- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Kwiatuszek

Kwiatuszek

Moje drugie opowiadanie publikowane na tym portalu, przy czym to pierwsze było – siłą rzeczy – żartem (Grafomania 2016). Można więc powiedzieć, że to mój debiut :). Chciałem nieco poeksperymentować w konstruowaniu fabuły i postaci policjanta. Co z tego wynikło – sprawdźcie sami. Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kwiatuszek

– Rusz się – warknęła mama. – Nie śpij.

Emilia Sidorska posłusznie przyspieszyła kroku.

– Jakbyś nie jadła tyle słodyczy, to byś nadążała.

– Mówiłam ci, że chcę iść do dietetyka.

– Nie do dietetyka, tylko nie jedz tyle. I zacznij się ruszać.

Emilia Sidorska miała dziesięć lat i wszyscy mówili, że jest gruba. Sama też tak uważała. Ciągle myślała o odchudzaniu, ale kompletnie nie wiedziała jak to zrobić. Może dlatego, że miała dziesięć lat.

Nie lubiła wypraw do galerii. Kochała ciuchy, ale we wszystkim wyglądała grubo. Mama ciągle jej to powtarzała, a tata – zanim jeszcze je opuścił – śmiał się z niej. Z całych sił starała się nie czuć bólu, jaki jej to sprawiało. Im bardziej była zraniona, tym mocniej postanawiała, że kiedyś to zmieni. Fantazjowała, że jest szczupła jak modelki z reklam, albo jeszcze bardziej, szczupła tak, że wystają jej żebra. Przymierza wszystkie te wspaniałe rzeczy, a sprzedawczynie nie mogą wyjść z zachwytu nad jej figurą.

Lubiła czytać książki. Czuła się wtedy jak gdyby przenosiła się w inny świat, w którym nikt jej nie oceniał i nie krytykował. Najlepiej taki, w którym nie było żadnych ludzi. Żeby umilić sobie czas, zabrała z domu "Ilustrowany atlas dinozaurów". W małym formacie, mieszczący się do torebki. Znajomi mamy mówili, że wie o dinozaurach więcej niż profesorowie paleontologii.

Mama zarządziła przerwę w poszukiwaniach „szałowej czarnej mini” i usiadły przy stoliku w kawiarni.

– Co chcesz? – mruknęła pisząc SMSa.

– Coś dietetycznego.

Mama prychnęła i poszła do kasy, odbierając jednocześnie telefon. Emilia została sama i poczuła się nieswojo. Swoim zwyczajem, chcąc uciec od narastającego niepokoju, wyjęła książkę. Otworzyła ją na stronie przedstawiającej dinozaura chodzącego na dwóch łapach, z wielkimi, zakrzywionymi pazurami u stóp.

– Deinonychus – przeczytała na głos. – Z łaciny "straszny szpon".

Podniosła głowę i dostrzegła mężczyznę siedzącego przy stoliku obok. Był w wieku jej taty, albo troszkę młodszy. Nosił okulary z grubymi szkłami, włosy miał czarne i przetłuszczone, pod nosem staromodne wąsy. Rozmawiał przez telefon. Zobaczył ją i uśmiechnął się lekko. Speszona odwróciła wzrok. Po chwili spojrzała znowu. Czytał gazetę, w ręce trzymał kubek ze spienionym cappuccino.

Wróciła do lektury. Lubiła w tej książce obrazek, na którym cztery deinonychy atakują apatozaura, rozrywając jego ciało szponami i wielkimi zębami. Apatozaur ryczy z bólu i bezsilności.

 

***

 

– Deinonych – usłyszała nad głową. Stał za nią mężczyzna, którego widziała przedtem przy stoliku obok. Uśmiechał się przyjaźnie.

– Nie boisz się takich strasznych dinozaurów?

– Nie – odparła. – Lubię je.

Nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć. Mężczyzna wciąż się uśmiechał. Usiadł obok niej.

– Jestem Roman – powiedział i podał jej rękę. – A ty?

– Emilia – odparła ściskając jego dłoń.

Zauważyła, że koszula nieznajomego jest brudna i przepocona, a kołnierzyk nosi żółtawe ślady. Musiał nie zmieniać jej od kilku dni. Albo dłużej. Paznokcie miał brudne i nierówno obcięte.

– Ja też lubię dinozaury – powiedział. – Mój ulubiony to diplodok. A twój?

– Ankylozaur.

– Ooo, ten z maczugą na ogonie. Dlaczego ten?

– Jest opancerzony i nikt nie może go ugryźć.

– To prawda.

– Przynajmniej prawdopodobnie był opancerzony. Nigdy już nie będziemy wiedzieć na pewno.

– Może dinozaury żyją na innych planetach, co?

– W Układzie Słonecznym to niemożliwe.

– Są inne układy. Inne galaktyki. Na którejś z odległych planet na pewno wciąż istnieją.

Oczy Emilii rozbłysły. Popatrzyła na Romana, ze zdumienia śmiesznie otwierając usta. Czy ten dorosły się z niej wyśmiewał?

-Myśli pan?

-Jestem pewny.

Milczeli chwilę. Roman zdawał się nad czymś zastanawiać.

– Gdzie rodzice? – zapytał w końcu.

Emilia poczuła się nieswojo. W szkole coś mówili, żeby uważać, jak się rozmawia z obcymi.

– Zaraz przyjdą – powiedziała szybko.

– Boisz się mnie?

– Nie.

Milczeli.

– Jesteś bardzo mądra, wiesz?

Zaczerwieniła się.

– Nie – powiedziała. – Nie tak bardzo.

– A ja myślę, że bardzo. Rodzice muszą być z ciebie dumni.

– Mama mówi, że jestem gruba – powiedziała i szybko ugryzła się w język. Wyrwało jej się. Nie chciała mówić obcemu takich rzeczy, ale w jakiś dziwny sposób ten nieświeży mężczyzna wzbudzał jej zaufanie. A ona tak bardzo potrzebowała się wygadać.

– Niemożliwe!

– Naprawdę. Tata, jak jeszcze z nami mieszkał, mówił, że jak założę pasek to wyglądam jak wiązana szynka. Albo baleron. I że żaden jego kolega nie ma tak grubej córki.

Mężczyzna spoważniał i mruknął coś pod nosem.

– Nie jesteś gruba – powiedział. – Jesteś bardzo ładna.

Znów się zaczerwieniła.

– No nie wiem – mruknęła pod nosem. Spojrzała na Romana kątem oka. Teraz wydawał się spięty. Przestał się uśmiechać. Na jego czole zauważyła krople potu. Cały czas dyskretnie rozglądał się wokół.

– A pan kim jest? Skąd się pan zna na dinozaurach? Jest pan paleontologiem?

Roman uśmiechnął się wymuszenie.

– Nie do końca. Muszę już iść – powiedział. – Miło było cię poznać, Emilio. Do widzenia.

– Do widzenia.

Wstał i szybko zniknął w tłumie. Po chwili przy stoliku pojawiła się mama. Niosła dwie porcje gyrosu z frytkami. Na szczęście nie zauważyła Romana i nie zapytała kim był. W głowie Emilii pojawiło się tysiąc myśli na jego temat, ale żadną z nich nie chciała dzielić się z mamą.

 

***

 

Roman wyszedł na parking. Podszedł do białego, poobijanego focusa kombi stojącego pod latarnią, z dala od innych samochodów. Bagażnik był otwarty, siedział w nim łysy mężczyzna z odstającymi uszami. Grzebał w wielkiej czarnej torbie.

-Jak tam, Uszaty, przygotowałeś mieszankę? – zapytał Roman.

– Ano przygotowałem. Nie będzie problemów. Potwierdziłeś rozpoznanie?

– To ona. Pod koniec prawie wpadłem. Jeśli to ma się udać, idziemy teraz. Masz wszystko?

– Tak.

– Jak twoje ręce?

Uszaty potarł dłonie o siebie. Przebiegła po nich sieć niebieskich iskier.

– Zawsze w formie.

– Dobra, nie ma czasu. Niech Vezlogh i Ecr ruszają dupy. Wchodzimy.

Uszaty podrapał się w tył łysej głowy.

– Jedna rzecz mnie zastanawia, szefie.

– Co takiego?

– Dlaczego zaparkowałeś auto w zasięgu kamer? Namierzą nas.

– To nie ma znaczenia. Za parę godzin będziemy już daleko.

 

***

 

Mama ponownie wróciła od kasy, tym razem niosąc dwie porcje lodów. Od razu zabrała się za jedzenie. Była nieobecna duchem i machinalnie jadła słodycze. Ocknęła się, kiedy zobaczyła, że Emilia ich nie tknęła.

– Dlaczego nie chcesz lodów? – spytała.

– Odchudzam się.

– Ty się odchudzasz! – parsknęła. – Zjedz sobie. I tak nie schudniesz.

Emilia nie wiedziała co zrobić. Bała się, że przytyje, ale lody wyglądały tak apetycznie… Nie wiedziała nawet kiedy sięgnęła po łyżeczkę i zaczęła jeść. Czekoladowe, z wiórkami i kawałkami biszkoptu. Pyszne.

– Ale będziesz gruba – powiedziała mama i uśmiechnęła się pod nosem. – Najgrubsza w klasie.

Emilia posmutniała i odłożyła łyżeczkę.

-Jedz, do cholery!

Emilia spuściła głowę.

– Mamo – powiedziała po chwili. – Z kim piszesz? Masz chłopaka?

Mama uśmiechnęła się.

– Może. A co?

– Jak to jest jak się ma chłopaka?

– Zobaczysz jak podrośniesz.

-Mamo.

– Co?

– Muszę sobie kupić nową sukienkę. Taką, żeby nie było widać, że jestem gruba.

– Po co?

Wahała się długo.

– Też chcę mieć chłopaka.

 

***

 

Szły bocznym przejściem. Było tam pusto. Emilia nie patrzyła przed siebie, trzymała w rękach otwarty "Ilustrowany Atlas Dinozaurów". Czytała o diplodoku. Żałowała, że nie spytała Romana, dlaczego tak go lubi.

– No chodźże, dziecko. Nie mamy całego dnia.

– Cześć, Emilia.

Podniosła wzrok. Stał przed nią Roman. Uśmiechał się szeroko.

Roman. Jedyny dorosły, który rozmawiał z nią jak z kimś wartościowym. Za nim stał jakiś inny człowiek, całkiem łysy, z odstającymi uszami. Obaj mieli czarne, skórzane kurtki. Mama skrzywiła się na widok przetłuszczonych włosów Romana.

– Znasz tego pana? – zapytała.

Zanim Emilia zdążyła odpowiedzieć, trzeci mężczyzna – z długą czarną brodą – zaszedł kobietę od tyłu i prysnął jej w twarz sprayem wyglądającym jak dezodorant. Osunęła się na ziemię. Mężczyzna złapał ją w ramiona i ostrożnie położył na ziemi.

– Mamo!!!

Emilia rzuciła się w kierunku matki, ale Roman złapał ją za ramię. Mocno, aż zabolało.

– Nic jej nie będzie – powiedział. – Teraz musisz iść z nami. Opowiem ci po drodze.

– Mamo!

Emilia wyrywała się, ale palce mężczyzny trzymały jak stalowe kleszcze. Z wewnętrznej kieszeni kurtki Roman wyjął drugi spray i prysnął dziewczynce w twarz. Pociemniało jej przed oczami. Po chwili obraz znów rozbłysł, zobaczyła białe światło. Powoli ze światła ukształtowała się ziemia, drzewa i wielkie zwierzęta. Parazaurolofy, apatozaury, diplodoki, ankylozaury i deinonychy. Pierwotna dżungla. W tle góry i dymiący wulkan. W powietrzu szybowały pterozaury. Stopniowo obraz zaczął ciemnieć, coraz bardziej i bardziej, aż w końcu dziewczynka pogrążyła się w ciemności.

 

***

 

– W lewo teraz.

Usłyszała czyjś niewyraźny głos. Przed oczami znów miała plamę białego światła. Jej ciało było ciężkie i zwiotczałe.

– Cholera, cztery dni na robocie – Tym razem usłyszała lepiej, to był głos Romana. – Nie miałem kiedy się przebrać.

– Da się wyczuć. Że też ta mała nie uciekła od ciebie.

– Budzi się – powiedział jeszcze ktoś inny.

Emilia usłyszała szum silnika i poczuła drżenie samochodu jadącego po nierównej nawierzchni. Powoli biała plama przed oczami zniknęła. Emilia zauważyła, że stopniowo, ale dość szybko ustępuje zwiotczenie. Czuła się bardzo zrelaksowana, jak po przyjemnej drzemce w deszczowy dzień. Nie czuła strachu, tylko dziwnie szumiało jej w głowie. Kiedy w końcu otworzyła oczy, zobaczyła, że siedzi na tylnej kanapie samochodu. Po jej lewej stronie siedział ten łysy z odstającymi uszami. Po prawej jakiś inny, z rozczochranymi włosami, kilkudniowym zarostem i śmiesznie zadartym, krótkim nosem, jak u dziecka. Z przodu siedział mężczyzna z długą czarną brodą, starszy od reszty, a za kierownicą Roman.

Jechali drogą przez las. Emilia nie widziała nigdzie innych samochodów.

– Gdzie… jedziemy? – zapytała. Mówiło jej się ciężko i niezdarnie, głos miała bełkotliwy.

– Już się obudziłaś – powiedział Roman. – Jak się spało?

– Nie wiem… Gdzie… jedziemy?

Roman milczał. Przez tylne lusterko spojrzał na Uszatego. Ten ledwie dostrzegalnie skinął głową.

– Posłuchaj. To, co teraz powiem, zabrzmi niewiarygodnie – powiedział Roman. – Ale musisz mi uwierzyć. Nie jesteśmy Ziemianami. Pochodzimy z planety Zeuron. Jesteśmy funkcjonariuszami Cesarskiej Gwardii, naszym zadaniem jest utrzymywanie ładu i porządku. Wódz terrorystów, Baha'Zoog wysłał po ciebie zabójców. Musieliśmy upozorować twoje porwanie, żeby cię przed nimi chronić.

– C… Co?

– Słuchaj, Emilia. Wiem jak to brzmi. Ale przysięgam, że mówię prawdę.

– Po… co… porwanie?

– Słudzy Baha'Zooga potrafią skanować umysły. Gdyby twoja mama wiedziała, że jesteś z nami, szybko by to z niej wydobyli.

– Dla… czego mnie zabić…

Roman milczał, jakby się namyślał. W końcu powiedział.

– Nie powinienem ci mówić, ale jestem ci to winien. Za to co przeszłaś. Jesteś Dzieckiem Astralnym. Przez sieć powiązań intraprzestrzennych jesteś połączona z Baha'Zoogiem. Złe istoty we wszechświecie mają swoje przeciwwagi w postaci istot dobrych i niewinnych. Dopóki żyjesz, on nie może nas zaatakować. Ale jeśli cię dopadnie, zginiesz nie tylko ty, ale tysiące lub miliony naszych pobratymców na planecie Zeuron. Baha'Zoog dokona zamachu z użyciem gazu paraliżującego ośrodkowy układ nerwowy. Wiesz co to jest ośrodkowy układ nerwowy?

Emilia słabo pokiwała głową. Roman uśmiechnął się.

– Mówiłem, że jesteś mądra. Jest jeszcze coś. Żebyś była bezpieczna, musisz lecieć z nami na Zeuron. Na Ziemi Baha'Zoog ma nad nami przewagę. Nie martw się. Kiedy go aresztujemy, odstawimy cię z powrotem do mamy. To nie potrwa długo.

Emilia milczała. Roman popatrzył na nią w lusterku i uśmiechnął się.

– Przyleci po nas statek. Wyląduje na polanie, w tamtym lesie, o tam. Musimy tylko poczekać w ukryciu.

Wciąż milczała. W końcu, z trudem, walcząc ze zwiotczałymi ustami, powiedziała:

– Więc… jesteście kosmicznymi policjantami?

– Można tak powiedzieć. Ty też jesteś policjantką, w pewnym sensie. Twoje życie gwarantuje bezpieczeństwo naszej planecie.

Przez jakiś czas jechali w milczeniu. Dzień był słoneczny. Emilia poczuła się dobrze. Z jakiegoś powodu czuła się bezpiecznie w towarzystwie tych mężczyzn. Po kilku minutach Roman skręcił w prawo. Gruntowa droga prowadziła w głąb lasu.

– Skoro jesteście kosmitami to dlaczego mówicie po polsku?

– Mądrala – zaśmiał się Uszaty. – Dlatego, że pochodzimy z różnych krajów Zeuronu. Po prostu polski to jedyny wspólny język, jaki wszyscy znamy. Byliśmy szkoleni do działania w Polsce.

– Tak – wtrącił Roman. – Przyznasz, że Uszaty najbardziej wygląda na ufoludka.

Uszaty pokazał mu środkowy palec.

– Nie przy dziecku, gamoniu.

– Wam też niczego nie brakuje.

– Uznam to za komplement.

– Naprawdę masz na imię Roman?

– Właściwie nie Roman, tylko Roomhrthan, ale te półgłowki nie potrafią tego wymówić.

 

***

 

Emilia wzięła głęboki oddech. Dawno już nie była w lesie. Było jej bardzo przyjemnie, kiedy szła z Romanem za rękę, a nad jej głową wiatr szumiał w koronach drzew. Promienie słońca przebijały się przez listowie i muskały jej twarz.

Vezlogh i Ecr nieśli wielką czarną torbę. Cała piątka szła powoli po szeleszczącej ściółce, aż znaleźli się na skraju wielkiej polany.

– Poczekaj tutaj, kwiatuszku – powiedział Roman. – Musimy czegoś poszukać.

– Czego?

– Cóż, po prostu dołu w ziemi. Nie będę cię zanudzał technicznymi szczegółami, ale w ten sposób nasi mogą nas znaleźć.

– Pójdę z tobą.

– Poczekaj tu, proszę. Odpocznij – powiedział z uśmiechem.

– Dobrze. – Odwzajemniła uśmiech. – Ale zaraz wracaj.

 

***

 

Dół znajdował się dokładnie pośrodku polany, długi na jakieś dwa metry i głęboki na metr. Powstał na tyle dawno, że jego ściany zaczynała już porastać trawa. Vezlogh i Ecr położyli torbę na ziemi. Wszyscy czterej stanęli na krawędziach wykopu.

– Nie chciało wam się kopać głębiej, co? – rzucił Vezlogh.

Nikt nie odpowiedział. Milczeli długo.

– Parszywy to świat, w którym stróż prawa musi korzystać z takich metod – powiedział Roman.

– Nie mamy wyjścia – odparł Uszaty. – Dół jest. Przyprowadź małą.

– Dlaczego musiał wybrać akurat ją? Dlaczego dziecko?

– A ja wiem, kurwa? Bo jest jebanym zboczeńcem i lubi małe Ziemianki. To nie ma znaczenia, Roman.

– Z tego co pamiętam, Trybunał nie określił jak mamy to zrobić.

– Dowolnie, byle nastąpiła śmierć mózgu – wtrącił Ecr. – No i potem trzeba ją przysypać, żeby lisy nie rozgrzebały truchła. Baha'Zoog sam zrobi resztę. Polecam impuls cerebralny, nic nie poczuje.

Roman milczał, patrząc przed siebie. Uszaty spojrzał na niego smutno.

– Słuchaj, stary – powiedział. – Mnie też to wkurwia. Niewinne dziecko, wiem. Ale jeśli nie złożymy jej w ofierze, zginą miliony ludzi.

– Ona mi ufa, a ja tak ją oszukałem. I ta gadka, że ona też jest policjantką. Rzygać mi się chce.

– Ona naprawdę jest strażnikiem pokoju. Okłamałeś ją tylko w jednym. To nie jej życie, ale śmierć gwarantuje bezpieczeństwo Zeuronowi.

– Idę po nią – powiedział Roman głucho. – Vezlogh i Ecr do lasu, idźcie aż do drogi i pilnujcie, czy nikt nie jedzie, mogą jej szukać.

Mężczyźni ruszyli w stronę lasu, wcześniej wyjmując z torby karabinki kałasznikowa, kilka magazynków i granatów.

– Ty – Roman zwrócił się do Uszatego – zostań tutaj. Wygenerujesz impuls.

 

***

 

– Tu jesteś, kwiatuszku.

Powitała go uśmiechem od ucha do ucha.

– Mamy wiadomość od naszych. Będą za dziesięć minut.

– To wspaniale.

– Tak, a teraz chodź.

 

***

 

– Stań tutaj i zamknij oczy– powiedział Uszaty. – Na krawędzi tego dołka.

– Po co?

– Jak to po co? – zawołał wesoło. – Żebyś mogła wsiąść. Dołek służy naszym pilotom do ustawienia włazów w odpowiednim położeniu. Musimy wejść na pokład jak najszybciej. Przybycie statku powoduje tak duże naruszenie czasoprzestrzeni, że słudzy Baha'Zooga mogą szybko nas namierzyć.

– Nieprawda, Roman mówił, że dołek służy pilotom do nawigacji. Bez wnikania w techniczne szczegóły. – Emilia mrugnęła okiem do Romana.

– Mądralińska. Chodź tu.

Podeszła do krawędzi wykopu. Uszaty stanął za nią.

– Poczekaj – powiedział nagle Roman.

– Na co?

– Zmiana planów.

Uszaty otworzył usta ze zdumienia.

– Myślałem, że już to omówiliśmy.

– Wypuszczamy ją. Zeznamy przed Trybunałem, że uciekła. To rozkaz.

– Jaja sobie robisz.

– Jesteśmy członkami Cesarskiej Gwardii. Naszym zadaniem jest chronić życie, nie odbierać je.

– Roman, opanuj się, kurwa! Zachowujesz się, jakby to była twoja córka.

– Co ty pieprzysz?

– Myślisz, że nie widzę jak sobie słodko rozmawiacie, jak się do niej uśmiechasz? Po jaki chuj wchodzisz w relację z celem? Jeśli ją wypuścisz, jebany Baha'Zoog wymorduje naszych. Jedna Ziemianka jest tego warta?

– Naszym zadaniem jest chronić życie.

– Gówno cię obchodzi życie. Poczułeś się jej tatusiem i tyle. Myślisz, że co, zabierzesz ją ze sobą, uratujesz od popapranej matki, od całego zła tego świata, jak jebany rycerz na jebanym białym koniu? Będziecie żyli długo i szczęśliwie, na odległej planecie. Tego chcesz?

Roman zacisnął pięści.

– Gówno wiesz czego chcę – warknął.

– Ciekawe, co na to Trybunał.

– Trybunał – żachnął się Roman. – Ten sam Trybunał, który każe składać w ofierze dzieci, żeby wleźć w dupę terrorystom. Po co ta szopka? Dlaczego nie było rozkazu, żeby zbombardować kryjówkę Baha'Zooga?

– Roman – Uszaty złagodniał nagle. – Dobrze wiesz dlaczego.

 

– Roman!!! – wrzasnęła Emilia. Dopiero teraz, gdy przekrzyczała swój własny płacz, usłyszeli ją. – O co tu chodzi?

– Wszystko jest dobrze, kwiatuszku – powiedział Uszaty i wyciągnął rękę do karku dziewczynki.

Roman złapał go za nadgarstek i ścisnął.

– Co ty odpierdalasz?! – Uszaty stracił panowanie nad sobą. Drugą ręką spod skórzanej kurtki wyjął pistolet. – Nie zmuszaj mnie do tego.

Uszaty nie spodziewał się, że będzie musiał użyć broni. Wystarczyć miał sam jej widok, dlatego trzymał pistolet skierowany w ziemię. Roman skoczył na niego, obejmując w pasie razem z ramionami. Upadli i turlali się po ziemi w walce. Emilia usłyszała przeraźliwy huk. Poczuła, jakby coś wbiło jej się w uszy. Potem drugi, trzeci, czwarty. Zakryła uszy dłońmi.

Przestali walczyć, ale tylko Roman wstał. Jego twarz i kurtka była spryskana krwią.

– Właź do dołu – powiedział głucho.

Emilia stała jak skamieniała, nie docierało do niej co mówi, ani co się stało. Czuła się, jakby oglądała to wszystko w telewizji, jakby jej tam nie było. Trwało to wieczność.

– Właź do dołu, do kurwy nędzy! – wrzasnął. Zanim zdążyła zareagować złapał ją za rękę i wrzucił do wykopu. Upadła, w prawej kostce poczuła silny ból. Potem Roman sam wskoczył, ukląkł przy niej i uśmiechnął się.

– Nie musisz na to patrzyć – powiedział łagodnie. Z kieszeni kurtki znów wyjął puszkę przypominającą dezodorant i prysnął Emilii w oczy. Zanim odpłynęła, poczuła, jak Roman wkłada jej w dłoń coś zimnego i twardego.

 

***

 

Wyskoczył z dołu, złapał Uszatego za ręce i przysunął do krawędzi wykopu. Poczuł, że dłonie kolegi są sztywne, choć wciąż ciepłe. Kiedy przeciągnął ciało, na trawie została ciemna smuga krwi. Pobiegł do czarnej torby i wyjął z niej kałasznikowa. Wrócił i schował się w wykopie, wystawiając tylko głowę.

Ecr i Vezlogh już wracali, zaalarmowani strzałami. Widział ich sylwetki wśród drzew. Sto metrów, trochę daleko. Musiał trafić od razu, żeby nie wdać się w długą strzelaninę. Schował głowę i czekał. Obok niego Emilia leżała nieprzytomna. Serce miękło mu na widok jej bladej, delikatnej twarzy. Dla ciebie, pomyślał. Robię to dla ciebie.

Wychylił się z dołu. Mężczyźni oddaleni byli o około pięćdziesiąt metrów. Wystrzelił trzy razy. Pierwsza kula wylądowała przed nogami Vezlogha, wyrzucając w powietrze fontannę ziemi. Druga trafiła go w prawe udo, trzecia w klatkę piersiową. Mężczyzna upadł. Ecr stał przez chwilę niezdecydowany, jakby nie mogąc pojąć co się dzieje. Po sekundzie rzucił się na ziemię i otworzył ogień. Roman w ostatniej chwili schował głowę, kule zaryły w trawę przy krawędzi dołu. Kilka z nich zachlupotało w ciele Uszatego.

Roman wiedział, że sytuacja nie wygląda dobrze. Jeśli się wychyli, zginie. Jeśli nie, Ecr okrąży wykop, podejdzie bliżej i wrzuci do środka granat. Wtedy Emilia zginie. Chyba że…

Z polany dobiegały jęki rannego Vezlogha. Czy Ecr zostawi rannego kolegę, czy będzie próbował zatamować krwawienie? Roman musiał zaryzykować, nie było czasu. Ostrożnie wyjrzał przez krawędź wykopu. Na polanie leżał tylko zwijający się z bólu Vezlogh. Po Ecrze ani śladu.

Kiedy pierwsza kula przeszyła jego udo, Roman był zaskoczony. Myślał, że to bardziej boli. Tymczasem poczuł tylko uderzenie, a potem bezwład w trafionej nodze. Siła pocisku obróciła go w prawo. Ecr stał na krawędzi wykopu. Skurwiel zaatakował z prawej flanki. Zawsze był przebiegły.

Następny strzał trafił w podbrzusze i bolał bardziej. Siła pocisku popchnęła Romana do tyłu, ale utrzymałby się na nogach, gdyby tylko miał je obie sprawne. Przewrócił się i upadł na tyłek. Trzeci pocisk uderzył w ścianę wykopu i obsypał mężczyznę ziemią. Roman czekał na czwarty nabój, kończący sprawę, ale ten nie nadlatywał. Czy w takiej chwili czas płynął nadzwyczaj wolno, czy może Ecr nie potrafił oddać zabójczego strzału do kolegi, teraz nie miało to znaczenia. Roman podniósł karabin i nacisnął spust. Już pierwsze dwie kule rozszarpały szyję i klatkę piersiową Ecra, ale Roman strzelał dalej. Tak, żeby nie mieć wątpliwości.

 

***

 

Robiło się zimno. Jakiś czas temu Roman przestał słyszeć wrzaski Vezlogha. Nie wiedział, czy kolega się wykrwawił, czy tylko nie miał już siły krzyczeć. Roman nie był w stanie podnieść się z ziemi i sprawdzić, nogi odmówiły posłuszeństwa. Od walki minęło już trochę czasu, nie był w stanie określić ile. Wydawało mu się, że całe swoje życie leży w tym zimnym dole, czując gorącą krew spływającą po nogach. Ciągle patrzył na nieprzytomną Emilię, ale teraz nie czuł już tej radości, ciepła, tęsknoty za czymś pięknym i dobrym. Nie czuł tego wszystkiego, co pomogło mu podjąć dezycję. Zamiast słońca i jej uśmiechu było zimno, ból i śmierć. Czar prysł.

Coraz bardziej ciemniało mu przed oczami. Spojrzał na jej słodką buzię po raz ostatni, zanim straci przytomność.

– Żegnaj, kwiatuszku – powiedział. – Jesteś bezpieczna, jeśli tylko Vezlogh się wykrwawi.

 

***

 

Sięgnęła po kolejną chusteczkę. Łzy nie chciały przestać płynąć.

– Wie pani, ja jeszcze nigdy tak się nie bałam. Naprawdę, w całym swoim życiu jeszcze nigdy nie byłam tak przerażona, jak przez te kilka dni. Najpierw to wydarzenie w galerii, a potem… Wciąż czuję się, jakby to był koszmarny sen, jakby to nie zdarzyło się naprawdę.

Policjantka milczała.

– A wie pani, co jest najgorsze?

– Co takiego?

– Że ja byłam dla niej taką suką. Prawie z nią nie rozmawiałam, wyzywałam od grubasek. I nigdy by to do mnie nie dotarło, gdyby nie to wydarzenie.

Spuściła głowę i wpatrywała się w podłogę.

– Dlaczego zrozumiałam dopiero teraz? Dopiero kiedy to się stało? Nie potrafię sobie tego wybaczyć.

– Będzie dobrze – powiedziała niepewnie policjantka. Zaryzykowała lekki uśmiech. Wstała. – To wszystko, jest pani wolna.

Kobieta podniosła wzrok.

– Pani aspirant.

Słucham.

– Ja się zmienię. Dla niej.

 

***

 

Adam Grantecki miał siwe włosy, siwą brodę i okulary w okrągłych oprawkach. Był paleontologiem i wyglądał tak, że nikt się nie dziwił, kiedy mówił jaki ma zawód. Nawet ci, którzy nie wiedzieli czym zajmuje się paleontolog, kiwali głowami ze zrozumieniem. Z jakiegoś powodu taki wygląd kojarzył się z pracą określaną trudnym słowem.

Rozmowa trwała już pół godziny. Zaczynał się irytować i poczuł, że się czerwieni. Czuł się jak przedstawiciel handlowy, który musi robić dobrą minę do złej gry. Nie miał w tym doświadczenia, badania naukowe rzadko tego wymagały. Uśmiechnął się przyjaźnie, nieco przesadnie, chcąc zamaskować złość.

– Dobrze, Emilko – powiedział. – Spróbuj opowiedzieć mi jeszcze raz, skąd masz pazur deinonycha. Tylko tym razem powiedz prawdę.

 

FIN

 

 

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

zanim jeszcze ich opuścił – je, bo mówisz o kobietach

usiedli przy stoliku w kawiarni. – usiadły

Stał za nią mężczyzna ze stolika obok. – bardzo niezręczne

Bagażnik był otwarty, łysy mężczyzna z odstającymi uszami siedział w nim – znowu niezręcznie – siedział w nim?

– Podeszła do krawędzi wykopu. Uszaty stanął za nią. – zbędny myślnik, bo to nie kwestia dialogowa.

Przewrócił się i upadł na tyłek. – to jedno i to samo, a na dodatek “tyłek” działa rozśmieszająco.

Że ja byłam dla niej taką suką. Prawie z nią nie rozmawiałam, wyzywałam od grubasek. I nigdy by to do mnie nie dotarło, gdyby nie to wydarzenie. – a to z kolei jest kwestia dialogowa, a zabrakło myślnika

Może się mylę, ale mam wrażenie, że opowiadanie napisała bardzo młoda osoba. Trochę naiwne, dziewczynka nie za bardzo wiarygodna, mama zresztą też. Ale przeczytałam bez większych problemów.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki za uwagi, poprawiłem co mogłem. Co sprawia, że dziewczynka nie jest wiarygodna?

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Nie wiem, ale jej zachowanie jakoś mi nie pasuje: dziecko myślące o dietach i o figurze? Tak daleko idące rozmyślania raczej nie leżą w naturze dziecka – ot, zrobi jej się przykro, a potem zapomina do czasu, gdy znowu ktos jej wypomni otyłość. Nie pasowała mi też szczegółowa ocena wyglądu Romana – “nieświeży wygląd”? Tak nie pomysli dziecko.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rozumiem. Postać dziewczynki była oparta na prawdziwych osobach, które znam, choć może rzeczywiście 2-3 lata starszych. Z drugiej strony uważam,  że wyjaśnianie trochę nie ma sensu, bo utwór powinien bronić się sam :).

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Widzisz, jeśli to dziesięciolatka, to dla mnie jest już możliwe do przyjęcia. W tym wieku dziewczynki zakochują się w aktorach, piosenkarzach i bardzo zaczynają zwracać uwagę na swój wygląd. 

Nie przejmuj się moimi uwagami tak bardzo – napisałeś, że to Twój drugi tekst. Nie ma więc biedy, każdy następny będzie lepszy!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziwny tekst, budzący pewien niepokój.

W moim odczuciu zdecydowanie nie był przewidywalny – nie mogę powiedzieć, by trafił bezpośrednio w moje gusta, ale doceniam powyższe walory, przede wszystkim oryginalność (bo myślałem, że wszystko pójdzie w zupełnie innym kierunku). Sięgnąłbym po twój kolejny tekst :->.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hmmm. Postacie wydają mi się przejaskrawione. Dziewczynka bardzo mądra, jej matka tak głupia, że ze świecą szukać większej idiotki, a kosmici są bardzo źli, ale przynajmniej nie wiedzą, czego naprawdę chcą.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z zainteresowaniem, ale na koniec pozostał pewien niedosyt, by nie rzec, rozczarowanie.

Niezbyt wiarygodny wydał mi się powód porwania Emilii, nie bardzo rozumiem dlaczego kosmici wyglądali jak kloszardzi, a już widok kosmicznych policjantów uzbrojonych w kałasznikowy, całkiem wymyka się mojej wyobraźni.

Bardzo podobał mi się profesor wypytujący Emilię, skąd ma pazur de­ino­ny­cha. ;-)

 

Co chcesz? – mruk­nę­ła pi­sząc SMSa.Co chcesz? – mruk­nę­ła, pi­sząc SMS-a.

 

-My­śli pan? oraz -Je­stem pewny. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Roman wy­szedł na par­king. Pod­szedł do bia­łe­go, po­obi­ja­ne­go fo­cu­sa… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Zbliżył się do bia­łe­go, po­obi­ja­ne­go fo­cu­sa

 

Przez tylne lu­ster­ko spoj­rzał na Usza­te­go. – Raczej: Patrząc we wsteczne lu­ster­ko, zerknął na Usza­te­go.

 

Było jej bar­dzo przy­jem­nie, kiedy szła z Ro­ma­nem za rękę, a nad jej głową wiatr szu­miał w ko­ro­nach drzew. Pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ja­ły się przez li­sto­wie i mu­ska­ły jej twarz. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Stań tutaj i za­mknij oczy– po­wie­dział Usza­ty. – Brak spacji przed półpauzą.

 

Jego twarz i kurt­ka była spry­ska­na krwią. – Piszesz o twarzy i kurtce, więc: Jego twarz i kurt­ka były spry­ska­na krwią.

 

Nie czuł tego wszyst­kie­go, co po­mo­gło mu pod­jąć de­zy­cję. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nevaz – cieszę się, że Ci się podobało, nawet, jeśli nie do końca ;] Fajnie, że było nieprzewidywalnie, taki miałem zamiar.

 

Finkla – mój zamysł był inny, aczkolwiek – tak jak pisałem wyżej w odpowiedzi na komentarz bemik – uważam, że tekst powinien bronić się sam, więc skoro tak go odczytałaś, to widocznie nie przedstawiłem tego odpowiednio.

 

regulatorzy – dziękuję za korektę, po jakimś czasie pracy nad tekstem przestałem już zauważać takie rzeczy. Jeśli chodzi o fabułę, to być może zrobiłem zbyt duży skrót myślowy. W moim zamyśle kosmici działali na Ziemi w ukryciu, starając się wtopić w otoczenie. Stąd posługiwanie się językiem polskim, ziemskie ubrania, no i karabinki Kałasznikowa (nie zabrali swojej "kosmicznej" broni). Wyglądali jak kloszardzi, bo przez kilka dni śledzili Emilię i jej matkę, szukając dobrej okazji do porwania. Innymi słowy, działali jak "zwykli" agenci tajnych służb, tyle że pochodzili z innej planety :)

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

El Lobo Muymalo, dziękuję za wyjaśnienia, ale nadal mam wątpliwości. Nie wydaje mi się, by konieczne było kilkudniowe śledzeni Emilii i jej matki, bo dziewczynka prowadziła raczej ustabilizowany tryb życia – po powrocie ze szkoły najpewniej była w domu albo szła z mamą na zakupy. Wystarczyła obserwacja, a że kosmitów było czterech, mogli to zorganizować tak, by mieć także czas zadbać o siebie, by mogli prezentować się przyzwoicie i schludnie. Uważam że niechlujnie wyglądający kloszard w galerii handlowej raczej nie wtopi się w tłum, on będzie się wyróżniał i łatwo da się zapamiętać.

 

Jeśli uwagi pomogły w czymkolwiek, bardzo się cieszę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Słuszna uwaga odnośnie tego, że niechlujnie wyglądający kloszard rzucałby się w oczy w galerii handlowej. Dalsza wersja wydarzeń, którą opisujesz to – wg mnie – jedna z możliwości, niekoniecznie jedyna :)

 

Uwagi pomogły, dziękuję :). Wydaje mi się, że wiem już co zrobić, żeby moje kolejne historie były lepsze :).

Pacierza i herbaty nie odmawiam.

Przeczytałam bez większego bólu, ale nie powiem, żebym była lekturą usatysfakcjonowana. Emilia jest dla mnie niewiarygodna, nawet po zmianie wieku z 7 na 10 lat – nadal nie zachowuje się naturalnie. Zresztą wszystkie postaci są jakieś dziwne. Matka zachowuje się jakby nienawidziła własnego dziecka. Na końcu powinna poczuć ulgę, że pozbyła się ciężaru, niż deklarować zmianę i miłość. Kosmiczni policjanci to raczej kosmiczni bandyci. Stróże prawa zamiast pilnować porządku i walczyć z bandziorami, składają im ofiarę? Cała ta intryga, mimo naszpikowania (zbędnymi) wulgaryzmami, wydała mi się jakaś taka naiwna. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

 Sam pomysł na galaktyczną policję jest ciekawy, natomiast w praktyce w bohaterach nie było nic z policjantów, ale raczej z jakichś bandziorów-komandosów.

Jak dla mnie postać tego dziecka jest udana – tj. wyobrażam sobie, że rzeczywiście istnieją dziesięciolatki, trochę na wyrost dojrzałe, mające problemy z samoakceptacją; jak również, że żyją w rozbitych rodzinach z wrednymi matkami – stąd wydaje mi się, że ten wątek opowiadania jest najbadziej udany.

Ci kosmici są z kosmosu, ale w raczej pejoratywnym tego zwrotu znaczeniu.

 

Kreacja policjantów – jak dla mnie w tych gościach nie ma pratycznie nic z policjanta ; ) Dobrze, że jeden z nich miał jakieś skrupuły i wątpliwości, ale te emocje są trochę mało wiarygodne w kontekście całej opowieści. Ostatecznie do zabijania wysyła się typów o zubożonej emocjonalności.

Rola – pomysł na kosmiczną policję, wiadomo, fajny – ale wykonanie nie wyszło.

 

 

I po co to było?

Nowa Fantastyka