- Opowiadanie: Finkla - Polowanie na karibu

Polowanie na karibu

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Polowanie na karibu

Rzadko mogłem pozwolić sobie na odrobinę wytchnienia. Cóż, moja praca to ogromna odpowiedzialność. Rozstawałem się ze swymi podwładnymi tylko raz na xiuhmolpili. Ale nie ma co narzekać – wiek właśnie dobiegł końca, oto czekała mnie kolejna wędrówka.

Tym razem wybrałem północ, z niewielkim odchyleniem na zachód. Pod postacią wiatru podążyłem w stronę domu człowieka żyjącego najdalej w zaplanowanym kierunku wyprawy. Dotarłem aż do krańca terenu zamieszkanego przez najbliższy memu sercu lud, do granicy ziemi, której musiałem służyć, ale która w zamian dawała mi maksymalne możliwości. Dalej już musiałem przemieszczać się w materialnej formie. Przybrałem ludzką, aby nie budzić niepotrzebnego poruszenia.

Wsadziłem do ust kilka liści krasnodrzewu, rozgryzłem i pobiegłem. Wędrowałem wzdłuż wybrzeża oceanu, mijając liczne zagony kukurydzy. Ludzie nie uznawali mojej zwierzchności, a mimo to korzystali z moich darów. Bezczelne stwory! Pędziłem niczym najściglejszy wicher, w uszach świszczało powietrze, a krajobraz i zapach szybko się zmieniały.

Kiedy skaliste, brunatne pustynie zostały daleko za plecami, ujrzałem strzeliste palmy, a nozdrza wypełniła mi miła mieszanka chaparralu i dzikiej gorczycy, postanowiłem zabawić w tym miejscu przez jakiś czas. Szybciutko znalazłem piękną dziewczynę. Holoywold miała gładką, jasnobrązową skórę, wiotką kibić, przyjemnie zaokrąglone biodra i oczy, w których połyskiwały gwiazdy. Ale wszystko to umykało z pamięci, gdy tylko otwierała usta. Słuchając jej opowieści, wręcz widziałem opisywanych ludzi i miejsca, jakbym stał tuż obok.

Uwiodłem egzotyczną wiewióreczkę, zostałem z nią przez kilka dni, a potem ruszyłem dalej. Postanowiłem, że obejrzę swego syna, gdy za kilka lat będę wracać z wyprawy. Bardzo mnie ciekawiło, czy chłopak odziedziczy po matce tę niezwykłą zdolność do czarowania odbiorców słowami. Skąd mogłem wiedzieć, że poczęliśmy potomka i to akurat płci męskiej? Ha! Po prostu wiedziałem. Nawet i to, że niemowlak będzie miał znamię w kształcie kwinkunksa gdzieś na skórze. W końcu byłem bogiem płodności!

Nie miałem ochoty spotykać się w najbliższej przyszłości z jakąkolwiek inną kobietą, wolałem zachować w pamięci czyste pocałunki Holoywold, więc zrezygnowałem z podziwiania stad majestatycznych bizonów i swoją podróż kontynuowałem łodzią. Jak zawsze, splotłem ją z ciał mnóstwa węży i popłynąłem, prosząc (w tych stronach nie mogłem już rozkazywać) wiatry, aby pomagały moim zwierzętom.

Dzięki nieustającym podmuchom posuwaliśmy się szybko, ale po kilku dniach dotarliśmy do wody zbyt zimnej dla służących mi gadów. Pozwoliłem więc wężom wrócić na południe, a sam dalej wędrowałem na północ, znów po lądzie, znów żując orzeźwiające liście krasnodrzewu.

Robiło się coraz chłodniej, ziemia gdzieniegdzie pokryta była śniegiem, jak na szczytach najwyższych gór, chociaż biegłem tuż przy oceanie. Któregoś dnia napotkałem na brzegu dziwną… istotę. Kształtem przypominała jedno z wylegujących się na plażach niezgrabnych, grubych, łysych zwierząt z ogromnymi kłami. Nie miała jednak tak wydatnych zębów, tylko twarz niemiłosiernie szpetnej kobiety. I paskudnie śmierdziała. Wzrostem przewyższała wszystkie znane mi czworonogi. Nie wyglądała na zwykłą śmiertelniczkę.

– Kim jesteś? – spytałem.

– Wypadałoby, abyś przedstawił się pierwszy, przybyszu! – odwarknęła wrogo.

– Wybacz, nieznajoma, nie chciałem ci w niczym uchybić. Jestem Quetzalcoatl, zwany również Pierzastym Wężem.

Rozluźniła się, przestała nieprzyjaźnie łypać na mnie spode łba.

– Ach, przez te twoje pióra pomyliłam cię z kimś innym. Stare dzieje, nieważne… A ja jestem Nerrivak. Opiekuję się zwierzętami morskimi. Chodź, przedstawię cię innym.

Zaprowadziła mnie do swych pobratymców i wkrótce poznałem najważniejszych; Ducha Księżyca, Ducha Powietrza, Boginię Słońca. Przy Duchach Gór zacząłem się gubić. Niezmiernie liczną rodzinę stanowili moi nowi kompani.

A jacy wszyscy byli przesądni! Od razu zaczęli mnie przestrzegać przed robieniem tego, opowiadać, jakie środki ostrożności należy przedsięwziąć przy próbowaniu tamtego… Wkrótce przestałem słuchać. Bez przesady, nie jestem dzieckiem, tylko dojrzałym mężem. A do tego bogiem. Kłopoty już dawno nauczyły się, że lepiej mijać mnie z daleka.

 

~ ~ ~

 

Jeszcze nigdy nie dotarłem podczas wypraw tak daleko na północ. Wszystko było inne – rośliny, zwierzęta, ba! nawet dnie trwały dłużej, Tezcatlipoka musiał sobie szczególnie upodobać tutejsze ubogie ziemie. Bardzo odpowiadała mi zastana sytuacja.

Nowi znajomi uczyli mnie życia w tej krainie chłodu. Sprezentowali mi ciepłe ubrania ze skóry karibu, zwierzęcia podobnego do naszej lamy. Mówili, jak nazywają się wszystkie stwory lądowe i morskie, jaka broń służy do polowań na poszczególne gatunki, przytaczali pozostałe obyczaje Innuitów… Opowiadali, jak powozić psim zaprzęgiem (bardzo interesująca koncepcja, chyba przekażę ją swojemu ludowi), kiedy się ochłodzi (jak to? Może być jeszcze bardziej zimno?!), jak zbudować schronienie ze skór lub ze śniegu.

Szybko zdobywałem wiadomości, w końcu uznałem, że sam sobie poradzę i wypuszczałem się na coraz dłuższe wędrówki, jedząc to, co sam złapałem, gawędząc ze spotkanymi istotami. Najwspanialsza forma wypoczynku!

Gospodarzom krainy moja samodzielność w niczym nie przeszkadzała, wręcz odnosiłem wrażenie, że z ulgą wrócili do własnych spraw i kłopotów.

 

~ ~ ~

 

Pewnego dnia, gdy tropiłem zwierzynę, zauważyłem maleńkiego człowieczka. Sięgał mi raptem do kolan. Ledwie nasze spojrzenia się spotkały, jął pospiesznie rosnąć, aż przybrał niemal moje rozmiary. Wówczas rzucił się na mnie i powalił na ziemię. Dałem się przewrócić z zaskoczenia, lecz wciąż górowałem siłą nad bestyjką. Szybko to ja znalazłem się na wierzchu i przycisnąłem cudaka do kamieni. Wtedy ten zaczął udawać martwego. Ale nie tak łatwo przechytrzyć boga! Cwaniaczek zataił swój oddech, lecz ja widziałem duszę wciąż tkwiącą w ciele. Złapałem nóż, mrucząc, że trzeba obedrzeć zdobycz ze skóry. Ten podstęp zadziałał, a mój przeciwnik wrzasnął:

– Panie! Ja żyję, tylko dech ze mnie wycisnąłeś! Jeszcze nie spotkałem tak silnego męża! Nie zabijaj mnie! Pozwól sobie służyć, a nigdy nie pożałujesz!

– Niech i tak będzie – zgodziłem się, bardziej z potrzeby towarzysza, z którym mógłbym rozmawiać, niż służącego. – Ale nawet nie próbuj mnie oszukiwać!

– Jakże bym śmiał, najsilniejszy panie. Zwą mnie Inuarrlyt.

Wkrótce przekonałem się, że podjąłem właściwą decyzję. Karzełek doskonale znał krainę, zwyczaje zwierząt, potrafił wyczytać z ich śladów nieporównanie więcej niż ja. Dzięki jego radom każde polowanie kończyło się sukcesem. A jakimi pięknymi wzorami ozdabiał wyprawione skóry! Barwił, haftował, naszywał kolorowe taśmy… A przy tych wszystkich zaletach jeszcze niewiele jadł. Zastanawiałem się, czy nie zabrać Inuarrlyta do siebie, gdy będę wracał.

 

~ ~ ~

 

Od trzech dni tropiliśmy karibu, który tylko z rzadka pozwalał nam się zobaczyć, a i to z daleka. Samiec był wyjątkowy – jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknego i wielkiego byka. Jasna, niemal biała sierść lśniła w promieniach słońca, potężne mięśnie igrały pod skórą. Mnóstwo pożywienia i ciepłego futra. A poroże… Ach, poroże. Tak potężne i rosochate, że bardziej przypominało drzewa niż najwyższe z tutejszych rachitycznych roślinek. Pragnąłem, by przepyszna ozdoba tego stworzenia zawisła kiedyś w mej siedzibie. Już wybrałem dla niej miejsce – takie, aby najlepiej wyeksponować trofeum, by każdy gość musiał je dostrzec i spytać o łowy.

Renifer zachowywał czujność, nie pozwalał zbliżyć się do siebie na odległość rzutu oszczepem. Nie, nie uciekał przed nami, tak niegodnego postępku broniła mu duma; kiedy tylko mnie zauważał, z godnością oddalał się, skubiąc kępy trawy, aż znikał z oczu.

Nie ustawaliśmy w wysiłkach. Przerwaliśmy pościg dopiero, gdy rozpętała się okropna burza śnieżna (tak blisko oceanu? Dziwne). Przeczekaliśmy ją w załomie skalnym. Inuarrlyt zapchał szczelinę wejściową nawiewanym puchem, abyśmy nie zamarzli, jak wyjaśnił. Tuliliśmy się do siebie w maleńkiej przestrzeni przez kilka mrocznych, wilgotnych i chłodnych godzin.

Rankiem, kiedy nawałnica dawno już ucichła, nalegałem, aby wrócić do tropienia.

– Ależ, panie, byk odszedł, a jego ślady zniknęły podczas burzy. Nie znajdziemy ich teraz.

– Będziemy zataczać coraz większe kręgi. Kiedyś musimy natknąć się na tropy.

Tak też uczyniliśmy. W końcu zobaczyliśmy znajome kształty racic odciśnięte w miękkim podłożu. Na białym, świeżym śniegu ciągnęły się wyraźną linią. Teraz ten wyjątkowo dorodny samiec nie mógł już nam umknąć! Ruszyliśmy biegiem.

Wkrótce ujrzeliśmy jakiegoś myśliwego. Inuarrlyt krzyknął:

– Zabij go, panie! To szaman, który zesłał śnieg, aby byk mógł uciec!

Bez namysłu cisnąłem oszczepem. Cel znajdował się zbyt daleko, by człowiek mógł trafić, ale ja nie jestem człowiekiem. Broń wbiła się głęboko w pierś ofiary.

Wtedy mój karzeł gdzieś zniknął, a wokół zaroiło się od myśliwych groźnie potrząsających orężem i wrzeszczących na mnie. Dopiero gdy śmiertelnicy nieco się uspokoili, zaczęliśmy rozmawiać.

– Sam nie wiem, dlaczego rzuciłem oszczepem w waszego towarzysza. Inuarrlyt mnie podpuścił.

Ta wypowiedź wywołała pewne poruszenie w szeregach Innuitów.

– Ten złośliwy karzeł cię opętał? Wobec tego nie pragniemy twej śmierci. Ale nadal zabicie naszego przyjaciela nakłada na ciebie pewnie zobowiązania wobec społeczności.

– Rozumiem. Spróbuję wam jakoś wynagrodzić tę okropną stratę. Dam wam wszystkie skóry, które zgromadziliśmy z mym…

– Nie o to chodzi, przybyszu z południa. – Staruszek o twarzy bardziej pomarszczonej niż najsuchszy owoc, który kiedykolwiek widziałem, zacmokał z dezaprobatą.

– Pokażę wam sztukę rzemiosła, nauczę, jak wyrabiać…

– Nie. Yuit, zabity przez ciebie mężczyzna, pozostawił wdowę. Według innuickich praw musisz się z nią ożenić.

Co takiego?! Miałem związać się z jakąś starą, grubą i brzydką kobietą cuchnącą zjełczałym tłuszczem foki?! Niedoczekanie! Nie wziąłbym jej nawet na nałożnicę!

Tubylcy coś do mnie mówili, ale nie słyszałem. Wszystko zagłuszał buchający w mej duszy gniew. Dotarły do mnie dopiero słowa:

– Chodźmy do wioski.

No dobrze, możemy iść. Faktycznie, powinienem coś zrobić dla tych ludzi i rodziny zabitego. Ale żadnych ślubów!

 

~ ~ ~

 

Zamieszkałem w osadzie napotkanych myśliwych. Razem z nimi chodziłem na łowy, upolowane zwierzęta oddawałem wdowie (tak, jak się spodziewałem – grubej, brzydkiej i śmierdzącej). Wieczorami pokazywałem Innuitom, jak można z rzemyków upleść lekki kosz, opowiadałem o kaczanach kukurydzy, która nie chciała kiełkować w tutejszym przemarzniętym gruncie, o kalendarzu i świętych księgach…

Nagle uświadomiłem sobie coś niepokojącego. Świat ciemniał. Nie tylko dlatego, że chmury brzemienne śniegiem często zasnuwały niebo. Słońce z dnia na dzień wstawało coraz później i zapadało za łąki lub śnieg coraz wcześniej. Czy to dlatego, że złamałem prawa i nie zamierzałem poślubić wdowy? Starałem się znosić kobiecie jeszcze więcej najtłustszego mięsa, ale to nic nie pomogło. Zapytałem któregoś z nowych znajomych o te gęstniejące ciemności.

– Musisz pochodzić z bardzo daleka, przybyszu – odparł ze śmiechem. – Zbliża się zima. Za jeden księżyc i trochę dzień stanie się krótszy niż najdłuższa opowieść szamana. A jeszcze odrobinę później słońce zniknie zupełnie i przez cały czas będzie trwała noc. Całe szczęście, że mamy ciebie w wiosce. Znasz ciekawe historie i dobrze je opowiadasz. Będziemy mieli kogo słuchać w długie zimne wieczory.

O nie! Nie zamierzałem na to czekać!

Kiedy wszyscy zasnęli w swych namiotach, ześlizgnąłem się z posłania.

Wydobyłem zza pazuchy woreczek z mocno już przywiędłymi liśćmi krasnodrzewu, rozgryzłem kilka i pobiegłem. Szybciej niż biegłem kiedykolwiek wcześniej.

Moje stopy uderzały w śnieg, przebijały cienką, zlodowaciałą warstewkę, kruchą i ostrą. Zostawiałem łatwy do wyśledzenia trop, ale polegałem na prędkości. Nawet tajemniczy, znany z opowieści, psi zaprzęg nie powinien mnie doścignąć.

Mijałem łąki, przyszarzałe, często pokryte szronem, cierpko pachnące.

Biegłem przez iglasty las, rozsiewający bogatą mieszankę żywicznych aromatów z ostrzejszymi nutkami dużych zwierząt.

W moich oczach migały drzewa pokryte ogniście czerwonymi liśćmi, a w nozdrzach gościła słodkawa woń butwiejącej ściółki.

Zatrzymałem się dopiero, gdy dzień znowu się wydłużył, a promienie słońca zaczęły ogrzewać moją twarz. Dziękuję ci, bracie, za to pozdrowienie. W woreczku zostały już tylko okruchy, bez krasnodrzewu do żucia nie mogłem już biec tak szybko. Dopadły mnie zmęczenie i głód, musiałem częściej odpoczywać i robić przerwy na zdobycie jadła. Zwyczajny śmiertelnik przemieszczał się niewiele wolniej ode mnie.

Zbyt dużą odległość przebyłem za jednym razem, zbyt wiele liści potrzebowałem, zbyt często sięgałem do woreczka.

Mógłbym ponownie popłynąć wężową łodzią, ale najpierw musiałbym dotrzeć do brzegu. Biegłem jak najszybciej, bez zastanowienia, byle dalej od goniącej mnie bezkresnej nocy. Teraz nawet nie miałem pojęcia, gdzie jestem, ale powrót musiał potrwać wiele miesięcy.

Po namyśle skręciłem na południowy zachód – prędzej czy później musiałem trafić na skraj oceanu.

Kiedy wreszcie to się stało, okazało się, że jestem niedaleko od miejsca zamieszkania tej dziewczyny… Jak jej tam? Hyllowood? Jakoś podobnie. Postanowiłem odwiedzić swojego syna. Chłopak miał już trzy lata. Piesza wędrówka w ludzkim tempie zajęła znacznie więcej czasu niż sądziłem.

Ale widok dzieciaka wynagrodził wszystkie trudy. Chłopczyk śmiał się, zabawnie naśladował dorosłych i gadał bez przerwy. Tak, odziedziczył po matce talent do snucia barwnych opowieści i jeszcze kilka zdolności po boskim ojcu. Wróżyłem synkowi wielką przyszłość.

Przy dziecku i Holoywold, w okolicy, gdzie ziemia jęczy i nieustannie grozi wstrząsami, czułem się tak dobrze, że spędziłem tam ponad dwa lata. Bawiłem się z rosnącym chłopaczkiem, uczyłem go różnych tajemnic i udawałem najzwyklejszego śmiertelnika.

Wreszcie wróciłem do domu, dużo później niż zazwyczaj.

Przywitała mnie Omecihuatl, niespokojna i rozdygotana, jakby jadowity ślimak wpełzł jej pod podwójną spódnicę. Biadoliła tak nerwowo, próbowała powiedzieć tyle rzeczy jednocześnie, że nic nie mogłem zrozumieć.

– Uspokój się, matko. Co to jest kortes i dlaczego wszyscy myśleli, że to ja?

Koniec

Komentarze

Dobrze napisane, poprawnie stylowo. Jednak czytając cały czas miałem wrażenie niedosytu. Opowiadanie jest jakby trochę naiwne. Nawet pointa nie wynagradza tego chociaż wywołała uśmiech.

Dziękuję za wizytę, Belhaju.

Naiwne, powiadasz? A jacy byli mityczni bogowie? Te zawody skandynawskich, kto więcej miodu wypije… No, przodkowie jakoś nie lubili wymyślać bystrzaków. Ładniej brzmią opowieści o machaniu mieczem…

Babska logika rządzi!

Przyjemnie się czytało. Zgrabne nawiązanie do południowo i środkowoamerykańskiej mitologi. Ciekawe odniesienie przy końcu opowiadania do hiszpańskiej obecności w szesnastym wieku. Przypomniałem sobie powieść o historii Montezumy i upadku indiańskiego państwa.

Nie wiem, czy pisze się w dopełniaczu liczby mnogiej – węży, czy wężów. Pozdrawiam.

Dzięki, Ryszardzie.

Nawiązanie? Toż Pierzasty Wąż jest głównym bohaterem. :-) Ano, nie zachowali się Hiszpanie. Indianom z Ameryki Północnej, podbijanym przez protestantów, chyba lepiej się powiodło. Chociaż też nie jakoś bardzo szczęśliwie.

A węże zaraz sprawdzę.

Babska logika rządzi!

W końcu zobaczyliśmy ślady znajomych racic. ===> a może znajome ślady racic?

Pragnąłem, by ozdoba łba tego stworzenia kiedyś zawisła w mej siedzibie. ===>  hm, hm, hmmm…

>>>>>>>>>>>>>>><<<<<<<<<<<<<<<<

:-) Nie przypominam sobie, byś wykupiła licencję… :-)

Niestety, przykro mi bardzo, ale tego, no, wiecie rozumiecie, Koleżanko… :-(

Adamie, dziękuję za odwiedziny.

Nie ślady znajomych racic. Tropili karibu od dłuższego czasu, racice zdążyli zapamiętać. A te konkretne ślady, na śniegu, stanowiły nowość, nigdy wcześniej ich nie widzieli.

Hmmm. Zastanowię się, jak zgrabniej ująć tę ozdobę.

Nie przesadzaj z licencją. Nie Ty wymyśliłeś Pierzastego Węża i nie masz do niego praw. ;-)

Nie spodobało się? :-(

 

Ryszardzie, słownik ortograficzny na stronie PWN podaje, że obie formy są dopuszczalne, więc nie będę nic zmieniać.

Babska logika rządzi!

Tak też myślałem. Wpadłem na tę wątpliwość tylko dlatego, że w swoim czasie @Tensza zarzuciła mi błąd. Oczywiście mogą być znajome tropy, jak i znajome racice – tu moim zdaniem nie ma żadnego logicznego błędu. Pozdrowienia.

Wiesz, to jednak trochę, hm, dziwnie brzmi, te znajome racice…

Ano, nie zachwyciło. Patrzę –  Finkla. Myślę – będzie uch! Czytam – nie ma ucha… No, raz i drugi lekka autożartobliwość, ale to wszystko…  :-(

:-)  Miałem nadzieję, że się przestraszysz i przyślesz mi chociaż paczuszkę kawy na otarcie łez, że o kilogramie baryłek z likworem nie wspomnę…  :-)

Ryszardzie, tak to bywa, że jakaś forma człowiekowi strasznie zgrzyta, ale słownik upiera się, że można. Ja na przykład nie cierpię słowa “otwarł(a)”. No, po prostu fuj!

Adamie, dobrze, Ty marudo, zmienię na znajomy kształt. Pasi?

No nie, aż taka strachliwa to ja nie jestem, żeby Cię od razu baryłkami przekupywać. ;-) Ale szkoda, że nie było ucha. Miałam nadzieję, że bohater przypadnie Ci do gustu.

 

Edit: Adamie, to drugie zdanie… Czy po wywaleniu łba wygląda lepiej?

Babska logika rządzi!

» […] by przepyszna ozdoba tego stworzenia zawisła […] «  ==> co prawda trochę daleko od poroża, ale niechaj będzie, małe ćwiczenie na skojarzenie nie przeszkadza.

Inna sprawa, że pierwotnie Q. miał zamiar cały łeb powiesić na honorowym miejscu pośród innych trofeów…

Bohater jak bohater, fajny gość, wiadomo, dlaczego, ale jego podróż i przygody za mało “boskie”, ot co.

Nie dostanę baryłek? Buuu… :-( :-)

Przeczytałam i jak zwykle u Ciebie bez większych zastrzeżeń. Ale nie ujęło mnie ujęcie tematu:-) Jakoś tak bezpłciowo. Bohater wyszedł, poszedł, przeszedł i wrócił. Nie było nic takiego, co by mnie przyciągnęło, zaciekawiło albo zaniepokoiło. Jak dla mnie tym razem nie trafione. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Uff, udało się coś z tym zdaniem rozsądnego zrobić. ;-)

Łeb jak łeb, najbardziej mu na rogach zależało. Dziwny jakiś facet. Nawet nie znalazłam informacji, czy w ogóle miał żonę…

Mało boskie? A co robią bogowie, wizytując śmiertelników? Jeszcze na wakacjach, poza świątyniami? Płodzą herosów i czasami zaciukają jakiegoś ludzika… Wszystko się zgadza. ;-)

No dobrze, jak się spotkamy, to dostaniesz czekoladę do picia. W tamtych kręgach to chyba uważano za niezwykły napój…

Babska logika rządzi!

Bemik, dzięki za wizytę.

Hmmm. Nie trafione? Cholera…

Babska logika rządzi!

No. Jakoś tak czytałam i czytałam i zastanawiałam się, do czego to wszystko zmierza. I opowiadanie razem ze swoim bogiem zatoczyło kółko, ale nic z tego nie wynika. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hmmm, wydawało mi się, że te wakacje Pierzastego Węża były wyjątkowe, ale trudno, tłumaczyć nie zamierzam. :-/

Babska logika rządzi!

Nietuzinkowe to opowiadanie, pomysł całkiem zacny :) Wakacje Quetzalcoatla dla zwykłego śmiertelnika może nie byłyby fascynujące, ale przyzwyczajony do innego klimatu i innych rozrywek, bóg był skołowany :)

Plastycznie, z lekkim dowcipem, wyszły Ci opisy jego zaintrygowania polowaniem i zgrozy, którą wywołało nadejście zimy… To mi się szczególnie podobało :)

Zakończenie może bez fajerwerków, za to pasujące do całości. Quetzalcoatl sam sobie jest panem, więc skoro chciał bez dalszych przygód wrócić na swoje włości, to wrócił. I tyle.

Przeczekaliśmy ją w załomie skalnym.

Nie lepiej byłoby: w skalnej wnęce? Słowo załom wywołuje nieco inne skojarzenia..

wody zbyt zimnej dla wężów.

A może zmienisz to jednak na coś w stylu: przyzwanych przeze mnie gadów? Bo to wężów, nawet jeśli gramatycznie prawidłowe, wygląda naprawdę szkaradnie :/

 

W sumie, solidna robota Finkla. Ode mnie + :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję, Primagenie.

Cieszę się, że reakcja na nadejście zimy przypadła Ci do gustu. :-) No, cóż zrobić, facet zrodzony w okolicach Środkowej Ameryki, może i zaznajomiony ze śniegiem na wysokich szczytach, ale żeby padało nad morzem? Tak, kurczę, nie powinno być!

Zakończenie bez fajerwerków? Oj, były, były. I to takie, jakich ludzie Quetzalcoatla wcześniej nie widzieli…

Załom wzięłam z opisu grupki zamrożonych Innuitów odkrytych kilkadziesiąt lat temu. Skoro tam został użyty dokładnie w tym znaczeniu, o które mi chodzi, to zostawię. A z czym kojarzy się Tobie?

Węże… No, dobrze, zmienię, jeśli tak Was gryzą… ;-)

Babska logika rządzi!

Uff, gryzły, ale na szczęście już przestały ;D

Załom kojarzy mi się z konstrukcjami “za załomem”, albo “zza załomu”, a w tym zestawieniu wygląda dziwnie… Ale to już Twoje “zmartwienie” :P

Hehehe, teraz poczytałem o tym Cortesie i już rozumiem, o co Ci chodziło! Dobre, zakończenie zyskuje przy tym spojrzeniu na sprawę! Szkoda tylko, że jak nie posiada się wiedzy na ten temat, pozostaje niezrozumiałe ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Załom zostaje i jakoś mnie to nie martwi. Skalne załomy były pierwsze! ;-)

No! Dobrze, że już sobie końcówkę wyjaśniliśmy. ;-) Dodam jeszcze, że Pierzasty Wąż podobno miał dość jasną cerę i brodę, więc faktycznie można było go pomylić z Hiszpanami. ;-)

A co do niezrozumienia – ktoś Ci obiecywał, że będzie prosto? ;-p

Tak poważniej – bałam się przesadzić w stronę łopatologii. Pewnie w efekcie przegięłam w drugą…

Babska logika rządzi!

Cóż… Sprawdzenie tego i zrozumienie nie nastręcza większych trudności, jednak z mojej znajomości ludzkiego zaangażowania wnioskuję, że gdyby ten tekst pojawił się w zbiorze opowiadań, większość czytelników olałaby słowo “kortes” i stwierdziła, że to pewnie nic istotnego… A historia straciłaby na smaczku, który wymyśliłaś. Zresztą, ja na początku też to olałem ;P

Natomiast w Internecie, to wiadomo – większość zgrywa mądrych, nawet jeśli co krok są zmuszeni korzystać z przeglądarki. Mało kto się przyzna.

Ja bardzo sobie cenię, gdy z opowiadania można wynieść jakąś wiedzę, dowiedzieć się czegoś o czym wcześniej czytelnik nie miał pojęcia i najlepiej, oczywiście, gdyby owe informacje były podane między wierszami, coby nie nudzić tych obeznanych z tematem. Zresztą, to King zwracał uwagę by tak czynić i w ten sposób podkreślić wartość tekstu ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zdaję sobie sprawę z istnienia przeglądarek. Sama namiętnie korzystam. Tylko nie mówi nikomu… ;-)

Gdybym chciała ten pomysł pchać na papier, to pewnie wzięłabym trochę grubszą nitkę. Ale przy pisaniu wiedziałam, gdzie tekst opublikuję. :-)

Fajnie, że się czegoś dowiedziałeś. Mam nadzieję, że teraz na długo zapamiętasz. A opowiadanko przy okazji. :-)

A tego akurat za bardzo nie mogłam podawać między wierszami. Puenta ma swoje prawa. :-)

Babska logika rządzi!

Ja się raczej podpiszę pod komentarzem bemik. Jakoś tak nie przejąłem się losem pierzastego wonsza. Zabrakło mi jakiegoś fabularnego haczyka, tajemnicy. Za to zakończenie mi się spodobało.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ano ma! Zapamiętam z pewnością :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Szyszkowy.

Brak haczyka? Hmmm, coś w tym jest.

Dobrze, że chociaż zakończenie w porządku.

Babska logika rządzi!

Primagenie, no i pamiętaj sobie na zdrowie! ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo.

Aż byłem ciekawy, ilu czytelników odczyta prawidłowo końcówkę tego opowiadanka, a mianowicie znany z literatury pogląd, że Hernando Kortes dlatego miał takie sukcesy w podboju indiańskiego państwa, że wzięto go za przybywającego zza oceanu boga o jasnej skórze i nieznanej Indianom brodzie. Twoje nawiązanie okazało się dosyć subtelne i dla nie znających mitologii Indian południowoamerykańskich, trochę za trudne. Wygląda na to, że stawiasz portalowemu czytelnikowi wysokie wymagania. Ale na portalu modne są raczej sagi skandynawskie, a nie południowoamerykańskie, albo na przykład hinduistyczne czy pochodzące z głębi Afryki. W naszej fantastyce królują Wikingowie, Celtowie, Normanowie, ewentualnie Słowianie. Mitologia południowoamerykańska jest mniej popularna. Mitologia hinduska, japońska i afrykańska również, znana raczej tylko koneserom. Jednak w takim bogactwie kulturowym nikt nie jest w stanie ogarnąć wszystkich prądów w mitologii narodów, od tysięcy lat tworzących własne sagi. Pozdr.

Ano prawda, Ryszardzie. Każdy naród ma swoją religię. Bohaterowie niektórych częściej pojawiają się w literaturze. Nam najlepiej znani są bogowie europejscy, pewnie dlatego, że to część naszej kultury. Wraz z odkrywcami i zdobywcami świata, rozpleniło się to towarzystwo. Teraz już nawet Australijczycy mogą sobie popatrzeć na Wenus i Marsa… Ale o tych południowoamerykańskich przynajmniej też przynajmniej ludzi słyszało. Japońskich chyba rozsławia manga… Dożyliśmy pluralizmu. :-) Każdy może napisać opowiadanie o takim bogu, jakiego lubi. :-)

Babska logika rządzi!

Obecność karibu w tytule zmusiła mnie do przeczytania natychmiast, jako że właśnie pracuję nad opkiem inspirowanym wierzeniami Inuitów :) Dołożę swoją cegiełkę do rozpowszechniania inszych bóstw i stworów niźli nasze europejskie ;)

Zatem tematyka i bohaterowie podeszli mi bardzo. Pomysł zresztą naprawdę zacny, by na urlop wysłać boga. Puenta i zabawna i przewrotna – zapodałaś nową historyczną hipotezę. Bo może gdyby wszyscy bogowie byli na miejscu, to Cortes miałby trudniej ;)

Jednak sama fabuła zawodzi – tak jak pisali przedpiścy, brakuje haka, kierunku, dążenia. Czyta się to faktycznie jak relację z wyjazdu, ale takiego wyjazdu trochę bez celu. Sądziłam, że może tytułowe polowanie na karibu coś wniesie, ale w sumie nie. Tarapaty z możliwym ożenkiem tez wydawały się obiecujące ale upiekło mu się i w sumie tyle. No i tak jakoś. Niedosyt mam.

Dziękuję, Werweno.

Fajnie, że tematyka Ci podeszła.

Kto wie, kto wie, gdyby Quetzalcoatl nie włóczył się gdzieś po obcych stronach historia mogłaby potoczyć się inaczej. Ale on wolał gzić się i polować niż odwalać obowiązki. ;-)

Wydaje mi się, że polowanie na karibu walnie przyczynia się do kłopotów z Hiszpanami…

No dobrze, co Waszym zdaniem powinien robić bóg na wakacjach?

No to czekam na innuickie opowiadanie. Tylko uważaj na tego karzełka, Inuarrlyta. Lubi bruździć, mała bestia. ;-)

Babska logika rządzi!

Sprawnie napisane opowiadanie, które przeczytałam bez przykrości, ale, niestety, nie mogę powiedzieć, że zrobiło na mnie jakieś większe wrażenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze, Reg. Dzięki za wizytę.

Przynajmniej przykrości nie było…

Babska logika rządzi!

Tytuł brzmi super, ale w sumie do treści ma się tak nijako… Polowanie nie miało jakiegoś większego znaczenia. Ogólnie nic nie miało większego znaczenia ;] Brakuje mi w tekście haka, tak jak pisali już niektórzy. Czytałam bez bólu, ale i bez większego zainteresowania. Nic nie ciągnęło dalej. I w sumie niczego nie wyniosłam z tekstu.

EDIT:

Zapomniałam o tym:

Postanowiłem, że,[-] wracając z wyprawy za kilka lat,

Tylko nie "Tęcza"!

W kategorii pechowej decyzji wyboru, w tym wypadku czasu na urlop, Queta… Qautz… Qeuz… bohater opowiadania plasuje się gdzieś w okolicach górnika szychtującego w nierentownej kopalni który bierze kredyt we frankach. A do tego urlop był nudny, baby brzydkie, zimno i padało, a jak wrócił, to wszystko w robocie się spier…

Przytyk do Corteza zrozumiał ja, przecie gupi nie jest.

Pozdrawiam. :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dziękuję rannym ptaszkom za wizyty. :-)

Tenszo, IMO, polowanie ma znaczenie. Gdyby nie uparł się na konkretnie tego byka, nie dałby się wkręcić w zabicie myśliwego, nie zamieszkałby w wiosce […] wróciłby wcześniej do domu.

A przecinek wydaje mi się potrzebny – “wracając za kilka lat” to wtrącenie, a właściwie imiesłowowy równoważnik zdania działający jak jak część zdania złożonego. Musi być oddzielony przecinkami.

Zalth, “zimno i padało” – piękne podsumowanie tego urlopu. :-) A jak wrócił, to kopalnia już została sprzedana nowemu właścicielowi, który zamierzał organizować w korytarzach igrzyska paintballu…

A czas… No, nie mieli Aztekowie farta.

Cieszę się, że puentę zrozumiał. :-)

Babska logika rządzi!

Przecinek raczej stawia się, kiedy masz podmiot wcześniej, np. : “że Tomek, wracając do domu, zaszedł do sklepu”. Gdy podmiotu brak, traktuje się to jak np. “a wracając do domu, Tomek zaszedł”. Nie wstawiasz po “a” przecinka i po “że” raczej też nie.

Tylko nie "Tęcza"!

No, nie czuję się przekonana. Chociaż coś w Twoich argumentach jest.

Czy AdamKB to czyta?

Babska logika rządzi!

A mnie się podobało i to z różnych stron. Bóg na wakacjach – boskie :) I od razu widać co się dzieje w “firmie”, gdy góra robi sobie za długie wolne :) Na widok “kortesa” uśmiechnęłam się szeroko (wiem, nie powinnam ze względu na biednych Indian, ale nie dało rady). 

Co do wędrówki bez celu nie mam zastrzeżeń, bo to jest mój typ podróżowania – z bardzo ogólnym planem, ale generalnie gdzie mnie poniesie i gdzie uda się dotrzeć.  Dlatego z Pierzastym potrafię się zidentyfikować (poza długością wakacji, niestety, bo mój rekord to tylko pięć tygodni). 

A że nie ma jakiś gigantycznych tąpnięć? W końcu to wakacje, czas ma płynąć leniwie i w towarzystwie małych przygód :) Holoywold mnie ubawiła. 

 Napisane też zacnie i obrazowo (jak zwykle), więc czułam się, jakbym wraz z nim podróżowała. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca.

Czyli możesz twierdzić, że miewasz boskie wakacje? ;-)

Długości urlopu tak Q. nie zazdrość, bo on się wyrywał raz na pięćdziesiąt dwa lata. A poza tym to nawet (zwłaszcza!) w święta kapłani łeb zawracają i coś tam marudzą w świątyniach…

Babska logika rządzi!

Ja to bym mogła co roku na rok jechać ;) 

Oj, mam momentami uczucie czucia się bosko na wyprawach :) Im dalej na północ i w dzicz, tym większe :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Eeee… I nie zatęskniłabyś do domu? Do własnego, wygodnego łóżka, do ludzi mówiących Twoim językiem, do kuchni takiej, jak mama gotowała?

No to nie dziwię się, że się z Quetzalcoatlem mogłaś utożsamić. :-)

Babska logika rządzi!

I nie zatęskniłabyś do domu? – NIE :) 

Do własnego, wygodnego łóżka, – CZASEM :) 

do ludzi mówiących Twoim językiem, – NIE :) Polaków teraz wszędzie pełno :) 

do kuchni takiej, jak mama gotowała? – no dobrze, tu mnie masz, ale też tylko częściowo, bo niektórzy mają tak pyszne jedzenie, że za domowym się nie tęskni.

 

Ok, tęskniłabym za wanną :) Bo prysznic to dla mnie nie kąpiel. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czyli wyro i żarcie najważniejsze? Jeszcze kąpiel, ale tu chyba źródła termalne rozwiązują problem. ;-)

Babska logika rządzi!

Nawet nie mów, bo na samo wspomnienie błogo mi się robi i zaczynam tęsknić, a następny urlop dopiero za rok :(  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Musi być [imiesłowowy równoważnik zdania] oddzielony przecinkami.

Od spójnika NIE musi. Natomiast oddzielanie przecinkami samego spójnika psuje przejrzystość zdania, więc lepiej tego unikać. Zauważ – nie stwierdziłem, że trzeba unikać koniecznie.

To, co napisałem wyżej, zweryfikowałem kiedyś w słowniku ortograficznym i poradni językowej PWN-u. Warto z nich korzystać. Warto też pamiętać, że dany problem często ma więcej niż jedno rozwiązanie. Inaczej pisząc, może być dobrze “i tak, i tak”, nie zawsze to, do czego przywykliśmy, jest jedyną możliwością.

A propos. Dyskryminowanie oboczności typu "‭wężów" świadczy o braku oczytania i/lub elastyczności. Dla mnie to przyjemny (nawet jeśli przypadkowy) szczegół stylistyczny. Forma raczej rzadko dziś spotykana (ale poprawna, do cholery), mająca posmak wiekowości i – zauważmy – pasująca przez to do tekstu literackiego typu bajka/mit/legenda.

 

*

Opowiadanie sympatyczne.

Historia o Cortesie-Quetzalcoatlu jest tak chwytliwa, że warto zadać pytanie, ile w niej prawdy. Nietrudno sobie wyobrazić, że rzeczywistość została przekłamana – z rozmysłem lub bez. Ludzie przejawiają skłonność do wierzenia w efektowne historyjki, niezależnie od tego, czy są autentyczne; przynajmniej w te z nich, które stwarzają odpowiednie pozory. Link dla zainteresowanych:

http://www.mexicolore.co.uk/aztecs/ask-experts/why-did-moctezuma-think-that-cortes-looked-like-quetzalcoatl

(przepraszam, że po angielsku).

Kwestii nie rozstrzygam, po prostu daję pod rozwagę.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Śniąca, to zamykamy temat. Faktycznie, jeszcze długo trzeba czekać.

Jerohu, nie musi? No dobra, czuję się przegłosowana. Wywalę przecinek albo zmienię konstrukcję. Dziękuję, i Tobie, i Tenszy.

Ile prawdy w pomyleniu Węża z Hiszpanami? Pewnie niewiele. Ale na historyjkę o nieobecnym Quetzalcoatlu się świetnie nadaje, więc nie zamierzam zmieniać puenty. Zwycięzcy interpretują historię i Montezuma nie dostał swojej szansy na spisanie pamiętników. :-(

Cieszę się, że sympatycznie.

Babska logika rządzi!

nie zamierzam zmieniać puenty

Nie chciałem Cię do tego nakłaniać :) Puenta mi się podoba.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ja to też kiedyś wyczytałam z PWNa, ale przyznaję bez bicia, że łatwo tego wtedy nie znalazłam, a teraz nie chciało mi się znowu szukać, bo tekst do porannej herbaty przeczytałam, a robota czekała.

Tylko nie "Tęcza"!

No to puenta zostaje, chociaż pewnie mija się z prawdą historyczną (jak to? Quetzalcoatl nie wyruszył na wakacje w decydującym okresie? Ściemniają ci historycy), a zdanie z przecinkiem przerobiłam. Zapamiętam, że po spójniku niepotrzebny.

Babska logika rządzi!

Faktycznie opowiadanie jest na zasadzie byłem, zrobiłem, wróciłem laugh Ale i tak praktycznie wyglądają wakacje potencjalnego Polaka – byłem, zrobiłem (dzieciaka, burę, kaca, zdjęcia itp.) no i wróciłem, na fejsa wrzuciłem devil.

 A mnie się podobała puenta, o taka komedia pomyłek cheeky, chociaż ja teraz czytam więcej lektur szkolnych i po Anaruku trochę miałam obawy, ale uff 

 

Przyjemnie napisane, bum nie było, ale fajnie się czytało

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Dziękuję, KK.

Pierzasty Wąż nie jest Polakiem. Ale skoro Tusk mógł zostać Słońcem Peru, to chyba jednak blisko. ;-)

Cieszę się, że puenta przypadła do gustu. Acz Montezuma pewnie taki zadowolony nie był… ;-)

Babska logika rządzi!

Pierzasty Wąż i tak pewnie ma polskie korzenie tylko jeszcze tego nie wie, kto wie, co robili jego rodzice na wakacjach wink

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

No, nie obrażaj tak niefrasobliwie boskich rodziców. Zdaje się, że mamusia była dziewicą. Ale nie wiem, czy po urodzeniu czterech synów też. :-)

Babska logika rządzi!

Napisane sprawnie i czytało się całkiem przyjemnie, dekoracje dość egzotyczne i nietuzinkowe, ale brakuje chilli w tej azteckiej czekoladzie. Za to czarująca opowieściami Holoywold i tajemniczy kortes yes

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Alex.

Fajnie, że ktoś dziewczynę docenił, bo dotąd raczej czytelnicy nie zwracali uwagi na jej wątek.

Chilli zabrakło? Hmmm, jakoś nigdy się nie mogłam przekonać do tego zestawienia. :-)

Babska logika rządzi!

Aż do krańca terenu mojej władzy (…)

Strasznie źle to dla mnie brzmi.

Jeleń zachowywał czujność

Czy jeleń jest poprawnym określeniem samca karibu ?

(…) nakłada na ciebie pewnie zobowiązania wobec społeczności.

Określenie społeczność brzmi, IMHO, dziwnie w ustach Innuity.

 

Dołączę do Bemik, Szyszkowego i ich następców. Tekst mnie nie porwał, a pisząc wprost: znudził. Jedyny moment, który wzbudził jakieś zainteresowanie, to ostatnie zdanie. Ale zainteresowanie zgasło wraz z końcem tekstu. Postuluję: więcej Korteza, mniej Tony Halika. ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dziękuję, KPiachu.

Faktycznie, nie brzmi najlepiej, ale nie miałam żadnej lepszej koncepcji. Może jeszcze coś wykombinuję przed końcem konkursu.

Czy karibu jest jeleniem? Należy do rodziny jeleniowatych (podrodzina: sarny), więc myślę, że tak.

Co do Innuitów i społeczności – nie zgodzę się. Nie jestem znawcą, ale wydaje mi się, że oni tworzą mocno powiązane grupy i muszą mieć jakieś określenie na “ogół” czy “mieszkańców naszej wioski”. Żyją w warunkach tak wrednych, że jednostka nie ma szans na przetrwanie.

Poczułeś się znudzony? Trudno, Twoje zbójeckie prawo. :-) Postulat zapamiętam, ale w tym tekście już znaczących zmian nie będę wprowadzać.

Babska logika rządzi!

Czy karibu jest jeleniem? Należy do rodziny jeleniowatych (podrodzina: sarny), więc myślę, że tak.

Żaden ze mnie znawca, potknąłem się o tego jelenia i zacząłem się zastanawiać. Należy do jeleniowatych, ale czy to oznacza, że jest jeleniem? Szczególnie, że jest to nazwa odrębnego gatunku. Czy jest na sali jakiś fachowiec?

Co do Innuitów i społeczności – nie zgodzę się. Nie jestem znawcą, ale wydaje mi się, że oni tworzą mocno powiązane grupy i muszą mieć jakieś określenie na “ogół” czy “mieszkańców naszej wioski”. Żyją w warunkach tak wrednych, że jednostka nie ma szans na przetrwanie.

Jasne. Myślę, że nie zrozumieliśmy się. Po prostu społeczność zabrzmiało, hmm, tak naukowo. To może nie jest najlepsze słowo, ale w końcu mamy do czynienia z dość prymitywnym ludem (w niczym im nie ujmując). Gdybyś tam użyła np. plemię, a nawet ludzie (takie znaczenie ma słowo Inuit) to bym się nie zatrzymał przy tamtym zdaniu.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

O samcu karibu mówimy byk.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No i sprawa została uregulowana laugh

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Karibu i jeleń. A czy człowiek jest małpą? IMO, tak, chociaż zwykle się tego nie akcentuje. ;-)

Społeczność. Hmmm. Może i brzmi naukowo. Jednak zostawię. Pewnie dlatego, że nie zgodzę się z określeniem “prymitywny”. Ubrania szyte przez tych ludzi to geniusz krawiectwa. Najdrobniejszy szczegół przemyślany – w którą stronę ma się włos układać, żeby się nosiciel nie pocił, z jakiej skóry uszyć portki, w których będzie się godzinami siedziało nad przeręblem… Mam wrażenie, że w porównaniu z innuicką technologią (istniejącą od tysięcy lat) futra naszej dwudziestowiecznej arystokracji to worki z juty, które raczej ładnie wyglądają niż czemuś służą.

A plemię i ludzie to chyba pojęcia zbyt szerokie, mi chodziło o jedną wioskę, a przede wszystkim jedną wdowę.

Babska logika rządzi!

O, za długo pisałam odpowiedź. :-)

OK, byka też używam. Ale to za mało, chciałam jeszcze więcej synonimów.

Babska logika rządzi!

Podyskutujmy jeszcze ;-)

A czy człowiek jest małpą? IMO, tak, chociaż zwykle się tego nie akcentuje. ;-)

Precyzyjnie rzecz ujmując należymy do nadrodziny małp człekokształtnych. Tutaj sytuacja jest nieco inna, bo termin małpa nie jest określeniem żadnego gatunku. Poza tym, czy opisując normalną scenę z udziałem ludzi, użyłabyś słowa małpa jako synonimu słowa człowiek? Piszę normalną scenę, bo oczywiście zdarzają się przypadki typu np. obcy, którzy określają nas jako bezwłose małpy ;-)

Społeczność. Hmmm. Może i brzmi naukowo. Jednak zostawię. Pewnie dlatego, że nie zgodzę się z określeniem “prymitywny”. Ubrania szyte przez tych ludzi to geniusz krawiectwa. Najdrobniejszy szczegół przemyślany – w którą stronę ma się włos układać, żeby się nosiciel nie pocił, z jakiej skóry uszyć portki, w których będzie się godzinami siedziało nad przeręblem… Mam wrażenie, że w porównaniu z innuicką technologią (istniejącą od tysięcy lat) futra naszej dwudziestowiecznej arystokracji to worki z juty, które raczej ładnie wyglądają niż czemuś służą.

Mógłbym do Twoich przykładów dodać umiejętność szycia szczelnych skafandrów, nadmuchiwanych, których używali do polowań na wieloryby. Tak ubrani łowcy, w ostatniej fazie polowania, wskakiwali na grzbiet wieloryba, żeby go dobić. Strój ich chronił na wypadek wpadnięcia do wody. Jeśli dobrze pamiętam, to chyba gdzieś w Skandynawii jest zachowany w muzeum jeden egzemplarz takiego cudu. Tyle, że to nie zmienia faktu, iż są to ludy łowieckie, które nigdy nie wytworzyły struktur społecznych przekraczających wspólnotę łowiecką. Oczywiście można dyskutować co to jest lud prymitywny (zgadzam się, że ten przymiotnik brzmi fatalnie). Natomiast faktem jest, że są to ludy, które żyją pod dyktando przyrody, w tym wypadku niezwykle surowej i od wielu tysięcy lat nie popchnęli do przodu swojej kultury. Co oczywiście nie znaczy, że jej nie mają.  

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ależ oczywiście, dobra dyskusja nie jest zła. :-)

Czy nazwałabym człowieka małpą? To zależy od kontekstu. W biologicznym – tak. W wyzwiskowym – jak najbardziej. ;-) Nie mam oporów przed mówieniem na szympansy lub inne lemury “kuzyni”. Tak po prostu jest i nie ma co udawać, że moi przodkowie nigdy nie łazili całymi dniami po drzewach.

Ale przyszło mi (wreszcie!) do głowy, że jelenia mogę zastąpić po prostu reniferem. I będzie jednoznacznie.

Innuici. Łowcy-zbieracze, bez dwóch zdań. Ale przed użyciem słowa prymitywni się wzdragam. Na antypodach też żyją ludzie i ci z Ziemi Ognistej już takich wypasionych ubrań nie wytwarzają. A że poza ubraniami ci z północy nie wykształcili zaawansowanych technologii? Co zrobić, śnieg topnieje na wiosnę, a nawet drewna dużo nie mają. Żyją naprawdę w ciężkich warunkach i nie mają zbyt wiele wolnych mocy produkcyjnych.

Ergo: Innuici to lud cholernie stary, mają swoją religię, sztukę, kulturę, opowieści, obyczaje… Słowo “społeczność” wcale nie wydaje mi się zbyt skomplikowane.

Babska logika rządzi!

Ja tam uważam, że pod wieloma względami wcale tak daleko od drzewa nie odeszliśmy ;-D

Pytałem, czy użyłabyś terminu małpa w takim zwykłym opisie. Tylko dlatego, żeby nie mieć powtórzenia określenia człowiek. Wątpię. Taki fragment byłby cokolwiek dziwaczny:

Wysoki, biały mężczyzna skradał się przez gęstwinę. Bardzo zależało mu na tym, aby pozostać niezauważonym, ale z drugiej strony musiał podejść na tyle blisko do obozowiska, aby zorientować się co tam się właściwie wydarzyło. Po prawej trzasnęła gałąź. Małpa zamarła w bezruchu. (…)

A teraz nobla temu, kto z marszu dojdzie do wniosku, że małpa to ten skradający się facet ;-D

 

Co do Innuitów. Ja nie twierdzę, że określenie społeczność nie może być używane w stosunku do nich. Ja tylko stwierdziłem, że zabrzmiało mi to dziwnie w ustach Inuity. Przypuszczam, że oni nawet nie posiadają w swoim słownictwie określenia, które choć w przybliżeniu niosło by takie konotacje jak dla nas słowo społeczność.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Taaa, tylko że ostatnio częściej drzewa wycinamy niż się na nie wdrapujemy… Ale sporo drewnianych mebli mam, więc kontakt zachowuję. ;-)

No dobrze, człowiek to może nie był najlepszy przykład. Chociaż, gdybyś dodał jakieś naprowadzające określenie “bezwłosa małpa”, “jakoby cywilizowana małpa”, “małpa z przerośniętą korą mózgową”, “małpa w kosztującym cztery i pół tysiąca dolarów stroju łowieckim zaprojektowanym przez…”, to każdy odgadłby, o kogo chodzi. I w lekkiej prozie w stylu Pratchetta zwrot byłby bardzo na miejscu.

Ale o tygrysie spokojnie można powiedzieć “kot” – a to ta sama sytuacja; rodzina – kotowate.

Innuici. No to chyba doszliśmy do sedna sporu. Ja wierzę, że oni mają w słowniku określenie odpowiadające naszej “społeczności”. Może nie ze wszystkimi konotacjami (bo socjologów to w czasach Q. pewnie wielu nie mieli), ale coś zbliżonego do “naszej grupy myśliwych wraz z rodzinami” tak. Obawiam się, że we dwoje sporu nie rozstrzygniemy. Czy jakiś Innuita albo chociaż etnograf z odpowiednimi zainteresowaniami nas czyta?

Babska logika rządzi!

Czy jakiś Innuita albo chociaż etnograf z odpowiednimi zainteresowaniami nas czyta?

Dołączam się do pytania Finkli. Wyobrażenia nas nie-fachowców o takich ludach jak Inuici mogą mocno odbiegać od rzeczywistości.

Ale o tygrysie spokojnie można powiedzieć “kot” – a to ta sama sytuacja; rodzina – kotowate.

Fakt. I wyjdzie na to, że decydująca nie jest definicja naukowa, tylko to co się utarło w powszechnym użyciu. Przyczepiłem się do tego jelenia, bo on mi bardziej zabrzmiał jak mój przykład z małpą niż Twój z kotem. 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Czyli spór o słownictwo Innuitów pozostaje nierozstrzygnięty, dopóki nie zgłosi się jakiś fachowiec, a w sprawie jelenia każde z nas trzyma się własnego stanowiska. Ale tyle Twojego, że zmieniłam na renifera. :-)

Babska logika rządzi!

He, he, he! Nie ma to jak mały triumf o poranku ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Zmiana koło czternastej… Zaczynamy kłótnię o definicję poranka? ;-)

Babska logika rządzi!

Fachowcem raczej nie jestem, ale nie każdy jeleniowaty (przedstawiciel rodziny) to jeleń (przedstawiciel rodzaju) – analogicznie jak sroka nie jest krukiem, chociaż należy do rodziny krukowatych. Wiesz Finklo, to jak ze zbiorami w “Pi i Sigmie”;)

A renifer jako synonim karibu może być.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Zmiana koło czternastej… Zaczynamy kłótnię o definicję poranka? ;-)

Nie kłótnię, tylko co najwyżej kulturalny spór ;-) A, poza tym w tym zakresie rządzi męska logika i basta! ;-P

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Alex, systematyka i potoczne określenia nie są takie proste jak zbiory. ;-)

Według słownika PWN jeleń to «ssak o brązowopłowym ubarwieniu i rozgałęzionym porożu u samca». IMO, karibu pasuje do definicji.

Faktycznie, sroka nie wygląda na kruka, ale upieram się, że tygrys jest kotem. Czy zebrę (koniowate) można nazwać koniem? Nie mam pojęcia. Czyli kwestia w zwyczajach. No i diabli wiedzą, co publika sądzi o karibu.

KPiachu, to jak męska logika definiuje “poranek”? Jeśli “pora niedługo po opuszczeniu łóżka”, to właściwie mogłabym się zgodzić, ale wtedy spór zdechnie w zarodku. ;-)

Babska logika rządzi!

KPiachu, to jak męska logika definiuje “poranek”? Jeśli “pora niedługo po opuszczeniu łóżka”, to właściwie mogłabym się zgodzić, ale wtedy spór zdechnie w zarodku. ;-)

No, to niestety zdechnie ;-) Jestem zwierzę nocne. Kocham siedzieć do późna i nie cierpię wstawania. Może to nie był triumf o wczesnym poranku, ale jednak…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Finklo, wg sjp pwn samochód «pojazd na kołach napędzany silnikiem, służący do przewozu osób lub ładunków» i jak dla mnie np. motocykl spełnia tę definicję (bardziej niż karbiu jelenia, bo karibu nie jest brązowopłowy, a rogi mają też samice). Więc mogę używać motocykla jako synonimu samochodu?

Jak się uprzesz to i kruka możesz sobie nazywać wróblem ( bo należy do wróblowatych), tylko się nie dziw, że potem czytelnik nie będzie rozumiał jakim cudem ten wróbel wpyla padlinę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

No to dyskusja o poranku zdechła, jeleń dalej wierzga. ;-)

Alex, z tym przewożeniem ładunków na motocyklu to coś nie bardzo. Chyba że z przyczepką, wtedy możesz używać jako synonimu. ;-)

Dobra, nie znam się na jeleniach. Gdybym spotkała w lesie jakieś rogate brązowe bydlątko skubiące trawkę, to opowiadałabym znajomym, że widziałam jelenia, bez wnikania, czy to był daniel, sarenka czy coś podobnego. No, łosia chyba bym odróżniła, rogi ma inne. A co z reniferem? Cholera, nie wiem. Że w środowisku naturalnym nie spotkam, to raczej pewne, bo jestem stworzeniem ciepłolubnym i na północ mnie nie ciągnie. A w zoo? Podejrzewam, że do przeczytania tabliczki też myślałabym o jeleniu. I tego słowa użyłam, opierając się na własnym przekonaniu, że tak można, bo ja bym tak zrobiła. Trochę mnie zaskakuje, że nie wszyscy podzielają ten osąd, ale zawsze mogę się nauczyć czegoś nowego. :-)

Babska logika rządzi!

Stylowo bez zarzutów, bo język ładny, plastyczny, ale niestety muszę się zgodzić, że cała historia nie przemówiła do mnie i nie porwała.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dobra, rozumiem, dziękuję ja za wizytę. :-)

Babska logika rządzi!

No cóż, opowiadanie zupełnie nie w moim guście. Muszę jednak przyznać, że twój styl wciągnął mnie tak, że przeczytałem jednym tchem. Umiesz utrzymać uwagę czytelnika, przez co lektura staje się bardzo przyjemna. Jestem pod wrażeniem. :-)

Dziękuję, Blackburnie.

Dobrze, że w konkursie były limity, bo jeszcze byś się udusił. ;-)

Cieszę się, że było przyjemnie mimo nie trafienia w gust.

Babska logika rządzi!

Finklo – byłam, przeczytałam, obszerniejszy komentarz po ogłoszeniu wyników :)

Dobra, dzięki za wizytę, czekam na te wyniki i prawdziwy komentarz.

Babska logika rządzi!

Nie jest to opowiadanie z tych, co powalają na kolana, ale historia przyjemna i dobrze się czytało. Bogactwo odniesień też fajne, choć samodzielnie nie wyłapałem wielu :(

Dzięki, Zygfrydzie.

Hmmm, też jakoś tych powalonych nie widzę. ;-/ Może innym razem. Tak, wstawiałam tu jakieś odniesienia. ;-)

Babska logika rządzi!

Wyobraź sobie las; bór sosnowy tak gęsto drzewiem porosły, że między igłami najskromniejszy nawet promień słońca przebić się nie może, by ściółkę ogrzać swym ciepłem. Widzisz to, prawda? Super. To teraz wyobraź sobie, że przez ów las biegnie szeroka wstęga ludzką przemocą wydartej przestrzeni, niby rzeka jakaś zielenią traw płynąca aż po horyzont. To jest właśnie przecinka. I ja Ci teraz zostawiam tego przecinka (mniejsza o odmianę) na znak bytności i czytności tutaj mojej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję, Jurorze Cieniu, za wpuszczenie światła do mojego ciemnego lasu. ;-)

Babska logika rządzi!

 

Opowiadanie przeczytałam z dużym opóźnieniem, ale za to jednym tchem. Pięknie opisana, wciągająca historia o niezbadanych drogach najpotężniejszego z Bogów – Zbiegu Okoliczności.

Hmm... Dlaczego?

Dziękuję, Drewian. :-)

Cieszę się, że przypadło do gustu. Może to Zbieg Okoliczności, a może Przeznaczenie albo Historyczna Konieczność? Kto wie?

Babska logika rządzi!

Jestem tutaj nowa, a to opowiadanie jako pierwsze nakłoniło mnie do pozostawienie komentarza. Niezły pomysł, przewrotne zakończenie ( zaskoczyło mnie, że ktoś może nie wiedzieć, kim był Cortes ). Gratuluję stylu – plastyczne, barwne opisy, które nie spowalniają akcji.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dziękuję, Fleurdelacour. :-)

Czuję się zaszczycona, że to właśnie moje opowiadanie przyczyniło się do rozdziewiczenia Cię jako komentatorki. Witaj na portalu, rozgość się, czytaj, komentuj i pisz własne teksty.

Miło, że tyle elementów przypadło Ci do gustu. :-) Cóż, Pierzasty Wąż wtedy jeszcze nie wiedział, kto zacz. A co do Czytelników… Ludzie wiedzą i nie wiedzą naprawdę bardzo dziwne rzeczy.

Babska logika rządzi!

Bezpłciowe, ale dało się przeczytać.

KrystynaUczySięPisać

Dziękuję, że próbowałeś. I dałeś radę. :-)

Babska logika rządzi!

Hmm… Ode mnie duży plus za setting. Mitologie w opowiadaniach tutaj to przeważnie opcja skandynawska bądź bądź słowiańska. A tu proszę, coś innego, choć nie do końca nieznajomego. Sama historia sprawnie napisana i łatwa w odbiorze. Zmierza od początku do końca i nie sili się na bycie czymś więcej, niż jest. 

A fenomen ilości komentarzy pod twoimi tekstami wciąż pozostaje dla mnie fenomenem niezmiennie fenomenalny.

Dziękuję, Vyzarcie. :-)

Jeszcze grecka mitologia często u nas gości. Wiesz, to w końcu europejskie, nasze, własne korzenie kulturowe… O innych kontynentach wiemy o wiele, wiele mniej. O głównych postaciach z wierzeń Innuitów czy Aborygenów możemy powiedzieć znacznie mniej niż o kochankach Zeusa.

Proszę, udało mi się pogodzić egzotykę z lekką znajomością tematu. No i dobrze.

Komentarze… A przecież to jeszcze nie koniec – konkurs nie został rozstrzygnięty, liczę jeszcze na prawdziwe jurorskie.

Powoli kiełkuje we mnie chęć napisania artykułu o komciach pod moimi tekstami. Ale to chyba w przyszłym roku. Chociażby po to, żeby sprawdzić, ile tam pojawi się czytelniczych reakcji… ;-)

Babska logika rządzi!

Przypuszczam – choć to tylko hipoteza – że jeśli napiszesz tekst o komentarzach pod twoimi tekstami, wywołasz zakrzywienie czasoprzestrzeni, przez co komentarze pod tekstem o komentarzach będą zapętlać się w nieskończoność, doprowadzając tym samym do reakcji łańcuchowej, która w ostatecznym rozrachunku wywoła koniec internetu.

Tak będzie, zobaczysz.

Nie boję się! Kiedyś już poruszałam tematykę fraktali. ;-)

Zostać współczesnym Herostratesem? Hmmm. Interesująca wizja. ;-)

Babska logika rządzi!

Vyzart, a to bardzo proste jest, jak sama Finkla przyznaje, rozdziewicza w komentarzach, więc się mnożą na potęgę. Przykładowo, to również mój pierwszy (na pewno w tym roku), więc kolejne rozdziewiczenie właśnie ma miejsce. Tylko od tego rozdziewiczania sam tekst taki bezpłciowy jakiś się zrobił (jak na złość, bo bohater bosko płodny…). Lubię takie historie, gdy bohater idzie i idzie i śnieg pada i idzie. Ale lubię, jak brak emocji zrekompensowany jest otoczką, magią (jak z reklamy coca coli). Kurczę, no nie ma jej tu. Ale i tak przeczytałam z przyjemnością. 

Dziękuję, Prokris.

Wiesz, jeśli baba z babą… to rozdziewiczanie wcale nie jest takie proste. A już rozmnażanie… Tak się chyba nie da. A przynajmniej to bardzo mało prawdopodobne.

Z Ciebie to taka trochę dziewica z odzysku, komentarzy na koncie masz już sporo. ;-)

Ale cieszę się, że przynajmniej było przyjemnie. ;-)

No nie – w tym tekście postawiłam na puentę i ledwo wyczuwalne smaczki. Na fajerwerki i magiczne otoczki zabrakło miejsca.

Babska logika rządzi!

Poleżałem sobie minut przyjemnych kilka, z rękami skrzyżowanymi na blacie biurka i głową na nich wspartą dosyć wygodnie. Dumałem jako ta Telimena nieszczęsna, nim ją mrowca oblazła niecnie, a szum wentylatora w laptopie łagodził me myśli niespokojne. I oto, com wykoncypował, nim prawie usnąłem:

Niezłe. Bez szału, niestety, ale zdecydowanie na plus. Co mi się podobało, to to, że nie siliłaś się na żadne zawiłości, twisty, filozofię, nadlogikę i dzidki laserowe. Ot, rozrywkowa, fajnie napisana opowieść bez większych pretensji do czegokolwiek poza dawaniem radości czytania. (I napisałem to przed vyzartem^^)

Gorzej, że trochę to wszystko jednak nie do końca wypadło tak, jak powinno. To znaczy, moim zdaniem, za dużo tego wszystkiego na raz, a jednocześnie w tym wszystkim jednak za mało wszystkiego. Zawiłe? I dobrze. Ale już tłumaczę.

Będę nawet taki fajny, że posłużę się metaforą obiadową. Jest stół, na który wyłożyłaś pełno rozmaitych dań – jedne bardziej smakowe, inne mniej. Ale żeby wszystko na blacie się zmieściło, to każdej potrawy jest tylko po troszku, ilości wręcz próbkowe. Podchodzi koleś siakiś, powiedzmy Twój gość na niedzielnym obiedzie, i wszama wszystko, co jest, bo inaczej wyjdzie od domu głodny. Rezultat jest taki, że nie zjadł żadnego dania jak należy i jak by chciał, a i tak zdążył napchać brzuch, więc generalnie, narzekać nie może.

Tu jest trochę podobnie. Wątków wiele, ale każdy tylko podstawiony do posmakowania. Efekt co prawda osiągnięty, bo udało się zapełnić brzuch gościa jak należy (czytaj: Pierzastemu na adamowej licencji zleciało jakoś te pięć lat potrzebnych do wyprowadzenia puenty, a i limit ładnie wykorzystany).

Tyle jednak, że ja wolałbym zamiast kilku potraw, które dajesz jedynie do posmakowania, dostać menu skromniejsze, ale bardziej treściwe: zostawić tylko najciekawsze wątki, ale za to bardziej je rozwinąć. I zadbać, żeby zarówno dla bohatera jak i czytelnika były czymś więcej niż tylko czasozabijaczem (względnie, wracając do metafory obiadowej – pustymi kaloriami). Bo prawda jest taka, że żadna z przeżytych przygód nie wpłynęła jakoś zasadniczo na Quazelejakmutama ani na jego życie.

Motyw polowania na karibu (swoją drogą, naprawdę trzeba być bogiem jakiegoś zaścianka – oho, ale mi się teraz oberwie! – by pozwolić sobie na ignorancję porównywania karibu do lamy) w sumie też mi nie podszedł, bo tak naprawdę urwał się w nieodpowiednim momencie. Mając na uwadze tytuł opowiadania, oczekiwałem, że wyniknie z niego coś więcej i ciekawiej, niż dokarmianie starej, cuchnącej foczym sadłem Indianki. Kolejna opowieść, która tak naprawdę nie ma większego znaczenia.

Swoją drogą, ujmująca logika: zabić człowieka, zwalić na jakiegoś mitycznego kurdupla, a ludzie nie dość, że z miejsca, zupełnie bezrefleksyjnie machną na to ręką, to jeszcze przyjmą do siebie i dadzą żonę… A że brzydka? Było patrzeć, kogo zabijasz, sorry. Jeśli w ciągu kilku najbliższych lat nie znajdę sobie jakiej miłej głupiej, to wyjadę zapolować na Eskimosa ożenionego z młodziutką, gibką, rezolutną… A jutro napadnę na bank. Jak się uda zwiać z kasą, to tylko lepiej, a jak nie, to powiem, że mnie Hermes podkusił. Ciekawe, czy zadziała? “A, to jak Hermes, to spoko, nic się, stary, nie przejmuj, nie mamy ci za złe, to się zdarza, wiadomo. Hermes, co chwilę kogoś podpuszcza, kawalarz jeden… Tak że pełen luz, rozumiemy sytuację, wszystko będzie dobrze. Tylko tego… posiedzisz trochę u czubków.”

Co na plus, to puenta. Rozbawiła mnie. Pomysł wymieszania bóstw z różnych wierzeń i kultur, choć nienowy, dosyć ciekawie wyszedł. Podobało mi się zwłaszcza, gdy bogowie północy ucieszyli się, że Bóg Płodności nie zawraca im więcej tyłków (zasadniczo, jeśli ująć całą rzecz tak, jak ja to właśnie zrobiłem, to nie ma co się dziwić, że niektórzy eskimoscy bogowie się ucieszyli z takiego spraw obrotu;). Szkoda tylko, że nie rozwinęłaś bardziej tego wątku, bo mógłby być bardzo ciekawy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję, jurn jurorze Cieniu.

Wiesz, z metaforą posiłku chyba mnie nie przekonałeś – jak się zje po odrobinie różnych rzeczy, to łatwiej zebrać komplet niezbędnych mikroelementów i witamin (taki quest ;-) ). Bo w kapuście do schabowego na pół talerza może i przetrwa trochę C, ale gdybyś jeszcze skubnął surówki z marchewki to dojdzie karoten… W fasolce i sałacie też się coś sympatycznego znajdzie. ;-)

Ale zasadniczy przekaz zrozumiałam – wolałbyś jeden wątek porządnie poprowadzony niż kilka po łebkach. Hmmm, możesz mieć rację.

Z resztą zarzutów powalczę: może to się nie rzuca w oczy, ale jakiś research przed napisaniem przeprowadziłam. W mitologii innuickiej naprawdę jest taki karzeł i to nie jest miły facet. Więc przykład z Hermesem trzeba byłoby przenieść do starożytnej Grecji. Gdybyś tam tak się tłumaczył, mogłoby Ci się udać. Chyba że przeciwnik pomyśli o kontrargumencie “gdyby ten w skrzydlatych trampkach cię wspierał, to byśmy cię nie złapali". A poza tym – bo to raz w imię Boga/ bogów wyprowadzano grubą kasę?

I podobno w okolicach koła podbiegunowego naprawdę istnieje prawo mówiące, że zabójca musi ożenić się z wdową. Wydaje mi się ono logiczne (acz przeczytanie jednej cienkiej książeczki o wierzeniach Innuitów nie czyni ze mnie eksperta). Młoda (czytaj: bez synów na tyle dorosłych, żeby mogli polować) wdowa ma nikłe szanse na przeżycie. Chyba że wioska weźmie ją na utrzymanie. Ergo: zabijając faceta, skazujesz na śmierć jego rodzinę. Sprawiedliwe wydaje się, że społeczność zwala Ci ich na głowę. A czy to dobry sposób na znalezienie żony? Hmmmm, jeśli lubisz godzinami po ciemku, w zimnie siedzieć przy przerębli i czekać, aż podpłynie foka oraz z lubością zajadasz surowe mięso…

Babska logika rządzi!

O Indiańskim prawie przejęcia opieki nad rodziną zmarłego wiem. Zresztą nie tylko wśród Innuitów ono obowiązywało, z tego, co wiem.

Karzełka Ci nie odmawiam, bynajmniej, a przytyk o boskiej ingerencji, et cetera, był wymierzony nie w Ciebie, a generalnie na zjawisko podatności ludzkiej na robienie totalnych głupot w imię swojej wiary. Karzeł po prostu nawinął się jako świetny przykład. Ja natomiast specjalnie przeniosłem się w zupełnie inny zakątek Ziemi i w odleglejsze jeszcze czasy, ale równie dobrze można by tu wyskoczyć ze składaniem ofiar z ludzi przez Inków, z Inkwizycjami, krucjatami, sądami czarownic, Dżihadem “gdzie-jest-krzyżmizmem” i milionami innych przykładów tego zjawiska. Tak więc nie traktuj tego proszę jako krytykę samego tekstu. To była luźna obserwacja.

Ale tak, wolałbym, żeby Twoje dzieło faktycznie opowiadało o czymś konkretnym.

 

Kłaniam się,

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ech, robienie głupot w imię wiary to temat rzeka i morze krwi… :-(

Ci z Ameryki Południowej też mieli swoje za uszami. Jeśli dobrze pamiętam, to władca wstępujący na tron musiał złożyć bogom porządną daninę z serc. Potrzebował niewolników, zdobytych w walce. Więc wojna! I tak co pokolenie… Strategia cholernie sprzyjająca zjednoczeniu, sojuszom z ościennymi plemionami…

Babska logika rządzi!

Fantastyka – jest

Wakacje – są

 

Finklo, przygody wakacyjne Węża opisałaś pięknie, ze dwa razy rzuciły mi się w oczy fragmenty z powtórzeniami, ale poza tym nie mam zastrzeżeń co do warsztatu (nic dziwnego w sumie:P). Ale… Po przeczytaniu tego fragmentu:

A jacy wszyscy byli przesądni! Od razu zaczęli mnie przestrzegać przed robieniem tego, opowiadać, jakie środki ostrożności należy przedsięwziąć przy próbowaniu tamtego… Wkrótce przestałem słuchać. Bez przesady, nie jestem dzieckiem, tylko dojrzałym mężem. A do tego bogiem. Kłopoty już dawno nauczyły się, że lepiej mijać mnie z daleka.

bardzo nastawiłam się na jakieś kłopoty. I to zdecydowanie bardziej kłopotliwe niż te, w które Pierzasty się wpakował.

 

Czytałam, czytałam i opowiadanie się skończyło. Puenta była bardzo fajna, podobała mi się niezmiernie, ale niedosyt pozostał. Brakowało łupsnięcia. Może naoglądałam się zbyt wielu “Niezniszczalnych”, “Rambo” czy innych “Predatorów”, ale dla mnie za spokojnie było. Gdyby zmniejszyć ilość wątków, a dać jakiś mocniejszy (bardziej zabawny albo dramatyczny) akcent… Metafora obiadowa, którą zastosował Cień, trafnie oddaje moje uczucia, więc pójdę na łatwiznę i nie będę się rozpisywać :)

Duży plus za mitologię, którą wybrałaś :)

Lektura oczywiście przyjemna, chociaż bez efektu “wow”.

Dziękuję, Jurorko Iluzjo. :-)

Pewnie nie pamiętasz, gdzie się ukryły te fragmenty z powtórzeniami?

Zgadza się – jedyne łupsnięcie czaiło się w okolicach puenty. Innego nie przewidziano, a kłopoty okazały się mało widowiskowe – ot, na skutek pospiesznej ucieczki boskie “paliwko” się skończyło.

Tak, mitologia (właściwie dwie) nie z tych bardziej oklepanych. Przynajmniej tu przypasowałam. :-)

Babska logika rządzi!

Tym razem wybrałem północ, z niewielkim odchyleniem na zachód. Pod postacią wiatru podążyłem w stronę domu tego z moich ludzi, który mieszkał najdalej w interesującym mnie kierunku. Aż do krańca terenu mojej władzy, mojej służby, ale i maksymalnych możliwości.

 

Wszystko było tu inne – rośliny, zwierzęta, ba! nawet dnie trwały dłużej, Tezcatlipoka musiał sobie szczególnie upodobać tę krainę. Bardzo odpowiadał mi ten stan rzeczy.

Nowi znajomi uczyli mnie życia w tej krainie chłodu.

 

Nie ustawaliśmy w wysiłkach. Przerwaliśmy pościg dopiero, gdy rozpętała się okropna burza śnieżna (tak blisko oceanu? Dziwne). Przeczekaliśmy ją w załomie skalnym. Inuarrlyt zapchał szczelinę wejściową śniegiem, abyśmy nie zamarzli, jak wyjaśnił. Tuliliśmy się do siebie w maleńkiej przestrzeni przez kilka mrocznych, wilgotnych i chłodnych godzin.

Rankiem, kiedy nawałnica dawno już ucichła, nalegałem, aby wrócić do tropienia.

– Ależ, panie, byk odszedł, jego ślady zasypał śnieg. Nie znajdziemy ich teraz.

– Będziemy zataczać coraz większe kręgi. Kiedyś musimy natknąć się na tropy.

Tak też uczyniliśmy. W końcu zobaczyliśmy znajome kształty racic odciśnięte w miękkim podłożu. Na białym, świeżym śniegu ciągnęły się wyraźną linią. Teraz byk nie mógł nam uciec! Ruszyliśmy biegiem.

Wkrótce ujrzeliśmy jakiegoś myśliwego. Inuarrlyt krzyknął:

– Zabij go, panie! To szaman, który zesłał śnieg, aby byk mógł uciec!

 

– Nie. Yuit, zabity przez ciebie mężczyzna, pozostawił żonę. Według innuickich praw musisz się z nią ożenić.

Być może jestem przewrażliwiona, bo obecnie funkcjonuję w trybie betowania :D Ale rzuciły mi się w oczy, więc zamieszczam :)

O kurczę, faktycznie… Dużo tego. Już kombinuję, jak poprawić. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Lubię takie północne wędrowanie. I pierzaste węże. Czy Quetzalcoatl mógłby mnie następnym razem zabrać ze sobą? :) A skoro tak wzdychał, widząc jasnego renifera… “a poroże, ach, poroże” … to pewnie namawiałabym go na zmianę planów i wycieczkę na inną Północ: do Laponii. Później by mi jeszcze Pierzasty dziękował! ;)))

Pozdrowienia.

 

Dzięki, Blue_Ice. :-)

Widzisz, obawiam się, że nie będzie następnego razu. Podczas wędrówki zbyt wiele się wydarzyło, sporo pozmieniało… Chyba że Quetzalcoatl udałby się do Laponii jako imigrant. Pewnie do tego nielegalny, bo przecież paszportu nie ma. ;-)

Babska logika rządzi!

Żaden pierzasty wąż nie może być nielegalny! Zresztą, ostatecznie paszport można sobie wyrobić, z boskości pomocą nie powinno być problemów ;) Laponia czeka :)

Tylko nie wiadomo, co dzieje się z boskością, kiedy wyznawcy zanikają… Mnie się wydaje, że i boskość więdnie… Ale masz rację – na wyrobienie paszportu może wystarczyć. Jeśli ni stąd, ni zowąd w Skandynawii poprawi się płodność, to można podejrzewać, że Quetzalcoatl odwiedził północ Europy. ;-)

Babska logika rządzi!

Oooo, to ci dopiero bohater! :) Pozostaje życzyć Laponii – i innym nieco zmarzniętym krainom – pomyślnych wiatrów ;)))

No i niech się mnożą – Lapończycy, renifery, elfy mikołajowe… ;-)

Babska logika rządzi!

Ximopanoolith! Wyczuwam moje klimaty. :)

 

Nie dość, że tematyka bliska memu sercu, to jeszcze opowieść w stylu przywodzącym na myśl dawne legendy lub święte księgi. Takie rzeczy bardzo misię.

Przyznam się jednak, że z początku myślałem, że głównym bohaterem nie jest Ce Acatl Topiltzin (był jeszcze taki drugi na “i”), którego możemy uznać za wcielenie Pierzastego Węża, lecz Coatlicue, która, według niektórych podań, poświęciła się, by nakarmić swym ciałem głodne dzieci (przy czym faktycznie, dosłownie umarła – nie ma lipy). Quetzalcoatl jako bóg płodności średnio mi tutaj pasuje.

Obawiam się teżk, że lam nie hodowano na ziemiach podległych Panu Wiatru, coś więcej mógłby na ten temat powiedzieć niejaki Inti.

 

Czepiałbym się też "Inuitów", obstając przy formie "Inukowie". Inuit to liczba mnoga, którą widziałbym raczej w określeniach "Lud Inuid", "pochodzący z Inuit" itp. Chociaż zawsze można przyjąć: jeden Inuk, wiele Inuit. Swoją drogą, gdyby Pierzasty był zwykłym śmiertelnikiem, zapewne musiałby przez kilka lat pełnić funkcję niewolnika…

Zaintrygował mnie też "dzień krótszy niż najdłuższa opowieść szamana". Czyżby tamtejsi mówiący z duchami słynęli z niezwykle zwięźle opowiadanych historii?

 

No i zakończenie wręcz epickie, spadające na czytelnika niczym grom z jasnego nieba. Padłem. :D [choć zdziwiłem się, że Coatlicue żyje] 

Przyznaję 6!

 

Ps: Nie znam się na eskimoskich bogach i mianach, kojarzę jedynie nazwy z okolic Grenlandii. Mam jednak przeczucie, że ich imiona wymyślałaś. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dzięki! :-)

No masz! Trafiło na fachowca i się zaczęło… Bogów z Ameryki Południowej znam bardzo pobieżnie. Opierałam się na jednej książce (może dwóch) i cioci Wiki. Ce Acatl Topiltzina w ogóle nie znam, a zatem podejrzewam, że i większość Czytelników by gościa nie rozpoznała… Acatl to trzcina czy mi się źle wydaje?

Lamy. Marudzisz. Nawet jeśli nie mieszkały na ziemiach Pierzastego, to w bliskim sąsiedztwie się pałętały. A facet lubił wycieczki po okolicy, więc na pewno mógł spotkać zwierzątka. Może na czekoladzie u Inti. ;-)

Inuici. O, nie wiedziałam, byłam święcie przekonana, że “Inuici" są poprawni. Dobra, poprawię w wolniejszej chwili.

Opowieść szamana. Nie wiem, jak oni, ale jestem raczej lakoniczna. Nie wyobrażam sobie opowieści powtarzanej komuś ustnie i dłuższej niż pół godziny. No dobra, na studiach były wykłady, jeśli bez przerwy, to półtorej. Ale to już posiłkując się notatkami, a i tak strasznie nudno wychodziło… ;-)

Coatlicue. To ona nie żyje? Nawet mi nie przyszło do głowy, że boginię może coś takiego spotkać. A potrzebowałam kogoś, kto przekaże wracającemu bohaterowi puentę.

Bogowie dalekiej północy. A nie. Nie wymyślałam, tylko wzięłam z jednej książeczki. Imiona i cechy. Ale nie ufam zbytnio tej publikacji. Samo to, że lud uparcie określali mianem “Eskimosi” o czymś świadczy.

Babska logika rządzi!

Nie mam pojęcia co znaczy "acatl" (internet twierdzi, że faktycznie trzcina), grunt, że gość miał białą skórę i brodę. 

"Serce i krew" u Inti? No, chyba że tak stawiasz sprawę. ;) 

 

Hmmm, ostatnio miałem wykład o owadach, nie dość, że półtora godziny, to jeszcze bez przerw. Słuchacze na znudzonych nie wyglądali, pomimo że z podstawówki. Co niektórzy chcieli nawet dłużej, ale autobus poganiał… Tak więc zapraszam do mnie. :>

A porządna opowieść to i cały dzień może trwać. Tylko czasy nie te. Telefony, internety, gry – tyle ciekawszych zajęć.

 

Według wikipedii, Coatlicue nie dość, że żywa, to jeszcze spółkuje z synem, rodząc ziarna! Tylko kto by tam wiki wierzył… 

Pani Kolb zdaje się ewenementem na skalę światową. Żaden inny boski byt nie poświęcił trwale życia dla człowieka (bo takich, co ryzykowali, ale nic im się nie stało było całkiem sporo).

 

Nooo, "Eskimosi" nie wróżą nic dobrego. Może być też kwestia roku wydania? Zdradzisz tytuł i autora? 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

To na Corteza faktycznie by się nadawał. I mniejsza, jak go zwali. ;-)

No, jak o bzykaniu owadach, to może się nie nudzili. ;-) W takim razie gratuluję zdolności do zaciekawiania dzieciaków. :-)

Prometeusz też chyba słabo wyszedł na pomaganiu ludzkości. Niby nie umarł, ale co to za życie bez wątroby… ;-)

To była cała seria dość cienkich książeczek o mitologiach różnych ludów. Sprzedawana jako dodatek do którejś z gazet (bodajże “Rzepy”). Kupiłam sobie kilka co bardziej egzotycznych i ostrożnie korzystam. Wydana w miarę niedawno (w sensie, że raczej bieżące millenium). Do autorstwa tych dziełek chyba nikt się nie przyznawał… A tytuł tomu “Eskimosi” właśnie.

Babska logika rządzi!

Kto jak kto, ale Prometeusz miał niezwykle zdolną wątrobę. Przecież wystarczył dzień na regenerację! Aż strach pomyśleć co się działo po uwolnieniu go przez Heraklesa.

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

No jak to co? Oblewali uwolnienie. A potem pan Akles się schlał i po pijaku nawyczyniał takich rzeczy, że musiał długo pokutować. Dziesięć latek zadań dostał czy jakoś tak. Ale możliwe, że coś mieszam. ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka