- Opowiadanie: jacek001 - Nikodem

Nikodem

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nikodem

Wzgórze tonie we mgle. Trzecia godzina dnia. Najmniej wyczekiwana ze wszystkich godzin świata. Jestem tu – trwam u podnóża tej strasznej góry. Nie śmiem podejść bliżej, nie umiem. Wiatr się wzmaga. Ziarenka piasku wirują z zawrotną prędkością, niemiłosiernie siekąc moją twarz. Mrużę oczy, osłaniam dłonią źrenice – chronię przed drobnymi, wbijającymi się w ciało, nieustępliwymi żądłami pustyni. Mury miasta uchroniłyby mnie przed naporem nawałnicy, ale tu – poza granicami oswojonego świata – ostry, suchy piach napastliwie kąsa twarz.

Dlaczego nie poszedłem dalej? Dlaczego zostałem tutaj, zawieszony między ziemią a niebem, na opustoszałej, kamienistej drodze prowadzącej od bramy miasta do tej przeklętej przez Boga i ludzi góry? Jakaś wielka, nieodgadniona siła zatrzymała mnie w miejscu, nakazała pozostać. Było to jeszcze przed zapadnięciem tego dziwnego, niewytłumaczalnego zmroku. Może przemówił do mnie zwykły ludzki strach, może jakieś inne nieodgadnione przeczucie, którego nie byłem w stanie nazwać? Wiem tylko, że nawet stojąc tu, tak daleko od szczytu wzgórza – czułem jego obecność.

Widzę, jak w popłochu i pośpiechu zbiega z góry kolorowa ludzka ciżba. Ścieżka kamienista, wąska, ciemność szybko zapada, wiatr się wzmaga, burza nadciąga z niezwykłą gwałtownością. Wygląda to prawie jak zaćmienie słońca, chociaż z tego, co wiadomo, żadnego zaćmienia na czas Święta Przejścia nie przewidywano. Szybko, jedno po drugim biegną w dół: zażywni kupcy, wścibskie kobiety, faryzeusze, prorocy, miejscowi bajarze, kuglarze, ludzie ciekawi świata, żebracy, prostytutki, celnicy, handlarze winem, wreszcie ci, którzy słuchali jego nauk – miejska biedota, najemni robotnicy, zwykły szary plebs pozbawiony nadziei na lepsze jutro.

Kryję twarz przed wzrokiem tamtych – nie chciałbym, żeby mnie rozpoznali. Ale zbiegający z góry ludzie, nie myślą nawet, aby na mnie spojrzeć. Myślą tylko o sobie, o tym, żeby jak najszybciej schronić się za wysokimi murami miasta przed napastliwym atakiem wichru, wirującego piasku i niewysłowionej ciemności.

Zmrok nadciąga ze wszystkich stron, gęstnieje, materializuje się, przepływa szarymi smugami między oszalałymi ze strachu duchami ludzi. Dzieje się to wszystko nagle – dech zapiera w piersiach. Ciemność dopada również i mnie – już nie trzyma się szczytu wzgórza, schodzi gęstniejącymi oparami szalona, ciemna lawina… Widzę ją, niemal czuję na sobie ten niewysłowiony ciężar – powietrze gęstnieje z każdą chwilą, zdaje się, że przyciśnie mnie zaraz do ziemi, rozgniecie na miazgę. Też chciałbym uciec, lecz… – nie umiem, nie potrafię! Mięśnie odmawiają posłuszeństwa… Rozum i wola słabną, a jednocześnie oczyma duszy widzę coraz więcej i więcej… Wciąż mam świadomość tego, kto został tam, na szczycie – i to nie daje mi spokoju, a nade wszystko nie pozwala mi stąd uciec. Mrok owija mnie szczelnie swoim nieprzeniknionym całunem. Zdaje mi się, że słyszę dziwne szepty, głosy wydobywające się z tej nieprzeniknionej koszmarnej gęstwy:

– I co ty tu robisz? Po co przyszedłeś? Głupcze! Niepotrzebnie! Niepotrzebnie! Już po wszystkim! Już po wszystkim! – syczą dziwaczne, upiorne głosy, zawieszone w niematerialnej pajęczynie czasu… Podszepty złych duchów…

