- Opowiadanie: Wilk który jest - Karczma na przełęczy

Karczma na przełęczy

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

regulatorzy, S. Leiss

Oceny

Karczma na przełęczy

Poczuł, że wzrok mu słabnie, jakby go zaczęła ogarniać ślepota. Oparł cały ciężar ciała na kosturze i spróbował wspiąć się jeszcze kawałek. Nie zdołał, ciężko dysząc, upadł na świeży śnieg. Nie miał siły, by unieść utrudzone ciało. Dotknął policzkiem zimnej materii. „Poleżę tylko chwilę i ruszę dalej” – pomyślał Leszek, młody książęcy poseł.

Gdy odzyskał świadomość, słońce stało już wysoko. Nie mogąc się podnieść, obrócił się tylko na bok. Białe szczyty gór zlewały się w jedną całość z wełnianymi chmurami na niebie. Poszukał dłońmi czegoś, co dałoby punkt zaczepienia dla palców. Nie znalazłszy, utrudzony srodze tą próbą, padł na plecy z rozkrzyżowanymi ramionami. Dyszał ciężko, ale serce, zamiast walić jak młot kowalski, kiedy mistrz pokazuje czeladnikom na czym majstersztyk polega, wyraźnie zwalniało. Miał wrażenie, jakby wchłaniała go jakaś niepojęta, a bezdenna głębia. Jak ryba wyrzucona ciosem niedźwiedzia na brzeg, rozpaczliwie zaczął łapać powietrze. Poczuł, że palce mu drętwieją, a resztka ciepła z ciała gwałtownie znika. Szarpnął się gwałtownie.

– Po prostu umierasz, człowieku… – głos, który usłyszał, nie wyrażał żadnych emocji.

Leszek z przerażeniem spojrzał w stronę źródła dźwięku. Wytrzeszczając oczy, dostrzegł zarys postaci. Zamrugał i spróbował wysunąć głowę w tym kierunku. Kilka łokci dalej tkwił na skale prawie przezroczysty twór humanoidalny. Połyskiwał bladoniebiesko, na tle zimnej bieli ośnieżonych gór. Demon siedział w kucki, otulony skrzydłami. Dłońmi, zakończonymi szponami, masował palce stóp. Dostrzegłszy wbity w siebie wzrok, stwór przeciągnął się i rzekł:

– Spokojnie człowieku. Nic bardziej ludzkiego niż umieranie. Posiedzę tu i poczekam, aż skończysz… – po tych słowach wsparł głowę na sękatych kolanach i wciąż masując długie palce stóp, zapatrzył się gdzieś w dal.

– Pomóż mi… – ledwie dosłyszalnym głosem powiedział Leszek.

Demon wyrwał się z zadumy i spojrzał z zainteresowaniem na człowieka, który zdawał się upierać, by pozostać przy życiu.

– Zaklinam cię na wszystko, co dla mnie święte. Dopomóż mi, ocal… – każdą z wypowiedzianych przez posłańca sylab oddzielał ciężki oddech.

Demon wpatrywał się przez chwilę w oczy mężczyzny.

– Przecież ci obwieściłem człowieku, co uczynię. Dotrzymam ci towarzystwa, nie będziesz sam. Możesz na mnie patrzeć. Z czasem dostrzeżesz moje niepowtarzalne piękno.

Leszek całą wolę skupił na odzyskanie czucia w kończynach. Futrzana czapka zsunęła się z głowy, odsłaniając przetłuszczone, jasne włosy i twarz, bielszą teraz niźli śnieg. Demon przekrzywił rogatą czaszkę i ze skupieniem studiował rysy umierającego. W końcu wzruszył ramionami, wyciągnął skrzydło i prawie przezroczystym, połyskującym błękitem piórem, dotknął policzka książęcego emisariusza. Młodzieniec poczuł, jak parzy go skóra. Sięgnął ręką do miejsca oparzenia i wtedy uświadomił sobie, że zdołał wykonać ruch.

– Dalej radź sobie sam – powiedział stwór. Rozpostarł skrzydła i skoczył w przepaść, niknąc szybko Leszkowi z oczu.

Mężczyzna usiadł. Czuł intensywnie, jak życie do niego wraca. Przesunął się do najbliższej skały i oparł o nią plecami. Spojrzał przed siebie. Przestrzeń otwierała się przed nim na wiele mil. Nie mąciły jej żadne strużki dymu, które wskazywałyby osiedla, czy obozowiska. Dawno przekroczył tereny zamieszkałe. Minął ziemie, na których kończy się wypas zwierza hodowlanego. Przebył lasy – krainy turów, niedźwiedzi i wilków. Wczoraj wkroczył między potężne szczyty gór bezimiennych, konsekwentnie brnąc ku przełęczy. Obozował wśród nienazwanych przez nikogo kamiennych kolosów, które jawiły mu się większymi, niż królowa gór polskich zwana Łysą, leżąca setki mil stąd w Ziemi Sandomierskiej.

Rozejrzał się wokoło. Po lewej stronie widział szczyty, przypominające wielkie kopce, czy kurhany, po prawej inne były góry, o ostro zakończonych i stromych krawędziach. Wyraźnie odcinających się na tle potężnego masywu, wielokroć obszerniejszego niż samo wzgórze wawelskie, który zamykał horyzont z tej strony.

Wawel… Gdy mijał go ostatnio, wyglądał jak kot przestraszony nagłym warknięciem ogara. Całe mury obsadzone były przez ludzi z kopiami, którzy w skupieniu, ale i trwodze czekali na szturm Tatarów pustoszących od tygodni polskie dzielnice.

Był to moment, w którym ruszył z książęcym dokumentem, jako emisariusz. Najpierw dotarł do obozów pasterskich. Tam wyszykował się do dalszej drogi. Po dwóch dniach marszu ujrzał przed sobą szczyty gór bezimiennych. Odnalazł znaną już sobie drogę ku przełęczy. Nie dał się skusić ułudzie dolinek, zapraszających do siebie zielenią traw i różnobarwnością kwiatów. Znał je – po długich marszach prowadziły pod pionowe ściany, nie do pokonania. Tę drogę, na którą wszedł wczoraj, znaleźli kiedyś z przyjacielem Bolkiem. Miał pewność, że wiedzie do przełęczy, za którą spodziewał się znaleźć dogodne przejście do Czech. Tam kupi konia i ruszy najpierw na dwór czeski, a potem i na Węgry, o ratunek w starciu z mongolską dziczą prosić.

Na początku wspinaczki najwięcej czasu zajęło mu przekonanie samego siebie, że szybciej się iść nie da. Pogodzony z tym faktem, mając za towarzystwo tylko siebie, drogę i pojawiające się czasem kozice, po stokroć zwinniej od człowieka wspinające się po skałach, zaczął odczuwać w pełni piękno i swoistą grozę samotności. Znał to uczucie ze swoich wędrówek. Widział już trochę świata. Miał ogładę posłowi niezbędną. Licząc sobie dwadzieścia trzy wiosny, piąty już raz wkroczył tu, gdzie nie bywał nikt. Między ośnieżone kolosy gór bezimiennych, które pasterze zwali piekielnymi i o których wspominali z niechęcią.

Trawers zajął mu więcej czasu, niż się spodziewał. Może to kwestia ciężaru tobołka, może fizycznie wyczuwana presja, a może pamięć zawodna. Bo wydawało mu się, że ten odcinek był i krótszy i łatwiejszy. Kiedy szedł tędy jesienią z przyjacielem, droga upłynęła im na miłej pogwarce. Ani się obejrzeli, a przepaść po lewej ustąpiła wypiętrzeniu i ze wszystkich stron otoczyły ich góry. Później, kiedy trzykrotnie wracał, by ciało Bolka znaleźć i godnie pochować, szedł po truchło jakby nieprzytomny. Nie doświadczając wcale tego, co droga daje – przeżycia każdego kroku i tego szczególnego stanu ducha, który stanowi fundament, oczyszczenia myśli ze zmartwień codziennych i spokojnych.

Na dużą równię dotarł, gdy słońce rozglądało się już za godnym miejscem na spoczynek. Pospiesznie zbudował sobie legowisko wśród chojaków gatunku, który tu tylko występuje. O drewno na opał było trudno. Brak drzew liściastych nie pozwalał liczyć na to, by zdobyć większe polano, czy chrustu nazbierać. Mokre gałązki smreków nie chciały się zająć żarem. Zrezygnował po wielu próbach z beznadziejnej walki o wzniecenie płomieni. Wpełzł do swego prowizorycznego mieszkania i postanowił przeczekać noc. Ta przyszła chłodna… Rano wstał z trudem. Popatrzył na mokre gałązki i nie podjął nawet próby ich rozpalenia. Oderwał kawałek bochna i zjadł z solonym mięsem. Wypił łyk przedniego miodu – dar samego księcia i ruszył w dalszą drogę. Nim słońce stanęło wysoko, ujrzał przed sobą jezioro i przełęcz, na której śmierć zabrała Bolka.

Wspominał teraz tamtą wyprawę. Próbowali zobaczyć, co jest dalej, poza tym górskim jeziorzyskiem o wodzie prawie czarnej. Znaleźli naturalną drogę, wiodącą zygzakami pod górę. Wydawało im się, że za dnia dopadną przełęczy i będą się mogli napawać widokiem, jakiego nikt inny ani nie widział, ani nie opisał. Mozolnie brnęli ku krawędzi. Droga okazała się jednak trudniejsza niż sądzili. Słońce ostrzegło ich w końcu, ubarwiając czerwienią szczyty, że dzień się niebawem skończy. Naradzili się przez chwilę. Leszek chciał wracać, biwakować nad jeziorzyskiem i drugiego dnia ruszyć przed świtem, ponawiając atak. Bolek wzrok miał płonący, owładnięty obsesją celu i mówił, że muszą iść dalej. Ruszył też szybko ku górze, zostawiwszy bagaże. Przyszły poseł książęcy zachował się lojalnie wobec towarzysza. Położył pod głazem swój tobołek i jął piąć się tropem przyjaciela. Ciemność zastała ich wciąż tkwiących na ścianie, niemogących dostrzec dalszej drogi ku górze, ani trasy powrotnej. Zmuszeni okolicznościami zabiwakowali. W nocy sypnęło obficie śniegiem. Tuląc się do siebie, czekali brzasku. Leszka obudził czyjś głos. Otworzył zapuchnięte oczy. Bolek leżał na wznak i rozpaczliwie próbował się podnieść. Głowę miał obróconą ku zachodowi i szeptał do kogoś niewidocznego.

Przyszły poseł książęcy spróbował dźwignąć majaczącego druha. Ten jednak nie miał siły, by powstać. Wytrzeszczonymi oczami spojrzał na Leszka i szepnął, z trudem łapiąc oddech:

– On – wskazał wzrokiem na zachód – mówi, że umieram… – głowa opadła mu na skałę. Leszek, sam wielce osłabiony, starał się go podnieść. Czuł ziąb ogarniający ciało towarzysza. Zdołał go wreszcie dźwignąć. Nie był jednak w stanie z bezwładnym ciałem zrobić ni kroku. Położył więc Bolka na ziemi. Ściągnął swój kaftan i okrył nim wędrowca. Sam ruszył ku dołowi – byle do bagaży, byle do flaszki z trunkiem, byle do odzieży i jadła!

Znalezienie drogi ku tobołkom nie okazało się takie proste. Dotarł do nich wreszcie, trawiąc wiele czasu, na poszukiwania bezpiecznego zejścia. Wyrzucił ze swej sakwy wszystko. Wziąwszy tylko butle z wodą, flaszkę miodu i nieco chleba, z mozołem ruszył do Bolka. Gdy zdawało mu się, że dotarł na miejsce, zawołał przyjaciela. Odpowiedziało mu tylko echo. Krzyknął znowu, jakiś ptak zerwał się z wrzaskiem i zaczął krążyć nad jego głową.

„Ech, gdybyż to trawa była, znalazłbym niezawodnie ślad, gdzie Bolek spoczywał i ruszył jego tropem, jeśli zdołał się z miejsca oddalić” – myślał gorączkowo. Jak jednak znaleźć odcisk na skale? Tego nie wiedział. Nikt ze znanych mu wędrowców takiej sztuki nie potrafił… Śnieg już stopniał w pogodnych promieniach słonecznych. Po śliskich głazach szło się o wiele trudniej. Wspinał się długi czas, starając się trzymać kierunku wytyczonego dnia poprzedniego. Wtedy jednak to Bolek szedł jako pierwszy, a on wędrował za nim, nie był więc pewien dokonywanych wyborów. W końcu przystanął i rozejrzał się po okolicy. Musiał być dużo wyżej, niż dotarli wczoraj, bo horyzont wypełniły liczne, nieoglądane dotąd szczyty…

Zawrócił i w promieniach zachodzącego słońca dotarł do bagaży. Otulił się we wszelką odzież – swoją i Bolkową i tak noc przeczekał. Nazajutrz znów przeszukiwał zbocze i nawoływał. Żadnego śladu, żadnego głosu. Tylko góry w swej potędze i obojętności wobec ludzkiej śmierci. Tylko kozice unoszące czujnie uszy, gdy krzyczał. Tylko ptaki krążące nad głową.

Jadło zaczęło się kończyć. Pił stopniały śnieg, który znów obficie spadł w nocy, a teraz spływał wąskimi strużkami po skałach. Wreszcie pojął, że albo swych starań poniecha, albo sam tu zemrze. Poszedł ostatni raz ku górze. Krzyż z kamieni ułożył i zmówił nad nim cichą modlitwę. Ruszył po pomoc, zabierając ze sobą oba tobołki. Po kilku dniach wycieńczony i utrudzony dotarł do pustoszejących na zimę szałasów pasterskich. Mówił, że przyjaciela w górach bezimiennych zostawił. O pomoc błagał, ale nikt z nim z powrotem iść nie chciał. Pasterze prowadzili już swe stada na zimowe leże. Zostawili mu jedynie jadło i napitek, pozwolili w szałasie pozostać i szczerze współczuli poniesionej straty.

Gdy odpoczął, sam postanowił wrócić na drogę ku przełęczy. Nie spodziewał się żywego towarzysza znaleźć. Pragnął tylko ciało godnie pogrzebać. Śnieg zaczął jednak sypać i na równinach, co zmusiło go do odwrotu i szukania kwatery w ziemi krakowskiej.

Dłużyły mu się te mroźne miesiące. Niecierpliwie wypatrywał wiosny, by wyruszyć ku bezimiennym szczytom i ostatni obowiązek wobec przyjaciela wypełnić. Wreszcie dni cieplejsze przyszły, a wraz z nimi najazd tatarski… Ciężka jazda ponosiła jedną klęskę za drugą. Przybyli rycerze zakonni, zaprawieni w bojach z innowiercami, zbyt byli nieliczni, by los odwrócić. Raz jeden widział ich Leszek w walce, gdy na przewodnika się zgłosił. Stanowili zakonnicy ariergardę, którą raz po raz atakowali skośnoocy wojownicy, uzbrojeni w łuki, okrągłe tarcze i zakrzywione szable. Wszyscy, którzy widzieli z nim to starcie, mieli okazję podziwiać sprawność bojową, odwagę i nade wszystko cierpliwość chrześcijańskich pancernych.

Leszek patrzył ze wzgórza na rycerzy w białych płaszczach z czarnymi krzyżami. Widział, jak ustawiali szyk, zwracając kopie w stronę nadciągających Tatarów. Wszyscy spodziewali się, że zaraz ławą ruszą na pogan, tak, jak czyniliby to nasi. Rycerze Zakonu Najświętszej Marii Panny czekali jednak, aż przeciwnik zamarkuje atak i odskoczy. Świadomi byli swej siły, która budziła grozę we wrogach. Jeszcze jednak bardziej świadomi byli swojej bezsilności w starciu z lekką i szybką jazdą na otwartej przestrzeni. Gdyby Europejczycy zagnali tatarskich jeźdźców w jakiś wąwóz bez wyjścia, wcisnęliby ich w jego ściany, jak rozochocony pijaczyna, wbija korek w butelkę, by trunek mu się nie wylał. Na rozległym polu lekka jazda była jak sfora psów, która niedźwiedzia dopadłszy, kąsa i odskakuje, nim ten cios śmiertelny łapą zada.

Dzięki cnocie cierpliwości łacinników, Mongołom nie udało się szyku straży tylnej rozedrzeć. Tracąc zaś energię i czas na niezliczone próby rozproszenia Krzyżaków, pozwolili innym, bezpiecznie do bram grodu krakowskiego dotrzeć.

Bramy zamknięto. Kto żyw wyszedł na mury. Tatarzy z wolna podchodzili pod Wawel, niosąc śmierć, pożogę, gwałt i grabież. Uradzili panowie, by do władców Czech i Węgier emisariuszy posłać. Z grona ochotników wybrano trzech. Pierwszy ruszył traktem, wozem jadąc i w asyście zbrojnych. Drugi samotrzeć tylko, konno, bocznymi drogami i leśnymi ścieżkami. Trzecim wreszcie został Leszek, o którym już wiedziano, że bywa w górach bezimiennych i – jak sam głosił – zna drogę na czeską stronę przez przełęcz wysoką.

***

Ciepło powróciło w przemarznięte członki. Wstał z trudem. Był sam. Ani cienia demona nie widział, choć rozglądał się czujnie. Tylko śnieżna biel skał i szarzejące niebo, z którego wiatr przegnał precz białe obłoki. Rozcierając dłonie, przysiadł z powrotem. Wydobył z sakwy kawał solonej dziczyzny i przeżuł spory kęs. Popił jadło miodem. Pomyślał przez chwilę o odwrocie, lecz wtedy od szczytu górującego nad przełęczą zeszła lawina. Z trwogą patrzył na jęzor śniegu przesuwający się szybko w dół. Potworny huk tysięcy kuźnic wypełnił cały umysł wędrowca. Ziemia pod nim drżała i zdawało się, że za chwilę, te straszliwe wibracje dotrą do korzenia skały i cała góra pęknie. Zapadła wreszcie cisza. Cisza, jakiej w życiu nie doznał. Tak, jakby cały dźwięk zapadł się w nicość, by nigdy nie powrócić. Wciąż mając oczy szeroko otwarte z przerażenia, odwrócił się twarzą do stoku. Zarzucił tobołek przez ramię i oparł się o kostur. Zadarł głowę wysoko i przez chwilę badał drogę ku szczytowi. Powoli ruszył do widocznej na tle nieba krawędzi. Po paru ledwie krokach dotarł do miejsca, w którym ułożył jesienią krzyż z odłamków skalnych. Rozejrzał się za ciałem przyjaciela. Nic nie wskazywało na obecność bolkowego truchła, ni smród, ni padlinożercza gadzina.

Droga stawała się coraz trudniejsza. Im bliżej przełęczy, tym szło mu się gorzej. Nieraz musiał zawracać, by spróbować innej ścieżki. Utrudzone ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Słońce chyliło się ku zachodowi. Wzrok znów mu zaczął słabnąć. Nie wiedział, co robić. Do pokonania pozostawał jeszcze spory kawałek. Nogi ślizgały się na skałach. W końcu upadł i uderzył o kamienie. Leżał wtulony w skałę i dyszał ciężko. Noga bolała, powietrze z trudem wypełniało płuca. Czuł zwalniający rytm serca, umysł zaczął mu się mącić. Brodę wsparł o kamień. Oczy otworzył szeroko i zamrugał, starając się odzyskać ostrość widzenia.

– Co z nim? – usłyszał głos wybijający się ponad szmer w uszach.

– Umiera – odpowiedział demon, tym samym spokojnym i obojętnym głosem.

– Nie możemy go tak zostawić! – ten pierwszy głos dotarł do uszu posłańca. – Ja nie mogę!

– A co zrobisz? – demon tym razem wykazał zainteresowanie.

– Mógłbyś go unieść do karczmy!

– Nie moja to jest rzecz – odrzekł demon, a głos znów nie zawierał emocji. – Ciekaw byłem, co ty zrobisz.

Leszek zamknął powieki. Wtedy usłyszał szept, tuż przy swoim uchu.

– Leszku, Leszku, to ja… Nie zasypiaj, wstań, wskażę ci drogę.

Ten dźwięk brzmiał znajomo. Posłaniec poczuł, że serce zaczyna bić żywiej. Zdołał wyciągnąć rękę w kierunku, w którym spodziewał się znaleźć ludzkie wsparcie. Natrafił jednak na pustkę.

– Nie, nie… Ty sam. Dasz radę – mówił głos. – Jestem i będę przy tobie. Wstań i idź ku górze, do karczmy.

Leszek uniósł głowę i spojrzał w stronę przełęczy. Na tle ciemniejącego nieba, dostrzegł zarys dachu, ciepłe, żółtawe światło sączące się z okien i gościnnie otwartych drzwi. Widok ten wyzwolił w nim nadzieję na ratunek. Słabe członki odzyskały siłę na tyle, by mógł stanąć na dygoczących nogach.

– Brawo, bardzo dobrze – usłyszał głos. – Dasz radę. Rusz trawersem w lewo, tam znajdziesz ścieżkę ku górze.

Leszek uczynił, co mu polecono. Faktycznie, po kilku zaledwie krokach i minięciu dużego głazu znalazł dogodny szlak, wyglądającą jak stopnie wykute w kamieniu. Oparł się o skałę i zbierał przez chwilę siły na dalszy marsz. Chciał zakrzyknąć ku karczmie. Uznał jednak, że jeśli posiadaną resztkę energii przeznaczy na wołanie, może braknąć mu mocy na wspinaczkę. Zdjął z pleców sakwę, która mu wielce ciążyła i upuścił ją u stóp głazu. Powoli oderwał się od kamienia i uczynił chwiejny krok ku przełęczy.

– Dobrze Leszku, po prostu idź. Nic więcej, idź w górę – bijący spokojem głos brzmiał mu w uszach.

Posłaniec z mozołem ruszył w stronę celu. Ciemności zapadły już zupełne. Widział tylko światła na przełęczy. Po prawej stronie towarzyszyła mu skała. Po lewej przeczuwał przepaść. Nie trwożył się jednak. Słyszał krzepiące słowa. Stopnie, które go prowadziły, były wygodne. W mroku nie widział urwiska, umysł więc mu się nie mącił, od przewidywania potencjalnych nieszczęść.

– Widzisz, już próg – te słowa wyrwały go ze stanu, w którym cały oddany był tylko i wyłącznie zrobieniu kolejnego kroku. Głowę miał opuszczoną i zdawało mu się, że nie ma już siły, by ją dźwignąć. Ze środka oberży dobiegał miły gwar. On zaś dotknięty niemocą, patrzył na swoje stopy, których zarys odcinał się wyraźnie na szarym kamieniu. Przed ich czubkami dostrzegł drewniany próg. Za nim podłogę zrobioną z tarcic. Wyciągnął przed siebie ręce. Wymacał futrynę. Oparł się o nią i zrobił krok.

Gdy wszedł do gospody, wszelkie dźwięki nagle zamilkły. Nikt nie rozmawiał, nikt się nie śmiał, nie brzęknął już żaden sztuciec, ni kielich. Cisza trwała przez chwilę. Wreszcie usłyszał, jak ktoś wstaje. Przechodzi przez salę i zatrzymuje się obok niego. Poczuł, że ten, który podszedł, węszy, jakby nie dowierzając innym zmysłom.

– Żyjący człowiek – rzekł wreszcie. – Po dwóch wiekach spokoju, znowu się trzeba będzie przenieść wyżej – dodał rozbawionym głosem.

– Zmiłowania… – wyszeptał Leszek. – Zmiłowania dobrzy ludzie.

Śmiech wypełnił gospodę.

– A to dobre! – ktoś rzucił.

– Musimy cię rozczarować wędrowcze – dodał inny głos.

– Ni jednego tu człeka krom siebie nie znajdziesz – zakończył trzeci.

Gdy gwar przycichł, ten, który jako pierwszy do niego podszedł, zapytał zebranych:

– Wpuścić do stołu, czy zepchnąć?

Wtedy odezwały się głosy, które towarzyszyły mu w drodze. Jako pierwszy wypowiedział się ten, który dodawał mu otuchy.

– Ja go tu przywiodłem! To druh mój, który z narażeniem życia kilka razy po truchło moje wracał! Nawet kiedy już nadzieja na odnalezienie żywego nie istniała!

– Tak, to on – jak zwykle bez emocji dorzucił demon.

– A, skoro tak, to w progi nasze prosimy! Dziś na chwilę, a za czas jakiś może i na dłużej, na dużo dłużej! – ozwał się, nie czekając, na ewentualne głosy sprzeciwu ten, który zebranych o decyzję pytał.

Leszek nie miał siły drgnąć. Jeszcze chwila a runąłby na podłogę, ale nim to nastąpiło, ktoś dotknął jego karku. Poczuł ciepło biegnące po krzyżu. Uniósł głowę i rozejrzał się po gospodzie.

Składała się ona z jednej, dużej izby o pobielonych ścianach. Przed nim stał długi stół z biesiadnikami. Po lewej widniał wielki, biały piec, w którym radośnie trzaskał ogień, płonący bez widocznego paliwa. Za piecem stał kontuar. Przed nim odrębny stół, przy którym siedziało jeszcze kilka postaci.

– A napatrz nam się, napatrz – ktoś rzucił ze śmiechem. – A potem siadaj człowieku, nowin żeśmy ciekawi!

– Poproście wilki o pomoc. Niech jakie mięso dla żywego przyniosą. Inaczej nam tu z głodu i wycieńczenia umrze, a to by było doprawdy niestosowne – krzyknął pogodnym głosem pełniący funkcję gospodarza.

Wzrok Leszka przyzwyczaił się po chwili do świateł w gospodzie. Odkrył też, że to nie jego spojrzenie jest tak mało ostre, ale postacie siedzące przy stołach, są jakby przezroczyste, blade. Za tym odrębnym stołem siedziały cztery skrzydlate demony. Ich sylwetki połyskiwały delikatnym błękitem. Za kontuarem stał rogaty stwór barwy ciemniejszej, przypominającej mrok panujący w głębi jaskini, gdy do niej w słoneczny dzień zajrzeć. Biodra miał przepasane fartuchem, zdobionym nieznanymi posłańcowi symbolami, złożonymi z ryb i winorośli. Demony popijały z wysokich, srebrnych naczyń o fantazyjnych kształtach i wciągały w usta płomienie, z żarzących się na końcu długich lufek. Zaciągnięty w czeluści ogień zamieniały w swym wnętrzu w strużki dymu, które wypuszczały nozdrzami.

„Ogień rodzi się, zjada swoje pożywienie, po czym umiera” – przypomniał sobie nagle Leszek wykłady z retoryki. Z trwogą popatrzył znów, jak żywy ogień znika we wnętrzu demona, a powraca pod postacią dymu i rozwiewa się w nicość. Dziwnie przerażał go ten widok zaiste nie z tego świata. Jeden z palących odsunął cybuch od ust. Spojrzał nieruchomy wzrokiem w twarz Leszka. Bez wyraźnego zainteresowania zerkał przez chwilę na przybysza. Potem skinął mu łbem i oddał się bez reszty trawieniu płomieni w swych czeluściach.

Leszek przeniósł spojrzenie, na biesiadników zgromadzonych przy stole. Ci mieli blade, ale rozpoznawalne barwy. Dostrzegł w ich gronie kilku chłopów w pasterskich kapeluszach, grupkę wędrowców w skórzanych kaftanach przepasanych sznurami oraz paru rycerzy w zbrojach pradawnych i usługujących im krępych pachołków. Towarzystwo uzupełniał zbój o srogiej minie, na stałe wyrytej na jego pysku, przez twarde życie. Towarzyszyła mu smukła kobieta, o twarzy upiększonej plątaniną łagodnych zmarszczek, z łagodnym uśmiechem przyjmująca hołdy zebranych.

Nagle drzwi otworzyły się. Stanął w nich czarniejszy od nocy wilk z białym jagnięciem w pysku. Jego połyskujące żółcią ślepia spoczęły na Leszku.

– Dziękuję wilczemu rodowi! Jesteśmy na wasze usługi! – rzekł rycerz, który uniósł się z miejsca, a książęcy posłaniec rozpoznał w nim tego, który pełnił funkcję gospodarza.

Wilk złożył owieczkę na podłodze. Wyprostował się i wyszedł w noc.

– Duchu karczemny! Przygotuj jadło żywemu! A ty – zwrócił się do Leszka – siadaj tu przy nas! – wskazał mu gestem miejsce na ławie.

Poseł zasiadł wśród widm. Biesiadnicy uśmiechali się do niego znad szklanic. Niebawem pojawił się przed nim talerz z jagnięciną i kamienne naczynie z gorącą wodą przyprawioną aromatycznymi ziołami. Uczynił nad jadłem znak krzyża i urwał palcami kawałek mięsiwa.

– Jedz, jedz! Do piania kogutów czas jest! – rzekł rycerz wśród zebranych przodujący. Na te słowa powrócił gwar rozmów, prowadzonych w języku, którego mimo bywania w świecie i posiadanej ogłady Leszek nie znał. Nie śmiał też nikogo zagadnąć. Krzepił ciało ciepłą strawą, zbyt zmęczony, by stawiać sobie pytania o to miejsce i jego mieszkańców. Przywykł już zresztą, że w drodze bierze się od losu to, co ona daje. Dziś dała mu ostoję w gospodzie pełnej demonów i widm.

Gdy skończył jeść, wypytywali go o to, co się dzieje na świecie. Pomrukiwali, gdy o grozie tatarskiego napadu opowiadał.

– Stąd droga na Czechy daleka – odezwał się gospodarz, gdy książęcy posłaniec ze szczerością cel swojej wyprawy wyjawił. Podróż sprzyja zawieraniu przedziwnych przyjaźni i otwieraniu serca przed obcymi, zwłaszcza gdy tęsknota za ludźmi zbytnio przygniecie serce wędrowca. – Nie znasz trasy, nie masz jadła, a coś mi się nie widzi, żebyś tu wiele upolował. Zawróć młodzieńcze. Góry obejdź od zachodu. Las cię wykarmi i ochroni.

Pozostali kiwali głowami. Wierzył, że zejście z gór jest tuż za przełęczą. Teraz pojął, że góry bezimienne ciągną się daleko na południe. Droga zaś którą przebył, to dopiero przygrywka do trudniejszych wyzwań. Zasmucił się srodze. Za oknami noc zaczęła ustępować szarówce. Leszek zebrał się wreszcie na odwagę i rzekł:

– A wy kim jesteście i co tu robicie.

Rycerz rzekł spokojnym tonem.

– My, jesteśmy tymi, którzy czekają, aż duch ich z grani, ku niebu odleci. A ci tam – wskazał brodą na demony – to towarzysze wierni nasi.

W tym momencie gospoda rozwiała się jak dym wypuszczany z nozdrzy demona. Blady świt chłodnym wiatrem polizał Leszkowe policzki. Spojrzał przed siebie. Dostrzegł potężne szczyty wyłaniające się z mroku, wypełniające cały horyzont.

Odwrócił się i poszukał wzrokiem kamiennych stopni. Nie znalazł ich. Powoli ruszył w dół. Nieraz musiał zawracać, by spróbować innej drogi, gdy pozornie łatwiejsze ścieżki, wyprowadzały go nad przepaście. Słońce stało już wysoko. Nie miał prowiantu. Chłód przenikał do szpiku kości. Nie mogąc znaleźć drogi powrotnej, skierował wzrok ku południu. Ze strachem przeszedł przez przełęcz i powoli zaczął schodzić na stronę, z której według widm, już nie miał znaleźć odwrotu. Dotarł do dna doliny i legł obok strumienia. Pił długo wodę, która wydawała się być zimniejsza niż lód. Powstał i popatrzył wokoło. Dolina sprawiała wrażenie zamkniętej ze wszystkich stron. Po chwili zastanowienia ruszył w kierunku zachodzącego słońca. Zmrok zastał go wygłodniałego u stóp wysokiej, skalnej ściany. Nie znalazłszy schronienia zabiwakował na świeżym powietrzu, dygocąc z zimna. Świateł karczmy nigdzie w ciemności nie zdołał dostrzec.

Gwiazdy błyszczały nad nim jasne i wydawało mu się, że tylu ich naraz w życiu swym całym nie widział. Słabnąca głowa opadła mu na kolana, które wypełniał postępujący od czubków palców chłód. Poczuł, iż ogarnia go znużenie tak wielkie, że nie zdoła go przemóc. Spróbował się poruszyć i wtedy usłyszał głos.

– Umierasz człowieku, posiedzę przy tobie.

Dziwnie pokrzepiony obecnością demona, zamknął oczy i z myślą o miejscu, do którego zmierza, zasnął.

Koniec

Komentarze

Lubię twoje opowiadania. Podoba mi sie słowiański klimat, ale zawsze brakowało mi fantastyki. W tej opowieści fantastyki jest dużo i są to dobre pomysły. Gdybym mógł kliknalbym bibliotekę.

by unieść utrudzone ciało ku górze. – normalnie dyżurny numer: a unieść do dołu?

Dotknął policzkiem zimnej materii. – śnieg nazwać materią? Może lepiej puch albo powierzchnia?

Jak ryba wyrzucona ciosem niedźwiedzia na brzeg, – w pierwszej chwili chciałam powiedzieć, że ciosy to mają słonie, ale za chwilę zajarzyłam. Lepiej byłoby chyba (i prościej) napisać łapą

Kilka łokci obok niego tkwił – kilka łokci dalej

całą wolę skupił na odzyskanie czucia – na odzyskaniu

Nie mąciły jej żadne stróżki dymu – jest piętnowana stróżka! A się zdziwisz, bo powinno być strużka (od struga, a nie od stróża)

Drugi samotrzeć tylko – samotrzeć wcale nie oznacza pojedynczo, chyba powinno być somojeden albo zwyczajnie samotnie 

Powoli zaczął opuszczać się w dół. – nie da się opuścić w górę.

Nie znalazłszy schronienia zabiwakował na świeżym powietrzu – to świeże powietrze w środku dzikich gór to trochę zbytek łaski, nie uważasz?

Lubisz wędrować? – Bo piękne opisy stanów ducha podczas samotnych wędrówek. I piękne opisy samych gór i górskich przyjaźni. Zdarzyło mi się czytać opowieści Wawrzyńca Żuławskiego, który sam zginął w górach, niosąc pomoc przyjacielowi – było w nich tyle samo miłości, podziwu i pokory dla potęgi gór, co u Ciebie.

Motyw posłańca skojarzył mi się z Trylogią (szczególnie, że napisałeś, iż trzech wysłano).

 

Właściwie opowiadanie podobało mi się, choć nie widzę sensu, że przyjaciel i demony najpierw go ratują i zapraszają do swojej kompanii, a potem pozwalają umrzeć. Choć może on w tej karczmie na przełęczy już umarły był? 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

unieść utrudzone ciało ku górze

Białe szczyty gór, zlewały się – zbędny przecinek

mistrz pokazuje czeladnikom, na czym majstersztyk polega – zbędny przecinek

Zamrugał i spróbował wysunąć głowę w tym kierunku. – wybacz, ale skojarzyło mi się z żółwiem wysuwającym głowę ze skorupy ;)

Dłońmi zakończonymi szponami masował palce stóp. – jakoś mi nie leży początek tego zdania – może to tylko moje czepialstwo, ale albo zmieniłabym szyk trzech pierwszych słów, albo wrzuciła między przecinki zakończonymi szponami

które pasterze zwali piekielnymi i, o których wspominali z niechęcią – zbędny przecinek

Zrezygnował po wielu próbach, z beznadziejnej walki – zbędny przecinek

Dzięki cnocie cierpliwości Mongołom nie udało się szyku straży tylnej rozedrzeć. – nie pojmuję tego zdania – dzięki jakiejkolwiek cnocie raczej coś się udaje, niż nie udaje; chyba chodziło Ci o cnotę rycerzy, nie Mongołów, ale wyszło słabo

krzyknął pogodnym głosem, ten pełniący funkcję gospodarza – zbędny przecinek i zastanawiam się, czy też nie jest zbędny ten

 

Nie jestem pewna, czy wszystkie te przecinki wyłapałam, ale przykłady masz :) 

 

Niby opowieść nie za długa, ale były momenty, gdy mnie znużyła. Chyba odzwyczaiłam się od tego typu opowieści. Generalnie jednak spodobała mi się historia biednego posłańca. Ładnie opowiedziana podróż, poprzeplatana wspomnieniami, które nie są dla samej ozdoby, ale mają swoją kontynuację w przyszłości. 

Na plus też kontekst historyczny. Historyk wprawdzie ze mnie żaden, więc nie zweryfikuję tego kontekstu, ale całość ładnie wygląda. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawy pomysł, choć trochę mi się opowieść dłużyła. Jednak zakończenie opowieści wyczekiwaną śmiercią, którą najpierw pogardził, przypadło mi do gustu.

Nie wiem, czy mogę sobie pozwolić na zwrócenie uwagi, ale rzuciło mi się w oczy, ale nie chcę się mądrzyć

Na początku wspinaczki najwięcej czasu zajęło mu przekonanie samego siebie, że szybciej się iść nie da. Pogodzony z tym faktem, mając za towarzystwo tylko siebie,

 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

@belhaj

Dzięki za dobre słowo! :-) Cieszę się, że rewolucja idzie w dobrą stronę! :-)

Pozdrawiam! Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

To ja to odebrałam inaczej, najpierw demon dał siłę i wybór. Uzdrowiony mógł zawrócić i przeżyć no prawie, ale może ukrył by się dobrze przed wyrokiem za nie wykonanie poselstwa. W gospodzie był żywy, ale tam chciałam się czepić ziół u umarłych, ale skoro to była mara? I ciekawość – dlaczego wysłali wilki na polowanie? Wiem mało znaczące ale i tak mnie zaintrygowało.wink

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

@bemik

O, dzięki za poświęcony szmat czasu i mega robotę!

1 – Armia śpiewa na płycie „Legenda”: „unieś, unieś dokąd chcesz”, jak więc widać i dół nie jest wykluczony! ;-)

2 – wszystko składa się z materii, puch też – więc się zgadzam. :-)

3 – łapą… – hm, może uderzeniem? Przemyślę!

4 – łokcie – OK, dzięki!

5 – strużka – pękam! :-D

6 – samotrzeć oznacza: we trzech i o tym tu jest mowa ;-)

7 – opuszczać – poczułem się opuszczony…

8 – świeże powietrze – motylanoga, ale jak dam np. „otwartą przestrzeń, „czy, pod chmurką”, to też będzie – z tego punktu widzenia – overkill. OK – rozważam! :-)

 

Góry – nawiązanie do pomnika na Kalatówkach mam nadzieję widoczne? Dzięki – zbieram się do napisania czegoś więcej o samym sensie łażenia po górach i wycierania tyłka o kamienie. Tyle, że Jan Krzysztof Kelus już dużo wyśpiewał w utworze: „Piosenka pasożyta społecznego”. :-)

A myślałem, że tło mojego avatara – dzieło rąk Safiru – wszystko na temat związków z górami objaśnia. ;-)

 

Śmierć Leszka – demon był obojętny od samego początku, więc taka postawa wynika z jego natury. Karczma zaś znika o świcie. Sądzę tez, że duchy są widoczne i mogą działać w stosunkowo niewielkim oddaleniu od niej.

 

Raz jeszcze dzięki za czas, komentarze i wszystkie dobre słowa!

Pozdrawiam serdecznie, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@śniąca

Bardzo dziękuję! „Wierzę w znaki”, podpisano: Interpunkcja. Same słuszne uwagi. patrzę na tę swoją „pachę Achillesa” (copy Tytus) i płaczę…

 

Powiadasz, że dłużyzny były… Jak to w drodze! :-)

 

Osadzenie w realiach – staram się! :-) Z Krakowa ocalał Wawel i kościół św. Andrzeja, ale tego już Leszek nie wiedział. Czesi zaś zatrzymali się od dzień drogi od Legnicy. Nie biorąc udziału w klęsce. Po stronie chrześcijan walczyli m.in. templariusze, Krzyżacy, Joannici, najemnicy z zachodu nawet bitni górnicy ze Złotoryi. Czesi nie przybyli – jako sojusznicy cesarza, stanowili główny problem monarchii wczesnopiastowskiej. Zdecydowanie większy niż Niemcy.

 

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze: piękne dzięki!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@KK

Dzięki za uwagi! Możesz – tu wszystko wolno, a autor musi to jakoś przeżyć, nie tracąc przy tym pogody ducha! :-D

Dziękuję za znalezione powtórzenie – poprawię!

Ziele w karczmie… – jest tu postać ducha karczemnego, którego stan de facto nie jest określony. Domony coś palą. Jesteśmy na pograniczu średniowiecznej oikumene. Szanse na to, że jarają tytoń, są więc żadne. Może da się to też dodać do wrzątku?

Dlaczego wilk – no wiesz, nick zobowiązuje! :-D ;-)

Potrzebny mi był nocny łowca, potrafiący działać na dużej wysokości. Wilk jest „tatrzański” i dlatego on.

 

Raz jeszcze dziękuję za komentarze i pozdrawiam!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilk to element który w większym lub mniejszym stopniu pojawia sie we wszystkich twoich opowiadaniach które czytałem.

Słuszna uwaga!

Bardzo szanuję te stworzenia i ich miejsce w dziejach ludzkości. Wilczycę kapitolińską, żelaznego wilka etc. Po żywiołowej polemice z Empatią, która miała miejsce pod moim opowiadaniem zgłoszonym do Dragonezy2014 (”Biała wilczyca i tajemnica smoczych decyzji”), postanowiłem się silniej pozycjonować na tym polu eksperckim. :-)

Staram się, żeby te wilki miały swoją naturalną, wilczą rolę, choć opartą na domniemaniach i potencjale kulturowym. Mam nadzieję, że to się udaje.

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilk również jest bliski mojemu sercu, wyszłam za jednego ;) Na twarzoksiążce mam tylko dwa zdjęcia, te które znacie i oczywiście Wolfa

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Gratulacje! :-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ciekawa koncepcja. Mnie też najpierw się niektóre opisy dłużyły, ale potem doszłam do wniosku, że jednak informacje w nich zawarte były potrzebne.

Nie mąciły jej żadne stróżki dymu

A te biedne kobiety ciągle pilnują dymu…

Przekroczył lasy – krainy turów, niedźwiedzi i wilków. Wczoraj wkroczył między potężne szczyty gór bezimiennych

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Dzięki!

Redundancją – w mojej ocenie – jest tylko ta cnota cierpliwości łacinników. Miałem ją w cholerę wywalić, ale jak zacząłem ciąć równo z glebą, to wyszły wilcze doły, które by czymś trzeba zasypać. Pozostała więc, jako dygresja. Aha, oparte – o cierpliwości w walce z niewiernymi – na źródle opisującym piechotę Ryszarda Lwie Serce w trakcie krucjaty. Podobno szli konsekwentnie w swoich grubych kaftanach, choć odzienie mieli naszpikowane strzałami do tego stopnia, że przypominali jeże.

Korekta – tak, tak – jeszcze nie zasiadłem do edycji: wybaczcie!

Dzięki za dobre słowo („ciekawa”)! :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Fajna, prosta historia, którą – mimo pewnych usterek – przeczytałam z zainteresowaniem. 

Usterki to m.in. interpunkcja, o której już na pewno ktoś napisał, to też to nieszczęsne “unieść ku górze”.

Mam wrażenie, że retrospekcje (które generalnie nie są złym zabiegiem) tutaj są zbyt długie i zbyt szczegółowe w stosunku to trzonu opowieści. Nieco gubisz przez to klimat i napięcie.

 

Masz czasem tendencję do zdań niepotrzebnie przekombinowanych – jak np. tu:

Dyszał ciężko, ale serce, zamiast walić jak młot kowalski, kiedy mistrz pokazuje czeladnikom, na czym majstersztyk polega, wyraźnie zwalniało swój bieg.

Młot kowalski – ok, ale ten mistrz i czeladnicy to już lekka przesada. ;) No i końcówka tego zdania – wystarczyłoby “zwalniało” – wiadomo przecież, co. 

Podobnie tu:

Demon wyrwał się z zadumy i spojrzał z zainteresowaniem na człowieka, który zdawał się upierać przy pozostaniu przy życiu. – wystarczyłoby – “zdawał upierać się przy życiu”.

 

To są w sumie drobiazgi, ale takich oczywistych dookreśleń w tekście trochę masz i mnie to nieco wybijało z rytmu. Aha, i nie raz już pisałam, że długie zdania same w sobie mi nie przeszkadzają (często sama ich używam), ale długie nie oznacza przekombinowane.

Jednak nie wszędzie tak jest, sporo masz zdań naprawdę ładnych i klimatycznych.

 

Niezbyt mi się podobał fragment, w którym Leszek wchodzi to karczmy. Bo to jest taki blok prostego opisu – najpierw opisujesz wnętrze, potem przebywające w nim osoby. Warto by to było jakoś urozmaicić, zrobić opis mniej oczywistym, mniej schematycznym.

 

Natomiast zakończenie (i cała koncepcja tego umiera – nie umiera – umiera), jak i scenografia opowieści – przypadły mi do gustu.

Dzięki Ocha za uwagi!

Z powyższego biorę sobie do serca: „fajna historia”, „przeczytałam z zainteresowaniem” i „przypadła mi do gustu”! ;-)

A serio – dzięki za uwagi. Powiadasz, że za dużo baroku, w czasach gotyku? Pomyślę! :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk

P.S. Karczma, to karczma – inaczej nie będzie! ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ale nie chodzi mi o to, że karczma schematyczna. :) Tylko opis. 

Nieschematyczny opis karczmy-karczmy? Pomyślę… :-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ale wiesz o co mi chodzi?

Jak domniemam o to:

“Niezbyt mi się podobał fragment, w którym Leszek wchodzi to karczmy. Bo to jest taki blok prostego opisu – najpierw opisujesz wnętrze, potem przebywające w nim osoby. Warto by to było jakoś urozmaicić, zrobić opis mniej oczywistym, mniej schematycznym.“ ;-)

Ale co dokładnie masz na myśli, oczywiście nie. Śmiało możesz doprecyzować!

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Do Karczmy na przełęczy dotarłam dopiero dziś, bo to i lata już nie te, i wędrować kazałeś głównie zimą. Jednakowoż, mimo trudów podróży, dojrzałam urodę opisywanych miejsc, a całą opowieść znalazłam wielce zajmującą, w dodatku ubarwioną niecodziennym spotkaniem z równie osobliwymi bywalcami wyjątkowej karczmy. Bardzo mi się spodobała ich swoista symbioza z dzikimi zwierzętami, a szczególnie wilk, występujący w roli dostawcy świeżej jagnięciny. ;-)

Dobrze że, nie gubiąc niczego z charakterystycznego dla Ciebie snucia opowieści, dodałeś świetnie pasujące elementy fantastyczne.

 

Oparł cały cię­żar ciała na ko­stu­rze i spró­bo­wał wspiąć się choć tro­chę wyżej. – Ponieważ nie można wspinać się inaczej, jak tylko wyżej, proponuję: …spró­bo­wał wejść choć tro­chę wyżej. Lub: …spró­bo­wał wspiąć się jeszcze tro­chę/ jeszcze kawałek.

 

Dy­szał cięż­ko, ale serce, za­miast walić jak młot ko­wal­ski […] wy­raź­nie zwal­nia­ło swój bieg. – Serce nie mogło zwalniać cudzego biegu, założywszy, że w ogóle biegło. ;-)

Może wystarczy: …wy­raź­nie zwal­nia­ło/ biło coraz wolniej.

 

Po­ły­ski­wał blado nie­bie­sko, na tle zim­nej bieli ośnie­żo­nych gór.Po­ły­ski­wał bladonie­bie­sko, na tle zim­nej bieli ośnie­żo­nych gór.

 

i wciąż ma­su­jąc dłu­gie palce swo­ich stóp, za­pa­trzył się gdzieś w dal. – Zbędny zaimek.

Wiemy, że masował sobie palce, a skoro piszesz, że robi to nadal, jest oczywiste, czyje palce masuje.

 

który zda­wał się upie­rać przy po­zo­sta­niu przy życiu. – Powtórzenie.

Może: …który zda­wał się upie­rać, by po­zo­sta­ć przy życiu/ by zachować życie.

 

Fu­trza­na czap­ka zsu­nę­ła mu się z głowy, od­sła­nia­jąc twarz biel­szą teraz niźli śnieg i prze­tłusz­czo­ne, jasne włosy. – Zrozumiałam, że miał twarz bielszą od śniegu i przetłuszczonych włosów. ;-)

Może: Fu­trza­na czap­ka zsu­nę­ła się z głowy, od­sła­nia­jąc prze­tłusz­czo­ne, jasne włosy i twarz, biel­szą teraz niźli śnieg.

 

Po­ło­żył pod gła­zem swój to­bo­łek i  piąć się tro­pem przy­ja­cie­la.Po­ło­żył pod gła­zem swój to­bo­łek i jął piąć się tro­pem przy­ja­cie­la.

 

Ciem­no­ści za­sta­ły ich wciąż tkwią­cych na ścia­nie… – Ile było ciemności? ;-)

 

Otu­lił się we wszel­ką odzież – swoją i bol­ko­wą i tak noc prze­cze­kał.Otu­lił się we wszel­ką odzież – swoją i Bol­ko­wą i tak noc prze­cze­kał.

 

Gdyby eu­ro­pej­czy­cy za­gna­li ta­tar­skich jeźdź­ców… – Gdyby Eu­ro­pej­czy­cy za­gna­li ta­tar­skich jeźdź­ców

 

Tra­cąc zaś ener­gię i czas na nie­zli­czo­ne próby roz­pro­sze­nia krzy­ża­ków… – Tra­cąc zaś ener­gię i czas na nie­zli­czo­ne próby roz­pro­sze­nia Krzy­ża­ków

 

Jeden z pa­lą­cych od­su­nął cy­buch od ust. – Cybuch łączy główkę z ustnikiem; nie dotyka ust.

Może: Jeden z pa­lą­cych od­su­nął ustnik od warg.

 

Przy­wykł już zresz­tą, że w dro­dze bie­rze się od losu to, co ona daje. Dziś dała mu osto­ję w go­spo­dzie peł­nej de­mo­nów i widm. – Piszesz, że bierze się od losu, więc: Przy­wykł już zresz­tą, że w dro­dze bie­rze się od losu to, co on daje. Dziś dał mu osto­ję w go­spo­dzie, peł­nej de­mo­nów i widm.

 

Blady świt chłod­nym wia­trem po­li­zał lesz­ko­we po­licz­ki.Blady świt chłod­nym wia­trem po­li­zał Lesz­ko­we po­licz­ki.

 

Nie zna­la­zł­szy schro­nie­nia za­bi­wa­ko­wał na świe­żym po­wie­trzu, dy­go­cąc z zimna. – Może: Nie zna­la­zł­szy schro­nie­nia,nocował/ obozował pod gołym niebem, dy­go­cąc z zimna.

Zastanawiam się, czy w tamtych czasach słowo biwak było znane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bry wieczór. Pomimo niedociągnięć, na które zwróciła uwagę regulatorzy, tekst godny uwagi. Zainteresował mnie.

Saro, jakże się cieszę, że jesteś! Kiedy przeczytamy coś Twojego? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może wkrótce :-) Mam teraz trochę więcej czasu. A Ty jak zwykle pracowita i pomocna! Dobrze Cię czytać, Jolu! I wiedzieć, że są na tym świecie rzeczy, które się nie zmieniają! :-)))))

Ps. Mój drugi komentarz od nie wiem kiedy i odrazu off top :-D zara mnie tu beryl do porządku przywoła :-D

Mam nadzieję, że Wilk nam wybaczy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wybaczy, wybaczy :-) Wilku, wybaczysz?  Chyba śpi… Napracował się przy opku to śpi ;-)

@Regulatorzy

Po lawinie komentarzy i uwag. Po znalezieniu czasu na wprowadzenie zmian okazało się, że…

Trzeba siadać do roboty na nowy! :-D

Wielkie dzięki za uwagi! Usiądę spokojnie wieczorem z laptopem na kolanach i stopami na pufie, na okrągłym stoliku ustawię kubek / szklankę z „czymś” (prof. Kazimierz Korus obrabiając teksty do „Requiem for my friends” Preisnera, opowiadał: „piłem wtedy coś, żeby się wprowadzić w poetycki nastrój” – ;-) ).

Cieszę się, że historia się podoba! Przy czym, te śniegi, to są jesienne i wiosenne. Dziś też miał w Tatrach padać śnieg.

Pozdrawiam serdecznie,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@S. Leiss

Dzień dobry! Dawno Cię nie było!

Oftopowanie oczywiście macie wybaczone! Do rzeźnickich manier Beryla mi daleko. ;-)

Cieszę się, że historia godna ad notandum!

Pozdrawiam, Wilk

P.S. Fakt – spałem. :-) Dzień mi upłynął na bronieniu bizonów przed urzędniczą durnotą i trollami. To wyczerpujące, nawet dla dużego drapieżnika. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Dzień dobry! Historia jak najbardziej godna zapamiętania, a warsztat przy pomocy towarzyszy można zawsze doszlifować :-)samemu cieżko wychwycić wszystkie potknięcia… Ja na przykład walczę z powtórzeniami i zbędnym zaimkami. Mam jakaś dziwną ku temu tendencję :-) jeśli używam jakiejś frazy, jest wielce prawdopodobne, że zastosuję ją w kolejnym zdaniu. Tępię świadomie to plugastwo, ale czasem się gdzieś skitra :-D 

Broń ich Wilku, broń! A na trolle najlepszy  jest spokój, ponoć same od niego zdychają :-) 

:-)

Trolle kamienieją o świcie – niestety z wyłączeniem trolli internetowych.

Tak, każdy z czymś walczy. Grunt, żeby się nie poddawać! :-)

Raz jeszcze dzięki za dobre słowo,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Regulatorzy

Już to pisałem, ale napiszę jeszcze raz: dziękuję za uwagi!

W większości wypadków nie ma powodów do polemiki – żadnych. :-)

W kilku punktach chcę się trochę pospierać.

 

Nastały ciemności – jeśli dodam egipskie, będzie lepiej? ;-)

Cybuch – ustnik może stanowić integralną część cybucha, czy w takim wypadku odsunięcie cybucha nie ma całkiem racji bytu? Myślę. :-)

Biwak – hm… To z włoskiego: bivacco. Leszek był młodzieńcem w świecie bywałym. Sam wyraz ma średniowieczne korzenie. Tyle że to głos narratora i rozumiem, że ocieramy się o poważniejszy wątek: czy “narratoru temu” wolno się wyrazem “biwak” posłużyć? Wiesz, zastanowię się. Możesz mieć rację, twierdząc, że nie.

 

Pozdrawiam serdecznie i pięknie dziękuję!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilku, zazwyczaj zwracam uwagę na te zdania, zwroty lub słowa, które, jak mi się wydaje, nieco zmienione, mogłoby brzmieć lepiej. Podkreślam: jak mi się wydaje.

Jednocześnie zdaję sobie doskonale sprawę, że czasami lepsze bywa wrogiem dobrego i nigdy nie upieram się przy swoim, nikomu nie narzucam mojego zdania.  No, chyba że mam ponad 100% pewności o własnej racji. ;-)

W tym przypadku takiego przekonania nie mam, więc ufam że uczynisz tak, by opowiadanie prezentowało się świetnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Pani zwana Regulatorzy!

Jak widać gołym okiem, a nawet okiem ubranym liczę się z Twoim zdaniem!

Zawsze dajesz do myślenia, nawet jeśli nie zawsze się zgadzam.

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nominowalem twoje opowiadanie do piórka. W czerwcu było najlepszym jakie przeczytałem na portalu.

I ja Cię pozdrawiam, Wilku, z nadzieją na nowe opowiadania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@belhaj

Piękne dzięki! Już się czuję, jakbym obrósł w piórko! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@regulatorzy

Dzięki! Będzie nowa historia, ale musi jeszcze sobie trochę poleżeć w wilczym łbie.

“Anzelm, Abelard i diabeł”, czyli znowu wieki średnie.

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Również czekam na nowy tekst. Ostatnio na portalu panuje posucha wśród opowiadań.

Cierpliwie poczekam, Wilku.

Wieki, skoro tak wymyśliłeś, mogą być średnie, ale opowiadania spodziewam się świetnego. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Belhaj – Regulatorzy!

Motywujecie mnie do dalszej, wydajnej pracy – dziękuję! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Na plus bardzo ciekawy klimat opowiadania, zwłaszcza fragmentu w karczmie, i ciekawe tło historyczne. Na minus – było kilka momentów, gdzie opowiadanie mocno zwolniło. Mam mieszane uczucia co do tej delikatnej stylizacji. Fajnie, że umieściłeś tekst w naszych realiach, ogólnie czytało się nieźle.

 

Nie wiedział co robić -> Nie wiedział, co robić

Gdy gwar przycichł ten, który -> Gdy gwar przycichł, ten, który

Powoli zaczął opuszczać się w dół – pleonazm

Poczuł, że ogarnia go znużenie tak wielkie, że ->zamień jedno "że" na "iż"

Dzięki za uwagi i dobre słowo!

Opowiadanie czasem zwalnia? Jak to w drodze. :-)

Grzegorz Wielki napisał, że na wysoki szczyt wchodzi się powoli, a nie w podskokach. ;-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Spokojnie,[+] człowieku

serce, zamiast walić jak młot kowalski, kiedy mistrz pokazuje czeladnikom na czym majstersztyk polega – b. ładne yes w ogóle przez całe opowiadanie masz dużo takich klimatycznych porównań, charakteryzujących tamten świat i dawne czasy

królowa gór polskich,[+] zwana Łysą

wielkie kopce, czy kurhany – bez przecinka

Zawróć,[+] młodzieńcze.

A wy,[+] kim jesteście

My, jesteśmy tymi – a tu bez przecinka

zabiwakował – mam wątpliwości co do istnienia tego słowa i możliwości użycia tego słowa

Leszek trochę mi się kojarzył z serią reklam… :D ale tylko z początku, potem wrażenie minęło :) Natomiast demon jest istotą bardzo elegancką, co do mnie przemawia.

Mogę się czepić jeszcze czasem składni, gdy czasowniki wyrzucasz na koniec zdań – robisz to niekonsekwentnie. Czasem tak, czasem inaczej.

Podoba mi się ta historia, bo klimatyczna, a i pomysł nie najgorszy, od razu na początku rzucasz “haczyk” na czytelnika, przynajmniej takiego jak ja. Przeszkadza trochę nierówna stylizacja, ale to tylko fragmenty.

 

Witaj Sirin!

Dzięki za uwagi i dobre słowo!

Skojarzenie z serią reklam – zabiłeś mnie i to na śmierć. :-D

 

Pozdrawiam serdecznie, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka