- Opowiadanie: varg - Ostatni

Ostatni

Niesiony falą poprzedniego opowiadania, napisałem jeszcze takie krótkie coś, w ramach eksperymentu. Pech chciał, że dopiero co ktoś wrzucił coś o zimie, ale trudno.

Liczę, że przypadnie Wam do gustu.


* Sarek – górzysty park narodowy w północnej części Szwecji (Lappland), w obszarze lapońskiego kręgu kulturowego

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ostatni

Cel był już blisko. Wyczuwałem to niemal instynktownie. Śnieżyca nie dawała za wygraną, wicher dął jak przeklęty, raz po raz smagając mnie biczem lodowych igieł. W gęstniejącym mroku nie dało się już dostrzec nawet śladu ścieżki, lecz przecież znałem tu każdy kamień, każde skulone, skarlałe drzewo. Wkrótce zza ośnieżonego skalnego garbu wyłonił się na poły zagrzebany w zaspie dom – dzieło życia mojego wielkiego przodka, powstałe w czasach, gdy świat wyglądał jeszcze zupełnie inaczej. Witaj, ciemności, stary druhu. Przybywam z pustymi rękami.

Już na miejscu, przysiadłem sobie na zmrożonej ławie i skostniałymi palcami zacząłem grać na flecie zapomniane melodie. Dom, jakby teraz dopiero zauważając moją obecność, zaczął tajać. Ogień zapłonął w kominku, trzaskając powitalnie. Lód puścił wodniste soki, płynące teraz strugami po oszronionych balach. On jeszcze nie wiedział, nie rozumiał. Cieszył się tylko po swojemu, świadom wyłącznie rzeczy, których świadom być potrafił…

Nie miałem synów. To koniec tej pięknej pradawnej historii, koniec na zawsze. Nikt cię tu nie odnajdzie, choćbyś wył całymi eonami. „Nie odbierzesz mi tego, czego nie mam”, zaśpiewałem zuchwale. Chata zatrzęsła się lekko, może urażona. Nie bałem się. Jej korzenie wgryzały się zbyt głęboko w żywe trzewia świata, zbyt masywne były jej refleksje, by rozpamiętywać te drobne złośliwości. Nie chciałem jednak zadawać bólu, nawet tak ulotnego, rzadko więc wypowiadałem te myśli na głos. Na zgodę zagrałem jej ulubioną pieśń. O zimie – wiecznej i nienasyconej. Zimie przenoszącej góry, pełznącej, niepowstrzymanej, kruszącej twarde skały i mrożącej ludzkie serca. Zimie wszechwładnej, decydującej o obliczu ziemi. O Królowej Cierpliwości.

To był dobry, wierny dom i kochałem go. Wiedziałem, że odwzajemniał moje uczucia, cierpiałem więc, widząc, jak marnieje i blaknie. Więził mnie już jednak zbyt długo, trzymał tu, zazdrosny, władczy i wymagający, a ja zestarzałem się i brakło mi sił. Nie mogłem z nim walczyć. Nikt nie mógł. Przed laty jeden z moich przodków próbował go spalić. Stał tu wtedy, patrząc, jak płonie, podsycał ogień tak długo, aż pozostał tylko popiół. Dom odrósł jeszcze tej samej nocy, wściekły. Zemścił się srodze, latami dusząc w lodowym uścisku tę krainę, a potem wiele innych. By go udobruchać, mój pradziad musiał poświęcić własne życie. Działo się to sześć stuleci temu, a historię tę przekazywano ku przestrodze z pokolenia na pokolenie, jak i mi przekazano. Lecz nikt już jej więcej nie usłyszy. To koniec.

Wiedziałem, że gdy przyjdzie kres, pozostanę tu na wieki, pogrzebany pod lodową skorupą. Nie przeszkadzało mi to. Już nie. Podjąłem decyzję. Trzeba to było zakończyć, pakt musiał zostać zerwany. Umrę, a wtedy to nie powtórzy się nigdy więcej. Rządź sobie, zimo, nie powstrzymam cię. Karz nas za swą własną pychę. Wiem, że wielu zginie, znam cenę. Niech i tak będzie. Każdy kolejny cykl jest wspanialszy, na tym polega kunszt natury – stale dąży do doskonałości, wstydliwie pozbywając się błędów. Czyż las po pożodze nie odradza się jeszcze piękniejszy? To, co godne, przetrwa wszak wszystko.

 

* * *

 

Od wielu godzin błąkałam się po tym pustkowiu, wściekła na siebie, Finna i tę jego nową, głupią cizię koloru blond. To wszystko przez niego! Co mnie podkusiło, żeby pchać się tu w samym środku zimy, w dodatku bez sprzętu? Doskonale zdawałam sobie sprawę, jak zdradziecki potrafi być Sarek, a jednak przyjechałam. Chciałam pomyśleć, wyładować się, zapomnieć. A niech szlag trafi to moje myślenie! – irytowałam się. To przecież cholerna Laponia, nie jakieś pagórki na Ibizie! Głupia jestem jak but.

Byłam przekonana, że zapamiętam drogę, jak tyle razy przedtem. A potem zaczęło wiać. Potężna śnieżyca uderzyła znikąd, jakby specjalnie na moje powitanie. Próbowałam zawrócić, lecz rządek wydeptanych śladów niknął szybko pod warstwą nawiewanego nieustannie białego puchu, aż przepadł zupełnie. Telefon równie dobrze mogłam wyrzucić – zdechł prawie od razu, może od wilgoci. Pieprzony fiński szmelc. Gdzie nie spojrzałam, widziałam to samo – zwartą ścianę śniegu na tle narastającej ciemności. Nie pozostawało nic innego, jak brnąć na oślep, dokądkolwiek. Wiedziałam, że jeżeli się stąd prędko nie wydostanę, pozostaną po mnie tylko zmrożone zwłoki sterczące z jakiegoś lodowca. Krew pulsowała mi w uszach, adrenalina pchała wciąż naprzód, lecz czułam, że zbliżam się już do granic możliwości. Przenikliwe zimno, wiatr i mrok osaczały jak żywe, widziałam niemal ich sięgające ku mnie dłonie o zakrzywionych palcach.

Traciłam chyba resztki rozumu. Byle nie panikować, działaj metodycznie, kobieto! Noga za nogą, noga za nogą. Do przodu i w dół. Próbowałam się skupić na rozpoznawaniu objawów hipotermii. O tym, co czekało mnie potem, nie chciałam nawet myśleć. Głupia, głupia, głupia. Każdy krok pozbawiał mnie chyba połowy sił, lecz nieskończoność ani myślała mnie ratować. Ugrzęzłam wreszcie obiema nogami głęboko w zaspie i nie miałam już dość energii, by je wydostać. Padłam na śnieg, oddychając ciężko, rozpaczliwie. Próbowałam krzyknąć, lecz wydobył się ze mnie tylko chrapliwy, żałosny jęk. Obiecywałam sobie, że jeśli przeżyję, to nigdy więcej nie będę się pałętać sama po górach. I koniec z mężczyznami. Finn był ostatnią porażką mojego życia. To wszystko… wszystko było przez niego…

Nagle…

Coś błysnęło? Tam, w oddali, przede mną. A może mi się przywidziało?

Jakaś stróżówka? Chata myśliwska? Wołałam wcześniej o pomoc, wypluwając prawie gardło, aż straciłam głos, ale nikt mnie nie ocalił, żadna odsiecz nie wyłoniła się zza śnieżnej zasłony. Byłam sama. Lecz to światło… Znowu! Znowu mignęło coś w dali. Odnajdując nagle w sobie siłę, o jaką się nie podejrzewałam, zerwałam się gwałtownie i ruszyłam do przodu pełna nadziei, czując niemal na twarzy podsycane wyobraźnią ciepło kominka. Widziałam już siebie z kubkiem gorącej herbaty w zmarzniętych dłoniach, bezpieczną, uratowaną.

Z każdą chwilą światełko migotało wyraźniej, częściej, aż wreszcie z zamieci wynurzyła się niewielka drewniana chatka. Wątły ognik błyskał gdzieś ze środka zapraszająco. Poczułam ciepło ulgi, rozpływające się po ciele jak po mocnym rumie. Jeszcze raz spróbowałam krzyknąć, gardło odmawiało jednak posłuszeństwa, a potężny wicher porywał moje słowa gdzieś hen, poza krańce świata. Zebrałam resztki sił, by pokonać ostatnie metry dzielące mnie od wybawienia.

Dotarłszy do drzwi, naparłam na nie całym ciałem, lecz nie ustąpiły. Dłoni prawie już nie czułam, były niemal bezużyteczne, zaczęłam więc szturmować przeszkodę uderzeniami przedramion, łokci i barków, kopałam wreszcie jak szalona. Trwało to kilka minut… Kilka najdłuższych minut mojego życia; wypełnionych tyloma myślami, że mogłabym z nich spisać całe tomiszcza opowieści o bólu, żalu i rozczarowaniu. Upadłam na progu bezsilnie i wtedy właśnie drzwi uchyliły się, zalewając mnie światłem i nadzieją. Finn… czy to ty? Jednak przybyłeś? Jego ciepła dłoń sięgnęła ku mnie i wciągnęła do środka. Świat rozmiękł i odpłynął w dal.

Budziłam się na krótkie chwile, by wnet znów zapaść w sen. Za którymś razem zobaczyłam starca o gęstej, skołtunionej brodzie. Przyglądał mi się czarnymi oczami, zarośnięty i cuchnący. Otulił mnie grubym kocem, mrucząc coś pod nosem. Usiadł potem obok i grał na pięknie zdobionym flecie, kołysząc się miarowo na boki. Jego muzyka koiła i odurzała. Później nie widziałam nic, słyszałam tylko słowa; słowa wypełniające wdzięcznością, której nie byłam jeszcze w stanie wyrazić.

– Krew zmarzła. Musi być ciepła… Cierpliwości. To twoja krew. Nakarmię cię i poczujesz się lepiej. Ani się obejrzysz, jak dojdziesz do siebie. Tak? Nie martw się, zadbam o ciebie. Obiecuję.

Uspokojona, zasnęłam na dobre.

 

* * *

 

– I po coś tu przyszła, nieszczęsna? – mówiłem do siebie. – Dlaczego nie odeszłaś, gdy nie otwierałem? Przecież to miało się wreszcie skończyć, a ty… Dlaczego? Dlaczego wszystko zepsułaś?

Pojąłem jednak, że to on ją sprowadził. Zwabił muzyką zimowego wiatru, pieszczotą śnieżnego puchu, czarem lodowych iskier. Taki już był. Widziałem jego radość, gdy się pojawiła, patrzyłem, jak pęcznieje szczęśliwością, wydyma niecierpliwie ściany, czekając na posiłek. Każdym sprzętem szukał mojego dotyku, a ja nie mogłem nie ulec. Kochałem go przecież.

Dobrze, nakarmię cię, powiedziałem wtedy. Ten ostatni raz.

Dziewczyna wrzeszczała chrapliwie, gdy wieszałem ją do góry nogami, wyła, gdy odkrajałem płatami jej skórę. A on z uciechą ciskał mroźnymi podmuchami. Kochał te chwile i czekał na nie jak na najlepszy, zasłużony smakołyk. Był moim domem i jedynym przyjacielem. Był ze mną od zawsze. To ten prastary pakt sprawiał, że nadal przychodziła wiosna, tak jak obiecywał co roku. Wiosna, której nie widziałem od dziesięcioleci.

Ach, jak promieniał teraz, gdy krew przybyłej spływała z jej jasnego, gładkiego ciała na zimną podłogę. Ssał łapczywie, nie gubiąc ani jednej kropli, pochłonął nawet kłęby pary ulatującej z odsłoniętych tkanek. Dom nabrał zaraz barw, stał się wyrazisty, prężył dumnie twardniejące z każdą chwilą bale. Wyobrażałem sobie, jak wdziera się rosnącymi gwałtownie korzeniami do samego serca ziemi.

To musi się wreszcie skończyć. To był już ostatni raz, zgoda? Zatrząsł się wesoło w odpowiedzi, zadowolony z obrotu spraw. W porządku, pomyślałem, i tak nic nie pojmujesz. Zagrałem mu melodię spełnienia i nadziei, pieśń wiosny tak ulotną, jak moja do niej tęsknota. Dom usnął szczęśliwy, a ja zapadłem się w niego, wtuliłem w jego rozpalone świeżą krwią ściany. Wchłonął mnie w swój świat, ciepły życiem, które przejął. To dzięki mnie drzewa wypuszczą znów pąki, a powódź kwiatów zaleje pobliskie doliny. Dzięki mnie wśród zieleni zakwilą jeszcze ptaszęta.

Zaraz zasnę na kolejny rok. Naprawdę ostatni, pomyślałem jeszcze, nim zniknąłem.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podobało – klimatyczne, płynnie napisane, poetyckie. Jakieś tam błędy mignęły, ale dałam sobie spokój z poprawianiem, gdyż jak się czyta na komórce, to jest jakiś koszmar! Pamiętam tylko coś o waleniu w drewno całą dłonią – to mi głośno zazgrzytało.

Hmm... Dlaczego?

Dzięki, tamto zdanie w ogóle było jakieś nie takie. Poprawiłem trochę, choć efekt mi się nadal nie podoba. Spróbuję się jeszcze się temu przyjrzeć, gdy przełamię zmęczenie, na razie szwankuje mi wyobraźnia i pewnie bym tylko napsuł :)

Cieszę się, że się podobało i oczywiście dziękuję za punkcik!

Początek super, klimatyczny, wciągający. Środkowa część trochę się rozjeżdża, narracja robi się nieco bardziej chropawa (może to przez zmianę narratora, bohaterka wydaje mi się trochę, jakby to powiedzieć, rozdramatyzowana? egzaltowana?). W końcówce wraca klimat pierwszej części opowiadania. 

Pomysł bardzo mi się podobał – lubię takie motywy. Ogólnie opowiadanie na plus. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

To “takie krótkie coś” jest całkiem całkiem. Finał z lekka jeży włosy na głowie – nie tego się spodziewałem… Kontrast między bohaterem / narratorem a pierwszymi wyobrażeniami czytelnika na jego temat silny.

Hmmm,  początek ok, a później niestety, “im dalej,  tym ciemniej” 

Za szybko? 

Nie biegam, bo nie lubię

Dzięki wszystkim za wizytę i przeczytanie!

@gravel

Oczywiście dwa rodzaje narracji są zamierzone. Drugi miał być toporniejszy, a potem przelać się w pierwotny, w miarę zbliżania się historii do siebie. Twoje wskazówki pomogą mi mam nadzieję tworzyć bardziej realne bohaterki. To była pierwsza próba z kobiecą narracją pierwszoosobową, ale wczuć się było mi dość trudno…

@AdamKB

Dzięki za klika! I fajnie, że się podobało

@Corcoran

Em. ‘Za szybko’ może znaczyć wiele. Jeśli chodzi o zbyt szybką publikację, to pewnie masz rację, ale ja naprawdę dopiero zbieram informację zwrotną na temat moich bazgrołów. Bez niej nie mogę pracować, więc… błędne koło.

Spoiler Alert!

Klimat super, szybko mi się czytało, aż do momentu, gdy bohaterka dobijała się do chaty. Gdy przeczytałem, że ją zarżnął, żeby nakarmić dom/zimę trochę się zawiodłem. Może dlatego, że ostatnio przeczytałem kilka tekstów, których zakończenia przypominały twoje. ogólnie na plus, reszta to subiektywny odbiór.

Zastanawiam się nad jedną sprawą: bohaterka dostrzegła światło w chacie, leżąc w śniegu, co wydaje mi się raczej mało prawdopodobne.

Gratuluję i pozdrawiam.

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Teraz widok każdego domu położonego na odludziu, nawet w środku upalnego lata, będzie mroził mi krew w żyłach i pewnie żaden rum, choćby najlepszy, nic tu nie pomoże.

Całkiem nieźle, Vargu.

 

Nie po­zo­sta­wa­ło mi nic in­ne­go, jak brnąć na oślep, do­kąd­kol­wiek. Wie­dzia­łam, że je­że­li się stąd pręd­ko nie wy­do­sta­nę, po­zo­sta­ną po mnie tylko zmro­żo­ne zwło­ki ster­czą­ce z ja­kie­goś lo­dow­ca. Krew pul­so­wa­ła mi w uszach, ad­re­na­li­na pcha­ła wciąż na­przód, lecz czu­łam, że zbli­żam się już do gra­nic moich moż­li­wo­ści. Prze­ni­kli­we zimno, wiatr i mrok osa­cza­ły mnie jak żywe, wi­dzia­łam nie­mal ich się­ga­ją­ce ku mnie dło­nie o za­krzy­wio­nych pal­cach. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Skull

Wrzuć, proszę, spoiler alert.

Heh, toć nie pisałem, że padła na twarz. W którymś momencie zacząłem się rozpisywać jak to jest z tym światełkiem, ale później wyrzuciłem – niczego to nie wnosiło. Podobnie np. z kwestią klamki w drzwiach (której nie było). Uznałem, że czytelnik wypełni sobie braki… W trzeciej części jest zdanie sugerujące, że “wizyta” nie była do końca… naturalna.

Dzięki za przeczytanie!

@regulatorzy

Z wyjątkiem ostatniego zdania, gdzie faktycznie nie zauważyłem zaimkozy, pozostałą część czytałem kilka razy na głos – doszedłem do wniosku, że nie razi, a wręcz lepiej brzmi z zaimkami (ale ja to ja, wiadomo). Dziękuję jednak za zwrócenie mi na to uwagi, postaram się być bardziej czujny.

Eee… głupio mi, ale chyba się cieszę, że tekst wzbudził w Tobie drobny niepokój. Wszelkie wrażenia są pożądane. Dziękuję za opinię i pozdrawiam.

edit: do komentarza poniżej – bardzo dziękuję za sugestię, oczywiście wiem jak wyeliminować zaimki, po prostu położyłem nacisk na inne aspekty; natomiast nie ignoruję wskazówek doświadczonych czytelników, co to to nie (nie chciałem sprawiać takiego wrażenia)

Nie chcę Ci niczego sugerować, Vargu, bo to jest Twój szort, ale gdyby to od mnie zależało, fragment pewnie brzmiałby tak:

 

Nie mogłam zrobić nic innego, jak brnąć na oślep, dokądkolwiek. Wiedziałam, że jeżeli się stąd prędko nie wydostanę, pozostaną po mnie tylko zmrożone zwłoki sterczące z jakiegoś lodowca. Krew pulsowała w uszach, adrenalina pchała wciąż naprzód, lecz czułam, że zbliżam się już do granic możliwości. Osaczona przez przenikliwe zimno, wiatr i mrok, niemal widziałam ich żywe, sięgające ku mnie dłonie o zakrzywionych palcach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetny, wiodący czytelnika na manowce początek. Część po zmianie narracji nieco mniej mi się podobała – napisana w zupełnie innym stylu – ale na plus, że różnica ta podkreśla odrębność bohaterów. Natomiast końcówka… problem chyba taki, że zbyt często natrafiałam na podobne rozwiązania, więc nieco rozczarowała. Ale Autor nie odpowiada za mój dobór lektur:D

Więc po dłuższym namyśle – klep.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

AlexFagus – Dziękuję za przychylną opinię. Bardzo się cieszę, że udało mi się wywieźć Cię w pole. Dziwne to, ale takich historii nie czytam zbyt wiele, więc i “podobne rozwiązania” nie były mi znane. Nie szkodzi.

Tylko… jeśli KLEP znaczy to, co myślę, że znaczy, to chyba nie przybrało ono formy fizycznej…

Edit – Dziękuję!

A faktycznie, pewnie schrzaniłam coś przy odświeżeniu strony. Proszę:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Hmmm. Trochę zbyt dużo poezji jak na mój gust, ale za to pomysł na niezniszczalny dom o szczególnych potrzebach ciekawy.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Postarałeś się – ładny język, ciekawa historia (wkręciłem się i nie przeszkadzało mi to rozjechanie, o którym wspominają poprzedni komentatorzy). 

F.S

Tak jak ostatnim razem, poświęcę kilka słów tytułowi – jest dla mnie za mało oryginalny i unikalny, lepiej by było gdybyś zawarł w nim jakiś okruch świata pod nim przedstawionego.

Wypadałby wyjaśnić, czym jest Sarek, bo myślałem, że to któryś z bohaterów : >.

Mimo tych drobnych mankamentów, tekst mi się spodobał. Szczególnie nastrój, procesy myślowe głównego bohatera, tajemnica jego relacji z domem, a w zasadzie dwuznaczność – bo któż wie, czy dziadek nie był pozbawiony piątej klepki? Natomiast żeby twój tekst nie był pozbawiony piątego klepnięcia…

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Serdecznie dziękuję za przeczytanie i za kliki!

@Finkla

Jak na mój gust też za dużo… Niektóre teksty same dobrze wiedzą, jak chcą wyglądać, ja je tylko, zdziwiony, słowo po słowie odkrywam.

@FoloinStephanus

Cieszę się, że się (ponownie) wkręciłeś! To dużo więcej, niż miałbym odwagę wymagać od czytelnika.

@Nevaz

No! Bardzo się ucieszyłem, że dostrzegłeś również tę drugą interpretację! Zadbałem o to, by nie dało się jej wykluczyć. W ramach wyjaśniania czym jest Sarek wspomniałem o Laponii, wszelkie inne wskazówki psuły mi niestety tekst… Myślałem o gwiazdce i przypisie, ale że nie widziałem tu takich rozwiązań, to na myśleniu się skończyło.

Tytuły nie są moją mocną stroną. Pocieszam się tym, że “wielcy” też czasem nie przywiązują do nich wagi i nikomu to nie przeszkadza… Ale fakt, Oni nie publikują w internetach.

Całkiem klimatyczny szort z makabrycznym zakończeniem. Przeczytałem z zaciekawieniem.

Wpadnięcie do biblioteki wreszcie mnie zmusiło do przeczytania. Wpadnięcie słuszne :)

 

Zapowiadało się bardzo lovecraftiańsko i dlatego czytałem dalej. Trochę szkoda, że ostatecznie nie pojawiły się plugawe stwory z kosmicznych wymiarów, ale podobało mi się z innych powodów. Klimat, w który łatwo się wczuć, to główny plus tekstu. Oczyma wyobraźni widziałem tę zimę, ten mroczny dom na pustkowiu. Czytałeś Wiedźmikołaja Pratchetta? Tam jest jeden wątek, który trochę mi się rymuje z tym opowiadaniem.

 

Co do minusów: Wydaje mi się, że szukając uzasadnienia obecności głównej bohaterki na tym odludziu, mogłeś trochę bardziej się postarać i uczynić je bardziej wiarygodnym. I wydaje mi się, że gore w końcówce uderza w taki sposób, że nie robi jakiegoś piorunującego wrażenia. Nie dlatego, żebym spodziewał się akurat takiego rozwiązania. Ale nie do końca wiem, dlaczego. 

@Blackburn

Dzięki za przeczytanie i komentarz!

@tojestniewazne

Hogfathera nie czytałem (Pratchett znudził mi się w okolicach 15 tomu, a to zresztą i tak niezgorszy wynik), ale widziałem film – może więc wiem, o którym wątku mówisz.

Zakończenia chyba nawet nie chciałem piorunującego – wprost przeciwnie. Nie będę się jednak rozpisywał o moich zamierzeniach, bo jeszcze wyjdzie, że im nie sprostałem. Co do realności ciągów przyczynowo-skutkowych – to przecież czyste prawa Murphy’ego.

Podobnie, dziękuję za wizytę i ciekawe uwagi.

Czytam, dwoje bohaterów, on i ona, ona ze złamanym sercem, myślę, jak nic będzie romans, a tu nagle… taki szok! Końcówka bardzo mnie zaskoczyła, zupełnie się tego nie spodziewałam. Aż mnie dreszcze przeszły ;) Tekst na dobrym poziomie, nie ma się za bardzo do czego przyczepić. No może tylko fragment “Lód puścił wodniste soki” brzmi dla mnie za bardzo przekombinowanie.

Bardzo mnie cieszą te dreszcze :)

“Wodniste soki” są tak bardzo moje, że nie mogło ich tam nie być, co zrobić.

Pozdrawiam!

 

Plusy:

 

„smagając mnie biczem lodowych igieł”

 

„Nie mogłem z nim walczyć. Nikt nie mógł. Przed laty jeden z moich przodków próbował go spalić. Stał tu wtedy, patrząc, jak płonie, podsycał ogień tak długo, aż pozostał tylko popiół. Dom odrósł jeszcze tej samej nocy, wściekły. Zemścił się srodze, latami dusząc w lodowym uścisku tę krainę, a potem wiele innych. By go udobruchać, mój pradziad musiał poświęcić własne życie.”

 

„Potężna śnieżyca uderzyła znikąd, jakby specjalnie na moje powitanie.”

 

„Telefon równie dobrze mogłam wyrzucić – zdechł prawie od razu, może od wilgoci. Pieprzony fiński szmelc.”

 

„Wołałam wcześniej o pomoc, wypluwając prawie gardło”

 

Minusy:

 

„Cel był już blisko.” – „już” wydaje się zbędne.

 

„Dom, jakby teraz dopiero zauważając moją obecność, zaczął tajać.” – „(…) dopiero teraz (…)”

 

„i tę jego nową, głupią cizię koloru blond.” – A może: „i tę jego nową, głupią blond-cizię.”

 

„Każdy krok pozbawiał mnie chyba połowy sił, lecz nieskończoność ani myślała mnie ratować. Ugrzęzłam wreszcie obiema nogami głęboko w zaspie i nie miałam już dość energii, by je wydostać.” – „wreszcie” wydaje się zbędne.

O! Dziękuję bardzo za przeczytanie tego starocia i za komentarz, Barbaro. Trudno mi wracać do tekstu sprzed 9 miesięcy, już go trochę “nie czuję”, więc nie wiem, czy cokolwiek w nim jeszcze zmienię. Na pewno nie cizię koloru blond, bo to wyrażenie akurat strasznie lubię.

Niemniej sprawiłaś mi miłą niespodziankę odwiedzinami.

Pozdrawiam.

Bardzo ciekawe opowiadanie, klimatyczne. Podobało mi się :)

Bardzo się cieszę, że się podobało :)

Nowa Fantastyka