- Opowiadanie: lordi - Ostatni element

Ostatni element

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Ostatni element

[Dom]

 

Teodor bawił się chwilę antycznym rewolwerem. W jednej dłoni trzymał kwadratową szklankę z rżniętego kryształu, kciukiem drugiej zwalniał co chwilę zatrzask łamanego mechanizmu. Tylko po to zresztą, by po chwili zwinnym ruchem nadgarstka zamknąć go ze szczękiem.

Dziś odkorkował butelkę najlepszego trunku. Najlepszego, jaki mu pozostał, bo większość kolekcji trzeba było sprzedać. Napój, który z takim namaszczeniem dziś pił… jego ojciec, dziadek i wiele pokoleń ich poprzedzających, uznałoby za niegodny szlachcica. Teodor pozostał szlachcicem już tylko na papierze. Rozległe niegdyś ziemie– stracone…

Teodor załadował rewolwer jednym pociskiem.

…posiadłości, parki, wsie– wszystko pochłonęła wojenna pożoga…

Zakręcił bębenkiem broni.

…cała rodzina, rodzeństwo, kuzyni– zginęli już wszyscy, ojciec zaginął…

Przyłożył pokrytą złoconymi ornamentami lufę do skroni.

…matka dogorywała na gruźlicę, w psychuszce zresztą…

Pociągnął solidny łyk ze szklanki, licząc po cichu, że będzie jego ostatnim.

…żona, która umarła mu na rękach, dwójka dzieci– bliźniaki– nie żyło ponad wszelką wątpliwość, a z ich ciał nie zostało nawet tyle, by można je było pochować…

Teodor nacisnął spust. Iglica upadła w pustkę, kurek uderzył w obudowę z suchym trzaskiem.

– Czyli to jednak nie dziś – pomyślał, przecierając mokre oczy wierzchem dłoni – ostatni z Durgowskich-Brajnert będzie musiał znieść jeszcze jeden zachód słońca.

Wyjrzał przez okno swojego niewielkiego mieszkania. Dzień musiał być chłodny, znad dachów kamiennych domów w Ostoi unosiły się słupy dymu. W oddali majaczyły gigantyczne mury, widać było stąd ufortyfikowane strażnice. Właściwie mieszkanie z niezłym widokiem było jedynym, co jeszcze posiadał. Sprzedali już nawet ordery po przodkach, zostało mieszkanie na strychu wysokiej kamienicy i rewolwer po dziadku, również Teodorze, swoją drogą.

Dopił ostatni łyk i ponownie przyłożył broń do skroni.

Nacisnął spust.

Kolejny pusty trzask.

– Ciekawe – pomyślał tylko.

Przełamał rewolwer, załadował resztę pocisków.

– Tak bezużyteczna w dzisiejszych czasach broń – mamrotał pod nosem – mogłaby chociaż pozwolić odejść człowiekowi z godnością. Jutro trzeba będzie spróbować znowu. A dziś: do roboty.

 

[Dach]

 

Teodor siedział na dachu i wygrzewał bolący kręgosłup, opierając się o komin. Jego tresowany ryś, Ryszard, zwinął się w kłębek na jego skrzyżowanych nogach. Ostatni z Durgowskich-Brajnert od wielu lat trudnił się złodziejskim fachem. To, co miał ukraść dziś – to było jednak coś nowego.

A historia tego przedmiotu była równie dziwaczna. Jeden z inżynierów przywiózł najpierw od znajomego z innej ostoi ułomek kryształu. Niby nic ciekawego, niesymetryczny kolec, do tego kruchy. Ale było w nim coś… nietypowego. Teodor wiedział tylko tyle, że tenże inżynier zaprezentował swoje znalezisko, wraz z instrumentem, który do niego dorobił, swojemu przełożonemu. A ten z kolei, hrabia Bielecki, kategorycznie zabronił instalacji wynalazku w tym, nad czym pracowali i wyniósł kryształ do domu.

I to był moment, który zainteresował Teodora. Z Bieleckimi ich rodzina miała na pieńku… cóż, od pokoleń. Ostatni z Durgowskich-Brajnert będzie miał okazję wywrzeć na nich pomstę, nim odejdzie z tego świata.

Zemsta, choć była prymitywnym instynktem, pchała go naprzód.

Przyglądał się willi hrabiego z uwagą. Wielkie okna o zaokrąglonych szczytach, ciągnące się przez kilka kondygnacji. Balkony z każdej strony domu, kute balustrady. Solidna, kamienna konstrukcja o ścianach gdzieniegdzie porośniętych pachnącym intensywnie bluszczem. Dach o ostrym spadzie, zwieńczony niczym koroną rzędem kominów.

Kilku strażników w lekkich, skórzanych pancerzach kręciło się po podwórzu. Na szczęście wieczór był pochmurny i chłodny, strażnicy pewnie zgromadzą się zaraz w cieple i zapomną o czujnym rozglądaniu się we wszystkich kierunkach. Drugim elementem działającym na korzyść Teodora była ciasna, miejska zabudowa. Od granicy dachu, na którym siedział, do tego należącego do willi było zaledwie kilka, nie więcej niż kilkanaście metrów.

Czekał na właściwy moment.

 

[Willa]

 

Księżyc skrył się na dłuższą chwilę za chmurami, zbliżał się środek nocy. Strażnicy rozeszli się po posiadłości, szukając miejsc, gdzie mogliby spokojnie przespać się do wschodu słońca. Ryszard podrzemywał przy ciepłym jeszcze kominie. Pracował tylko Teodor.

Rozkręcał właśnie niewielką, stalową kotwiczkę na długiej linie.

– Jeden, tylko jeden celny rzut– błagał w myślach.

Kotwiczka poszybowała po nocnym niebie, ciągnąc za sobą linę

Chwila napięcia i już wpadła z cichym brzękiem do poprzecznego otworu w jednym z kominów willi. Teodor ostrożnie pociągnął za linę. Przywiązał swój koniec do konstrukcji czynszówki, na której się znajdował.

Po chwili wisiał już nad ulicą, powoli pokonując dzielący go od celu dystans. Daleko, zdawałoby się, pod nim przemknęła ulicą zbłąkana dorożka. Teodor powoli, metr za metrem, przemierzał dzielącą go od upragnionego celu odległość. Ta część podróży dłużyła mu się niemiłosiernie.

Chwilę później postawił ostrożnie stopę na brudnych, śliskich od wilgoci dachówkach. Zsunął się po dachu, złapał krawędź pokrytej grynszpanem rynny. Zawisł chwilę w powietrzu, z przerażeniem obserwując samotną dachówkę, którą musiał nieopatrznie poluzować schodząc po dachu. Ta minęła jego twarz z cichym świstem, szybowała chwilę w dół, po czym wylądowała w krzaku bzu, w ogrodzie. Teodor wreszcie odetchnął z ulgą. Puścił rynnę, miękko wylądował na kaflach południowego balkonu domostwa. Znowu nasłuchiwał chwilę w napięciu. Pod szarym, wełnianym kapturem pocił się jak wieprz, z wysiłku i targających nim emocji. Gdy upewnił się, że pozostał niezauważonym, przyjrzał się ogromnym, przeszklonym drzwiom balkonu. Krótko popracował nad zamkiem, podważając go niewielkim łomem. Uchylił powoli drzwi, nasłuchując jakichkolwiek dźwięków ze środka budynku.

Korytarze na tym piętrze wyłożono wzorzystymi dywanami. Pod ścianami stały eleganckie meble na bogato rzeźbionych nogach, każdy warty niewielką fortunę. Złodziej powoli skradał się przez długi hol. Mijał wiszące na ścianach portrety, co chwilę miał możliwość przeglądania się w porozwieszanych niemal w każdym możliwym miejscu lustrach. Teodor wiedział, że musi zmierzać w kierunku przestronnego gabinetu wychodzącego oknami na wschód.

Cały czas skradał się i w napięciu nasłuchiwał wszelkich odgłosów. Jego podbite miękką skórą buty zaledwie szeleściły, tonąc co krok w puszystych dywanach. Nie bez satysfakcji zauważył, że zostawia na nich czarne, oleiste ślady. Domownicy spali najwyraźniej snem sprawiedliwych, po domu niosły się echa cichego pochrapywania, gdzieś w oddali skrzypnęło ciężkie, drewniane łóżko.

Ostatni z Durgowskich-Brajnert skręcił na wschód w znacznie krótszy korytarz, przyłożył ucho do metalowej kratownicy w ścianie, nasłuchując przez chwilę mechanicznego odgłosu ze środka.

– Burżuje, nawiew z ciepłym powietrzem mają – pomyślał, nie bez zazdrości. Siedział chwilę grzejąc przemarzniętą twarz w strumieniu gorących wyziewów. Obserwował z niepokojem uchylone, dębowe drzwi ogromnego gabinetu i zastanawiał się, co powinien zrobić. Na niewielkiej etażerce tuż przy wejściu płonęła lampa naftowa.

Złodziej podszedł do niej powoli i delikatnym, rozmyślnym ruchem schował knot do jego metalowej obudowy. Zajrzał do najbardziej reprezentacyjnego pomieszczenia w rezydencji Bieleckich.

– No i cały misterny plan właśnie poszedł się… – pomyślał, widząc śpiącego na fotelu przed kominkiem właściciela domostwa.

Hrabia Bielecki chrapał cicho, jego opasłe ciało rozlewało się po ogromnym fotelu. Spod rozchełstanej, fioletowej bonżurki wyłaziły kłęby siwych włosów, jego ogromny, siwy wąs falował rytmicznie.

Musiał zasnąć przy pracy, bo pod fotelem walały się luźno rozsypane kartki, pełne najprzeróżniejszych rysunków, wyliczeń i schematów.

Teodor ostrożnie obszedł fotel, blokujący mu dostęp do reszty pomieszczenia. Przejrzał szuflady wielkiego, mahoniowego biurka, pobieżnie przebiegł wzrokiem pełne książek półki. Trofea myśliwskie na ścianach zignorował, żadne raczej nie kryło interesującego go kryształu.

– Trzeba będzie jednak zapytać właściciela – myślał złodziej, stając nad śpiącym hrabią z masywnym rewolwerem w dłoni.

I dopiero, gdy był już gotowy kopniakiem przywrócić gospodarza do świadomości, zauważył kątem oka gładkie, srebrne pudełko na gzymsie kominka. Za nic w świecie nie pasowało do tego ociekającego zdobieniami wnętrza – w zasadzie było jedynym elementem wystroju, którego nie pokrywały zawiłe, roślinne motywy lub chociaż wymyślne złocenia. Nie wypuszczając broni, sięgnął po pudełko i zajrzał do środka.

W atłasowej wytłoczce leżało coś, co trudno było mu opisać. W prostopadłościanie, z pełnego drobnych pęcherzyków, weneckiego szkła zatopiono fragment kryształu. Niesymetryczny ułomek o koralowym kolorze był pełen drobnych dziurek, niczym pumeks. Do tego cały okruch oplatała siatka z ażurowo wyplecionych drucików. W całej konstrukcji niesamowicie cienkie włókna ze srebra, złota i miedzi krzyżowały się ze sobą, tworząc misterne, skomplikowane wzory. Kilka drobnych drutów wyrastało ze szklanej bryły, na pozór bez żadnego logicznego planu.

Zauroczony Teodor schował znalezisko do wewnętrznej kieszeni płaszcza i zaczął zastanawiać się, którędy najlepiej będzie opuścić rezydencję.

I gdy miał już wrócić tą samą trasą, kątem oka złowił błysk, który zwrócił jego uwagę. Na kominku było coś jeszcze – na niewielkim, obitym błękitnym aksamitem, jubilerskim popiersiu spoczywała ciężka kolia z rubinów oprawionych w złoto. Odezwał się w nim instynkt złodzieja, mówiący mu:

– Musisz ją mieć.

Durgowski– Brajnert ściągnął ostrożnie cenną ozdobę ze stojaka. Gdy jego dłoń ze zdobyczą wisiała nad drewnianą podłogą, z kolii wysunęło się ciężkie zapięcie w kształcie podkowy i z łoskotem upadło.

Hrabia przebudził się natychmiast, ciężka szklanka wypadła z jego dłoni i rozprysła się po podłodze.

– Co? Co? – bełkotał przez chwilę wyrwany ze snu gospodarz, nim zdołał podnieść wzrok i skupić go na Teodorze.

– Złodzieje! – wydarł się natychmiast– Straż, straż! Złodziej!

Teodor zdzielił hrabiego kolbą rewolweru w skroń, tamten upadł między fotel i kominek, jęcząc cicho.

– Miałem cię jednak zastrzelić od razu, ty stara, pierdołowata gnido!

Rozejrzał się w popłochu. Z wnętrza domu dochodziły donośnie odgłosy szybkich kroków. Pozostała mu już tylko ucieczka przez balkon i całe podwórze.

Już w biegu wystrzelił w środek balkonowych drzwi, tam gdzie powinien być zamek. Dopadł do wyjścia i szarpnął za ciężkie skrzydło, ślizgając się po balkonie dopadł do balustrady. Kilka metrów w głąb podwórza, dwa pietra niżej, do ściany domu przyklejono przeszklony ogród zimowy. Nie zastanawiając się długo Teodor wyskoczył z balkonu. Zdawało mu się, że leci w nieskończoność, że czas rozciąga się, jakby był z gumy. Odruchowo przetoczyłby się po wylądowaniu, gdyby nie to, że jedną nogą wpadł do szklarni, boleśnie kalecząc łydkę. Był uwięziony na dachu małej, szklanej przybudówki. W tym czasie na plac przed domem wybiegło kilku, zaskakująco rozbudzonych strażników. Niektórzy nieporadnie zakładali cięciwy, inni znowu już naciągali swoje kusze. Teodor tymczasem walczył ze szkłem tnącym jego ciało. Gdy wydawało mu się, że już się uwolnił coś pchnęło go w plecy, impet uwolnił go z potrzasku. Teodor usłyszał okrutny śmiech, dochodzący z balkonu. I złowieszczy, mechaniczny szczęk.

– Widzieliście, panowie? – wydzierał się Bielecki. – Ma się jednak to oko! Dobić mi go, ale już!

Teodor ruszył biegiem po stalowej konstrukcji dachu. Powietrze wokół niego przecinały bełty, żaden jednak nie był go w stanie dosięgnąć. Odbił się od krawędzi szklarni, przeskoczył na okalający posesję mur.

Poczuł kolejne uderzenie, w boku, poniżej żeber, spadł za ścianę i wylądował ciężko na trotuarze. Wstał, wspierając się na świecącej mdłym światłem, gazowej latarni i po chwili biegł znowu, utykając, uciekał w noc.

 

[Ulica]

 

Złodziej wbiegł do zaułka, unikając pościgu. W oddali słyszał wysokie tony policyjnych gwizdków, nawołujących się w nocy strażników, okrzyki przypadkowych przechodniów wciągniętych w zamieszanie. Musiał dostać się do swojego zleceniodawcy, do inżyniera z instytutu. Jeśli mu się nie uda, wszystko będzie na marne. Całe jego samotne życie, całe to upodlenie złodziejską profesją, wszystko to będzie na nic, jeśli choć nie zdąży się zemścić.

Złapał oddech i po chwili wchodził ostrożnie po drewnianych schodach jednej z czynszówek na ulicy Jatkowej. Miał teraz pewność, że przynajmniej pościg z psami go nie dosięgnie. W tej części miasta prawie każdy dom był siedzibą jakiegoś rzeźnika, zapach upuszczanej tutaj krwi niósł się czasem aż za rzekę. Żaden pies strażniczy nie wytropi go w tym ogólnym smrodzie podrobów.

Wszedł na duszny, zakurzony strych. Przez otwarte okno dął zimny wiatr, wilgoć wdzierała się do środka. Pod jedną ze ścian gniazdowała spora grupa gołębi. Wszczęły zamieszanie, gdy nieproszony gość wdarł się na ich teren, lecz już po chwili, pozornie, nie zwracały na niego większej uwagi.

Teodor przysiadł pod jedną z drewnianych belek podtrzymujących strop. Oczy mu się zamykały, czuł się nieludzko wręcz zmęczony. Zapadł w płytki, pozbawiony snów sen.

Przebudził się. Na jego kolanach mościł sobie posłanie ryś, w pełnym kurzu powietrzu wirowało kilka piór. Znowu ciemność.

Obudziły go dochodzące z ulicy wrzaski, słyszał przenikliwe dźwięki alarmowych dzwonków.

– Czyli mnie dorwali – powiedział do siebie – ale to nic, to dobrze – wymamrotał zapadając na powrót w sen.

Na dobre obudziły go dopiero promienie wschodzącego słońca. W mieście na alarm biły dzwony, słychać było zewsząd odgłosy krzątaniny. Teodor zrzucił z siebie kota i wstał ostrożnie. Cały jego wełniany płaszcz pokryty był zakrzepłą krwią. Wszystkie warstwy odzieży, które na sobie miał pozlepiały się w jedną, sztywną skorupę, która teraz przy każdym ruchu, napełniała jego ciało bólem. Sięgnął do prawej łopatki, gdzie w nocy trafiono go z kuszy. Rana nie była bardzo głęboka, tylna krawędź grotu wystawała ponad skórę. Gorzej było z raną w boku– spod żeber wystawał tylko promień bełtu. Pocięta szkłem noga również nie wyglądała najlepiej– rana wprawdzie pokryła się nierównym strupem, ale jej krawędzie miały podejrzanie siny kolor. To wszystko nie miało znaczenia. Jeśli tylko uda mu się dostarczyć kryształ do instytutu, jego życie nie będzie bezcelowe.

Zszedł ze strychu i wyszedł na ulicę Jatkową, pachnącą, jak co rano, gnijącą krwią.

 

[Chaos]

 

Teodor Durgowski–Brajnert walczył z zalegającym ulicę tłumem. Co chwilę ktoś przebiegał obok, często szturchał, światło raziło jego oczy a każdy dźwięk urastał do rangi porażającej zmysły kakofonii. Każdy bodziec, który do niego docierał, napełniał go nowym piorunującym uderzeniem bólu. Złodziej wlókł się ulicami, przystając co chwilę, by złapać oddech lub tytanicznym wysiłkiem woli utrzymać wyniszczone ciało w pionie. Dzwony wciąż biły na alarm, po całym mieście niósł się ich donośny dźwięk. Przystanął na chwilę przy Placu Pięciu, stanowiącym małe targowisko u zbiegu sześciu, zamieszkałych przez najbiedniejszych mieszczan, ulic. Na samym środku, na jakimś niewidocznym dla Teodora podwyższeniu, stał łysawy jegomość z długą, rudą brodą. Miał na sobie tylko modne spodnie, reszty odzienia najwyraźniej się pozbył. Wokół niego gromadziły się tłumy, kilka osób padło na kolana, błagalnie wznosząc pięści ku niebu.

– Ukorzcie się przed Jedynym! – krzyczał tamten. – To ostatnia chwila! On! ON! Słyszał wasze zwątpienie, widział wasz grzech! To WY! Wszystko wy, wszystko przez was i waszą małą wiarę! On słyszy, jak i ja słyszę, tych małej wiary, co mówią, że zostawił nas złym na pastwę! Słyszy i ON, powiadam! Kto inny przyjdzie ratować was, niewiernych, kiedy koniec jest u bram?! Wróg nasz, demon o sercu z kamienia i zębach ze stali puka do naszych drzwi! Módlcie się, albowiem to jedyne, co w obliczu końca możecie teraz zrobić! I choćby przyszło wam dziś umrzeć, umierajcie z błaganiem na ustach, błaganiem o przebaczenie u Jedynego!

Złodziej starał się go nie słyszeć. Nie sądził, żeby zdążył się jeszcze dziś nawrócić, zwłaszcza jeśli jego ciało było w tak złym stanie, jak mu się wydawało. Przecisnął się przez tłum i ruszył ulicą Nalewki w kierunku centrum Ostoi.

