- Opowiadanie: Hierof - "Potwór z zegarka"

"Potwór z zegarka"

Zawarłem poniżej solidną dawkę fantasy zmieszanego z paroma innymi gatunkami, mam nadzieję, iż Loża wybaczy “inne” ;) Adresuję też opowiadanie do pewnej sympatycznej niewiasty, wręcz muzy, która pojawiła się w opowiadaniu. A także wszystkich, którzy kochają Pratchetta, Sapkowskiego i w sumie wszystkich znakomitych autorów. Niech smoki dają wam siłę! ;)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

"Potwór z zegarka"

– Zapłacę Ci podwójnie – nalegał naczelnik.

– Proszę Szanownego Pana, to jest zupełnie po drugiej stronie Stycii, nie mam aktualnie warunków, żeby podjąć się tego zadania, muszę odmówić – odmawiał Verence. Lubił odmawiać. Nauczył się tej sztuki z założenia, że nikt nie będzie odmawiał za niego. Niestety, ludzie nie docenili tejże umiejętności.

– Nie. Ty malujesz, ja Ci mówię co masz malować, kiedy i gdzie! – Na policzkach naczelnika wyraźnie widać było malutkie pomidorki koktajlowe, zamieniające się powoli w naprawdę ostrą sałatkę. “Agatha kazała mi kupić romantyczny obrus, czerwony będzie w sam raz” – pomyślał Verence, po czym kontynuował odmawianie:

– Mam w domu dużo spraw na głowie, niech Pan zleci to komuś innemu, po prostu szkoda Pana sił.

– Moich? Tobie sił nie starczy jak zostaniesz przeniesiony do działu pogody!

Malarz zafrasował się. Dawno nie doznał tego uczucia. Ostatnio, gdy dowiedział się o śmierci psa swojej ukochanej. Choć i to było dosyć udawane. 

– Dobrze, niech będzie. Ale żądam dodatkowych funduszy na “koszty własne”.

– A co Ty? Gubernator jesteś? Marsz mi stąd, jutro masz transport! – naczelnik lekko się zdenerwował. 

Gdy Verence wychodził z siedziby “Głównego Kierownika kierunku i rozwoju” usłyszał jedynie lekkie pojękiwania dotyczące godziny odlotu, ale nie zaprzątał sobie głowy takimi szczegółami. Wychodząc z biura wziął tylko swój ukochany kapelusz i pozbawiony okładki kajecik z notatkami, na którego pierwszej stronie dumnie widniała kurczowo trzymająca się taśmą licencja:

 

Licencja kat. A 

Kronika “Wszechwiedne wydarzenia w kraju i ogóle”

 

 Verence Shawbold – główny malarz działu wydarzeń 

 

Data wygaśnięcia: BRAK

 

 

Miał także doczepioną kartkę ze zleceniem:

Kości pradawnych potworów znalezione w kopalni. Mit czy rzeczywistość?

Na zewnątrz, jak zawsze, było niezwykle widno. Promienie słońca przedzierały się przez balkony niskich domów, liczne sznury rozciągnięte między dachami przywodziły na myśl czarne pajęczyny. Verence, posiadając artystyczną duszę nie mógł sobie odmówić podziwiania złotej tamy dzielącej ogromne skały, hen daleko, blokującej statki chcące wpłynąć do portu. Na niebie sunął powolnie sterowiec, otoczony załogą malutkich balonów. Wszystko zawierało złoto i złudny dekadencki klimat upadku cywilizacji, która jednak powstawała na stosach śrubek, zębatek i… kręgach dawnej magii. Podziwiał te widoki za każdym razem, a nawet, gdy tama kiedyś pękła, jego obraz ilustrował pierwszą stronę ówczesnego wydania! Obraz, do którego został oddelegowany teraz, także miał zajmować to zaszczytne miejsce. 

Po powrocie do domu Verence zostawił notatkę dla Agathy, że wyjechał. Jego ukochana była u matki trzy dni, lecz nie wiedział czy zdąży wrócić wcześniej. Miał nadzieję, że nie. “Ta larwa zawsze dobije się do naszych drzwi, a przecież nie potrzebuję karmy dla ryb” – mawiał o przyszłej teściowej. 

 

Głośne, jak sąsiad po powrocie “z pracy”, rozległo się walenie do drzwi. 

– Kto mi tam… – tylko tyle zdążył wydać z siebie Verence, zanim spadł na podłogę – Krzywe te łóżka robią – dokończył.

Ubrał się w rekordowym czasie, jakby tańcząc w rytm dudnienia i okrzyków z ulicy.

– Tak? – spytał otworzywszy drzwi.

– Ja tem jest jak mie kazano, prezesie. – rzekł zarośnięty człowiek przypominający owego sąsiada po nocnej zmianie. Gęsta, biaława na końcach broda zasłaniała chyba drugą, wychodzącą z klatki piersiowej, którą nieudolnie próbowała zakryć brązowa kamizelka wypchana starymi kuponami i tytoniem. Całą plantacją tytoniu. 

– Co? – odór nie pozwolił mu się skupić. 

– No ja żem przywoźnyk. Miał żem zawie… zaw… – Kapitan zaciął się jak domowej roboty zegarek.

– Tak, tak, rozumiem – rzucił artysta, przywdziewając płaszcz.

– …przetransportować! – dumnie skończył brodacz. 

– No to transportuj mnie Pan.

– Ależ bygaż jakiś, nie?

– Na tak krótki lot? – odparł zdziwiony.

 

 *******

 

Lot był faktycznie krótki. Po przekroczeniu Lokalnego Archipelagu rozległy się strzały, Verence miał nadzieję, że to tylko fale rozbijające się o skały pod nimi. Ku jego nieszczęściu nie mógł sobie inaczej wytłumaczyć kul ze sztucerów przebijających mocowania sterowca. 

– Kapitan?! Gdzie Kapitan?! – lekko skulony, trzymając się za kapelusz wołał do pobliskiego załoganta. 

– Pewnie na most… – w tym momencie majtek urwał. Zapewne przyczyną takiego stanu rzeczy była kula rozbryzgująca jego głowę na pobliskiej szybie. Verence zaczął krzyczeć, tak długo, póki ktoś nie pociągnął go za ramię i zaciągnął do pobliskiej kajuty. Echo strzałów makabrycznie wypełniało pustki w pomieszczeniu. Oszołomiony malarz zdążył tylko spojrzeć na przybysza raz, nim zasłabł. Zobaczył mężczyznę w średnim wieku, z lekkim zarostem, ale wyjątkowo długim i zawiniętym wąsem. Mężczyzna ów ubrany był w wyglądającą na ciężką skórzaną kurtkę w kolorze jasnego brązu, miał na niej pasy z amunicją i malutkimi nożami. Spod niej wyłaniał się groszkowany krawat, z wielką dziurą pośrodku. Najciekawsze znajdowało się na głowie przybysza. Nosił styrany kapelusz z piórkami i goglami. Jako jedyne wyglądały na zadbane. Malarz zemdlał.

Było cicho. Przerażająco cicho w perspektywie wcześniejszych wydarzeń. Jedynie dało się słyszeć ciężkie buty uderzające o piaszczyste podłoże. Verence otworzył oczy, ale wolał tego nie robić, gdy ujrzał ciemne skały, a jedyne, lekkie światło wydobywało się z prawej strony. Było rozpaczliwie duszno, ciężko było mu złapać oddech, a gdy to się udało, wypełniał go piasek i żar. Zerwał się, podsunął pod kamienną ścianę, słusznie stwierdził, że całe to miejsce to jaskinia. Gdzie jest dokładnie, co tam robi i przede wszystkim jak się tam znalazł oznaczały migające pytajniki w jego głowie. Usłyszał szum, tupot, a potem zamarł. Do jaskini, z prawej strony, wdarł się karzeł. Miał zwiewną opaskę w pasie, szelki z kaburą i maskę gazową na twarzy. Przybysz ujrzał Verence’a, zachichotał, a potem ruszył w jego stronę. Mruczał jak słodki kot, ale malarz nie miał nawet odrobiny nadziei, że wizerunek demonicznego karła okaże się majakami odwodnionego człowieka. Także z prawej, wdarł się mężczyzna ze sterowca, tym razem z goglami nałożonymi na oczy.

– Tu jesteś, mały śmieciu – uradował się.

– Mrrphhh – jednoznacznie oznajmił mały.

Mężczyzna chwycił za pazuchę, zaklął szpetnie, po czym chwycił niskiego przybysza i rzucił nim o ścianę. Shawbold wydarł się głośno, wyskoczył z miejsca i rzucił się na mężczyznę z kapeluszem:

– Co Ty robisz?! Co tu się dzieje?! Chcecie się pozabijać?!

– Zamknij się, ogryzku! Jestem łowcą!

Ich szarpaninę przerwał karzeł, który krztusząc się zatoczył malutkimi rączkami koła. Pojawiła się w nich mała kula światła, która z równie świetlną prędkością rzuciła się na łowcę, po czym ten wystrzelił i obił się o ścianę. Verence przestraszył się.

– Słuchaj mały, ja nie mam dużo pieniędzy, ale zawsze mogę Ci dać płaszcz, jest Fibonacciego, jak nowy, dużo za niego dostaniesz. 

Na nic zdały się przekonywania, w przeciwieństwie do ostrza mężczyzny, który doskoczył jak strzała i odciął nim karłowi głowę.

– No, to na tyle by było – splunął.

– Przepraszam, ale mogę dostać jakieś wyjaśnienie? Jestem tylko malarzem z kroniki, zostałem przysłany, aby zrelacjonować…

– Bla, bla, bla, teraz jesteś tylko skamlącym, oddychającym mięsem. – przerwał łowca. 

– Mogę dostać wyjaśnienie?! – Verence nie mógł już wytrzymać. 

– Dobrze, ale w drodze. Zabiorę Cię w bezpieczne miejsce.

I wyszli z jaskini. Na zewnątrz było troszkę cieplej, ale w sposób podniesienia na najwyższą temperatury w piekarniku. Łowca, jak się okazało, imieniem Ovroc zajmuje się zawodowo tym, co pierwszy lepszy najemnik, z czym łowcy nie mają oporów do wypleniania fauny i flory, z reguły tej agresywniejszej. Zostają często wynajmowani przez alchemików lub magów, aby pozyskać trudno dostępny składnik lub nafaszerować ołowiem konkurencję. Malarz opowiedział mu, iż pracuje dla kronik, że jego zadaniem jest ilustrowanie każdego numeru adekwatnymi do wydarzeń obrazami, a teraz znaleziono skamieliny smoka w kopalni na wyspie Osharm. Dowiedział się o tym, że rejony te w ostatnim czasie są podzielone przez spór do kogo tak naprawdę należą kopalnie i wydobywane surowce. Ponoć bandyci, którzy zaatakowali sterowiec, a potem ten jeden w jaskini, zostali wynajęci przez jedną ze stron, ale nikt się nie przyznaje. 

– Dlaczego w takim razie nas zaatakowali? – spytał zdziwiony malarz.

– To przygłupy, nie umieją mówić ani czytać, a co dopiero liczyć, za wyjątkiem liczby monet. Atakują wszystkich w tym rejonie. Pewnie nawet siebie nawzajem też wybijają. Mordują kobiety, dzieci, nie znają żadnej świętości. No, może za wyjątkiem alkoholu. To rozumie każda oddychająca osoba. 

– Bestie… – Verence złapał łowcę. – Myślisz…  myślisz, że tamci ze statku? Żyją?

– Nie wiem – westchnął Ovroc. – Kiedy spadaliśmy, wyskoczyłem z Tobą do morza, niedaleko plaży. Nie widziałem innych.

Szli dalej.

I tak oto ich oczom ukazała się mała mieścina z gatunku tych, w których każdy zna siebie, osiem pokoleń wstecz. Małe domki żywcem wyjęte ze starego westernu, kominy puszczające lekki dym i zanieczyszczające już i tak zbutwiałą planetę. Dookoła bardzo dużo piasku, wszędzie. Najbardziej wyeksponowanym elementem tego widoku był trzy-piętrowy bar, lecz nie dało się przeczytać nazwy. Po wielkiej śrubie zwisającej z wyższych pięter domyślali się, że chodzi o jakąś chwytliwą nazwę z technologią w tle. Wszystko w mieście było tak nienaturalnie oplątane w neony, że aż przypominało jakiś wiejski festyn. “Wolałbym, żeby to jednak była żałoba”, syknął malarz. Nie można dziwić się jego pesymizmem. W końcu to on ostrzegał go przed całą wyprawą. 

– Wyglądasz na strasznie przybitego. – wycelował łowca. – Zawsze taki jesteś? – strzelił. To był strzał do kompletnego wytrącenia Verence’a z równowagi. 

– Czy Ty jesteś niepoważny? Wiesz co tu się stało? 

– Ot, robota – westchnął Ovroc.

– Robota? Robota?! Moją robotą jest malowanie, a nie patrzenie na śmierć i chaos!

– Naturalną koleją rzeczy jest umieranie. Ale słuchaj, żyjesz? Więc mógłbyś mi podziękować. 

Malarz ochłonął:

– Fakt. Ale póki nie wrócę, nie będę zapeszać. Coś mi mówiło, żeby nie brać tego zlecenia.

– Przeczucie? – Ovroc uśmiechnął się.

– Przeczucie jest dobre, ale gdy kobieta wraca do domu, wiesz wtedy czy uciekać czy próbować się bronić. Pesymizm.

Łowca tylko uśmiechnął się szerzej. Podał mu rękę.

– A więc żegnaj.

Verence cofnął się.

– Dokąd idziesz? 

– Ja też pracuję, mam tu zlecenie. – pokazał na góry w oddali. – Ty do wioski, mieszkańcy pokażą Ci kopalnię.

Zapadła niezręczna cisza, a ręka wcale nie opadała.

– Zrobimy tak… Pójdę z Tobą, zrobisz co masz do zrobienia, a potem odstawisz mnie bezpiecznie do domu. Zapłacę Ci.

Ręka opadła.

– To tak nie działa, nie mogę narażać postronnych, ani wtajemniczać w szczegóły pracy. Zabrania mi… kodeks. – Ovroc odkrztusił zawartość gardła, splunął, odwrócił się i machając ręką w tył pogardliwie pożegnał niedoszłego nieboszczyka. Ale Shawbold taki nie był, nie zamierzał zostać napadnięty przez kolejnego paralityka z nożem i tak skończyć na suchej glebie. Dobiegł do łowcy, ryknął przypominając kalafiora uderzającego o ziemię i pociągnął:

– Nie. Tyle będzie dla Ciebie. – pokazał, do tej pory skrzętnie ukrywaną sakiewkę. Mówi się, że wszystko ma swoją cenę, ale nic niewiedzący łowca sprzedał się za garść kapsli od piwa.

 

 *******

 

– Pamiętasz jak mówiłem?

– Ja siedzę tutaj, a Ty idziesz tam – Verence pokazał na malutką szczelinę do jaskini.

– Proste. I spróbuj tylko choćby wyjrzeć to sam Ci ten wścibski łeb utnę.

– Średnio podoba mi się perspektywa skrócenia o głowę, tym bardziej zeżarcia przez dziką kunę czy inne tałatajstwo. 

Dzielny łowca pognał w stronę jaskini, przecisnął się przez szczelinę po czym pochłonęły go ciemności. Verence miał czekać najpóźniej do zaćmienia, ale już po kwadransie zaczął męczyć się siedzeniem. Zabawne jak w tej sytuacji był znudzony, a w domu najchętniej siedziałby na kanapie i brał za to wynagrodzenie. Może to kwestia siedziska? Może szalejących wokół bandytów i potworów? Malarz jednak zdecydował, iż problemem jest zapomnienie o jego fajce. Czym prędzej ją wyjął, załadował i przystąpił do palenia. Niesłychanie się zdziwił, gdy nawet palenie powodowało nudności. “Pal to czort, idę się rozejrzeć” wymamrotał, gramoląc się ze swojej kryjówki. Naprzeciwko niego była jaskinia, a wszędzie dookoła wąwóz. Nie mógł wrócić po plaży, gdyż była to droga tylko w jednym kierunku, spadająca ze stromego zbocza skały. Verence zastanawiał się dokąd iść, aby choć na moment zabić nudę. Rozległ się skowyt. Ale nie taki jak u wilka. Przypominał bardziej coś upiornego, większego, a malarz aż upuścił fajkę. Schylając się dostrzegł kątem oka szybciutko przemykający cień po wąwozie. 

– Nie, do cholery, nie wierzę… Niech ten błazen szybciej tu wraca, odwodnienie rzuca mi się na jawę.

Wtem poczuł to. Było tak charakterystyczne, zupełnie inne od jakiegokolwiek znanego mu uczucia. Nie strach, ani zakłopotanie. Nie umiał wytłumaczyć owego uczucia, ale nie skupiał na tym większej uwagi po usłyszeniu grzmotu i dojrzeniu w oddali chmury kurzu i piasku. “To kapsuła” – rzucił się w jej stronę. To jedynie jego prawdziwa natura, niezapoznanego z przykrymi doświadczeniami faceta, który męczy się dłużej ze słoikiem niż jego własna dziewczyna. Dlaczego mógł pomyśleć o kapsule ratunkowej ze statku, który niespodziewanie skończył lot parę godzin wcześniej? To nie gry online, lecz nie mógł zdobyć tych skojarzeń, ze względu, iż utrapienie wielu żon, córek i matek nastanie w kolejnych czasach. Biegnąć uświadomił sobie swoją głupotę. Wspomniane majaki? Zaćmienie mózgu? 

W chmurze dymu i kopcu wąwozowych skał nie dało się zobaczyć nic, a tym bardziej ogromnej kapsuły ze sterowca. Odczekawszy chwilę, odkrztusiwszy płuca dojrzał… jajo. Zwykłe jajo, jednak wielkości czterech dłoni dorosłego mężczyzny. 

– To żarty są? Niech ktoś mi teraz powie, że to załoga! Magicznie zaklęła się w jajo i żyje! – darł się, aż wrony z pobliskiego krzaka wyleciały z wąwozu. – Niech ten debil tu wraca, bo dostanę zlecenie na niego, durny łowca… – klął i klął, wyklął więcej niż sąsiedzi o północy. Jednak ta nieubłaganie się zbliżała, słońce powoli zachodziło, a Verence nie miał zamiaru zostać samemu o tej porze. “Ignorant, idę do tej cholernej jaskini”. Cofając się, coś przykuło jego uwagę. Skała z oczami? Majaki, to pewne.

– Niech ktoś mnie uszczypnie… 

Rozkaz jest rozkazem, skała wyskoczyła z rykiem w jego kierunku, otwierając zębiska i ukazując rozdwojony język. Verence przewrócił się, przeturlał do ściany, tym samym unikając zębisk gotowych nie tyle go uszczypnąć, co wręcz nieźle obudzić. 

 

 *******

 

Łowca usłyszał wrzask i ryk. Siedział na trupie wywierny i zajadał się upieczonymi udźcami barana. Ognisko dogasało, co oznaczało, że czas już wychodzić. Lekko sapiący potwór natychmiast zaniechał tej czynności, gdy ostrze Ovroca utkwiło w jej przełyku. Uciął jej łeb, zapakował do wora, a potem wyłuskał parę nielicznych piórek ze skrzydeł. Zaklęciem ugasił ogień i ruszył w stronę jaskini. Stanął.

– Ach, no tak. – zaśmiał się, zdjął spodnie, a strumień moczu oblał truchło potwora. – To tyle, jadziem stąd. 

W kryjówce w krzakach nie było Verence’a, jedynie popiół po fajce. Co on sobie mógł myśleć? Przecież kazał mu siedzieć i nigdzie się nie ruszać. Kłębowisko pyłu i odgłosy szamotaniny ustały, tym samym stając się zainteresowaniem łowcy. 

Dobiegł do krawędzi skalnej, ale zamarł. Na dole był smok, najprawdziwszy smok, z kości, magicznej krwi i prawdopodobnie drogocennego sadła. Pod smokiem ujrzał malarza, z przerażoną, ale jak na niego niezwykle mało ekspresyjną miną. Wyjął miecz, przejechał po nim kciukiem sprawiając, by ostrze zaczęło jarzyć się niebieskimi kolorami. “Żyjesz jedynie raz” – pomyślał i skoczył w dół.

Tylko klinga została na zewnątrz, reszta utkwiła w gadzie. Smok prawdopodobnie nieco się tym przejął, zaczął ryczeć, z jego nosa i gęby skakały małe jaskrawe obłoki ognia.  Zwalił rycerza na ziemię, chwycił go pyskiem za nogę i całą siłą rzucił na skałę. “To już drugi raz dzisiaj” – mógł pomyśleć rycerz, gdyby jego myśli nie ograniczyły się do bluzg. Smok z impetem ruszył na niego, jednak głośne STOP! go zatrzymało. Patrzyli sobie w oczy, z jednej strony mityczny potwór, z drugiej niezbyt mityczny łowca potworów. Trwało to chwilę, ale w ich myślach przeciągało się w wieki. Ovroc wstał, minął smoka, a podchodząc do malarza walnął go z prawego sierpowego w twarz. Tamten upadł.

– Co tu się dzieje? Czy Ty wiesz co to za potwór stojący obok mnie?! To SMOK! Najprawdziwszy smok, rozumiesz?

Łowca zatrzymał się jakby w oczekiwaniu na odpowiedź. Wtem z impetem odwrócił się do gada, a ten zrobił krok w tył. Widać było, iż nagły ruch go wystraszył. 

– Nieee, to nieprawda. Smoki nie wiedzą co to strach! Te potworne monstra atakują, pożerają i nie czekają na odpowiedź, a przede wszystkim są mityczne do cholery! Co to za pokraka? 

Verence wstał, otrzepał się, a potem wytarł krew z nosa. Zaczął:

– Mamy problem.

Skończył. 

Łowcy nie do końca się podobał nagły spokój malarza, ale nie mógł temu zaradzić. Spojrzał na smoka. 

– Czyli co to w końcu jest? Wegetarianin? – o dziwo zaśmiał się. 

– To smok.

– A dokładnie łuskowy smok popielaty – wtrącił smok.

Oczy Ovroca wyskoczyły jak arbuz po strzale z karabinu. 

– To mówi? 

– Jak najbardziej. Jestem z gatunku tych mniej gadatliwych, ale dla Pana Narwańca mogę zrobić wyjątek – smok miał gruby głos przywodzący na myśl kanalarzy podczas pracy. Wyczuwalne było echo z jego strun głosowych. 

– Dobra, miałem zabić tylko potworka i Cię odstawić, Ver. Ale w takiej sytuacji chyba palnę sobie w łeb!

– Niech Pan zachowa spokój – przerwał grubo-strunowy smok. – Jestem Jolgüngäaskär. Ale dla was, ludzi, to chyba za trudne słowo, niech więc będzie Jolg. Wybaczy Pan, ale nie podam ręki.

– Jaki bezczelny jeszcze! A ja mam na imię “odfruń-przybłędo” i dla takiego wykształconego gada powinno wystarczyć. Przed chwilą zabiłem Twojego kuzyna – “odfruń-przybłędo” rzucił pod łapy smoka worek, z którego wystawała głowa wywierny. Gad poruszył się, wydał ryk i zaśmiał demonicznie. 

– Taak. W takim wypadku jestem kanibalem, jeżeli uważa Pan go za moją rodzinę.

– Jak zaraz Cię! – Ovroc sięgnął do pochwy na plecach, lecz brakowało w niej miecza. Jolg zniżył łeb, uniósł skrzydła. Wystawał wbity miecz. Łowca ostrożnie podszedł do smoka, stanął na jego skrzydle, i wyrwał broń. Smok ryknął głośno, po czym z jego paszczy wydobyła się mała kula ognia. 

– Wybaczcie, ale nie liczcie na pokaz ognia. Zgasł u mnie wieki temu. 

– Przerwę wam, dobrze? – Verence wyglądał komicznie trzymając w nosie zakrwawioną chustę. Zupełnie jak za młodu w szkole.

– Otóż, emm… 

– Jolg – rzekli razem łowca i smok. 

– Dokładnie. Jolg ma pewien problem po części zahaczający o moją pracę. Otóż nie pamięta skąd się tu wziął…

– Pozwól, że ja dokończę, bo już nieco napsułeś. – przerwał Jolg, a Shawbold machnął ręką. – Obudziłem się przy wodospadzie, po drugiej stronie wyspy. Straciłem pamięć, ale od razu jak wstałem poczułem obecność mojego gatunku w pobliżu. Ruszyłem w stronę miasta, ale z racji mojej aparycji nie mogłem zwyczajnie się tam zjawić i zapytać. Przeniknąłem więc do umysłu prostego wieśniaka, co nie było zbyt wymagającym zadaniem. – Reszta nie kryła zdziwienia. Smok, który może przenosić swojego ducha w innych? Do tego ludzi? Brzmiało groźnie, ale starali się mu nie przerywać. – Dowiedziałem się, iż organizują festyn z okazji odnalezienia kości Wygzilläskörr, przepraszam, to po mojemu, mam na myśli innego smoka. Święto, ot smok herbem miasta. Poza tym wiadomo, teoretycznie jesteśmy mityczne. Przenikając do kopalni natrafiłem na jajo, które niefortunnie tutaj upuściłem – kiwnął na Verence’a – Jestem samcem, ale mimo wszystko dobrze jest dbać o swoich, tym bardziej jeżeli jest nas niewielu. Spotkałem przemiłego malarza, który znalazł na mojej szyi zegarek na łańcuszku, ale nie wiem za nic co to jest. 

– Rozumiesz, Ovroc? Przyjazny smok, cóż za materiał, pal licho te festyny!

– Obawiam się, iż nie pozwolę Ci o mnie napisać. Rozumiesz.

Verence posmutniał, ale zrozumiał. Lecz w jego głowie widniały różne myśli. 

– I co mamy z tym zrobić? – łowca poirytował się.

– Pan malarz powiedział, że ma tu kogoś, kto zna magów. Zgaduję, iż ów zegarek jest magiczny. Proste słowa do prostych ludzi. – sarkastycznie rzekł smok.

– A co my będziemy z tego mieć? 

– Co zapragniesz, jestem wyedukowanym smokiem, mam wiedzę. 

Ovroc kiwnął głową, splunął.

– Mam też łuski, które są sporo warte. 

Ovroc znów kiwnął, tym razem z zaciekawieniem:

– Mam rozumieć, że po tym wszystkim zwyczajnie dasz mi się ubić? Już kości to skarb!

– Mogę Ci parę dać, bez potrzeby przelewu Twojej krwi. 

Łowca znów się zirytował, ale przeliczając choćby jedną łuskę mitycznego smoka na złoto, zalał się radością.

 

 *******

 

Dżentelmeni stali przed drzwiami do strzelistej wieży maga. Byli w samym środku cywilizacji, co niezmiernie cieszyło Verence’a. Małe domki oplatały plac z wieżą jak kolejna pajęczyna, a smog niesiony z kominów dawał im poczucie wyjątkowego bezpieczeństwa i komfortu. Prócz raka płuc, oczywiście. Wóz z dwoma końmi przejechał o nos od nich, bezczelnie ochlapując błotem magicznie drogi płaszcz malarza. Syknął.

– Co za świnia!

– Spokojnie, nie unoś się tutaj, straże na nas patrzą. – uspokajał Ovroc.

–  Dobra, dobra, ale jednak to miasto, co z tego, że wygląda trochę zacofanie, nie? – miasto faktycznie przypominało wieki ciemne, w porównaniu  ze słonecznym i rozwiniętym technologicznie portem Ver’a:

– Ale jednak zajebiście się latało na smoku – rozpromienił się, lecz nie podzielał tego łowca. Chwycił go za płaszcz.

– Spróbuj jeszcze raz coś napomknąć o czymkolwiek, co działo się w ostatnich 48 godzinach…

Malarz znów syknął. Tym razem w stylu dziewczynki, której upadła kulka lodów, a nie śmiercionośnego węża.

Dotarli do wieży, łowca ujął kołatkę w dłoń i zręcznie nią uderzył.

– Ćwiczyłeś, co? – dopowiedział Shawbold, lecz ten nie zareagował.

– Ja gadam.

Drzwi rozwarły się na oścież, a w nich stanął starszy dziadek z przeogromną, białą brodą do kolan. Ubrany był w strój nocny, który ciężko pomylić z codziennym odzieniem maga, lecz czapeczka z pomponikiem odróżniała je od siebie. W rękach miał kufel, a oczy podkrążone aż do policzków. 

– Aaach, witaj, Ovroc, co Cię do mnie sprowadza? – przytulili się niezbyt oficjalnie. 

– Monti, stary głupcze, poznaj mojego nowego znajomego, malarza Verence’a Shawbolda! 

– Ach, ach, znam Cię, młody! Ty jesteś ten od pierwszych stron? 

Malarz łagodnie się zarumienił.

– Noo….

– Nie ma czasu, mam do Ciebie sprawę – przerwał łowca, po czym weszli do środka. 

Kwatera maga wyglądała na wyjątkowo luksusową, schody prowadzące w górę, zapewne do pracowni, oplatały kołowy główny pokój. Usiedli w nim, doznając przyjemności siedzenia na prawdziwych sofach ze skóry lwilkórów. Dookoła widniały obrazy, półki z książkami sięgające sufitu i wiele dziwnych, ale zapewne magicznych przedmiotów. Ot, leże czarodzieja. 

– Więc co was sprowadza?

Verence wyjął zegarek z wisiorkiem. Mag widocznie się zainteresował. 

– Ooooch, pokaż – rzekł w stylu pokurczonego złodzieja biżuterii. – Ciekawe, ciekawe, naprawdę. Więc to zapłata? Za mało.

– Nie, nie, to nieporozumienie, to właśnie jest…

– Znów jarałeś? – przerwał łowca.

– Oj, tam, w celach leczniczych, rzecz jasna! – łatwo przychodziło magowi sklejanie odpowiedzi. Ovroc odwrócił wzrok, a Verence zaczął wyjaśniać, mając w głowie to, co uzgadniali przed przybyciem.

– Znaleźliśmy to w leżu wywierny, ma magiczne właściwości, przynajmniej mamy taką nadzieję, ale nie wiemy do czego służy.

– Właśnie, wywierna, załatwiłeś ją? – mag zdekoncentrował swoje myśli.

– Tak, tak, zapł… – próbował odpowiedzieć “morderca potworów”, ale Verence wplótł swoje słowa:

– Zabił ją, ale zapłatę zatrzymaj jako cenę za nasz problem. – nachylił się do zdenerwowanego Ovroca. – Zapłacę Ci, na razie milcz.

Mag więc oglądał zegarek, ale nie mógł do niczego dotrzeć. Zabrał go więc na górę, a panom kazał czekać na dole. Mijały minuty składające się na nowe cyfry w starym zegarze po drugiej stronie pokoju, a oni wciąż czekali. Czekali tak, ale w końcu usłyszeli głośną bluzgę, która następnie kazała im uciekać. Wybiegli z wieży, kiedy ta wybuchnęła na piętrze, rozrzucając kamienie po domach dookoła. W miejscu byłego pierwszego piętra wieży maga pojawił się smok. Dokładniej był to Jolg we własnej, potwornej osobie. Strażnicy zbiegli się, lecz mieszczanie nie podziwiali tego zainteresowania. Verence krzyczał, aby zachować spokój, lecz jego głos nie był zbyt donośny. Gwardia miasta zaatakowała smoka, rzucając w niego oszczepami i kłując ze strzał. Smok ryczał, ale nie mógł wydobyć z siebie ani krzty ognia, jednak w pewnym momencie nastąpił przełom zmieniający obłok siarki w istne ciągi płomieni. Podpalił wozy i domy, ale strażnicy mieli pancerze chroniące ich przed taką sytuacją. Smok nie wytrzymał, wyrwał się w górę, a mag spanikował:

– To kamień teleportacyjny, nie wiem skąd, ale wiem, że mam przerąbane po całości – krzyczał do dwójki śmiałków przez odgłosy ogólnej zawieruchy. – Spadam stąd, zaszyję się gdzieś na Jemajajace! 

Ovroc chwycił maga, palnął go w łeb, aż ten zemdlał. Zgarnął malarza za ramię i ruszyli ku portowi. 

 

 *******

 

Smok wirował nad miastem, siejąc popłoch wśród mieszkańców, a Verence i Ovroc chlapali wodą maga.

– Obudź się, dziadzie! – krzyczeli.

Wtem mag faktycznie odkrztusił coś zielonego, ale był na tyle przerażony, że nie mógł wydobyć ani słowa, szamotał się, ale dwójce udało się go ogarnąć. 

– Zamknij się, ale słuchaj! – krzyczał trzymający staruszka łowca. – Ten zegarek, da radę, żeby nas stąd zabrał?

– Tak, ale – mag krztusił się dalej. – ale nie wiem dokąd by nas zabrał, mogę postarać się go przeformować na miejsce pierwszego kontaktu.

– To rób to, do cholery!

– To niebezpieczne, poza tym, nie mam swoich narzędzi!

– To zrób to bez nich!

Mag wyjął coś, przypominającego damską kosmetyczkę. Wyrzucił z niej szminkę, lakier (ponoć magiczny, jak głosiła etykieta), w końcu znalazł małe zawiniątko. Odpakował, wyjął małe rurki i coś na kształt wytrycha, a na końcu słoiczek z czarnym proszkiem. Dłubał coś przy zegarku, ale dosyć nieporadnie, wiek i emocje robiły swoje.

– Uda się? – spytał Verence mając oko na popłoch w mieście.

– Może, nie mam pojęcia! – mag zaczął swój przerażający śmiech szaleńca.

– Pilnuj go – Ver rzekł do łowcy. – Ja ściągnę to bydle.

– Ale nie gwarantuję sukcesu! – mag dalej był zbyt rozweselony. Wciągał co chwilę proszek ze słoiczka, rozsypując go dokoła. 

– Trudno! – malarz ruszył w stronę rynku. 

Na rynku zawiązała się większa akcja. Gwardia przyboczna mości władcy wzięła się do ataku na smoka. Co chwilę iskry, krew i łacina latały wokół Verence’a. Ten zaś zaczął:

– SMOKU! TAK, TY POCZWARO! 

Lecz smok nie reagował. Ver chwycił za głowę, zaczął kląć i szeptać.

– Jolgüngäaskär! – wykrzyczał łamanym smoczym, lecz tym razem udało się. Wkurzony smok, straciwszy kojarzenie go jako przyjaciela rzucił się w jego stronę. Leciał lotem pikowanym, a malarz zaczął uciekać do portu. Na środku był błyszczący krąg, wolno się powiększający. Stali w nim łowca i mag, krzyczący na szaleńca, aby wbiegł w niego, ratowali się. Ver raz tylko powtórzył imię smoka, a gdy ten zniżył się na niebezpieczną odległość, wbiegł do kręgu i wszystko zabłysnęło. 

 

 *******

 

Agata rzuciła swoje bagaże na łóżko, po czym chwyciła notkę swego mężczyzny.

– Co za matoł jeden – rzekła tak, by brzmieć jak najbardziej kobieco.

 

 *******

 

Obudzili się w dziwnym miejscu. Ciemno-czerwone światło rozbrzmiewało wszędzie, lekko oświetlając kawałki ziemi i budowli latających wkoło. Mała połać gruntu widniała pod nimi, ale za nisko, aby tam zejść. Wstęga jaskrawego światła wiła się od lewitującej wysepki po przeciwnej stronie aż do nieba, jeżeli można byłoby tak określić czerwoną pustkę. Ogromna zębatka obiła się o cala od nich, tym samym przypominając im o jawie. Wstali, wytrzepali z siebie pył i ujrzeli obok jakiegoś chłopa, panicznie krzyczącego, że to koniec i śmierć. Rzucił się w przepaść. “Biedaczek, zabrał się z nami w nadziei ocalenia” – pomyślał Ver, ale to była tylko kolejna rzecz na liście mało obchodzących go bzdur. Mag przebudził się i zaczął panicznie śmiać, tak, że Ovroc znów miał mu przyłożyć, ale zaniechał, gdy zobaczyli Jolga spowitego łańcuchami w błysku światła. 

– Wiesz, gdzie jesteśmy? – łowca spytał maga.

– Haha, tak! Ale to niemożliwe! Haha!

– Ale co?!

– Może i mam w sobie leki, ale to poznam wszędzie! Obrazy! Obrazy i litery! To prawda, haha! – Ovroc podniósł rękę.

– Dobra, dobra, już. Hihi. Mityczna kraina, hah, więzienie dla upadłych bogów i złych władców! Tutaj są sądzeni, zbawieni, ale także zsyłani w czeluście nicości! To stąd smoki miały kiedyś uciec, spotykając dawnych nordów! Haha, rozumiecie?! To istnieje, Lan istnieje naprawdę!

Zrobiło się poważnie. Na tyle, aby kazać im myśleć o nagłym samobójstwie.

– Przy odrobinie pecha zjawi się On. Haha! – mag zakasłał się. 

Przy smoku zrobiła się dziura, wyglądająca jakby wyrywanie stron z zeszytu, zaczęła rwać, rwać, aby w końcu pojawił się On. Ubrany w czarny kombinezon, z ogromną peleryną On. To jedynie jego wyobrażenie, dla każdego wyglądał inaczej. 

Przez dłuższy czas była cisza. Obserwowali Jego, gdy szeptał smokowi, głaskał go. On odwrócił się i magiczną mocą chwycił maga, wynosząc go ponad nimi. Przemówił zniekształconym głosem:

– Wy, którzy uratowali moje dziecię! Wiem co tu robicie i po co przyszliście. Jolgüngäaskär miał być stracony, odebrałem mu moc i życie, ale jego siła okazała się niezwykła. Smok wychowany przeze mnie okazał się jednak lepszy niż sądziłem. Po co go straciłem? Istotne jest, że go znów przyprowadziliście. Złamał pieczęć, obudził się pod wpływem smoczych więzi. Jajo, które macie nie jest ważne, ważne są bariery, dzięki którym ono i dawne smoki pojawiły się w waszym wymiarze. Przygotujcie się na ból i cierpienie. Ja nie opowiadam się za nikim, ale smoki zawsze pozostaną w swojej naturze mordu i dominacji. Jolgüngäaskär był inny, miał nieść wiedzę i proroctwa, jednak teraz jego miejsce znajduje się w Łaźni.

Cóż to za łaźnia? Dlaczego smok okazał się silniejszy? Dlaczego został wygnany? Nic nie zostało wyjaśnione, gdyż wymiar zaczął się wahać i trząść, a On wyrzucił maga ze swoich sideł. Karty znów wyrywały się z czeluści pustki, a czarodziej postanowił nie odpuścić takiej okazji. Rzucił się w pogoń, wyszeptał zaklęcie, pojawiło się światło, które zaraz zmieniło się w jarzącą czerwień. Mag tym razem był poważny, krzyczał o tym, że nie odpuści, nie da zmarnować swojej szansy, kula wybuchła, wyleciało z niej morze krwi, a zachwiany świat łamał się w pół. Kątem oka Ver i Ovroc dostrzegli maga po drugiej stronie, przy smoku, ale zaraz wszystko się zatrzymało i zgasło.

Obudzili się na piasku, słyszeli śpiewy i tańce. Verence plunął pierwszy raz od niepamiętnych czasów, kołysząc się próbował wstać, ale nie mógł. Przewrócił się, spostrzegł pakunek nieopodal. Doczołgał się, jedną ręką rozwiązał supeł i wyjął piękny obraz, kunsztem przeważający nad wszystkimi innymi dziełami świata. Artyzm w czystej postaci. Przedstawiał kości, górników i lampy oświetlające ciemność, Ver wiedział co to za miejsce, choć nigdy w nim nie był. Wzruszył się. Był to moment, który zburzył śmierdzący i sapiący brodacz leżący obok. Był to łowca jak dało się poznać po zapachu.  Też dostał prezent, w postaci rozsypanych smoczych łusek. Malarz obrócił się, widział dziko-zachodnie miasteczko i piasek. Tony piasku. Jeszcze raz spojrzał na obraz, na złotej ramie był wyryty napis:

 

Koniec końców wszyscy coś zyskają. Ja miałem solidną naukę malowania.”

 

Verence uśmiechnął się. Kontemplował w ciszy, lecz usłyszał kruszenie się czegoś twardego w worku. Spojrzał. Znów odgłos. Tym razem był to pisk. 

Koniec

Komentarze

Bardzo chaotyczny tekst. Nie mam nawet pojęcia, w jakich czasach rozgrywa się akcja: rozrzut od średniowiecznych rycerzy do współczesnych gier online.

Jeśli chodzi o język – jeszcze dużo pracy przed Tobą. W tekście są powtórzenia, interpunkcja kuleje, “pan” w dialogach raczej piszemy małą literą, trafiają się zdania tak dziwne, że trzeba się długo zastanawiać, co Autor chciał przez to powiedzieć. Ponadto robisz błędy w zapisie dialogów, odnoszę wrażenie, że czasami nie znasz słów, których używasz, liczby raczej piszemy słownie…

Babska logika rządzi!

Cóż, często bywa tak, że już po pierwszych akapitach tekstu można powiedzieć czy jest dobry, czy zły. W twoim przypadku wystarczy dojść do drugiej kwestii dialogowej, która – moim zdaniem – idealnie podsumowuję istotę tego tekstu. 

A właściwie istotę jego problemu. Miało być, jak zakładam, pratchettowsko, ale nie wyszło. Pratchett pisze w sposób tak naturalny i niewymuszony, że wielu młodym twórcom wydaje się, że łatwo jest pisać w taki sposób. Nic bardziej mylnego. Naturalność (zwłaszcza w tekstach, które mają być zabawne) jest szczytem warsztatowych umiejętności, a tobie po prostu nie starczyło możliwości technicznych, by pociągnąć to, co sobie zamyśliłeś.

Nie wiem, Autorze, czy to Cię pocieszy, czy nie, ale przy lekturze prawie każdego zdania dało się zauważyć, że tekst miał być dowcipny. Czy taki się okazał? Moim zdaniem – nie. Za to z pewnością, jak już przedpiścy wspomnieli, okazał się niedopracowany i naszpikowany błędami. Unikania błędów można się wyuczyć, pracując nad warsztatem, jeśli zaś chodzi o humor – lepiej napisać dobrą wymianę zdań między bohaterami raz na pięć stron, niż próbować wciskać kpinę we wszystko, co się da; przynajmniej na początku pisarskiej ścieżki.

Sorry, taki mamy klimat.

Niestety i ja muszę zgodzić się z przedmówcami – opowiadanie jest mocno chaotyczne i niespójne, brnąc przez nie coraz bardziej się gubiłam, a to oznacza, że czytanie nie sprawiło mi przyjemności.

Dobrze, że mierzysz wysoko, ale Pratchett jest tylko jeden. Czy nie lepiej wypracować własny styl niż udawać kogoś, kim się nie jest? Ćwicz, szlifuj warsztat, pisz po swojemu, poprawiaj – i pamiętaj, prostota nie musi być wadą tekstu. Przejrzystość zawsze jest lepsza niż przekombinowanie.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No i co mam dodać, pomysł jest, ale warsztat jeszcze nie. Mieszkańcy, którzy nie podziwiali tego zainteresowania – cóż, “perełka”…

 

Ćwicz.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka