- Opowiadanie: Adolf Tylman - Władca kruków

Władca kruków

Edy­tor chyba mnie nie lubi, bo so­lid­nie na­mie­sza­łem pod­czas próby sko­ry­go­wa­nia tek­stu. Chyba wszyst­ko jest już OK i na wszel­ki wy­pa­dek wię­cej już tego opo­wia­da­nia nie do­ty­kam. Wszel­kie ko­men­ta­rze mile wi­dzia­ne.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Władca kruków

Dzwo­ny biły, zwia­stu­jąc go­dzi­nę próby. Prze­wró­ciw­szy się na drugi bok, Ta­de­usz Cza­pliń­ski herbu Dro­go­sław zer­k­nął za roz­war­te na oścież okno, prócz ha­ła­su wpusz­cza­ją­ce do wnę­trza przej­mu­ją­cy chłód zi­mo­we­go wie­czo­ru. Rzu­cił gniew­ne spoj­rze­nie za­spa­nych oczu za­ry­so­wi ra­tu­szo­wej wieży o ze­rwa­nym przez wi­cher heł­mie. 

– Kto wpra­wia w ruch ten pie­kiel­ny in­stru­ment? – wark­nął, czu­jąc w sobie jesz­cze echa wy­chy­lo­nych przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi dzba­nów miodu. 

I wtedy przy­szło zro­zu­mie­nie niby grom z ja­sne­go nieba, strzą­sa­ją­ce do resz­ty po­zo­sta­ło­ści snu z po­wiek gre­na­die­ra. Ze­rwał się z nie­wy­god­nej pry­czy, prze­wra­ca­jąc przy tym szkla­ni­cę z dro­go­cen­nym piwem, do­sko­na­łym na po­ran­ne bóle głowy. Brzdęk tłu­czo­ne­go na­czy­nia za­głu­szy­ły trąby, dźwię­czą­ce gdzieś w oko­li­cy głów­nej bramy. Wszę­dzie wokół spo­śród wy­gnie­cio­nych po­ście­li wy­zie­ra­li ko­lej­ni żoł­nie­rze. 

– Ruscy – szep­nął ktoś, wy­po­wia­da­jąc na głos obawę całej cho­rą­gwi. 

– Mo­ska­le ata­ku­ją – wrza­snął wtóry szla­chet­ka. 

– Ro­sja­nie! – pod­ję­li okrzyk inni i chór ochry­płych gar­deł wstrzą­snął po­sa­da­mi czyn­szów­ki, prze­mia­no­wa­nej obec­nie na noc­le­gow­nię. 

Cza­pliń­ski nie­wie­le za­pa­mię­tał z tego, co na­stą­pi­ło póź­niej. In­stynk­ty prze­ję­ły kon­tro­lę nad jego umy­słem i cia­łem. Roz­cheł­sta­na kurt­ka, która za­stę­po­wa­ła mu mun­dur, ło­po­ta­ła na wie­trze ni­czym wo­jen­na ban­de­ra. Nie­prze­rwa­nie prąc na­przód, wśród okrzy­ków to­wa­rzy­szy, tę­ten­tu koń­skich kopyt i wszech­obec­ne­go dźwię­ku po­de­szew ude­rza­ją­cych o bruk, na­cią­gnął na głowę kon­fe­de­rat­kę. Ja­kimś spo­so­bem czap­ka w ko­lo­rze maków, z pió­rem za­tknię­tym za otok, do­da­ła mu ani­mu­szu. Żwa­wiej po­mknął na spo­tka­nie nie­ukoń­czo­nych umoc­nień, wznie­sio­nych przez Mo­raw­skie­go. 

An­to­ni Mo­raw­ski, ów rzeź­nik, wy­nie­sio­ny na sta­no­wi­sko puł­kow­ni­ka, usi­ło­wał od­bu­do­wać le­żą­ce w ru­inie for­ty­fi­ka­cje Po­zna­nia. Bez­sku­tecz­nie. Na wieść o zbli­ża­ją­cych się za­stę­pach wroga, ze­brał więk­szą część armii i wy­ma­sze­ro­wał z mia­sta. Teraz, czas star­cia nad­szedł, a opór prze­ciw­ni­kom sta­wiać mogły je­dy­nie dwie setki obroń­ców po­zo­sta­wio­nych z tyłu. 

Ta­de­usz do­tarł wkrót­ce do ser­pen­ty­no­wych scho­dów, ja­snym zyg­za­kiem za­ry­so­wa­nych na tle muru obron­ne­go: ster­ty gła­zów ład­nej, acz rów­nie sku­tecz­nej w sta­wia­niu się bom­bom, co fran­cu­ski pa­ra­sol. Ru­szył w górę, po­ko­nu­jąc po kilka stop­ni naraz. Zzia­ja­ny tra­fił na szczyt. Z ust bu­cha­ły mu biel­sze od mleka wa­po­ry pary. Cza­pliń­ski wzro­kiem omiótł oka­la­ją­ce gród szań­ce. Na pło­wych pa­li­sa­dach wałów czer­ni­ły się syl­wet­ki kon­fe­de­ra­tów bar­skich, usi­łu­ją­cych zdą­żyć z przy­go­to­wa­nia­mi przed na­tar­ciem. Uwi­ja­li się jak w ukro­pie we­wnątrz ba­stio­nów, pod­nisz­czo­nych i osma­lo­nych po ostat­nim sztur­mie. 

Cza­pliń­ski, kar­cąc się bez­gło­śnie za zwło­kę, po­biegł ku wła­sne­mu sta­no­wi­sku. Zszedł­szy po dra­bi­nie przed lico śre­dnio­wiecz­nych ob­wa­ro­wań, w za­się­gu kilku kro­ków miał re­du­tę, do któ­rej obro­ny zo­stał przy­dzie­lo­ny. Nie mi­nę­ło kilka ude­rzeń serca i stał ramię w ramię ze swym do­wód­cą i ser­decz­nym przy­ja­cie­lem. Ka­ry­ka­tu­ral­nie wręcz okrą­głą becz­kę syl­wet­ki Mie­czy­sła­wa Szczer­by z ła­two­ścią doj­rzeć dało się już z nie­bo­tycz­nych od­le­gło­ści. 

– Cza­pliń­ski, stary druhu – huk­nął na po­wi­ta­nie szlach­cic. 

– Szczer­ba. – Nowo przy­by­ły ski­nął nie­znacz­nie. Pod ma­ryj­ny­mi sztan­da­ra­mi prze­mie­rzy­li wspól­nie pół kraju. Nie za­bi­ło to jed­nak szorst­ko­ści, tak cha­rak­te­ry­stycz­nej dla wię­zów mę­skiej przy­jaź­ni. 

Ze dwu­dzie­stu, trwa­ją­cych już na po­ste­run­kach męż­czyzn sta­no­wi­ło okro­jo­ną za­ło­gę. Klep­nię­to Cza­pliń­skie­go po ple­cach, po­zdro­wio­no dło­nią unie­sio­ną przez krzą­ta­ją­ce­go się przy ar­ma­tach ar­ty­le­rzy­stę. 

– Do sza­bel, kto w Boga wie­rzy! Go­to­wać się! – ryk­nął spod wą­sisk Szczer­ba. 

Ta­de­usz, kry­jąc się w rowie nie­god­nym miana okopu, dobył na­ła­do­wa­ne­go spe­cjal­nie na taką oka­zję czar­no­pro­chow­ca. Od­cią­gnął kurek i wy­mie­rzył. Gdzieś tam, śród ciem­no­ści, wy­strze­li­ły musz­kie­ty, wzno­sząc za­sło­nę dymu mię­dzy re­du­tą a od­le­głym lasem. Siwą po­świa­tę prze­cię­ły w mig konie, do­sia­da­ją­cy ich grzbie­tów Ro­sja­nie oraz po­je­dyn­cza po­stać pę­dzą­ca pie­szo na czele tej prze­dziw­nej szar­ży. Kon­fe­de­rat zmru­żył oczy, do­strze­ga­jąc w zu­peł­nej roz­cią­gło­ści to, co Mie­czy­sław wy­po­wie­dzieć miał na głos. 

– To po­ścig. Na­sze­go gonią, psy pe­ters­bur­skie! Do broni! Tylko mi Po­la­ka nie tra­fić. – Ta­de­uszo­wi z tru­dem przy­szło uwie­rzyć w to, że po­dob­ną ilość słów da się z sie­bie wy­pluć tak szyb­ko. 

Jeźdź­ców i wierz­chow­ce na­tych­miast wzię­to na musz­ki pi­sto­le­tów i ka­ra­bi­nów. Wi­dząc co się świę­ci, ucie­ki­nier przy­warł do roz­mięk­czo­ne­go roz­to­pa­mi pod­ło­ża. 