 

[Instytut]

 

Teodor pchnął opatrzone witrażem drzwi. Misterny obraz ze szkła, przedstawiający złote koło zębate otoczone kolorowymi aureolami napełniało wnętrze instytutu iskierkami światła, grającymi na marmurowej podłodze własny, mistyczny spektakl. W środku było pusto. Kilka białych kolumn, podwójne schody w głębi pomieszczenia, jakieś nierozpoznawalne popiersie, wycięte w czarnym kamieniu.

Złodziej upadł przy ostatniej z kolumn, widział teraz tylko wielką mozaikę na podłodze, jednak nie był w stanie jej rozszyfrować z miejsca, w którym leżał. Idący dotychczas za nim ryś minął go i wbiegł po schodach w głębi. Pomieszczenie było puste, ciche i chłodne i ostatni z Durgowskich-Brajnert czuł, jak życie uchodzi z niego szybciej, teraz gdy jego ciało spoczęło wreszcie w ciszy.

– Pomocy! – zdołał jeszcze krzyknąć, nim stracił przytomność.

Po chwili poczuł, że ktoś szarpie go za ramię.

– Halo! Co się panu stało, niech się pan obudzi! – Krzyczał do niego młody chłopak w asymetrycznie zapinanym, białym kitlu – Halo! Panie, co pan tu w ogóle robi?!

Przy jego nodze stał Ryszard i wpatrywał się badawczo w rannego towarzysza.

– Karlickiego, ściągnij tu inżyniera Karlickiego!

– Już biegnę, pomoc też już zaraz będzie– wykrzyczał młodzieniec w biegu i zniknął z pola widzenia rannego.

Teodor wyciągnął z kieszeni kryształ, trzymał go kurczowo w dłoni. Drugą złapał za stary rewolwer, bardziej rodzinną pamiątkę, niż rzeczywiście broń. Przyłożył sobie lufę pod brodę.

Ryś uparcie próbował ułożyć mu się na brzuchu.

– Teodor Durgowski– Brajnert, ostatni z rodu, odchodzi ze świata na swoich warunkach – powiedział zdecydowanie, ostatnim wysiłkiem woli pociągając za spust.

Zwierzę szarpnęło się gwałtownie.

 

[Płatnerz]

 

Inżynier Karlicki podszedł ostrożnie do leżącego bezwładnie ciała. Rozpoznał je od razu, doskonale wiedział, do kogo należało. Miał tylko nadzieję, że ten złodziej przyniósł im to, za co zgodzili się zapłacić aż tak wygórowaną cenę. Nie żeby trzeba mu było teraz płacić – po prostu nie było już ani chwili do stracenia. I nawet, jeśli Bielecki się nie zgadzał – młody inżynier doskonale wiedział, co należało zrobić.

Pochylił się nad trupem i wyciągnął z jego zaciśniętej pięści mały prostopadłościan. Po chwili zapomniał już o jatce w przedsionku instytutu i zmierzał do centralnej części kuźni, wpatrując się uważnie w niewielki kawałek szkła.

-Panie Karlicki, co mamy zrobić z tym gościem? – krzyknął ktoś za nim.

-Nie wiem, obojętnie, pozbądźcie się, schowajcie, zakopcie, nieważne. Ważne, żeby nikt się dowiedział, że tu był.

Po krótkiej chwili przechodził już przez podwójne drzwi laboratorium. Gestem przywołał Apolinarego, swojego najbliższego współpracownika.

Podeszli razem do jednego z wykaflowanych stołów. Karlicki niósł kryształ z delikatnością i namaszczeniem godnym świętej relikwii. Przyglądali się jakiś czas masywnemu, stalowemu napierśnikowi zajmującemu znaczną część blatu.

-Jesteś pan pewien, że zadziała, tak jak pan koncypujesz? – zapytał Apolinary.

-Bardziej pewien, niż czegokolwiek, panie Apolinary – odparł Karlicki, wodząc w zamyśleniu dłonią po wewnętrznej stronie pancernej płyty. Przyglądali się metalowym ścieżkom, zawiłym pętlom i całej siatce krzyżujących się ze sobą połączeń, które kilka dni wcześniej nanieśli na szorstką, zalakierowaną dokładnie stal. Karlicki chwilę patrzył na wielkie na dłoń, wymalowane gotykiem cyfry.

– Czterdzieści i cztery, panie Apolinary. Coś tak czuję, że to będzie nasza szczęśliwa liczba.

– Skoro pan tak twierdzisz, panie Karlicki, to czas zamontować ostatni kawałek układanki.

Ruszyli do pracy. Karlicki zamontował szklany element w stalowym łożu, razem powkręcali wystające z cennego prostopadłościanu druty w skomplikowaną siatkę połączeń pancerza. Po chwili wielkimi pędzlami nakładali już warstwę kleju z końskiej żelatyny, nałożyli idealnie docięty kawałek garbowanej skóry. Na koniec pozakładali kilkanaście mosiężnych nitów i docisnęli je wspólnymi siłami. Z zewnątrz napierśnik nie różnił się teraz od innych. Zanieśli go razem do kuźni, w której spoczywała już większość pozostałych elementów, ułożyli w szeregu bliźniaczo podobnych do siebie płyt.

-Myśli pan, panie Apolinary, że położenie całej tej konstrukcji w miejscu serca ma akurat jakieś znaczenie?

-Jeśli zadziała, to możliwe, że ma. Wojownik o szklanym sercu, to może być przełom, panie Karlicki.

 

[Grom]

 

Anioły obudziły się w locie. Każdy z nich był zaledwie strzępem świadomości, lecz każdy czuł, że teraz, w tej właśnie chwili, robią jedną z rzeczy, do której zostały stworzone. Spadały niczym błyskawice, a ziemia pędziła im na spotkanie. Powoli rozpierzchły się po niebie, każdy z nich kierował się do swojego celu. Gdy w dole zaczęły majaczyć niewyraźne sylwetki walczących, maszyny rozpostarły swe stalowe skrzydła. Po mieście poniósł się trzask gromu i groza napełniła szybko serca wszystkich poniżej. Ostatni z anielskiego orszaku opadał powoli, za cel obrał sobie wielkiego ogara, przygniatającego właśnie swoim oślizgłym cielskiem jednego z walczących ludzi. Bestia szarpnęła gwałtownie głową, anioł wyczuł zapach śmierci, widział, że człowiekowi nie zdoła już pomóc. Złożył skrzydła, by uderzyć w plecy bestii.

Wylądował na ogarze pośród trzasku łamanych kości i rozdzieranego ciała. Ranna bestia zaryczała donośnie, lecz anioł uciął natychmiast jej krzyki, wbijając kosę w pokryty gorącą krwią czerep. Zamach przybił zwierzę do bruku, anioł natychmiast wyszarpnął swoje narzędzie mordu z kamiennej ulicy.

Podniósł powoli wzrok na kilku oniemiałych wyraźnie mieszczan. Jego biała, jak świeżo ogryziona kość, maska nie wyrażała niczego. Odwrócił się, by widzieć wyraźnie nacierające demony. Rozkrzyżował ręce i ryknął. Basowe uderzenie dźwięku podniosło wokół niego tumany bitewnego kurzu. Pierwszy z ogarów, dotychczas obserwujący go niepewnie, ruszył do ataku. Anioł uskoczył z finezją w bok, przeciął demona jednym ruchem, od krtani aż po grzbiet. Schylił się, unikając ataku kolejnego, płynnie wystawiając ostrze kosy w górę. Ogar wylądował z gracją za plecami anioła. Stał chwilę na drżących nogach. Porażający ból docierał do jego umysłu falami. Osunął się na wypadające z jego umierającego ciała wnętrzności.

Ostatni z ogarów ruszył po spirali, usiłując dopaść anioła z boku. Skoczył i udało mu się na chwilę wczepić szczękami w naramiennik maszyny. Krótkie szarpnięcie wyrwało mu jednak stal z pyska, anioł obrotem cisnął nim w pobliską ścianę. Nim bestia zdążyła dotknąć ziemi, ciężka, mechaniczna kosa przybiła go do muru. Uderzenie wstrząsnęło fasadą, na ulicę posypał się deszcz szklanych odłamków.

Demon nadal próbował sięgnąć maszyny pazurami. Anioł zmierzył jego wysiłki beznamiętnym wzrokiem, przechylił nieznacznie głowę. Sięgnął do kłapiącej paszczy zwierzęcia, chwycił obie miotające się chaotycznie żuwaczki i wyrwał je jednym szarpnięciem. Bestia wyła przenikliwie, lecz anioł uciszył ją, wbijając jedną z trzymanych szczęk w jej kark. Złowił ruch kątem oka. Postąpił kilka kroków w tył i stanął bokiem do nadbiegającego napastnika.

Brut nabierał prędkości, przygotowywał się do zadania ciosu masywną bronią.

-Jestem zemstą – odezwał się w jaźni anioła ułamek myśli, gdy postępował kolejne pół kroku, o dłoń unikając ciosu. Maczuga uderzyła w bruk.

Anioł uderzył naramiennikiem w szczękę napastnika, wbił w jego odsłonięty bok trzymaną w dłoni żuchwę. Złapał uzbrojone ramię, skręcił je gwałtownie w swych stalowych dłoniach. Ręka napastnika pękła lekko jak sucha gałąź. Złamana kość przebiła skórę, rana eksplodowała ciężkimi kroplami krwi. Maszyna oparła stalową stopę na masywnym udzie demona, zerwała z niego kościany napierśnik. Stalowe palce przebiły skórę, dłonie z chrzęstem tonęły w piersi napastnika.

Brut tłukł pięścią oprawcę, lecz z każdą chwilą słabł. Anioł odepchnął wiotczejącego przeciwnika kopnięciem, wśród trzasku pękających żeber szarpnął ostatni raz.

Stał nad martwym wojownikiem i trzymał w uniesionej dłoni bijące w szaleńczym tempie serce.

Odwrócił puste oczy ku kłębiącym się w głębi ulicy wrogom. Spojrzał na swoją zdobycz ostatni raz, nim cisnął krwawy ochłap w ich kierunku. Wyciosany w kamieniu, błogi uśmiech nie znikał z jego spływającej krwią twarzy. Wyszarpnął porzuconą niedawno kosę ze ściany. Ruszył biegiem ku oddziałowi, uderzył kilka razy skrzydłami, nabierając rozpędu. Mieszczanie ruszyli za nim. Ostatni okruch myśli rozbłysnął w jego świadomości.

– Jestem zemstą. Jestem ostatnim…

 

[Pałac]

 

Ish przyglądała się słońcu zachodzącemu nad doliną. Poniżej okien pałacu, na zboczu pokrytym wulkanicznym pyłem, grupki niewolników zrywały owoce z krępych krzewów. Jej spokój burzył ciągły chrzęst, dochodzący z centralnej części komnaty.

-Powiedz mi tylko, droga przyjaciółko moja, Ish – szaman skruszył w zębach kolejny błękitny, zamarznięty owoc – Czemu akurat ryś? Czemu nie, po prostu, kot?

-Kot byłby zbyt pospolity, czcigodny szamanie. To po pierwsze.

-Zbyt jaki?

-Zbyt pospolity, mój drogi troglodyto.

Szaman spojrzał na nią zmieszany. Bez słowa upił kolejny łyk wina w kolorze rubinu.

Ish uśmiechała się do swoich myśli. Wiedziała, że kolejny element układanki właśnie trafił na swoje miejsce. Gargantuiczna maszyna intryg nabierała rozpędu, już wkrótce miała zmiażdżyć w swych trybach niezliczone tysiące. Kolejny etap– pozbycie się prostolinijnego, acz wpływowego, szamana właśnie się rozpoczynał.

-A po drugie, mój drogi, nie zakładałabym w ciemno łączącej nas przyjaźni.

Jej myśli same biegły w kierunku męczarni, które zapewni niedługo temu przereklamowanemu kaznodziei, lodowato zimna chwilowo, trucizna.

-A to niby czemu?– zapytał, wyraźnie zbity z tropu, Brut.

-Głównie dlatego, że żyjemy w bardzo niepewnych czasach, szamanie. Nikt już nie wie, komu powinien ufać.

Wróciła myślami do uwijających się w dolinie niewolników.

-Dopij swoje wino, szamanie. Czas już na ciebie.

Koniec

Komentarze

Dzięki, Śniąca, ratujesz dziś poślad mój.

Wszystkie nadliczbowe/brakujące spacje wynikały z próby zamiany wszystkich myślników na inne znaki graficzne, wraz z towarzyszącymi przerwami. Stąd zrodził się ten bałagan.

Co do łamanych rewolwerów– były dość popularne w drugiej połowie dziewiętnastego wieku i później. Spójrz na przykład tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Smith_%26_Wesson_Model_3 

i tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Webley_Revolver

Założyłem, że mogę czerpać mniej więcej z tego okresu, jeśli chodzi o technologię– stąd w tekście popularne w tych czasach latarnie gazowe itd.

Co do podwójnej żuchwy, spójrz na model: http://www.intotheedge.com/models/demons/35-hound

Jak dla mnie to dwudzielna żuchwa, jak u predatora, lub, jeśli mnie pamięć nie myli, niektórych pytonów i innych węży. Można by to nazwać żuwaczkami, ale brzmiałoby to nieco jednak owadzio.

W materiałach te stwory nazywane są “houndsami”, dla mnie hound to jednak znaczy ogar. Nieważne czy to ogar myśliwski, piekielny, czy demoniczny. Stąd też nie ma sierści– bo żywiczny model wygląda na “gładki” w tej kwestii (może ogolony, nie wiadomo na tym etapie wink).

Anioły są tu mechaniczne, takie jest wyjściowe założenie w materiałach i modelach. Uznałem, że jurorzy będą to wiedzieć, a ewentualni czytelnicy najpierw zobaczą modele.

Kosę też wyobrażam sobie zwykle inaczej, ale znowu– założenia modelu.

Wybacz zatem, że zmusiłem Cię do ugryzienia tematu bez zakąski wink

Co do “złamanej gałązki” miałem na myśli coś między tym:

 http://en.wikipedia.org/wiki/Spiral_fracture a tym:

http://en.wikipedia.org/wiki/Greenstick_fracture

Ale przyjrzałem się rentgenom i jednak inaczej to zapamiętałem.

Co do reszty sugestii– znaczną większośc wcieliłem w życie, o jednej czy dwóch niestety zapomniałem, z niewielkim odsetkiem pozwoliłem sobie się nie zgodzić.

W każdym razie dziękuję Ci ogromnie– przy najbliższej okazji ślę ciasteczka.

A i jeszcze kilka drobiazgów– popiersie oznacza także taki stojak jubilerski na naszyjniki/kolie itp. Uściśliłem w tekście, bo mi też popiersie raczej kojarzy się z rzeźbą (zwłaszcza, że w tekście jest jeszcze drugie).

Co do powtórzeń, widzę dwie przyczyny– pisanie praktycznie całości przy jednym posiedzeniu, bez zwyczajowych przerw na iteracje. Postanowiłem spróbować pisania tą metodą (w sensie dużo, jednym ciągiem, z jedną korektą na końcu). Drugi powód– naczytałem się ostatnio literatury faktu, w której nie zawsze język obrasta w takie zbytki jak zróżnicowane synonimy. Zwykle nie mam z nimi aż takiego problemu.

Co do Rycha– działał na uboczu, po to by doprowadzić Teodora do celu. Nie musiał przesadnie ingerować w jego podróż, stąd jego rola jest mocno ograniczona.

A strażnicy nie byli żołnierzami, raczej służącymi. Stąd ich stosunkowo niewielkie zdolności bojowe i, na szczęście dla złodzieja, nieporadność. Doświadczeni żołnierze nie daliby mu szans na ucieczkę i tam ta historia musiałaby się zakończyć.

W kwestii kakofonii: tak, to już powoli maligna i synestezja.

Co do samobójstwa– dla niego ważne było tylko nie umrzeć bez celu. Wiedział, że umiera, wolał zginąć z własnej ręki. Zdążył się zemścić, więc jego życie miało już jakiś cel. Zresztą nikt nie mówi, że udało mu się zastrzelić. Niejeden bohater literacki lub filmowy wyszedł żywy z takiego ambarasu. 

Ok, Lordi, ponieważ już po becie, to rozwodzić się nie będę, a część pytań wynikała z braku znajomości świata gry – nie interesowałam się tematem i dlatego niektóre rzeczy wydały mi się dziwne. Po wyjaśnieniach, chyba jednak już wszystko jest ok. 

Cieszę się, że mogłam choć trochę pomóc, ale następnym razem proszę o więcej czasu :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

wynikała z braku znajomości świata gry – nie interesowałam się tematem i dlatego niektóre rzeczy wydały mi się dziwne

Nie widzę w tym nic dziwnego, nie zakładałem, że ktokolwiek spoza konkursu zna założenia.

 

Jeszcze raz ogromne dzięki smiley

Cóż, wydaje mi się, że bez znajomości założeń fabularnych świata, ten tekst byłby bardzo nieczytliwy. A tak, z punktu widzenia kogoś, kto te założenia zna, mogę powiedzieć, że intrygę nakreśliłeś ciekawą. I chyba masz w tekście największe stężenie zwierzaczków ze wszystkich konkursowych opowiadań.

Rzeczywiście, bez znajomości założeń byłoby momentami trudno smiley Cieszę się, że intryga jest ciekawa, dzieki.

Co do stężenia zwierzaczków– nie przeczytałem jeszcze wszystkich pozostałych opowiadań, ale może rzeczywiście mam ich tu najwięcej. Przynajmniej jedna scena jest mało kameralna. Ale to trochę jak z robocopem z pierwszego filmu– jest zdolny do zrobienia takiej masakry, że nie może być go w tekście za dużo.

Myślałam, że już orientuję się w tym świecie, ale po lekturze Ostatniego elementu okazało się, że raczej jednak nie za bardzo. Ponieważ opowiadanie zdecydowanie odbiega od historii, które przeczytałam do tej pory, ucieszyłam się, że przynajmniej w zakończeniu znalazło się coś znajomego. ;-)

 

Gdy upew­nił się, że po­zo­stał nie­zau­wa­żo­nym… – Gdy upew­nił się, że po­zo­stał nie­zau­wa­żo­ny

 

jego opa­słe ciało roz­le­wa­ło się po ogrom­nym fo­te­lu. – Wolałabym: …jego opa­słe ciało roz­le­wa­ło się w ogrom­nym fo­te­lu.

 

Za­uro­czo­ny Teo­dor scho­wał zna­le­zi­sko do we­wnętrz­nej kie­sze­ni płasz­cza… – Naprawdę był w płaszczu? Nie chce mi się wierzyć, że wisząc na linie, w płaszczu przechodził z dachu na dach?

 

Do­padł do wyj­ścia i szarp­nął za cięż­kie skrzy­dło… – Do­padł do wyj­ścia i szarp­nął cięż­kie skrzy­dło

 

Kilka me­trów w głąb po­dwó­rza, dwa pie­tra niżej… – Literówka.

 

Teo­dor pchnął opa­trzo­ne wi­tra­żem drzwi. – Drzwi mogłyby być opatrzone numerem, ale nie witrażem.

Proponuję: Teo­dor pchnął drzwi ozdobione wi­tra­żem.

 

Drugą zła­pał za stary re­wol­wer… – Drugą zła­pał stary re­wol­wer

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślałam, że już orientuję się w tym świecie, ale po lekturze Ostatniego elementu okazało się, że raczej jednak nie za bardzo. Ponieważ opowiadanie zdecydowanie odbiega od historii, które przeczytałam do tej pory, ucieszyłam się, że przynajmniej w zakończeniu znalazło się coś znajomego. ;-)

Dzięki. Ale czy to zawoalowane stwierdzenie, że minąłem się z tematem? ;-)

 

Dzięki za znalezione błędy, wprowadzę część poprawek po konkursie :-)

O, wreszcie jakiś tekst konkursowy nie koncentrujący się bez reszty na walce. Spodobał mi się motyw złodzieja. A do tego jeszcze zubożały szlachcic…

To co będzie z tymi spacjami przy myślnikach? Jakieś powtórzenia też się uchowały, ale nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka