szedł bli­żej Horn we­ssał gło­śno po­wie­trze. Z cie­nia bo­wiem wy­ło­ni­ła się jego twarz. De­li­kat­ne rysy, lekko sko­śne, ciem­ne oczy, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie za­ostrzo­ne ku górze uszy, szra­ma na lewym po­licz­ku, naj­pew­niej pa­miąt­ka po bi­twie. Ale to co było w nim na­praw­dę nie­zwy­kłe to skóra. Nie­sa­mo­wi­cie blada prze­cho­dzą­ca w si­ność. Jak wy­bla­kły nieco na słoń­cu polny cha­ber.

Nie­zna­jo­my skło­nił się.

– Witaj mości ba­ro­nie. Zwę się Teo­da­had Odo­aker – głos miał dźwięcz­ny i głę­bo­ki. Spra­wiał wra­że­nie jakby wy­ra­żał bez­brzeż­ny smu­tek, bądź za­du­mę.

Horn już wie­dział jak za­kla­sy­fi­ko­wać czło­wie­ka, który stał przed nim. A ra­czej nie czło­wie­ka, bo­wiem był to er­ga­ster. Mie­sza­niec przed­sta­wi­cie­li dwóch róż­nych raz. W tym przy­pad­ku, są­dząc po cerze, naj­pew­niej czło­wie­ka z przed­sta­wi­cie­lem sidhe – elfa, który po­ja­wia się tylko o zmierz­chu i po­zo­sta­je wi­docz­ny dla ludz­kie­go oka do za­pad­nię­cia nocy. Z tego co pa­mię­tał mnie­ma się po­wszech­nie, że ten ro­dzaj elfów po­tra­fi wta­piać się per­fek­cyj­nie w oto­cze­nie. Spo­tka­nie go gra­ni­czy z cudem, nie mó­wiąc nawet o krzy­żo­wa­niu się ich z ludź­mi.

– Witaj, witaj – baron sta­rał się nie po­ka­zać po sobie zmie­sza­nia. Wska­zał mu dło­nią miej­sce tuż obok sie­bie. – Z czym przy­cho­dzisz?

– Mam pro­po­zy­cję. – Roz­siadł się wy­god­nie. – Mogę wy­ko­nać plan, bądź je­dy­nie go przed­sta­wić pod­czas gdy ty mości panie zle­cisz wy­ko­na­nie go komuś in­ne­mu.

– Su­po­nu­ję, że w obu przy­pad­kach jest jakaś cena – Horn zmru­żył po­dejrz­li­wie oczy.

– Za­wsze jest cena. Tym razem nawet więk­sza niż tylko złoto. Tak czy siak za czter­dzie­ści srebr­nych mogę opo­wie­dzieć co udało mi się wy­kon­cy­po­wać. Za trzy­sta wy­ko­nam.

– Je­że­li tylko ów plan nie bę­dzie ab­sur­dal­ny to do­sta­niesz dwa­dzie­ścia – uciął bez zbęd­nych ne­go­cja­cji tonem nie po­zo­sta­wia­ją­cym miej­sca na sprze­ciw. – I nie pró­buj mi się tu tar­go­wać bo nie mam na to na­stro­ju. Co do wy­ko­na­nia po­my­śli­my.

Teo­da­had wes­tchnął osten­ta­cyj­nie.

– Do­my­ślam się, że w oko­li­cy żyje jakiś smok.

– A żyje, żyje. Co ma nie żyć, jak tego cho­ler­stwa wszę­dy pełno.

– Cho­dzi mi o na­praw­dę du­że­go osob­ni­ka. Ta­kie­go, który byłby w sta­nie sam, bądź z naszą po­mo­cą po­ko­nać armię Da­ghe­nu.

Horn zro­zu­miał. Wy­trzesz­czył sze­ro­ko oczy.

– Czy ja się prze­sły­sza­łem, czy ty chcesz po­szczuć smoka na moje mia­sto? A co z ludź­mi?

– To jest wła­śnie cena, o któ­rej wspo­mi­na­łem. Nie tylko pie­nią­dze. Trze­ba się li­czyć także ze stra­ta­mi w lu­dziach. Stra­ta­mi, które trud­no osza­co­wać. Nie spo­sób bo­wiem prze­wi­dzieć jak prze­bie­gnie smo­czy atak. Uwa­żam to jed­nak za je­dy­ną moż­li­wość oca­le­nia życia cho­ciaż czę­ści ludzi. Je­że­li wpu­ści­my tu Da­gheń­czy­ków wy­rżną wszyst­kich męż­czyzn w pień, ko­bie­ty zgwał­cą i sprze­da­dzą razem z dzieć­mi na targu nie­wol­ni­ków. Z dwoj­ga złego chyba le­piej wy­brać mniej­sze zło i po­świę­cić je­dy­nie część, a nie wszyst­kich miesz­kań­ców. Coś za coś mości hra­bio, a tu jakby nie pa­trzeć bi­lans po­zo­sta­je do­dat­ni.

Horn sie­dział chwi­lę za­my­ślo­ny stu­ka­jąc ryt­micz­nie pal­ca­mi o blat. Teo­da­had bacz­nie mu się przy­glą­dał. Mil­czał jed­nak. Cze­kał.

– Zgo­dzę się co do Da­gheń­czy­ków. – Pod­jął wresz­cie baron. – To dzi­ku­sy. Sły­sza­łem na­to­miast o kilku przy­pad­kach ata­ków smo­ków na mia­sta. Co praw­da nie jest to czę­sty pro­ce­der nie­mniej zda­rza się. Czy ty sły­sza­łeś o czymś takim?

– Sły­sza­łem. Nawet o przy­pad­kach, gdy z mia­sta nie zo­sta­wa­ło wiele wię­cej niż ka­mień na ka­mie­niu. Ro­zu­miem, że taka per­spek­ty­wa nie na­pa­wa opty­mi­zmem, nie­mniej, jak już wspo­mnia­łem, ja in­ne­go wyj­ścia nie widzę. Za­pa­sów mamy nie­wie­le, ludzi rów­nież, a mo­ra­le spa­dło po pierw­szym sztur­mie na samo dno. To je­dy­na szan­sa. A, że trze­ba bę­dzie za­pła­cić pewną cenę… cóż, za­wsze trze­ba.

– Jest tu smok. Ogrom­ne bydlę. Myślę, że się nada. Nie­gdyś po­że­rał bydło. Mój dziad wy­na­jął maga, żeby się go po­zbyć. Ten ma­gicz­ny­mi spo­so­ba­mi wpra­wił go w le­targ – za­wie­sił głos. – Ale… nie wiem, muszę się za­sta­no­wić. Odejdź. Każę cię we­zwać, gdy po­dej­mę de­cy­zję.

– Jak sobie ży­czysz mości panie.

Teo­da­had skło­nił się sztyw­no, po czym od­wró­cił na pię­cie i ru­szył w stro­nę drzwi.

•••

Na ze­wnątrz było zimno. Wiatr pę­dził po­mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi wyjąc przy tym prze­raź­li­wie. Drob­ne płat­ki śnie­gu sma­ga­ły lico. Stado kru­ków krą­ży­ło nad mia­stem. Jakby wy­czu­wa­ły nad­cho­dzą­cą bitwę.

Tuż przy wyj­ściu z zamku Teo­da­had do­strzegł An­der­sa Ivet­te. Wy­glą­da­ło na to, że mag czeka na niego już jakiś czas, jako że cały po­kry­ty był bia­ły­mi dro­bi­na­mi lodu i śnie­gu.

Za­stą­pił mu drogę. Zmie­rzył go nie do końca przy­chyl­nym spoj­rze­niem po czym rzekł:

– Byłeś u na­sze­go szla­chet­ne­go ba­ro­na – głos miał gruby i po­waż­ny, kom­plet­nie nie pa­su­ją­cy do jego apa­ry­cji. – O czym­że to roz­ma­wia­li­ście?

Brak taktu i nie za­sto­so­wa­nie się do ogól­nie przy­ję­tej formy grzecz­no­ścio­wej nie­zwy­kle zi­ry­to­wał Teo­da­ha­da. Po­sta­no­wił więc dać temu wyraz.

– Nie czuję się zo­bo­wią­za­ny, żeby roz­gła­szać wszem i wobec treść na­szej roz­mo­wy. Nie omiesz­kam jed­nak na­po­mknąć o po­gar­dzie z jaką wy­ra­żasz się o na­szym do­bro­dzie­ju ba­ro­nie – Za­ak­cen­to­wał słowo „wy­ra­żasz” dając do zro­zu­mie­nia, że nie życzy sobie trak­to­wa­nia z góry. Po­nad­to pod­niósł głos tak, aby każdy prze­cho­dzień mógł go usły­szeć.

Cza­ro­dziej na­chmu­rzył się, ścią­gnął brwi. Zdjął biały od śnie­gu kap­tur. Jego rude loki fa­lo­wa­ły na wie­trze.

– Po­słu­chaj no… na­jem­ni­ku.

– Nie – prze­rwał sta­now­czo Teo. – To ty po­słu­chaj. Nie ocze­kuj od ob­cych, że za­czną trak­to­wać cię jak przy­ja­cie­la gdy pa­trzysz na nich z góry. Mo­żesz co naj­wy­żej do­stać po mor­dzie i uwierz, że nikt nie po­dą­ży ci z po­mo­cą.

Ivet­te mil­czał przez chwi­lę. Teo­da­had spo­dzie­wał się doj­rzeć w jego oczach wro­gość, za­sko­cze­nie, złość. Do­strzegł je­dy­nie za­cie­ka­wie­nie zmie­sza­ne z roz­ba­wie­niem.

– Wy­bacz. Wiem, że cza­sa­mi mnie po­no­si. Po­zwól, że wy­ja­śnię ci o co cho­dzi.

Er­ga­ster ski­nął głową. Nie ode­zwał się jed­nak.

Mag za­pro­po­no­wał prze­chadz­kę. Na­jem­nik za­apro­bo­wał po­mysł więc ru­szy­li po­mię­dzy ści­śnię­ty­mi do­mo­stwa­mi miesz­czan.

– Jak za­pew­ne sły­sza­łeś za­trzy­ma­łem się w mie­ście tuż przed ob­lę­że­niem. Mu­sia­łem od­po­cząć, a jako że od trzech mie­się­cy bez prze­rwy po­dró­żu­ję nie do­szły mnie nawet wie­ści o nad­cią­ga­ją­cej armii Da­ghe­nu. Przez ten nie­for­tun­ny traf utkną­łem na tym za­du­piu bez więk­szych per­spek­tyw na uj­ście z ży­ciem. By­ła­by to tym więk­sza stra­ta z tego wzglę­du, że jadę z waż­nym po­sła­niem do na­sze­go mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­ce­go króla.

– A cóż to wszyst­ko ma wspól­ne­go ze mną? – Zde­cy­do­wał się prze­rwać Teo.

– Wła­śnie mia­łem przejść do me­ri­tum. Cho­dzi o to, że wiem, a ra­czej do­my­ślam się z czym po­sze­dłeś do Horna. Naj­pew­niej wpa­dłeś na po­mysł jak wy­do­stać nas z tej ka­ba­ły. Nie, nie od­po­wia­daj. Mam dla cie­bie pewną ofer­tę. Je­stem prze­ko­na­ny, że aby plan się po­wiódł ktoś musi wyjść na ze­wnątrz. Mnie­mam, że tym kimś bę­dziesz ty. I tu za­czy­na się twoja rola. Za­su­ge­ruj ba­ro­no­wi, że po­trze­bu­jesz po­mo­cy maga.

I znów ten ton na­wy­kły do roz­ka­zy­wa­nia – po­my­ślał er­ga­ster.

Sta­nę­li na skrzy­żo­wa­niu dróg.

– Dam ci znać, je­że­li coś po­sta­no­wię – od­rzekł zbie­ra­jąc się do odej­ścia.

– Mo­żesz oczy­wi­ście li­czyć na so­wi­tą za­pła­tę. W końcu ja je­stem zle­ce­nio­daw­cą, a ty na­jem­ni­kiem go­to­wym pod­jąć się pracy.

Teo­da­had uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. Bez cie­nia we­so­ło­ści.

– Zatem do zo­ba­cze­nia – rzekł.

•••

Er­ga­ster wró­cił do swo­je­go od­dzia­łu. Z po­wo­du braku kwa­ter umiesz­czo­no ich, ku ucie­sze wszyst­kich (no pra­wie), w jed­nym z miej­skich bur­de­li. Męż­czyź­ni nie omiesz­ka­li ko­rzy­stać ze spo­sob­no­ści, przez co ich miesz­ki wy­chu­dły przez te trzy dni szyb­ciej niż się spo­dzie­wa­li.

Teo­da­had otrzy­mał kwa­te­rę na pię­trze wraz z dwoma kom­pa­na­mi. Szczę­śli­wie dlań całe dnie i nie­jed­no­krot­nie noce pły­nę­ły im na kon­tem­pla­cji wdzię­ków go­spo­dyń. Po­zo­sta­wał więc po­zba­wio­ny wąt­pli­wej przy­jem­no­ści zwią­za­nej z ich to­wa­rzy­stwem. Usiadł na swoim sien­ni­ku (nie był to by­naj­mniej przy­by­tek luk­su­so­wy) z bu­tel­ką po­śled­nie­go wina w jed­nej i cy­no­wym kub­kiem w dru­giej ręce. Przy­su­nął do sie­bie drew­nia­ny sto­lik znaj­du­ją­cy się do­tych­czas w cen­tral­nej czę­ści kom­na­ty. Po­sta­wił na nim na­czy­nie, które wy­peł­nił po brze­gi szkar­łat­nym pły­nem. Po­cią­gnął długi łyk. Skrzy­wił się z nie­chę­cią, po czym po­wtó­rzył czyn­ność. Gdy tylko opróż­nił kubek, znów nalał do pełna.

W tym samym mo­men­cie otwo­rzy­ły się drzwi. Sta­nął w nich do­wód­ca od­dzia­łu – Derek. Był to chłop wiel­ki jak dąb, z łysą głową po­kry­tą ta­tu­aża­mi, kan­cia­stą twa­rzą i wy­pra­ny­mi z emo­cji, ry­bi­mi ocza­mi.

– Co tam sły­chać Teo? – Za­gad­nął tonem to­wa­rzy­skiej po­ga­węd­ki.

– Wino podłe. Kwa­śne, do tego chrzczo­ne. Plu­skwy wże­ra­ją mi się nocą w tyłek, a dziw­ka z po­ko­ju obok ma wy­jąt­ko­wo pa­skud­ny i nie­zwy­kle do­no­śny śmiech. Re­asu­mu­jąc – nic nad­zwy­czaj­ne­go.

Do­wód­ca za­śmiał się chra­pli­wie. Na­jem­nik nie dał się zwieść po­zor­nej we­so­ło­ści. Wie­dział, że Derek nie przy­szedł tu ot tak, z nudów.

– Sły­sza­łem – pod­jął po chwi­li – żeś był u Horna.

– Wie­ści szyb­ko się roz­no­szą – od­parł obo­jęt­nym tonem.

– Taaa… A po cóżeś tam był?

– Nie­ste­ty ja­śnie pan nie po­zwo­lił mi opi­sy­wać na­szej roz­mo­wy po­stron­nym. Z nie­wy­po­wie­dzia­nym smut­kiem muszę więc po­in­for­mo­wać, że jej treść po­zo­stać musi ta­jem­ni­cą. Przy­naj­mniej do od­wo­ła­nia.

Derek ścią­gnął brwi nie­za­do­wo­lo­ny. Na jego twa­rzy za­go­ścił brzyd­ki gry­mas.

– Nie warto uda­wać mą­drzej­sze­go niż się jest Teo. Można przez to na­ro­bić se kło­po­tów. Po­waż­nych kło­po­tów – za­wie­sił głos. – Mam tylko na­dzie­ję, że nie pró­bu­jesz do­ra­biać na boku po­mi­ja­jąc przy tym swo­ich to­wa­rzy­szy broni. Bo wiesz, nie ma ni­cze­go cen­niej­sze­go niż przy­ja­ciel na polu bitwy. Pa­mię­taj o tym, żebym nie mu­siał ci póź­niej wy­cią­gać bełta z ple­ców. Poza tym masz ze mną ważny kon­trakt.

– Kon­trakt nie trak­tu­je w żad­nym punk­cie o do­dat­ko­wych za­rob­kach. Ob­li­gu­je mnie je­dy­nie do służ­by pod twoim roz­ka­zem. A ja ci gwa­ran­tu­ję, że nie zła­ma­łem i nie za­mie­rzam zła­mać jego po­sta­no­wień. Poza tym praw­da o przy­ja­cio­łach na polu bitwy jest mi znana. Nie mu­sisz się więc oba­wiać ani o mnie ani o moją pa­mięć.

– Do­brze więc – od­po­wie­dział spo­koj­nym już tonem. Nie wy­glą­dał jed­nak wcale na uspo­ko­jo­ne­go.

– Pa­mię­taj o sta­nie go­to­wo­ści, żebyś mi się nie chwiał na no­gach jak przyj­dzie od­pie­rać szturm – rzu­cił na od­chod­ne i wy­szedł.

Teo­da­had wypił dusz­kiem ko­lej­ny kubek wina. Skrzy­wił się, jed­nak już mniej niż po­przed­nio, po czym dolał sobie po raz ko­lej­ny do pełna.

•••

Tym razem spo­tka­li się w oso­bi­stej kom­na­cie Horna. Baron spo­czy­wał roz­par­ty wy­god­nie na łożu są­cząc wino z krysz­ta­ło­we­go kie­li­cha. Odzia­ny był w czar­ny wams na­ło­żo­ny na białą ko­szu­lę. Gu­zi­ki nie wy­trzy­ma­ły jed­nak na­pię­cia od­sła­nia­jąc bujny brzuch. Po­dob­nie sznu­ro­wa­nie spodni prze­gra­ło nie­rów­ną walkę z wy­do­sta­ją­cym się na po­wierzch­nię prze­ciw­ni­kiem.