– Wy­strze­lać ich w imię Chry­stu­sa! 

Huk wstrzą­snął re­du­tą. Salwa z całą swą furią do­się­gnę­ła Ro­sjan, któ­rych szyk po­szedł w zu­peł­ną roz­syp­kę. Kilku wy­pa­dło z sio­deł, pod in­ny­mi ugię­ły się zra­nio­ne koń­skie grzbie­ty. Resz­ta za­trzy­ma­ła się po to tylko, by wspól­nie rzu­cić się do od­wro­tu, dep­cząc się wza­jem w trak­cie tej rej­te­ra­dy. Polak za to znów gnał na zła­ma­nie karku. Nim strzel­cy prze­ła­do­wa­li broń, mokry od potu człek, sa­piąc, do­padł wału ziem­ne­go. Rów­nie ry­chło ujął nie­zna­jo­me­go Szczer­ba, ła­piąc go za ra­mio­na sta­lo­wym uści­skiem. 

– Coś za jeden? 

– An­drzej Kunat, jak mi Wszech­mo­gą­cy miły – wy­dy­szał za­py­ta­ny, prze­raź­li­wie zmę­czo­ny, lecz przy tym cały i zdrów. 

– Czego od cie­bie chcie­li? 

– Mój od­dział roz­bi­li pod Ho­szo­wem. – Szczer­ba skrzy­wił się, sły­sząc nazwę miej­sco­wo­ści, gdzie ży­wo­ta do­ko­nał Fran­ci­szek Pu­ła­ski. – Usze­dłem i po­gna­łem do was, żeby wes­przeć w Po­zna­niu woj­ska Mo­raw­skie­go, ale Ro­sja­nie prze­cię­li mi drogę. Zbyt bli­sko byłem, żeby nie pró­bo­wać uciecz­ki. Bóg dał i że­ście mnie oca­li­li. 

– Nie ma Mo­raw­skie­go i do dia­bła z nim. – Mina Mie­czy­sła­wa stę­ża­ła. 

– Mo­ska­le ruszą tu o świ­cie – cią­gnął py­ta­ny. – Jakem żyw, sam sły­sza­łem, co mó­wi­li. Tych jest nie­wie­lu, kil­ka­na­ście tu­zi­nów może i do tego sama kon­ni­ca, ale ran­kiem bę­dzie wię­cej. Rönne idzie na mia­sto, a ci to tylko for­pocz­ta. 

Ta­de­usz za­drżał, sły­sząc tę re­la­cję. Nas nie ma nawet tylu co ich w stra­ży przed­niej, po­my­ślał z go­ry­czą. Szczę­śli­wie, pro­blem ten miał nie­ba­wem prze­stać go do­ty­czyć. Ostat­nia na­dzie­ja w po­ro­zu­mie­niu z Janem, kon­sta­to­wał. 

 

 

Cza­pliń­ski wraz ze Szczer­bą wy­cze­ki­wa­li umó­wio­ne­go spo­tka­nia w ko­ją­cym spo­ko­ju pod­cie­ni. Z nie­ludz­kie­go ziąbu nocy wy­ło­nił się na­resz­cie za­kap­tu­rzo­ny je­go­mość i dał parze szlach­ci­ców znak, by po­szli za nim. Gdy zna­leź­li się z dala od cie­kaw­skich oczu, Jan opu­ścił kap­tur. Wy­krzy­wił w uśmie­chu brzyd­ką, czer­wo­ną od dzie­sią­tek krost twarz. Wy­grze­bał z głę­bo­kiej kie­sze­ni płasz­cza nie­wiel­ki przed­miot i uniósł go. Obaj jego to­wa­rzy­sze mogli przyj­rzeć się mo­sięż­ne­mu klu­czo­wi, dyn­da­ją­ce­mu na rze­mie­niu. 

– Nie my­śl­cie sobie, że było łatwo. Bi­skup nigdy się z nim nie roz­sta­wał. Pla­no­wa­łem to ty­go­dnia­mi, jed­nak dzi­siej­szej nocy wszyst­ko ule­gło zmia­nie. Kiedy usły­sza­łem za­wo­dze­nie tych so­ba­czych trąb, wie­dzia­łem, że muszę dzia­łać szyb­ko. Trze­ba nam prze­cież uciec, nim Ro­sja­nie zajmą mia­sto! Za­cze­ka­łem więc, aż sta­ruch za­śnie i po pro­stu zdją­łem mu go z szyi. Na wszel­ki wy­pa­dek mia­łem w po­go­to­wiu po­dusz­kę, ro­zu­mie­cie, żebym mógł go udu­sić i zgon zrzu­cić na karb wieku, ale on nic nie po­czuł. Jest tak scho­ro­wa­ny, że… 

– Wy­star­czy. Ko­niec tej nu­żą­cej ty­ra­dy – prze­rwał mu Szczer­ba, uci­na­jąc wart­ki potok słów. 

Nigdy nie krył się z nie­chę­cią do mło­de­go księ­dza, wspól­ni­ka bar­dziej z ko­niecz­no­ści niż wy­bo­ru. Cza­pliń­ski na­le­żał do grona ludzi bar­dziej otwar­tych. Da­rzył ka­pła­na umiar­ko­wa­nym za­ufa­niem, a nawet swo­istą sym­pa­tią. Oczy­wi­stym było więc, że to wła­śnie on po­wi­nien to­wa­rzy­szyć wi­ka­re­mu w wy­pra­wie do wnę­trza kryp­ty. Mie­czy­sław miał do speł­nie­nia inną po­win­ność. 

– Idę pod za­chod­nią bramę, zgod­nie z umową. Kto­kol­wiek jej pil­nu­je, po­wi­nien cie­szyć się ze zmien­ni­ka i moż­li­wo­ści od­po­czyn­ku na tyle, by nie pytać o to, skąd się wzią­łem. Gdy­bym na­po­tkał na trud­no­ści, je­stem gotów i na nie. – Mó­wiąc to, po­lu­zo­wał sza­blę w po­chwie. – Naj­pew­niej będę po pro­stu sa­mot­nie strzegł na­szej drogi uciecz­ki i ocze­ki­wał na wasz po­wrót. 

Ta­de­usz kiw­nął głową i po­dą­żył w ślad za Janem, ten zaś po­pro­wa­dził go plą­ta­ni­ną uli­czek. Okna i or­na­men­ty ka­mie­nicz­nych sztu­ka­te­rii z wy­so­ka przy­pa­try­wa­ły się obu męż­czy­znom. Do­tarł­szy do ruin stra­wio­nej po­ża­rem ko­le­gia­ty, obaj prze­kli­na­li po­wie­trze, so­lid­nie cią­żą­ce im już w płu­cach. Wol­niej ru­szy­li ku prze­mia­no­wa­nej na se­kret­ny skar­biec sie­dzi­bie fran­cisz­ka­nów. Fa­sa­da Ko­ścio­ła świę­te­go An­to­nie­go z Padwy gó­ro­wa­ła nad oko­licz­nym skwe­rem. Za­wia­sy jęk­nę­ły, gdy Jan pchnął odrzwia i po­cią­gnął za sobą to­wa­rzy­sza. We­wnątrz pa­no­wał nie­po­dziel­nie na­boż­ny chłód. Lo­do­wa­ty blask noc­nej łuny wle­wał się przez kunsz­tow­ne wi­tra­że. 

Spi­skow­cy ru­szy­li wzdłuż nawy głów­nej, omi­ja­jąc ławy i dalej, za oł­tarz do obej­ścia. Wą­skie schod­ki, za­pro­wa­dzi­ły ich do wrót, pro­stych, lecz po­tęż­nych. Klucz mi­gnął w przy­po­mi­na­ją­cych ru­chli­we ro­ba­ki pal­cach księ­dza. Zgrzyt zamka. Ko­lej­ny obrót. Przej­ście sta­nę­ło otwo­rem. 

Ramię w ramię żoł­nierz i ksiądz wkro­czy­li w za­tę­chły mrok piw­ni­cy. Wi­ka­riusz roz­pa­lił od­cze­pio­ny ze ścia­ny ka­ga­nek. Świa­tłość ogar­nę­ła skar­biec. Ta­de­usz zmru­żył oczy, po­ra­żo­ny bla­skiem od­bi­tym przez zgro­ma­dzo­ne tu kosz­tow­no­ści. A może sa­my­mi kosz­tow­no­ścia­mi; nigdy bo­wiem nie wi­dział rów­nej ilo­ści złota. Choć po­miesz­cze­nie było nie­du­że, ze­bra­nych tu brosz, wi­sio­rów, kie­li­chów nie spo­sób było objąć wzro­kiem. Spię­trzo­ne w przy­pad­ko­we góry, pa­gór­ki oraz do­li­ny mie­ni­ły się wszyst­ki­mi od­cie­nia­mi czer­wie­ni, oran­żu i żółci. 

Po­śród tego wszyst­kie­go naj­wię­cej było krzy­ży, któ­rych mnó­stwo za­le­ga­ło wśród tych ko­ściel­nych skar­bów. To wła­śnie one za­ab­sor­bo­wa­ły Jana. Jął on chci­wie za­gar­niać ku sobie wiel­ką ich licz­bę, wy­bie­ra­jąc sta­ran­nie te co bar­dziej zdob­ne. Wszyst­kie pa­ko­wał do ob­szer­nej torby, szyb­ko zy­sku­ją­cej na wadze. Cza­pliń­ski ob­ser­wo­wał te po­czy­na­nia z nie­mym przy­zwo­le­niem, sa­me­mu się­ga­jąc po łup znacz­nie mniej łap­czy­wie. Sub­tel­niej ob­cho­dził się z prze­cho­wa­ny­mi tu przez po­znań­skich du­chow­nych przed­mio­ta­mi. Bo­le­śnie ukłu­ła go świa­do­mość, iż to wła­śnie przed gra­bie­żą ukry­to tu ten ma­ją­tek. Po­krę­cił głową, chcąc po­zbyć się na­ra­sta­ją­cych wy­rzu­tów su­mie­nia, po czym upchnął w sa­kwo­ja­żu garść monet, kie­lich, nie­wy­szu­ka­ny kru­cy­fiks… 

Wi­ka­riusz pierw­szy za­peł­nił swój bagaż. Przy­gię­ty do ziemi jego cię­ża­rem i wy­raź­nie ukon­ten­to­wa­ny wy­ni­kiem eska­pa­dy, rzekł: 

– Po­śpiesz­my się. 

Cza­pliń­skie­mu po­dob­nej pro­po­zy­cji nie trze­ba było skła­dać dwu­krot­nie. Na od­chod­nym po­chwy­cił jesz­cze ogrom­ny róg bo­jo­wy, po­zła­ca­ny, czy też, co su­ge­ro­wa­ła­by waga, od­la­ny w cen­nym krusz­cu. In­stru­ment ide­al­nie wpa­so­wał się w lukę po­zo­sta­łą na wierz­chu pa­kun­ku. 

 

 

Nie­zli­czo­ne pary bo­skich oczu spo­glą­da­ły na nich i mru­ga­ły doń zna­czą­co z roz­gwież­dżo­ne­go nieba. Ta­de­usz oraz Jan prze­mie­rza­li opu­sto­sza­łe ulice. Słoń­ce, swym od­wiecz­nym zwy­cza­jem, miało się wspiąć ponad linię ho­ry­zon­tu do­pie­ro za kilka dłu­gich, ciem­nych go­dzin. Mimo iż w po­bli­żu próż­no było szu­kać ja­kich­kol­wiek ob­ser­wa­to­rów, obaj męż­czyź­ni uni­ka­li otwar­tej prze­strze­ni, jakby w oba­wie przed moż­li­wo­ścią ar­mat­nie­go ostrza­łu ni­czym nie­osło­nię­tej po­zy­cji; jak gdyby po­peł­ni­li zbrod­nię, samym tylko fak­tem noc­ne­go czu­wa­nia. Z dłu­gich cieni rzu­ca­nych przez oko­licz­ne bu­dyn­ki w bla­sku księ­ży­ca, uczy­ni­li nie­pew­ne­go so­jusz­ni­ka i w ich mroku prze­mie­rza­li dziw­nie strasz­ne za­uł­ki. Bali się zwle­kać, lecz żaden nie miał od­wa­gi biec. Ner­wo­wo prze­bie­ra­li więc no­ga­mi ni to w truch­cie, ni spa­ce­rze, kiedy zza za­krę­tu wy­ło­ni­ła się miej­ska brama. 

Szczer­ba wy­cze­ki­wał w umó­wio­nym miej­scu. 

– Szyb­ciej! Ko­lej­ny war­tow­nik przyj­dzie za­stą­pić mnie jesz­cze przed świ­tem. Mam na­dzie­ję, że warto było tu ster­czeć. 

– Bez obaw. – Cza­pliń­ski uniósł wy­pcha­ny po brze­gi sa­kwo­jaż. 

Całą trój­ką wy­mknę­li się pil­no­wa­ną przez Mie­czy­sła­wa bramą, która, przy­po­mi­na­jąc ra­czej drzwi, le­d­wie za­słu­gi­wa­ła na swą wznio­słą nazwę. Ci­szej od myszy prze­mknę­li po zbu­twia­łej gro­bli, umoż­li­wia­ją­cej prze­pra­wę nad nie­głę­bo­kim rowem, gdzie zmro­żo­ne fe­ka­lia mie­sza­ły się z gliną. Ru­szy­li ku le­d­wie wi­docz­nej dróż­ce, wio­dą­cej w la­bi­rynt bu­ko­wi­ny. Źle utrzy­ma­na ścież­ka, za­ro­śnię­ta w kilku miej­scach i za­gro­dzo­na przez pnie w wielu in­nych, pro­wa­dzi­ła w głąb głu­szy. Po dru­giej stro­nie lasu wę­drow­ców cze­ka­ła upra­gnio­na wol­ność: od wro­gów, sprzy­mie­rzeń­ców, a także od­po­wie­dzial­no­ści. Tempo na­rzu­ci­li sobie szyb­kie, acz nie mor­der­cze. Nie­lek­ki ła­du­nek oraz świa­do­mość, że Mo­ska­le roz­bi­li nie­opo­dal na­mio­ty, sku­tecz­nie zmu­sza­ły do ostroż­no­ści. 

Drze­wa wy­cią­ga­ły ku zbie­gom dłu­gie, sę­ka­te ręce. Wiatr ko­ły­sał bez­list­ny­mi pal­ca­mi ko­na­rów, wy­gra­ża­jąc owym za­du­fa­nym oso­bom, które ośmie­li­ły się za­kłó­cić pra­sta­ry spo­kój pusz­czy. Szpo­ny ga­łę­zi, wy­krzy­wio­ne jak chro­my dzia­dy­ga, nie­mal­że mu­ska­ły czu­pry­ny in­tru­zów. Po­wie­wy wy­gry­wa­ły swą sym­fo­nię szep­tów, wzla­tu­jąc wy­so­ko ponad po­strzę­pio­ne chmu­ry. Ta­de­usz uczuł dreszcz wę­dru­ją­cy wzdłuż krę­go­słu­pa, gdy do­tknę­ło go cre­scen­do na­głe­go po­dmu­chu. Czub­ki po­chy­lo­nych nad szla­kiem je­sio­nów wes­tchnę­ły z po­szu­mem. Fał­szy­wa nuta kra­ka­nia prze­brzmia­ła i uci­chła w po­bli­żu, a wraz z nią mil­cze­nie stało się nagle nie­zno­śne. 

– Co zro­bisz z tym bo­gac­twem? – za­gad­nął Ta­de­usz, wy­ma­chu­jąc Mie­czy­sła­wo­wi przed nosem zra­bo­wa­nym zło­tem. 

– Udam się do sto­li­cy i przy­łą­czę do spra­wy króla. Zbroj­ny bunt nic nie da, ale układ z ca­ry­cą może jesz­cze Rzecz­po­spo­li­tą ura­to­wać… A ty? – Męż­czy­zna dy­szał cięż­ko niby tur. 

– Zbrzy­dła mi wojna i spra­wy pań­stwo­we. Furda dy­plo­ma­cja i ugody! Chcę spo­ko­ju. Wy­ku­pię tro­chę ziemi pod ro­dzin­nym Sub­o­to­wem, po­cze­kam tam na sta­rość, żonę albo oba naraz, cho­ciaż po­ję­cia nie mam, które może oka­zać się gor­sze. 

– Ja na­to­miast pla­nu­ję udać się gdzieś da­le­ko – oży­wił roz­mo­wę Jan. – Ksiądz po świę­ce­niach za­wsze znaj­dzie dla sie­bie miej­sce. W ta­kich Pru­sach na przy­kład. To silny kraj, nie bagno jak nasza, za prze­pro­sze­niem, oj­czy­zna. 

– Mier­zi mnie to, co mó­wisz – wy­sa­pał Szczer­ba, z twa­rzą ob­la­ną pąsem ru­mień­ca w rów­nym stop­niu od wy­sił­ku i zło­ści. – Gdzie twoja mi­łość do oj­czy­zny? 

– Mi­łość do oj­czy­zny. Mó­wisz o niej, nawet będąc zbie­giem, ucie­kł­szy z pol­skiej prze­cież armii. Ja przy­naj­mniej nie pró­bu­ję uda­wać. 

Choć mina po usły­sza­nym przy­ty­ku wy­raź­nie mu zrze­dła, Mie­czy­sław spra­wiał wra­że­nie go­to­we­go do dal­szej kłót­ni. Miast tego jak jeden mąż za­mil­kli wszy­scy trzej. Spo­mię­dzy gę­stych chasz­czy na wprost, do­biegł ich szmer, a na­stęp­nie ko­lej­ny i jesz­cze jeden. Za­sty­gli w bez­ru­chu, nie wie­dząc co czy­nić dalej. Gdzieś tu obo­zo­wa­li prze­cież Ro­sja­nie. Jeśli wpad­ną w ich ręce… Trach! Sucha ga­łąz­ka pękła pod na­po­rem nie­wi­docz­ne­go spraw­cy, a dwa płyt­kie od­de­chy póź­niej zza za­ro­śli wy­chy­nął jeź­dziec. 

Cza­pliń­ski po­łknął prze­kleń­stwo, pra­wie od­gry­za­jąc sobie przy tym język. Ka­re­go konia, który przy­sta­nął na skra­ju chę­chów, do­sia­dał rosły męż­czy­zna odzia­ny w zszar­ga­ny ro­syj­ski mun­dur. 

– Upiór – szep­nął prze­ra­żo­ny szlach­cic, nie do­wie­rza­jąc wła­snym oczom. 

Na ra­mie­niu po­sta­ci tak nie­rze­czy­wi­stej, że ucho­dzić mogła za senną marę, sie­dział kruk. Ogrom­ny. Nie spo­sób było stwier­dzić, czy Ta­de­usza prze­ra­zi­ło bar­dziej to in­te­li­gent­ne, a przy tym bez­li­to­sne spoj­rze­nie ptaka, czy też ob­li­cze jeźdź­ca. 

Blada twarz kon­ne­go była ra­czej wy­grze­ba­ną z grobu czasz­ką, niźli spo­dzie­wa­ną w tym miej­scu kra­sną od wódki i mrozu fa­cja­tą Mo­ska­la. Skóra, biel­sza od wil­czych zębów, nie no­si­ła w sobie żad­nych śla­dów życia. Prze­ciw­nie, wy­glą­da­ła na gro­te­sko­wą maskę, na­cią­gnię­tą nie­udol­nie na mi­zer­ne ob­li­cze ko­ścio­tru­pa. Być może spo­strze­że­nie to nie mi­ja­ło się zresz­tą wcale z praw­dą. Blade frag­men­ty kości wy­sta­wa­ły spod wy­strzę­pio­nych pła­tów tka­nek, zu­peł­nie jakby ro­ze­rwa­ła je w tych miej­scach szczę­ka rysia. Gdzie­nie­gdzie spo­śród si­nych wy­bro­czyn oraz gra­na­to­wych plam wy­glą­da­ły wul­ka­ny zgni­li­zny, lawą roz­kła­du za­le­wa­ją­ce oko­licz­ne zmarszcz­ki. Zu­peł­nie tak, jak gdyby cera tej bu­dzą­cej lęk i od­ra­zę po­sta­ci na­bra­ła wła­ści­wo­ści sera ple­śnio­we­go i doj­rze­wa­ła teraz w naj­lep­sze. Ale nie to i nawet nie ru­chli­we gli­sty gnież­dżą­ce się w licz­nych ra­nach oraz sa­dzaw­kach za­sy­cha­ją­cej krwi były w tym czymś, co mogło być nie­gdyś ludz­kim cia­łem, naj­gor­sze. 

Z ust szlach­ci­ca wy­rwał się gar­dło­wy char­kot. Jego oczy… Oczy! Praw­dę mó­wiąc, nie zo­sta­ło z nich nic w za­tka­nych stru­pa­mi dziu­rach po­wy­żej zde­for­mo­wa­ne­go nosa. Zie­ją­ce kar­ma­zy­no­wą pust­ką oczo­do­ły wy­ci­snę­ły z Cza­pliń­skie­go nie­ludz­ki krzyk. Wrzask przedarł się jakiś cudem przez lep­kie, fi­zycz­ne pra­wie macki smro­du, po­twor­ne­go za­pa­chu ze­psu­cia, odoru śmier­ci, jaki bił od mar­twej isto­ty. Zimny dotyk stra­chu prze­biegł wzdłuż ple­ców Cza­pliń­skie­go. Nogi miał jak z ga­la­re­ty. Rów­nie nie­ru­cho­my i blady Jan zawył. Oto kruk, uczy­niw­szy sobie żerdź z barku zma­sa­kro­wa­ne­go woj­sko­we­go, po­czął nie­spiesz­nie ob­sku­by­wać z resz­tek mię­śni prze­gni­ły po­li­czek. Gre­na­dier po­stą­pił o krok do tyłu, pod wpły­wem fali od­ra­zy sil­niej­szej od nie­mo­cy. 

Wtem roz­brzmiał trze­pot dzie­sią­tek, a może i setek pta­sich skrzy­deł. Drze­wa wokół ożyły, po­ru­sza­jąc na­gi­mi ko­ro­na­mi za spra­wą nie­wi­dzial­nej siły. Nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, na spo­tka­nie parze szlach­ci­ców i księ­dzu wy­le­cia­ło stado czar­nych pta­szysk, nie­znacz­nie tylko mniej­szych kopii po­twor­ne­go kruka lu­bu­ją­ce­go się w smaku ludz­kie­go mięsa. 

Nie­do­szli de­zer­te­rzy rzu­ci­li się do uciecz­ki. Go­rącz­ko­wej, sza­leń­czej. Pę­dzi­li co sił, nie zwa­ża­jąc na zmę­cze­nie. Stopy plą­ta­ły im się, kil­ku­krot­nie za­ha­cza­jąc o wy­sta­ją­cy ponad zie­mię ko­rzeń lub głaz. Wy­łącz­nie dzię­ki nad­przy­ro­dzo­ne­mu szczę­ściu zdo­ła­li nie upaść. Nie­spo­dzie­wa­nie, może nie­zdol­ny do dal­sze­go dźwi­ga­nia szla­chet­nych krusz­ców, Jan za­trzy­mał się. Szczer­ba wciąż gnał na zła­ma­nie karku, Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, obej­rzaw­szy się za sie­bie. 

Tym­cza­sem ksiądz za­nu­rzył rękę po ło­kieć w wy­ła­do­wa­nym kosz­tow­no­ścia­mi pa­kun­ku. Po­chwy­cił jeden ze skra­dzio­nych krzy­ży, bo­ga­to zdo­bio­ny, wy­sa­dza­ny klej­no­ta­mi, mie­nią­cy­mi się w pro­mie­niach mie­sią­ca. Iskry świa­tła tań­czy­ły krwa­wym ogniem w ru­bi­nach i ob­le­wa­ły mięk­kim bły­skiem szli­fo­wa­ne po­wierzch­nie bry­lan­tów. Sta­nąw­szy w roz­kro­ku, wy­cią­gnął kru­cy­fiks przed sie­bie. Wy­cze­ki­wał spo­tka­nia z nad­cią­ga­ją­cym jeźdź­cem oraz jego ma­ka­brycz­ną ob­sta­wą.

– Prze­pad­nij dia­bel­ny po­mio­cie! Apage, Sa­ta­nas! – zawył. 

Noc po­chło­nę­ła wo­ła­nie. Jana ob­le­gła chma­ra pta­szysk tak, że przez ulot­ną chwi­lę sam zda­wał się opie­rzo­ną be­stią. Wił się i mio­tał, klął, wzy­wał imię Boga i wresz­cie wrzesz­czał zu­peł­nie bez sensu. W końcu znie­ru­cho­miał, upadł­szy na zie­mię. A potem, jak dzie­ci po­rzu­ca­ją­ce ulu­bio­ną za­baw­kę na dźwięk mat­czy­ne­go głosu, oznaj­mia­ją­ce­go porę obia­du, kruki roz­pro­szy­ły się, uwal­nia­jąc ciało wi­ka­riu­sza, czy ra­czej to, co po­zo­sta­wi­ły w jego miej­scu. Frag­men­ty skóry, mię­śni i żył opla­ta­ły kości ni­czym wstręt­ne czer­wie lub ro­ba­ki, że­ru­ją­ce na po­grze­ba­nym przed laty nie­bosz­czy­ku. 

Ta­de­usz zdła­wił w sobie chęć zwró­ce­nia spo­ży­te­go wcze­śniej po­sił­ku. Kątem oka do­strzegł kruki, na po­wrót zry­wa­ją­ce się do lotu. Nie­bez­piecz­nie bli­sko miej­sca, gdzie zwol­nił po­wo­do­wa­ny cie­ka­wo­ścią. Zmu­sił nogi do wy­tę­żo­nej pracy i po­gnał na­przód, ślepo do­bie­ra­jąc kie­ru­nek. Szyb­ko do­ści­gnął wy­cień­czo­ne­go dźwi­ga­niem góry sadła Szczer­bę. Wy­prze­dził przy­ja­cie­la, zbyt za­ab­sor­bo­wa­ny tro­ską o wła­sne życie, by pa­mię­tać o wię­zach wo­jen­ne­go bra­ter­stwa. Choć noc była ciem­na, knie­ja gęsta, a Po­znań od­le­gły, wy­da­ło mu się przez mo­ment, że mię­dzy ja­śnie­ją­cy­mi brzo­za­mi do­strze­ga kon­tu­ry miej­skiej za­bu­do­wy. Złu­dze­nie to mu­sia­ło dodać mu sił, bo przy­śpie­szył jesz­cze bar­dziej. Fur­kot skrzy­deł za ple­ca­mi przy­cichł nie­znacz­nie, w sercu gre­na­die­ra za­czę­ła nie­śmia­ło do­cho­dzić do głosu na­dzie­ja. Nie­po­mny bólu i zmę­cze­nia sta­wiał krok za kro­kiem, aż nagle ko­la­na splą­ta­ły się mu w sza­leń­czym tańcu, a on sam runął jak długi. 

Zie­mia przy­wi­ta­ła go z mięk­kim pla­śnię­ciem. Wy­jąt­ko­wo ostry ka­mień, ob­ro­śnię­ty ja­kimś obrzy­dli­wie żół­tym po­ro­stem, roz­ciął mu po­li­czek. Prze­brzy­dły głaz naj­wy­raź­niej cze­kał w tym miej­scu spe­cjal­nie na tę oka­zję do na­po­je­nia się go­rą­cą krwią. Znad czer­wo­nej cie­czy wznio­sły się pa­skud­ne ob­łocz­ki pary. Za­trzask sa­kwo­ja­ża za­ha­czył o coś i zamek pękł na dwoje. Z brzdę­kiem po­sy­pa­ły się mo­ne­ty i bi­żu­te­ria, ście­ląc wokół Ta­de­usza złoty dywan. Mie­czy­sław do­padł po­grą­żo­ne­go w nie­mo­cy szlach­ci­ca i nie­zdol­ny do dal­sze­go wy­sił­ku za­trzy­mał się, wy­szar­pu­jąc ener­gicz­nie sza­blę. Rów­no­cze­śnie, z bez­kształt­ne­go cie­nia wy­nu­rzył się po­ścig: upior­ny jeź­dziec eskor­to­wa­ny przez zro­dzo­ne w cze­lu­ściach pie­kieł kruki. Cza­pliń­ski wrza­snął prze­raź­li­wie, nie z bólu, a zgro­zy. 

Jego uwagę przy­kuł złoty róg. Zdo­by­ty w klasz­to­rze do­mi­ni­ka­nów in­stru­ment wy­padł ze znisz­czo­ne­go pa­kun­ku i prze­to­czył się ku wy­cią­gnię­te­mu na po­szy­ciu męż­czyź­nie. W roz­sze­rzo­nych stra­chem źre­ni­cach Ta­de­usza bły­snę­ło. 

– Pomoc! – za­chry­piał. 

Nie miało to wszak­że zna­cze­nia, że we­zwa­nie usły­szeć mogli tu je­dy­nie Ro­sja­nie. Lep­sza prze­cież nie­wo­la czy śmierć w walce od utra­ty duszy. Poza tym tu­bal­ny dźwięk mógł prze­pło­szyć stwo­ry. Bra­ko­wa­ło czasu na roz­wa­że­nie de­cy­zji i szu­ka­nie dlań lo­gicz­ne­go po­par­cia. Ta­de­usz prze­że­gnał się i się­gnął po róg. Konny wy­ce­lo­wał ba­gne­tem w pierś Szczer­by, wbi­ja­jąc pięty w bok wierz­chow­ca. Ptaki, kra­cząc, nad­cią­ga­ły ku Cza­pliń­skie­mu ni­czym chmu­ra dymu. Ten zaś na­brał po­wie­trza w płuca i bo­le­śnie za­ci­snąw­szy po­wie­ki, za­grał na rogu. 

Do­no­śny ryk wstrzą­snął lasem. A potem za­pa­dła cisza. Pełna wy­cze­ki­wa­nia chwi­la mil­cze­nia. 

Gre­na­dier otwo­rzył oczy. Ptaki przy­cup­nę­ły na po­bli­skich grzę­dach ga­łę­zi. Naj­więk­szy z nich wbił w Cza­pliń­skie­go czar­ne śle­pia, nie opusz­cza­jąc sta­re­go sta­no­wi­ska na oboj­czy­ku upio­ra. Jak gdyby za spra­wą woli gi­gan­tycz­ne­go kruka, usta wo­ja­ka, ob­le­czo­ne­go w strzę­py ro­syj­skich dys­tynk­cji, roz­war­ły się, choć na gni­ją­cej twa­rzy nie ożyła sa­mot­na nawet do­li­na zmarszcz­ki. 

– Skąd to masz? 

Ochry­pły, bez­na­mięt­ny głos. I to spoj­rze­nie za­krwa­wio­nych oczo­do­łów! Nie spo­sób uciec przed po­dob­ną ka­tu­szą. 

– Co? – wy­pluł z sie­bie Ta­de­usz, nie mogąc pojąć isto­ty za­da­ne­go mu py­ta­nia. 

– Skąd to masz? – po­wtó­rzył tam­ten, tym samym, pu­stym tonem. 

 

 

Na­stał chłod­ny świt, pach­ną­cy śnie­giem, lecz tak jasny i nie­ska­zi­tel­ny, że wy­czuć dało się w nim nad­cho­dzą­cą wio­snę. Cza­pliń­ski de­lek­to­wał się tą pełną sprzecz­no­ści wonią, pe­wien nie­mal, iż węszy w niej odór wła­sne­go stra­chu. Nie­opo­dal obo­zo­wa­li Ro­sja­nie; pierw­si z nich, nie li­cząc rzecz jasna tych wy­sta­wio­nych na czu­wa­nie, bu­dzi­li się wła­śnie wraz z brza­skiem. Pa­no­wa­ła nie­na­tu­ral­na ci­chość, dzwo­nią­ca w uszach mu­zy­ką nie­biań­skich huf­ców. Szczer­ba za­ci­snął dłoń na rę­ko­je­ści ka­ra­be­li tak sil­nie, że aż zbie­la­ły mu od tego knyk­cie. 

Wspo­mnie­nie za­koń­czo­ne­go wła­śnie spo­tka­nia już teraz stało się dla Ta­de­usza dziw­nie mętne i nie­skład­ne, do­kład­nie tak jak mętne i nie­skład­ne by­wa­ją sny w kilka minut po prze­bu­dze­niu. Po­wró­cił pa­mię­cią do owej, nie przy­mie­rza­jąc fan­ta­sma­go­rycz­nej chwi­li, gdy prze­słu­chi­wa­ny był przez upio­ra. 

– Znam ten róg – mó­wi­ły prze­gni­łe do cna strzę­py czło­wie­ka, ale choć to jego usta po­ru­sza­ły się, słowa nie mogły po­cho­dzić od niego. 

Nie­do­rzecz­ne, my­ślał Ta­de­usz, nie­waż­ne jak wiel­ki, ptak nie może ma­ni­pu­lo­wać ni­czy­imi war­ga­mi czy ję­zy­kiem. A jed­nak to kruk zda­wał się prze­ma­wiać, wle­pia­jąc czar­ne perły swych ślepi w szlach­ci­ca. 

– Przy­się­ga­łem kie­dyś. Dawno temu. Za wró­co­ne życie – nie tyle wy­mó­wił, co wy­sy­czał po­twór w skó­rze Mo­ska­la. 

Cza­pliń­ski nic nie ro­zu­miał. 

– Nic nie ro­zu­miesz? – ode­zwał się Mie­czy­sław. – Nigdy żeś nie sły­szał tu­tej­szych le­gend? Toż to musi być Król Kru­ków. Ta opo­wieść pa­mię­ta jesz­cze czasy sprzed pierw­szych Pia­stów. 

Król Kru­ków. Tak, Ta­de­usz po­znał przed laty ową baśń. Zgod­nie z jej tre­ścią mło­dzie­niec oca­lić miał ran­ne­go ptaka przed pewną śmier­cią w środ­ku dzie­wi­cze­go boru. Za­brał czar­ne­go czer­nią nocy kruka do wła­snej izby, tu, w Po­zna­niu wła­śnie, wy­kar­mił go i oto­czył opie­ką, aż zwierz ozdro­wiał zu­peł­nie. Stała się wów­czas rzecz nie­sły­cha­na, bo ptak prze­mó­wił do chło­pa­ka ludz­kim gło­sem, na­zwał się kru­czym kró­lem i ofia­ro­wał mu trąbę, zdol­ną wy­ba­wić go w po­trze­bie. Trąbę, a nie róg. Ale czy to nie wszyst­ko jedno? Łań­cuch sko­ja­rzeń pękł, gdy tylko roz­brzmiał głos zma­sa­kro­wa­ne­go jeźdź­ca: 

– We­zwa­łeś po­mo­cy. Twoja proś­ba zo­sta­nie wy­słu­cha­na. Razem ru­szy­my na Ro­sjan – po­wie­dział, wciąż bez śladu uczuć. 

Gdy tylko ostat­nie słowa roz­brzmia­ły, Król Kru­ków wzbił się w górę, a po­zba­wio­ne do­ty­ku jego za­krzy­wio­nych szpo­nów tru­chło ru­nę­ło ku le­śne­mu runu, zwa­la­jąc się z koń­skie­go grzbie­tu i nie­ru­cho­mie­jąc. To była pierw­sza rzecz, szcze­rze ra­du­ją­ca Cza­pliń­skie­go od go­dzi­ny opusz­cze­nia mia­sta. 

– Tak. Na Ro­sjan. – Wstyd ukłuł go, gdy usły­szał drże­nie we wła­snym gło­sie, lecz szyb­ko ogar­nę­ła go przy tym duma, gdy uświa­do­mił sobie, że spodnie wciąż ma suche. 

Stał na skra­ju kniei, dziw­nie oswo­jo­ny z ideą walki u boku stra­szy­dła. Wes­tchnął. Cień za­nur­ko­wał spo­mię­dzy ob­ło­ków i Król Kru­ków przy­siadł na ra­mie­niu Ta­de­usza. Szlach­cic wzdry­gnął się mi­mo­wol­nie, oczy­ma wy­obraź­ni do­strzegł bo­wiem ma­ka­brycz­ny obraz ostat­niej osoby, na któ­rej usa­do­wił się ol­brzy­mi ptak. 

Cza­pliń­ski uniósł do ust złoty róg i zadął weń. Po­tęż­ny ryk in­stru­men­tu prze­brzmiał w oko­li­cy. Od­po­wie­dzia­ły mu nie­zli­czo­ne echa niby głosy skry­tych w od­da­li wo­jow­ni­ków. A potem pod­niósł się rwe­tes śród na­mio­tów Mo­ska­li. Nim uci­chły pierw­sze krzy­ki, z prze­stwo­rzy ru­nę­ły ty­sią­ce pta­sich bły­ska­wic. Po­ci­ski pie­rza­stych ciał pi­ko­wa­ły jako strza­ły wy­pusz­czo­ne z bo­skich łuków, mknąc wprost ku swym celom. 

Wszyst­ko to ob­ser­wo­wa­ła dwój­ka Po­la­ków. Wy­da­ło im się, że po­śród kru­ków widzą po­sta­ci roz­pę­dzo­nych ry­ce­rzy w po­ły­skli­wych, smo­li­stych zbro­jach. Wy­glą­da­ło to tak, jakby szar­żę na po­zy­cję Ro­sjan przy­pu­ścił do­bo­ro­wy od­dział ka­wa­le­rii, a w pierw­szym sze­re­gu kon­ni­cy ga­lo­po­wał sam Za­wi­sza Czar­ny. Rów­nie sku­tecz­nie co wid­mo­we ko­py­ta ru­ma­ków, wroga gnio­tły sier­py szpo­nów. Dzio­by, niby fi­li­gra­no­we kopie wy­ce­lo­wa­ne w pier­si, wy­szar­py­wa­ły spod skóry mięso i życie. Skrzy­dla­te be­stie z równą mocą rwały na skraw­ki mun­du­ry oraz ścię­gna. Po­świst skrzy­deł wy­peł­nił świat. Wrza­ski mor­do­wa­nych co rusz prze­dzie­ra­ły się przez wszech­obec­ny har­mi­der. Po­sta­ci wy­ma­chu­ją­ce rę­ka­mi usi­ło­wa­ły bez­sku­tecz­nie od­pę­dzić od sie­bie krwio­żer­cze stwo­rze­nia. Wy­ce­lo­wa­ne w niebo musz­kie­ty wy­pa­la­ły nie­ustan­nie, choć kule nie imały się roz­wście­czo­nych be­stii. Ru­chli­we ciała z gra­cją uni­ka­ły linii ognia. 

Zgwał­co­ny wi­do­kiem mordu po­ra­nek oglą­dał krwa­we kaź­nie. Wszyst­kie­mu przy­glą­da­li się także Cza­pliń­ski oraz Szczer­ba, bez­na­mięt­ni tylko z po­zo­ru. W ich sar­mac­kich ser­cach za­pró­szo­no iskrę od­wa­gi, a że tra­fi­ła ona na po­dat­ny grunt, na pożar nie na­le­ża­ło cze­kać zbyt długo. Pod­że­ga­ni pło­mie­nia­mi roz­pa­lo­nej duszy skie­ro­wa­li na sie­bie prze­krwio­ne biał­ka oczu. Mie­czy­sław ski­nął i obaj chwy­ci­li za broń. Za­szar­żo­wa­li spo­mię­dzy ze­schłych kęp traw, a pęd prze­ro­dził się w ga­lo­pa­dę, trwa­ją­cą, aż oto­czy­ły ich ro­syj­skie na­mio­ty w samym środ­ku nisz­czo­ne­go obozu. 

Nim jesz­cze roz­po­czę­li swój bieg, Król Kru­ków wzle­ciał wy­so­ko, ponad pły­ną­ce na za­chód brzu­cha­te chmu­ry i wraz z pierw­szym, za­da­nym w ruchu cio­sem Ta­de­usza opadł ku twa­rzy prze­ciw­ni­ka. Jak si­kor­ka sku­bią­ca sło­ni­nę wy­łu­pał gałki oczne za­sko­czo­ne­go Mo­ska­la, któ­re­go po­tę­pień­czy ryk zmro­ził Cza­pliń­skie­go. Ptak po­gnał dalej, wes­przeć w dzie­le znisz­cze­nia mniej­szych braci. Ogar­nię­ty bi­tew­nym sza­łem żoł­nierz rzu­cił się po­spiesz­nie na naj­bliż­sze­go mu wroga. 

Fon­tan­ny czer­wie­ni try­snę­ły, gdy spa­ro­waw­szy kilka nie­zbyt cel­nych, wy­mie­rzo­nych bez prze­ko­na­nia cio­sów, wy­pro­wa­dził fi­nal­nie kontrę i za­to­pił zimny metal sza­bli głę­bo­ko w szyi opo­nen­ta. Ta­de­usza usia­ły krwa­we piegi. Nie zwa­żał na nie. Po­rwał go sza­leń­czy ta­niec uni­ków, pchnięć, cięć, parad i blo­ków. Za­le­d­wie parę kro­ków dalej wal­czył Mie­czy­sław, sku­tecz­ny i nie­po­skro­mio­ny. Zma­gał się naraz z du­etem Mo­ska­li, świe­żo wy­rwa­nych z rze­czy­wi­sto­ści sen­nych ma­rzeń. Nie miał szans do­strzec trze­cie­go z nich, który za­kradł się za jego plecy. Woj­sko­wy wy­mie­rzył i po­cią­gnął za spust. Opatrz­no­ści je­dy­nie dzię­ko­wać mógł Mie­czy­sław za nagłą in­ter­wen­cję jed­ne­go z kru­ków. Trze­po­tem skrzy­deł wy­peł­nił on po­wie­trze, w chwi­li wy­strza­łu na­pa­da­jąc na dłoń strzel­ca. Tor lotu po­ci­sku zmie­nił się nie­znacz­nie. Wy­star­cza­ją­co, choć jed­no­cze­śnie zbyt mało. Kula prze­wier­ci­ła się przez tors szlach­ci­ca tuż po­ni­żej pachy. Cza­pliń­ski za­uwa­żył kło­po­ty przy­ja­cie­la zbyt późno, by za­ra­dzić nie­szczę­ściu. Rzu­cił się ku chwie­ją­ce­mu się to­wa­rzy­szo­wi, po­zwa­la­jąc pta­szy­skom sa­mo­dziel­nie do­koń­czyć swe za­da­nie. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, nie­wie­le zo­sta­ło im do zro­bie­nia, bo Ro­sjan na polu walki nie było już wów­czas wcale. Grad czar­nych piór po­zo­stał w miej­scach, gdzie jesz­cze przed mo­men­tem stali lu­dzie. 

Tym prę­dzej gnał do Mie­czy­sła­wa Ta­de­usz, wolny od trosk o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Nie­chluj­nie przy­wle­czo­ny do pasa róg wy­śli­zgnął się ze skó­rza­nej pętli. Upadł. Nim były, a może wciąż obec­ny, kon­fe­de­rat do­strzegł swą zgubę, przy­szłość in­stru­men­tu zo­sta­ła prze­są­dzo­na. Spło­szo­ny ma­sa­krą koń, rączy wa­łach o sta­ran­nie wy­cze­sa­nej sier­ści, cwa­ło­wał środ­kiem tego nie­po­ję­te­go cha­osu. Jabł­ko­wi­ty rumak stra­to­wał róg, nisz­cząc go bez­pow­rot­nie. Roz­padł się on na nie­zli­czo­ne ka­wał­ki i dro­bi­ny pyłu. Utra­cił swój blask, sta­jąc się wy­zu­tą z mi­stycz­nej po­tę­gi łuską, ma­to­wą i wcale nie­wy­róż­nia­ją­ca się spo­śród po­śnie­go­wej chla­py, gdzie przy­szło jej spo­cząć. Król Kru­ków prze­padł w mgnie­niu oka. Szyb­ciej, niż trwa mru­gnię­cie, od­le­cia­ła jego upior­na świta. I nagle z ko­tło­wa­ni­ny nie po­zo­sta­ło nic. Ta­de­usz omiótł wzro­kiem po­bo­jo­wi­sko, zma­sa­kro­wa­ne ciała człon­ków ro­syj­skiej armii, po­wyw­ra­ca­ne na­mio­ty i sprzę­ty, ka­łu­że oraz je­zior­ka krwi, bez celu ga­lo­pu­ją­ce osio­dła­ne ogie­ry i kla­cze. Przy­padł do Szczer­by, po­tur­bo­wa­ne­go, acz trzy­ma­ją­ce­go się wciąż na no­gach. Mimo stra­ty gre­na­dier uczuł szczę­ście, to­wa­rzy­szą­ce obu szlach­ci­com w trak­cie trium­fal­ne­go po­wro­tu do cu­dow­nie oca­lo­ne­go mia­sta. 

Wle­kli się tak, po­włó­cząc no­ga­mi, wspar­ci jeden na dru­gim. Do­kucz­li­wy ból wy­czer­pa­nia roz­cho­dzą­cy się wzdłuż ud i łydek zmu­szał ich do moc­niej­sze­go za­ci­ska­nia kwa­dra­to­wych szczęk. Uśmie­cha­li się, bo choć szczu­ra­mi będąc opusz­cza­li Po­znań, wra­cać przy­szło im jako bo­ha­te­rom. Żyli, prze­trwa­li i to jedno sta­no­wi­ło samo w sobie war­tość naj­wyż­szą. 

Rap­tem, na­tar­czy­wie wi­bru­jąc w uszach, ciszę prze­szył doj­mu­ją­cy dźwięk. Zwia­sto­wał na­dej­ście resz­ty od­dzia­łów ro­syj­skich pod do­wódz­twem Karla Rönne. Wraża na­wa­ła nad­cią­ga­ła pod nad­war­ciań­ski gród Prze­my­sła­wa: po­zba­wio­ny nad­przy­ro­dzo­nych straż­ni­ków, a za spra­wą Mo­raw­skie­go także znacz­nej czę­ści gar­ni­zo­nu. Dzwo­ny biły, zwia­stu­jąc go­dzi­nę upad­ku. 

Koniec

Komentarze

Zrazu przej­rza­łem, potem prze­czy­ta­łem jed­nym cią­giem, Już to o czymś świad­czy… Inna spra­wa, że Król Kru­ków, wy­wo­ła­ny z cze­lu­ści czasu, słabo mnie prze­ko­nał, ale ma­ru­dzić nie mam za­mia­ru.

[… ] Prze­my­sła­wa: po­zba­wio­ny […] ---> a nie prze­ci­nek, za­miast dwu­krop­ka?

Nie­do­rzecz­ne, my­ślał Ta­de­usz, Nie­waż­ne jak wiel­ki,

 

po­win­no być małe “n”

 

za­ci­ska­nia kwa­dra­to­wych szczęk

Okre­śle­nie “kwa­dra­to­we szczę­ki” mnie roz­ba­wi­ło.

 

Sty­li­za­cja na po­cząt­ku tro­chę mę­czy­ła, ale potem albo przy­wy­kłam, albo było le­piej. Ogól­nie jed­nak tekst opi­sa­ła­bym jako nie­zbyt po­ry­wa­ją­cy. Nie wcią­ga, nie przej­mu­je. Ten król kru­ków to tak tro­che jak kot z worka wy­ska­ku­ję, nagle też (już do­słow­nie z worka!) wy­pa­da ar­te­fakt do “ste­ro­wa­nia” po­two­rem ;]

Nie znam sie na lu­do­wych ba­ja­niach, nie ko­ja­rzę żad­nej o królu kru­ków, jakoś mi on do pol­skich le­gend nie pa­su­je. 

Tekst jest na­pi­sa­ny cał­kiem nie­źle pod wzglę­dem warsz­ta­to­wym, ale fa­bu­lar­nie już imho nie po­ry­wa.

Ni to Sza­tan, ni to Tęcza.

Hej. Ser­decz­nie dzię­ku­ję za wasze ko­men­ta­rze; od­no­sząc się do nich, kilka od­po­wie­dzi:

“[… ] Prze­my­sła­wa: po­zba­wio­ny […] ---> a nie prze­ci­nek, za­miast dwu­krop­ka?”

Prze­ci­nek pew­nie za­dzia­łał­by do­sko­na­le, ale dwu­kro­pek można tu po­trak­to­wać jako wybór ar­ty­stycz­ny au­to­ra ;). Nie wy­da­je mi się on nie­czy­sto­ścią sty­li­stycz­ną, błę­dem, więk­szym zgrzy­tem, wiec niech już sobie zo­sta­nie gdzie jest.

“po­win­no być małe “n””

Fakt, dzię­ku­ję za zwró­ce­nie uwagi.

“Okre­śle­nie “kwa­dra­to­we szczę­ki” mnie roz­ba­wi­ło.”

Mam w zwy­cza­ju pa­ko­wać w swoje tek­sty sporo po­rów­nań i okre­śleń, które czy­tel­ni­cy uzna­ją póź­niej za nie­zbyt for­tun­ne, więc opi­nia mnie nie dziwi, ale po­zo­sta­nę tu przy swoim, cho­ciaż nie wąt­pię, że eli­mi­na­cja czę­ści przy­miot­ni­ków na pewno do­brze zro­bi­ła­by ca­ło­ści.

“Sty­li­za­cja na po­cząt­ku tro­chę mę­czy­ła, ale potem albo przy­wy­kłam, albo było le­piej.”

Sty­li­za­cja ce­lo­wo po­ja­wia się nie­mal wy­łącz­nie w otwie­ra­ją­cych ca­łość aka­pi­tach. Za­le­ża­ło mi na zbu­do­wa­niu nieco “sien­kie­wi­czow­skie­go” kli­ma­tu (w ogól­nym wy­ra­zie, bo prze­cież zu­peł­nie in­ny­mi środ­ka­mi) i na­rzu­ce­niu ducha epoki na samym po­cząt­ku, kiedy od­bior­ca nie jest jesz­cze zmę­czo­ny. Póź­niej ową sty­li­za­cję dość mocno ogra­ni­czam, przez co forma ma stać się bar­dziej straw­na przy za­cho­wa­niu już zbu­do­wa­nej otocz­ki hi­sto­rycz­nej.

“Nie znam sie na lu­do­wych ba­ja­niach, nie ko­ja­rzę żad­nej o królu kru­ków, jakoś mi on do pol­skich le­gend nie pa­su­je. “

Le­gen­da, którą przy­ta­czam fak­tycz­nie gdzieś tam funk­cjo­nu­je. Nie wiem tylko na ile jest wy­my­słem współ­cze­snym, a na ile może mieć ja­kieś rze­czy­wi­ste ko­rze­nie w ba­ja­niach lu­do­wych, bo wy­grze­ba­łem ją z cze­lu­ści in­ter­ne­tu szu­ka­jąc in­spi­ra­cji. Ory­gi­nal­nie pró­bo­wa­łem ukoń­czyć to opo­wia­da­nie na jakiś dawno mi­nio­ny kon­kurs (na­rzu­co­ne było w nim miej­sce akcji) i kon­cept od ja­kie­go wy­sze­dłem to próba re­in­ter­pre­ta­cji zwią­za­nej z Po­zna­niem le­gen­dy po­przez osa­dze­nie jej w kon­kret­nych re­aliach hi­sto­rycz­nych (i ten punkt wyj­ścio­wy mógł być nieco krzyw­dzą­cy dla fa­bu­ły); wła­ści­wą le­gen­dę zna­la­złem póź­niej, kiedy wie­dzia­łem już czego i po co szu­kam. W fi­nal­nej wer­sji sporo jest mo­men­tów, które wy­da­ją się po­ja­wiać zni­kąd i mnó­stwo przejść nie jest płyn­nych tak, jak­bym sobie tego ży­czył. Jest to efek­tem dość po­waż­ne­go okro­je­nia opo­wia­da­nia (wy­le­cia­ła bli­sko po­ło­wa zna­ków), które choć po­przez utra­tę mniej istot­nych scen, po­sta­ci, wąt­ków i dłu­żyzn zde­cy­do­wa­nie zy­ska­ło na lek­ko­ści, mogło nieco ucier­pieć pod wzglę­dem przej­rzy­sto­ści (uwa­żam jed­nak, że wer­sja skró­co­na jest nie­po­rów­ny­wal­nie lep­sza i dla­te­go wła­śnie ona zna­la­zła się na por­ta­lu).

Raz jesz­cze dzię­ku­ję za od­po­wie­dzi i prze­czy­ta­nie opo­wia­da­nia :). Po­zdra­wiam!

Wiesz, dwu­kro­pek za­po­wia­da / wpro­wa­dza wy­li­cze­nie, par­tię dia­lo­go­wą, do­koń­cze­nie tej par­tii…

Nie prze­czę, ale być może nieco na wy­rost trak­tu­ję spor­ny frag­ment jako wy­li­cze­nie (1. po­zba­wio­ny nad­przy­ro­dzo­nych straż­ni­ków 2. za spra­wą Mo­raw­skie­go [po­zba­wio­ny] także znacz­nej czę­ści gar­ni­zo­nu). Nie jest to być może kla­sycz­ny jego przy­kład, ale je­stem zda­nia, że w li­te­ra­tu­rze przy­słu­gu­je au­to­ro­wi pewna swo­bo­da in­ter­pre­ta­cji, na którą nie po­zwo­lił­bym sobie ro­biąc np. ob­li­cze­nia kon­struk­cyj­ne dla sta­lo­we­go pod­cią­gu. Masz praw­do­po­dob­nie rację, że dwu­kro­pek nie po­wi­nien się tam zna­leźć, ale nie po­win­no być tam rów­nież zdań roz­po­czy­na­ją­cych się od spój­ni­ków, na które kie­ru­jąc się oso­bi­stym osą­dem zde­cy­do­wa­łem się mimo wszyst­ko w kilku miej­scach. Za­sa­dy trze­ba oczy­wi­ście znać i po­win­no się ich prze­strze­gać, ale nie prze­czy­ta­łem jesz­cze książ­ki, gdzie każde zda­nie ma pod­ręcz­ni­ko­wą po­praw­ność i kon­struk­cję, a prze­cież po­śród po­wie­ści tych było mnó­stwo uzna­nych kla­sy­ków. Mam na­dzie­ję, że nie zo­sta­nę zlin­czo­wa­ny za prze­sa­dzo­ną ar­bi­tral­ność osądu, na­pi­sa­łem to w ra­mach pew­ne­go ro­dza­ju punk­tu wyj­ścia do szer­szej dys­ku­sji, a nie po to, żeby bro­nić tego kon­kret­ne­go po­peł­nio­ne­go w opo­wia­da­niu błędu. Uwagę biorę sobie do serca i jeśli coś jesz­cze kie­dyś na­pi­szę, będę bar­dziej pil­no­wał dwu­krop­ków, ten tutaj wspa­nia­ło­myśl­nie oszczę­dzę :).

Sien­ki­wi­czow­ski kli­mat jak dla mnie ci się udał. Ale po­ry­wa­jąc się na taką styl­li­za­cję trze­ba np. odro­bi­ną hu­mo­ru ubar­wić bo­ha­te­rów. Bo ina­czej czy­tel­ni­ko­wi stają się  w na­wa­le sty­li­za­cji zwy­czaj­nie obo­jęt­ni ;] Widać, że wło­ży­łeś wy­si­łek w nada­nie hi­sto­rycz­nej otocz­ki opo­wia­da­niu i to ci się chwa­li, ale trze­ba pa­mię­tać, co lu­dzie lubią czy­tać i jakoś ich przy­kuć do tek­stu.

Ni to Sza­tan, ni to Tęcza.

Czy­ta­ło się cał­kiem nie­źle i choć opo­wieść nie urze­kła, ro­zu­miem za­miar Au­to­ra sple­ce­nia le­gen­dy z wy­da­rze­nia­mi, które mogły mieć miej­sce w rze­czy­wi­sto­ści.

Ele­men­ty hor­ro­ru z udzia­łem ży­we­go trupa i pta­ków wy­da­ły mi ra­czej mało pol­skie, choć, jak twier­dzi Autor, są wiel­ko­pol­skie. ;-)

 

Prze­wró­ciw­szy się na drugi bok, Ta­de­usz Cza­pliń­ski herbu Dro­go­sław zer­k­nął za roz­war­te na oścież okno… – Prze­wró­ciw­szy się na drugi bok, Ta­de­usz Cza­pliń­ski herbu Dro­go­sław zer­k­nął przez roz­war­te na oścież okno

By spoj­rzeć za roz­war­te okno, na­le­ży po­dejść doń i wy­chy­lić się, a w tym przy­pad­ku, zer­ka­ją­cy po­zo­sta­je w łóżku.

 

Z ust bu­cha­ły mu biel­sze od mleka wa­po­ry pary. – Masło ma­śla­ne. Wa­po­ry to wła­śnie  wy­zie­wy, opary.

 

Fa­sa­da Ko­ścio­ła świę­te­go An­to­nie­go z Padwy gó­ro­wa­ła nad oko­licz­nym skwe­rem. – Wo­la­ła­bym: …gó­ro­wa­ła nad po­bli­skim/ miej­sco­wym/ tu­tej­szym skwe­rem.

 

po­cze­kam tam na sta­rość, żonę albo oba naraz, cho­ciaż po­ję­cia nie mam, które może oka­zać się gor­sze. – …po­cze­kam tam na sta­rość, żonę albo obie naraz, cho­ciaż po­ję­cia nie mam, która może oka­zać się gor­sza.

I sta­rość, i żona, są ro­dza­ju żeń­skie­go.

 

Wrzask przedarł się jakiś cudem przez lep­kie… – Wrzask przedarł się ja­kimś cudem przez lep­kie

 

Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, obej­rzaw­szy się za sie­bie. – Masło ma­śla­ne. Nie można obej­rzeć się przed sie­bie. ;-)

Pro­po­nu­ję: Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, obej­rzaw­szy się. Lub: Ta­de­usz jed­nak zwol­nił, spoj­rzaw­szy za sie­bie.

 

Gdy tylko ostat­nie słowa roz­brzmia­ły, Król Kru­ków wzbił się w górę… – Ko­lej­ne masło ma­śla­ne. Czy można wzbić się w dół?

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

We­dług mnie udane opo­wia­da­nie. Po­do­ba­ło mi się, że nie bałeś się dłuż­szych opi­sów, bo stwo­rzy­ły ładny kli­mat. Mimo to opo­wia­da­nie bywa dy­na­micz­ne. Wątek nad­na­tu­ral­ny też ład­nie się wpa­so­wał. Tro­chę wię­cej miej­sca po­świę­cił­bym za to bo­ha­te­rom, wy­da­li mi się nieco słabo za­ry­so­wa­ni.

 

że po­dob­ną ilość słów – licz­bę

Wi­dząc co się świę­ci – Wi­dząc, co

“Mia­łeś, cha­mie, złoty róg” po raz ko­lej­ny? Jak dla mnie, tro­chę za bar­dzo krwi­ste. Ale czy­ta­ło się w miarę gład­ko.

Ta­de­usz, kry­jąc się w rowie nie­god­nym miana okopu,

A prze­cież bo­ha­ter wbie­gał po scho­dach. To gdzie ten rów wy­ko­pa­no?

Za­szar­żo­wa­li spo­mię­dzy ze­schłych kęp traw, a pęd prze­ro­dził się w ga­lo­pa­dę,

Ucie­ka­li na pie­szo, bie­gli, skąd nagle wzię­li konie? Ale może to lu­dzie ga­lo­po­wa­li…

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Nowa Fantastyka