Zasłaniam twarz. Kulę się w sobie. Ostatkiem woli przypominam sobie, dlaczego tu się znalazłem – to dodaje mi sił. Spotkałem się z nim tylko raz. Przelotnie ale i nieprzelotnie. Przyszedłem do niego nocą, w obawie przed przyjaciółmi, którzy już wtedy obserwowali każdy mój ruch. To było niezwykłe spotkanie. Ku mojemu największemu zaskoczeniu znalazł dla mnie czas. Siedziałem naprzeciw niego na kolorowych kobiercach, a światło oliwnych lamp rozświetlało jego pogodną, na wpół uśmiechniętą twarz. Zapamiętałem każdy jego ruch, gest, spojrzenie, tembr głosu. Powietrze wokół nas falowało. Ale nade wszystko pamiętam – łagodność, niewysłowioną łagodność, ciepło i serdeczność bijącą z jego oczu…

Mówił mi wtedy o rzeczach, których do tej pory nie rozumiem. Przyszedłem w zupełnie innej sprawie. Miałem coś, co chciałem z nim załatwić, utargować. Czułem się jak kupiec przygotowujący się do twardych negocjacji. Widziałem przecież – uzdrawiał, pochylał się nad chorymi: trędowatymi, sparaliżowanymi, niewidomymi… Gdybym tego nie widział – nigdy bym nie do niego przyszedł. Ale widziałem – i to mnie zgubiło. Znałem wielu z tych uzdrowionych – wspierałem niektórych z tych biedaków materialnie… Jałmużna czasem lepsza od modlitwy. Odkąd Rachela zachorowała, nie umiałem się modlić tak często jak kiedyś. Ale za to lubiłem pomagać tym najmniejszym, najbardziej pokrzywdzonym przez los – to dodawało mi odwagi i siły. Karmiłem w ten sposób swój egoizm, a jednocześnie czułem się dobry, pożyteczny. Karim, Natan, Debora, Lewi, Rut… Nie mogłem przejść nad ich uzdrowieniami do porządku dziennego. Kiedy widzisz przez całe życie niewidomego, chromego, nieporadnego, zdanego na innych, żebrzącego u bram miasta – a potem tego samego człowieka: widzącego, rozradowanego… Wtedy musisz uwierzyć. To nawet nie jest kwestia wiary – lecz wiedzy. Ta wiedza cię dopada i przyszpila – i już nie masz się jak wykręcić.

Tak, tamtej nocy miałem swoją sprawę do załatwienia. Moja córka, Rachela… Młoda, piękna, wrażliwa… Moja córka – miałem nadzieję… Miałem nadzieję, że ją uzdrowi… Przyszedłem nocą – chciałem mu powiedzieć… Tylu wysłuchał… – łudziłem się – wysłucha również i mnie… Ukoi mój ból… Podtrzyma na duchu, uzdrowi, nada naszemu życiu nowy sens. Ale on – jakby omijał tę sprawę. Wpatrywał się we mnie tymi swoimi uważnymi, brązowymi, błyszczącymi oczyma… Mówił dziwne rzeczy – że mam stać się jak niemowlę… Ja – uczony, szanowany… Mówił o tym, że mam się stać się dzieckiem, podczas gdy moja córka – Rachela…Zaciskałem zęby, nie dałem po sobie poznać, jak bardzo jestem zazdrosny o tych wszystkich wcześniej dotkniętych, uzdrowionych…

Wpatrywałem się w niego z niezwykłą uwagą. Słuchałem jego dziwnych słów. Miałem dobre intencje – chciałem zrozumieć. Słuchałem, naprawdę słuchałem… Może nawet przez chwilę wierzyłem, że mówiąc o dziecku – mówi o mojej ukochanej córce. I już oczyma wyobraźni widziałem jak wracam do domu i Rachela podnosi się z łoża, obejmuje mnie czule, uśmiecha… Ale nie – to było coś innego jeszcze… Nie potrafiłem tego pojąć… Świat wirował przede mną…

Nic nie zrozumiałem z naszej rozmowy. Wyszedłem z tego rozświetlonego lampami oliwnymi domu zdruzgotany. Myślałem, że – on wie, co mi doskwiera. Myślałem: przerwie w pół słowa, podniesie na duchu, powie – „Wiem co cię trapi, Nikodemie. Twoja córka, wiem… Rozumiem twój ból… To przejdzie… Odzyska zdrowie”. Ale nic takiego się nie stało. Nie wspomniał o niej ani razu, a ja – nie umiałem mu powiedzieć, nie potrafiłem wydobyć z siebie mej cichej prośby… Sam nie wiem, czemu. Słowa uwięzły w gardle, a w duszy czułem jakiś wielki, niewysłowiony smutek; tak wielki, że nawet gdybym chciał powiedzieć mu o córce… A jednak wciąż miałem wrażenie, że on o niej wie lepiej ode mnie…

Rachela umarła dwa miesiące temu. Odeszła moja jedyna nadzieja, miłość mojego życia. Mądrość i zaszczyty nie przysporzyły mi chwały. Skuliłem się w sobie, zmarniałem do szczętu. Kruczoczarne włosy nagle posiwiały. Pewne, męskie ręce zaczęły drżeć. Z perspektywy czasu – zrozumiałem, że wraz z Rachelą utraciłem bezpowrotnie sens własnego życia.

A teraz jestem tu, stoję u podnóża tej przeklętej góry – czemu, po co, jaka siła przywiodła mnie w to miejsce?! Ostatni ludzie zbiegają w pośpiechu ze szczytu… Ciemność przybiera na sile z każdą chwilą, coraz jej więcej, coraz gęstsza… Czuję się bardziej samotny niż kiedykolwiek… Zawieszony między niebem a ziemią… Zawieszony, zawieszony, opuszczony… Zbyt zimny, żeby wejść na sam szczyt; zbyt gorący – żeby schronić się przed burzą jak inni w zatłoczonych zaułkach miasta. Zawieszony. Nijaki. Pozostawiony sam sobie, ze wszystkimi swoimi dylematami, z niewysłowionym bólem w sercu, z niewypowiedzianą pustką w głowie.

„Po co to wszystko?” – myślę niemal na głos. – „Po co jej śmierć? I po co jego bezsensowne konanie na tej górze? Wśród łotrów… W imię czego to wszystko, w imię czego?!”.

Nic nie rozumiem. Dopada mnie niemal zwierzęca pustota, myśli nie chcą odnaleźć drogi wyjścia. Serce zamiera… Słowa tego nie oddadzą, bo nie ma takich słów. Ja, taki spokojny, mądry, wykształcony, poukładany – teraz chciałbym krzyczeć, wrzeszczeć ze wszystkich sił jak dzika bestia! Ale nawet tego nie potrafię. Zamiast krzyku rozpaczy, jęku buntu – na moich policzkach pojawiają się dwie, zagubione łzy. Bezsilny, po faryzejsku wciąż przemądrzały, a jednak wciąż wrażliwy – jak dziecko, o którym mi mówił tamtej nocy…

Mrok opada na mnie ze wszystkich stron. Tam, na górze – on. Ja – tu. Dzieli nas czas i przestrzeń nieprzeniknionej, intensywnej ciemności. Zdawać by się mogło, że wszystkie siły zła stanęły teraz między nim a mną.

– Po co się wtedy spotkaliśmy, powiedz? Po co, skoro nie byłeś w stanie uratować ani mojej Racheli, ani nawet samego siebie? – szepczę w mrok, połykając przy okazji kilka zagubionych, słonawych ziaren piasku. Czuję ich twardość na języku, chrzęszczą między zębami. Próbuję je wypluć. Nadaremnie. Kilka nowych wpada do gardła i nosa.

Odlegli, a jednak w jakiś niewysłowiony, nieodgadniony sposób związani ze sobą tajemnym paktem… On tam – na szczycie góry. Ja – tu – między ziemią a niebem. Obydwaj zawieszeni: on na drzewie krzyża, ja na krzyżu osamotnienia, klęski, nieutulonego żalu. I nagle, w jednym błysku chwili – sobie bliscy, sobie potrzebni. Ciemność nieprzejednana, gęsta – a jednak przez tę zawiesistą powłokę zła i bezinteresownego gniewu – mknie moja myśl ku niemu, zawieszonemu tam, na rozdygotanym, rozchwianym pograniczu doczesności i nieskończoności. Wyciągam poradlone dłonie ku niemu. Nie widzę go, bo i jak coś tu dostrzec, gdy taki mrok rudo-mglisty nieprzejednany, załzawiony, zamglony, groźny…

Chciałbym być teraz na jego miejscu. Chciałbym, abyśmy zamienili się miejscami. Ocalić go – zastąpić go na krzyżu. Sam siebie zadziwiam tymi myślami. Nie, nie mam do niego żalu – nie mam pretensji, że nie rozczytał się w moich marzeniach ukrytych w gęstwinie bólu, że nie uzdrowił – tak jak to robił w wielu innych przypadkach. Jakaś najbardziej trwała część mojej duszy podpowiada mi, że tak właśnie miało być. Może to było mi do czegoś potrzebne? Może ta strata miała mi uświadomić, co jest w życiu ważne, najważniejsze? Nie musiał uzdrawiać Racheli – i tego nie zrobił. Natomiast ja nie zrobiłem nic, żeby go ocalić, ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Mógł uniknąć najgorszego, uciec z miasta przed Świętem Paschy, zanim… O wszystkim wiedziałem, wszystkiemu mogłem zapobiec – nie zrobiłem nic. A teraz – jestem tutaj…

Zawieszeni, samotni, opuszczeni zdani tylko na siebie. Odlegli, a jakże bliscy. Słabi, a jakże mocni. Wpatrzeni w siebie, nie pogodzeni ze światem. Wciąż mający nadzieję – wbrew wszelkiej nadziei…

Z niewysłowionej oddali słyszę jego majestatyczny, podniesiony, przenikliwy głos:

– Eli, Eli, lama sabachthani!

Nagle uderza we mnie potężny wicher. Pochylam się, przypadam płasko do rdzawego pyłu drżącej ziemi. Zakrywam twarz materiałem mojego drogiego, wyszywanego złotą nicią płaszcza. Burza zdaje się wciąż wzmagać. Słychać świst przelatujących nad moją głową kamieni. Niemal wyczuwam obecność demonów, złych duchów, które pastwią się teraz nad ciałem tego, który nie raczył uzdrowić mojej córki. Czuję, że ulatuje ze mnie dusza. Kim jestem, żeby go oskarżać? Kim jestem, żeby złorzeczyć nad swym losem? Moje życie i tak ma się nijak do jego krótkiego pielgrzymowania. On dał wielu nadzieję. A ja – komu ją dam? Szczególnie teraz, gdy straciłem wszystko, co było dla mnie najcenniejsze? Czy jest jakaś siła, która może mnie wyrwać z mroków mojej prywatnej rozpaczy? Zaciskam mocno powieki. Zasłaniam twarz połami płaszcza. Czekam na śmierć – albo na cud. Demony sieką moje ciało świszczącymi biczami ostrych kamyków. Ciemno i duszno… Coraz ciemniej i duszniej… I oto nagle, wśród dziwnych ferii rozbłysków i lśnień, widzę moją ukochaną Rachelę – wyłaniającą się spośród mroku… Oto kroczy po ścieżce Golgoty – wprost na spotkanie… ze mną!

Trzęsie się ziemia – czuję jak przepychają się wokół mnie anioły i diabły, jak cały świat staje na zrębie, by wchłonąć tę niezwykłą, niepowtarzalną chwilę w trzewia wiecznej pamięci wszechbytu. Czasem potrzebna jest noc, aby mógł nastać dzień. Czasami potrzebna jest śmierć, by mogło zaistnieć życie. Zaciskam powieki do bólu – po chwili otwieram. Obraz nie ustępuje: Rachela podchodzi coraz bliżej, uśmiecha się, pochyla nade mną, przygarnia do siebie.

 

3 kwietnia 2015

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie przemówiło do mnie. Ni to kolejna apokryficzna opowieść o cudzie, ni to poetycki opis śmierci…

Ziarenka piasku wirują z zawrotną prędkością niemiłosiernie siekąc moją twarz.

Ale prędko wirowały czy siekły? Gdzieś tu musi być przecinek. Zawsze w zdaniach tego typu. Czy to ma znaczenie, że ziarenka wirowały? Wwiercały się w skórę jak świdry?

Szybko, gęsiego, jeden po drugim biegną w dół: zażywni kupcy, ciekawskie kobiety, faryzeusze,

Jeśli kobiety też tam były, to chyba raczej “jedno po drugim”.

 

Babska logika rządzi!

 

Obraz Gustawa Dore – Kalwaria. Artysty niezwykłego , wizjonera, tworzyciela światów…

 

...always look on the bright side of life ; )

Ten obraz był główną inspiracją?

 

A ja dodam od siebie (bo komentarzy z bety nie widać. Tak, tak jacek001, TEN jacek001 zaprosił mnie, właśnie mnie do bety! Ogólnie nie betuję, ale Jacka ZAWSZE ;) ):

 

Mnie tekst poruszył. Nie zdradzam więcej.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Gustaw Dore “prześladuje mnie” od dłuższego czasu… Niezwykły facet – bardzo niedoceniony, rzadko wspominany… Jego obrazy “chodzą mi po głowie” – nocami nieprzespanymi… Wbijcie sobie do wujka googla. Sami się przekonacie… MOC… MOC ! : )

...always look on the bright side of life ; )

Ar­ty­sty nie­zwy­kłe­go , wi­zjo­ne­ra, two­rzy­cie­la świa­tów…

“Tworzyciela światów”… Chyba czytałem coś podobnego ;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Uwielbiam realizm magiczny. Scenka ci wyszła świetnie. Gustave Dore jest niewątpliwie wielkim malarzem, jego ilustracje do “Boskiej Komedii” to mistrzostwo.

No rest for the Wicked

Ładny tekst, ale to u Ciebie żadna nowość. Ładny, mądry i ciepły. Obraz też odmalowałeś bardzo sugestywnie. Poza tym, przynajmniej dla mnie, jest to tekst religijny i już za to, pomijając całą resztę, dałabym CI ten punkt, co to go dałam :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dziękuję za pochwały : ) To bardzo miłe…

A co do “religijności” tego tekstu – chciałem właśnie uniknąć takiego „zaszufladkowania”, choć wiem, że to bardzo trudne, wręcz niemożliwe… Przede wszystkim zależało mi na opisaniu stanu rozchwianych cierpieniem ludzkich emocji. Pokazać na pierwszym planie człowieka, którym może być każdy z nas – na drugim: tajemniczego uzdrowiciela, który współczuje – a jednocześnie jest odległy, niezrozumiały w swej “inności”, należący do innego świata… Nie chcę tej historii rozpatrywać ze stricte religijnego punktu widzenia. Jezus Nikodema nie jest pisany dużą literą. Nikodem nie dostrzega w nim Mesjasza (jeszcze nie), bardziej uzdrowiciela, towarzysza, przyjaciela… Próbowałem sobie wyobrazić tę sytuację bez całej tej „religijnej otoczki”… Ale – spokojnie – wiem, o czym piszesz, do czego nawiązujesz… Za punkcik i przeczytanie dziękuję bardzo… Będę się starał utrzymać poziom. I pisać ładnie, mądrze i ciepło… Pozdrawiam serdecznie : )

...always look on the bright side of life ; )

Czasami mam wrażenie, że religia to – też pewien rodzaj realizmu magicznego… ; )

...always look on the bright side of life ; )

Cza­sa­mi mam wra­że­nie, że re­li­gia to – też pe­wien ro­dzaj re­ali­zmu ma­gicz­ne­go… ; )

To… grząski temat. Nie da się do tego podejść obiektywnie, a subiektywne odczucia będą cholernie skrajne – ściśle związane z osobistym “zaangażowaniem” do tematu. 

Można się pobawić w psychologa i “zaangażowanie” oceniać po komentarzach. Niektórych poruszyło, inni pozostali… sceptycznie zimni ;)

 

Ale takie “czytanie między wierszami” to tylko gra i chyba nie do końca w porządku wobec odbiorców. Dlatego to tylko taka luźna dygresja, że prawda o Nas samych kryje się wszędzie. Nawet w komentarzach przemycamy odrobinkę Nas. Na forach nie ma obrazu, więc i mimiki, tonu głosu, a jednak można odkryć pobieżnie, bo pobieżnie, ale charakter komentującego, siłę jego morfy… ;)

 

Ech… Chyba za dużo czytam Dukaja ;)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Wszystko to prawda. Dlatego właśnie w tym opowiadaniu postanowiłem skoncentrować się na emocjach, a nie na „aspektach teologicznych” ; )  Jak to już gdzieś kiedyś napisałem: emocje to sól literatury. Bez nich nawet najlepsza historia będzie tylko mniej lub bardziej zaawansowaną sztuką origami. Pozdrawiam oldskulowo – czyli jeszcze świątecznie ; )

...always look on the bright side of life ; )

Malujesz słowami,  Jacku :) 

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ano maluję… Ostatnio zaliczyłem nawet warsztaty plastyczne… Serio… Ale tak naprawdę, najfajniej maluje mi się słowami właśnie ; ) Dzięki za dobre słowo i punkcik. Pozdrawiam cieplutko…

...always look on the bright side of life ; )

Bardzo mi przykro, ale scena nie wywarła na mnie zamierzonego wrażenia. Niewątpliwie ładnie opisana, ale zupełnie nie w moim typie.

 

Szyb­ko, gę­sie­go, jedno po dru­gim bie­gną w dół… – Masło maślane.

Gęsiego, to właśnie jeden za drugim.

 

za­żyw­ni kupcy, cie­kaw­skie ko­bie­ty, fa­ry­ze­usze, pro­ro­cy, miej­sco­wi ba­ja­rze, ku­gla­rze, lu­dzie cie­ka­wi świa­ta… – Powtórzenie.

Może: …za­żyw­ni kupcy, wścibskie ko­bie­ty, fa­ry­ze­usze, pro­ro­cy, miej­sco­wi ba­ja­rze, ku­gla­rze, lu­dzie cie­ka­wi świa­ta

 

Myślą tylko o sobie, o tym, żeby jak naj­szyb­ciej schro­nić za wy­so­ki­mi mu­ra­mi… – Chyba miało być: Myślą tylko o sobie, o tym, żeby jak naj­szyb­ciej schro­nić się za wy­so­ki­mi mu­ra­mi

 

Kru­czo czar­ne włosy nagle po­si­wia­ły.Kru­czoczar­ne włosy nagle po­si­wia­ły.

 

Mrok do­pa­da na mnie ze wszyst­kich stron.Mrok o­pa­da na mnie ze wszyst­kich stron. Lub: Mrok do­pa­da mnie ze wszyst­kich stron.

 

Kilka no­wych wpada na po­wrót do gar­dła i nosa. – Jeśli wpadają nowe ziarna piasku, to nie na powrót. One wpadają pierwszy raz.

 

Nie, nie ma do niego żalu – nie mam pre­ten­sji… – Literówka.

 

De­mo­ny sie­czą moje ciało świsz­czą­cy­mi bi­cza­mi ostrych ka­my­ków.De­mo­ny sie­ką moje ciało świsz­czą­cy­mi bi­cza­mi ostrych ka­my­ków.

 

by wchło­nąć tę nie­zwy­kłą, nie­po­wta­rzal­ną chwi­lę w trze­wiach wiecz­nej pa­mię­ci wszech­by­tu. – …by wchło­nąć tę nie­zwy­kłą, nie­po­wta­rzal­ną chwi­lę w trze­wia wiecz­nej pa­mię­ci wszech­by­tu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za przeczytanie i czas poświęcony na redakcję tej skromnej akwarelki.

Pozdrawiam serdecznie : ) J.

...always look on the bright side of life ; )

Odczytalam tak jak, Jacku, zamierzyłeś: z naciskiem na emocje, na przeżycia świadka,  zwykłego człowieka,  mało zaangażowanego w historię, która się  działa, a bardzo w swoją własną, która tak bardzo bolała i z której w końcu powstała ta nić, więź,  wspólnota. Spodobał mi się pomysł na taką perspektywę. 

Jednak całość średnio do mnie przemówiła. Wydaje mi się,  że tak duża koncentracja na emocjach (jakkolwiek zgadzam się co do ich wagi w literaturze),  w dodatku silnych i skrajnych, stwarza duże zagrożenie popadnięcia w patos. Wolę, jak nawet silne emocje maluje się subtelnie. Tutaj te patetyczne nuty pobrzmiewaly raz po raz i zakłócały mi odbiór. Technicznie widzę to chyba najbardziej w dużej ilości przymiotników: “niewysłowiony", “niewypowiedziany” – miejscami jest ich dużo w niewielkiej odległości.

Dodam,  że kilka zdań wydźwięczalo mi pięknie, a opisy burzy bardzo podziały na wyobraźnię. Usłyszane z oddali wołanie konajacego zrobiło na mnie największe wrażenie i nawet ciarki poczułam przez te chwilę – choć tutaj tez było patetycznie; )

Dzięki za poczytanie – i w sumie miłą recenzję. Patrząc z perspektywy czasu – … napisałbym to opowiadanie w podobnym stylu. Może to kwestia nastroju, może coś więcej… Trudno powiedzieć – faktem jest, że piszę coraz bardziej „emocjonalne teksty”… Czy to dobrze, czy źle – zobaczymy… Pozdrawiam ciepło. J.

...always look on the bright side of life ; )

Powróciłam do tego tekstu po dwóch latach, i muszę przyznać, że nadal tak samo mnie porusza i skłania do refleksji. Piękny i wzruszający obraz namalowany słowami, który tak dosadnie przemawia do mojej wyobraźni. Tak wiele emocji zawarłeś w tym tekście … Dobra robota:)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Malownicza scena. Najbardziej spodobał mi się początek, szczególnie fragment, gdzie zdałam sobie sprawę, kogo tekst dotyczy :) W tym przypadku dużo też robi dzisiejsza świąteczna data :) Tak akuratnie wyszło:D

 

Nie wiem jak to z tym realizmem magicznym w tym przypadku. Myślę, że najlepiej byłoby do wytłumaczenia zastosować brzytwę Ockhama, bo nadmierne roztrząsanie mogłoby zawieść do błędnych wniosków i nieporozumień. 

 

Ciekawa perspektywa Nikodema. Przekonywująco opisałeś rozterki targajace zrozpaczonym ojcem. Przedstawiłeś go jako mądrego, zdajacego sobie sprawę, że widocznie tak miało być, a jednocześnie niezgodnego, pragnącego oddalenia cierpienia odcinki i od siebie. Ta nieunikniona męka Nikodema świetnie koresponduje z wydarzeniami na Golgocie o których niby tylko napominasz, ale przecież wszyscy wiedzą o co chodzi… ;)

 

Ale jeszcze pozwolę sobie ponarzekac;)

 

Skondensowałabym to wszystko. Wiem, że obecnie też jest niewiele, ale myślę, że jeśli byłoby jeszcze mniej,  to, paradoksalnie, szort by zyskał ;)

 

Czasami jest zbyt duże natężenie przymiotników. Przytłoczyło mnie to trochę w końcówce, w której, IMO było troszkę za dużo łopatologii. 

 

Ale już nie narzekam. Znikam i wesołych, i pogodnych świąt życzę :)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Dzięki za przeczytanie i poświęcony czas. I nominacje do Biblioteki. Tak się złożyło, że w krótkim czasie dwa moje teksty trafiły “po latach” do tego zacnego zbioru. Może to znak, najwyższy czas, by wrzucić na ten portal jeszcze jakiś tekst…

A co do wracania po latach do opowiadań… No cóż, po raz kolejny przekonuję się o tym, że rękopisy (nawet te elektroniczne) nie płoną.

Pozdrawiam Was bardzo ciepło. I do zobaczenia przy kolejnym tekstach skleconych przeze mnie. W mniej lub bardziej świątecznej atmosferze popełnione ; )

...always look on the bright side of life ; )

Cześć, Jacku.

Dawno nie czytałem nic Twojego i, co uświadomiła mi lektura tego tekstu, moje życie było przez to uboższe ;) Podpisuję się pod komentarzem Tenszy. Niezależnie od gatunku, który bierzesz na warsztat, Twoje działa niezmiennie przemawiają do mojej wyobraźni. I powyższe nie stanowi wyjątku. Klimat (nie wiem, czy zamierzenie) bardzo lovecraftowski, chociaż tematyka już niekoniecznie. Niemniej stawiając się w roli bohatera, czułem swoją maleńkość w obliczu śledzonych przezeń wydarzeń. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to gdzie nie gdzie brakowało mi kilku przecinków i w jednym akapicie przytłoczyła mnogość wielokropków. Ale to szczegóły, nie wypływające na ogólny odbiór. Moim skromnym zdaniem namalowałeś obraz godny obrazu, który – jak mniemam - zainspirował cię, by “sięgnąć po pędzel”.

Pozdrawiam.  

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Dzięki za dobre słowo :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Chyba najwyższy czas, żebyśmy wrzucili “coś innego” na ten portal, przełamali schematy, odkryli nowe horyzonty… Jak napiszesz nowy tekst, daj znać. Z chęcią poczytam.

A może kiedyś napiszemy jakiś tekst razem? To byłoby COŚ : )

...always look on the bright side of life ; )

Nowa Fantastyka