
Początkowo planowałem usunąć, lecz po namyśle wrzucam raz jeszcze. Praca wysłana na konkurs “Na srebrnym globie”, ostatecznie nie została wyróżniona.
Początkowo planowałem usunąć, lecz po namyśle wrzucam raz jeszcze. Praca wysłana na konkurs “Na srebrnym globie”, ostatecznie nie została wyróżniona.
Gdzieś tam, pomiędzy szeptem drzew i śpiewem ptaków, niewinnie kwitnął zapomniany już dawno przez ludzi las. W lesie tym żyły sobie spokojnie, z dala od wścibskich hałasów cywilizacji, beztroskie stworzenia, które jak zwykle zajmowały się swoimi leśnymi sprawami.
Chociaż, w rzeczy samej, dzień dzisiejszy, mimo swojej pozornej przeciętności, wyraźnie różnił się od dni pozostałych. Mianowicie, w tymże dniu zwierzątka miały na nowo powitać, po nad wyraz sennej, zimowej przerwie, wracającą z niemalże niekończących się wakacji, długo wyczekiwaną Wiosnę. Wobec tej, jakże bez wątpienia wyjątkowej okazji, wszystkie stworzonka pracowicie przygotowywały się do corocznego przyjęcia, aby w hucznym stylu świętować wesołe narodziny nowego świata. Wszyscy albo właściwie prawie wszyscy.
Była sobie bowiem, gdzieś w niewidocznym kącie wystarczająco niewidzialnego już w zasadzie lasu, jedna specyficzna istotka, która na wieść o nadchodzącym wydarzeniu zaczynała jeszcze bardziej skrywać swoje istnienie pod niedostępnym kołnierzem samotności.
Tą nietypową duszyczką był nikt inny jak dumna Sowa, skarbnica leśnej mądrości i rozwagi – jak i również złośnica z arsenałem cyniczności i powagi. Siedziała sobie w zadumie, w cieniu zamkniętych drzwi chatki, wbijając swoje wielgachne ślepia w wysłużone pergaminu skrawki. W pierzastej zaś dłoni usilnie ściskała iście podobnie pierzaste piórko, które co rusz, z każdym kolejnym kontemplacyjnym westchnieniem, maczała w czernistym atramencie, by wtem zakreślić na bielistym płótnie swoje czarne myśli.
I już miała chwytać ponownie za piórko, jakby za czarnoksiężną różdżkę, gdy nagle, zza szczelnych zawiasów drzwiczek, odezwał się piskliwie znajomy głos o radosnym tonie:
– Puk, puk, droga Sówko! – zaśpiewał przyjaźnie Zajączek.
– Pójdź, pójdź, kapuściana główko! – wymamrotała marudnie Sowa.
– Sówko kochana, nie bądźże taka.
– A niby że jaka?
– Taka to jaka nijaka, padaka! – Zajączek recytował, humorkiem nasycony. – Wiem, że masz stracha, ale bez ciebie nudnacha. Chodźże więc z nami, będzie ubaw po pachach!
– Chyba raczej po pachy… – Sowa osowiała.
– Jakie tam pachy? Prędzej zapachy! Smaki nieboraki dań z najwyższej paki. Nie bądź więc taka, bo po co być takim. Bierzemy plecaki i w drogę, przez szlaki!
– Oj, zajączku. Tobie to w głowie siedzą tylko głupiaki. Idźże, daj spokój, dokończyć wiersz muszę.
– O czymże piszesz ty w tym mrocznym mroku?
– O tym, że wokół hałas, a ja wolę spokój.
Zając spochmurniał, aż uszy mu zwiędły, wiedząc że Sowy przekonać nie można. Pomielił zębami i pognał łapami, z niknącymi gdzieś między cieniami uszami.
Sowa wróciła z powrotem do pracy, w skupieniu na nowo chwytając za pióro. Czerń tłustej mazi zawisła w powietrzu. Niecierpliwy atrament nerwowo już skrapiał niewinne strony. Wtem poszło w ruch ramię, chcąc ptasim piórkiem stworzyć papierowo-atramentowy romans.
I już czarny amant nieśmiało chciał cmoknąć bieliste usta jasnowłosej kochanki. Już miały iść w ruch oklaski, wiwaty i kwiaty. Już miały się złączyć w jedno dwa światy. Lecz ciszę przerwało pukanie do chaty.
– Któż to? – rzekła Sowa.
I zawył Wilk kudłaty:
– Sowo, oj Sowo, pamiętasz przed laty, jakżem i ja był także sam taki. Chodźże, nie marnuj czasu na marności. Czas w końcu wyjść spod cienia samotności.
– Wilczku, oj Wilczku, nie dla mnie zabawy. Świat ten na zewnątrz jest zbyt nieciekawy. Tu mam rozprawy nad życiem i sprawy, które ważniejsze od wrzawy i strawy. I zamiast wyprawy wolę domek cieplutki. Kubeczek kawy i żywot cichutki.
– Wolisz więc smutki… – Wilk zjeżył futro.
– Nie, kochaniutki, nie jest mi smutno. Wolę jak jest wokół cicho i pusto.
Wilk z miną okrutną opuścił łapy. Wziął swoje zapasy i czmychnął gdzieś w las. I zostawił Sowę, jak zwykle przy pracy, aż wokół pozostał jedynie ciszy wrzask.
A Sowa raz jeszcze maczała pióra w czerni. Zasiadła do stołu, chcąc skończyć swe dzieło. Znów wymierzyła w biel, by słowom nadać szyk. Lecz szyk przerwał w mig iście niedźwiedzi ryk.
– Niedźwiadku… – odparła. – Proszę o sekundę…
Lecz Niedźwiedź tylko ryczał, bo słowa mu były nudne. Nietrudne zaś było mu zrozumienie Sowy. Nie tracił więc głowy, ostatni oddał skowyt i poszedł na łowy gdzieś w las kolorowy.
Sowa głęboko westchnęła, przeganiając ciężkim tchem tumany kurzu przesiadujące na półkach. Spojrzała przez okno – nikogo nie widząc, nikogo nie słysząc. Na szczęście dla niej, nikt nie spieszył z wizytą, więc siadła na krzesło, delektując się ciszą.
***
Tymczasem mieszkańcy lasu w szczęśliwej atmosferze szykowali się do swoich harców. Podano już dania najwykwintniejsze, przyozdobiono stroiki najpiękniejsze, już grała muzyka i każdy już fikał, świt lada dzień świtał, lecz jedna różnica – brak było im Sowy, która nie stała z nimi dzisiaj.
Każdy więc cieszył się, choć w duszy wzdychał. Było tu wszystko, a nadal cisza. Nic w pełni nie mogło uzupełnić tej pustki – więc stali tak, pełni od jedzenia, a zarazem w środku puści.
Grubiański mróz już dawno odpuścił. Przyjemne ciepełko skrycie wkradało się w każdy zakamarek leśnego światka. Zapalały się dawno zgaszone światła. Widoczna już była ta niewidzialna warstwa, błękitnego płaszcza tańczącego po figlarnych wiatrach. I wtem wyłoniła się ona, dama nad damy, którą w zasadzie wszyscy z uwielbieniem witamy.
Wiosna.
„Lecz cóż to?” – krzyknął ktoś z tłumu, nadzwyczaj onieśmielony. „Chyba raczej któż to” – ktoś inny poprawił słowa.
I wyłoniła się z cienia osoba, przestając się chować. A był to nikt inny, rzecz jasna, jak Sowa.
A wszyscy: „jak to?”, ciągle się dziwili. „A tak to!” – rzekła Sowa – „Moi drodzy mili. Nie mogłabym przecież przegapić tej chwili”.
I przytulili się razem w jednym objęciu i razem bawili się na swym przyjęciu.
Sowa wieczorem, wróciwszy do domu, zasiadła wygodnie na swym twardym krześle. Normalnie by rzekła, jak zwykle – „no wreszcie” – lecz coś wewnątrz niej przestało już wrzeszczeć. Spojrzała swym wielkim oczyskiem na wiersze, złapała za pióro leżące gdzieś z boku – i nawet nie myślała, i już zapisała – te kilka słów, których nie mogła wcześniej:
Bo dopiero wtedy, gdy docenisz świat wokół,
krzyk cicho zmieni się w święty spokój.
Nie będę komentował – ponowne wstawienie tego samego tekstu nie zobowiązuje mnie do ponownego komentowania.
Pod tekstem który wstawiasz ponownie i który już czytałam, ponownie wstawiam komentarz, który już raz napisałam i który pewnie czytałeś:
Bardzo osobliwy tekst. Zaczęłam czytać i trochę zgłupiałam, bo nie bardzo mogłam się zorientować, co czytam. Jednak nakazałam sobie samozaprzeć się i jakoś dobrnęłam do końca.
I to już chyba wszystko, co mam do powiedzenia o Świętym spokoju.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
I to już czytałam.
Endvorte, takie pytanie naprowadzające: zdarzyło Ci się kiedyś przeczytać i skomentować siedem tekstów jednego autora wstawionych jednego dnia?
Babska logika rządzi!
Do czego dazysz wstawiajac drugi raz te same teksty. Wysil sie i napisz coś nowego. I dobrego.
Nie wypowiadam się na temat powtórnego wstawiania, bo wydaje mi się, że czytam to pierwszy raz (i tak mam słabą pamięć :D)
Bardzo spodobała mi się puenta, urocza. Nie jestem ekspertem w podziale literatury na dziecięcą-młodzieżowe-itd., ale wydaje mi się, że ten utwór chyba bardziej trafiłby do młodszej części odbiorców?
Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem
gdzieś w niewidocznym kącie wystarczająco niewidzialnego już w zasadzie lasu – przedobrzyłeś w tym zdaniu
Utwierdzam się w przekonaniu, że rymowanki w tekście (tak krótkim!) są nieudanym zabiegiem. Nie podoba mi się to, w jaki sposób piszesz.
Co do konkursu imienia Żuławskiego… Czytałem kilka tekstów nań wysłanych. W tym również w kategorii wiekowej dla dorosłych. Twój jest najsłabszy – krótki, przekombinowany (szczególnie w dialogach), a pointa zakryta przez kiczowaty rym.