- Opowiadanie: uradowanczyk - Rozstaje odmieńców

Rozstaje odmieńców

Opowiadanie powstało dzięki fascynacji irlandzkim folklorem. W Irlandii spędzam sześć miesięcy w roku, bardzo lubię ten kraj, ale mniejsza o to. Na początku połączenie wątków polskich i irlandzkich wydało mi się akceptowalne, teraz mam wątpliwości Przyjemnej lektury żcyczę

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Rozstaje odmieńców

 

1

Asfalt kruszył się, wypiętrzał, zapadał. Miejscami wyglądał jak podziurawiony przez pancerne krety albo ostrzelany przez myśliwce. Gdzieniegdzie przecinały go całkiem pokaźne rozpadliny.

Powozem miotało na wszystkie strony. Dlatego właśnie Triona miała serdecznie dosyć przeciągającej się podróży. Jej ciało – od dwóch godzin niemiłosiernie trzęsione – zaprotestowało serią skurczów w udach i łydkach. Także koń był wyczerpany. Mimo niezbyt forsownego tempa, potykał się i rzęził. Na jego szyi zakwitły pieniste zacieki, a w kącikach pyska prysnęła bańka śliny.

Nie było rady – należało zarządzić przedwczesny popas. Triona zwlekała z tym dotychczas, miała bowiem nadzieję zatrzymać się dopiero u brodu na rzeczce Brosnie, który służył jako wodopój okolicznym hodowlanym czworonogom. Rzeka była wciąż daleko, na szczęście woda chlupała rześko w kanałach drenażowych pobliskiego torfowiska, zasilonych ostatnimi deszczami.

Triona wyjęła spod kozła plastikowe wiaderko, rozejrzała się uważnie, po czym podążyła ścieżką poprzez kępy wrzosu i turzycy. Wnet znalazła głęboką kałużę, z której zaczerpnęła kilka galonów spienionej cieczy. Wróciła i postawiła naczynie w zasięgu spragnionego pyska. Wałach zarżał cicho, po czym zaczął pić zachłannie, a gdy już opróżnił wiadro, kobieta wyciągnęła dla niego worek z obrokiem i rozprostowała plecy; gwałtownie, aż trzasnęło. A potem zapatrzyła się w dal, na brunatnozielone torfowiska.

– Wiem, ale nie powiem, że zgubił podkowę, o-sta-tniu-sień-ką – zaintonowała pod nosem ośmioletnia dziewczynka.

– Co proszę? – stęknęła Triona wyrwana z chwilowego odrętwienia. – Co tam mruczysz, Cassandro?

– Ben zgubił podkowę. Słyszałam, jak brzęknęło. Teraz będzie kuśtykał.

– A, o to ci chodzi – Triona uspokoiła się nieco. – Musiało ci się wydawać, bo Ben chodzi niepodkuty już od roku.

Zanim wybuchła epidemia, Cassandra była żywym srebrem. Nawet teraz, choć wymizerowana i tak ruszała się żwawiej niż większość jej rówieśniczek. Nawet gdy nie machała kończynami, puszczała w ruch język, który zajmował się nie tylko artykulacją dźwięków, lecz także wydymał policzki, jeździł po krawędzi zębów lub oblizywał wyraziste wargi. Cassie pochłaniała świat oczami pełnymi niedowierzania, zwieńczonymi strzępkami owłosienia, które od biedy można by nazwać brwiami. Portretu dopełniał starannie spleciony warkocz, który prześliznąwszy się nad obojczykiem, spoczywał łagodnie na mostku – tuż nad celtyckim totemem wyhaftowanym na sweterku. Zabawne, że wraz z fragmentem grzywki układał się w całkiem zgrabny znak zapytania.

Triona spojrzała na dziecko łagodnie. Właściwie nie potrafiła patrzeć inaczej na powierzoną jej staraniom osobę. W sumie nic dziwnego – z taką urodą i temperamentem. Cassandra mogłaby spokojnie uchodzić za jej córkę, choć dla małoletniej byłby to dość wątpliwy komplement.

Z punktu widzenia fizjonomii Triona miała bowiem wszelkie zadatki na czarownicę. Piegi, wąski nos z drapieżnie rozszerzonymi nozdrzami i wreszcie fryzurę – bujną, na pierwszy rzut oka rozwichrzoną, którą rządził jednak swoisty porządek. Na temat swojej ognistorudej aureoli Triona stworzyła nawet małą teorię. Wymyśliła, że poszczególnie włosy nie lubią się wzajem i każdy chce się trzymać jak najdalej od sąsiadów.

– Nasz drogi Ben to już wyliniały emeryt – ciągnęła Triona. – Ale da sobie radę, kochanie, musi tylko odpocząć.

– Jasne – Cassie pokiwała głową z przekonaniem.

Ruszyły, gdy już zaczynało się zmierzchać.

Powoli, jakby z namysłem rozpierzchały się ostatnie chmury, ustępując na niebie miejsca migotliwym, fioletowym zorzom. Wiał słaby wiatr, ale ostatni dzień października był wyjątkowo ciepły.

– Daleko jeszcze? – spytała dziewczynka, ziewając przeciągle.

– Nie, jeszcze kawałek. Ale to niewiele zmienia. I tak będziemy musiały poczekać do północy. Ale wiesz co, jak już dotrzemy, rozpalimy ognisko i upieczemy ziemniaki? Co na to powiesz, Cassie?

– Noo, fajnie – Cassie pokiwała energicznie głową.

Od czasu do czasu na poboczach straszyły porzucone samochody. Lakier złaził z nich całymi płatami. Wyzierały spod niego plamy gołej stali, zaatakowanej dziwnym rodzajem korozji, która wyżerała w blasze wielokształtne dziury. Na szczęście jak dotychczas żaden wrak nie zatarasował kompletnie przejazdu. Kobiety miałyby wówczas spore kłopoty z ominięciem zawalidrogi.

– Samochody się psują – zauważyła Cassie niezbyt odkrywczo.

– Psują się.

– A samochód taty normalnie się rozkraczył. Raz nasz jamnik na lodzie się rozpłaszczył, akurat mi się przypomniało. Miał takie krótkie nóżki. A z naszym samochodem to było tak, że dosłownie koła mu się rozjechały na boki. Mówię ci ciociu, widziałam.

– Dlatego jedziemy powozem – dopowiedziała Triona. – Nasz powóz się nie rozpadnie, bo jest z drewna.

Co ja pieprzę, jaki tam powóz – zbeształa się Triona w myślach. Skrzynia na kołach, złożona pośpiesznie na czopy. W najlepszym wypadku kariolka dla dwóch osób. Albo raczej jednego dorosłego plus dziecko i tobołki.

– Wiesz, że twoi rodzice strasznie przeżywali, że nie mogli cię osobiście odwieźć na miejsce?

Cassie potwierdziła kiwnięciem głowy.

– Pewnie nie starczyłoby dla nich miejsca – nawiązała po chwili. – A poza tym nie mieli z kim zostawić Alexa. On jest taki blady ostatnio, ma przezroczystą skórę, że mu żyłki widać. Mama daje mu witaminy i tabletki z minerałami, ale nie pomagają.

Twoja matka wcale lepiej nie wygląda – pomyślała Triona.

– Dlaczego wszyscy chorują? – ciekawość Cassie nie znała granic.

– Nie wiem. Trudno powiedzieć. Różne słuchy chodzą, ale podobno ci, co pili zażelazioną wodę, mają się lepiej.

– Ksiądz Seamus mówi, że ta choroba to jest nowa plaga egipska, że kara za grzechy i że idzie koniec świata.

– Ksiądz Seamus mówi – powtórzyła Triona. Natychmiast naszła ją wątpliwość, czy przedrzeźniając małoletnią, nie odejmuje sobie powagi. Doszła jednak do wniosku, że od wielkiego dzwonu może sobie pozwolić na niepedagogiczne wybryki. – Wiedziałam, że o nim wspomnisz. No dobrze, w tym wypadku ma trochę racji. Ziemski nasz padół marnie rokuje na przyszłość i dlatego musimy ci znaleźć nowe miejsce.

No właśnie: nowe miejsce. Triona długo rozmyślała, jak nazwać tajemnicze równoległe uniwersum, którego istnienie przeczuwała od lat. W pierwszym wariancie miał być po prostu „lepszy”. I zasadniczo pomysł nie był głupi, ale niósł ryzyko, że Cassandra będzie myślała o zastępczych rodzicach jako doskonalszych od tych ze świata zagłady. Z różnych powodów taka perspektywa mocno Trionę irytowała. A poza tym, czy Triona bis – jej alter ego po drugiej stronie bramy – miałoby być pod jakimś względem lepsze od pierwowzoru? Tylko dlatego, że prawdopodobnie dożyje spokojnej starości? Niedoczekanie!

W końcu szalona ciotka przestała w ogóle się głowić. Rozmawiając z podopieczną tyle razy użyła słowa „nowy”, że nowy świat wyklarował się sam.

– Ksiądz Seamus mówi też, że jesteś czarownicą – powiedziała Cassie z przekąsem. – Ja wiem, że nie jesteś, ale ksiądz Seamus tak powiedział.

Przyszywana krewna roześmiała się głośno, ale nie całkiem szczerze. Po prostu nie była do końca przekonana o niedorzeczności takich zarzutów.

– Brednie nawiedzonego klechy. – Triona zareagowała z opóźnieniem; w momencie, gdy jej małoletnia towarzyszka dawno zajęła się innymi myślami. – Ksiądz Seamus jest zazdrosny, bo ja wiem coś, czego on nie wie i umiem robić rzeczy, na których on się nie zna. A powinien się znać, bo w końcu on jest od tego, by nieść ludziom pocieszenie. Ale nie mówmy już o świątobliwym. Powtórzmy dla utrwalenia, co zrobisz, kiedy przejdziesz przez bramę.

– Kiedy przejdę? – zdziwiła się Cassie. – Niby sama? Myślałam, że razem przejdziemy.

– Spróbujemy przejść obie, ale jest ryzyko, że tylko ciebie przepuści… yy Wielki Odźwierny.

– Nie mówiłaś mi do tej pory o żadnym odźwiernym – odparła Cassandra z wyrzutem.

Triona nie miała odwagi przyznać, że pomysł na nową postać przyszedł jej do głowy dosłownie przed sekundą. Natychmiast pożałowała spontaniczności.

– Widzisz, moja kochana: to jest tak, że po drugiej stronie bramy stróżuje wszechwiedzący służbista, który zna stan ludności w jego krainie. Wszystko musi mu się zgadzać. Odźwierny wie, że jedna taka mała Cassandra O’Hollohan przepadła bez wieści trzynastego maja w miasteczku Clara, w hrabstwie Offaly. Bez problemów zgodzi się, byś ją zastąpiła.

Słuchaczka miała pewne kłopoty, by przyswoić tak rozbudowaną metaforę. Triona ciągnęła jednak swój wywód.

– Tymczasem moja sobowtórka, Triona z Nowego Świata ma się dobrze i rachmistrz nie zniesie dwóch nawiedzonych bab na swoim podwórku. Przykro mi, ale nie wpuściłby też twojego ulubionego brata Alexa, ani rodziców, ani kolegów czy koleżanek. Nie zgodziłoby mu się w rachunkach. Tacy sami już tam są, po drugiej stronie bramy.

– Tacy sami? Znaczy, że oni wszyscy tam wyglądają tak samo jak my.

– Nie do końca tak samo, ponieważ są zdrowi jak ryba. – wyjaśniła Triona. – I ty wśród nich wyzdrowiejesz, nabierzesz ciała i kolorów.

– Ale czy oni będą… mnie lubić?

– No jasne, że tak! – Triona przełożyła lejce do prawej ręki, a lewą pogłaskała dziewczynkę po głowie. Po chwili wahania zdecydowała się na czulszy gest – mocno przytuliła dziecko owładnięte kolejnym przypływem lęku – Przybrani rodzice popłaczą się na twój widok ze szczęścia i wzruszenia.

– Aha – szepnęła Cassie. – I wtedy mam im opowiedzieć historię, którą przerabiałyśmy.

– Tak. Ale od początku. Co zrobisz, kiedy będziesz po drugiej stronie.

– No to tak: najpierw się rozejrzymy.

– Rozejrzysz się – poprawiła Triona

Cassie nachmurzyła się i zamilkła na dobrą minutę. W końcu jednak zdecydowała się ciągnąć dalej.

– Potem znajdę kościółek na szczycie wzgórza. Pewnie będzie zamknięty i dlatego będę musiała znaleźć zakrystiana Patricka. Pat mieszka w domku za kościołem na skraju cmentarza. Zapukam do drzwi i się przedstawię. Pokażę mu zdjęcie rodziców i karteczkę z adresem. Pat jest dobrym człowiekiem, więc zadzwoni do mamy. Ja wtedy porozmawiam z nią, rodzice przyjadą do Pata i mnie odbiorą.

– Dobrze. I co wtedy opowiesz nowym rodzicom?

Cassandra zmarszczyła brwi.

– Powiem, że zbierałam muszelki.

– No właśnie nie! – zaprotestowała ciotka.

– Powiem, że zbierałam muszelki – powtórzyła Cassie niezrażona – Na brzegu morza. Przyszła duża fala i mnie porwała. Obudziłam się na brzegu.

– Hej, młoda damo, nie tak uzgadniałyśmy. Zrozum, że taka wersja nie ma w ogóle sensu.

– Obiecałaś, że będę mogła powiedzieć, co zechcę.

– Bo ci zaufałam. Myślałam, że wymyślisz historię mniej więcej prawdopodobną, a ty… Wiesz, gdzie jest najbliższa plaża? Galway Bay jest sto mil od twojego domu. Zresztą twoi starzy nigdy tam nie jeżdżą. Naprawdę poniosła cię fantazja.

– Dlaczego się złościsz?

Triona przygryzła nerwowo paznokieć.

– Nie złoszczę się – odparła wbrew oczywistości. – Słuchaj, a może zbierałaś małże nad brzegiem strumyka, co? Poprawimy trochę twoją opowieść.

Cassie zamilkła naburmuszona. Nie wiadomo, co działo się w jej głowie w takich momentach. Może po prostu tłumiła złość, może brała opiekunkę na przeczekanie, a może szukała najwłaściwszej odpowiedzi?

– Nigdy nie widziałam małż nad brzegiem strumienia – obwieściła w końcu ponuro. – To znaczy widziałam raz, jak byłyśmy z mamą w Anglii.

– Okej – Triona lekko szturchnęła pasażerkę. Miał to być w zamyśle gest pojednawczy, ale wyszedł raczej niezręcznie. – Układ stoi, powiesz, co chcesz. Ale gdyby pytał cię policjant, nie wymieniaj żadnych nazwisk. Nie możesz pozwolić, żeby ktokolwiek poszedł przez ciebie do więzienia. To jest bardzo ważne.

– Sama mi mówiłaś, że jestem tylko dzieckiem, w dodatku po strasznych przeżyciach…

– Nie przesadzajmy. Po przejściach co najwyżej.

– …i że cokolwiek powiem albo nie powiem, nikt nie będzie miał mi za złe, bo i tak mi nie uwierzą.

– To prawda – mruknęła Triona. – Nikt ci złego słowa nie powie. Bo niby dlaczego. Przecież dzieci gadają byle co. Wio, koniku.

Zanim dotarły do starego cmentarza, zapadła noc. Ciepła, cicha i gwieździsta. Na horyzoncie ukazało się wreszcie strome wzgórze zwieńczone ruinami średniowiecznej kaplicy.

Powietrze przesycone było wonią mokrej łąki. Zewsząd nieregularnymi falami płynęły tajemnicze szmery, szelesty, pohukiwania. Koń dołączył do tego chóru, rżąc i potrząsając głową. Być może przeczuwał powagę nadchodzących wydarzeń. A może po prostu zachwycił się ulotną urodą chwili.

Triona wyprzęgła wałacha, nacięła gałązek kolcolistu, dorzuciła parę brył wysuszonego torfu i rozpaliła ognisko. Nie minął nawet kwadrans, gdy pokaźny stos biomasy zamieniły się w kupkę żaru, do którego Triona niezwłocznie wrzuciła kilka kartofli.

Gdy już upiekły się al dente, biesiadniczki ostrożnie wymacały je patykiem, popychając ostrożnie wyturlały ze strefy żaru i – wziąwszy pod uwagę wysoką temperaturę – nadzwyczaj szybko spałaszowały. Mlaskały przy tym bez krzty zażenowania.

– Aha, pilnuj kuferka – nakazała nagle Triona, jedną ręką wycierając usta, a drugą podając małej walizeczkę ze sklejki, obleczonej skórą. – Pamiętaj, że masz tam dokumenty, zdjęcia, lalkę…

– Już nie bawię się lalkami – przerwała Cassie urażona.

– Wiem, wiem, ale mama zapakowała ją na wszelki wypadek. Słuchaj Cassandro, nowi rodzice zdziwią się, widząc te przybory, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze jest, żeby cię zaakceptowali i…

Triona zamilkła – musiała bowiem przełknąć kłębek, który niespodzianie utkwił w jej krtani.

– I? – ponagliła Cassie, wpatrując się w ukryte w mroku oblicze przyszywanej ciotki.

– Chcę, żebyś wiedziała, że to co robimy, jest dla ciebie najlepsze. To jedyny sposób, żebyś wróciła do dawnego zdrowia i w ogóle… no, przeżyła.

– Bo nikt już nie wymyśli leku na chorobę?

– Lek na chorobę? – żachnęła się Triona. – To nawet nie jest choroba, to jest… nie wiadomo co. Jak można powstrzymać epidemię, która atakuje wszystko, co żyje, a przy tym jeszcze kruszy skały i zamienia najtwardszą stal w szary pył?

– Pewnie nie można – szepnęła dziewczynka z rezygnacją.

– Nie można – Głos Triony zabrzmiał dziwnie głucho – Muszę też cię oświecić, że jest to jedyne przejście jakie znam i jedyna noc w roku, kiedy można z niego skorzystać. I pamiętaj: nikt ze starego świata już cię nie odwiedzi. Nie wiem, kogo więcej mogłabym uratować. Gdybym wiedziała, że ktoś jeszcze ma szansę się przedostać, załatwiałbym ci jakieś towarzystwo.

– To ty miałaś pójść ze mną – przypomniała Cassie.

Triona westchnęła.

– Dobrze, zrobimy tak. Spróbujemy przejść przez bramę razem. Nigdy tego robiłam, ale najpewniej będzie to uczucie, jakbyśmy weszły do jakiegoś tunelu. Obiecaj, że szybko weźmiesz się w garść, jeśli mimo wszystko coś nas rozdzieli.

Cassie wahała się przez chwilę.

– Dobrze, obiecuję. A ten wszechwiedzący…

– Och, zapomnij o nim, nigdy go nie zobaczysz – rzuciła Triona szorstko. Wytarła palce w ściereczkę. Wstała i energicznym gestem nakazała dziewczynce, żeby zrobiła to samo. – Chodźmy już. Czas już. Zbliża się północ. Chodźmy.

– Skąd wiesz, kiedy jest właściwy czas? Nawet nie masz zegarka.

– Czuję pulsowanie żyłki na udzie – roześmiała się ciotka trochę sztucznie. – Chodź już. Jesteśmy w środku magicznej nocy. Samhain. Albo Halloween, jak mówią odszczepieńcy – dodała w myślach.

Triona chwyciła małą za rękę i poszła z nią w kierunku ruin, odcinających się czarnym konturem na tle księżycowej poświaty.

Niegdyś to miejsce tętniło życiem. Kręcili się tu mnisi, wypełniając wnętrza klasztoru szmerem monotonnie intonowanej modlitwy albo gwarem krzątaniny. W codziennych intencjach wspominali zapewne fundatora – ulsterskiego władcę Cromana. A może – wedle mniej oficjalnej wersji – miejscowego świętego o tym samym imieniu? Nie wiadomo. Zresztą tego rodzaju dywagacje mało Trionę obchodziły. Ona wiedziała swoje. Wierzyła, że wśród nagrobków i zwałów kamieni, wśród strzelistych cisów, za zasiekami ostrokrzewu pląsają duchy. Upiory, gnomy, zjawy, kreatury nieuchwytne, szybkie i ulotne. Pierwotne siły tego świata, prawdziwi mieszkańcy zielonej krainy, odprawiający swe tajemnicze obrzędy od zarania dziejów. Od zawsze. Zanim pierwsi mnisi postawili pierwszy ołtarz, zanim druidzi posadzili pierwszy dąb. Zanim nawet pierwsi myśliwi zdążyli złożyć pierwsze zwierzę w ofierze naprędce wymyślonym bogom.

Triona chwyciła podopieczną za rękę i wskazała najokazalszy fragment zapuszczonej świątyni. W kadrze kamiennego półkolistego łuku, wspartego na solidnych filarach powiewała delikatna tkanina: czarna choć połyskliwa zarazem, wibrująca, szeleszcząca zasłona ciemności.

– Brama do nowego świata… – oświadczyła Triona. – Musisz przez nią przejść.

W tym momencie Cassandra nie tylko poczuła strach, ale okiem wyobraźni zobaczyła go w całej okazałości. Wyglądał jak lodowy karzeł, który wbijając palce pod żebra, wstrzyknął w wiotkie ciało porcję mroźnego jadu. Dziewczynka wzdrygnęła się mocno, szarpnęła ramionami na wszystkie strony i wtedy dopiero stwór ustąpił. Odszedł z ociąganiem, rechocząc złowieszczo.

Cassie jeszcze mocniej ścisnęła dłoń opiekunki, jednocześnie przytulając się do jej bioder. Niestety, akurat w tym momencie Triona nie mogła sobie pozwolić na jakiekolwiek czułości.

Bo właśnie zbliżały się do bramy. Gdy podeszły na kilka kroków, woal uleciał gdzieś w przestrzeń, jakby uniesiony nagłym powiewem. Wkroczyły w mroczną czeluść, pochłaniającą wszelkie dźwięki i obrazy.

Wciąż mocno trzymały się za ręce.

Nie na wiele się to zdało. Kobiety poczuły dokładnie to samo w dokładnie tym samym momencie. Ciepły kształt dłoni  towarzyszki zamienił się nagle w bryłę piasku, która rozsypawszy się nie na ziarenka nawet, ale na arcydrobne molekuły, prześliznęła się bez trudu między zaciśniętymi bezradnie palcami.

 

2

Ksawery nie szykował się bynajmniej na huczną imprezę, ale już z rana – na wszelki wypadek – poupychał kilkanaście butelek piwa i białego wina we wszelkich zakamarkach lodówki. Posprzątał mieszkanie, kupił tytoń do fajki wodnej, wyciągnął świeczki i kadzidełka spod szafy. Po intensywnych poszukiwania odnalazł zestaw do gry w scrabble’a i całkiem nową talię kart.

– Kiedy luba się pojawi? – zapytał Ludwik, odwieczny przyjaciel Ksawerego, propagator dobroczynności i prac społecznych. A po godzinach urzędnik w sądzie rejonowym. 

– Nie znasz dnia, a zwłaszcza godziny – odpowiedziała Zuza, niejako w zastępstwie gospodarza. Zuzanna uchodziła za najlepszą kumpelkę Ludwika, choć chętnie wcielała się w rolę podręcznej antagonistki.

Tak czy siak Ksawery nie bardzo wiedział, co ma gościom odpowiedzieć. Prawdą było, że jego dziewczyna bywała nieprzewidywalna, ale nie był to z pewnością wrodzony i nieuleczalny defekt charakteru. Wykształciły go przecież okoliczności od niej samej niezależne.

– Ksywa, na wiór wysechłem – poskarżył się asesor Ludwik. – Rzuć chociaż jakimś piwem,

Uwzględniwszy zażalenie, Ksawery przyniósł z kuchni kilka schłodzonych butelek oraz spory tort, przyozdobiony dwunastoma świeczkami.

– O jejku, ale zaszalałeś! – zachwyciła się Zuzia.

– A dlaczego dwanaście? – zdziwił się z kolei Ludwik. – A, rozumiem, dwanaście miesięcy.

– Brawo, bystrzaku – pochwalił Ksawery, obracając się na pięcie. Po chwili otworzył ponownie lodówkę, by starannie przeanalizować jej zawartość. – Poznałem Marzenę dokładnie dwanaście miesięcy temu w pewnej romantycznej knajpce. I to w momencie, gdy zrywała z moim szanownym poprzednikiem. Coś dla ciebie, Zuzanno?

– Białego wina beczkę!

– Służę – rzekł Ksawery, stawiając na stole butelkę słodkiego Sauternes i piwo.

Kiedy już wszyscy troje nawilżyli podniebienie ulubionymi trunkami, pogawędka rozwinęła się niezobowiązująco.

– Masz może ochotę odkurzyć stare sprawy? – spytała nagle Zuza, mrugając tajemniczo.

– Masz na myśli… – Ksawer dopiero po kilku sekundach załapał o co chodzi. – A, chodzi ci o śledztwo? Przecież zostało umorzone. Moje prywatne dochodzenie też utknęło w martwym punkcie. A co, znalazłaś jakiś nowy trop?

– Trop? Nie, to za dużo powiedziane. Ale myślę, że powinieneś się z kimś skontaktować. Z kobietą, która powoli staje się naszą stałą współpracowniczką. Wczoraj na przykład rzuciła nowe światło na tajemnicę zaginięcia Iwony z Sopotu.

– Hej, no nie wierzę własnym świeżo umytym uszom – zaoponował Ludwik. – Chyba nie masz zamiaru narajać Ksywie tej wariatki?

– Jakiej znowu wariatki? – zainteresował się Ksawery.

– Weź zapomnij, nie ma co języka strzępić – odparł Ludwik.

– Medium. Pomaga nam czasem odnajdywać zaginionych – ciągnęła Zuza niezrażona.

– Czyli jakaś parapsycholożka?

– Wróżka Kasjopea. Mówimy na nią Kasia.

– Daj spokój, Zuza. Ta baba ma nierówno pod sufitem – zaperzył się Ludwik. – Nie ładuj przyzwoitego Ksawera w kłopoty.

– Jest zadziwiająco skuteczna – upierała się Zuza.

– Udało jej się raptem kilka razy.

– Kilkanaście. A poza tym, w przeciwieństwie do innych jasnowidzów, nigdy nie wodziła nas za nos.

– Też mi zasługa – prychnął Ludwik. – Że ma trochę przyzwoitości. Poza fartem i sprytem rzecz jasna.

– Powiedz mi, wspólniku, jakie ma znaczenie, skąd się biorą jej sukcesy. Jeśli jest szczęściarą, której zdarzają się trafne przepowiednie i sensowne wskazówki, mnie to zupełnie wystarcza.

– Pax między chrześcijany – wtrącił gospodarz, wykonując znak krzyża.

– Jak chcesz, Ksywa, ale mówię ci: uważaj. Ona czasem mówi sensownie, ale częściej bredzi jak potłuczona. Poza tym będziesz musiał uważać na każde słowo. A jak jej podpadniesz mniej lub bardziej niechcący, wariatka zdzieli cię przez łeb pogrzebaczem. Ta baba jest nieobliczalna

Ksawer zastanawiał się tylko przez chwilę.

– Daj mi jej namiary – poprosił, zwracając się do Zuzanny. – Jak pewnie wiecie, mam słabość do nieobliczalnych kobiet.

– Of course – mruknął Ludwik, pojmując nagle, że rzuciwszy jedno nieprzemyślane słowo, przegrał walkę na argumenty.

W tym momencie usłyszeli świergot elektrycznego wróbelka. Ksawer potruchtał pośpiesznie do drzwi wejściowych. Goście uchwycili jeszcze odgłosy krótkiej rozmowy, a potem do salonu weszła Marzena. Miała raczej markotny wyraz twarzy, ale na widok znajomych zdobyła się na wymęczony uśmiech. Wymieniła pozdrowienia z Zuzą i Ludwikiem, trzy przepisowe pocałunki, po czym usiadła ciężko w fotelu.

– My tu właśnie chcemy rozparcelować torcik na okoliczność waszej pierwszej rocznicy – zagaił młody urzędnik.

– Nie bardzo załapuję. Bo wiecie jak to zwykle Ksawer obchodzi wszelkie imieniny, urodziny i rocznice?

– No? Jak? – zainteresowali się goście.

– Szerokim łukiem.

Zuzanna z Ludwikiem roześmiali się szczerze.

– Dokładnie rok temu się poznaliśmy, kochanie – przypomniał Ksawery, opierając się nonszalancko o futrynę drzwi. – A na marginesie: pewne osobniki przykleiły mi gębę niewyjściowego buca – tu Ksawer obdzielił parę znajomych znaczącym spojrzeniem – ale postanowiłem naprawić ten imidż. Wymyśliłem na początek wieczorek uświetniony inspekcją wzmiankowanych osobników.

– Och, słodki jesteś – Marzena zatrzepotała powiekami. Wstała, i uwiesiła się na jego szyi, a nastepnie obcałowała po policzkach. – Dzięki stokrotne. Bardzo się cieszę.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy.

– Nie nabierzesz nas, kochana – Zuza zdecydowała, że należy solidnie przepytać kumpelę. – Widać na pięć metrów, że coś cię gryzie.

– Taa, coś mnie gryzie i gnębi. Nie nabiorę was.

– Ciągle dostajesz te telefony? – zgadł Ksawery.

Marzena pokiwała smętnie głową.

– Na przykład dzisiaj. Ze trzy razy w sumie. Ostatni dosłownie dziesięć minut temu. Nie odebrałam, ale nie wiem, czy to dobra taktyka na dłuższą metę.

– Do Marzeny dzwoni jakiś dowcipniś – wyjaśnił Ksawer, reagując na zdumione spojrzenia przyjaciół. – Przy czym na ekranie komórki wyświetla się jej własny numer. Masza myślała na początku, że to błąd sieci albo defekt karty, ale w serwisie powiedzieli, że z komórką wszystko jest w porządku. Wiecie co, ignorowanie tych incydentów to rzeczywiście nie jest dobry pomysł. Trzeba sprawę wyjaśnić.

– Prawdę mówiąc, to raz nawet zdecydowałam się wygarnąć palantowi, co myślę o jego zagrywkach, ale właśnie schodziłam do metra i straciłam zasięg – dodała Maszka.

– Słyszałem o takich numerach – podsumował Ludwik. – Podobno można coś takiego przez internet wykombinować. Jest taka świńska stronka. Podszywasz się pod czyjś numer i dzwonisz na cudzy rachunek. Można zdrowo zamieszać w czyimś życiu. Ale wariant z twoim własnym numerem to wyższy stopień wtajemniczenia.

Ksawer wsadził kciuki w szlufki spodni i zakołysał się na piętach. Oznaczało to zwykle, że dojrzał do poważniejszej decyzji.

– Wiesz co, kochanie?

– Co?

– Jak jeszcze raz się to zdarzy, a ja będę w pobliżu, dasz mi komórę i ja sam pogadam z palantem. Wyjaśnimy sobie pewne sprawy. Co ty na to?

– Ależ z przyjemnością – oświadczyła Marzena z ulgą. – Widzę że ignorowanie kolesia nic nie daje. Rozważałam zmianę numeru, ale to raczej ostateczność. Zbyt wielu znajomych musiałabym powiadomić.

Marzena zdmuchnęła świeczki. Gospodarz podzielili tort, goście zjedli ze smakiem, po czym zabrali się do opróżniania tacy zakąsek. Następnie zapuścili muzykę i zaczęli tańczyć. Najpierw disco, a potem sentymentalne, wolne kawałki.

Wtedy właśnie zadzwonił telefon. Marzena sięgnęła do kieszeni dżinsów. Westchnęła przeciągle.

– Chciałeś, to masz, wielki negocjatorze – rzekła, wręczając telefon partnerowi – Pogadaj sobie.

Ksawery wziął aparat z otwartej dłoni. Ekran migał niebieskim światłem. Na ekranie widniało imię MARZENA opatrzone rządkiem dziewięciu cyfr pod spodem.

– Halo – powiedział chrypliwie, kierując się w stronę sypialni. Potrzebował odrobiny intymności, więc gestem nakazał pozostałym imprezowiczom, by pozostali w salonie.

Halo, kto mówi? – odpowiedział rozedrgany, żeński głos. – Jest ktoś na linii

A więc kobieta. Nie spodziewał się. Zaintrygowało go to, ale i zbiło z tropu.

– Ano ja mówię. Może sama najpierw się łaskawie przedstawisz.

To ty Ksawer? O Boże… żyjesz, co za szczęście. Ulżyło mi, naprawdę.

To wyznanie totalnie pomieszało Ksawerowi szyki. Natychmiast zapomniał o surowej tyradzie jaką sobie przygotował i jął śpiesznie opracowywać nowy scenariusz pogawędki.

– Żyję i mam się dobrze, dziękuję. Z kim mam przyjemność?

– Nie poznajesz głosu? To przecież ja, Marzena.

A, takie buty. Więc nie dość, że pan dowcipny okazał się panią, to jeszcze wyjątkowo wyrafinowaną.

– Czekaj, czekaj, niech zgadnę. Marzena Jaworek, lat dwadzieścia cztery, córka Mariana i Teresy, studentka medycyny. Siostra Natalia, pies Fikus…

– Dlaczego to wszystko mówisz? Po co ta ironia? Wiesz ile łez wypłakałam, kiedy zniknąłeś? Sprawia ci przyjemność ranienie innych?

– Że niby ja ranię innych? – zdenerwował się Ksawer – Posłuchaj mnie, nawiedzona kobieto. Jestem pod wrażeniem twoich talentów dźwiękonaśladowczych, ale tak się składa, że moja dziewczyna, o imieniu Marzena zresztą, stoi sobie w tej chwili w salonie, jakieś sześć metrów ode mnie i właśnie… – Ksawer wyjrzał z sypialni – …sączy martini. Właśnie teraz spojrzała mi w oczy z niepokojem. Jest zdezorientowana, oględnie mówiąc. Nie wie też, dlaczego jakaś wariatka wydzwania do niej, używając simkarty z jej własnym, teoretycznie niepowtarzalnym numerem telefonu. Nie ma pojęcia, czego od niej chcesz, więc może w pierwszym rzędzie zechciej się wytłumaczyć, z łaski swojej. Po co to robisz? Myślisz, że to zabawne?

Przez chwilę Ksawery nie słyszał nic poza przyśpieszonym oddechem.

– Odpowiesz mi coś? – ponaglił Ksawery.

– Ja już nic nie rozumiem – głos po drugiej stronie balansował na granicy szlochu i rezygnacji. – Mogłabym odpowiedzieć ci tym samym. Po pierwsze, to nie ja dzwonię. Ktoś, chcę wierzyć, że nie ty, ktoś bez przerwy wydzwaniał do mnie. W dodatku wyświetla się… no zgadnij! Mój własny numer. Próbowałam rozmawiać, ale zawsze coś przerywało połączenie. Po raz pierwszy udało się dzisiaj. Odebrałam i okazuje się, że to mój… były chłopak, który twierdzi, że jest ze mną właśnie teraz. Ale go nie ma – Rozmowę przerwały trzaski, przemieszane z krzykami i głuchymi hałasami w tle – Wiesz co, żartownisiu, właśnie zostałam wyrzucona z komisariatu. Chciałam zgłosić twoje zaginięcie, bo od półtora tygodnia nie dajesz znaku życia. Panowie władza oczywiście mnie olali, potem nawrzeszczeli, a na koniec wypchnęli za drzwi. Oni mają ważniejsze sprawy na głowie. Szykują się zamieszki, są pierwsze objawy paniki. Właśnie przedzieram się przez tłum przerażonych ludzi i… i jeśli jesteś Ksawerem to… brakuje cię w momencie, gdy cię najbardziej potrzebuję! Świat mi się wali na głowę!

Głos rozmówczyni załamywał się wyraźnie i istniało ryzyko, że za chwilę przerodzi się w bezładny szloch.

– Posłuchaj mnie… Marzeno – Ksawery starannie kontrolował tembr i intonację, by nie spłoszyć interlokutorki, a jednocześnie nie pozwolić by go zdominowała – Wiem, być może to zabrzmi nieprzekonująco, ale postaraj się powstrzymać emocje.

Skutek był odwrotny do zamierzonego: dziewczyna rozpłakała się na dobre. No jasne, jakże by inaczej. Cały babski rodzaj musi uruchomić gruczoły łzowe, żeby wypłukać umysł z nadmiaru emocji. Na szczęście interlokutorka szybko wzięła się w garść. No cóż, dokładnie jakby się tego spodziewał po Marzenie. Jej wybuchy były co prawda gwałtowne, ale krótkotrwałe.

– Hej, uspokój się! – powtórzył Ksawery dobitnie i łagodnie zarazem.

– Uspokoić się ? Niby jak? Nie dość, że zniknąłeś bez uprzedzenia to jeszcze wszystko wokół zwariowało. Rodzice w szpitalu, przyjaciele się rozjechali, ale i tak wszyscy martwią się własnymi problemami. Gdzie ty właściwie jesteś?

Mówiłem już, we własnym domu.

– A, faktycznie wspominałeś – potwierdziła Maszka ponuro. – Z tego, co wiem, mieszka u ciebie matka, która z całą pewnością dałaby znać, że syn się znalazł. Nie wiem, do czego zmierzasz, ale w ten sposób się nie dogadamy.

Ksawery postanowił chwilowo zignorować niedorzeczne wzmianki na temat zamieszek, wizyty mamy i swojego rzekomego zniknięcia.

– Dlaczego powiedziałaś, że świat się wali?

– O Boże co się z tobą dzieje, człowieku. Wyjrzyj przez okno. Niebo jest fioletowe, trzęsienia ziemi. – Dla spokoju sumienia, ale bez większego przekonania Ksawer wyjrzał przez okno. Było cicho i spokojnie. Zmierzchało się co prawda, ale kolor nieba nawet nie zbliżał się do fioletu. – Ludziom wyrastają rogi, rogowacieje skóra. Ja się muszę depilować dwa razy dziennie, bo wyglądałabym jak małpa…

– Marzeno, posłuchaj. Nie mam powodu, by wątpić w twoje słowa, ale wierzę także własnym zmysłom. Wyglądam przez okno i nie dostrzegam na zewnątrz nic szczególnego. Żadnych sensacji w telewizji, w gazetach. Czy aby na pewno mówimy o tym samym kraju?

– Ja jestem w Polsce. Mam ci podać czas i datę? Jest dziesiąty lipca, dwudziesta druga siedem…

– Zgadza się – uciął szybko Ksawer. – Wobec powyższego najpierw ustalmy podstawowe okoliczności. Muszę się upewnić, że jesteś osobą, za która się podajesz. To będzie test. Zgadzasz się?

– Test? Więc na dodatek chcesz mnie testować… – jęknęła dziewczyna, wciąż pochlipując.

– Hej Maszka, nie płacz już. Słuchaj naprawdę muszę się upewnić. Spytam cię o pewien sympatyczny incydent, o którym nigdy nikomu nie mówiliśmy. No, przynajmniej postanowiliśmy nikomu nie mówić. To miał być nasz mały sekret. Pamiętasz, nasza pierwszą noc w Augustowie? Miesiąc po pierwszej randce?

– Pamiętam.

– Nad ranem, około szóstej…

– …Do okna naszego pensjonatu zapukał ptak. Zielona papuga – dokończyła dziewczyna bez chwili zastanowienia. Ksawery przełknął ślinę, ale postanowił chwilowo niczego nie komentować. – Dowiedzieliśmy się później, że uciekła z pet shopu. Otworzyliśmy lufcik. Papuga wpadła do środka, przycupnęła na poręczy krzesła i wypuściła z pyska zielony kamyk. Potem wyfrunęła. Ty wzruszyłeś ramionami i poszedłeś spać, ja nie mogłam zasnąć. Pomyślałam, że to znak. Włożyłam kamyk do babcinego puzderka, noszę go cały czas przy sobie.

Ksawery powoli trawił sens słów. Usłyszał więcej, niż się spodziewał.

– To chciałeś usłyszeć? – ponagliła tajemnicza rozmówczyni.

– Tak, tak. Właśnie to. Sprawa jest naprawdę zadziwiająca. Słuchaj, nie chcę tracić z tobą kontaktu. Mam pomysł, wiem, co zrobimy. Hej jesteś tam?

Odpowiedziało mu głuche buczenie.

– Marzena? – Odpowiedział mu donośny przerywany sygnał. Połączenie definitywnie zostało przerwane. Ksawer przejrzał listę połączeń przychodzących i ponownie wybrał ostatnie. Informujemy, że próbujesz połączyć się z własnym numerem – oświadczył męski głos, mający zapewne uchodzić za ciepły i seksowny zarazem .

Ksawery pokręcił z niedowierzaniem głową, wyłączył komórkę i bardzo powoli wszedł do salonu.

– No i co, i co? – zapiszczała Zuza, najbardziej niecierpliwa z obecnych.

– Kto to był? – zawtórował Ludwik.

Marzena nic nie mówiła, ale rozszerzone, roziskrzone oczy wyrażały więcej niż setki słów.

– Zanim wam opowiem… Maszka, ciągle nosisz ten medalionik z bursztynowym wieczkiem?

– No mam, czemu pytasz?

– Mówiłaś, że trzymasz tam coś bardzo osobistego. I że pokażesz mi , kiedy przyjdzie pora. Myślę, że przyszedł czas.

Marzena westchnęła z rezygnacją.

– Inaczej to sobie wyobrażałam, ale skoro uważasz, że przyszedł czas…

Trochę niezręcznym ruchem Marzena zdjęła wisiorek z szyi. Nacisnęła maleńki guzik i wieczko odskoczyło, ukazując wygrawerowane twarze wpatrzonych w siebie kochanków. Ksawera i Maszki bez wątpienia. Ksawer uśmiechnął się lekko.

– A gdzie kamyk? – spytał Ksawer ciut natarczywie.

– Kamyk?

– Nie trzymasz tu żadnego kamyka? Ani nigdzie indziej?

– Jakiego znów kamyka? – Maszka wyraźnie podniosła głos .

– Nic, nic, żartowałem – uspokoił Ksawer. – Usiądźmy jak kulturalni ludzie i wszystko wam opowiem.

Ksawer nie sprecyzował oczywiście, że drobny fragment rozmowy zachowa wyłącznie dla siebie.

 

3

 

Ksawer nie za bardzo znał stare kwartały miasta. Zwykle czuł się tu nieswojo. Kojarzyły mu się z menelami, bramami cuchnącymi moczem i psimi kupami na chodnikach. Jako młody, obrotny informatyk, najbardziej lubił  nowoczesne biurowce, a w nich szkło, plastik i aluminium.

Samochód zostawił na strzeżonym parkingu, a na ulicę Pochmurną dotarł naprowadzony wskazówkami przechodniów. W świeżo odnowionym zaułku odnalazł drzwi przyozdobione metalową tabliczką Wróżka Kasjopea. Były lekko uchylone i nawet rozwarły się bardziej, gdy się do nich zbliżył. Mam prawo czuć się zaproszonym – pomyślał Ksawery, chwytając klamkę. Dla formalności nacisnął guzik dzwonka, jednak nie usłyszawszy żadnego dźwięku, wszedł głębiej do środka.

W przedpokoju panował półmrok. Ksawer rozgarnął ostrożnie sznury zasłony ze szklanych paciorków, wywołując serię ostrych trzasków.

– Halo, jest tu kto? – powiedział głośno – Drzwi były otwarte, a poza tym byliśmy umówieni.

Odpowiedziało mu hałas, przypominający trzepot skrzydeł. Coś zaskrzeczało w kącie obszernego salonu. Ksawer dostrzegł tam obszerną klatkę z czarno-białym ptakiem w środku, najprawdopodobniej sroką. Ksawery podszedł do niej i przyjrzał się jej uważnie. Ptak wyglądał na niepełnosprawnego. Był dziwacznie przechylony, miał kaprawe oko, upierzenie niekompletne i pozbawione połysku. Jedna noga sterczała nieco w bok, podczas gdy druga pokryta była pleśniopodobnym nalotem.

Ptak mierzył Ksawera jedynym okiem, w którym – Ksawer dałby sobie głowę uciąć – wyrażało złość, a może nawet wyrzut.

– Halo, jest pani tu? – powtórzył gość, rozglądają się po pomieszczeniu. – To ja, Ksawery Rudnicki, byliśmy umówieni na piątą.

Nikt się nie odezwał, więc Ksawer kontynuował rekonesans. Wyposażenie gabinetu czarów wydawało się w sumie banalne, a przynajmniej standardowe. Ciężkie zasłony na oknach, dawno nieużywany kominek. Stary fotel. Znicze na półkach. Stół na środku salonu, na nim obrus w kurpiowskie wzory. No i obowiązkowa kryształowa kula, jakżeby inaczej.

Poddając się irracjonalnemu impulsowi, Ksawery musnął opuszkami palców śliską powierzchnię. Kula odpowiedziała na pieszczotę, emitując feerię kolorowych refleksów, które powoli ułożyły się w zarys kobiecej sylwetki. Intruz potrzebował prawie sekundy by rozpoznać, że jest to odbicie realnej postaci, w dodatku stojącej tuż za jego plecami.

Odwrócił się gwałtownie.

Gospodyni przyglądała mu się uważnie, lekko przechylając głowę. Była niewątpliwie wyrazistą postacią, zwłaszcza w okolicach twarzy, którą okalała imponująca fryzura. Powiedzieć o włosach, że były rude byłoby niezasłużonym uproszczeniem, prezentowały bowiem czerwień w kilkunastu odcieniach. Pozostając w gorących klimatach, wróżka wystroiła się w afrykańską suknię w kwieciste wzory, uzupełnioną długaśnym, wielokrotnie zapętlonym sznurem korali. Słowem – Kasjopea wyglądała odlotowo.

Penetrujące spojrzenie zlustrowało intruza od stóp do głów.

– Yy, dzień dobry – rzucił szybko ciekawski klient. – Pozwoliłem sobie wejść, bo dzwonek nie działał, a…

– Nieważne – skwitowała wróżka krótko, ale bez śladu reprymendy w głosie. – Siadaj.

Odsunęła jedno z trzech krzeseł i oszczędnym gestem pokazała gościowi krzesło.

– Co cię sprowadza?

– Ja w zasadzie przychodzę nie w swojej sprawie.

– Jak dziewięćdziesiąt procent interesantów.

– W dodatku zapomniałem się przedstawić…

– Nie zapomniałeś. Ksawery Rudnicki, nieprawdaż? Miło mi. Mów mi Kasia.

Ksawery chrząknął nieznacznie.

– Chodzi mi raczej o to, że ja osobiście nie mam kłopotów. Nikt z mojej rodziny też nie ma. Ja w sprawie mojej dziewczyny. Polecił panią jeden znajomy z fundacji Itaka. Oni zajmują się szukaniem ludzi zaginionych…

Wróżka wybuchła śmiechem.

– Palnąłem jakieś głupstwo?

– Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać – odparła, zamykając usta nadgarstkiem.

– Ale co takiego śmiesznego powiedziałem?

– Skoro pracuję dla Itaki, to wiem czym się tam zajmują, prawda? Dobrze już, dokończę, żebyś sobie oszczędził niepotrzebnych wstępów, mogę?

– Tak, jasne. Kasiu.

– No więc Itaka. Czasami zwracają się do mnie. Nie tylko zresztą oni. Policja też, detektywi, różni tacy. No, nieważne. Pomagam znajdować zaginione osoby, a czasem udzielam rad – dajmy na to – psychologicznych. Ty oczywiście jesteś pewnym siebie człowiekiem sukcesu, który nie potrzebuje psychologa. Wiem już, że nie szukasz pomocy dla siebie. W czym zatem mogę ci pomóc?

– Kiedy przedstawię naszą historię, sama zrozumiesz.

– Zatem zaczynaj.

– Okej. Marzenę poznałem rok temu w letni, słoneczny dzień. Załatwiała ostatnie formalności przed wyjazdem na praktyki, porządkowała życie osobiste. Nie będę wchodził w szczegóły, ale nagle zrobiło się w nim miejsce dla kogoś takiego jak ja. Wymieniliśmy koordynaty. Potem ja dzwoniłem do niej do Warszawy – ona mailowała z Madrytu. A potem nastąpił ten nieszczęsny epizod.

Trzydziesty pierwszy października. Marzena chciała koniecznie być w domu na Wszystkich Świętych. Wsiadła w samolot, wylądowała na Okęciu, złapała najbliższy pociąg w kierunku Lublina. Było względnie ciepło, ale siąpił kapuśniaczek…

 

*

 

Przyjemna temperatura dwudziestu dwóch stopni, przyciemnione światła, wygodne zagłówki i monotonny stukot zachęcały do drzemki. Tymczasem Marzena jakoś nie miała nastroju, by poddawać się sennemu rytmowi podróży. Senne otępienie pierzchło gdzieś, rozwiane zbiegiem niesprzyjających okoliczności. Najpierw czekała na konduktora, który strasznie długo marudził w sąsiednim przedziale, potem przypałętał się hałaśliwy owad, a na koniec zirytował ją podejrzliwy wzrok staruchy, która rozsiadła się na kanapie naprzeciwko. Kobiecina na przemian mierzyła ją wzrokiem, chrząkała i wierciła się, jak na rozżarzonych węgielkach.

– Może mi się oczy psują na stare lata, ale widzę cię podwójnie, dziewczyno – mruknęła wyjaśniająco.

Marzena wzdrygnęła się – wyobraziła sobie, że baba tylko czyha na okazję by przetrząsnąć jej bagaże. A łup okazałby się całkiem interesujący, bo w torbie były ciastka, kanapki, a przede wszystkim alkohol. Niewątpliwie łakomy kąsek dla starej pijaczki. I jeszcze tych parę butelek madery umoszczonych między ciuchami w walizce na półce. Na szczęście ta była za ciężka, by można było się do niej bezgłośnie dobrać.

Marzena przysunęła podręczną torbę i oparła się o nią łokciem. Po raz trzeci od opuszczenia lotniska wyjęła komórkę i wybrała numer matki. Tym razem rozmowa była krótka i raczej zdawkowa. Mama potwierdziła, że czeka niecierpliwie, córka z kolei ponarzekała, że pociąg wlecze się jak żółw, że dopiero minął Otwock, że plucha na dworze. I jeszcze upewniła się, że ojciec na pewno wyjedzie samochodem, by odebrać ją z dworca.

Kolejny przystanek: świst, wstrząs i zgrzytanie hamulców. Podejrzana babuleńka wygramoliła się wreszcie, taszcząc pokaźny tobołek. Gdy w końcu zajrzał konduktor, wypuszczając przy okazji uciążliwego insekta, Marzena wreszcie mogła się przespać.

Niedługa była to drzemka. Obudził ją chłód. Mroźny podmuch wcisnął się przez niewidzialną szparę i musnął twarz rozespanej pasażerki. Co jest, do diabła Rokity – pomyślała Marzena, prostując się i rozcierając oczy. Jej ciało przeniknął dreszcz. Dziewczyna wstała i energicznym ruchem podniosła niedomknięte okno.

I w tym momencie jęknęła z wrażenia.

Krajobraz za oknem zmienił się nie do poznania. Dżdżysta pogoda ustąpiła nagle, szare chmury gdzieś znikły, za to ziemię pokrył dywan białego puchu. Jasne połacie uroczo kontrastowały z błękitem nieba. Malowniczą panoramę uzupełniły kolejno przykryte grubą otuliną gałęzie, traktor ciągnący sznur sań, dzieci lepiące bałwana, a wreszcie ekscytujący epizod bitwy na śnieżki. Maszka patrzyła jak urzeczona.

– Ja się chyba jeszcze nie dobudziłam – wyszeptała, spoglądając na zegarek. Miała czemu się dziwować. Sypnęło co najmniej po kostki, choć przysnęła na pół godziny najwyżej. – To jakaś paranoja! Co się dzieje z tym klimatem?!

Marzena ściągnęła walizkę z żebrowanej półki. Kilkoma niecierpliwymi szarpnięciami wyciągnęła z niej puchową kurtkę, a na jej miejsce wcisnęła zdjęty z wieszaka sweter i cienki plastikowy płaszczyk.

W końcu pociąg zatrzymał się na stacji Dęblin. Na zewnątrz panował lekki, orzeźwiający przymrozek. Zmierzch zapadał szybko i stanowczo za wcześnie. Z megafonów leciała nastrojowa kolęda. Całkiem spora gromadka pasażerów kręciła się po peronie. Marzena rozejrzała się niespokojnie, by wyłowić w tłumie sylwetkę postawnego, brodatego mężczyzny z nieodłączną laską, który miał ją powitać rubasznym pozdrowieniem. Nie doczekała się, więc z ociąganiem ruszyła w kierunku dworcowego parkingu, na którym – zresztą zgodnie z ponurym przeczuciem – nie zauważyła znajomej, czerwonej toyoty corolli.

Starzy ewidentnie się nie spisali. Czyli znów musiała zadryndać, by ustalić przyczynę nawalanki. Wyciągnęła komórkę. Wystarczyły cztery klawisze i sześć wprawnych ruchów kciuka, by wybrać właściwy numer. Spotkała ja jednak przykra niespodzianka. W związku z długim okresem nieużywania, twoje konto zostało wyzerowane – obwieścił przemiły głos. – Doładuj swoje konto na sumę co najmniej dziesięciu złotych, by korzystać z preferencyjnej taryfy…

– Co za szit! – zaklęła Marzena. – Przecież doładowałam! Słyszysz mnie głupia cipo!? Specjalnie doładowałam! Tyle żeby starczyło do końca listopada, żeby nie słuchać takiego pieprzenia w bambus.

Nerwowym gestem Marzena schowała komórkę do kieszeni. Kilka taksówek czekało koło dworca. Swoim niekontrolowanym wybuchem Marzena musiała zwrócić uwagę właścicieli.

– Kłopoty z komórką, szanowna pani? – zaczepił ją jeden z taksówkarzy, zresztą jedyny stojący na zewnątrz. Zaciągnął się rzetelnie, przestąpił z nogi na nogę, wyrzucił niedopałek i przydeptał obcasem – Mogę pożyczyć swoją, o ile sprawa będzie krótka.

– Nie, dziękuję. Co za gówniana firma. Rozmawiałam ze starymi jeszcze w pociągu, a teraz mi pieprzy taka nagrana pinda, że już nie mogę, bo się doładowanie przeterminowało. Jutro zmieniam sieć, nie będę się więcej denerwować.

Taksówkarz wzruszył ramionami, ale zaczął się bacznie przyglądać potencjalnej klientce.

Rodzinny dom Marzeny stał całkiem blisko. Od biedy mogła dojść piechotą i nawet walizka nie byłaby problemem. W końcu jednak zarobiła wystarczająco dużo, by pozwolić sobie na taksówkę. Poza tym zdecydowanie nie miała ochoty brodzić w śniegu.

– Ojciec miał mnie podwieźć, ale jakoś go nie ma. Wolny pan jest?

– Wolny jak ptak, kierowniczko. Dokąd wieziemy?

– Asnyka trzy.

Kierowca skrzywił się lekko.

– Normalnie to nie chciałoby mi się silnika odpalać na taką krótką trasę, ale w końcu mamy świąteczny czas i powinniśmy być dobrzy dla bliźnich.

Marzena zgięła i rozprostowała palce. Niestety, rozdrażnienie w dalszym ciągu nie ustępowało, raczej przeobrażało się w dokuczliwy niepokój. Wytrącała ją z równowagi już nie tylko nagła zmiana pogody, zachowanie taksówkarza, ale przede wszystkim wszechobecne bożonarodzeniowe dekoracje.

Wsiadła w końcu. Samochód zawarczał cicho i zjechał na jezdnię.

– Co się dzieje w mieście? – rzuciła, gapiąc się na paradę świecidełek za oknem – Ludziom się coś nie przestawiło? Myślałam, że tylko pogoda zwariowała.

– A co się miało przestawić? – żachnął się taksówkarz. – Myśmy tutaj wszyscy normalni. A pogoda jest jak marzenie. Pani pewnie z ciepłych krajów wróciła? – dodał poufale. – Nieprzyzwyczajona. Opalenizna, że nawet po ciemku widać.

– To nie ma nic do rzeczy, skąd wracam – odparła Marzena oschle. – Z Hiszpanii – dodała po chwili łagodniejszym tonem. – Byłam tam na stażu.

– Coś w tym rodzaju sobie pomyślałem – rzucił taryfiarz wymijająco.

– Chodzi mi o to, że wszystko już gotowe na Boże Narodzenie. Nie za wcześnie na świętowanie?

– Za wcześnie? – Taksówkarz miał zamiar dorzucić jakiś komentarz, ale Marzena machnęła ręką, który to gest musiał dostrzec we wstecznym lusterku.

– Nie mówmy o tym.

– No dobrze, jak kierowniczka uważa.

– Właśnie tak uważam.

Taksówkarz włączył radio. Oczywiście leciał okolicznościowy przebój pełen chórków i dzwoneczków.

– Przypomina mi pani kogoś – rzucił po chwili bez związku. – Chodzi mi o to zaginięcie, co się o nim mówiło. Słyszała pani?

– Jakie znów zaginięcie?

– A, czyli nie słyszała. Zdarzyło się ze dwa miesiące temu. W zasadzie jest nawet pani podobna do tej dziewczyny. Kojarzę dobrze, bo pomagałem nalepiać plakaty ze zdjęciem. Tajemnicza sprawa. Dziewczyna wracała z zagranicy, już dojeżdżała do rodziny. Dzwoniła jeszcze z minutę przed Dęblinem i nagle : pstryk! Zniknęła. Przepadła jak kamień w wodę. A jak mi pani podała adres, to mi się przypomniało. Zaraz, jak ona miała na imię…

– Wie pan co, to już za dużo na moje nerwy – warknęła głucho pasażerka. – Zresztą już dojechaliśmy. Ile się należy?

– Dziesięć złotych, kierowniczko.

Marzena sięgnęła po portfel. Gdy mężczyzna postawił walizkę na chodniku, Marzena wyjęła dwudziestozłotowy banknot.

– Reszty nie trzeba.

Taksówkarz podziękował wylewnie za hojny napiwek, ale szybko usadowił się za kierownicą. Najwyraźniej gotów do natychmiastowego odjazdu. Ot, na wypadek, gdyby klientce nagle się odwidziało.

– Wesołych świąt i fajnych prezentów pod choinką – rzucił na odjezdne uchyliwszy szybę.

– Wesołych Świąt – odparła Marzena i natychmiast zrugała się w myślach za ten przejaw słabości. Naćpali się wszyscy, czy co? – pomyślała. – Bo przecież nie ja! Żadnych dragów nie brałam. Może aspirynę dwa dni temu.

Stanowczo zbyt wiele szczegółów jej nie pasowało. Od kiedy się obudziła w wychłodzonym przedziale, coś nie zazębiało w tak zwanej realności, coś zgrzytało nachalnie i dokuczliwie.

Wszystko pikuś, ważne że była już w domu.

Znajoma furtka, jak zwykle zatrzaśnięta. Mosiężny guzik ledwo dał się wcisnąć, ale w końcu dzwonek zaterkotał cichutko za metalowymi drzwiami. W oknie jadalni ktoś z domowników uchylił firankę. Niewyraźna postać przesłoniła przystrojoną lampkami choinkę i przez pół minuty przyglądała się późnemu gościowi. Po chwili zazgrzytał zamek. Emerytowany pilot Marian Jaworek wyjrzał przez uchylone drzwi.

– Kto tam?

– Jak to kto! Nie wygłupiaj się, tatko – zawołała. – Miałeś na mnie czekać na dworcu. Co się stało?

– Marzenka, to ty?

– No ja przecież. Mam tu stać na chodniku jak dziad proszalny? Otwórz wreszcie furtkę!

Ojciec wyszedł, stanął na schodach i zaczął wpatrywać się w ciemną sylwetkę, drepczącą niecierpliwie za prętami ogrodzenia.

– Teresa, chodź tu! – krzyknął starszy pan, zszedł pospiesznie i szarpnął masywną zasuwę.

Tatko przyglądał się jej jeszcze przez chwilę. Mimo kiepskiego oświetlenia, Marzena zauważyła, że zaszkliły mu się oczy. Potem uścisnął ją mocno i zachłannie.

Totalnie zdezorientowana Marzena mechanicznie odwzajemniała te gesty.

– Tato, co się dzieje?

– Gdzie ty się podziewałaś, dziecino? – zapytał ojciec, załamującym się głosem. Potem chwycił je głowę w dłonie i uważnie wpatrywał się w jej oczy.

– Tato, ja…

– Maszka! – krzyknęła nagle starsza kobieta, zbiegając po schodach – Maszka, Maszeńka moja.

Matka zbiegła szybko, ścisnęła głowę marnotrawnej córy w imadle żylastych dłoni i pokryła jej policzki chaotycznymi pocałunkami.

Stali tak przez kilka minut, pogrążeni w nieskładnej, urywanej rozmowie, aż pan Marian zreflektował się, chwycił walizkę i zapędził swoje panie na ciepłe pokoje.

 

*

 

– Prawie dwa miesiące wyrwane z życiorysu – Ksawer podsumował opowieść teatralnym westchnieniem – Jakby ją przeniosło w czasie. Lokalne gazety o tym trochę pisały. Mieli zaprosić nawet Maszkę do telewizji, ale wiesz – święta, potem mrozy stulecia, potem jeszcze ze dwie lokalne afery i jakoś się rozeszło po kościach. W sezonie ogórkowym historia Marzeny byłaby sensacją.

– Słyszałam o niej – rzekła Kasia powoli. – Ale z czym właściwie do mnie przychodzisz?

– Słuchaj. Boję się o nią.

– Boisz się, że znów gdzieś przepadnie?

– Bo ja wiem – Ksawery wzruszył ramionami – Różne rzeczy mogą się wydarzyć, z porwaniem włącznie. Ostatnio mała dostaje dziwne telefony. Wlecze się za nią jakieś fatum.

– Masz może jej zdjęcie?

– No jasne, chcesz zobaczyć?

– Tak. Połóż na stole.

Ksawery posłusznie sięgnął po portfel, pogrzebał w nim chwilę i sięgnął po złożoną na pół fotografię. Rozprostował ją starannie i położył na koronkowym obrusie między dłońmi jasnowidzki. Ku jego zaskoczeniu w ogóle jej się nie przyglądała. Jej oczy błądziły gdzieś przez chwilę, by w końcu uchwycić nieokreślony punkt zawieszony w przestrzeni. W końcu Kasjopea spuściła wzrok. Przykryła zdjęcie dłonią.

– Osoba z którą dzielisz czas i bukowe łoże o wymiarach dwa na dwa jest podmieńcem – oświadczyła.

– Co proszę?

– Albo odmieńcem, jak wolisz. Przybyszem z innego świata.

Ksawery był wyraźnie skołowany.

– Co masz na myśli?

– Już precyzuję. Szczupła, atrakcyjna blondynka, którą poznałeś rok temu w barze Dziurawa Beczka była niewątpliwie kobietą z krwi i kości. Natomiast człekopodobna istota, która obudziła się zimą w pociągu, jest podmieńcem. Oczywiście nie zdaje sobie z tego sprawy i broń Boże nie okłamuje cię świadomie. Tym niemniej nie jest osobą, za którą uchodzi.

– Nie jest osobą, za którą uchodzi… – powtórzył Ksawer cicho, jakby bezwiednie.

– Za którą się podaje – sprecyzowała Kasia. – Sam przyznaj, poznałeś pierwotną Marzenę jako dziewczynę rezolutną i przebojową. Ta obecna wydaje się przygaszona, choć robi dobrą minę do złej gry. W gruncie rzeczy jest zagubiona, cierpi. Dlatego myślę, że powinieneś znać prawdę i nie mam skrupułów, by ją wyjawić.

Ksawery zaczął odruchowo stukać palcami o blat. Niezbyt gruba tkanina lekko tłumiła dźwięki, ale i tak brzmiały ostro, wręcz prowokująco.

– Sorry, ale to się nie trzyma kupy – podsumował Ksawery. – Każdy człowiek po traumatycznym wydarzeniu byłby zdołowany. A poza tym: czego mogę się spodziewać w związku z tym, że Marzena jest odmieńcem? Że zechce wrócić tam, skąd przyszła? I jeszcze jedno… znaczy zanim zapomnę.

– No, strzelaj śmiało – zachęciła Kasjopea.

– Skoro moja obecna partnerka jest… podróbką, to co w takim razie stało z oryginałem?

– Już tłumaczę, mój drogi niedowiarku – powiedziała Kasia miękko i ciepło. – Tylko bądź łaskaw nie przerywać.

Ten niespodziewanie łagodny ton zaokrąglił ostre zazwyczaj rysy twarzy. Magiczna aura owiała wróżkę pastelową otuliną. Zarys tęczówek rozpłynął się w okalającej bieli, co Ksawer starannie zarejestrował, gdy wróżka przesiadła się na połatany fotel i utkwiła wzrok w plamie na suficie. Twarz Kasi znieruchomiała w masce marzycielskiego błogostanu i tylko usta poruszały się nieznacznie.

Ocknęła się wreszcie.

– Odmieńcy są to sobowtóry dzieci uprowadzonych przez wiedźmy – zaczęła gawędziarskim tonem. – Następnie ludzkie dziecię trafia do magicznego świata, a w jego miejsce, bywa że już w kołysce, pojawia się jego zmiennik z krainy czarów. Nie jest to zwykle dobra wiadomość dla rodziców. Odmieniec jest hałaśliwym, nieznośnym, pazernym głodomorem. Tyle że wynika to z fizycznej niedoskonałości raczej niż z podłego charakteru. Odmieńcy cierpią na wszelkie choroby i to w dodatku w przewlekłych, uciążliwych odmianach. Ich szkielety nigdy właściwe nie obrastają w mięśnie. Przeciwnie. Skóra pomarszczona od dzieciństwa, kości cienkie i kruche. W gruncie rzeczy te mizerne ciała rozkładają się, zanim na dobre zaczną się rozwijać. Odmieńcy nie żyją długo, zwykle umierają, zanim wkroczą w dorosłość. Ciąży na nich przekleństwo. Tak: klątwa, niezasłużona kara.

– Ale po co ta zamiana.

– A po co kukułka podrzuca swoje jajo? Bo wie, że sama pisklęcia nie wychowa. Zwłaszcza w świecie skazanym na…

– Bez urazy, ale bzdury opowiadasz! – przerwał Ksawer. Machnął przy tym ręką, jakby opędzał się od natrętnej muchy. Gest ten miał wyrażać sprzeciw lub co najmniej zniecierpliwienie, ale wątpliwe, by Kasia była w stanie go zauważyć, bo jej na wpół przymknięte oczy zafiksowały się na jednej z lampek żyrandola. – Jakieś podania, klechdy domowe. Sorry, ale wyrosłem z tego.

Tymczasem Kasia wyprostowała się potrząsnęła głową i ostrzegawczym zmarszczeniem brwi skarciła niesubordynowanego słuchacza.

– Miałeś się nie wtrącać – burknęła. – Otóż zdarzają się też odmieńcy w wersji dorosłej. Łudząco podobni do pierwowzoru pod który się podszywają. Czasem nie są nawet świadomi swego pochodzenia ani kruchości swego bytu na tym ziemskim padole. Często pozostają biedni, chorzy, osamotnieni. Z nielicznymi wyjątkami mają ciężki charakter, są bezinteresownie wredni, ale w sumie nieszczęśliwi. Bo skazani na rychłą śmierć. Niekiedy po prostu znikają, nie zostawiając po sobie nic poza mglistym, rozmytym wspomnieniem.

– Nie, jednak Ludwik miał rację – stęknął Ksawer, podrywając się z krzesła. – Tracę niepotrzebnie czas. Nic tu po mnie. Ile się należy?

– Jesteś pewien, że chcesz już iść? – Kasia zmierzyła zawiedzionego klienta badawczym spojrzeniem.

– Jestem. Czyli ile?

– Zapłacisz następnym razem, hurtowo.

– Obawiam się, że nie będzie następnego razu.

– Ja wiem lepiej, drogi Ksawery. W końcu jestem wróżką.

 

4

– Według niektórych teorii wszechświat nie miał początku, nie będzie też miał końca. Cyklicznie kurczy się i rozszerza.

Prelekcja ciągnęła się już drugą godzinę. Ksawer przyłapał się na tym, że przestaje rozumieć sens dobiegających z katedry słów. Ledwo powstrzymywał ziewanie. Od czasu do czasu spoglądał też na zegarek i – jakby zawstydzony – natychmiast zakrywał go, naciągając rękaw aż po kostki dłoni. Czasem pojedyncze słowo wyrywało go z odrętwienia, ale za każdym razem okazywało się fałszywym alarmem.

– Nie wiadomo, co się dzieje we wnętrzu czarnych dziur. Horyzont zdarzeń jest jednocześnie barierą poznania.

System nagłaśniający Merlaud expander działał perfekcyjnie. Zaawansowana funkcja korekcji mowy zdolna była przekształcić jąkałę w sprawnego retora. Piorunujące wrażenie robiła również efektowna oprawa wizualna, czyli interaktywna tablica, wypełniająca się stopniowo robaczkami matematycznych symboli. I trójwymiarowy ekran, prezentujący animacje, jakich nie powstydziłoby się profesjonalne studio filmowe. Dla każdego coś miłego.

– Co wynika z modelu, poza granicą wszechświata nie ma przestrzeni. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet stwierdzenie, że nic nie ma, nie jest tutaj adekwatne.

Profesor Stephen Hawking wydawał się być w dobrej formie. Co prawda dalej poruszał się na wózku, ale stwardnienie rozsiane – choroba, która go do wózka przykuła – nie czyniła już spustoszeń w organizmie. Wręcz przeciwnie, udało się choremu odzyskać kontrolę nad mimiką twarzy. Zniknął nienaturalny grymas, a odbudowane mięśnie karku pozwalały trzymać głowę we względnym pionie.

Oficjalnie zaproszono go w związku z promocją nowej książki. Ważnej, a może nawet przełomowej. W Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego stawił się kwiat kadry profesorskiej, studenci, dziennikarze, a nawet działacze polityczni. Półkoliste, spiętrzone ławy wypełniły się rzeszą fanów.

W przeciwieństwie do nich Ksawer nie uległ czarowi nazwiska prelegenta. Przyszedł po prostu usłyszeć coś inspirującego od kompetentnego fachowca. Miał też cichą nadzieję zadać parę pytań na tematy bardzo luźno połączone z wykładem, za to ściśle związane z jego prywatnym śledztwem.

– Pytacie czy czarne dziury mogą być przejściami do światów równoległych? Wyniki niektórych doświadczeń potwierdzałyby taką hipotezę.

Ksawery nastawił uszu.

– Pozwólcie, że zbiorę wasze wątpliwości w kupę. Po pierwsze, czym miałyby być te światy równoległe. Założyłem roboczo, że kopiami zapasowymi ciał niebieskich, czy nawet całych fragmentów kosmosu. Tak tłumaczyłem laikom, dopóki kolega z laboratorium nie podsunął mi doskonalszej metafory. Porównał on światy równoległe do magazynów części zamiennych, z których ktoś czy coś pobiera różne elementy w przypadku awarii matrycy. Skoro pełnią rolę służebną wobec macierzy, te spontanicznie kształtujące się twory bywają nietrwałe.

Ksawery wyciągnął dyktafon. Starał się być dyskretny, bo organizatorzy zabronili nagrywania.

– Światy równoległe rzadko bywają wiernymi kopiami matrycy. Mogą za to być wszystkim innym. Na przykład lustrzanym odbiciem. Wyobrażam sobie też ciała niebieskie zbudowane z ciemnej materii, przestrzenie dwu– albo czy pięcio– czy dwudziestosześciowymiarowe. Albo przenicowane planety o odwróconym zwrocie pionu.

Ksawery uznał, że nadszedł najwyższy czas, by zadać zasadnicze pytanie. Ćwiczył je przez co najmniej kwadrans, by zbliżyć się do oksfordzkiej angielszczyzny.

– Czy sądzi pan, że mogą nas odwiedzać jakieś istoty z obcych światów.

Profesor zamyślił się.

– Bardzo ciekawy problem – pochwalił powściągliwie. – Ale wywinę się od jednoznacznej odpowiedzi. Myślę, że przybysze ze światów równoległych mieliby bardzo poważne kłopoty z aklimatyzacją w naszym świecie. Weźmy takich lustrzańców. To, że ich serce biłoby po prawej stronie, to jeszcze żaden problem, zdarza się czasami u standardowych Ziemian. Przybysze z lustrzanej krainy mieliby natomiast poważne kłopoty z trawieniem lewoskrętnych aminokwasów, które są cegiełkami budującymi białka. Wyobrażałbym ich sobie jako gnębionych wiecznymi niestrawnościami chudzielców. Gości zbudowanych z antymaterii w ogóle byśmy nie zobaczyli. Rozniosłaby ich w pył potężna anihilacja, zanim przekroczyli granicę światów. A teraz uważajcie, bo wspomnę najciekawszy rodzaj antysymetrii. W zasadzie jedynym, którego istnienie da się podtrzymać rzeczową poszlaką.

No właśnie: poszlaka jest naprawdę solidna. Obiekt znaleziony na irlandzkiej plaży przez zbieracza kuriozów. Z kolegami uważaliśmy na początku, że jest to meteoryt. Przy bliższym badaniu okazało się, że raczej pięciofuntowy odważnik, tyle że doszczętnie przeżarty przedziwnym rodzajem korozji. Ta korozja właśnie zabiła mi solidnego ćwieka, bo nie miała nic wspólnego z rdzą.

Jak może wiecie, w naszym świecie wiązania łączące nukleony w jądrach atomowych żelaza są bardzo silne, najsilniejsze spośród wszystkich pierwiastków. A teraz pofantazjujmy. W świecie równoległym, z którego pochodzi odważnik, jest inaczej. Tam żelazo jest pierwiastkiem nietrwałym i jego jądra szybko się rozpadają. Jeśli odwiedziłby nas gość z tego osobliwego uniwersum, najprawdopodobniej cierpiałby na ciężką anemię, bo bez żelaza nie ma hemoglobiny, a bez niej czerwonych ciałek krwi. Zapadłby także na ostrą osteoporozę. Wyglądałby jak chudy, blady pokurcz… coś jak ja.

Profesor zaśmiał się z własnego konceptu, ale ta autoironia – poza kilkoma zduszonymi, nieśmiałymi chichotami - spotkała się z nikłym odzewem wśród publiki.

– I tym optymistycznym akcentem pozwalam sobie zakończyć – oznajmił w końcu profesor. – Jadę jeść.

Dopiero po tych słowach gwar śmiechów i szum oklasków wypełnił salę. Uczony tymczasem ukłonił się, podziękował, zgarnął ze stołu plik papierów. Włączył silniczek fotela i w kilkuosobowej asyście wyjechał z auli. Wkrótce potem rozgadany tłumek wyciekł przez czarne prostokąty wyjść ewakuacyjnych.

Ksawer, zadumany, wyszedł z auli ostatni.

 

5

 

Co najmniej dziesięć ogródków piwnych zainstalowało rozłożyste parasole wzdłuż deptaka. Ksawer wybrał ostatni, usytuowany na skraju ruchliwej Kapucyńskiej i Krakowskiego Przedmieścia. Najmniej oblężony – zapewne z powodu większego natężenia hałasu. Zamówił perłę z beczki, orzeszki i paluszki, wyciągnął jedną z gazet. Marzena miała do niego dojechać zaraz po zakończeniu dyżury w szpitala, czyli gdzieś dopiero koło trzeciej. Miał zatem czas, by spokojnie sączyć piwo i przejrzeć prasę.

Marzena kończyła właśnie kilkutygodniowe praktyki z szpitalu wojewódzkim w Lublinie. Sprawowała się wzorowo i zbierała pochwały, odwdzięczając się sowicie promiennym uśmiechem. Takim właśnie, jaki zobaczył na jej twarzy, gdy płynęła ku niemu, zręcznie prześlizgując się między przechodniami.

– Czołem, złociutki.

– Witaj, srebrzysta.

Ksawer wstał i uścisnął dziewczynę, a potem przywarł do jej ust w namiętnym pocałunku. Potem Maszka usiadła, założyła nogę na nogę, a skraj żółtej sukienki zawinął się kokieteryjnie aż po skraj uda, eksponując zgrabne, opalone nogi. Ksawer dał znak kelnerce, że chce zamówić orzeszki i sok owocowy, gdy tymczasem jego wybranka dzieliła się wieściami od znajomych i rodziców.

Przerwała nagle w pół zdania.

– Muszę przestawić samochód – oświadczyła, patrząc na zegarek.

– Co takiego? Dopiero przyszłaś!

– No, nie złość się, ale źle zaparkowałam, a nie chcę dostać kolejnego mandatu. No zrozum, nie mogłam znaleźć miejsca na parkingu.

– I łudzisz się, że teraz znajdziesz? – mruknął Ksawer powątpiewająco. – Wiesz co, pójdę z tobą?

– Nie, wszystko mam nagrane. Dokładnie o za pięć minut jeden wsiowy brzydal – Maszka zamrugała filuternie – ruszy swojego zabłoconego gruchota, żeby zrobić mi miejsce.

– Nie nadążam za tobą, naprawdę – skwitował Ksawery i wykonał gest, mający oznaczać: a rób sobie, co chcesz.

– No już, bez dąsów mi tutaj. Zaraz wracam.

Pocałowała go w czoło i pobiegła truchtem, rozkosznie poruszając biodrami.

Ksawer powrócił do lektury czasopism. Sięgnął tym razem po Przydatnik psychologiczny, gdzie parę dni wcześniej ku swojemu zdumieniu znalazł artykuł podpisany pseudonimem Kasjopea. Bez żadnych wątpliwości była to jego znajoma. Szperając w internecie ustalił, że była płodną publicystką, choć jej teksty ukazywały się raczej w pismach niszowych, z pogranicza okultyzmu i parapsychologii.

W Przydatniku opisywała, jak radzi sobie z lękami. Otóż wyobraża je sobie jako zwierzęta lub przedmioty. Najczęściej takie, które można łatwo zniszczyć lub wyrzucić. Ta metoda działa w jej wypadku szybko i niezawodnie. Mało tego, pomaga ponoć w leczeniu chorób i przewlekłych schorzeń.

Komórka zabrzęczała rytmami samby. Dzwoniła Maszka.

– No, co tam skarbie, manewr się udał?

– Udał się, caro mio. Gdzie jesteś?

– Jak to: gdzie jestem. Siedzę przy stoliku jak siedziałem.

– To niemożliwe.

– Co niby jest niemożliwe?

– Słuchaj , stoję przy tym właśnie stoliku i ciebie nie widzę. Jest twoja torba, gazety, a ty? Gdzie TY jesteś?

– Marzena, ja nie żartuję. Przeciwnie, jestem śmiertelnie poważny i oświadczam, że nie ruszyłem się na krok od czasu, gdy poszłaś przestawić samochód.

Chwila ciszy….

– Ksawer… Ksawer, nie mów, że to się dzieje znowu – pisnęła Maszka załamującym się głosem. – Te historie… ja mam już dość. Ja oszaleję, trafię do psychiatryka.

– Uspokój się, proszę. Dopóki jesteśmy w kontakcie, wszystko da się wyjaśnić. Nie panikuj.

Zaczął gorączkowo myśleć. Jego wzrok spoczął na kształtnej talii praktykantki, która krzątała się przy sąsiednim stoliku.

– Maszka, słuchaj, czy gdzieś w pobliżu kręci się kelnerka.

– Masz na myśli siksę z pasemkami w różowym tiszercie?

– Ta sama. Co robi?

– Zbiera teraz kufle ze stolika obok. Czemu pytasz?

– Muszę coś sprawdzić. Możesz jej podać swoją komórkę i poprosić, żeby powiedziała parę słów.

Zobaczył imię dziewczyny, uwidocznione na tandetnym identyfikatorze.

– Mirando, możesz tu podejść – zwrócił się do młodej kelnerki, która zdążyła rzucić mu kose spojrzenie. – Słuchaj, to niesamowite, ale jedna moja znajoma jest strasznie do ciebie podobna i ma identyczny głos. Masz siostrę bliźniaczkę?

– Siostrę? Bliźniaczkę w dodatku? – żachnęła się, ale ogniki ciekawości zaświeciły się w jej oczach. – To kawał jakiś?

– No to posłuchaj. – Podał dziewczynie wysłużoną nokię. – Pogadaj z nią, a sama się przekonasz.

Kelnerka zawahała się. Wietrzyła co prawda podstęp czy kawał, ale czy ten dziwnie spłoszony facet w eleganckiej koszuli mógłby zrobić jej krzywdę?

Jej ręka wysunęła się sztywno, ostrożnie jak wysięgnik księżycowego łazika.

– Ha… halo?

Ksawer cofnął się o dwa kroki.

Zafiksował spojrzenie na nabierającym tempa spektaklu jednego aktora. Na pokazie nieskoordynowanej pantomimy. Na paradzie podskoków, wygibasów, chaotycznych gestów. Na tańcu palców, przebierających nerwowo po krawędzi stołu, na kończynie górnej, wnikającej w gąszcz włosów, na tej samej ręce, szurającej chwilę potem po pryszczatej twarzy. Ciało Mirandy wydało mu się tworem doraźnym, konfederacją organów gotowych rozpaść się natychmiast po wykonaniu zadania.

Nagle wszystko się uspokoiło.

Ksawer zdał sobie sprawę, że właśnie o mały włos nie stracił przytomności, a przynajmniej równowagi. Na szczęście zawroty głowy ustąpiły, a wszystkie puzzle otaczającej rzeczywistości odnalazły przynależne sobie miejsce.

Miranda odkleiła wreszcie telefon od małżowiny. Ksawery wyciągnął rękę, by go odzyskać. Wyłuskał mokry kawałek plastiku spomiędzy zdrętwiałych palców. Oddalił się nieco, odprowadzony oczami zastygłymi w stanie skondensowanego osłupienia. Przystawił aparat do ucha. Nie usłyszał niczego poza niewyraźnym piskiem. Opadł ciężko na żeliwne krzesło. Przez minutę wpatrywał się w płaski prostopadłościan, zastanawiając się, czy jeszcze raz zawibruje, zatańczy na blacie w gorącym rytmie latino. Przezwyciężył wreszcie bezsensowną niemoc i wybrał numer Marzeny. Odpowiedziała mu kakofonia szumów i trzasków.

Tymczasem zza krawędzi parasola dosięgło Ksawerego palące słońce. Ksawer zastygł w bezruchu jak waran – zalany światłem, a mimo to zimny i nieobecny.

Ktoś trącił go w ramię. Odwrócił głowę, by napotkać wzrok Mirandy, przywróconej do stanu normalności.

– Szef dał mi dziesięć minut przerwy. Przyjdę zaraz, żeby… mi pan wyjaśnił, dobrze?

– Jasne, przyjdź – zachęcił nieprzekonująco.

Sięgnął jeszcze raz po telefon. Wybrał numer

– Wróżka Kasjopea? Mówi Ksawery Rudnicki. Znajdziesz dla mnie chwilę czasu?

 

5

 

Ledwo zarejestrował nieregularne popierdywanie dwusuwowego silnika, dopiero dźwięk klaksonu wyrwał go z zamyślenia. Potrząsnął głową, jakby przeganiając namolne myśli, po czym wyjrzał przez okno, upewniając się, że czeka na niego przedpotopowy trabant sześćsetka wymalowany w czerwone i żółte kwiaty.

Ksawer chwycił walizkę, zamknął pancerne drzwi na dwa rygle i zbiegł na osiedlowy parking. Drzwi samochodu uchyliły się i z wnętrza wysunęła się okrągła głowa Zuzanny. Rozdrażnił go widok sympatycznej skądinąd twarzy.

– Cześć – rzucił sucho.

– No, cześć.

– Słuchaj, Zuza… Nie to, żebym cię nie lubił, ale spodziewałem się zobaczyć właścicielkę limuzyny. Gdzie jest Kaśka?

– Jest już na miejscu, w Irlandii.

– W Irlandii?! – huknął Ksawer donośnie – Jaja sobie robisz?

– Nie żartuję.

– Przecież inaczej się ustawialiśmy.

– No wiesz, Ksywuś, Kasia to nieśmiała osoba wbrew pozorom. Raczej wycofana, samotniczka. Nie lubi ludzkiego towarzystwa w zbyt dużych dawkach, więc perspektywa wspólnej podróży z tobą przeraziła ją nagle. Oznacza to, ze spotkacie się na miejscu. Dostaniesz ode nie szczegółowe dane; mapy i namiary. Zdzwonicie się przez komórkę.

Ksawer pokręcił głową z dezaprobatą, choć nie przejawiał ochoty, by drążyć temat zaufania lub jego braku.

– No to co, jedziemy na lotnisko?

– Niezupełnie – odparła Zuzanna. – Zaraz ci wyjaśnię, a tymczasem masz tu kluczyki od bagażnika, obsłuż się.

Ksawer zawahał się. Nie sięgnął po klucze.

– Słuchaj, nie tak zrobimy. Nie będę się mocował z tym gratem, jeszcze coś odpadnie. Lepiej rzucę na tył.

– W takim razie uważaj i się nie przestrasz.

Mężczyzna otworzył drzwi, pochylił oparcie by delikatnie umieścić walizkę na tylnej kanapie. Coś tam już leżało. Walcowaty obiekt przykryty półprzeźroczystą tkaniną. Coś nagle zaskrzeczało pod woalką.

– Zuza, nie mów, że trzymasz pod kocem tę pokręconą srokę – jęknął pasażer z niechęcią. 

Nie tracąc rezonu, Zuzanna pokiwała twierdząco głową.

– Ktoś przecież musiał się nią zaopiekować.

– Chyba są jakieś schroniska, nie? Do zoo można oddać, czy coś.

– Hej, uspokój, wodzu. Ten problem ciebie nie dotyczy. Zostawiamy pierzastą u mnie i szybciutko odwożę cię na samolot.

Zwykle Ksawer złościł się gdy sprawy nie przebiegały po jego myśli, a niespodzianek wręcz nie znosił. Gdy jednak ciekawość wzięła górę nad irytacją, postanowił zbadać temat nieco głębiej.

– Skąd ona wzięła tego mutanta?

– Przywiozła go z Irlandii. Już ze trzydzieści lat temu. Chcesz usłyszeć tę historię?

– No jasne, że chcę, też głupio pytasz – rzucił Ksawer opryskliwie. Zreflektował się jednak natychmiast. – Ja cię przepraszam, Zuza. Jestem… no jestem, kurza stopa, roztrzęsiony. Niewiele rozumiem z tego zamieszania. Obiecałem sobie, że pociągnę sprawę do końca i przez to dostaję nerwa.

– Nigdy nie odpuszczasz – potwierdziła Zuzanna, uśmiechając się nieznacznie. – I za tę właśnie przywarę masz u mnie plusa oraz doroczną laurkę na urodziny.

Jechali przez chwilę w milczeniu. Osiedlowa droga usłana była mokrymi liśćmi, których cieciowi nie chciało się sprzątnąć. Łysawe opony trabanta traciły chwilami przyczepność. Swoją drogą, nie wiadomo skąd one się brały. Drzew w okolicy wcale nie było tak wiele. Ksawer pomyślał, że wiatr nawiewa je tajemnymi kanałami w podprzestrzeni.

– Żeby się wszystko trzymało kupy, muszę zacząć mniej więcej od początku. Kasię porwano za młodu.

– Ktoś ją porwał? Nie mów, że dla okupu.

– Nie za bardzo wiadomo kto, jak i dlaczego. Były podejrzenia, że chciała ją przywłaszczyć jakaś zdesperowana para, bezdzietna, bezpłodna, a najpewniej jedno z drugim. W każdym razie po paru miesiącach porywacze, najpewniej tknięci wyrzutami sumienia, odstawili potajemnie dziecko z powrotem. W sprawie uprowadzenia nic pewnego nie udało się ustalić. Zwłaszcza że, dzieckiem będąc po przeżyciach, Kasia totalnie zaplątała się w zeznaniach.

– Pewnie starzy ucieszyli się z jej powrotu.

– Na początku tak – przytaknęła Zuza. – Było dużo łez i radości, ale nie trwało to długo.

– A to czemu?

– Najpierw jej młodszy brat stanął okoniem. Przed porwaniem rodzeństwo było bardzo zżyte, ale po powrocie siostry wredny gnojek nie odezwał się do niej ani słowem. Coś go ugryzło. Trzymał się na dystans, robił zbolałe miny, kwękał, grymasił, o wspólnych zabawach nie chciał słyszeć. Właściwie nigdy potem jej nie zaakceptował. Już to musiało być bolesne. A potem historia z jej matką.

– Że co, matka też miała jakieś wątki? A z jakiego powodu?

– Zaraz ci wyjaśnię. Mama Kasi, krzepka gospodyni o imieniu Fionnula, prowadziła z mężem aptekę w małym irlandzkim miasteczku w centrum kraju. Była kobietą przesądną, a nawet nieco neurotyczną. Między innymi z powodu zachowania syna nabrała dziwnych podejrzeń co do córki. Wydało się w toku późniejszych wydarzeń, że mąż przyłapał ją, jak z lupą ogląda rozebraną do naga Kasię, szukając… no, nie wiadomo czego. Rodzinka trzymała ten przypadek w tajemnicy, lecz drugiego incydentu nie dało się zatuszować. Pewnego dnia nieco podpita mamuśka wparowała do szkoły i zaczęła szarpać małą, wyzywając ją od podrzutków. Rozważano ograniczenie władzy rodzicielskiej, ale dzięki wstawiennictwu krewnych, sąsiadów, a nawet lokalnego polityka, sprawa została załagodzona. Aż do momentu, gdy Fionnula równie energicznie wtargnęła na plebanię, dorwała miejscowego proboszcza i zażądała, by tenże odprawił egzorcyzmy w celu przegnania demona z ciała Kasi. Ksiądz oczywiście się nie zgodził i wyprosił świrnięte babsko. Tym niemniej, tknięty złym przeczuciem, podążył do domu aptekarzy godzinę później. I w samą porę. Zobaczył bowiem przez okno straszną scenę. Wyrodna mamusia przywiązała taśmami Kasię do krzesła i usiłowała wlać jej do gardła fioletową substancję. Wrzeszczała przy tym: „Oddaj mi moją córkę, potworze, oddaj mi ją!” Wtedy ksiądz Seamus wpadł do izby i wyrwał naczynie z trucizną.

– Więc to była trucizna?

– Tak, wywar z naparstnicy. Co prawda robi się z niej leki przeciwzawałowe, ale w dużych dawkach zabija. Kobieta świetnie znała się na zielarstwie i na staroirlandzkich zaklęciach, według których należy przepędzić changelinga wyciągiem z tego kwiatu.

– Changelinga?

– No, nie wiem jak to przetłumaczyć. Znajda? Przybłęda? To jest taki stwór podrzucony przez wiedźmy na miejsce człowieczej istoty, którego to człowieka porywają w sobie tylko znanych celach. Według przesądów można czasem zmusić porywaczki, by zakładnika oddały. I żeby jednocześnie zabrały własne potomstwo, które w przeciwnym wypadku wyrosłoby na małego, pokracznego tyrana.

– Takie opowieści już obiły mi się o uszy. I wiesz, z czyich ust je słyszałem?

– Wiem. Kaśka ci opowiadała. Musisz wiedzieć, że te wszystkie koszmary z dzieciństwa strasznie namieszały jej w głowie. Ona ma czasem trudności z rozróżnieniem prawdy od bajki. Co nie zmienia faktu, że jest pomocna i sympatyczna.

– Doprawdy? – Ksawer skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę, ale Zuzanna zignorowała ten grymas.

– Dobra, dobrnijmy wreszcie do sedna. Matkę skazano na rok więzienia. Ojciec stracił prawa rodzicielskie. Kaśka poszła do sierocińca, skąd jednak wyciągnęła ją kobieta o równie… ee, wyrazistym charakterze, co pieprznięta Fionnula. Przedstawiła się jako Catriona Sullivan, odległa krewna, kolejna w kartotece dziwnych bab, która jednak znalazła świetny kontakt z małą. Wyobraź sobie, że specjalnie dla celów adopcji kobita zaczęła się ubierać jak porządna mieszczka, znalazła dobrze płatną pracę, a nawet wyszła za mąż. Jednakże jak tylko Kasia pojawiła się u niej w domu, Catriona olała męża i wyjechała z świeżo nabytą córką na tournee po Europie. Bo zapomniałam powiedzieć, że była wielce niesłychanie utalentowaną fizjoterapeutką, w Polsce znaną jako…

– Katrina – uniósł się Ksawer. – No jasne, Katrina. Trzeba było tak od razu! Kojarzę ją. Moja matka do niej jeździła kilka razy.

– Po kilku latach ciotkę pognało dalej w świat, ale Kasia nie przepadała za cygańskim życiem i została. Zaczęła studia, zadomowiła się. Mówi piękną polszczyzną, udziela się społecznie, ludzie ją lubią. Ale wiesz co, już dojeżdżamy. Pomożesz mi zataszczyć klatkę na siódme piętro w bloku z zepsutą windą?

– Jasne. Słuchaj Zuza… – Ksawery zawiesił głos – ja wcale nie jestem taki dzielny, jak ci się wydaje.

– Jak to?

– Wtedy, w ogródku piwnym, ta sytuacja… dałem dupy po prostu. Zamiast podtrzymać Maszkę na duchu, oddałem komórę kelnerce. Niby żeby zebrać myśli, znaleźć rozwiązanie, ale tak naprawdę to spanikowałem.

Zuza popatrzyła na niego uważnie, a potem pogładziła go po głowie.

– Nie gryź się tym – odpowiedziała niemal czule – Wszystko jest do naprawienia. A teraz chwytaj mandoły i ruszaj za mną na górę.

 

6

 

– Jak się czuje Kleopatra?

Nie takiego powitania się spodziewał. Ponad dwa miesiące czekał na ten dzień i wiele razy wyobrażał sobie pierwsze słowa, jakie padną z jej ust. A tu proszę, zaskoczyła go. Tak już miał, że kobiety go zaskakiwały.

– Kto to jest Kleopatra?

Kasia siedziała na ogołoconym z kory pniu. Grzebała w kupce żaru, który pomarańczowymi refleksami rozświetlał jej oblicze. Ksawery przyjrzał się czarnemu obiektowi, nękanemu dźgnięciami patyka. Kartofel. Po prostu wróżka bawiła się spieczonym na żużel kartoflem.

– Moja… – Kasia pociągnęła nosem i kichnęła – …sroka. Przepraszam.

Złośliwe płatki popiołu także Ksawera zawierciły w nosie.

– Aaa… – Ksawer machnął ręką lekceważąco. – Bez zmian.. To znaczy stabilnie. Czyli dobrze, jak mi się zdaje. Zapewne tęskni za tobą. A swoją drogą, skąd ją wytrzasnęłaś?

– Usiądź.

Kasia wskazała potężny konar, najpewniej wyrwany przez koparkę z trzewi torfowiska. Ksawer usiadł. Przyjemne ciepło owionęło jego twarz. Umościł się jak kokoszka. Wgłębienie między dwoma obłymi sękami świetnie dopasowało się do kształtu pośladków i było mu naprawdę wygodnie.

– To się zdarzyło trzydzieści lat temu. Jak już pewnie wiesz, gdy matka wyrzekła się mnie, zgłosiła się odległa krewna, taka niby ciotka. Cierpiałam na anemię i mój stan się pogarszał. Lekarze z jakiegoś powodu byli bezradni. Wtedy ciotka poszła ze mną odwiedzić święte źródełko, cois tobair. Ciotka Triona znała stare, niezawodne kuracje, znała zaklęcia. Wiesz jak działa ten czar?

– Nie mam pojęcia.

– Ciotka rozebrała mnie najpierw, potem namoczyła szmatkę w święconej wodzie, potarła skórę na całym moim ciele. Potem przyczepiła szmatki do święconego drzewa. Wiatr miał je unieść i wtedy choroba przeszłaby wraz z nim. Nie zadziałało. Tydzień później pojechałyśmy kolejny raz. Tym razem Triona zabrała różne odpustowe błyskotki, zanurzyła je w święconej wodzie, a potem obwiesiła mnie nimi na parę minut. Następnie zaczepiła je na drzewie. Spałyśmy tamtej nocy w cygańskim wozie. Nazajutrz choroba ustąpiła. Byłam rześka, żywa, opalona. Jeszcze raz poszłyśmy z nią pod źródełko, by się pomodlić i…

– I co?

– Znaleźliśmy Kleopatrę. Leżała w trawie brzuchem do góry. W dziobie trzymała szklaną bransoletkę. Wiem, że trudno to sobie wyobrazić, ale wyglądała znacznie gorzej niż dzisiaj. Obok niej walały się paciorki i wisiorki podrzucone przez ciotkę. Sroka złodziejka. Biedactwo. Nieprzemyślanym postępkiem ściągnęła na siebie wszystkie moje niedomagania. Musiałam się nią zająć, chyba rozumiesz?

– Tak. Teraz rozumiem.

– Więc cóż, przejdźmy do rzeczy. Zbliża się północ. Za kilka minut przejdziesz przez bramę. Tam odkryjesz świat skazany na zagładę. Jeśli mimo wszystko przeżyjesz rok, przyjedź tu z Marzeną. Pamiętaj, dokładnie trzydziestego pierwszego października, o północy przekroczysz bramę, tak samo jak dzisiaj. To jedyny czas w roku i jedyna droga. Nie spóźnij się.

Wstali w tym samym momencie. Ksawer chwycił plecak pełen leków, prowiantu, gotówki i innych teoretycznie niezbędnych akcesoriów. Rozejrzał się po raz ostatni. Ruszył w stronę ruin, których romantyczny kontur szarpał granatowe niebo.

– Poczekaj – szepnęła nagle Kasia. – Chcę, żebyś coś jeszcze dla mnie zrobił. Zaczęła szperać pod połą płaszcza. Znalazła tam plik papierów, wypchaną kopertę i miniaturowy rodzinny album w skórzanych okładkach. Z drugiej kieszeni, szamocząc się przez chwilę wyszarpnęła latarkę.

Snop światła prześliznął się po chropawej fakturze starych zdjęć.

– Popatrz, to moi rodzice, prawdziwi rodzice. Odwiedź ich, pozdrów ode mnie, nie wiem… jakoś ucałuj też. A jeśli nie żyją, znajdź chociaż mogiłę. Odszukaj też mojego brata, przekaż mu list. Tu masz adres, mapę i wszystko co trzeba. Może jakimś cudem zaraza go oszczędziła. Pokaż mu koniecznie, żeby nie miał wątpliwości, kto go przysyła. Przyjrzyj się tej tutaj, bardzo lubił to ujęcie.

Ksawer przyjrzał się pożółkłej fotografii przedstawiającej dziewczynkę w komunijnej sukience, przechodzącą po kładce nad strumieniem. Zwrócił uwagę na podpis: Cassandra O’Hollohan – reszta była po irlandzku.

– Więc masz na imię…

– Też – przerwała wróżka nerwowo. – Różne imiona sobie wymyśliłam, żeby oszukać Odźwiernego.

– Kogo?

– Dulahana. Jeźdźca bez głowy. Wrednego hycla. Szubrawca głupiego, ale okrutnego. Jeśli Dulahan mnie znajdzie, zginę. Bez śladu, rozumiesz, bez ciała i duszy. Nikt przecież nie chce zniknąć tak doszczętnie, prawda?

Gwałtownym gestem Cassandra wczepiła palce ramiona Ksawera. Zobaczył w jej oczach obłęd czy raczej rozpaczliwą zawziętość, przed którą przyjaciele dyskretnie go przestrzegali. Chwycił kobietę za nadgarstki i uwolnił się od niechcianych czułości. Dziwne uczucie, jakby mocował się z manekinem.

– Puść, proszę – szepnął. – Czas na mnie.

Odepchnął ją lekko i odsunął na kilka kroków. Potem jeszcze pomachał sztywno, jakby bez przekonania.

– Będę tu na ciebie czekała za rok – Ręce Kasandry zamajtały bezwładnie, jak u zawieszonej na kołku marionetki. Tylko oczy iskrzyły. Najpewniej odbijały ostatnie odblaski żaru z dogasającego ogniska. – Powodzenia – rzuciła na koniec.

– Do zobaczenia, Kasiu.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dobry tekst, motyw z odmieńcami stary, ale interesująco podany. Spodobało mi się zwłaszcza to niszczejące żelazo.

Dlaczego tytuł wielkimi literami? I usuń jeden. Ten wstawiany automatycznie w zupełności wystarczy.

Zaskoczył mnie ten warkocz na mostku. Dlaczego tak dziwnie wisiał?

poczym => po czym

Ona wiedział swoje.

Literówka. Masz ich kilka.

Potem ja dzwoniłem do niej Warszawy

Coś zjadłeś? ;-)

Przyszedł po prostu usłyszeć parę do osoby uchodzącej za kompetentną. Miał też cichą nadzieję zadać parę pytań na tematy bardzo luźno związane wykładem

Pierwsze zdanie dziwacznie brzmi. Para jest taka hałaśliwa? ;-) Pewnie miało tam być coś innego. Jeśli nie, to masz powtórzenie. A w ogóle, para oznacza dwie sztuki. Może kilka? Do osoby czy od osoby? Związane z wykładem?

Tekst oceniam na 8.

Otagować, po wykonaniu zameldować.

Babska logika rządzi!

Hej Finkla

Dzięki za konstruktywne uwagi. Prawdę mówiąc opublikowałem tekst natychmiast, jak wykryłem taką możliwość , przed analizą regulaminu, procedur, terminologii , hierarchii. Postaram się sam wydedukować, co znaczy betowanie, tagowanie itp. i rozpracować, co się kryje we wszystkich zakładkach :) W każdym razie poprawiłem, co znalazłaś. Z połowa “poczymów” nagle wydała mi się zbędna

Warkocz wraz z grzywką i totemem miały tworzyć formę znaku zapytania. Znak zapytania jest dla mnie symbolem ciekawości, otwartego umysłu. Tak to sobie zwizualizowałem.

Zasiadam do kolacji wigilijnej, życząc Wesołych Świąt

 

 

 

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Złośliwie popsuję Ci zabawę i niektóre rzeczy wyjaśnię: teksty uznane za wystarczająco dobre trafiają do Biblioteki. Jednym z formalnych wymogów jest zaopatrzenie tekstu w tagi (lista znajduje się w jednej z zakładek, no dobrze – sam sobie znajdź ;-) ). IMO, Twoje opowiadanie spokojnie się kwalifikuje. Szkoda, żeby gniło w poczekalni z powodu takiej pierdoły. Okienko na tagi znajdziesz przy edytowaniu tekstu, gdzieś na górze.

Też życzę wesołych i udanych. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka