- Opowiadanie: Shagga - Magiczny tor

Magiczny tor

For­mu­ła 1 ma szcze­gól­ne miej­sce w moim sercu. To nie tylko coś, co leci w te­le­wi­zji. To sport, który po­sia­da pięk­ną i dra­ma­tycz­ną hi­sto­rię, a skoro lubię pisać, dla­cze­go by nie po­łą­czyć dwóch pasji?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Magiczny tor

Chcesz wie­dzieć, jak było na­praw­dę? Do­sko­na­le. Po­wiem ci wszyst­ko, jak na spo­wie­dzi. Danny Mor­ten­sen nigdy nie kła­mie. Stary je­stem, ale umysł wciąż mam świe­ży. Teraz, gdy usu­ną­łem się w cień, chęt­nie zrzu­cę to brze­mię. Mam tylko jeden wa­ru­nek. Nie prze­ry­waj mi, bo za­mknę ja­dacz­kę i wyjdę.

 Nie mó­wi­łem o tym ni­ko­mu, głów­nie ze wzglę­du na to, że będąc po­pu­lar­nym mu­sisz roz­waż­nie pa­plać. Hieny tylko cze­ka­ją na po­tknię­cie. Po­wiesz coś nie tak i ani się obej­rzysz, jak zro­bią z cie­bie wa­ria­ta. Prze­żu­ją, ob­gry­zą kost­ki do cna i wy­plu­ją jak ścier­wo. Grunt, że dobry ma­te­riał, no nie? Potem, na naj­bliż­szej kon­fe­ren­cji sie­dzisz jak idio­ta i de­men­tu­jesz. Rącz­ki na bla­cie, głu­pia mina, jakby ktoś wsa­dził ci mi­kro­fon w…  Nie­waż­ne. Sie­dzisz i mó­wisz to, co prze­ka­za­li ci PR–owcy ze­spo­łu. Jed­nym sło­wem my­dlisz lu­dziom oczy, ale na dur­nia i tak zdą­ży­łeś wyjść. Dla­te­go wła­śnie, przez te wszyst­kie lata za­cho­wy­wa­łem tę hi­sto­rię dla sie­bie. Cie­szy­łem się, kiedy wszy­scy łyk­nę­li, że to był po pro­stu mój błąd. Wolę, żeby tak zo­sta­ło. Pro­szę cię więc: słu­chaj, za­pa­mię­taj ile się da, a póź­niej stul dziób.

Przejdź­my w końcu do kon­kre­tów. Jest cho­ler­ne lato, cho­ler­ne­go dwu­ty­sięcz­ne­go roku, na cho­ler­nej Monzy. Wiesz jak Włosi na­zy­wa­ją tę pętlę? La Pista Ma­gi­ca, co zna­czy ma­gicz­ny tor. Myśl co chcesz, ale sku­bań­cy mają rację.

Pew­nie nie pa­mię­tasz szcze­gó­łów se­zo­nu dwa ty­sią­ce. Nic dziw­ne­go. To było czter­dzie­ści osiem… Nie, sie­dem. Czter­dzie­ści sie­dem lat temu. Po­sta­ram się opi­sać ten nie­szczę­sny rok.

Jeź­dzi­łem wów­czas w Ja­gu­arze, z John­nym Her­ber­tem w dru­gim aucie. Wszy­scy cięż­ko pra­co­wa­li­śmy, ale jak to w życiu bywa, dobre chęci nie wy­star­czy­ły. Bolid, choć ład­nie po­ma­lo­wa­ny, był kupą złomu. De­biut ze­spo­łu to seria po­ra­żek. Do­pie­ro na Imoli, nasze sa­mo­cho­dy ukoń­czy­ły wy­ścig. Ja na siód­mej po­zy­cji (tuż za punk­ta­mi, szał), John­ny jesz­cze dalej. Krót­ka eu­fo­ria i ko­lej­na seria po­ra­żek. Do Au­strii nie po­je­cha­łem ze wzglę­du na stan zdro­wia. Wo­lał­bym o tym nie mówić, jeśli łaska. Tobie też to pa­su­je? Wie­dzia­łem, że się do­ga­da­my.

Na czym skoń­czy­łem? Aha, Au­stria. Za­stą­pił mnie Lu­cia­no Burti. Sły­sza­łeś kie­dyś o nim? Nie martw się, ja też nie. Praw­dę mó­wiąc, nie­wie­lu wie­dzia­ło, kim był. Tym więk­szym szo­kiem była in­for­ma­cja, że w przy­szłym roku za­stą­pi on John­ny’ego. Na­stro­je w ze­spo­le po­gor­szy­ły się. To było do prze­wi­dze­nia. John­ny to miły gość, a do tego świet­ny kie­row­ca.

Dwa dni póź­niej kwa­li­fi­ka­cje we Wło­szech. Obaj osią­gnę­li­śmy czasy w dru­giej dzie­siąt­ce. Cięż­ko spo­dzie­wać się lep­szych wy­ni­ków, skoro jeź­dzi­li­śmy zde­ze­lo­wa­ną pusz­ką w ład­nej opra­wie. Mi­cha­el na pole po­si­tion – wia­do­mo.

W końcu nad­szedł dzień wy­ści­gu. Dzień, jak co dzień. Nie był to mój pierw­szy start. Ładna po­go­da, bez­chmur­ne niebo. Wa­run­ki ide­al­ne. Wy­jazd na pola star­to­we i wy­siad­ka. W pew­nej chwi­li na­wie­dzi­ła mnie myśl, że mo­że­my dzi­siaj coś osią­gnąć. Pod­sze­dłem do John­ny’ego i po­wie­dzia­łem:

– Po­każ­my im, że mamy jaja.

– Danny, daj spo­kój – od­po­wie­dział mi John­ny.

– Po­słu­chaj mnie, czuję, że mamy szan­sę – drą­ży­łem dalej zgod­nie z praw­dą.

– Oni już mają swój numer jeden – Tym razem on sta­now­czo. – Lu­cia­no pod­pi­sał kon­trakt. Dla mnie już po­za­mia­ta­ne.

– Tak łatwo się pod­da­jesz? – za­py­ta­łem, a in­ży­nier po­kle­pał mnie w ramię. To sy­gnał, że czas wsia­dać.

– Nie pod­da­ję się, wiesz, że nigdy tego nie robię, za­mie­rzam dać z sie­bie sto pro­cent.

– To wła­śnie chcia­łem usły­szeć – od­par­łem, pa­trząc mu w oczy. – Dajmy czadu.

I da­li­śmy. Wy­pa­dłem jesz­cze przed pierw­szą szy­ka­ną, John­ny ki­lo­metr dalej, na Della Rog­gia. Ale nie o tym mia­łem mówić.

Start. Czer­wo­ne świa­tła zga­sły. Już na pierw­szych me­trach stra­ci­łem po­zy­cję, skrę­ci­łem więc gwał­tow­nie w prawo, chcąc tym ma­new­rem zy­skać. Nic z tego. Wdu­si­łem pedał do końca, a trzy­li­tro­wy Co­sworth wy­ci­skał z pa­li­wa Te­xa­co wszyst­kie okta­ny. Ryk wi­dla­stej dzie­siąt­ki to dźwięk nie z tej ziemi. Dziś już nie ma ta­kich sil­ni­ków, mo­żesz ża­ło­wać. Już to ro­bisz? Świet­nie.

Nie­sio­ny naszą roz­mo­wą na gri­dzie, je­cha­łem jak na­tchnio­ny. My­śla­łem, że ad­re­na­li­na roz­sa­dzi mi żyły. Nic ta­kie­go jed­nak się nie stało. Pro­sta star­to­wa kur­czy­ła się w za­stra­sza­ją­cym tem­pie, wy­wo­łu­jąc uśmiech na mojej gębie. Ret­ti­fi­lo było tuż, tuż, i choć row­ko­wa­ne gumy Brid­ge­sto­ne przez cały week­end kle­iły się do as­fal­tu, przed samym punk­tem ha­mo­wa­nia po­czu­łem lekki uślizg tyl­nej osi. I – teraz uwa­żaj – ośle­pił mnie błysk, a uła­mek se­kun­dy póź­niej wszyst­ko uci­chło.

Od tego dnia mi­nę­ło wiele lat, pa­mię­tam jed­nak do­sko­na­le, co wtedy po­my­śla­łem. Trzy pro­ste słowa: Już po mnie. Po chwi­li roz­legł się grom. Wiesz, coś jak od­głos sa­mo­lo­tu po­ko­nu­ją­ce­go ba­rie­rę dźwię­ku. Gdy po­now­nie otwo­rzy­łem oczy, znów trzy­ma­łem dło­nie na kie­row­ni­cy. Żeby było jasne – nie na swo­jej kie­row­ni­cy.

Na czym skoń­czy­łem? Ach, już wiem. Ro­zu­miesz coś z tego? Nic nie szko­dzi, ja też nie.

Pęd wia­tru ode­brał mi dech. Zaraz… Co jest? Za­uwa­ży­łem, że sie­dzę pro­sto, a nie pół­le­żąc, jak w zie­lo­no­bia­łym Ja­gu­arze. Tym, co szcze­gól­nie przy­ku­ło moją uwagę była dwu­me­tro­wa, krwi­sto­czer­wo­na maska, ogrom­na, trój­ra­mien­na kie­row­ni­ca po­kry­ta drew­nem i kom­bi­ne­zon, który mia­łem na sobie. Sta­wiam moje tro­fea, że był palny jak ben­zy­na.

W pierw­szej chwi­li, byłem tak zdez­o­rien­to­wa­ny, że na mo­ment stra­ci­łem kon­tro­lę. Pra­wie wpa­dłem w po­ślizg, lecz w porę udało mi się wyjść z opre­sji, wy­ko­nu­jąc drob­ną kontrę. Wy­obraź to sobie. Wy­star­to­wa­łem do wy­ści­gu bo­li­dem z włók­na wę­glo­we­go, by po kilku se­kun­dach zna­leźć się… Hmm… No wła­śnie, gdzie?

Pe­wien byłem jed­ne­go. Gna­łem na zła­ma­nie karku ja­kimś ry­czą­cym ustroj­stwem. Dło­nią do­tkną­łem głowy. Oka­za­ło się, że nie chro­ni jej kask, tylko stare, odra­pa­ne jajco z go­gla­mi. Byłem kie­row­cą wy­ści­go­wym, więc mo­głem zro­bić tylko to, co wy­cho­dzi­ło mi naj­le­piej. Ci­sną­łem zatem ile sił, roz­wa­ża­nia zo­sta­wia­jąc na póź­niej. Taką mam na­tu­rę.

Wszech­obec­ny hałas ogłu­szał mnie już od pierw­szej se­kun­dy tej nie­co­dzien­nej sy­tu­acji. Po­wo­li za­czę­ło do mnie do­cie­rać, że to nie jakiś głupi żart, czy sen. Ści­ga­łem się starą wy­ści­gów­ką, za ba­rie­ra­mi stali lu­dzie ubra­ni, jak w kro­ni­kach fil­mo­wych z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Cho­le­ra! Po­zna­ję ten tor – stwier­dzi­łem. To Monza. Tylko pętla wy­glą­da­ła jakby ina­czej… Coś nie da­wa­ło mi spo­ko­ju.

Wje­cha­łem wła­śnie w szyb­ki, prawy łuk Bias­so­no, ale za­czą­łem się za­sta­na­wiać. Wiesz, jakie myśli na­cho­dzą czło­wie­ka w ta­kiej sy­tu­acji? Nie masz po­ję­cia. W końcu mu­sia­łem kom­bi­no­wać. Jeśli to jest to, na co wy­glą­da, a nazwa za­sta­ła nada­na… To nie Bias­so­no tylko Curva Gran­de! Na we­wnętrz­nej, nie wia­do­mo skąd po­ja­wi­ło się grzmią­ce Fer­ra­ri. Sku­pio­ny Al­ber­to Asca­ri po­je­chał dalej, nie dając mi szans. Mu­sia­łem ode­tchnąć. Na­peł­ni­łem płuca pa­lą­cym, wło­skim po­wie­trzem i ro­bi­łem wszyst­ko, by nie wy­paść z trasy.

Cie­ka­wi­ło mnie, co się stało, że zna­la­złem się tam, gdzie wła­śnie byłem. Po­dró­że w cza­sie, to coś tak abs­trak­cyj­ne­go, że po­trze­bo­wa­łem dość dłu­giej chwi­li, by to sobie po­ukła­dać. Nie chcia­łem uwie­rzyć. Pró­bo­wa­łem wy­ła­pać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Roz­glą­da­łem się na wszyst­kie stro­ny i przy­glą­da­łem bo­li­do­wi. Przy­naj­mniej na tyle, na ile było to moż­li­we z fo­te­la kie­row­cy.

 Ten sa­mo­chód był praw­dzi­wym mon­strum. Biegi zmie­nia­ło się lewą ręką, a przy każ­dej re­duk­cji mu­sia­łem si­ło­wać się z dźwi­gnią.  W Ja­gu­arze prze­ło­że­nia usta­wia­ło się za po­mo­cą ma­ne­tek na kie­row­ni­cy. Spar­tań­ski kok­pit auta, któ­rym je­cha­łem, jak i mięk­ki fotel obity brą­zo­wym sztruk­sem nie po­zo­sta­wi­ły złu­dzeń. Wi­dzia­łem już ten sa­mo­chód. Jako dzie­ciak śli­ni­łem się na jego widok na Fe­sti­wa­lu Pręd­ko­ści w Go­odwo­od. To Alfa Romeo z ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go roku. Ści­gał się nim Juan Ma­nu­el Fan­gio. Niech to szlag. Ale za­ba­lo­wa­łem – wy­ce­dzi­łem przez zęby.

Do­jeż­dża­jąc do miej­sca, gdzie po­win­na być szy­ka­na, bar­dzo się zdzi­wi­łem. Uj­rza­łem tylko wy­as­fal­to­wa­ną nitkę wio­dą­cą przez las. Ponad czte­ry­sta wście­kle ry­czą­cych koni pcha­ło auto do przo­du. Mam na myśli au­ten­tycz­ne konie me­cha­nicz­ne. Nie takie, jakie znasz z kom­pu­te­rów po­kła­do­wych, tylko te, które spra­wia­ją, że sa­mo­chód trzę­sie się, a ty nie mo­żesz go utrzy­mać w ry­zach.

Za­czę­ło do­cie­rać do mnie, co się wy­da­rzy­ło. Cią­gle jed­nak nie mo­głem zna­leźć wy­tłu­ma­cze­nia tej sy­tu­acji. Je­cha­łem bez pasów. W tych cza­sach jesz­cze się ich nie uży­wa­ło. Miej­sce po­mię­dzy no­ga­mi zaj­mo­wa­ła obu­do­wa wału na­pę­do­we­go, a przy pra­wym udzie mia­łem pie­kiel­nie go­rą­cy tłu­mik. W tej kon­struk­cji rury wy­de­cho­we wy­pro­wa­dzo­no na ze­wnątrz, z pra­wej stro­ny. Na desce roz­dziel­czej umiesz­czo­no za­le­d­wie trzy ze­ga­ry. Jeden ogrom­ny to ob­ro­to­mierz. Ma­lut­ki po­ka­zy­wał ci­śnie­nie oleju. Ostat­ni po­dzie­lo­ny na trzy, in­for­mo­wał kie­row­cę o pa­ra­me­trach mniej istot­nych.

Fer­ra­ri dawno już znik­nę­ło z przo­du. Mi­ną­łem Lesmo jeden i dwa. Za­krę­ty wy­glą­da­ły po­dob­nie do tych, jakie zna­łem z moich cza­sów. Ner­wo­wo spo­glą­da­łem w lu­ster­ka,  za­mon­to­wa­ne po we­wnętrz­nej stro­nie ka­ro­se­rii. Na szczę­ście ni­ko­go w nich nie za­uwa­ży­łem. Pierw­szy szok minął. To nie film. Byłem tam, a jazda do­star­cza­ła mi wiele fraj­dy. Pa­mię­tasz, jak mó­wi­łem, że ryk wi­dla­stej dzie­siąt­ki jest nie z tej ziemi? Tak? Super. Przy­naj­mniej mnie słu­chasz. Mo­żesz jed­nak o tym za­po­mnieć. Otóż, rzę­do­wa, do­ła­do­wa­na ósem­ka z lat pięć­dzie­sią­tych grzmi jak dia­bli. Wszyst­kie konie razem i każdy z osob­na.

Kiedy pró­bu­jesz je okieł­znać, uświa­da­miasz sobie, jaki je­steś mały. Trud­no ci zła­pać od­dech. Dło­nie drżą na cien­kiej kie­row­ni­cy. Masz od­czu­cie, jakby cała ta kon­struk­cja miała zaraz się roz­paść pod wpły­wem dzia­ła­ją­cej na nią mocy. Ale się nie roz­pa­da. Je­dzie dalej. Nie, nie je­dzie. Mknie.

Za mną Pa­ra­bo­li­ca. Po­ko­na­łem ten za­kręt na trze­cim biegu. Pra­wie naj­wyż­szym. Mia­łem w sumie czte­ry prze­ło­że­nia, przez co auto pro­wa­dzi­ło się dość przy­zwo­icie. Od kilku chwil sły­sza­łem jed­nak nie­po­ko­ją­ce dźwię­ki to­wa­rzy­szą­ce każ­de­mu ru­cho­wi dźwi­gni. Sprzę­gło dzia­ła­ło dość to­por­nie. Do­sze­dłem do wnio­sku, że mogło to być przy­czy­ną zgrzy­tów.

Za­ga­pi­łem się. Alfa (nie­po­ko­ją­co po­dob­na do mojej) mi­nę­ła mnie na pro­stej star­to­wej. Po­zna­łem go­ścia sie­dzą­ce­go za kół­kiem. To Nino Fa­ri­na. Niech go licho. Przy­wo­ła­łem się do po­rząd­ku. Kilka se­kund póź­niej, o mało co się nie roz­bi­łem. Zna­la­złem się na owal­nej czę­ści toru, a jeśli tak, to wcze­śniej­szy frag­ment nie mógł być pro­stą star­to­wą.

No jasne. W la­tach pięć­dzie­sią­tych uży­wa­no sta­rej kon­fi­gu­ra­cji. Za moich cza­sów owal po­mi­nię­to. Pra­wie uno­si­łem się nad be­to­no­wą po­chy­ło­ścią. Znaj­do­wa­łem się w szyb­kim łuku, w znacz­nym stop­niu od­chy­lo­nym od po­zio­mu. Uczu­cie nie­po­rów­ny­wal­ne z jazdą na zna­nych mi to­rach.  Od­ru­cho­wo prze­chy­li­łem całe ciało na ze­wnętrz­ną, chcąc wstrze­lić się w śro­dek cięż­ko­ści.

Stara Monza po­ka­za­ła mi się z jak naj­lep­szej stro­ny. Zje­cha­łem z łuku na pro­stą Ret­ti­fi­lo Le­van­te. Zie­leń drzew była po­ra­ża­ją­ca. Aż żal, że zdję­cia z tam­tych cza­sów są czar­no–białe.

Sil­nik wył jak ska­za­niec na tor­tu­rach. Ten cu­dow­ny dźwięk niósł się po­mię­dzy gę­stwi­ną za­ro­śli. W dwu­ty­sięcz­nym, in­fra­struk­tu­ra wokół toru była bar­dzo roz­bu­do­wa­na. W pięć­dzie­sią­tym – je­cha­łeś w lesie. To było w tym wszyst­kim naj­pięk­niej­sze. Po­łą­cze­nie na­tu­ry i tech­no­lo­gii. Me­lo­dia śpie­wu pta­ków i od­gło­su sil­ni­ka. Za­pach drzew i in­ten­syw­na woń wy­so­ko­ok­ta­no­we­go pa­li­wa. Widok wie­wiór­ki i skraw­ków opon na as­fal­cie.

Przede mną po­ja­wił się ko­lej­ny owal­ny łuk – Sud Alta Ve­lo­ci­ta. Po­ko­na­łem go z gazem wci­śnię­tym w bla­sza­ną pod­ło­gę. Za­kręt w prawo – od­chy­li­łem ciało w lewo i po­czu­łem, że płynę. Szpry­cho­we koła obute w dęt­ko­we opony Pi­rel­li cięły na­wierzch­nię, wy­wo­łu­jąc przy­jem­ne bu­cze­nie. Pra­wie nie za­uwa­ży­łem mo­men­tu, w któ­rym przy­pie­kłem udo o go­rą­cy tłu­mik. Po­czu­łem tylko lek­kie swę­dze­nie. Nic nad­zwy­czaj­ne­go.

W końcu wje­cha­łem na wła­ści­wą pro­stą star­to­wą. Czwar­ty bieg wsko­czył, lecz długo mu­sia­łem zma­gać się z dźwi­gnią. Po­my­śla­łem, że skrzy­nia długo już nie wy­trzy­ma. Jak się miało potem oka­zać – nie my­li­łem się. W od­da­li do­strze­głem czer­wo­ną krop­kę. To pew­nie Nino w swo­jej Alfie.

Mi­ną­łem głów­ną try­bu­nę i wi­wa­tu­ją­cych na niej ludzi. Cała ple­ja­da ko­ro­nek, ka­pe­lu­szy i spód­nic w kratę. Emo­cje wzbie­ra­ły we mnie wiel­ką falą. Upa­ja­łem się jazdą takim cudem tech­ni­ki.

Kiedy po­czu­łem, że za­czy­nam pa­no­wać nad tą be­stią, ośle­pił mnie roz­błysk świa­tła, po któ­rym na­sta­ła gro­bo­wa cisza. Spa­ni­ko­wa­łem. Do­my­śla­łem się, że być może znów sta­nie się coś, czego wo­la­łem unik­nąć. Ten sa­mo­chód pro­wa­dził się fan­ta­stycz­nie.

To może wy­da­wać ci się śmiesz­ne, ale po­mi­mo tego, co się wy­da­rzy­ło, po­mi­mo tych wszyst­kich pytań i nie­ja­sno­ści, chcia­łem ukoń­czyć ten wy­ścig.

Ciszę prze­rwał grzmot.

– Je­steś cały? – Głos do­bie­gał z da­le­ka. – Jeśli mnie sły­szysz, od­po­wiedz.

– Nic… Nic mi nie jest – ją­ka­łem się, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc pod­nieść po­wie­ki. – Chyba.

– Jak się na­zy­wasz?

– Je­cha­łem…

– Jak się na­zy­wasz?! Mów!

– Je­cha­łem Alfą Juana… Juana… – wy­stę­ka­łem, czu­jąc w ustach mie­dzia­ny po­smak.

Star­szy męż­czy­zna za­świe­cił mi la­tar­ką w oczy.

– Od­ru­chy źre­nic pra­wi­dło­we – po­wie­dział szyb­ko do kogoś, kto stał za nim.

Za­czę­ło do­cie­rać do mnie, gdzie je­stem. Twarz czło­wie­ka z la­tar­ką też wy­da­wa­ła się zna­jo­ma. To pro­fe­sor Wat­kins. De­le­gat me­dycz­ny Fe­de­ra­cji.

– Jak się na­zy­wasz?! – po­wta­rzał na­chal­nie.

– Danny, to zna­czy Danny Mor­ten­sen. Co się stało?

– Wy­pa­dłeś z ka­ru­ze­li – rzekł z nie­ma­łą ulgą.

Wi­dzia­łem wy­raź­nie, że ze­szło z niego po­wie­trze. To chyba do­brze. Wy­glą­da na to, że mia­łem wy­pa­dek. Ro­zej­rza­łem się. Sie­dzia­łem bez kasku w kok­pi­cie roz­trza­ska­ne­go Ja­gu­ara. Sznur ko­lo­ro­wych bo­li­dów mijał wła­śnie miej­sce krak­sy, po­dą­ża­jąc po­tul­nie za sa­mo­cho­dem bez­pie­czeń­stwa.

– Pierw­sze okrą­że­nie, pierw­szy za­kręt – pod­su­mo­wa­łem, od­czu­wa­jąc wstyd.

– Nie ina­czej – od­po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy Sid Wat­kins. – Dawaj, wy­sia­daj, po­mo­gę ci. Wy­glą­da na to, że je­steś cały, ale za­bio­rę się do cen­trum me­dycz­ne­go.

To tyle. Wie­rzysz czy nie, mam to gdzieś. Oszczędź mi tylko pytań o po­dró­że w cza­sie, dziu­ry cza­so­prze­strzen­ne czy zie­lo­ne lu­dzi­ki. Od tego pa­mięt­ne­go wrze­śnio­we­go po­po­łu­dnia, my­śla­łem o tym wie­lo­krot­nie. I wiesz czego się do­wie­dzia­łem? Ni­cze­go. Nie mam po­ję­cia, co się stało przed szy­ka­ną Ret­ti­fi­lo.

Wiem jedno. Ja­kieś licho cof­nę­ło mnie o pół wieku. Je­cha­łem cho­ler­ną Alfą Romeo, cho­ler­ne­go Juana Ma­nu­ela Fan­gio, w cho­ler­nym ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym roku. Za­li­czy­łem naj­lep­sze okrą­że­nie w moim życiu. To nie był sen. Czę­sto bu­dzi­łem się pełen wąt­pli­wo­ści. Wpa­try­wa­łem się wtedy w bli­znę. Pa­miąt­kę po tłu­mi­ku Fan­gio.  

A wy­pa­dek w Ja­gu­arze? Oglą­da­łem po­wtór­ki. Na­zwa­li to nie­zro­zu­mia­łym ma­new­rem Mor­ten­se­na. Ja jed­nak wiem, co się stało. W chwi­li, kiedy się prze­nio­słem – czy  jak to na­zwać, wje­cha­łem pod koła komuś z tyłu. Kiedy le­ża­łem nie­przy­tom­ny w roz­bi­tym Ja­gu­arze, przez tę mi­nu­tę lub dwie pru­łem po sta­rej pętli. La Pista Ma­gi­ca. Mówię ci, sku­bań­cy mają rację, to rze­czy­wi­ście ma­gicz­ny tor.

Chcesz wie­dzieć coś jesz­cze? Do­brze. Widać nie za­nu­dzi­łem cię. Tam­ten wy­ścig, po­dob­nie jak cały sezon wy­grał Nino Fa­ri­na. Bied­ny Fan­gio nie do­je­chał do mety. Na dwu­dzie­stym trze­cim okrą­że­niu padła mu skrzy­nia bie­gów.

 

Koniec

Komentarze

Jak za­po­wie­dzia­łem tak robię, czyli po­sze­rzam wy­po­wiedź z be­ta­li­sty.

W opo­wia­da­niu widać Twoją pasję do For­mu­ły 1, o któ­rej pi­szesz w przed­mo­wie, ale przed­sta­wiasz ją w taki spo­sób, że od­bior­cy nie­obe­zna­ne­go to ab­so­lut­nie nie nudzi (przy­naj­mniej mnie nie znu­dzi­ło) oraz wszyst­ko jest jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­łe. Po­do­ba mi się też taka “per­so­nal­na” nar­ra­cja pierw­szo­oso­bo­wa, ten niby dia­log z czy­tel­ni­kiem wy­szedł bar­dzo zgrab­nie i two­rzy przy­jem­ną sty­li­za­cję na opo­wieść sta­re­go we­te­ra­na. Po­mi­mo wy­świech­ta­ne­go ele­men­tu fan­ta­stycz­ne­go, forma i (chyba…) opisy spra­wia­ją, że czy­ta­ło mi się to bar­dzo do­brze, poza tym fan­ta­sty­ki o For­mu­le 1 nie czy­ta­łem nigdy i bar­dzo moż­li­we, że już wię­cej nie prze­czy­tam, więc na pewno jest ory­gi­nal­nie.

Daje dużą okej­kę yes

No nie­źle.

 

Dziś już nie ma ta­kich sil­ni­ków, mo­żesz ża­ło­wać.

Otóż to, łezka no­stal­gii się za­krę­ci­ła.

Lubię tek­sty, które po­wsta­ły w wy­ni­ku po­trze­by uze­wnętrz­nie­nia fa­scy­na­cji. A tym bar­dziej, jeśli spraw­nie na­pi­sa­ne. Scen­ka może krót­ka, fa­bu­ła szcząt­ko­wa, po­mysł na ko­la­na nie rzuca. Ale emo­cji mnó­stwo. I do­brze uchwy­co­na kro­pel­ka magii. Wła­śnie magii, nawet jeśli za tą magią stoją ko­lo­sal­ne pie­nią­dze i bry­ga­dy in­ży­nie­rów.

Nie wiem tylko, czy ktoś wy­cho­wa­ny na pół­au­to­ma­tycz­nych prze­kład­niach i kom­po­zy­to­wych ha­mul­cach ze zmien­nym roz­kła­dem siły ha­mo­wa­nia, kie­row­ni­cą, od któ­rej nie trze­ba od­ry­wać rąk itd… Byłby w sta­nie (do­słow­nie) z biegu prze­sko­czyć do po­two­ra z lat pięć­dzie­sią­tych… Nawet za­go­rza­ły pa­sjo­nat.

 

Po­zdra­wiam!

Dla pod­kre­śle­nia wagi moich słów, Si­łacz pal­nie pię­ścią w stół!

Po­wtó­rzę opi­nię z bety: dosyć in­te­re­su­ją­cy i ory­gi­nal­ny ti­me­slip, czy­ta­ło się faj­nie.

Those who can ima­gi­ne any­thing, can cre­ate the im­pos­si­ble - A. Tu­ring

Za­strze­że­nie mam takie samo jak Thar­go­ne – taka prze­siad­ka w peł­nym biegu jak dla mnie nie do uwie­rze­nia. Jed­nak, po­nie­waż to La Pista Ma­gi­ca, to przy­my­kam oko ;) 

Pięk­nie przed­sta­wi­łeś swoją pasję. Na Monzy nie byłam, ale mo­głam sobie w trak­cie czy­ta­nia do­kład­nie wy­obra­zić tę prze­my­ka­ją­cą zie­leń, mi­gnię­cie try­bu­ny i kla­sycz­ny bolid z lat pięć­dzie­sią­tych. Ide­al­nie też, moim zda­niem do­bra­łeś do opo­wie­ści styl nar­ra­cji. 

Pi­sa­nie to la­ta­nie we śnie - N.G.

Świet­ne! Kli­mat, pasja, au­ten­tycz­na ad­re­na­li­na. Nawet czy­ta­łem to jakoś szyb­ciej niż inne tek­sty…

Gdzieś tam, w trak­cie, za­pa­mię­ta­łem skraw­ki wie­wiór­ki na as­fal­cie, ale po wró­ce­niu do tego mo­men­tu, rze­czy­wi­stość oka­za­ła się mniej ma­low­ni­cza…

Czy to jest sy­gna­tur­ka?

Dwie czę­ści: ga­wę­dziar­ska i wy­ścig. Pierw­sza – prze­sa­dzo­na sty­li­za­cja. Druga może się po­do­bać mi­ło­śni­kom F1, mnie nie prze­ko­na­ła. Długo pi­szesz o tym nie-wy­ści­gu, a o róż­ni­cach w bu­do­wie po­jaz­dów, dla mnie nuda.

 

Igno­ran­cja to cnota.

Choć nie do końca ro­zu­miem upodo­ba­nie, bę­dą­ce po­wo­dem po­wsta­nia Ma­gicz­ne­go toru, nie mogę nie do­ce­nić pasji wło­żo­nej w opo­wie­dzia­ną hi­sto­rię.

Prze­czy­ta­łam opo­wia­da­nie bez naj­mniej­szej przy­kro­ści, mimo to nie wy­war­ło ono na mnie zbyt wiel­kie­go wra­że­nia. Może dla­te­go, że nie mam po­ję­cia o pro­wa­dze­niu sa­mo­cho­du…

 

co prze­ka­za­li ci PR–owcy ze­spo­łu. – …co prze­ka­za­li ci PR-owcy ze­spo­łu.

 

Cięż­ko spo­dzie­wać się lep­szych wy­ni­ków, skoro jeź­dzi­li­śmy zde­ze­lo­wa­ną pusz­ką w ład­nej opra­wie. – Ra­czej: Trud­no spo­dzie­wać się lep­szych wy­ni­ków

 

od­par­łem, pa­trząc mu w oczy . – Zbęd­na spa­cja przed krop­ką.

 

i kom­bi­ne­zon, jaki mia­łem na sobie. – …i kom­bi­ne­zon, który mia­łem na sobie.

 

Aż żal, że zdję­cia z tam­tych cza­sów są czar­no–białe. Aż żal, że zdję­cia z tam­tych cza­sów są czar­no-białe.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Sko­necz­ny 

Miłe twe słowa. Pasja rze­czy­wi­ście jest wiel­ka. Tak jak mó­wisz, fa­bu­ła nie po­ry­wa, a po­dró­że w cza­sie były okle­pa­ne już de­ka­dy temu. Mimo wszyst­ko cie­szę się, że jakoś to wy­szło.

Nie czy­ta­łeś fan­ta­sty­ki o For­mu­le 1? Ostat­nie groź­by Red­bul­la o odej­ściu ze spor­tu to istne scien­ce-fic­tion:D

thar­go­ne

Cie­szę się, że do­strze­głeś tę magię. Wy­ści­gi są nią prze­peł­nio­ne, choć nie wszy­scy chcą ją za­uwa­żyć. 

Prze­siad­ka… No cóż, praw­do­po­dob­nie w biegu trud­na do wy­ko­na­nia, ale wie­rzę, że moż­li­wa;p 

Wic­ked G

czy­ta­ło się faj­nie

Je­stem pe­wien, że czyta się znacz­nie faj­niej bez błę­dów, które dzię­ki Tobie po­pra­wi­łem;)

śnią­ca

Styl nar­ra­cji był dla mnie od po­cząt­ku oczy­wi­sty. Uwa­ża­łem, że naj­le­piej by­ło­by to przed­sta­wić w for­mie re­la­cji osoby bio­rą­cej bez­po­śred­ni udział w opi­sy­wa­nych wy­da­rze­niach. 

Dzię­ki za kart­kę z moim na­zwi­skiem wrzu­co­ną do urny.

kchro­bak

Nie przej­muj się. Jak czy­ta­łem to przed pu­bli­ka­cją, to skraw­ki opon i wie­wiór­ka też zle­wa­ły mi się w skraw­ki wie­wiór­ki. Każdy widzi to co chce. 

Ka­ta­strof VII

Wła­śnie przy­ci­sną­łeś mnie ko­la­nem do ziemi;p Hmm… Jak tu się do tego od­nieść… Czy fak­tycz­nie tak długo pi­sa­łem o ni­czym? Być może. Moim celem było jed­nak na­kre­śle­nie ów­cze­snej sy­tu­acji w spo­rcie, ze­spo­le itp. Parę zdań trze­ba było o tym na­skro­bać. A wy­ścig? No cóż. Jeśli F1 Cię nie grze­je mo­głeś się nu­dzić. Sam nie wiem, jak zniósł­bym opis nie­zwy­kle pa­sjo­nu­ją­ce­go po­je­dyn­ku w np. Cur­lin­gu:D Masz prawo do swo­jej opi­nii, która mnie może cze­goś na­uczy.

re­gu­la­to­rzy

 Choć nie do końca ro­zu­miem upodo­ba­nie…

Roz­wiń pro­szę… Mój mały móż­dżek nie roz­gryzł tego zda­nia.

Część su­ge­stii wzią­łem sobie do serca i po­pra­wi­łem, żeby nie ra­zi­ły w oczy.

Shag­go, spra­wy do­ty­czą­ce au­to­mo­bi­li­zmu i mo­to­ry­za­cji w ogóle, kom­plet­nie mnie nie in­te­re­su­ją, ale ro­zu­miem, że dla kogoś, w tym przy­pad­ku Cie­bie, mogą być pa­sjo­nu­ją­ce. ;-)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Jak nie­któ­rych ko­men­ta­to­rów po­wy­żej, mnie także nigdy nie ja­ra­ła sa­mo­cho­do­za. A jed­nak opo­wia­da­nie przy­pa­dło mi do gustu. Do sa­me­go końca za­sta­na­wia­łem się co z tą skrzy­nią bie­gów :) super. W ogóle po­dob­ną ilość de­ta­li cięż­ko wpleść w spój­ną nar­ra­cję, a Tobie to się chyba udało. Nie wiem czy to przez ko­men­tarz kchro­ba­ka, ale tylko to zda­nie o wie­wiór­ce wy­da­je mi się teraz ja­kieś nie­zręcz­ne :P

Prze­czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią. Ja­kimś wiel­kim fanem sa­mo­cho­dów nie je­stem, ale do­ce­niam pasję, którą można prze­nieść na pa­pier i spra­wić czy­tel­ni­ko­wi chwi­lę fraj­dy fa­cho­wym opi­sem. Super!

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

re­gu­la­to­rzy

A to cie­ka­we, bo spra­wy mo­to­ry­za­cji mnie rów­nież śred­nio po­cią­ga­ją, na sa­mo­cho­dach nie znam się pra­wie wcale. Coś jed­nak musi być w tej kon­kret­nej dys­cy­pli­nie. Hi­sto­ria, dą­że­nie do per­fek­cji, zwy­kli lu­dzie, któ­rzy two­rzą wokół sie­bie le­gen­dy…

Ale mnie no­stal­gia do­pa­dła.

Prze­tłusz­czo­na Broda Dana Har­mo­na

Na­resz­cie ktoś po­ru­szył temat skrzy­ni bie­gów;D 

Wie­wiór­kę pro­szę zo­sta­wić w spo­ko­ju, na­stęp­nym razem bar­dziej prze­my­ślę takie po­łą­cze­nia wy­ra­zów;)

Zalth

Prze­czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią.

A zatem osią­gną­łem swój cel.

Bar­dzo dobre opo­wia­dan­ko. Miło się czy­ta­ło, choć moje za­in­te­re­so­wa­nia sa­mo­cho­da­mi koń­czą się na moim we­hi­ku­le (oczy­wi­ście naj­lep­szym na świe­cie :).

F.S

Wie­wiór­kę zo­staw zde­cy­do­wa­nie. To w żad­nym wy­pad­ku nie jest nie­zręcz­ne. Co wię­cej, na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób do­da­je pew­nej “krwi­sto­ści”…

Czy to jest sy­gna­tur­ka?

Nie ma spra­wy. Wie­wiór­ka zo­sta­je. Oka­za­ło się, że z ca­łe­go opo­wia­da­nia to wła­śnie mały, rudy stwór był naj­bar­dziej za­uwa­żal­nym ele­men­tem. Może ogło­szę kon­kurs na imię dla mojej wie­wiór­ki:-P

Hmmm. Nie po­cią­ga­ją mnie sa­mo­cho­dy, więc i tekst nie ujął. Nie­ste­ty, ta magia na mnie nie dzia­ła. :-/

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Mnie też mo­to­ry­za­cja nie po­cią­ga, ale tekst prze­czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią. Hi­sto­ria pro­sta, ale ład­nie osa­dzo­na i widać w niej Twoją pasję. Na­praw­dę po­czu­łem się, jakby mnie ktoś prze­niósł w cza­sie na tam­ten tor.

Tak sobie prze­czy­ta­łem po pew­nym cza­sie i na­pi­szę, że przy­jem­ne wra­że­nie jakie zo­sta­wił tekst się utrwa­li­ło. Opo­wia­da­nie ma nadal swój urok.

F.S

Tyle świet­nych hi­sto­rii. Życia za­brak­nie, żeby wszyst­kie prze­czy­tać, a tu ktoś wraca do mo­je­go za­ku­rzo­ne­go tek­stu po­now­nie. Miło :)

Do­kle­pu­ję klik. Nie za samą hi­sto­rię – sa­mo­chód dla mnie służy tylko do prze­miesz­cza­nia, na do­da­tek po­trze­bu­ję kie­row­cy. Klik jest za pasję. To lubię, Shag­go. Widać, że Cię to kręci i wiesz o czym pi­szesz. 

"Cza­sem przy­pa­da nam rola go­łę­bi, a cza­sem po­mni­ków." Hans Ch. An­der­sen ****************************************** 22.04.2016 r. zo­sta­łam bab­cią i je­stem nią już na pełen etat.

Dzię­ku­ję. To dla mnie miłe zwień­cze­nie piąt­ko­we­go wie­czo­ru.

Po­do­ba­ło mi się :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Miś zu­peł­nie jest nie­obe­zna­ny z hi­sto­rią For­mu­ły 1 i niu­an­sa­mi jazdy bo­li­dów na torze, ale czy­tał z za­par­tym tchem. Po­le­ca wszyst­kim

Nowa Fantastyka