- Opowiadanie: thargone - Prorok jaki, czy co?

Prorok jaki, czy co?

To nie miał być, broń Boże, mocno już spóźniony tekst na Dragonezę. To nawet nie jest opowiadanie, jeno kawał, stary i brodaty niczym lider krasnoludzkiego związku zawodowego. Być może jednak nie wszyscy jeszcze go znają, pragnę zatem owym dowcipem się podzielić. Dawno temu, w czasach, gdy ropa naftowa kroczyła jeszcze po Ziemi i wsuwała paprocie, stanowił on żelazny punkt wielu etanolowych imprez. Treść i forma zakładała, że niejeden już promil krąży dumnie w krwioobiegach zarówno słuchaczy, jak i opowiadającego, niniejszym więc prezentuję wersję... Wizualnie tuningowaną. Taki literacki odpowiednik Audi jeden dziewięć diesel z absurdalnie szerokimi felgami, bodykitem, plakietką S4 i naklejką przedstawiającą tor wyścigowy Nurburgring. Innymi słowy – wydmuszka. Wersja oryginalna zaczynała się od słów:

“Jedzie se ten, no, kurwa, jak mu tam... W zbroi... Przez las...”

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Prorok jaki, czy co?

Dzielny rycerz galopował leśnym traktem.

Ściślej rzecz ujmując, w galop bezpośrednio zaangażowany był jego nieustraszony, kary rumak. Rzeczony rycerz zaś, odparzał sobie tyłek w kulbace i klął nudę na czym świat stoi. Już od trzech dni tłukł się wyboistą drogą, pośród bezkresnych ostępów i nic nie zapowiadało rychłej zmiany tego stanu rzeczy. Suchy prowiant, woda i – co najstraszniejsze – gorzałka były na wyczerpaniu. A smoka ni widu, ni słychu.

Sam las, jak to las, ani specjalnie gęsty, ani mroczny, a już z całą pewnością nie baśniowy. Ot, buczyny przechodziły w grądy, grądy ustępowały dąbrowom, te z kolei zmieniały się w olsy. Czasem trafiała się szeroka, trawiasta polanka, gdzie można było rozpalić skromne ognisko i racząc się resztkami suszonej wołowiny oraz ostatnimi łykami okowity, przeklinać w czambuł dzień, w którym zdecydowało się ruszyć po przygodę.

Bo jedynymi zagrożeniami, jakie czyhały na naszego szlachetnego wędrowca, były odparzenia, wszelkiego rodzaju otarcia, biegunka i hemoroidy. Ewentualnie jakaś akcja dywersyjno – sabotażowa, której podjęcie zaczynał rozważać dzielny wierzchowiec wojaka, coraz bardziej rozczarowany pracą w warunkach urągających godności, bądź co bądź, szlachcica. Co do potworów zaś, to należało się liczyć tylko z komarami, wściekłą wiewiórką, niewyspanym borsukiem, tudzież zmutowanym bimbrownikiem.

 – Dosyć tego – podjął męską decyzję bohater, gdy smocza kupa, ewidentny i niezaprzeczalny przejaw bestialskiej obecności, okazała się być jeno zwykłym, orydynarnym gniazdem szerszeni.

 – Zawracamy do Międzyworów. Jak się pośpieszymy, trafimy akurat na dożynki.

“My” oznaczało zmuszenie wierzcowca do szybszego biegu. Ale rumak nie oponował, podobnie jak jego pan ciesząc się na myśl o czekającej ich wyżerce, wypitce i pochędóżce. I to w atmosferze kulturalno – oświatowej imprezy.

Wnet wyszło na to, iż nawet podróżując prostym i jasno wytyczonym szlakiem, można zgubić drogę. Las skończył się, nagle i bez ostrzeżenia. W jednej chwili szerokolistne klony rzucały zbawczy cień na zroszone potem karki podróżnych, by już w kolejnej ustąpić pola… Polom. Jak okiem sięgnąć, ścierniska jeżyły się złociście na pofalowanym gruncie moreny dennej, słomiane snopki dumnie sięgały w niebo. Należytego, kolorowego kontrastu nadawały zielone plamy wyki, konopii oraz impresjonistyczne chlapnięcia uprawnego łubinu.

Na ten sielankowy obraz pochwalny folwarcznego feudalizmu, jako jedynie słusznego ustroju gospodarczego, spoglądał obszarpany strach na wróble. Workowata twarz kukły wyrażała stoicką rezerwę, właściwą niespełnionym filozofom i doświadczonym menelom.

Poczekajcie trochę – zdawał się mówić – Przyjdzie rewolucyja i wyrówna. Jak nazywał się ten facet, co zeszłej niedzieli trenował na mnie sztychy postawioną na sztorc kosą? Szelma? Srela? Mela?

 – Motyla noga – zaklął szpetnie dzielny rycerz – chybaśmy się zgubili.

Niestrudzony wierzchowiec, gdyby mógł, wzruszyłby ramionami. Jego wbudowany system naprowadzania pozwalał mu na bezbłędne poruszanie się między boksem stajni, korytem z wodą, pastwiskiem i zagrodą arabskich klaczy. Cała reszta należała do gościa, który nadwyrężał mu kręgosłup.

Jeździec natomiast, miał problem. Nie chodziło o to, że znalazł się nagle w miejscu, którego nie rozpoznawał, do tego był przyzwyczajony, zwłaszcza po czwartkowych obiadach w królewskim klubie miłośników nauki i kultury. Prawdziwą zagwozdkę stanowił fakt, że trakt się rozwidlał.

Jedna droga prowadziła w lewo.

Druga w prawo.

Dokąd pójść? W którą stronę podążyć? Oto pytanie, co spędzało sen z powiek umysłów zdecydowanie tęższych, niż nasiąknięty testosteronem rozum naszego bohatera. Na szczęście, jeśli chodzi o wysiłek intelektualny i zdolności poznawcze, dzielni książęta od zawsze cieszyli się dziką kartą, przyznawaną im przez Władców Wszechświata. Okazało się bowiem, że na rozstajach, wśród wysokiej trawy i soczystego zielska, pod nieczytelnym drogowskazem siedzi dziad.

Dziad, jak to dziad, stary, brudny, zarośnięty jak zaniedbany żywopłot, ubrany był w rozchłestaną koszulę, dziurawe portki i szubę, będącą absolutnym mistrzostwem patchworku. Bezzębnymi dziąsłami próbował zmemłać złośliwie twardą marchewkę.

 – Słuchaj, obmierzły dziadu – przyjaźnie zagaił rycerz. – Jeśliś zaiste nieodłącznym elementem miejscowego folkloru, znasz się również na lokalnej geografii. W którą zatem stronę udać się powinienem?

Dziad łypnął kaprawymi oczyskami, charknął, zamlaskał, pierdnął. Dopiero kilka brzęczących miedziaków nakłoniło go do bardziej artykułowanej wypowiedzi.

 – Cny rycerzu – zaczął starczym, rozwibrowanym falsetem – gdy drogą na prawo podążysz, wnet do zamku Schwarzfurzeloch trafisz. Lecz jeśli lewą stronę wybierzesz…

Dziad dramatycznie zawiesił głos.

 – To będziesz, stary, pojebany! – Dokończył, zanosząc się kaszlem i opluwając koszulę kawałkami marchewki.

Książę zadumał się, zagryzł długo i pieczołowicie hodowanego wąsa. W Schwarzfurzeloch już byłem – pomyślał. Królewna tam brzydka, jak zad emerytowanej instruktorki prostytucji. I równie cnotliwa. Król natomiast…

Niegdyś sam był błędnym, poszukującym przygód i dobrych dynastycznych koneksji królewiczem. Ale pewnego razu spadł był z gzymsu wieży, w której siedziała piękna, złotowłosa księżniczka, uwięziona z bliżej nieznanych powodów przez wielkiego, złego ogra. W wyniku upadku utracił chwilowo zdolność sprawnego poruszania się, walki, a tym bardziej ucieczki. Skrzętnie wykorzystał to ogr, który, jak się okazało, od rachitycznych, wychudzonych, egzaltowanych dziewcząt wolał wdzięki muskularnych, opalonych, pełnych energii i witalności ciał poszukiwaczy przygód. Po tym wydarzeniu królewicz, a obecnie król, zapałał zimną nienawiścią do jakichkolwiek przejawów awanturniczej działalności. Tak, jak i jej przedstawicieli.

Nie, to nie jest dobry kierunek, zdecydował nasz bohater. Pojadę w lewo. Niebezpieczeństwo jakieś, wedle słów dziada, tam się czai. Zagrożenie. Pojebany będę, jeśli w tę stronę pojadę, Ha, brzmi to, jak zapowiedź nielichej przygody. W ogóle dziad marnuje się na tych rozstajach, jako przewodnik turystyczny pracować winien.

Takie oto myśli przemknęły przez nieskalaną lateralnym rozumowaniem głowę rycerza.

Jak postanowił, tak uczynił. I nie trzeba było nawet łyknąć zbyt wiele kurzu z piaszczystej, wiejskiej drogi, by dziadowska przepowiednia zaczęła się ziszczać. Z całą gwałtownością kasandrycznego fatalizmu.

Oto bowiem nieopodal traktu, w konopiach pod rozłożystą gruszą, wylegiwał się smok. Promienie sierpniowego słońca ogrzewały ohydne, gadzio – ptasie cielsko, podczas gdy siedem rogatych łbów kołysało się rytmicznie na wężowych szyjach, ani chybi w takt jakiejś diabelskiej, nieludzkiej melodii. Z siedmiu paskudnych pysków bestii ulatywały kłęby sinego, dziwnie śmierdzącego dymu.

Dzielny książę zadziałał instynktownie. Włączył się program, zapisany gdzieś głęboko, na aminokwasach pamięci genetycznej. Tej samej, która mówi pszczołom jak przedstawić koleżankom drogę do kwietnej łąki, tudzież każe pająkom tkać sieci o kształcie i wzorze… Pajęczyny właśnie, a nie, na przykład, łowickiej makatki. Bohater zeskoczył więc z osłupiałego ze zdziwienia konia, dobył szerokiego, ciężkiego miecza – pamiątki po dziadku z Cimmerii i w pełnym biegu, niemożliwym, nieprawdopodobnym wręcz cięciem odrąbał smokowi sześć głów.

 – No co ty, stary – pysk siódmej głowy wyrażał bezbrzeżne zdumienie – Pojebany jesteś?!

Koniec

Komentarze

czychały – jesteś pewien, że tak właśnie czychały?

Pocekajcie troche – mozemy troche pocekać,  ale byłoby lepiej gdybyś poprosił tak: “poczekajcie trochę”

zagwostkę – ?

Niegdyś sam był błednym 

Thargone – rozbawiłeś mnie na całe popołudnie. Od drugiego zdania miałam uśmiech na twarzy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wielkie dzięki Bemik! Za błędy (i to ortograficzne – zgroza!) przepraszam i poprawiać pędzę, jak tylko do komputera się dostanę. I obiecuję, że każdy następny tekst solidnie sprawdzę i przez edytor przepuszczę. Nie będzie tyle bałaganu. Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo fajny tekst. Jak raz się uśmiech na twarzy pojawi, tak już do końca czytania z niej nie schodzi. Nawet błędy wydają się być tutaj jakieś takie… zabawne :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ale… pojebane ;)

 

Gdyby mi ktoś tak na rozdrożu powiedział, to też bym w lewo pojechał ;)

Fajne!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dobre, najlepszy był ten fragment z Schwarzfurzeloch. Puenta też świetna :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

No to, kurczę, niezmiernie się cieszę, że zabawne to wyszło! Nazgul – by dorzucić kapkę filozoficznej zadumy – gdzież bylibyśmy my, ludzkość, gdyby nie wszyscy ci, którzy w lewo idą? Dzięki i pozdrawiam! P.S. Schwarzfurzeloch to zbitka trzech z bardzo niewielu niemieckich słów, jakie znam.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Zabawna i eklektyczna bajeczka. :)

“[…], to tego był przyzwyczajony, zwłaszcza po czwartkowych obiadach w królewskim klubie miłośników nauki i kultury.“ – “do tego” pewnie miałeś na myśli ;).

Lubię teksty w takim stylu. Lekki, przyjemny, uśmiechotwórczy – podobało mnie się.

 

Łeee, znałam.

Ale bardzo mi się spodobał Twój styl – kąśliwie ironiczny.

Warsztatowo – trochę niedoróbek jeszcze zostało. Nie przepadacie za sobą z interpunkcją, co?

znalazł się nagle w miejscu, którego nie rozpoznawał, to tego był przyzwyczajony,

Literówka.

Babska logika rządzi!

Tak… Z tą interpunkcją to skomplikowana sprawa jest, smalę do niej cholewki od dłuższego czasu już. A ona, póki co, okazuje mi co najwyżej chłodną obojętność. Ale i tak wkrótce będzie moja. Muszę się tylko podszkolić jeszcze w sztuce uwodzenia. Wielkie dzięki i pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo zabawna historyjka :) 

Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną.

Fajny tekst, z oddechem, z uśmiechem –  w sam raz na koniec ciężkiego tygodnia i początek weekendu. Tak czymać.

...always look on the bright side of life ; )

Fajne. Kawał może i stary, ale tuning pierwsza klasa:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Kotlet faktycznie odgrzewany, ale za to jak smacznie podany :)

Nigdy nie mów nigdy!

Okrutniem rad, iż uśmiech udało się sprowokować. Ha, może następnym razem na łatwiznę nie pójdę i treść jakąś do tekstu przemycę.

Dzięki wszystkim!

Jacku – artyzm prawdziwy to ukraść, nie dać się przyłapać, a potem jeszcze przekonać innych, że to tobie kradną.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Prawdę, thargone, rzekłeś. Niech moc będzie z Tobą smiley

...always look on the bright side of life ; )

Zazwyczaj bawią mnie takie bajki, jednak nie tym razem. Nie pomógł lekki, zabawny styl. To może być jednak moja dzisiejsza słaba percepcja po nieprzespanej nocy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fajna opowiastka, thargonie. A zakończenie śmiechu warte :)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Tym razem postanowiłem przeczytać kilka komentarzy, zanim napiszę, że mnie rozbawiło. Ot, żeby się upewnić, że poziom mojego humoru oscyluje wokół normy.

Mój faworyt: “Niebezpieczeństwo jakieś, wedle słów dziada, tam się czai. Zagrożenie. Pojebany będę, jeśli w tę stronę pojadę, Ha, brzmi to, jak zapowiedź nielichej przygody“.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dowcipu nie słyszałam wcześniej. Bardzo udany szort i końcówka przezabawna. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ja kawału też nie znałem. Muszę powiedzieć, że bardzo mi leży Twoje poczucie humoru. Bardzo dobrze się bawiłem!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Jeszcze raz dziękuję za miłe słowa.

Wcześniej próbowałem zasadzić mrocznego, depresyjnego kloca (Żywe Wspomnienia), ale poległem próbując.

Następny tekst też będzie raczej lekkawy, choć postaram się przemycić jakiś oryginalny pomysł tym razem.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Całkiem to zabawne, ale, niestety, nie zadbałeś, Thargone, bym czytając, nie musiała się potykać.

 

oraz ostat­ni­mi ły­ka­mi oko­wi­ty, prze­kli­nać w czam­buł dzień… – Niestety, nie można przeklinać w czambuł; w czambuł można tylko potępiać.

Wyrażenie potępić w czambuł, jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego. :-(

 

Bo je­dy­ny­mi za­gro­że­nia­mi, jakie czy­ha­ły na na­sze­go szla­chet­ne­go wę­drow­ca… – Bo je­dy­ny­mi za­gro­że­nia­mi, które czy­ha­ły na na­sze­go szla­chet­ne­go wę­drow­ca

 

Ewen­tu­al­nie jakaś akcja dy­wer­syj­no – sa­bo­ta­żo­wa… – Ewen­tu­al­nie jakaś akcja dy­wer­syj­no-sa­bo­ta­żo­wa

 

oka­za­ła się być jeno zwy­kłym, orydy­nar­nym gniaz­dem szer­sze­ni. – Literówka.

 

“My” ozna­cza­ło zmu­sze­nie wierz­cow­ca do szyb­sze­go biegu. – Literówka.

 

I to w at­mos­fe­rze kul­tu­ral­no – oświa­to­wej im­pre­zy.I to w at­mos­fe­rze kul­tu­ral­no-oświa­to­wej im­pre­zy.

 

kon­tra­stu nada­wa­ły zie­lo­ne plamy wyki, ko­no­pii… – Literówka.

 

Oto py­ta­nie, co spę­dza­ło sen z po­wiek… – Oto py­ta­nie, które spę­dza­ło sen z po­wiek

 

ubra­ny był w roz­chłe­sta­ną ko­szu­lę… – ubra­ny był w roz­cheł­sta­ną ko­szu­lę

 

ogrze­wa­ły ohyd­ne, ga­dzio – pta­sie ciel­sko… – …ogrze­wa­ły ohyd­ne, ga­dzio-pta­sie ciel­sko

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze napisane i z humorem; tekst nie pozwala się nudzić, chętnie przeczytałbym coś dłuższego z takim bohaterem w roli głównej ; )

Przyjemny tekścik. 

Nowa Fantastyka