Na ob­wi­słe po­licz­ki wy­stą­pił mu ru­mie­niec. Nos zsi­niał przy­bie­ra­jąc bor­do­wy kolor. W oczach ja­wi­ła się je­dy­nie bez­tro­ska we­so­łość, jak gdyby Horn pu­ścił w nie­pa­mięć wczo­raj­sze utra­pie­nia.

– Usiądź­że na­jem­ni­ku. – Baron wska­zał zydel znaj­du­ją­cy się na­prze­ciw jego le­go­wi­ska. Teo­da­had usłu­chał. – Prze­my­śla­łem twoją pro­po­zy­cję. Muszę przy­znać ci rację. Wszyst­ko co mam wy­ma­ga­ło po­świę­ceń. I to nie tylko moich. Mu­sia­łem na­cią­gać, a co tu będę bia­do­lił. Mu­sia­łem okra­dać bied­niej­szych ode mnie. Nie tylko… Mu­sia­łem ich za­bi­jać… Nie oso­bi­ście, lecz jed­nak… – za­wie­sił głos. Spoj­rzał er­ga­ste­ro­wi pro­sto w oczy. – Mia­łem kie­dyś wspól­ni­ka w in­te­re­sach wiesz? By­li­śmy ser­decz­ny­mi przy­ja­ciół­mi. Ma­ją­tek na­szych ojców nie mógł się rów­nać temu co wspól­nie zgro­ma­dzi­li­śmy. A mieli oni nie­ma­ło.

– Za­ra­bia­li­śmy wspól­nie. Wspól­nie tra­ci­li­śmy. Prze­ży­wa­li­śmy wzlo­ty i upad­ki. W końcu przy­szedł mo­ment, w któ­rym mo­gli­śmy zdo­być… jesz­cze wię­cej… Ta­aaak… Lo­so­wa­li­śmy, komu przy­pad­nie… więk­sza część. Padło na mnie. Wtedy mój kam­rat, przy­ja­ciel naj­wier­niej­szy… – po po­licz­kach spły­nę­ły dwie grube kro­ple. – Wtedy po­sta­no­wił się mnie po­zbyć, dasz wiarę? Mój druch, mój kom­pan w doli i nie­do­li po­zaz­dro­ścił mi szczę­ścia. W przy­pły­wie szału chciał po­zba­wić mnie życia… Skry­to­bój­czym cio­sem ostrza w plecy… Nawet nie od­wa­żył się spoj­rzeć mi w oczy.

Baron pod­niósł się cięż­ko z łoża. Kilka kro­pel wina po­pla­mi­ły po­ściel. Chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do otwar­tej okien­ni­cy. Gdyby nie mikre roz­mia­ry Teo­da­had spo­dzie­wał­by się z jego stro­ny za­ma­chu na wła­sne życie. Po­wiew wia­tru roz­wiał czar­ne, lśnią­ce włosy ba­ro­na, który po­cią­gnął długi łyk trun­ku. Od­wró­cił się. Spoj­rzał w twarz swego roz­mów­cy. Jakby pró­bo­wał zna­leźć zro­zu­mie­nie. Nie zna­lazł. Jego oczy zmęt­nia­ły jesz­cze bar­dziej. Od­wró­cił się znowu. Wy­da­wał się być nie­obec­ny.

– Skoro zdo­ła­łem po­świę­cić tak wiele – pod­jął wresz­cie. – Skoro po­tra­fi­łem po­zba­wić życia je­dy­ne­go przy­ja­cie­la ja­kie­go mia­łem i miał będę, mogę wziąć na sie­bie cię­żar śmier­ci miesz­kań­ców. Rób co uwa­żasz za sto­sow­ne na­jem­ni­ku. Ten tam… Jak mu tam było… No wiesz o kogo cho­dzi – Horn za­chwiał się nie­bez­piecz­nie ry­zy­ku­jąc upa­dek. Nie upadł jed­nak. – Wyda ci pisma i przy­bli­ży ci do­mnie­my­wa­ne miej­sce po­by­tu gada.

Stali chwi­lę w mil­cze­niu. Teo­da­had jed­nak pod wpły­wem im­pul­su, nie­zro­zu­mia­łe­go dla niego sa­me­go, po­sta­no­wił o coś po­pro­sić.

– Ja­śnie panie, czy mógł­bym za­brać ze sobą maga An­der­sa Ivet­te? Uwa­żam, że byłby on nie­oce­nio­ną po­mo­cą w na­szym przed­się­wzię­ciu. Dzię­ki swym cza­rom…

– Mógł­byś – prze­rwał zde­cy­do­wa­nie baron. – Po­wie­dzia­łem rób co uwa­żasz za sto­sow­ne. A teraz idź. Chcę zo­stać sam.

Teo­da­had skło­nił się lekko po czym wy­szedł bez słowa.

•••

Za­rząd­ca Bert wydał mu od­po­wied­nie upo­waż­nie­nia i po­in­stru­ował jak i gdzie wyj­dzie z mia­sta. Er­ga­ster ru­szył ko­ry­ta­rzem w stro­nę wyj­ścia.

Hi­sto­rię, którą usły­szał z ust ba­ro­na znał już wcze­śniej. Baron Horn i hra­bia Vo­ghest byli nie­gdyś naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi i part­ne­ra­mi w in­te­re­sach. Pew­ne­go razu los po­sta­wił na ich dro­dze szan­sę na ob­ję­cie rzą­dów w kró­le­stwie. Obaj byli je­dy­ny­mi kan­dy­da­ta­mi do ożen­ku z księż­nicz­ką Es-Ter­ri­tu. Hra­bia z racji waż­niej­sze­go ty­tu­łu był pewny, że to wła­śnie jemu przy­pad­nie ten za­szczyt. Nie­ocze­ki­wa­nie jed­nak księż­nicz­ka wy­bra­ła mło­de­go wów­czas ba­ro­na. Vo­ghest wściekł się i kazał zabić przy­ja­cie­la. Temu udało się ujść z ży­ciem, a gdy do­wie­dział się kto stoi za za­ma­chem po­sta­no­wił od­pła­cić tą samą mo­ne­tą. Tym razem za­ma­cho­wiec oka­zał się sku­tecz­ny. Ko­niec koń­ców za­rę­czy­ny i tak zo­sta­ły od­wo­ła­ne z nie­zna­nych przy­czyn, a Horn po­zo­stał bez kró­le­stwa i bez przy­ja­cie­la. Od tam­tej pory, aby nie osza­leć, skon­cen­tro­wał się na gro­ma­dze­niu bo­gac­twa, po­zo­sta­jąc zgorzk­nia­łym i zim­nym przez resz­tę życia.

Teo­da­had wszedł na wy­so­kie spi­ral­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce na par­ter. Ze ścian spo­glą­da­li na niego wy­nio­śle przod­ko­wie ba­ro­na. Na dole po­ły­ski­wa­ła ły­si­na ka­mer­dy­ne­ra.

Na­jem­nik sły­szał co nieco o do­mnie­my­wa­nym ze­rwa­niu za­rę­czyn Horna z księż­nicz­ką. Przy­czy­ną miały być rze­ko­mo bar­dzo bli­skie sto­sun­ki jakie nie­gdyś łą­czy­ły go z hra­bią. Ile w tym praw­dy nie wia­do­mo, jako że ludz­kie ję­zy­ki nader czę­sto roz­no­szą wie­ści, które są naj­chęt­niej słu­cha­ne. Nie­ko­niecz­nie zaś mają swe uj­ście w praw­dzi­wej hi­sto­rii. Po­nad­to wście­kła za­pal­czy­wość z jaką Horn zwal­czał so­do­mi­tów zda­wa­ły się temu za­prze­czać. Z dru­giej stro­ny kto wie? Umysł po­dat­ny jest na wszel­kie­go ro­dza­ju de­wia­cje i de­ge­ne­ra­cje.

Ka­mer­dy­ner otwo­rzył mu drzwi. Pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się w wy­po­le­ro­wa­nych zbro­jach war­tow­ni­ków. Gdy tylko er­ga­ster opu­ścił mury zamku po­ja­wi­ła się przed nim odzia­na w brą­zo­wy płaszcz ru­do­wło­sa po­stać.

– Witaj na­jem­ni­ku.

– Witaj cza­ro­dzie­ju.

An­ders Ivet­te uśmiech­nął się lekko. Zdą­żył się już zo­rien­to­wać, że nie na­le­ży trak­to­wać er­ga­ste­ra z góry.

– Wy­cze­ku­ję z nie­cier­pli­wo­ścią two­jej de­cy­zji.

– Dzi­siaj w nocy. Nie ma na co cze­kać. Bądź na rynku. Tam z pew­no­ścią się od­naj­dzie­my.

Mag roz­sze­rzył uśmiech jesz­cze bar­dziej. Zie­lo­ne oczy roz­bły­sły mu iskra­mi szczę­ścia. Za­tarł ręce.

– Zna­ko­mi­cie. Już dziś się spa­ku­ję. Nie stra­cisz na tym na­jem­ni­ku, oj nie stra­cisz. Pod­ją­łeś bar­dzo mądrą de­cy­zję.

– Oczy­wi­ście, że nie stra­cę – od­parł chłod­no Teo. – Po­mo­żesz mi na­kie­ro­wać smoka na Da­gheń­czy­ków.

Ivet­te wy­glą­dał na nieco za­sko­czo­ne­go. Roz­brzmia­ło skrze­cze­nie ko­łu­ją­cych nad mia­stem kru­ków. Zimny wiatr zwiał odro­bi­nę bia­łe­go puchu z po­bli­skiej wieży.

– Oczy­wi­ście – od­parł nie­chęt­nie. – Mam być o pół­no­cy?

– Do­brze by było.

– Zatem do zo­ba­cze­nia.

•••

Nie chciał jesz­cze wra­cać do swo­jej kwa­te­ry. Do za­mtu­za. Po­sta­no­wił, że po­spa­ce­ru­je i po­my­śli co ze sobą za­brać. Jego myśli krą­ży­ły jed­nak zu­peł­nie gdzie in­dziej.

Wszedł na rynek. Opusz­czo­ne kramy i stra­ga­ny sta­no­wi­ły sie­dzi­ska dla zmę­czo­nych wojów. W jego cen­trum zgro­ma­dzo­no, pod pro­wi­zo­rycz­ną al­ta­ną, broń ode­bra­ną po­le­głym w cza­sie sztur­mu. Im już się nie przy­da.

Prze­ci­skał się przez całe za­stę­py miesz­czan i woj­sko­wych. Ktoś po­trą­cił go prze­cho­dząc. Er­ga­ster za­wsze przy oka­zji ta­kich głupstw przy­po­mi­nał sobie jak cięż­ko od­na­leźć mu się w dzi­siej­szym świe­cie. W świe­cie, w któ­rym upa­da­ją war­to­ści mo­ral­ne. W świe­cie, gdzie ka­pła­nom żyje się le­piej niż cięż­ko pra­cu­ją­cym rol­ni­kom. Gdzie nie ma już chyba miej­sca nie­tknię­te­go ludz­ką ręką. Takie głup­stwo, tyle ne­ga­tyw­nych myśli. Świat, w któ­rym za wszyst­ko trze­ba za­pła­cić cenę.

Skrę­cił w wąską ulicz­kę. Ruch nie był tu już tak in­ten­syw­ny. Spa­ce­ro­wa­ła tu matka z syn­kiem, a tuż obok to­czy­ła się pi­ja­na ha­ła­stra in­to­nu­ją­ca pro­stą do za­pa­mię­ta­nia, lecz nie­zbyt przy­zwo­itą pieśń. Dzie­ci nie po­win­ny tego słu­chać.

Ko­bie­ta z dziec­kiem nie zwró­ci­ła nawet uwagi na roz­śpie­wa­ną grupę. Szep­nę­ła coś do syna, przy­ci­snę­ła go do sie­bie i prze­szła bli­żej ścia­ny prze­ciw­le­głe­go bu­dyn­ku. Byle być jak naj­da­lej od na­jem­ni­ka. To ci świat. Świat, w któ­rym matka woli aby dziec­ko słu­cha­ło świństw, niż żeby omi­nę­ło kogoś, kto jest nieco inny bez osten­ta­cyj­ne­go oka­za­nia od­ra­zy i po­gar­dy. Dziw­ny jest ten świat.

Teo­da­had już dawno pojął, że cena, którą za­pła­cił za swoje umie­jęt­no­ści to wy­gląd. Nie cho­dzi o to, że był par­cha­ty, śmier­dzą­cy, czy bez­zęb­ny. Kie­dyś ktoś po­wie­dział mu… Co­dzien­nie mówił, że ma przy­stoj­ne ob­li­cze. Do­mnie­my­wał więc, że cho­dzi o kolor jego skóry. Brzyd­ki, czy ładny… Nie wie­dział. Wie­dział na­to­miast, że inny. To spra­wia­ło, że lu­dzie omi­ja­li go sze­ro­kim łu­kiem. In­ność. Cena jaką mu­siał za­pła­cić za swoje ta­len­ty. Brak ak­cep­ta­cji świa­ta. Ak­cep­ta­cji, któ­rej w grun­cie rze­czy wcale nie po­trze­bu­je. Naj­le­piej czuje się prze­cież w sa­mot­no­ści, z dala od zgieł­ku.

Na dachu jed­ne­go z bu­dyn­ków usiadł kruk. Przy­pa­try­wał mu się swo­imi ma­ły­mi, czar­ny­mi oczka­mi. Prze­krę­cił głów­kę. Na­jem­nik od­niósł wra­że­nie, jakby ptak chciał mu coś po­wie­dzieć. W tej samej chwi­li do­no­śnie za­kra­kał. Teo­da­had po­czuł się źle. Po­sta­no­wił wra­cać.

•••

Za­pa­dła noc. Niebo roz­bły­ski­wa­ło ty­sią­cem mi­go­czą­cych gwiazd. Wiatr mio­tał się wście­kle po­mię­dzy wie­ża­mi zamku i da­cha­mi do­mostw. Gwiz­dał prze­raź­li­wie wśli­zgu­jąc się w wolne prze­strze­nie po­mię­dzy za­bu­do­wą.

Noc zu­peł­nie od­mie­ni­ła ob­li­cze mia­sta. Z tęt­nią­ce­go ży­ciem stało się ciche i wy­lud­nio­ne. W sam raz dla prze­mie­rza­ją­ce­go wą­skie ulicz­ki Teo­da­ha­da. Za­mie­nił pi­ko­wa­ny ka­ftan na ulu­bio­ną czar­ną kurt­kę. Po raz pierw­szy od wielu dni po­czuł się swo­bod­nie. Nikt go nie po­trą­cał, nikt nie wy­mi­jał z obrzy­dze­niem. Nikt na niego nie pa­trzył. Od razu wszyst­ko na­bra­ło in­ne­go, lep­sze­go cha­rak­te­ru. Tylko kruki bez­u­stan­nie krą­ży­ły nad mia­stem. Cze­ka­ły.

Całe przed­się­wzię­cie, na tym eta­pie, nie spra­wi­ło pro­ble­mów. Mag cze­kał punk­tu­al­nie w umó­wio­nym miej­scu. Ru­szy­li więc bez zbęd­nej zwło­ki ku pół­noc­nej bra­mie. Tam na­po­tka­li trzech war­tow­ni­ków.

Teo­da­had roz­ło­żył per­ga­min z kró­lew­ską pie­czę­cią pod­ty­ka­jąc go straż­ni­kom pod nos. Pismo przej­rzał młody ry­cerz o ja­snych wło­sach i dziew­czę­cej apa­ry­cji.

– Więc to wy pa­no­wie. Zwę się Jean Pier­re Bor­co­uff – Se­gnon. Ry­cerz w służ­bie na­sze­go mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­ce­go króla.

– Je­stem Teo­da­had Odo­aker, a mój kom­pan zowie się An­ders Ivet­te.

– Ach tak. Pan mag za­pew­ne. Przy­jem­ność po mojej stro­nie.

– Dzię­ku­ję. Miło mi was po­znać – od­parł wy­nio­śle cza­ro­dziej.

– Pro­szę za mną. Spu­ści­my was z murów na li­nach.

An­ders Ivet­te spoj­rzał z nie­po­ko­jem na na­jem­ni­ka. Ten po­zo­sta­wał jed­nak spo­koj­ny i obo­jęt­ny. Ru­szy­li do wieży. Dro­bi­li kroki na wą­skich, spi­ral­nych scho­dach. Cza­ro­dziej czuł się wy­raź­nie nie­pew­nie.

– Jak to się stało, że her­bo­wy ry­cerz sta­nął na war­cie? – Za­gad­nął er­ga­ster. – W do­dat­ku ry­cerz sa­me­go ja­śnie pana.

– Wi­dzi­cie, ktoś musi dać lu­dziom przy­kład. Ktoś musi pod­bu­do­wać mo­ra­le wśród pro­ste­go żoł­nie­rza. A na kogóż, jak nie na nas her­bo­wych ry­ce­rzy króla pod­nie­sio­ne są ich oczy? – Od­parł z nutą pa­to­su w gło­sie.

– Ro­zu­miem. Widzę, że­ście po­waż­nie po­de­szli do po­wo­ła­nia. Jak to się stało, że­ście utknę­li w mie­ście?

– Przy­pad­kiem. Wra­ca­łem do sto­li­cy i po­sta­no­wi­łem się tu za­trzy­mać. Atak Da­gheń­czy­ków zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny na­praw­dę nie­zwy­kle prze­bie­gle. To im muszę przy­znać.

Na­jem­nik nie sko­men­to­wał uznaw­szy temat za wy­czer­pa­ny.

W chwi­lę póź­niej stali już na szczy­cie muru. Mag, coraz bar­dziej zde­ner­wo­wa­ny, wpa­try­wał się z prze­ję­ciem w dół. Silny po­dmuch wia­tru za­chwiał nim. Po­czuł, że ko­la­cja może za mo­ment opu­ścić jego żo­łą­dek.

– Pro­szę chwy­cić mocno liny. Za­wią­za­li­śmy węzeł, aby­ście mieli gdzie oprzeć stopy. Opu­ści­my was. Uwa­żaj­cie jed­nak. Mo­że­cie na­dziać się na pa­trol Da­gheń­czy­ków. Gdyby was za­sko­czy­li…

– Nie za­sko­czą – prze­rwał z całą sta­now­czo­ścią Teo.

•••

Mag, gdy tylko po­sta­wił stopy na ziemi od razu runął na ko­la­na. Naj­pierw dy­szał cięż­ko, jed­nak w chwi­lę póź­niej jego ko­la­cja zna­la­zła w końcu drogę na ze­wnątrz. Na­jem­nik cze­kał aż trze­wia maga się uspo­ko­ją.

W końcu ru­szy­li. Po­cząt­ko­wo szli przy­kle­je­ni do muru. Po­chod­nie zza muru rzu­ca­ły mdłe świa­tło. Po ja­kimś cza­sie skrę­ci­li w ciem­ność. Wiatr zda­wał się być tu jesz­cze sil­niej­szy. Mag sku­lił się. Za­sko­czy­ło go jak wpraw­nie Teo­da­had wy­bie­ra drogę i omija nie­bez­pie­czeń­stwa. Ile­kroć z nie­zro­zu­mia­łych przy­czyn zmie­nia­li kie­ru­nek, gdzieś nie­opo­dal sły­szał par­ska­nie koni i brzęk strze­mion. Do­my­ślił się, że er­ga­ster wy­mi­ja pa­trol. Gdy tylko na dro­dze maga po­ja­wił się ko­rzeń, czy głaz, któ­re­go za nic by nie zo­ba­czył, na­jem­nik chwy­tał go za ramię i od­cią­gał. Zu­peł­nie jakby wi­dział w tych ciem­no­ściach, po­my­ślał Ivet­te.

Mi­nę­li od­dzia­ły Da­ghe­nu od za­chod­niej stro­ny. Teo do­sko­na­le wi­dział ło­po­czą­ce sztan­da­ry z głową byka na czer­wo­nym polu. Do­strzegł także ry­ce­rza i smoka to­czą­ce­go bój na żół­tym pro­por­cu. Skrzek kru­ków po­wo­li za­czy­nał milk­nąć. Z od­da­li nio­sły się echa obo­zo­wi­ska Da­gheń­czy­ków. Nikt naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się za­gro­że­nia.

We­szli w leśną gę­stwi­nę. Tutaj mag po­zo­sta­wał już kom­plet­nie bez­rad­ny. Nawet wątłe świa­tło gwiazd utknę­ło w roz­ło­ży­stych ko­ro­nach dębów, lip i buków. Nagle coś przed nimi się po­ru­szy­ło. Er­ga­ster zda­wał się ni­cze­go nie sły­szeć, ale cza­ro­dziej był pewny, że jakiś dźwięk do­tarł do jego uszu. Li­ście za­sza­mo­ta­ły wście­kle. Z ciem­no­ści ru­nę­ła na maga z gło­śnym pi­skiem ciem­na syl­wet­ka. Krzyk­nął. Przed twa­rzą spo­strzegł parę wiel­kich, po­ły­sku­ją­cych oczu. Zło­żył dło­nie do za­klę­cia. Unie­ru­cho­mił go chwyt na­jem­ni­ka. Pusz­czyk po­fru­nął gdzieś dalej. Po­je­dyn­cze pióra le­ni­wie opa­da­ły ku ziemi.

Spo­dzie­wał się szy­derstw ze stro­ny kom­pa­na. Cze­kał na do­cin­ki. Na próż­no.

– Po­cze­kaj. Nie mogę tak iść – wy­dy­szał mag, gdy nieco się opa­no­wał. –  Ni­cze­go nie widzę.

– Wła­ści­wie, to nie po­win­no nam już nic gro­zić. Użyj za­klę­cia.

Ivet­te kiw­nął głową. Wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń spodem do góry. Pstryk­nął pal­ca­mi. W jed­nej chwi­li po­ja­wi­ło się in­ten­syw­ne, błę­kit­ne świa­tło. Wy­da­wa­ło się jakby zo­sta­ło przy­cze­pio­ne nie­wi­dzial­ną nicią do jego pal­ców. Umiej­sco­wił je na wy­so­ko­ści klat­ki pier­sio­wej. Wy­ko­nał obie­ma dłoń­mi kilka ru­chów okręż­nych. Świa­tło po­zo­sta­ło w miej­scu, pod­czas gdy cza­ro­dziej mógł spo­koj­nie opu­ścić ręce.

– Chodź­my więc.

La­wi­ro­wa­li po­mię­dzy gru­by­mi pnia­mi drzew. Pusz­czyk przy­pa­try­wał im się cie­ka­wie z ga­łę­zi. Myszy ko­rzy­sta­jąc z jego chwi­lo­wej de­kon­cen­tra­cji prze­my­ka­ły mię­dzy kęp­ka­mi traw po­pi­sku­jąc cie­niut­ko.

– Jaki wła­ści­wie mamy plan na­jem­ni­ku? Dokąd zmie­rza­my? – Do­pie­ro teraz mag uświa­do­mił sobie, że tak na­praw­dę nie­mal nic nie wie o ich przed­się­wzię­ciu.

– Kie­ru­je­my się w stro­nę wy­so­kich szczy­tów. Mu­si­my obu­dzić smoka.

Za­pa­dło cięż­kie mil­cze­nie.

– Ty na­praw­dę chcesz to zro­bić?

Teo­da­had mil­czał.

– Ty na­praw­dę mó­wisz po­waż­nie – stwier­dził ze zgro­zą. – My­śla­łem, że chcesz mnie na­stra­szyć… Czy ty zda­jesz sobie spra­wę czym to grozi? Wiesz ilu ludzi może przez to zgi­nąć? Wiesz jaką cenę bę­dziesz mu­siał za­pła­cić za taką de­cy­zję?

Er­ga­ster mil­czał przez chwi­lę wy­da­wał się być cią­gle czuj­ny i skon­cen­tro­wa­ny na na­słu­chi­wa­niu po­ten­cjal­ne­go za­gro­że­nia. Spoj­rzał ma­go­wi w oczy.

– To nie jest moja de­cy­zja magu. Nie ja za to za­pła­cę. Poza tym życie jest wy­pad­ko­wą na­szych wy­bo­rów. Za­wsze jest jakaś cena.

– Bre­dzisz – wark­nął cza­ro­dziej. – Mó­wisz o rze­czach, któ­rych naj­wy­raź­niej nie poj­mu­jesz. Jaka cena pytam? Znam ludzi głu­pich, brzyd­kich i po­zba­wio­nych wsze­la­kich ta­len­tów. Po­mi­mo tego mają się do­brze i żyją szczę­śli­wie. Znam rów­nież ta­kich, któ­rych po­mi­mo tego iż całe życie byli uczci­wy­mi ludź­mi do­tknę­ło nie­szczę­ście. Słu­cham więc? Gdzie jest ta cena, o któ­rej mó­wisz?

– Pła­cisz już w mo­men­cie na­ro­dzin – od­parł spo­koj­nie, nie­mal znu­dzo­nym tonem. – Już wtedy na­tu­ra ob­da­ro­wu­je cię umie­jęt­no­ścia­mi, ta­len­ta­mi. Jed­nym ofe­ru­je siłę miast umy­słu, innym na od­wrót. Jedni po­sia­da­ją ta­len­ty ma­gicz­ne, inni wy­róż­nia­ją się szcze­gól­ną wraż­li­wo­ścią, która sta­no­wi głów­ną cechę ar­ty­stycz­nych umy­słów. Jed­nak nie ma czło­wie­ka ide­al­ne­go. Nie ma ni­ko­go, kto po­sia­dał­by wszyst­kie ta­len­ty. A je­że­li ktoś tak uważa, to tak na­praw­dę nie po­tra­fi nic. – Za­wie­sił na chwi­lę głos. Wes­tchnął. – Całe życie je­ste­śmy zmu­sza­ni do wy­bo­rów. Coś kosz­tem cze­goś. Weźmy taki pro­sty przy­kład zło­dzie­ja. Może nie kraść, ale po­zo­sta­nie głod­ny. W końcu więc zde­cy­du­je się coś ukraść. Wów­czas liczy się z tym, że mogą go zła­pać. W końcu łapią. Płaci cenę. Po­zo­sta­je bez dłoni.

– Zło­dziej nie musi być zło­dzie­jem – od­pa­ro­wał na­tych­mia­sto­wo Ivet­te. – Rów­nie do­brze może zo­stać szew­cem, pa­ste­rzem, ko­wa­lem. Może zmie­nić swoje życie. Ma na to wpływ.

– Ma, a jakże – cią­gnął tym samym tonem na­jem­nik. – Tyle, że zmia­na swo­je­go życia rów­nież po­cią­ga za sobą cenę, z którą trze­ba się li­czyć. Prze­szłość za­wsze się o nas upo­mi­na. Czy to sta­rzy zna­jo­mi, czy to przy­pad­ko­we spo­tka­nie z daw­nym wro­giem. Od tego cięż­ko jest uciec. Po­nad­to, aby zo­stać rze­mieśl­ni­kiem rów­nież mu­sisz po­nieść cenę. Czas. Ażeby na­uczyć się rze­mio­sła po­trze­ba czasu. Ty po­wi­nie­neś wie­dzieć o tym naj­le­piej.

– Każde życie jest inne. Nie za­wsze trze­ba pła­cić cenę. Sły­sza­łeś o cu­dow­nie ule­czo­nych, o sie­ro­tach, które po la­tach od­na­la­zły matki? Przy­pa­dek, po­wia­dam, los i szczę­ście. To trzy czyn­ni­ki skła­da­ją­ce się na ludz­kie życie. Cena nie jest tu ko­niecz­no­ścią.

– Bzdu­ra. Każdy do­cho­dzi do mo­men­tu w swoim życiu, w któ­rym musi do­ko­nać wy­bo­ru. A każdy wybór nie­sie ze sobą cenę. My po­win­ni­śmy być po pro­stu jak wpraw­ni kupcy. Wy­brać tak, żeby po­nie­sio­ny koszt oka­zał się moż­li­wie jak naj­mniej­szy, a zysk jak naj­wyż­szy. – Cza­ro­dziej chciał za­prze­czyć, chciał pro­te­sto­wać, ale Teo prze­rwał mu unie­sie­niem dłoni. – W jed­nym się jed­nak nie po­my­li­łeś. Za­pła­cę cenę za to co ro­bi­my. Po­mi­mo tego iż wiem, że jest to je­dy­ne wyj­ście za­pła­cę. Spo­koj­nym snem.

•••

Słoń­ce po­zo­sta­wa­ło ukry­te za ho­ry­zon­tem. Strze­li­ste gór­skie szczy­ty wy­glą­da­ły jak po­nu­re, ciem­ne ol­brzy­my. Wszę­dzie wokół za­pa­dła głę­bo­ka cisza. Tylko wiatr nadal wył roz­wie­wa­jąc im włosy. Teo­da­had spoj­rzał na gó­ru­ją­ce nad nimi cie­nie. Wie­dział, że nie­ła­two bę­dzie od­na­leźć smo­czą kry­jów­kę.

– No i jak chcesz zna­leźć tą be­stię? – Za­py­tał mag z nie­kry­tą nutą iro­nii w gło­sie.

– Odejdź pro­szę. Muszę się sku­pić.

Mag od­szedł po­słusz­nie. Z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­dał się na­jem­ni­ko­wi. Ten usiadł na ziemi ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi. Za­mknął oczy. Jak za­wsze naj­pierw za­czę­ły wy­ga­sać zmy­sły. Prze­stał czuć zimno pod­ło­ża. Dźwięk wie­ją­ce­go wia­tru po­wo­li cichł, aż znik­nął zu­peł­nie. Er­ga­ster tkwił w ide­al­nej ciszy. Jak zwy­kle me­dy­ta­cji to­wa­rzy­szy­ło uczu­cie opa­da­nia w dół. W nie­prze­bra­ny mrok. Jak zwy­kle stało się to nie­spo­dzie­wa­nie. Cał­ko­wi­te ciem­no­ści otu­li­ły wszyst­kie zmy­sły. Po­wo­li za­czął czuć ma­gicz­ną moc. Po chwi­li roz­bły­sła ona tuż za nim ostrym bla­skiem. Mag. Szu­kał dalej. Gdzie­nie­gdzie ma­leń­kie źró­dła mocy pul­so­wa­ły wą­tłym świa­tłem przy­po­mi­na­ją­cym chwiej­ny pło­mień świe­cy. Prze­dzie­rał się wzro­kiem po­mię­dzy nimi. Pró­bo­wał zna­leźć coś wy­raź­niej­sze­go, ema­nu­ją­ce­go sil­niej­szą magią. W końcu zna­lazł to czego szu­kał. Jedno świa­teł­ko roz­bły­sło moc­niej.

Ock­nął się. Jak zwy­kle po­wrót oka­zał się nie­spo­dzie­wa­ny. Po­wró­ci­ło zimno gry­zą­ce twarz i po­ślad­ki. Znów sły­szał hu­la­ją­cy w do­li­nie wiatr. Mag stał na swoim miej­scu.

– Co ty teraz zro­bi­łeś? – w gło­sie cza­ro­dzie­ja po­brzmie­wa­ło au­ten­tycz­ne za­cie­ka­wie­nie.

– Me­dy­to­wa­łem – od­parł wsta­jąc. Otrze­pał spodnie szyb­ki­mi ru­cha­mi. – Przy od­po­wied­niej kon­cen­tra­cji po­tra­fię wy­czuć źró­dła ma­gicz­nej mocy. Smoki, które opa­no­wa­ły w pew­nym stop­niu magię rów­nież nią ema­nu­ją. Łatwo więc było go zlo­ka­li­zo­wać.

– Coś ta­kie­go – zdzi­wił się Ivet­te. – Nie są­dzi­łem, że po­sia­dasz takie umie­jęt­no­ści.

– Nie tylko takie. Chodź­my.

We­szli w wąski prze­smyk. Z dwóch stron ota­cza­ły ich stro­me szczy­ty. Przed nimi wy­ra­stał na­stęp­ny. Wę­drów­ka zmę­czy­ła ich okrut­nie. Mu­sie­li jed­nak kon­ty­nu­ować. Mu­sie­li do­stać się do smo­czej kry­jów­ki. Szli naj­pierw w górę, póź­niej w dół, aby za chwi­lę roz­po­cząć wspi­nacz­kę na nowo. Za­czę­ło się prze­ja­śniać. Góry rzu­ca­ły po­nu­ry cień na do­li­nę, którą po­zo­sta­wi­li już da­le­ko za sobą. Wresz­cie zro­bi­ło się na tyle jasno, że mag mógł od­cza­ro­wać ma­gicz­ne świa­teł­ko i iść po­le­ga­jąc na wła­snym wzro­ku.

Teo­da­had za­trzy­mał się u pod­nó­ża góry. Hale roz­cią­ga­ły się wszę­dzie wokół. Z nich wy­strze­li­wa­ły w górę spi­cza­ste wierz­choł­ki. Szczy­ty po­kry­wa­ła lo­do­wa czapa.

– To tu – po­wie­dział na­jem­nik. – To tutaj smok ma swoją kry­jów­kę. Za­czy­naj magu.

Ivet­te wes­tchnął wy­ra­ża­jąc osten­ta­cyj­nie dez­apro­ba­tę. Lśnią­ce ostrze, nie wie­dzieć kiedy zna­la­zło się w dłoni er­ga­ste­ra. Z sy­kiem prze­cię­ło po­wie­trze. Mag do­strzegł przed nosem sztych mie­cza.

– Za­czy­naj – po­wie­dział z lo­do­wa­tym chło­dem w gło­sie Teo­da­had.

Cza­ro­dziej raz jesz­cze wes­tchnął cięż­ko.

– Mo­żesz to za­brać – od­parł z re­zy­gna­cją. – I tak je­stem ci wi­nien przy­słu­gę za wy­cią­gnię­cie mnie z mia­sta. Oddam dług. Za­pła­cę cenę jak to okre­śli­łeś. Odejdź.

– Pa­mię­taj tylko, żeby skie­ro­wać go na Da­gheń­czy­ków. Wiem, że po­tra­fisz coś ta­kie­go.

– Po­tra­fię, ale ofiar po­stron­nych nie unik­nie­my. Nawet naj­sil­niej­sze za­klę­cie nie utrzy­ma w ry­zach tak po­tęż­nej be­stii. O tym także naj­pew­niej sły­sza­łeś.

– Sły­sza­łem. Za­czy­naj.

An­ders Ivet­te za­czął in­to­no­wać słowa za­klę­cia wy­ma­chu­jąc przy tym ryt­micz­nie dłoń­mi. Jego syl­wet­kę ogar­nął de­li­kat­ny blask. Wiatr wył do­no­śnie. Po chwi­li jed­nak za­głu­szył go po­tęż­ny, je­żą­cy włosy na karku ryk. Ryk wście­kłej be­stii.

W tej jed­nej chwi­li na­jem­nik po­my­ślał, czy aby na pewno nie było in­ne­go roz­wią­za­nia.

•••

Baron Horn nie zmru­żył oka tej nocy. Czu­wał nawet po­mi­mo upo­je­nia. W każ­dej chwi­li spo­dzie­wał się doj­rzeć na nie­bie cień be­stii. Gdy pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ły się ponad ho­ry­zont za­czął mieć na­dzie­ję, że na­jem­nik zgi­nął w dro­dze. Li­czył, że zła­pał go da­gheń­ski pa­trol, roz­szar­pa­ły wilki, co­kol­wiek. Pra­gnął, aby stało się coś co go po­wstrzy­ma. Wie­dział, że to je­dy­na droga ra­tun­ku dla ludzi z mia­sta. Cho­ciaż ich czę­ści. Wie­dział, że Da­gheń­czy­cy nie za­wa­ha­ją się wybić wszyst­kich do nogi. Jed­nak sły­szał co nieco o smo­czych ata­kach. Sły­szał o spu­sto­sze­niu, które sieją. Bał się. O miesz­kań­ców. I o sie­bie.

Po­cią­gnął długi łyk ze swo­je­go krysz­ta­ło­we­go kie­li­cha. Coś za­ma­ja­czy­ło na błę­kit­nym nie­bie. Czar­ny, od­le­gły jesz­cze cień mknął wdzięcz­nie mię­dzy ob­ło­ka­mi. Był coraz więk­szy. Zbli­żał się. Horna oblał zimny pot.

•••

– Czemu wła­ści­wie cze­ka­my? – Za­py­tał ry­cerz w czar­nej zbroi.

– No wła­śnie – do­rzu­cił jego kom­pan, ciem­no­wło­sy mło­dzie­niec z po­kry­tą prysz­cza­mi twa­rzą. – Czemu? Prze­cież mamy dwu­dzie­sto­krot­nie sil­niej­szą armię, a sto­imy na tym mro­zie.

– Po raz setny po­wta­rzam wam, że cze­ka­my – od­parł An­to­nio. – Ge­ne­rał Les­seg pro­wa­dzi jesz­cze dwa razy tyle na­szych. I tak mu­sie­li­by­śmy na niego cze­kać, więc weź­mie­my mia­sto gło­dem.

– Och, ależ my do­sko­na­le wiemy, że mu­si­my na niego cze­kać – od­po­wie­dział prysz­cza­ty. – Tylko po co? Prze­cież ten nędz­ny kraik jest w roz­syp­ce. Sami mo­gli­by­śmy tu nie­ma­ło do­ka­zać. Zanim do­tar­ły­by po­sił­ki sta­li­by­śmy już pod Ne­is­bor­giem.

– Ty Salm się na Ne­is­borg nie wy­bie­raj. Wiedz, że eks­pan­sja, aby była sku­tecz­na, musi zo­stać prze­pro­wa­dzo­na w dużej licz­bie woj­ska i w miarę płyn­nie. Ta armia płyn­no­ści nie za­pew­ni.

– E tam, ga­da­nie…

W tym samym mo­men­cie padł na nich cień. Coś za­kry­ło słoń­ce. Wszy­scy trzej jak na ko­men­dę pod­nie­śli głowy. Do­strze­gli cień. Cień be­stii na tle słoń­ca. Nawet nie zdą­ży­li krzyk­nąć.

•••

– Mam na­dzie­ję, że do­brze to prze­my­śla­łeś – po­wie­dział mag. Nie do­cze­kaw­szy się ko­men­ta­rza kon­ty­nu­ował. – Ośmie­lam się rów­nież wy­ra­żać na­dzie­ję, że nie mam już wobec cie­bie długu. Po­zwól zatem, że się od­da­lę.

Twarz na­jem­ni­ka po­zo­sta­wa­ła nie­prze­nik­nio­na. Roz­my­ślał o kon­se­kwen­cjach swego czynu. Wie­dział, że nie było innej drogi, jed­nak…

– Pa­mię­tam co mi mó­wi­łeś. O tym, że za­wsze jest jakaś cena. Ale dziś cenę po­nio­są lu­dzie, któ­rzy w za­mian nie do­sta­ną nic. Ty­sią­ce żoł­nie­rzy, któ­rych je­dy­ną winą było to, że słu­ży­li wier­nie swemu kró­lo­wi. Matki z dzieć­mi, które z wojną mają tyle wspól­ne­go co ja z kra­wiec­twem. Kupcy, któ­rzy żyją z han­dlu, a nie z walki. Oni za­pła­cą. W za­mian nie do­sta­ną nic. Nie mów mi więc, że za­wsze jest „coś za coś”.

Teo­da­had wciąż mil­czał. Jego twarz nie zdra­dza­ła emo­cji. Ema­no­wa­ła wręcz spo­ko­jem. W środ­ku jed­nak trwa­ła za­bój­cza walka. Walka jego su­mie­nia z samym sobą. Naj­gor­sza z moż­li­wych.

•••

Pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się od zie­lo­nych łusek szy­bu­ją­ce­go smoka. Miesz­cza­nie, żoł­nie­rze i kupcy za­mar­li z otwar­ty­mi usta­mi. W jed­nej chwi­li ogar­nę­ła ich pa­ni­ka. Ro­dzi­ce pró­bo­wa­li przede wszyst­kim chro­nić swe po­cie­chy. Bie­gli szu­ka­jąc z de­ter­mi­na­cją kry­jó­wek dla swych po­ciech. Te pła­ka­ły gło­śno. Be­stia tym­cza­sem pi­ko­wa­ła w dół po­sy­ła­jąc wiąz­ki ognia. Za­bu­do­wa­nia po kolei zo­sta­wa­ły po­chła­nia­ne przez czer­wo­ne pło­mie­nie. Wiel­ki cień po­ja­wił się tym­cza­sem nad pierz­cha­ją­cą w lasy armią Da­ghe­nu.

W od­da­li widać było pasmo gór. Na tym tle smok spa­dał na ko­lej­nych ucie­ka­ją­cych. Po­tęż­ne szczę­ki za­ci­ska­jąc się prze­po­ła­wia­ły ciała. Nie­kie­dy z jeźdź­ca nie zo­sta­wa­ło nic poza krwa­wą plamą. Na­sy­ciw­szy głód be­stia mor­do­wa­ła bez uży­cia szczęk. Silne łapy zwień­czo­ne ostry­mi, czar­ny­mi pa­zu­ra­mi zmia­ta­ły ko­lej­nych żoł­nie­rzy na zie­mię wraz z końmi. Długi, umię­śnio­ny ogon łamał krę­go­słu­py i prze­trą­cał głowy. Skrzy­dła ło­mo­ta­ły ryt­micz­nie roz­wie­wa­jąc do­oko­ła dro­bi­ny śnie­gu.

Do­li­na opu­sto­sza­ła. Je­dy­nie szcząt­ki po­le­głych i plamy czer­wie­ni świad­czy­ły o tym, że przed chwi­lą do­szło tu do ma­sa­kry. Po­twór rzu­cił się wnet w stro­nę mia­sta. Z wście­kłym ry­kiem spadł na ka­mie­ni­ce. Bu­dow­le nie wy­trzy­mu­jąc cię­ża­ru ru­nę­ły z gło­śnym hu­kiem. Smok gó­ro­wał nad za­bu­do­wą. Silne łapy i ogon mio­tły wszyst­ko na jego dro­dze. Za­mie­nia­ły bu­dyn­ki w kupy gruzu. Ludzi roz­szar­py­wa­ły. Krze­sa­ły łzy ich bli­skich. Widok prze­ra­ża­ją­cych śle­piów prze­śla­do­wać bę­dzie oca­la­łych do ostat­nich dni.

Wy­buchł pożar. Nie zna­lazł się jed­nak nikt, kto pró­bo­wał­by za­pa­no­wać nad ży­wio­łem. Pło­mie­nie, jakby kie­ro­wa­ne czy­jąś wolą zaj­mo­wa­ły coraz więk­szy ob­szar. Pew­nym było, że z mia­sta nie­wie­le zo­sta­nie.

Smok ryk­nął do­no­śnie. Wzbił się w po­wie­trze. Po­szy­bo­wał w stro­nę zamku. Roz­pę­dzo­ny ude­rzył w jedną z wież. Ta ru­nę­ła z hu­kiem na ci­sną­cych się przy wej­ściu ludzi. Prze­raź­li­wy krzyk prze­bił się spod le­cą­cej ster­ty gruzu. Be­stia wbiła pa­zu­ry w dach. Skle­pie­nie nie wy­trzy­ma­ło. Wszyst­ko za­wa­li­ło się do środ­ka. Po­twór usiadł na dru­giej, oca­la­łej wieży opla­ta­jąc wokół niej ogon. Przy­glą­dał się tymi prze­ra­ża­ją­cy­mi, wę­żo­wy­mi śle­pia­mi na swoje dzie­ło. Jakby kon­tem­plo­wał stwo­rzo­ny przez sie­bie obraz roz­pa­czy i grozy. Wydał z sie­bie gar­dło­wy ryk trium­fu. Był wolny.

•••

To co wi­dział Teo­da­had wra­ca­jąc do­li­ną było ni­czym w po­rów­na­niu z tym co zo­ba­czył w mie­ście. Zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki. Pła­czą­ce nad nimi dziec­ko. Inne, osie­ro­co­ne roz­glą­da­ło się bez­rad­nie po­chli­pu­jąc cicho. Tuż obok matka krzy­cząc roz­dzie­ra­ją­co tu­li­ła małe, za­krwa­wio­ne ciał­ko. Ciem­no­czer­wo­ne, ma­ka­brycz­ne wzory za­schły na ziemi i na ścia­nach oca­la­łych bu­dyn­ków. Za­cho­dzą­ce słoń­ce wy­zwa­la­ło z nich ru­bi­no­wy od­blask.

Ktoś klę­czał na­prze­ciw kupy gruzu, która jesz­cze nie­daw­no była za­pew­ne jego domem. Ktoś ję­czał cicho ści­ska­jąc kikut po urwa­nej nodze. Na­jem­nik szedł jak w tran­sie. Bez­wied­nie kie­ro­wał się w stro­nę zamku. Jakby pcha­ny czy­jąś wolą.

Wiel­ki nie­gdyś mo­nu­men­tal­ny wręcz gmach zamku wy­glą­dał teraz jak zde­wa­sto­wa­na ru­de­ra. Je­dy­nie wieża przy­po­mi­na­ła o cza­sach jego świet­no­ści.

Przed tą kupą ka­mie­ni stał mikry, łysy czło­wie­czek. Trząsł się z zimna. Naj­wy­raź­niej cze­kał tu już od dłuż­sze­go czasu. Teo­da­had ob­rzu­cił go obo­jęt­nym spoj­rze­niem. Prze­szedł obok, gdy coś chwy­ci­ło go za ramię.

– P-p-p-pan na­jem­nik? – Wy­du­kał trzę­sąc się czło­wie­czek. – C-c-co ja plotę, o-o-oczy­wi­ście, że tak. O-o-oto wasza za­pła­ta.

Pę­ka­ty mie­szek zmie­nił wła­ści­cie­la. Er­ga­ster mil­czał jed­nak, wy­raź­nie ocze­ku­jąc wy­ja­śnień.

– J-j-ja­śnie pan baron kazał prze­ka­zać, aby­ście się mu już wię­cej na oczy nie po­ka­zy­wa­li. Rzekł, że jak w-w-was spo­tka to cy­tu­ję g-g-go­ły­mi rę­ko­ma u-uka­tru­pi.

Na­jem­nik kiwną głową. Nie ode­zwał się jed­nak. Ro­zu­miał po czę­ści Horna. Sam czuł się zbru­ka­ny. Czuł się, jakby miał na rę­kach krew tych wszyst­kich ludzi. Wie­dział jed­nak, że tak na­le­ża­ło. Nie było in­ne­go spo­so­bu.

Kruki już nie krą­ży­ły nad mia­stem. Kruki uczto­wa­ły. Wiatr wył do­no­śnie. Roz­wie­wał włosy. Teo­da­had od­wró­cił się i od­szedł bez słowa. Ru­szył ku za­cho­dzą­ce­mu słoń­cu. Nie ode­tchnął jed­nak z ulgą. Nie prze­mie­rzał drogi pew­nym kro­kiem z unie­sio­ną głową. Oca­le­ni nie wi­wa­to­wa­li na jego cześć. Szedł smęt­nie, po­wo­li, jakby za­my­ślo­ny. Wie­dział, że do końca życia bę­dzie czuł od­po­wie­dzial­ność. Od­po­wie­dzial­ność za prze­la­ną tu krew. Za­pła­cił swoją cenę.

Koniec

Komentarze

Smo­cza opo­wieść z prze­sła­niem. Prze­kaz stary jak han­del, ale to nie szko­dzi. Opo­wieść przy­pa­dła mi do gustu. Tro­chę go­rzej z wy­ko­na­niem – in­ter­punk­cja mocno ku­le­je; wtrą­ce­nia, wo­ła­cze, zda­nia zło­żo­ne – to wszyst­ko do­ma­ga się prze­cin­ków. Nie­kie­dy ro­bisz błędy w za­pi­sie dia­lo­gów. Zda­rza­ją Ci się po­wtó­rze­nia.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Prze­czy­ta­łam.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Dzię­ki za ko­men­tarz. Wiem przy­naj­mniej nad czym po­pra­co­wać :)

– No co z wami do ja­snej cho­le­ry? – Wy­sy­czał baron.

Przy­kła­do­wy błąd w za­pi­sie dia­lo­gu: od­pasz­czo­wość, ge­ne­ral­nie, małą li­te­rą, jako kon­ty­nu­acja.

 

Cza­sa­mi tam, gdzie można po­zwo­lić sobie na dłuż­sze, bar­dziej zło­zo­ne zda­nie – tniesz krop­ka­mi na siłe, bu­du­jąc krót­kie, dy­na­micz­ne sen­ten­cje w miej­scu, gdzie po­trzeb­ne jest wy­ci­sze­nie, po­pły­nię­cie ze sło­wem (a ostat­ni aka­pit to już istna tek­sań­ska ma­sa­kra piłą me­cha­nicz­ną).

 

Tekst z mo­ra­łem – mo­men­ta­mi za ło­pa­to­lo­gicz­nie go po­da­jesz (jak np. w dia­lo­gu elfa z ma­giem w lesie), ale nie­zgor­szy, nie­zgor­szy. Warto jesz­cze po­pra­co­wać nad za­pi­sem dia­lo­gów, in­ter­punk­cją (wy­bi­ja z rytmu czy­ta­nia, szcze­gól­nie braki prze­cin­ków), ale lek­tu­ra, nie po­wiem, cał­kiem.

"Świ­ryb" (Ba­ilo­ut) | "Fi­sho­lof." (Cień Burzy) | "Wiesz, je­steś jak brud i za­raz­ki dla ma­lu­cha... niby syf, ale jak dzie­cia­ka uod­par­nia... :D" (Emel­ka­li)

Po­mysł był i prze­sła­nie też, że o smoku nie wspo­mnę, ale ca­łość wy­da­ła mi się mało do­pra­co­wa­na, przez co nie mogę za­li­czyć lek­tu­ry do sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych. Do błę­dów za­sy­gna­li­zo­wa­nych przez wcze­śniej ko­men­tu­ją­cych, do­da­ję to, co samo wla­zło mi w oczy.

 

A za­miast buj­nej brody jego twarz po­ra­sta­ła nie­re­gu­lar­na, roz­wi­chrzo­na szcze­ci­na. – Szcze­ci­na, to krót­ki wło­ski, ra­czej twar­de i sztyw­ne, nie­moż­li­we do roz­wi­chrze­nia.

 

A żesz ty kurwa ry­ce­rzy­ku za­sra­ny.A, żeż ty, kurwa, ry­ce­rzy­ku za­sra­ny.

 

Nos zsi­niał przy­bie­ra­jąc bor­do­wy kolor. – Skoro nos zsi­niał, nie mógł być bor­do­wy. Siny, to nie­bie­sko­fio­le­to­wy.

 

Jak zwy­kle me­dy­ta­cji to­wa­rzy­szy­ło uczu­cie opa­da­nia w dół. – Masło ma­śla­ne. Czy ist­nie­je moż­li­wość opa­da­nia w górę?

 

Be­stia tym­cza­sem pi­ko­wa­ła w dół po­sy­ła­jąc wiąz­ki ognia. – Ko­lej­ne masło ma­śla­ne.

 

Krze­sa­ły łzy ich bli­skich. – Można krze­sać iskry, a jak krze­sze się łzy?

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Pro­blem de­ter­mi­ni­zmu i skut­ków walki z nim wy­da­je się dość, po­wiedz­my, czę­sto pod­no­szo­ny. Stąd opar­cie się na tym sche­ma­cie – tym bar­dziej w fan­ta­sy, które chyba sobie szcze­gól­nie ów model upodo­ba­ło – wy­ma­ga za­pre­zen­to­wa­nia wy­so­kiej ja­ko­ści opo­wia­da­nia. U Cie­bie jest tak sobie. Od stro­ny ję­zy­ko­wej widać nie­do­pra­co­wa­nie. Po­sta­ci są tro­chę zbyt ar­che­ty­picz­ne – pro­ta­go­ni­sta, od­trą­co­ny od­mie­niec, który sprze­da­je ży­cio­we mą­dro­ści, wło­darz-ner­wus, cwa­nia­czek, który coś chce dla sie­bie ugrać – mag. Nie mówię, że jest źle – ca­łość w po­da­nej przez Cie­bie for­mie jest po pro­stu prze­cięt­na. Za­pew­ne wy­star­czy­ło­by za­dbać o język, tro­chę bar­dziej kli­ma­tycz­ne opisy i dodać szczyp­tę in­dy­wi­du­al­no­ści po­sta­ciom, a by­ło­by znacz­nie le­piej. 

I po co to było?

O kur­czę dawno nie za­glą­da­łem, a tu tyle ko­men­ta­rzy. Dzię­ku­ję Wam za kon­struk­tyw­ną kry­ty­kę. Bar­dzo mi to po­mo­że w przy­szło­ści :)

Nowa Fantastyka