- Opowiadanie: Vojtas B - Gdzieś ponad tęczą

Gdzieś ponad tęczą

Jest to jedno z moich starszych opowiadań.

w 2013 zakwalifikowane zostąło do finału Littera Scripta,  więc nie jest chyba najgorsze, ale ciekaw jestem jakie wrażenie robi na ludziach, więc wystawiam na Wasze komentarze.

 

Miłej lektury

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gdzieś ponad tęczą

Przyprawia mnie o złośliwą wesołkowatość widok mości Finvego wywijającego szablą, niczym cepem. Tym bardziej jest to komiczne, iż jegomość szlachecką się chwali proweniencją i cep miał sposobność oglądać jedynie z bezpiecznej odległości. O jego stosowaniu nie wspomniawszy. Niepodobna zatem wiedzieć, skąd u tegoż elfa taka sprawność w naśladowaniu ruchów chłopa. Jakby było mało, imć Finve ten miał komfort (którego pozazdrościć mu może niejeden szlachetniej urodzony), iż czasu na opanowanie fechtunku miał aż nadto, bo nie w latach liczonego, ni w dekadach nawet, ale w wiekach. Wszak pan Finve wiele ma powodów, by nie obawiać się czekającego pojedynku. Żyjąc tyle lat winien poznać wszystkie możliwości ludzkich zachowań. Ta eksperiencja dać mu powinna możność przewidzenia każdego ruchu przeciwnika. A choćby nawet i mu się ręka omsknęła, a pamięć zawiodła (toż w tym wieku rzecz normalna), to życie miał już tak długie, że nie sprawi mu żałości zakończenie go i to w jakże chwalebny sposób. Śmierć w pojedynku! I to pojedynku o honor!

– I z czegóż tak rżysz, psia jucho? – wrzeszczy Finve widząc moją radość

– Panie Finve, toż to słownictwo niegodne szlachcica! – komentuję jego wywód

– Zamkniesz tę parszywą jadaczkę, czy mam ci przeciąć krasnoludzie gardło?

Najwidoczniej wrodzona u elfów skłonność do zła, każe Finvemu być tak nieprzychylnym, by nie rzec wrogim wobec mojej radości. Ta kreatura niewątpliwie pragnie cudzego cierpienia. Wiem o tym, ale też nie jestem w stanie zbudzić w sobie krzty strachu przed groźbami mego druha.

– W pojedynku na słowa miałbyś niechybne zwycięstwo. W to nie śmiem wątpić!

– Zamilcz już Spytko…

Bez wątpienia Finve ma w tej minucie wiele do powiedzenia, jednakże strzał z mojego garłacza pozbawia tego pyszałka rezonu. Nie, to nie Finve oberwał. Zastrzeliłem wilka, który pędził, by go zagryźć.

Jebiga… – klnie Finve w chyba tylko sobie znanym narzeczu – Przeklęte lasy.

Przyglądamy się wilkowi. W dłoni wciąż dzierżę garłacza z dymiącą lufą. Musieliśmy podejść do truchła. Co prawda strzeliłem z bliska, ale moja pukawka to prawdziwa armata. Odrzuciło bestię na dobrych kilka kroków. Zwierzę ma wyjątkowo duże rozmiary. Na jednolitej, czarnej sierści odznaczają się dziury po śrucie. Nie widzę ni śladu krwi.

– Dziwne rzeczy… – mówię, zatknąwszy garłacz za pas, tam gdzie jego miejsce – Wilki unikają ludzi…

– A widzisz tu gdzieś ludzi? – pyta śmiejąc się Finve

Kręcę nosem. W istocie: on jest elfem, ja gnomem. Świadomość tego bynajmniej nie rozwiewa moich wątpliwości.

Wtem truchło wybucha i znika w oparach dymu. Przez chwilę krztusimy się. Dym drażni nasze oczy i nosy. Potem jednak się rozwiewa, pozostawiając jedynie czarny, osmalony ślad, jak po ognisku. Elf wyciąga zza pazuchy jakiś woreczek i zbiera do niego parę szczypt popiołu. Po czym wstaje, zawiązuje woreczek i mówi:

– Chodźmy się napić!

Nie śmiem odmówić tej jakże rozsądnej propozycji.

 

***

 

Mierzi mnie chamskie przeświadczenie panujące wśród pospólstwa, jakoby krasnoludy żyły na bakier z czystością. Wciąż pokutuje wśród ubogich umysłów widok krasnoludzkiego górnika z twarzą czarną od węgla i pianą z piwa przyklejoną do tłustej brody. Nie powiem, żeby te brednie nie miały pewnej podstawy w rzeczywistości, ale na bogów! Żeby temu żałosnemu wieśniakowi nie chciało się przetrzeć stolika przy, którym siedzi klient. I to klient z gotowym pieniądzem! Obleśna gospoda pełna wieśniaków o zakazanych mordach… Wszyscy nazywają mnie krzatem. I łaskawie obdarzają spojrzeniami wrogimi, a w przypływie sympatii co najwyżej niechętnymi. A ja nawet nie jestem krasnoludem! Jestem gnomem do stu gromów! A ten parszywy oberżysta nie raczył się wysilić, żeby przetrzeć brudny stół. Wolę nie wiedzieć czym został ubrudzony. Nie próbuję tez zgadywać, jak dawno temu był ostatni raz wytarty.

Tym mocniej krew mi w żyłach pulsuje, gdy widzę jak przysiada się przelegancki elf, Finve. A w mgnieniu oka zjawia się właściciel dobytku i przeciera blat z nieheblowanych desek mokrą, brudną szmatą. Co prawda nie czyni w ten sposób stołu czystym, a jedynie rozmazuje brud, ale irytuje mnie, że to widok elfa, nie mój wywołał reakcję gospodarza. Czyż ten jasnowłosy, zniewieściały elf wygląda na zacniejszego klienta, niż poważny gnom? Przecież z nas dwóch to ja płacę! A ubrani jesteśmy podobnie – żakiety i białe koszule. Pod szyją mamy gustowne apaszki. Stroje modne i szykowne, chociaż nieco egzotyczne, jak na te okolice.

– Gdzieś się, łachudro, podziewał? – pytam Finvego, nieco nieuprzejmie, wszak jestem rozgniewany zachowaniem oberżysty i tym, że musiałem czekać

– Próbowałem ustalić pochodzenie tego psa, który nas napadł…

Elfy i ta ich magia…

– I coś ustalił? – pytam z uprzejmości, choć mało mnie to obchodzi

– Gówno, mój komilitonie. Gówno – odpowiada elf – Zapewne nie mają tu dobrego wina?

Uśmiecham się pod wąsem. Czyż ten sybaryta zapomniał, gdzie wylądował? Wina mu się zachciało! Dobrze, że w tej paskudnej gospodzie na rubieżach znają rowy kloaczne!

– Gospodarzu! – woła Finve – Daj nam tu zaraz najlepsze piwo, jakie znajdziecie w piwnicy. I pamiętaj, że siedzą tu wytrawni smakosze.

Gospodarz chyżo stawia nam na stole dzban z piwem i dwa wysokie, gliniane kubki.

– Smakuje jak szczochy – mówię zgodnie z prawdą po wypiciu pierwszego łyka

– To było zaklęcie przywołania – rozważa elf, nie bacząc na haniebną jakość trunku pitego na mój koszt – Niezwykle zręcznie ukryto jego źródło. Musiał to zrobić sprawny przywoływacz… Albo inny elf.

– Na mój rozum, to baron von Schellendorf nasłał kogoś, żeby uniknąć pojedynku… – dzielę się wnioskiem, który wydaje mi się oczywisty

– Myślisz, że hrabia boi się pojedynkować ze mną? – twarz Finvego rozjaśnia uśmiech pełen nadziei…

– Jeśli się boi, to o ciebie…

 

***

 

Teraz mi się przypomina, że swoje memuary zacząłem w takim momencie, że nijak nie wiadomo, o co tu chodzi. To znaczy ja wiem, o co i Finve też wie o co, ale może ktoś to potem będzie czytał i co? I zobaczy jakieś brednie, jakieś machanie szablami, czary klątwy… A nie będzie wiedział, o co to całe zamieszanie…

Otóż nie dalej jak tydzień temu,13 września, roku Pańskiego 1688 (podaję według uznanej przez ludzi miary czasu) dziedzic wsi Groβ Hartmannsdorf – baron Maximilian von Schellendorf wydawał bankiet z okazji przybycia jego przyszłego zięcia Jana Frankenberga. Był to dzień poprzedzający ślub Jana z córką dziedzica Esterą Schellendorf. Na owym przyjęciu znalazła się cała śmietanka towarzyska ze szlachetnymi rodzicami pana młodego na czele. Był tam także mój druh Finve Numenesée. Oficjalnie przyczyną jego zaproszenia była słynna już gościnność barona, a także szlachetne pochodzenie i dobre konotacje Finvego z okoliczną śmietanką towarzyską. Śmiem jednak przypuszczać, iż elfy są w tych okolicach taką rzadkością, że jaśnie wielmożny pan baron pragnął uczynić Finvego atrakcją dla pozostałych gości, gdyż nie udało się sprowadzić ze wschodu tańczących niedźwiedzi. Byłem tam także ja, choć tytułu szlacheckiego się jeszcze nie dorobiłem, aczkolwiek moja sytuacja majątkowa stawiała mnie w pozycji atrakcyjnego przyjaciela. Ponadto człek rozsądny, jakim – w co wierzę – jest imć pan dziedzic, znając bystrość naszej rasy, zawsze widzieć będzie atrakcyjnego sojusznika w gnomie i chętnie nawiąże z gnomią społecznością bliższe znajomości.

 

Już od pierwszej chwili uderzył mnie przepych panujący na sali balowej. A była to sala o takich rozmiarach, że stojąc przy wejściu, ledwie sięgałem wzrokiem do centrum, nie mówiąc o drugim końcu. Stoły suto zastawione, goście odziani w najdroższe tkaniny, złota i srebra, klejnoty… Niektórzy z ludzi darzą nas gnomów niechęcią, za to, że mamy złoto, a oni nie. Wszak trudno się dziwić, że są biedni przy takiej rozrzutności.

Orkiestra grała wesołe, lokalne melodie, nijak nietrafiające w moje, bardzo wyczulone uszy. Towarzystwo było pstrokate i stroje miało najróżniejsze, ale dało się dostrzec wiele cech wspólnych. Wygląd tych ludzi, jasno wskazywał wspólne pochodzenie i zbliżone gusta. Pełno zwisających rękawów, falbanek, kontuszy i innych dziwactw. Ponadto byli to sami ludzie. Żadnych elfów, czy krasnoludów. Musieliśmy stanowić z Finvem egzotyczny widok w swoich prostych i dopasowanych garniturach. Z naszymi charakterystycznymi posturami: Niski i przysadzisty osobnik obok wysokiego i szczupłego. Co więcej – obaj zupełnie niepasujący do towarzystwa. Większości obecnych na przyjęciu, nie znałem i wiedziałem, że poznać nie zdołam. Nie miałem jednak takich ambicji. Postanowiłem się napić zacnych trunków na koszt pana barona. Wiedziałem, że jeśli znajomość z kimś z gości, stanie się dla mnie potencjalną korzyścią, to owa osoba sama mnie znajdzie. Świadomość własnej wartości naprawdę ułatwia życie.

Zasiadłem do stołu i zacząłem korzystać z tego, co się na nim znajdowało. Jednocześnie podjąłem dyskurs z jedną z nadobnych panien siedzących w pobliżu. Panna miała na imię Klarysa i dawała wyraźnie znaki, iż wpadłem jej w oko. Była co prawda o głowę wyższa ode mnie, ale nie takie szczyty się zdobywało!

Finve postawił sobie trudniejsze zadanie, jakim było uwiedzenie, jakiegoś hożego młodzieńca.

 

***

 

To wierutne kłamstwo powtarzane przez złośliwców, iż my gnomy (podobnie zresztą, jak i krasnoludy) mamy brodate kobiety, których nie sposób odróżnić od mężczyzn. Uwierzyć mogą w nie tylko wieśniacy tacy, jak ci w Hartmannsdorf, którzy na oczy krasnoluda nie widzieli ni gnoma! W istocie, nie każdemu człowiekowi wydać się mogą krasnoludki i gnomki atrakcyjne, ale w żadnym wypadku nie mają one zarostu na twarzy i nie wyglądają jak my! Jeśli już ktoś się zastanawia, w jakiej rasie trudno odróżnić kobiety od mężczyzn, niech spojrzy na elfy i ich zniewieściałych „mężczyzn”. Chociażby na Finvego… Nie raz się zastanawiałem, czy potrafiłby ów odróżnić rzyć od piczy. A on zdawał się nie przejmować moimi wątpliwościami i w żadnym wypadku nie próbował ich rozwiać. Wręcz sprawiał wrażenie próbującego mnie przekonać, jakobym miał słuszność w tych przypuszczeniach.

Owszem powyższy akapit był dygresją. Owszem mógł zdenerwować kogoś, kto czytać będzie te wspomnienia, bo ktoś ciekaw, co dalej przedrzeć się będzie musiał przez te chaszcze jakimi są moje nieuczesane myśli. Jednakże niech się na to przygotuje, bo są to moje zapiski i tak je będę pisał, jak mi mój rozum podyktuje. W interesach kierowałem się zawsze intuicją. Podobnie w kontaktach z ludźmi, jak i w sytuacjach – rzeknę – krytycznych. Tak też będę robił i tutaj.

 

 

Specyficzny gust Finvego być może sprawiał, że upojne spędzenie nocy było dlań zadaniem nieco trudniejszym… Jednakże Finve zawsze lubił wyzwania. Tego wieczoru jego wyzwanie okazało się nader ekstremalne.

Część zacnych gości spała już pod stołami na skutek braku umiaru w piciu wina. Część leżała w tym samym miejscu z powodu obrażeń, jakich doznała podczas bójki, do których dochodziło nagminnie przy takich uroczystych biesiadach. Kilku z nich już miało się nigdy nie podnieść z ziemi. Oni na skutek różnicy zdań leżeli w kałuży krwi z poderżniętymi gardłami. Cóż za piękna śmierć dla szlachcica.

Właśnie podziwiałem ten malowniczy widok, wróciwszy po spędzeniu kilku krótkich, ale przyjemnych chwil spędzonych w komnacie zajmowanej przez wielce czcigodną hrabiankę Klarysę. Rozmyślania przerwał mi bezpardonowo okrzyk Finvego:

– Spierdalaj, Spytko!

Obejrzałem się i widziałem jak Finve ucieka przed czterema mężczyznami uzbrojonymi w szable. Zakląłem w duchu. Być może miałbym się tutaj jeszcze niezgorzej aż do świtu, ale zwrot tego durnego elfa skierowany wprost do mnie i to jeszcze po imieniu, skutecznie przekreślił moje szanse na powodzenie w próbach wyparcia się konszachtów z tymże osobnikiem, który narobić sobie musiał poważnych wrogów.

Dopiero później dowiedziałem się, iż chwilę wcześniej imć pan elf został przyłapany w – lekko rzecząc – niedwuznacznej sytuacji z jutrzejszym panem młodym – Janem Helmoldem.

 

***

 

Udało nam się zbiec i przepłaciwszy, wynająć nocleg w karczmie o wdzięcznej nazwie „Podgrodzianka” (tej, w której przerwałem swoją opowieść). O ile z powodzeniem uratowaliśmy zadki, to honoru już niekoniecznie. A, że druh mój – jak wspominałem – szlachcicem się mienić raczy, toteż zbiegiem i tchórzem nie godził się zostać. A i wspomnieć skromnie, pozwolę sobie, o tym, że i mój honor oraz reputacja nadszarpnięta została nieopatrznym postępowaniem mojego elfiego towarzysza.

– Czyś ty się podła kreaturo szaleju naćpała? – zapytałem nad ranem usłyszawszy koncept Finvego na ratowanie honoru

– Nad rankiem ich zastaniesz – przekonywał mnie – zmęczeni będą i chorzy po wczorajszym opilstwie. A i złość ich osłabnąć zdążyła przez noc. Przy tym do ciebie nie żywią urazy, jaką żywią do mnie.

– Ale mogą zechcieć na mojej osobie dać wyraz złości, którą czują wobec ciebie, mój komilitonie…

– Jak możesz zwać mnie swoim komilitonem – mówił to z takim wyrzutem, że niemal uwierzyłem, iż robię coś złego – Jeżeli brak ci odwagi, by pomóc mi w gardłowej sprawie?

 

***

 

Baron przywitał mnie na dworze, z muszkietem w rękach, czego nie poczytałem jako wyraz sympatii.

– Mości panie baronie – zacząłem z największym szacunkiem i uniżeniem, na jakie byłem w stanie się zdobyć – Pragnę złożyć w imieniu Finvego Numenesée wyrazy skruchy i chęci zadośćuczynienia…

– Stul pysk, krzacie! – wrzasnął w odpowiedzi baron

Pysk stuliłem, ale dłoń świerzbiła mnie, by chwycić za garłacza zawieszonego u pasa.

– Czy wiesz, coście uczynili? Ja was do domu wpuściłem, a wy ośmieszyliście mnie i moją córkę na oczach wszystkich gości! Zniszczyliście wesele i pozbawiliście moją jedyną córkę naprawdę dobrej partii na męża! A posag już zapłaciłem swatom i co teraz? Przecież skandal wydarzył się na moim dworze! Twój kamrat, elf był moim gościem! I mnie obarcza się winą, za tę… – przerwał na chwilę, bo zachrypł od wrzasków – Za tę katastrofę! Kto mi zwróci stracone pieniądze? A jak wycenicie mój wstyd i upokorzenie? Plugawe odmieńce!

W mojej skromnej opinii sytuacja nie prezentowała się korzystnie, ale zachowałem spokój.

– Mości panie baronie – coraz trudniej przychodziło mi mówienie z (niewątpliwie należnym) szacunkiem – Mój kompan zrobi wszystko, co w jego mocy, aby…

– Niech wybiera! – wszedł mi w zdanie baron – Szable czy pistolety! Sprawa gardłowa skończyć musi się na gardle!

 

***

 

Tak oto dochodzimy do momentu, w którym jesteśmy teraz. Siedzimy z Finvem w oberży „Podgrodzianka” i pijemy piwo smakujące szczynami.

– Dlaczego szable, a nie pistolety? – pytam

– Ani jednym, ani drugim nie potrafię się posłużyć i dobrze o tym wiesz – odpowiada Finve – Szabla wydała mi się szlachetniejsza… – upija potężny łyk piwa – I prostsza w obsłudze.

– Jeśli i tak masz umrzeć, to nie lepiej zostać zastrzelonym niż zarżniętym?

– Zrozum, że my elfy mamy awersję do cudów techniki.

– Tacy z was konserwatyści… – dopijam resztkę piwa i macham na gospodarza, by przyniósł nam kolejny dzban.

 

***

 

Jutro Finve będzie walczył z baronem. Po kilku dniach treningu nadal nędznie mu idzie władanie szablą. Strasznie drażni mnie ten elf, ale szkoda mi się z nim rozstawać. Jednak nawet nie proponuję, żeby pomógł sobie w pojedynku magią. Jest tak honorowy, że gotów naprawdę mnie zaatakować, gdyby koncept taki naprawdę przeszedł mi przez gardło.

Od trzech dni trenujemy razem. Nie jestem wytrawnym szablistą, ale nie mamy sposobności, by nająć lepszego nauczyciela. Zarazem od trzech dni upijamy się co wieczór, co może być przyczyną trudności z opanowaniem przez Finvego sztuki władania szablą. Każdego dnia byliśmy atakowani w magiczny sposób. Za każdym razem wychodziliśmy z tego bez szwanku. Obstaję przy stanowisku, że to baron von Schellendorf chce osłabić Finvego przed pojedynkiem. Finve jednak nie ustępuje i nie chce odwołać, ani nawet przełożyć pojedynku, mimo, że te ataki są wystarczającym ku temu powodem.

Finve uderza miarowo, a ja paruję każdy cios. Zaczyna poznawać techniki, ale to wciąż ledwie podstawy. Ma ładną szablę. Wygląda egzotycznie nawet jak dla mnie. Jest cienka i sprawia wrażenie lekkiej. Półzamknięty jelec jest pokryty licznymi zdobieniami. To bez wątpienia szabla elficka. Jest doprawdy piękna. O tak, szabla robi dobre wrażenie. Dzierżący ją w dłoni szermierz również robi wrażenie, ale znacznie gorsze. Po latach znajomości, nadal nie rozumiem, jak Finve nosząc przy boku szablę od niewiadomych czasów, nie nauczył się fechtunku.

Moje mięśnie nagle drętwieją. Zamieram z uniesioną szablą w pozycji do kontrataku. Nie mogę nawet drgnąć! Ciało nie wykonuje moich poleceń! Nie wiem, co się dzieje…

Widzę błękitnoskórego goblina ze świecącym, magicznym kosturem w rękach wyłaniającego się spomiędzy drzew. To bez wątpienia on mnie sparaliżował. Nie mogę pomóc Finvemu, ani nawet go ostrzec, ale Finve widzi, że zamarzłem i rozgląda się. Staje naprzeciwko goblina. Wyciąga przed siebie trzy palce i rzuca jakieś zaklęcie. Z palców strzela mu snop błękitnych iskier. Goblin uderza swoją laską o ziemię i chmura płomieni pędzi w stronę Finvego, ale rozpływa się po zderzeniu iskrami wyrzuconymi przez elfa. Goblin pochyla się do przodu unikając uderzenia z kolejnym magicznym pociskiem wystrzelonym przez Finvego. Biegnie z niebywałą prędkością i wymierza cios kosturem w nogi mojego druha. Finve paruje uderzenie w ostatniej chwili i czyniąc zadziwiająco sprawny – jak na niego piruet – ścina goblinowi głowę. Zanim ścięta głowa spadnie na ziemię, Finve rzuca zaklęcie i zamraża goblina. Głowa zawisa w powietrzu, a bezwładne ciało zatrzymuje się na ugiętych nogach podczas padania. Kostur oparty o ziemię stoi pod ostrym kątem mając za chwilę paść na trawę.

Czekam, aż Finve zdejmie ze mnie zaklęcie, ale on odmawia kolejne zaklęcia przy zamrożonym goblinie. Po chwili goblin zostaje odmrożony. Pada na ziemię podobnie jak jego kostur. Zaraz potem uderza o ziemię jego ścięta głowa. Martwy goblin leży przez chwilę i znika w oparach dymu razem z odcięta głową i kosturem – tak, jak znikali dotychczasowi leśni napastnicy. Obserwuję to wszystko sparaliżowany.

– Ukaż się, Fingon! – krzyczy Finve gdzieś w przestrzeń – zdemaskowałem cię!

W miejscu, w którym przed chwilą leżały zwłoki goblina znów pojawia się chmura dymu. Z tej chmury wyłania się elf bardzo podobny do Finvego. Tylko ubraniem zupełnie odbiegający. Ma na sobie długa szatę z kapturem przewiązaną sznurem. Przypomina strojem jakiegoś mnicha.

Trös dinked, Finve – mówi elf - Brinqro!

– Przestań mówić po elficku. – odpowiada Finve – Spytko nie zna naszego języka. I zdejmij z niego paraliż na miłość.

Mea culpa – mówi elf w języku, który rozpoznaję, ale i w tej mowie nie jestem biegły – Najmocniej proszę o wybaczenie.

To mówiąc kłania mi się machając dłonią. Czuję, jak wraca mi czucie. Padam na kolana. Przez ten czas zdrętwienia, zapomniałem, że trzeba używać mięśni, żeby utrzymać się na nogach. Podnoszę się czym prędzej.

– Spytko, – zwraca się do mnie Finve – poznaj mojego starszego brata.

– Fingon Numenesée – kłania mi się ponownie elf – Do usług.

– Bardzo mi miło – odpowiadam, nie do końca szczerze – Czy ktoś raczy mi wyjaśnić, cóż się tutaj dzieje?

– I mnie także? – dodaje Finve

– Oczywiście drogi bracie i drogi towarzyszu mojego brata – mówi Fingon – Jeszcze raz przepraszam, za tę całą maskaradę… Może usiądziemy?

Na polanie znajduje się kilka przewróconych pni. Zajmujemy dwa z nich. Ja i Finve jeden, a drugi, naprzeciwko nas – Fingon.

– To ja jestem odpowiedzialny za ataki przywołanych stworów, których doświadczyliście przez ostatnie dni. Celem moim nie było zrobienie wam krzywdy. Chciałem jedynie zranić lekko mojego brata, aby nie mógł wziąć udziału w pojedynku…

– A po jaka zarazę się wtrącasz? – Finve wstaje wykrzykując to pytanie tak głośno, że aż ptaki odlatują z pobliskich drzew – Wara ci od moich spraw!

– Uspokój się Finve – mówi łagodnie Fingon podnosząc otwartą dłoń – Wiem, jak istotny jest dla ciebie honor, dlatego nie próbowałem nawet cię przekonać.

Finve usiadł.

– I słusznie, że nie próbowałeś – mówi patrząc na brata – Co masz na swoją obronę?

– Wiesz zapewne, że nasz gatunek wymiera? – pyta Fingon – Za czterysta lat elfów może już nie być na świecie…

– Dlaczegóż miałoby mnie to obchodzić?

– Kierujesz się honorem i jakimiś pradawnymi zasadami, a chcesz, by to wszystko zginęło wraz z tobą?

– Mój honor to moje życie i tylko moje. Nie interesuje mnie to, jak żyją inne elfy! I niech te inne elfy – Finve wskazuje palcem swojego brata – Dadzą żyć po swojemu mnie. Wówczas i im będzie żyć przyjemniej. Zapewniam!

– Bracie… – głos Fingona brzmi bardzo smutno – Czy naprawdę chcesz zaprzepaścić swoją szansę na rzecz takiej błahostki? Czy potrafiłbyś umrzeć ze świadomością, że nie zostawiasz nic po sobie?

– Fingon, na bogów! – Finve znów podnosi głos – Przecież ja nigdy nie chciałem mieć dzieci! I nadal nie chcę. Choćbym wygrał tę walkę, to nie przyczynię się do ratowania naszej rasy.

Fingon spuszcza głowę.

– Ranisz moje spiczaste uszy, Finve… – Fingon sięga za pazuchę i wyciąga pudełeczko – Czy zgodzisz się zatem, abym po śmierci zaklął twą dusze w nasionku drzewa?

– Po co ci to? – pyta Finve niemal z rozbawieniem

– Ludzie czczą swoich zmarłych stawiając im nagrobki i paląc świeczki. Wy, gnomy zapewne też macie swoje sposoby…

– Wiesz przecież, gdzie ja mam te rytuały… – mówi Finve

– Dlatego proszę, byś zrobił to dla mnie. Posadzę je w miejscu twojej śmierci. Może za sto lub więcej lat wyrośnie z ciebie wielkie i silne drzewo. Może z czasem twoja dusza się przebudzi pod inną postacią… A jeśli nawet nie, to cóż masz do stracenia?

– Ale zaraz… – przerywam Fingonowi uznawszy, że już czas się wtrącić – Mości panowie elfy, skąd u was te czarne myśli. Któż powiedział, że Finve musi zginąć w pojedynku? Wszak zrobił postępy. Widziałem, jak w walce z goblinem…

– To również zaklęcie Fingona – wchodzi mi w słowo Finve

– Zgadza się – przytakuje Fingon – Zaklęciem obdarzyłem Finvego zdolnościami szermierczymi. To był jeden z moich sposobów na ratowanie brata… Ale gdy mnie zdemaskowałeś, zapewne nie będzie chciał wykorzystać czaru?

– Niestety, bracie… – kiwa głową Finve – Ludzie i elfy umierają w pojedynkach i w burdach każdego dnia. Nie widzę żadnych przesłanek, by z mojej śmierci czynić wielkie wydarzenie… Ale jeśli chcesz się bawić w te rytuały to proszę bardzo. Miej to ode mnie w prezencie pożegnalnym.

 

***

 

Finve Numenesée i baron von Schellendorf spotkali się na leśnej polanie w samo południe. Finvemu sekunduję ja wraz z Fingonem. Fingon przez cały pojedynek trzyma w dłoniach pudełeczko z zaklętą w nasieniu duszą brata. Baron wziął na sekundantów znacznie zacniejszych osobników: Margrabiego Horvatha i swego zausznika – Johanna Rosenberga. Walczy szablą typu husarka o bardzo ciężkiej głowni. Sprawia ona, że jego ciosy są silne, ale zarazem nieco wolniejsze. Daje to przewagę zwinnemu elfowi.

Elf nie poddał się bez walki. Nauczył się, by nie przyjmować siły uderzenia, ale pozwala szabli barona ześlizgiwać się po swojej. Baron traci rezon po każdym skutecznym bloku Finvego. Jednak za każdym razem udaje mu się parować kontratak. Mimo swej przysadzistej budowy jest szybki i zwinny. Celnie uderza szablą. Jest po prostu lepszym szermierzem. Sprawne cięcie przez gardło sprawia, że Finve pada na trawę bez życia.

 

Epilog

Razem z Fingonem pochowaliśmy mojego druha wraz zaklętym nasieniem. Pomagałem w rytuałach na tyle, na ile mogłem (niestety na magię jestem uczulony). Nie było uroczystego pogrzebu. Nie było nikogo oprócz nas. Po wszystkim rozeszliśmy się w swoją stronę, ale przypuszczam, że jeszcze się spotkamy pod drzewem o imieniu Finve.

Koniec

Komentarze

Na początku, przy dialogu, pozjadałeś kilka kropek.

 

Przecież z nas dwóch to za płacę!

Chyba miało być “ja”.

 

zięcia Jana Frankenberga[.] Był to dzień

Kolejna kropka zjedzona.

 

pragnął uczynić z Finvego atrakcją dla pozostałych

goblina. Wyciąga przed siebie trzy pale i rzuca jakieś zaklęcie. Z palców strzela mu snop błękitnych iskier. Goblin uderza swoją laską o ziemię i chmura płomieni pędzi w stronę Finvego, ale rozpływa się po zderzeniu iskrami wyrzuconymi przez elfa. Goblin pochyla się do przodu unikając uderzenia

Raczej palce niż pale. Tak sądzę. No i powtórzenia.

 

Może za sto lub więcej lat wyrośnie z ciebie wielkie i silne [drzewo].

Zgubiony podmiot.

 

Podoba mi się stylizacja, którą zastosowałeś przy narracji z perspektywy gnoma. Mam wrażenie, że z biegiem tekstu stawała się ona coraz mniej zauważalna, ale może po prostu się przyzwyczaiłem. Opowiadanie napisane bardzo sprawnie, czytało się płynnie i przyjemnie.

Za to sama treść nie urzekła mnie ani trochę. Akcja mogłaby rozgrywać się w uniwersum D&D, jest to najklasyczniejsze możliwe fantasy, ma to pewnie jakiś swój urok, ale ja jestem przesycony tego typu historiami.

 

EDIT: Nie do końca rozumiem też związek tytułu z treścią. o.O

No nieźle.

Taka sobie, dość prosta awanturnicza historyjka, opowiedziana w sposób na tyle skomplikowany, że chwilami nie bardzo wiedziałam o czym czytam.

Lekturę utrudniało nie najlepsze wykonanie. Przeszkadzała zlekceważona interpunkcja i, niestety, sporo usterek. Mam wrażenie, że przed opublikowaniem, tekst chyba nie został przeczytany.

 

Tym bar­dziej jest to ko­micz­ne, iż je­go­mość z szla­chec­ką się chwa­li pro­we­nien­cją… – …iż je­go­mość szla­chec­ką się chwa­li pro­we­nien­cją

 

imć Finve ten miał kom­fort(któ­re­go po­zaz­dro­ścić… – Brak spacji przed nawiasem. Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Dym draż­ni nasze oczy o nosy. – Chciałabym móc zobaczyć, jak dym drażni oczy o nosy. ;-)

Pewnie miało być: Dym draż­ni nasze oczy i nosy.

 

iry­tu­je mnie, że widok to widok elfa, nie mój… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

A ubra­ni je­ste­śmy po­dob­nie. Ubra­ni je­ste­śmy w szare ża­kie­ty i białe ko­szu­le. – Czy to celowe powtórzenie? 

 

go­ście odzia­ni w naj­droż­sze tka­ni­ny, złota i sre­bra, klej­no­ty… – Raczej: …go­ście odzia­ni w naj­droż­sze tka­ni­ny, złoto i sre­bro, klej­no­ty

 

lo­kal­ne me­lo­die, nijak nie­tra­fia­ją­ce w się w moje, bar­dzo wy­czu­lo­ne uszy. – Chyba więcej niż dwa grzybki w barszczyku.

 

Pełno zwi­sa­ją­cych rę­ka­wów, fal­ba­nek, dłu­gich kon­tu­szy… – Masło maślane; czyżby bywały też krótkie kontusze?

 

Niski i krępy osob­nik obok wy­so­kie­go i szczu­płe­go. – Osobnik krępy jest niewysoki z definicji.

 

nie każ­de­mu czło­wie­ko­wi wydać się mogą kra­sno­lud­ki i grom­ki atrak­cyj­ne… – Na pewno gromki?

 

Część za­cnych gości spała już pod sto­ła­mi na sku­tek braku umia­ru z winem. – Raczej: …braku umia­ru w piciu wina.

 

Oni na sku­tek róż­ni­cy zdań le­że­li w ka­łu­ży krwi z po­de­rżnię­tym gar­dłem. – Było ich kilku, a poderżnięte gardło jedno?

 

Wła­śnie po­dzi­wia­łem ten ma­low­ni­czy widok po po­wro­cie kilku krót­kich, ale przy­jem­nych chwil… – Jak sprawić, by przyjemne chwile chciały wracać? ;-)

 

– Mości Panie Ba­ro­nie – za­czą­łem z naj­więk­szym sza­cun­kiem… – Dlaczego panie baronie napisano wielkimi literami?

 

Za­czy­na po­zna­wać tech­ni­ki, ale to wciąż przed­szko­le. – Ale to wciąż CO???!!!

 

wy­ła­nia­ją­ce­go się z po­mię­dzy drzew.…wy­ła­nia­ją­ce­go się spo­mię­dzy drzew.

 

i za­dzi­wia­ją­co spraw­nym jak na niego pi­ru­etem ścina go­be­li­no­wi głowę. – Jak można ściąć głowę piruetem??? ;-)

 

ale on od­pra­wia ko­lej­ne za­klę­cia przy za­mro­żo­nym go­bli­nie. – Czy zaklęcia się odprawia?

 

Trös din­ked, Finve. – mówi elf - Bri­nqro! – Zbędna kropka po wypowiedzi; zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Fin­gon sięga za pa­zu­chę i wy­cią­ga z niej pu­de­łecz­ko… – Fin­gon sięga za pa­zu­chę i wy­cią­ga pu­de­łecz­ko

Można wyciągnąć coś zza pazuchy, ale nie można wyciągnąć niczego z pazuchy.

 

Wi­dzia­łem, jak w walce z go­be­li­nem… – Czy na pewno walczył z gobelinem??? ;-)

 

(nie­ste­ty na magie je­stem uczu­lo­ny). – Literówka.

 

Nie było hucz­ne­go po­grze­bu. – Nie ma hucznych pogrzebów, huczne może być np. wesele. Pogrzeb może być uroczysty/ wspaniały.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zmiana czasu przez pierwsze linijki była fajna, później stała się nieco męcząca – gdyby ograniczyć czas teraźniejszy do najbardziej kluczowego fragmentu, efekt być może byłby lepszy…

 

Regulatorzy – chyba nigdy nie widziałaś pogrzebu z asystą orkiestry OSP ;)

nie da rady

Zapomnialemhasla, pogrzeby z udziałem orkiestry widziałam. Wielokrotnie.

Obecność orkiestry, nawet głośno grającej, nie sprawia, że ceremonia staje się huczna. Muzycy przy trumnie grają utwory poważne, dostojne. Pogrzeb odbywa się w nastroju smutnym i podniosłym, i nawet jeśli z powodu zasług zmarłego zostanie oddana salwa honorowa, choć głośna, nie powiem o pogrzebie, że był huczny.

Jakkolwiek huczny oznacza okazały, szumny, głośny, to określenie to odnosi się raczej do imprez rozrywkowych, takich jak bale, bankiety, zabawy, biesiady. Mnie huczność kojarzy się z wesołością, radością, zabawą.

Nie wykluczam, że mam osobliwe i błędne, o tym co huczne, pojęcie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę tu jakiś pomysł na narrację i stylizację, które miały prawdopodobnie budować i pokazywać jakiś rys osobowości bohatera. Częściowo to się udało, ale efekt mocno zepsuło niedbałe wykonanie – mnóstwo zaginionych kropek i przecinków, a także spacji przy nawiasach a niekiedy i pozjadane słowa. Stylizacja wydawała mi się też nieco przesadzona, zdania i ciąg logiczny dość zawiłe, niejasne, łatwo się w tym pogubić, nie zachęcało mnie to też nazbyt do dalszego czytania. Fabuła raczej prosta, do sceny na przyjęciu jeszcze w miarę rokująca, potem czuć już było, że leci z górki i niewiele się tu wydarzy. Zupełnie nie przemówiła do mnie postać Finvego, który z taka lekkością idzie na śmierć, bo narrator mówi, że jest honorowym elfem. Nie kupuję tego, niestety.

Ale na plus zapisuję wspomniany na początku pomysł i humor.

 

Jeszcze kilka usterek do kolekcji wyłapanej przez Reg i Skonecznego:

 

Przyglądamy się wilkowi. W dłoni wciąż dzierżę garłacza z dymiącą lufą. Musieliśmy podejść do truchła. Co prawda strzeliłem z bliska, ale mój garłacz to prawdziwa armata. Odrzuciło bestię na dobrych kilka kroków. Zwierzę ma wyjątkowo duże rozmiary. Na jednolitej, czarnej sierści odznaczają się dziury po śrucie z mojego garłacza. Nie widzę ni śladu krwi.

– Dziwne rzeczy… – mówię, zatknąwszy garłacz za pas, tam gdzie jego miejsce – Wilki unikają ludzi…

 

Duże stężenie garłacza.

 

I łaskawie obdarzają spojrzeniami wrogimi, a w przypływie sympatii co najwyżej niechętnymi. – łaskawość i wrogie spojrzenia jakoś mi nie idą w parze…

 

– Gdzieś się[+,] łachudro[+,] podziewał? – pytam Fingona, nieco nieuprzejmie, wszak jestem rozgniewany zachowaniem oberżysty i tym, że musiałem czekać

 

Przykład zaginionych przecinków. Chyba pomyłka z postacią, to Finve sie przysiadł, Fingona jeszcze nie znamy.

 

 

 

Regulatorzy – zgadzam się, dopóki muzycy grają poważnie i dostojnie, ceremonia nie jest huczna ;)

nie da rady

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki bardzo za wytknięcie błędów. Faktycznie wstyd, że ich wcześniej nie wyłapałem osobiście. Poprawię niebawem.

“Konotacje Finvego z okoliczną śmietanką towarzyską“ – czy mógłbyś wyjaśnić znaczenie słowa konotacje w tym zdaniu?

 

“Gdzieś się łachudro podziewał? – pytam Fingona” – czy w tej scenie miał być Fingon, czy Finve?

 

W niektórych miejscach brak oddzielenia wołacza przecinkami, np. tu – “Spierdalaj[+,] Spytko!”

 

Ogólnie rzecz ujmując, w wersji którą ja czytałem było bardzo dużo błędów wynikających z niedbałej korekty/ braku korekty. Nie wiem, czy poprawiłeś już te, na które zwrócili uwagę przedpiścy, ale na przyszłość radzę kilka razy przeczytać tekst przed publikacją : ).

Chwali Ci się, że opowiadanie nie było nudne – nie brakowało mu akcji, a narracja gnoma była całkiem wartka. Z drugiej strony, postaci elfa i niskiego brodacza są raczej mało oryginalne, żeby nie powiedzieć, że przerysowane ;).

Jakie emocje chciałbyś, żeby wywołała w czytelniku śmierć Finvego? Nie zapłakałem po nim.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Gdyby zniknęły wszystkie drobne ustereczki (interpunkcja, powtórzenia itp.), czytałoby się całkiem przyjemnie. Ale sama fabuła… Na końcu zamiast łupnięcia następuje ciche pssst – nie dzieje się nic zaskakującego.

wróciwszy po spędzeniu kilku krótkich, ale przyjemnych chwil spędzonych w komnacie

Przesada z tym spędzaniem.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka