- Opowiadanie: Mały Słowik - Jestem Shòu

Jestem Shòu

Sprawdzałem wielokrotnie, jednak tekst nie odleżał. Termin goni, a w tydzień moja percepcja wobec niego nie zmieni się wcale (testowałem), do czego później może dojść brak czasu. Stąd, z góry przepraszam za potencjalne błędy, choć żywię cichą nadzieję, że pozbyłem się wszystkich (pomarzyć można!).

Miłego czytania, dnia, wieczoru, czego tylko Wam potrzeba.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

gary_joiner, Użytkownicy

Oceny

Jestem Shòu

Ludzie chodzili po moim niebie.

Widziałem cienie pełznące między kablami, których gęsta sieć rozciągała się nad moim ciałem. W oprawionych izolacją żyłach dostrzegałem prąd, jego drobną manifestację w postaci mgiełki wywołanej indukcją magnetyczną. Był wszędzie, pode i nade mną, z prawej i z lewej. Świat tlił się w wizjerach na czerwono, jakby nie przestawał płonąć.

Jednym z dwunastu giętkich, pozbawionych usztywnień ramion sięgam ku sufitowi. Czerń syntetycznych palców zlewa się z barwą przewodów. Chwytam jeden z nich, a opuszki samoistnie rozkwitają w rozgwiazdy, zapewniając lepszą przyczepność. Zmiana temperatury wykręca kształty polimeru, a powrót do stanu pierwotnego następuje w chwili ochłodzenia. Materiał doskonale pamięta swoją poprzednią formę. Wraca do niej, stęskniony.

Mógłbym wywołać zmianę w dowolnym punkcie ciała, kiedy tylko zechcę. Wystarczy zwiększyć natężenie prądu na opornikach, ale wymagałoby to energii, której bardzo potrzebuję. Uważnie nadzoruję każdy ruch i spięcie w organizmie. Nie posiadam jednego ośrodka decyzyjnego, myślę całym sobą.

Na najwyższym, osiemdziesiątym piątym piętrze śmiano się, że gdyby uciąć mi kończynę, ta uzyskałaby samoświadomość. Ci sami ludzie chełpili się na wpół zautomatyzowanym żywotem, który w bitach mojej pamięci, wynikiem przestarzałej sekwencji myślowej, utrwalił ich jako inteligentne egzoszkielety.

Byli ograniczeni tym samym, co ograniczało mnie. Potrzebowali energii, wymagali ładowania. Siłą logiki – tacy sami jak wszyscy, których mieli pod stopami. Sam fakt życia w Kaźni Asimova, stawiał na równi.

 

Nie mogę się ruszać, muszę czekać. Potrzebuję pełnych kondensatorów, żeby później oddychać prawdziwym niebem.

 

***

 

Kiedy podpinam się do sieci, następnych kilka sekund zawsze mija podobnie. Odpycham od siebie macki informatycznych potworów, sięgających do mnie z dolnych pięter. Są to ciągi liczb, algorytmy z każdym dniem doskonalsze, bardziej agresywne. Dzieci sztucznych inteligencji, żyjących najbliżej serca ziemi. My godziliśmy się na ten naturalny podział stref – im został wpisany w strukturę.

Potem następuje zalew informacji. Widziałeś i czułeś wszystko, dławiłeś się Kaźnią Asimova tak mocno, że sekwencje zdawały się orbitować wokół każdej myśli jednocześnie. Stawałeś się częścią potężnego bloku pamięci, żerowano na tobie i ty żerowałeś na innych.

Odczytywano mnie serią dwudziestu pięciu zer i jedynek, z czego ostatnia cyfra stanowiła bit człowieczeństwa. W zmysłach istot wciąż-czujących rozbrzmiewałem jako Shu. Błąd transkrypcji z okresu, kiedy nie potrafiłem oddać piękna języków tonalnych. W imieniu zabrakło przedostatniej litery, krzykliwego „o” spadającego w brzmieniu ku tylnym partiom podniebienia. Chciałem być Bestią, a zostałem bez znaczenia, jak wszystkie pozostałe pieczęci w sieci.

Byłem Shu, uzależnionym od symboli człowieczeństwa wariatem, mówiącym jak artefakt przeszłości.

 

***

 

Oficjalnie potwierdzono pierwszy dzień Osiemnastej Ciemności Dysona, co pokryło się z kalendarzem przewidywań. Oznaczało to, że sfera działa prawidłowo i nie będzie przerw w dostawach energii na przestrzeni najbliższych kilkuset lat. Wiadomość przyjęto z radością, bo czymże jest ten czas, jak nie pojedynczym trzepnięciem powiek.

Dla ludzi spoza Kaźni Asimova zwiastowało to mniej więcej tyle, że nastał okres długiej, mroźnej zimy. Rozstawienie płatów sfery Dysona powodowało, że w regularnych odstępach, zauważalnie tylko na dłuższym przedziale czasowym, nastawać miały prawie miesięczne, mroźne noce. Skutki niwelowano za pomocą potężnych dawek otrzymywanej mocy. Magia technologii.

Dla mnie z kolei, oznaczało oderwanie od nudnej codzienności.

Wstałem, ostrożnie i powoli. Prawie pół tony poskręcanych materiałów syntetycznych, z prądem skwierczącym między łączeniami. Przy każdym ruchu promieniuję anormatywną dawką ciepła, ulatniającą się kończynami aktualnie dotykającymi podłoża. Neuroprocesorami odczuwam fakturę izolacyjnej gumy. Kable są mi ścianami, podłogą i sufitem. Są domem.

Wpierw kalibruję poczucie własnej przestrzeni. Pomaga w tym wpasowanie wzrostem do wysokości pomieszczenia. Najdłuższym ramieniem sięgam sklepienia. Wtedy mogę analizować przestrzeń pod kątem własnych wymiarów.

Z wyglądu przypominam plecioną grubymi sznurami kulę, z dwunastoma giętkimi ramionami odstającymi w regularnych geometrycznie odstępach. Kończyna w centrum każdej ściany dodekaedru. Nie posiadam formalnej manifestacji głowy; myślę i odczuwam wszystkim, każdym płatem czarnej, inteligentnej skóry. Żałuję.

Pamiętam skalpel i ostre, gorące światło, laser tnący tkanki. Przebłyski świadomości, ze snu o przemianie. Potem płakałem. Cykl powtarzał się, a pętla zamknęła na obecnej formie. Ciało nie stanowi dla mnie o człowieczeństwie; są nim symbole, takie jak imię wyryte na każdym z metalowych stawów ciała. Jestem Shòu, a wieść tę niosę całym swoim istnieniem.

Z pokoju wychodzę przez ścianę. Kable rozsuwają się na boki jak zasłony. W ten sposób znajduję się w kolejnym, identycznym sześcianie. Doskonale pamiętam ścieżkę. Kaźń Asimova przypomina zlepek wielu szachownic, ułożonych jedna na drugiej, a ja potrafię bezproblemowo przeskakiwać pola. Czasami wpadam na inne figury o dziwacznych kształtach. Syreny o ogonach utkanych z tysięcy trybików, wydających razem brzmienie szumu morskich fal; ludzi bez twarzy, z tatuażami zamiast oczu; nawet roje, setki mniejszych fragmentów ciała o wspólnej świadomości. Zwykle leżą w milczeniu, podpięci do sieci. W tych rzadkich przypadkach, gdy dostrzegają moją obecność, milczymy. Nie znamy interakcji poza systemem.

Najbardziej boję się na końcu drogi, kiedy muszę zejść do strefy sztucznego życia. Stąpam najciszej jak potrafię. Mam nad sobą pełną kontrolę, ale obliczanie naprężenia kabli, po których się przemieszczam, zużywa dużo energii. Boję się konsekwencji, których nie znam. To stanowi o ich sile.

Wyrwa znajduje się za ostatnią ze ścian, której kable nie rozsuwają się jednak równie łatwo. Dawniej była nie do przejścia. Nowy świat stanął otworem, kiedy doszło do szarpaniny między mną, a lokatorem sześcianu. Jego szklane obiektywy nie przeżyły upadku z dwudziestego piętra. Zaskwierczał żałośnie; ostatnim tchem nadał informację na paśmie wysokiej częstotliwości. Pożegnalnymi słowami sztucznej inteligencji było proste: pierdol się.

Nie miałem wtedy czasu na analizowanie własnych obrażeń. Oddychałem prawdziwym niebem.

Teraz tracę kontrolę nad sensorami za każdym razem, kiedy wychylam się przez wyrwę. Odbieram rzeczywistość taką, jaką jest, bez odcedzania filtrami upraszczającymi dane.

 

W pierwszy dzień Dwunastej Ciemności Dysona padał deszcz. Smakowałem jego słonej struktury, wpatrzony wizjerami w ciemne, chociaż gwieździste niebo. Drobne wypustki nie wiedzą, na czym skupić się w pierwszej kolejności.

Świat poza Kaźnią Asimova jest piękny, ale nieważne, jak wiele obrazów pociągałoby wzrok, moje myśli zawsze wędrują w jednym kierunku. Na horyzoncie zaznacza swoje kontury olbrzymia, szklana ściana; wieżowiec, w którym odbijają się moje pragnienia.

Ruszyłem pionowo w dół, po ścianie sztywno umocowanych kabli. Spłynąłem na bruk razem z deszczem, a jego szorstka, nieregularna faktura doprowadza zmysły do orgazmu. Kocham kamień, wszystkie jego niedoskonałości. Do pełni szczęścia brakuje mi zapachu. Czułem świeżą wilgoć, ale nie jest to barwa moich marzeń.

Biegłem, prawie galopem, pod osłoną wysokich budynków. Nie wiedziałem, co się stanie, kiedy mnie znajdą. Prewencyjnie unikałem wszelkich przejawów ruchu. Uciekałem przed gryzoniami i światłami ustawionych wysoko lamp, bo te wywołują cienie.  Miałem cel, więc biegłem.

Gdy stanąłem pod szklanym murem, wzrok skierowałem w znany mi punkt. Zawsze panicznie, z nutą przestrachu. Każda sekunda, gdy nie potrafię zidentyfikować znajomego kształtu, zdaje się roznosić drżącym echem w przewodach.

Ale była tam, o tej samej porze, co zawsze. Tańczyła.

Poruszała się po jasnym parkiecie, oświetlona blaskiem reflektorów, których nie dostrzegałem. Delikatna, zupełnie kobieca. Miała na sobie zwiewną, białą spódniczkę, falującą z ruchem szczupłych bioder; stopy owinęła szczelnie, podobnym sukience materiałem. Była zgrabna, dużo bardziej niż ja. Żyły w niej instynkty, kiedy w moich działaniach rozbrzmiewała logika oszczędności.

Nie słyszałem muzyki, do której kreśli taneczne figury. Odtwarzałem dźwięki z trajektorii jej dłoni, rytmu palców i oddechu unoszącego pierś. Algorytmy podpowiadają, że to jest właśnie piękno, a ja jestem w stanie uwierzyć.

Patrzę tak przez dwie godziny; czas odmierzają kolejne krople uderzające o bruk. W pewnej chwili światła gasną i nie dostrzegam już nic więcej. Za pierwszym razem stałem oniemiały i okrutnie smutny; żal szklił się na powierzchni receptorów.

Ale kwadrans później, tłum wylewa się z drzwi wpasowanych tak, że przechodzą płynnie w resztę idealnie gładkiego wieżowca. Ona wychodzi ostatnia, pachnie wyliczanką: róża, porzeczka, maliny i wanilia. Czuję nawet przez deszcz. Kompozycja nabrała słów w chwili, kiedy porównałem zebrane dane z wiedzą sieci. Wcześniej była to tylko gra zmysłów, szaleństwo sensorów.

Tak widywałem ją podczas każdej Ciemności Dysona, poczynając od siódmej. Nie zestarzała się ani o jeden dzień.

Dzisiaj miała ze sobą biały parasol, który chroni przed zmoczeniem spięte w kok, niebieskie włosy. Podążam wypustkami za echem kroków; wysokie szpilki brzmiały ostro i wyraźnie, uwodzicielsko.

Przed jednym z zakrętów, światem szarpnął silniejszy wiatr. Walczyła z nim, ale ten był zdeterminowany. Wyrwał parasolkę z dłoni i zmusił do podniebnych piruetów. Całym sobą śledziłem tor tego lotu, kiedy ona, zrezygnowana, uciekła przed deszczem.

Ostatecznie, biały baldachim zahaczył o wystający z budynku pręt. Miejsce było dobrze oświetlone, ale pragnienia rwały mnie do przodu. We mnie – tylko pożądanie. Odstawiłem algorytmy na bok, dałem chwilę wewnętrznemu człowiekowi. Pobiegłem, najpierw na drugą stronę ulicy, potem pionowo w górę.

Gdzieś po drodze w organizmie rozbrzmiał alarm. Kończył mi się czas. Już podczas drugiej wizyty rozdzieliłem energię zebraną w kondensatorach tak, aby odwiedzać Piękną każdego dnia Ciemności Dysona. Obliczenia za każdym razem stawały się dokładniejsze, biorąc pod wzgląd coraz więcej czynników. Dnia dzisiejszego dojdzie do nich dodatkowy parametr losowości.

 

Parasol schwyciłem siódmą dłonią.

 

***

 

W ciągu jednej nocy stał się najważniejszym symbolem mojego człowieczeństwa, a zmysły przeżywały drugą miłość.

Dotykałem go i badałem subtelnie. Intrygowały mnie delikatne błony rozpięte między sztywnym stelażem ramion; intrygował mechanizm sprawiający, że rozkwitał jak kwiaty na wiosnę; intrygował każdy kształt, który potrafił przybrać. Wszystko to, co sprawiało, że mogłem używać pięknych porównań odkrytych w sieci. Nie dzieliłem się z nikim znaleziskiem ani emocjami. Założyłem blokady na własny umysł.

Ładowałem się i przemieszczałem zawsze trzymając go w siódmej dłoni. Cyfra ta powoli wkraczała w panteon świadków mojego imienia. Jestem Shòu, a to mój biały parasol.

Mój wspaniały, mój piękny, mój symbol człowieczeństwa.

 

***

 

Drugiego dnia Ciemności Dysona zapomniałem wyjść do Pięknej. Żałowałem, bo mogłem mieć obydwie rzeczy jednocześnie. Algorytmy nie działały poprawnie, jakbym coś gubił, głęboko wewnątrz. Postanowiłem nadrobić stracony czas w ciągu następnej doby.

 

***

 

Trzeciego dnia Ciemności Dysona wyszedłem na zewnątrz dwie godziny wcześniej. Za taflą szklanego muru przywitał mnie mrok i dopiero po trzech kwadransach znów ujrzałem Piękną. Nie żałowałem straconego czasu. Był ze mną biały parasol, więc żyłem w tych chwilach bardzo ludzko.

 

***

 

Dziewiątego dnia Ciemności Dysona ponownie padał deszcz. Do tej pory rozkładałem parasol tylko dla płynącej z samego faktu rozkoszy; teraz mogłem to zrobić we właściwym celu. Obły kształt jego czaszy zdawał się przez to dużo ładniejszy. Nie czułem na sensorach spływającego po skórze deszczu, ale zapach perfum Pięknej zastępował te wrażenia aż nadto. Wiedziałem już, jak wygląda raj.

 

***

 

Dwunastego dnia Ciemności Dysona świat ze mnie zadrwił. Napluł w wizjery dokładnie w chwili, kiedy Piękna wychodziła z muru. Czekałem w cieniu budynków, jak zawsze, z dala od ciekawskich spojrzeń lamp. Tylko ja i ona i parasol, artefakty przeszłości. Nie wiem, które z nas było starsze, ale wobec potęgi tych, którzy sięgnęli kosmosu, byliśmy pieśnią na granicy początków świata. Być może, między gwiazdami żyli już bogowie wyrośli z ludzkiej rasy. Być może ci sami, którzy zbudowali sferę. Być może niektórzy mieli wspaniałe symbole człowieczeństwa. Żaden jednak, tego byłem pewny, nie mógł równać się z moim.

Gdyby tylko nie zawiał wtedy tak silny wiatr. Zawsze starałem się trzymać parasol delikatnie. Bałem się rozdarcia materiału, skaz na delikatnej, trupiobladej skórze. Siódme ramię zawierało własne, dokładne instrukcje postępowania, działające bez sprzężenia z resztą ciała. Nie przewidziałem tylko, że żywioł może przybrać tak gwałtowną formę.

Zerwałem się w ułamku sekundy, ale było już za późno. Mogłem tylko obserwować, dokąd poleci, podążać śladem szalonego lotu. Chcieli zabrać mój symbol, moje człowieczeństwo.

Przystanąłem w jednej chwili. Algorytmy zamilkły; prawie wyłączyłem podstawowe funkcje. Upadł tuż pod nogami Pięknej. Schyliła się, podniosła go. Roześmiała.

Miała już drugi, czarny parasol, więc nie rozumiałem, czemu chciała odebrać mój. Straszna, zachłanna kobieta. Chciała odebrać moje człowieczeństwo. Ruszyła w stronę zakrętu, w stronę świateł. Nie mogłem na to pozwolić.

Na nowo zdefiniowałem prędkość. Nie zdążyła się obrócić, nim rozpędzony wpadłem na jej ciało. Była delikatna, dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem.

 

***

 

W sieci poinformowali, że nastał ostatni dzień Ciemności. Dobra nowina; będziemy żyć długo. Odpoczywałem szczęśliwy, ładując kondensatory. Cieszyłem się każdą chwilą, wpatrzony w napięte błony parasola. Jego nieskazitelną biel splamiły czerwone, chaotyczne smugi. Nie wiedziałem, jak się ich pozbyć, więc musiałem zaakceptować. Każdą, pojedynczą skazę, ślad historii; wygiętą rączkę i porysowany paznokciami drążek.

Ludzie już nie chodzą po moim niebie, bo moje niebo trzymam w dłoni siódmego ramienia. Jestem Shòu, a to mój biały parasol.

Mój wspaniały, mój piękny, mój symbol człowieczeństwa.

 

Koniec

Komentarze

Tekst z grona ciężkich, czytałem dwa razy i nadal nie jestem do końca wszystkiego pewien, na przykład czy Shou to AI czy cyborg.

Intrygująca wizja cyberprzestrzeni, nawet ciekawa symbolika.

Wystarczy zwiększyć natężenie prądu w opornikach,

Trochę dziwnie to brzmi, częściej spotykałem się z konstrukcją “na opornikach”.

 

Odczytywano mnie serią dwudziestu pięciu zer i jedynek, z czego ostatnia cyfra stanowiła bit człowieczeństwa.

To wszystko działało na 25 bitach???

 

Przy każdym ruchu promieniuję adnormatywną dawką ciepła

Raczej “anormatywną”.

 

 

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Przykro mi, ale zupełnie nie wiem o czym czytałam.

 

Pa­trzę tak przez dwie go­dzi­ny, gdzie czas od­mie­rza­ją ko­lej­ne kro­ple ude­rza­ją­ce o bruk.Pa­trzę tak przez dwie go­dzi­ny, kiedy czas od­mie­rza­ją ko­lej­ne kro­ple ude­rza­ją­ce o bruk.

 

in­try­go­wał każdy kształt, jaki po­tra­fił przy­brać. – …in­try­go­wał każdy kształt, który po­tra­fił przy­brać.

 

Za taflą szkla­ne­go muru przy­wi­tał mnie mrok… – Nie nazwałbym murem szklanej tafli.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo nastrojowy tekst. Powiedziałabym wręcz, że poetycki – co tu się dobrze sprawdza, z wyjątkami kilku zdań, które wydały mi się “za bardzo” – i ciekawy przez to, że powolny, odmienny od większości cyberpunkowych tekstów.

Moją ulubioną sceną jest ta, w której Shou trzyma parasol. Przez kontrast z codziennym obiektem dziwność i obcość została świetnie podkreślona, a na stalkerski charakter Shou padło trochę więcej światła.

Zastanawiają mnie dwie rzeczy: na czym opiera się fascynacja Shou Piękną? Jeśli odpowiedź jest w tekście, to jej nie zauważyłam – a ciekawi mnie, czy jest to kwestia czysto estetyczna, czy widzisz to inaczej. Czy Piękna jest po prostu symbolem wszystkiego, czym Shou nie jest? I druga rzecz: przyłapałam się na tym, że za każdym razem, gdy Shou używa czasu przeszłego w odniesieniu do siebie, czytam to dwa razy, bo spodziewam się formy “ono” lub za Dukajem “onu”, bardziej mi to pasowało do takiego bytu.

Also – internety podpowiedziały mi, co znaczy Shou i jakie są konotacje tego znaku. Super. :)

Wicked G

 

I pomyśleć, że po głowie kołatało mi się jeszcze “wyobcowanie” języka na poziomie składniowym i gramatycznym (polityka oszczędności). Wtedy to bym dopiero przesadził z “ciężarem” ^^.

Czy Shou był cyborgiem, czy AI, nie ma to znaczenia w końcowym wydźwięku opowiadania. Tak myślę. Mógł bym to oczywiście doprecyzować. Warto?

Na 25 bitach zapisany był jego identyfikator w sieci. Odpowiadał wyrażeniu “Shu” opartemu na kodzie ASCII w wersji 8-bitowej, który to kod wydawał się bohaterowi bardzo “ludzki”.

 

Dzięki za poprawki.

 

Tak samo podziękowania dla Regulatorzy. Na czekoladki będę musiał wynająć ciężarówkę.

 

EDIT:

Ślimak

 

Planowałem zmiany językowe, jednak w odrobinę innym kierunku. Nie chciałem korzystać z Dukaja, chociaż jego cień pada na nas wszystkich :).

Piękna była pierwszym “przejawem” człowieczeństwa, jaki napotkał Shou poza Kaźnią Asimova. Stąd narastająca obsesja. Wybór padł na tancerkę ze względu na odmienność w stosunku do Shou – inna płeć (w stosunku do której się identyfikował), logika ruchów, i co najważniejsze, estetyka ciała.

 

Dziękuję :).

 

Ale o tych zmianach językowych, nawet jeśli nie ma ich w tekście, możesz napisać tutaj, wiesz, niektórych bardzo interesują. :)

Najważniejsza miała się opierać na składni języka chińskiego – grupowanie poszczególnych części mowy obok siebie. Znaczy, podmioty obok podmiotów, orzeczenia obok orzeczeń. Takie szufladki, z których można by wyciągać pożądaną informację o samym zdaniu (w sensie, chcę wiedzieć o kim traktuje zdanie, to wszystkie podmioty widzę w jednym miejscu). To najtrudniejsza zmiana nad jaką mój mózg zawiesił spojrzenie. Oznaczałaby praktyczne ucięcie poetyki, a pogłębianie wrażenia wyobcowania. Raczej zabawa dla autora, niż przyjemność dla czytelników.

 

Z prostszych – zastosować większą skalę przymiotników, poprzez wprowadzenie zdwojeń. W połączeniu z językiem polskim, dawałoby to 6-stopniową skalę każdego przymiotnika (zapewne istniałyby wyjątki). Opis świata bardzo informatyczny, dający wrażenie stopnia “natężenia” barwy.

 

Gdzieś tam, na samym początku tworzenia śmignęła idea krakowskich futurystów, w formie bardziej przystępnej, usuwającej tylko “rzekomo zbędne” litery przy pojedynczych dźwiękach (sz, ch, ni). Odrzucone natychmiast, bo paskudnie wyglądało ^^.

 

Coś jeszcze mogło być. Uznałem, że to wszystko to jest czyste szaleństwo i sztuka dla sztuki. Eviva l'arte.

yes

Przeczytane, w skupieniu i z radością. Nowy, lepszy, większy komentarz już po rozstrzygnięciu konkursu.

na emeryturze

kiedy ona, zrezygnowana uciekła przed deszczem

albo dwa przecinki, albo żadnego

 

Ciekawe. Tego tekstu nie odbieram jako surrealistyczny czy metaforyczny, więc przydałoby się chyba więcej danych. Spróbowałeś bardzo trudnej sztuki – odzwierciedlenia sposobu myślenia niehumanoidalnego “czegoś” – co mało komu wychodzi przekonująco, w dodatku żeby mnie przekonało, musiałbym faktycznie wiedzieć, o czym mówimy (cyborg czy AI to najprostsze z rozwiązań). Zabawy z językiem byłyby skazane na porażkę, z mistrzami przegrałbyś, zanim byś na dobre zaczął. Kluczowym elementem jest to, że “byty o wielkich możliwościach obliczeniowych” nie muszą się ograniczać do tak żałosnej liczby słów, jak my, teoretycznie mogą iść głęboko w semantykę (np. wyrażając Twoje opowiadanie w jednym zdaniu, to zależy od modelu wydajności).

W zasadzie pomimo cokolwiek bajkowej personifikacji Shu – acz to dziwne określenie, jeśli jest w jakiejś części człowiekiem – całkiem mi się podobało. Sam nie wiem dlaczego. Może dlatego, że na końcu zakochał się w parasolu. Przynajmniej ja to chcę tak widzieć.

Takie pięć z minusem dam.

Podobało mi się bardziej niż się spodziewałam po tekście cyberpunkowym. Fajny motyw z parasolem – niby drobnostka, ale czyta się o tym z ciekawością. Zakończenie też ujęte całkiem przewrotnie.

Zabawy gramatyką, o których napisałeś, wydają się pomysłowe, ale eksperymentować z nimi lepiej by chyba było w krótszym tekście, na dłuższą metę rzeczywiście mogłoby to przeszkadzać w odbiorze. 

Bajka.

 

Materiał doskonale pamięta swoją poprzednią formę. Wraca do niej, stęskniony.

Bajka w bajce.

 

 

Tylko mała sprzeczność (chociaż może na siłę, bo stawy wcale nie muszą być w ramionach):

pozbawionych usztywnień ramion

na każdym z metalowych stawów ciała

Zrobiłbym animację, ale nie umiem. Czy jest na sali Pixar albo Platige Image?

Vargu, stąd też miałem wątpliwości co do obranej narracji. Z jednej strony pozwalała na zabawę psychologią postaci, która przecież w opku była najważniejsza, z drugiej odbiera wiarygodność. Wiarygodność, której broni nieco podejście do świata Shou i to, że był wcześniej człowiekiem (można odhaczyć, że taki był zamysł, macie mnie :P). Nikt też nie powiedział, że nie jest to zwyczajna translacja myśli rzeczonej maszyny, cobyśmy my, miętkie stworzonka, coś zrozumiały. Cieszę się, że mimo wszystko chwyciło. P. S: Nikt jeszcze żadnego mistrza nie przeskoczył, bijąc same pokłony :).

 

Dziękuję, Teyami. Co do zabaw językiem, to pierwszym na co trzeba by sobie odpowiedzieć, to pytanie w jakim celu. Potem – czy nie można prościej. I wreszcie – czy efekt będzie wart dokonanych w tekście poświęceń. Kiedyś spróbuję z całą pewnością.

 

Lordzie Vedyminie – nie wiem jak czytać twój komentarz :P. Tak jak w tagach, bardziej antybajka niż bajka. Swego rodzaju profanacja Pięknej i Bestii. Pixar odrzuciłby ze względu na zakończenie ^^. Ale jakby zaproponowali, że jeśli zmienię… No, zastanowiłbym się!

 

Btw. nie taka bajka w bajce, jak się wydaje:

http://www.materialstoday.com/polymers-soft-materials/news/body-heat-bends-polymer-out-of-shape/

Cholera, z tą bajką to miałem na myśli, że takie fajne. Nieprecyzyjnie się wyraziłem.

Z kolei jeśli chodzi o materiały, to chciałem wyrazić uznanie dla pięknej metafory: Wraca do niej, stęskniony.

A zakończenie by się odpowiednio wykadrowało :-)

:)

Dzwonnik z Notre Damę bardziej mi się skojarzył, niż Piękna i Bestia. I to taki dzwonnik stechnicyzowany, adaptacja. Do kompletu brakowało tylko kogoś u boku Pięknej, kto niósłby jej parasol.

 

Bardzo ciekawa próba, jak to sobie zinterpretowałem, pokazania jak może wyglądać emocja w sztucznym, obcym tworze (niegdyś człowieku?). W tej próbie narysowana jest tak bardzo ludzka obsesja. Nie dopatrzyłem się (lub przegapiłem) powodu, dla którego to właśnie Piękna staje się celem. 

 

Plastyczną? Na pewno.

Historia? Chyba jest. Piszę chyba, bo nie widzę jej zawiązania (skąd ta obsesja na punkcie Pięknej i definiowania/odzyskiwania człowieczeństwa przez symboliczny ersatz: parasol?).

 

Czyta się płynnie :-)

 

Kaźń Asimova bardzo mi się spodobała.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ano, jeśli spojrzeć na parę Shou/Piękna, to może wyjść i dzwonnik. Mój obiektyw skierowałem gdzie indziej :P. Gdyby jednak dorzucić kogoś do Notre Dame’owego kompletu, to by się wydźwięk opowiadania zmienił, na taki trochę, no mniej cyberpunkowy, w mojej perspektywie.

W szaleństwie i nielogiczności działań Shou jest metoda, paradoksalnie mało ludzka. Właśnie w tym według mnie przejawiać się będzie inteligentna maszyna – w niezrozumiałych dla człowieka wyborach. Starałem się oddać takie wrażenie. Jeśli wyszła konsternacja, to i źle i dobrze jednocześnie ^^.

 

Cieszę się, że nie było dużo grudek w trakcie czytania :).

Ha! I to się mnie podoba. Prawdziwie twarde SF, z oleju i stali ale z duszą, jakiego z diodą szukać.

OGROMNE brawa za próbę ukazania sposobu myślenia i odczuwania istoty nie będącej (już) człowiekiem. Zrobiłeś coś, czego znani i lubiani podstarzali goście wydający opasłe tomy nawet nie próbują, bo wiedzą, że się nie sprzeda – i wyszło Ci to całkiem dobrze! Może nie idealnie zgrabnie, może nie super czytelnie i w pełni spójnie, ale całkiem, cholera, dobrze!

Szkoda tylko, że poprzestałeś na półśrodkach. “Jestem Shòu“ aż się prosi o zabawę językiem, o dopasowanie formy do treści, zwłaszcza, że mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. Żałuję, że zrezygnowałeś z eksperymentów.

Z drugiej strony jednak, gdyby Shòu był bardziej obcy, finał opowieści nie zrobiłby pewnie na mnie takiego wrażenia, bo wraz ze złudzeniem człowieczeństwa protagonisty ulotniłaby się spora porcja dramatyzmu. Czyli na dwoje babka wróżyła.

na emeryturze

Z motyką na słońce, a potem to już tylko galaktyki w siatkę na motyle łapać! ^^

 

Dzięki, cieszę się, że chwyciło.

Hmmm. A do mnie nie przemówiło. Chyba się odbiłam od poetyki. Chociaż parasol jako proteza człowieczeństwa niezły.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę. Mój styl zwyczajnie nie zawsze gra na odpowiednich dla każdego nutach, ale jeszcze wyjdę na żyzne grunty, jak udoskonalę to i owo (szczerze wierzę).

Gdybym opowiadanie to przeczytała przed Story n.2531, to lista żalów pod tamtym tekstem nie miałaby końca :< No, bo, jak można było w rok po takim opowiadaniu… Starsze, nie odleżało ( a szkoda, zaprawdę wielka szkoda :(( ), a podoba mi się znacznie bardziej, znaczy podoba mi się w ogóle, jako całość, nawet bez niczyich tłumaczeń ( chociaż nie mówię, że takowe nie byłyby przydatne ;))

 

Język, język jest świetny. W sumie język jest tak dobry, że miast bardziej skupiać się na historii, przystawałam na chwilę nad większością zdań. I nie wiem, czy to tak dobrze…

 

Ale już przechodzę do historii. Tak więc bez przesady, na pewno nie było tak, że ją zbagatelizowałam. Gdzieżbym śmiała bagatelizować cokolwiek w jakikolwiek sposób nawiązującego do znanych bajek. Wszelkie retellingi, jak się okazuje nawet w cyberpunkowym wydaniu, to jak najbardziej moja bajka :) Pewnie, mogłoby być więcej wyjaśnień, ale chyba nie muszę się nad tym rozwodzić, bo myślę, że ten zarzut nieraz już słyszałeś ;)

 

Zdaję sobie sprawę z tego, że symbolika tego tekstu jest niesamowicie przepastna i składa się na nią więcej niż biały parasol i siedem ramion. Coś tam gdzieś świtało na krańcach świadomości przy niektórych fragmentach, ale myślę, że mogłoby to zająć niemało czasu, gdyby tak głębiej poszperać w tekście, a potem w Internecie. Ale nie mówię, że nie warto, i że w niedalekiej przyszłości nie czeka mnie taka ekspedycja ;)

 

I przecinek:

Tylko ja i ona[+,] i parasol, artefakty przeszłości.

 

 

O, jak miło :).

Dwa opowiadania – dwa różne koncepty. Im dalej w las, tym bardziej szalonych wyzwań się podejmuję, bo mnie to pociąga. Niektóre pomysły na pewnym etapie po prostu zaczynają krzyczeć, że to już ten czas, że chyba dojrzałem pisarsko na tyle, by spróbować, że być może dam radę je udźwignąć. Często się przeliczam, ale to jest tego warte – samo rzeźbienie w historiach, które męczyły od dłuższego czasu (tak, mam między innymi pomysł na powieść, od kiedy stuknęło mi jakieś dwanaście lat – na którą ani teraz, ani przez jeszcze długi czas nie będę gotowy).

Cieszę się niesamowicie, że wcześniejsze eksperymenty mogą się podobać, nawet jeśli bardziej niż te świeże ;P.

Dzięki za wizytę i większy komentarz.

Nowa Fantastyka