- Opowiadanie: Bonawentura - Bitwa o Eld Hain - pierwsze starcie

Bitwa o Eld Hain - pierwsze starcie

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Bitwa o Eld Hain - pierwsze starcie

Zrzucił z siebie resztki osmalonego, spękanego pancerza skauta i krzywiąc się z bólu ruszył dalej, ku kolejnemu wzniesieniu – hałdzie zlepionego z ziemią żużlu. W zapadającym zmroku krajobraz Ziem Epicentrum był identyczny w każdą stronę. Ostre, kanciaste plamy czerni rysujące kratery i spieczone skały zlewały się z grafitowymi zygzakami pęknięć i rozpadlin. Mimo wielu lat minionych od Dnia Sądu wciąż nie było nawet śladu wegetacji roślin. Jeśli żyły tu jakieś zwierzęta, to kryły się w cieniach. Ranny zwiadowca liczył, że trafi na jeden z posterunków lub opuszczoną kopalnię, może na starą linię kolejową kryształowego urobku, ale nadzieja powoli wyciekała z niego wraz z krwią. Przybywało za to bólu i przekonania, że się zgubił.

Demony najwyraźniej zaniechały pościgu, być może uznając go za śmiertelnie rannego w ostatnim starciu, kiedy padła reszta jego oddziału. Niewiele się pomyliły, skaut słaniał się na nogach, z trudnością wlokąc pod górę pas z wyposażeniem. Na szczycie piaszczystego wzniesienia upadł. Pulsujący ból przytępiał zmysły, dezorientował zwiadowcę. Nie pamiętał jak długo pełznął, biegł, a potem coraz wolniej szedł, klucząc pomiędzy świadectwami gniewu Jedynego. Musiał dotrzeć do Eld Hain. Być może był jedynym żyjącym, świadomym, że hordy demonów są już gotowe do ataku na miasto. Kilkuletnie harce, podchody i potyczki skończyły się. Musiał ostrzec swoją ostoję, powiadomić Zakon o ataku, który nastąpi w ciągu najbliższych kilkunastu godzin. Teraz jednak postanowił złapać oddech, na krótką chwilę zamknąć oczy. Kiedy je otworzył, zmierzch zamienił się nagle w noc, a coś głodnego interesowało się jego przesiąkniętą krwią nogawką. Wrzasnął i wierzgnął nogami, a potem zaczął czołgać się w dół, zsuwać pomiędzy głębokie cienie. Z resztkami ekwipunku porzucił swoją odwagę i honor doborowego skauta. Krztusząc się pyłem i szorując po spękanym, twardym gruncie zrozumiał, że nigdy już nie zobaczy wież Eld Hain. Nie miał pojęcia gdzie jest, w którą stronę znajduje się miasto. Dłuższą chwilę czołgał się jak nakręcany automat, wdrapując wyżej i wyżej. Niemal poddał się rozpaczy, kiedy daleko na horyzoncie po lewej zobaczył rozbłysk. To nie mogło być nic innego jak wyładowanie na Wieży Światła! Rozerwane kryształową mocą chmury nad Eld Hain błyskały przez chwilę niebieskawo, upewniając zwiadowcą, że nie miał przewidzenia. Z trudnością wstał i na drżących nogach ruszył w stronę niknącej w oddali poświaty. Kryształowa emisja z iglicy, którą tak przeklinał mieszkając w ostoi, teraz mogła ocalić mu życie. Miał niewielkie szanse dotrzeć do miasta, ale z zerowych stawały się coraz większe. Zmusił się do truchtu i trzymania jednolitego kierunku, wyrównał oddech. Dotrze do miasta i przekaże raport. W ten sposób uczci poległych towarzyszy i zasłuży na awans. Otrzyma z rąk Kapłanów Święty Pancerz. Może nawet wybłaga przebaczenie dla swego brata?

Skaut wdrapał się na kolejne wzniesienie, najeżone kamiennymi ostańcami, może ruinami pałacyku sprzed Dnia Sądu, i… zobaczył armię. W całkowitej ciszy, może sto kroków przed nim, stały ustawione w ordynku przerażające, opancerzone i wielorękie bestie dzierżące monstrualną broń pełną zadziorów i ostrych jak żyleta krawędzi. Demony były zwrócone do niego plecami, jakby na czymś skupione, żaden się nie obejrzał. Czując, jak nogi się pod nim uginają, zwiadowca zatoczył się do tyłu, próbował odnaleźć na linii nocnego horyzontu swój dom, ostoję. Nie zdążył. Zza jego pleców, spod ziemi, wynurzył się nagle groteskowy, biomechaniczny kształt, mięso przenikające się z metalem, byt w swej naturze równie obcy demonom, jak ludziom. Jednym, szybkim ruchem, wyrwał zwiadowcy duszę wraz z wnętrznościami. Rozpruty trup osunął się na skrwawioną ziemię, pod którą zagrzebywał się już szybko drapieżca, wchłaniający jednocześnie swój łup. Na chwilę zapanowała cisza i bezruch, szeregi demonów stały jak zaklęte. A potem armia ruszyła.

 

Eld Hain, kilka godzin później.

Ciężkie, burzowe chmury, przyciągane wyziewami kryształowych hut, znów zaczęły gęstnieć się nad miastem. Powoli zbliżał się świt, kolejny dzień pełen lęku. Przedłużający się brak wieści od licznych grup zwiadowców źle wpływał na nastroje. Ulice wypełniał gęstniejący z każdą chwilą strach, plotki szerzyły się jak zaraza, od drzwi do drzwi, z ust do ust. Zakon milczał, nie prostując informacji, co dodatkowo powiększało zamęt. Mówiło się, że ostatecznie utracono łączność z ostatnią działającą kopalnią, że zapasy kryształu są na wyczerpaniu, choć właśnie teraz były tak bardzo potrzebne; że demony odcinają kolejne nitki sieci kolejowej łączącej miasto z pozostałymi ostojami… Coraz głośniej sarkano na Zakon, pytano o niezrozumiałą wolę Jedynego. Ludzkość wszak posmakowała już boskiego gniewu, od Dnia Sądu żyła zgodnie z wytycznymi Kapłanów, pod rygorem Świętego Kodeksu. Skąd więc ta kolejna próba? Dlaczego Jedyny pozwolił na pojawienie się demonów, na ich niekończące się zwycięstwa? Kto był temu winny? Być może to Kapłani czymś zawinili w oczach Jedynego? Dlaczego milczeli?

Trwający od pół roku stan wojenny oznaczał reglamentację żywności i dostępu do kryształowej energii. Oszczędzano wszystko i wszędzie. Jednocześnie Kapłani w świątyniach wzywali do wzmożonego wysiłku i absolutnego posłuszeństwa w obliczu zagrożenia eksterminacją ludzkości. Każdy przejaw herezji czy choćby defetyzmu był karany z cała surowością. Pod sztandarami wiary i posągami Aniołów – posłanników Jedynego, codziennie modliły się o cud tysiące ludzi. Cud jednak nie następował. Jad wątpliwości wżerał się coraz głębiej w religijne fundamenty Eld Hain.

Przyszli po niego nad ranem, właśnie zaczynał zmianę. Spoceni pracownicy warsztatu po kolei przerywali pracę, trącali się i odkładali narzędzia, patrząc ze zdziwieniem na przechodzącą trójkę Kapłanów w ozdobnych aketonach zakładanych pod pancerze. Zakonnicy zatrzymali się przed stanowiskiem Kerana, patrząc z rosnącą irytacją, jak spokojnie kontynuuje smarowanie precyzyjnego mechanizmu zegarowego. Był wśród nich brat-kapitan Falon i to on odezwał się pierwszy, suchym, niecierpliwym głosem.

– Jesteś potrzebny gdzie indziej, skazańcu.

Keran przerwał pracę i ostentacyjnie powoli wycierając dłonie spojrzał na mówiącego: wyższego, szczuplejszego i starszego mężczyznę, swego niegdysiejszego przełożonego w zakonnej dywizji.

– Posiwiałeś Falon. Ostatnim razem nazwałeś mnie inaczej. Słowo „renegat” było najdelikatniejszym z długiej listy. Czego chcecie?

Ton głosu i nieregulaminowy język zjeżył towarzyszy kapitana. On sam nie spodziewał się chyba niczego innego.

– Arogancki jak zawsze… – powiedział krzywiąc się z odrazy. – Niestety, okoliczności zmuszają nas do radykalnych kroków i tymczasowego… nagięcia Kodeksu. Odpokutujesz w lepszy sposób… i znacznie szybciej –  Falon uśmiechnął się przy tym paskudnie. Keran wiedział, co to znaczy. Co więcej, spodziewał się tego.

– Gdzie zostanę przydzielony? – spytał już grzeczniej, szybko porządkując precyzyjne narzędzia.

– Pierwsza linia, mur bastionowy, 100 metrów od barbakanu północnego dworca – mówiąc to, kapitan nie krył satysfakcji – Natychmiast! – dodał. Keran wzruszył nagimi, muskularnymi ramionami.

– Wiesz coś o moim bracie?

Na twarz Falona znów powrócił wyraz irytacji – To, co wszyscy. Jego oddział przepadł, podobnie jak inne zwiady wysyłane ostatnio. Idziemy.

Po chwili opuścili warsztat prac precyzyjnych, jeden z kilku przy tej ulicy. Na zewnątrz dołączyli do małej grupy rezerwistów i ludzi w sytuacji podobnej do Kerana. Cechowi czeladnicy ziewając, gapili się na nich z okien zakładów, gołębie wesoło gruchały na obsranych dachach. Pozornie dzień, jak co dzień. 

– Gdzie jest nieprzyjaciel? – Keran zdążył zadać kapitanowi jeszcze jedno pytanie, niespecjalnie licząc na odpowiedź.

– Zapewne blisko, renegacie.

– Zapewne, kapitanie?

– Jest blisko, a ty spotkasz się z nim przede mną. Z nim i z wolą Jedynego, skazańcu. Ruszać!

Obyło się bez ablucji i wspólnej modlitwy, w ogóle nie dano mu odwiedzić świątyni, co było niezwykłe, nawet w jego sytuacji i tych okolicznościach. Doprowadzono Kerana do koszar i od razu rozpoczęto Rytuał Rynsztunku, potocznie nazywany przez rycerzy „zakuwaniem”. Odziano go w grubą przeszywanicę i skórzany czepiec, potem zaczęto nakładać kolejne segmenty i warstwy pancerza. Nie był to słynny Święty Pancerz, jaki przysługiwał elicie zakonnego rycerstwa. Keran dostał używany, stary model zbroi szturmowej o blachach spinanych nitami, wyściółce śmierdzącej potem i krwią, z wyklepanym byle jak hełmem walcowym. Obok zakuwano w płyty wielu innych, pracując szybko i w milczeniu, w rytmie kryształoparowych młotów, przy dalekich trzaskach statyki i jazgocie szlifierek. Kerana zanitowano, wydano broń: puginał i dwuręczny miecz z wyszczerbioną kryształową warstwą na ostrzu. Pamiętał ciężar flamberga w rękach, świst powietrza przecinanego niebieskawą, płomienistą głownią. Zarzucił miecz na ramię pod regulaminowym kątem i spojrzał przez koszarowe okna na pobliską świątynię Jedynego. Wychodziła z niej grupa Świętych Rycerzy, w błyszczących błękitnych zbrojach wspomaganych iskrzącą mocą Jedynego i misternymi mechanizmami uczonych Zakonu. Potężne miecze, młoty, buzdygany i wielkie trójkątne pawęże, wszystko kute z domieszką aktywnych kryształów, nieśli lekko, swobodnie ale i z dumą. Kiedyś, w spokojniejszych czasach, Keran był jednym z nich, członkiem elity wojowników, przynajmniej do momentu, kiedy nie powiedział dwóch słów za dużo…

Wymaszerowali z koszar na ulice budzącego się wciąż miasta, ku północnej bramie i wzniesionemu obok dworcowi kolejowemu. Eld Hain powoli, z lękiem, rozchylało oczy i okiennice. Mieszkańcy popatrywali na zbrojnych ze zdenerwowaniem, taka ilość wojska zwiastowała najgorsze. Kilka razy krzyknięto za nimi piskliwe pytania o nieobecność Jedynego, karane według Świętego Kodeksu chłostą. Nie zareagowali. Keran przejął by się tym bardziej, ale myślał o swoim młodszym bracie, którego niegdyś rozczarował i, być może, na zawsze stracił.  

Słońce oderwało się już od postrzępionego horyzontu, kiedy po krótkiej zbiórce i motywującej gadce kapelana Zakonu wyciąg łańcuchowy wciągnął ich na grube, wzmacniane spiżem, kamienne mury szańcowe. Parapety posypano piachem, miał wchłaniać krew. Przez zęby blank dmuchał zimny wicher niosący pył i kurz z półdzikich terenów Pozamiasta i Ziem Epicentrum, skąd mieli nadejść oni. Demony. Zastępy Zagłady, jak nazywała ich wywrotowa, heretycka sekta, wierząca, że Jedyny pragnął unicestwienia wszystek grzesznej ludzkości po nieudanej próbie, jaką był Dzień Sądu.

Obok Kerana, po obu stronach na blankach stali rzędem jemu podobni. Mniej lub bardziej opancerzeni i dozbrojeni. Byli tam też łucznicy, metodycznie sprawdzający swe pierzaste pociski, i słynni Snajperzy – doborowi strzelcy wyposażeni w wielkie mechaniczne kusze; zabójcze, zegarowo-przekładniowe, samopowtarzalne urządzenia z których korzystać można było wyłącznie dysponując specjalnym pancerzem, wspomaganym błogosławionymi siłownikami. Ciężki bełty ze zubożałego aktywnego kryształu przebijały wszystko i zasięgiem dorównywały parowym arbaletom montowanym na platformach. Keran spoglądał w dół, na rozgrzewane słońcem przedpole, kiedy ktoś trącił go w ramię. Obok stał żylasty, mocno zarośnięty brunet z włócznią tarczową zasilaną tornistrową siłownią, dźwiganą na metalowym stelażu i grubych parcianych szelkach. Szczerzył zdekompletowane zęby tak długo, aż Keran go rozpoznał. 

– Na Jedynego i Technikalia! Rober, myślałem, że zostałeś Pielgrzymem?

Czarnowłosy wyszczerzył się jeszcze bardziej – Ker, ty łajdaku, ciebie też miło widzieć żywego. Zauważyłem cię na placu apelowym, ale nie chciałem wierzyć. Tak, pielgrzymowałem po Epicentrum i dalej, ale jakiś miesiąc temu cofnięto nas wszystkich do miasta. Nie protestowałem…

Mężczyźni przez chwilę patrzyli na siebie, przywołując wspólne wspomnienia. Keran znów spojrzał za mur i kiwnął.

– Gdzieś tam jest Titon. Nie spotkałeś go może?

– Nie. Od naszej degradacji i kary nie widziałem chłopaka. Skaut, tak? Poszedł w ślady ojca. Rozmawiałeś z nim po..?

Keran pokręcił głową – Raz, krótko i w gniewie.

Zapadło milczenie. Dawni przyjaciele spojrzeli na pusty tor, prowadzący hen, w dal, a potem na Pozamiestnych – nielicznych uchodźców warunkowo wpuszczanych za mury Eld Hain, wciskających się do uchylonej bramy, pędzonych strachem i nadzieją na bezpieczne schronienie. Obok nich kołysał się nadzorca Zakonu – czujący się zapewne jak w kazalnicy Kapłan, umoszczony w kołysce kierowniczej kraboidalnego, mechanicznego Golema. Te pokracznie kroczące, ale wywierające odpowiednie wrażenie pojazdy bojowe, patrolowały zarówno okolicę miasta, jak i główne ulice ostoi, a ostatnio nawet place przed świątyniami. Keran chciał to skomentować, ale ludzie na murach zaczęli nagle pokrzykiwać i wskazywać na horyzont, który się… poruszał. W barbakanie zagrzmiał dzwon, potem jeszcze jeden. Po chwili dołączyły do nich parowe gwizdki głównych domów cechowych miasta. Obwieszczano zagrożenie. Zatrzaśnięto spiżowe wierzeje bramy, zazgrzytały rygle, opadła ciężka krata. Zbrojni obsadzający barbakan i przyległe mury zaczęli się krzątać, łapać broń i sprawdzać rynsztunek. Były to dźwięki ostateczne, nieodwracalne; zamiast dodawać doświadczonemu wojownikowi otuchy, sprawiły, że Keran się wzdrygnął, a potem zadrżał patrząc na szybko nadciągającego wroga. Stojący obok Rober dysponował powiększającym okularem, ale nie korzystał z niego. Gapił się i klął powoli, namiętnie, jakby robił to po raz ostatni w życiu.

Do Eld Hain zbliżała się wielka, szeroko rozciągnięta armia demonów, legiony bestii w nieprzebranej ilości kształtów i wielkości. Ziemia drżała i jęczała, rojące się na niej zastępy przywodziły na myśl robactwo pełzające po twarzy gnijącego trupa. Głodne, wściekłe, żądne krwi i bólu. Robactwo groźne, monstrualne, po zęby uzbrojone i najwyraźniej wystarczająco karne by maszerować w zwartych, jednolitych oddziałach. Były tam istoty rodem z koszmaru szaleńca, karykaturalne i wynaturzone chimery, istoty dwu i czworo nożne, zakapturzone ptasie sylwetki otoczone kłębami zgniłożółtych oparów, rogate stwory obwieszone kościanymi trofeami i dzierżące czarne, lepkie ostrza. Garbate, gadopodobne ogarołaki, wijące się ślimacze wężydła i wiele innych kształtów nie mających analogii czy wzorców nawet w tak udręczonym świecie. To wszystko zbliżało się do murów najważniejszej ostoi ludzkości z jednoznacznym, złowrogim celem.

Keran potrząsnął głową, jakby uwalniał się spod działania uroku i może faktycznie tak było. Za plecami słyszał głośno recytowane modlitwy wzmacniające morale i wolę. Pojawili się Kapłani-oficerowie, do Snajperów dołączyli operatorzy ognistych miotaczy i ich ładowniczy, krzyczano komendy, powtarzano i roznoszono rozkazy, nadbiegali kurierzy, tylko medycy i noszowi spokojnie rozkładali swoje rzeczy. Jeden ze zbrojnych nie wytrzymał, rzucił broń i zaczął zbiegać z murów krzycząc coś o swojej rodzinie, przynajmniej do momentu, kiedy nie przerwał tego pneumatyczny kafar dzierżony przez mechanicznego Golema. Na nikim nie zrobiło to wrażenia. Nie w obliczu demonów, nadciągających po drugiej stronie muru. Keran znów spojrzał na przerażającą hordę. „Zginę tu dzisiaj” przemknęło mu przez głowę, do nozdrzy dotarł dziwny zapach kadzielnic i niepokojące dźwięki, przypominające brzęczenie wściekłych pszczół uwięzionych w puszce.

– Czego oni chcą? – usłyszał ciche pytanie Robera. Z trudem przełknął ślinę i zmusił się by odpowiedzieć.

– Nie wiem Rob. Pewnie nie dowiemy się, dopóki sobie tego nie wezmą.

Horda zbliżyła się do skraju efektywnego zasięgu broni strzeleckiej i nagle stanęła. Wysoko, nad kamienicami, placami i świątyniami Eld Hain, niósł się podszyty paniką ludzki gwar i zderzał z kłującą w uszy ciszą przedmurzy. Demony czekały. Stały tam, pewne swego, nieprzebrane, niepokonane, wymowne. Trwało to długo, bardzo długo, ale nie dawało szansy na oswojenie z sytuacją.

Tym razem to Keran zagadnął pierwszy.

– Rob, spójrz tam, na prawo, od zachodu, wzdłuż torów. To nasi? Zwiadowcy?

Rober opuścił na oko gruby monokl lunety i wyciągnął szyję.

– Wyglądają… Tak, to nasi, widzę sztandary Jedynego… To Święci Rycerze, choć takich pancerzy wcześniej nie widziałem, pokrywa je niebieski szron, pewnie kryształowa powłoka… i inny typ hełmów. Co oni tam robią? Zamarudzili na tyłach?

– Widzisz insygnia ostoi? Są od nas?

– Nie, to nie znaki Eld Hain. Może inne miasto, nie rozpoznaję. Wygląda na to, że będą się przebijać!

– Mają szansę, pierścień się jeszcze nie zamknął – powiedział bez przekonania Keran.

– Nie uda się, są za daleko, pewnie zmęczeni – Rober parsknął – Powinni tu dotrzeć koleją, lub pojazdami, a idą pieszo.

– Demony na pewno odcięły główne tory jako pierwsze. Wyglądają na bezrozumne bestie ale to pozory. Możemy odmawiać im człowieczeństwa, ale nie inteligencji. 

Rober zachichotał – To za takie opinie odebrano ci święcenia?  

– Mniej więcej – Keran spróbował się uśmiechnąć, ale chyba zapomniał, jak to się robi – Nie wygraliśmy dotąd żadnej potyczki z demonami i to nie z powodu ich przewagi liczebnej.

– Nie ma co Ker, potrafisz podnieść morale. Jesteś pewny, że znajdujesz się po właściwej stronie muru? – Rober urwał na chwilę, poprawiając ustawienia lunety –  Keran, oni walczą! Z flanki uderzyły na nich jakieś czterorękie diabelstwa. Odbijają się od rycerzy, zbroje i tarcze iskrzą, błyskają! Na Jedynego! Święci zwierają szeregi, formują klin i biegną! Powinniśmy im pomóc, wyskoczyć z odsieczą!

– Ochłoń Rober, Kapłani nikogo nie wyślą, ryzyko jest za duże. Zresztą, to może być podstęp!

Keran widział już wyraźnie Świętych Rycerzy biegnących wzdłuż torów, nie potrzebował lunety i gęby Robera. Ludzie na murach zaczęli głośno dopingować zbliżający się oddział, najwyraźniej wyposażony w nową generację kryształowych pancerzy. Wówczas przebudziła się cała armia demonów. Zaczęły otaczać miasto, rozlewać się po równinie niczym piekielny potop, zamykając ostoję w uścisku grozy. Niejako przy okazji demony zwarły się ze świętymi wojownikami zbliżającymi się do bramy. Moc Jedynego, błogosławiona technologia, trening i wiara zderzyły się z bestialską furią i diabelską siłą niczym dwa rozpędzone pociągi, w ogłuszającym huku i wrzaskach towarzyszących rzezi. Rycerze odparli jeden, drugi i trzeci atak, ale ich szeregi zatrważająco szybko topniały. Słaniali się na nogach brodząc we własnej krwi, wspierając na ciałach zabitych. Czwarta fala demonów zatopiła ich ostatecznie. Doping z murów ucichł jak zarżnięty. Wycie zwycięskich bestii rozrywających i tratujących wojowników Zakonu niosło się daleko. Ludzie na blankach spluwali lub obracali wzrok.

Nie wszyscy Święci Rycerze zginęli. Demony wyniosły z pobojowiska kilku półżywych wojowników Jedynego, obdartych z pancerzy i godności. Zmaltretowane, ruszające się jeszcze ciała rzucono przez szeregi hordy, z których wystąpiły złowrogie sylwetki bestii najwyraźniej otoczonych autorytetem, Prymatów demonów. Zrobili coś z krwią umierających ludzi, w powietrzu zaskwierczało od czarów. Wiatr przyniósł na mury dziwny, szeleszczący dźwięk, brzmiący jak „ish”. Rzeczywistość straciła na chwilę klarowność, perspektywę i proporcje. Mury Eld Hain zdawały się maleć, uciekać spod nóg zgromadzonych na blankach obrońców, zastępy demonów zaś mnożyły się, rosły, potężniały, odbierając miastu powietrze, światło i odwagę. Egzorcyści Zakonu czekali w gotowości, rzucili swe rytuały przeciwko diabelskim zabiegom nieprzyjaciela. Błogosławione przez Jedynego moce Kapłanów zwarły się ponad duszami ludzi z szamańskimi klątwami krwi na podobieństwo żywych, choć niewidzialnych stworzeń, powodując u obrońców murów dygot, omamy i ataki paniki. Keran, słysząc jak Rob opróżnia obok żołądek, walczył ze sobą, poddając w wątpliwość swoje człowieczeństwo, kwestionując istnienie Jedynego i sens oporu przeciwko potędze hordy. W końcu wszystko minęło. Legiony demonów nie ruszyły się o krok, ale obrońcy czuli, jakby stoczyli najtrudniejszy bój w swoim życiu.

Zaatakowali miasto w południe. Nie zagrały surmy, zabrakło tarabanów, śpiewu maszerujących, komend i wznoszenia sztandarów. Wcześniej doszło do jakiegoś zamieszania we wrażych zastępach, być może krwawo dyskutowano wybraną taktykę. Chwilę potem demony po prostu ruszyły, jednomyślnie, całkowicie posłuszne jakiemuś wewnętrznemu głosowi. Pierwsze szeregi rzuciły się do szturmu chwilę po tym, jak z muru wystrzelono grad pocisków. Szczękały mechanizmy dalekosiężnych kusz Snajperów, gwizdały bełty arkubalist, jęczały naciągi katapult, strzały długich łuków zaćmiły niebo. Operatorzy ogniowych miotaczy, krzycząc modlitwy, zalali przedmurze płomieniami. Setki napastników padły, naszpikowanych pociskami, rozprutych, spopielonych, stratowanych przez kolejne, napierające szeregi. Tysiące dotarły do murów i zaczęły się na nie wdrapywać, wskakiwać, tworzyć żywe drabiny. Długie łańcuchy, zakończone hakami i kotwicami, zazgrzytały na blankach, napięły się z chrobotem, obciążone przez wspinające się szybko demony, z których wiele płonęło lub dymiło. Niektóre z bestii zaciekle bodły lub gryzły podstawę kamiennych murów, inne rozpoczęły mozolne podkopywanie ścian, nie zwracając uwagi na bombardujące i przeszywające pociski czy ogień.

Keran i Rober spięli się w sobie, zacisnęli dłonie na broni, panowali nad oddechem, jak ich uczono niegdyś w przyświątynnej akademii.

– Zabić wszystkich! – wrzeszczał kapłan-oficer kilka metrów dalej – Jedyny na was patrzy! Nie zawiedźcie go! Odeprzeć wroga, niech wracają do piekieł!

Zanim zdarł gardło, coś strąciło go z parapetu, może wystrzelony z dużą siłą hak lub demon wrzucony na mury przez roślejszego pobratymca. Keran nie zastanawiał się nad tym. Obok z hukiem pojawiła się ciężka żeliwna kotwica z przytwierdzonym łańcuchem, a moment później miedzy zębami blanków wyrósł szkaradny, trójoki łeb pokryty rogatymi wyrostkami. Świat Kerana zamienił się w dźganie, rąbanie, parowanie uderzeń i cięcie. Demony pojawiały się coraz szybciej, na murach materializował się cały kalejdoskop groteskowych, śmiercionośnych kształtów, który trzeba było wciąż i wciąż wysyłać w dół, kaleczyć, spychać, zabijać. Miecz stawał się coraz cięższy, parapet szybko nasiąkał krwią. Potrącano się wzajemnie, ślizgano, wyto i szlochano. Noszowi przepychali się między walczącymi, próbowali zabierać rannych, podawać wodę, ale nawet umierający nie mieli dla nich czasu. Wszędzie tam, gdzie demony wtargnęły na parapet, kierowano posiłki, spychano nieprzyjaciela z powrotem w dół, w kłębiącą się masę bestii, na rosnący stos trupów.

Rober, wprawnie operując swoją włócznią tarczową, dwukrotnie ocalił Keranowi życie. Warczący piłogrot ciął twardą, zrogowaciałą skórę demonów równie łatwo jak ich pancerze. W pewnej chwili tornistrowe siłowniki włóczni odmówiły jednak posłuszeństwa, poddały się jakiemuś uderzeniu topora. Rober zrzucił z pleców zbędny ciężar, przyszpilił do ściany żółtoskórego, gadopodobnego napastnika, a potem potknął się, przewrócił, wypuścił włócznię. Na chwilę odsłonił tors chroniony tylko cienkim napierśnikiem. Szpony kolejnej, tym razem kudłatej bestii, rozdarły zbroję Robera, jakby była zrobiona z papieru, otworzyły mężczyźnie brzuch, wyszarpnęły lśniącą, szkarłatną zawartość i uniosły ją w górę. Keran doskoczył, z krzykiem uderzył barkiem prostującego się demona, okręcił się, nie mając miejsca i czasu na długi miecz poprawił okutym łokciem i zepchnął diabelstwo za mur. Spadająca maszkara ciągnęła za sobą jakieś lepkie, purpurowe sznury. Keran spojrzał na wyjącego Robera, na jego rozszarpany brzuch i zorientował się, że demon pociągnął ze sobą jelita umierającego, których resztki, obłąkańczo podrygując, wyskakiwały z korpusu, jakby nie miały końca. Ślizgając się we krwi, potrącając innych walczących, Keran zamachnął się i jednym cięciem zdekapitował przyjaciela. Poczuł, jak ten obraz wypala mu się w umyśle na zawsze, niczym rozpalone piętno.

Wokół nagle zrobiło się luźniej, nadbiegała zmiana obsady. Dziękując za to Jedynemu Keran zjechał po prętach najbliższej drabiny do stanowiska wsparcia, wydającego wodę. Z trudnością ściągnął hełm. Obok miał sobie podobnych – ludzi o twarzach jakby ugotowanych, oczach wypełnionych obłędem, rzygających, ściskających kikuty kończyn albo fragmenty ciał towarzyszy. Zanurzył głowę w lodowatej wodzie, parsknął, chwycił podany kubek wina, ale gardło nie chciało przełykać, zadławił się, stęknął i osunął na kolana.

– Lepiej być męczennikiem niż potępieńcem – usłyszał obok znajomy głos. To Falon z pomocą akolity-adiutanta sprawdzał mocowania kryształowego kirysu. Pod pachą trzymał wielokątny hełm z wytrawionymi symbolami Świętych Technikaliów. W tle miał skrwawione blanki i rozmazane sylwetki walczących. Krzyki konających, wrzaski furii.

– Musimy ich odeprzeć, renegacie! – rzucił Falon, wkładając hełm. Obwód jego pancerza zamknął się i zbroję otoczyła błękitna poświata mocy. W kierunku pobliskiej bramy pobiegło za nim kilkunastu zbrojnych. Keran dźwignął się z pomocą jakiegoś pomocnego ramienia, wychylił kubek wina i wrócił na mur. Jazgotały tam piłomiecze i włócznie tarczowe, tnące w kaskadach iskier łańcuchy i kotwy nieprzyjaciela. Śmierdziało spalenizną. Zjawiło się więcej Snajperów i dzięki temu pierwsze szeregi demonów na chwilę przerzedziły się, pierwsza fala ataku załamała się. Szykowała się już druga. Pod mury nadbiegali rośli demoniczni wojownicy o zwierzęcych, rogatych pyskach, w stalowych pancerzach obwieszonych kościanymi trofeami, dzierżący olbrzymie maczugi i topory o długich styliskach. Wdrapali się na stosy trupów, ugięli nogi o podwójnych kolanach i wskoczyli na blanki.

Keran skrzyżował miecz z żeleźcem olbrzymiego topora i jego flamberg pękł na dwoje. Mężczyzna zachwiał się, zdążył jeszcze wbić ułomek miecza w pachwinę przeciwnika, kiedy coś trafiło go w głowę, zdzierając hełm z fragmentem ucha i skalpu. Upadł na jakieś ciało. Pociemniało mu w oczach, zemdliło, poczuł jakby krew miała rozsadzić mu czaszkę. Odruchowo zasłonił się lewą ręką i stracił ją w łokciu. Miedziane nity trysnęły na boki razem z krwią. Zobaczył cień wznoszącego się ponownie topora. Ale cios nie nadszedł. W zgiełku bitwy pojawił się nagle nowy ton. Za rogatym demonem stojącym nad Keranem, wyrósł większy, bardziej wynaturzony kształt. Biomechaniczny konstrukt, upiorny mechanizm obciągnięty skórą na podobieństwo napiętego płótna. Jego sekatory zwarły się ze szczekiem, rozcinając rogatego w pasie. Przez krótką chwilę Keran nie wiedział, na co patrzy. Miał absurdalne, ale dojmujące wrażenie obecności swojego brata, Titona. Może to przez utratę krwi i szok, ale przysiągł by, że to Coś także go rozpoznało.

Rozliczne chwytaki mechomorfa przekształciły się, zabrzęczały i w błysku niebieskiego światła wyrwały Keranowi duszę, zlewając ją z mnogością innych, nieustannie nienasyconych jaźni rezonujących w błękitnym krysztale  jądra konstruktu. Keran rozpłynął się w czymś, co niedawno pochłonęło jego brata. Dla nich obu walka o ostoję Eld Hain skończyła się na dobre.

Koniec

Komentarze

Tytuł to masz sugestywny ;D

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Końcówka pierwszej sceny – ładna. Ale z odległości 100 kroków mogliby coś usłyszeć?

 

Motywy religijne – fajne. Z tym niedokończonym dziełem Jedynego. Ogółem bardzo naturalnie wślizgnąłeś czytającego w rozterki wyznaniowe.

 

Rozmawiałeś z nim po..? – Brak jednej kropki? :P

 

Nie do końca zrozumiałem położenie oddziału, miasta i demonów za pierwszym czytaniem.

 

Wiatr niosący Ish… Mhmhm, tasty!

 

Walka klimatycznie opisana, aczkolwiek mam wrażenie, że pod koniec czegoś zabrakło. Kurcze, tak się wczułem już w ten swąd…

Gdzie ci nienasyceni się znaleźli ? Na murze?

Wydaje mi się też, że zbyt łatwo odpuściłeś duszę walczącego. To końcówka tekstu. Powinno być bardziej dramatycznie! Tak, żeby ciarki przeszły jak już się nie uda ;].

 

Całość tekstu… Odnoszę wrażenie, że Robera można było wyciąć a wstawić więcej batalii. Postać nic nie wniosła, a bitwa i opisy demonów szły Ci bardzo fajnie :).

 

/ Jaaf

Niczego nowego do świata gry opowiadanie nie wnosi.

Ale jest ładnie sklamrowane.

Bardziej przemówił do mnie opis sytuacji i nastrojów w mieście jeszcze przed bitwą, niż sama walka.

Opowiadanie, mimo że niczego nowego się zeń nie dowiedziałam, przeczytałam bez najmniejszej przykrości. ;-)

 

Ro­ze­rwa­ne krysz­ta­ło­wą mocą chmu­ry nad Eld Hain bły­ska­ły przez chwi­lę nie­bie­ska­wo, upew­nia­jąc zwia­dow­cą, że nie miał prze­wi­dze­nia. – Czy rzeczywiście skaut musiał upewniać się zwiadowcą, że nie jest jasnowidzem? ;-)

upew­nia­jąc zwia­dow­cę, że nie miał przywi­dze­nia.

 

Zmu­sił się do truch­tu i trzy­ma­nia jed­no­li­te­go kie­run­ku, wy­rów­nał od­dech.Jednolity kierunek, to jaki?

Może: Zmu­sił się do truch­tu i trzy­ma­nia wyznaczonego kie­run­ku, wy­rów­nał od­dech.

 

Cięż­kie, bu­rzo­we chmu­ry, przy­cią­ga­ne wy­zie­wa­mi krysz­ta­ło­wych hut, znów za­czę­ły gęst­nieć się nad mia­stem. – Zbędny zaimek zwrotny.

 

Po­win­ni tu do­trzeć ko­le­ją, lub po­jaz­da­mi, a idą pie­szo. – Masło maślane. Czy można iść inaczej, nie pieszo?

 

Lu­dzie na blan­kach splu­wa­li lub ob­ra­ca­li wzrok. – Jak i czym można obracać wzrok? ;-)

Pewnie miało być: Lu­dzie na blan­kach splu­wa­li lub odw­ra­ca­li wzrok.

 

No­szo­wi prze­py­cha­li się mię­dzy wal­czą­cy­mi, pró­bo­wa­li za­bie­rać ran­nych, po­da­wać wodę, ale nawet umie­ra­ją­cy nie mieli dla nich czasu. – Dlaczego umierający mieliby mieć czas dla kogokolwiek, a szczególnie dla noszowych?

 

W pew­nej chwi­li tor­ni­stro­we si­łow­ni­ki włócz­ni od­mó­wi­ły jed­nak po­słu­szeń­stwa, pod­da­ły się ja­kie­muś ude­rze­niu to­po­ra. – Raczej: …pod­da­ły się ude­rze­niu jakiegoś to­po­ra.

 

Jego se­ka­to­ry zwar­ły się ze szcze­kiem, roz­ci­na­jąc ro­ga­te­go w pasie. – Sekatory zwarły się jak psy, szczekając, czy może za szczękiem, jak na sekatory przystało? ;-)

 

Może to przez utra­tę krwi i szok, ale przy­siągł by, że to Coś także go roz­po­zna­ło.Może to przez utra­tę krwi i szok, ale przy­siągłby, że to Coś także go roz­po­zna­ło.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie dzięki za wszystkie uwagi , przydadzą się na przyszłość. Mimo korekty zostawiłem wiele literówek…

Ładna klamra, czyta się bez bólu, oczywiście – bo to bitewniak – jest proporcjonalnie spory opis samej walki, co ja tak akurat średnio kocham w krótkiej formie, wolę w powieści, gdy oprócz tego jest więcej wszystkiego.

 

Znaczy, nieźle wyszło, z tą duszą brata. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Interesujący motyw z duszami braci, ale reszta mi nie przypadła do gustu. Bo ja nie przepadam za opisami walki.

Wykonanie nadal szwankuje: zagubione podmioty, literówki, czasem jakiś problem z pisownią (roz)łączną…

opancerzone i wielorękie bestie dzierżące monstrualną broń pełną zadziorów i ostrych jak żyleta krawędzi.

W tym świecie używali żyletek?

100 metrów od barbakanu północnego dworca

W beletrystyce liczby raczej piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka