- Opowiadanie: odyskorcz - Bonawentura Guzikowiec

Bonawentura Guzikowiec

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Bonawentura Guzikowiec

I.

Co wieczór o zmierzchu patrzę na mój dom, stary, parusetletni młyn z wielkim, zielonym od mchu, podsiębiernym kołem wodnym, którym spokojnie porusza sztucznie wystopniowana rzeka. Nie znam swoich rodziców. Wiem tylko, że przyszedłem na świat niedługo po tym, kiedy zainstalowali to koło, ponieważ stare się rozpadło. To podobno jest jeszcze starsze, z młyna, którym woda kręciła prawie trzysta lat temu pod Moguncją. Znajduje się tam obecnie kompleks, gdzie opracowuje się nowe terapie genetyczne oraz największa na świecie biblioteka wyselekcjonowanych genomów wzorcowych.

Co wieczór muszę przez chwilę popatrzeć na niewolniczy obrót koła. Zniewolone przez wodę, bezdusznie odmierza mój czas, co równa się dla mnie z czasem całego świata. Gdyby się zatrzymało, bieg otoczenia również by stanął, a gdyby zakręciło się wstecz, cofnąłbym się do urodzenia, a może nawet przestał istnieć przed nim. Tak mi się wydaje, kiedy na nie patrzę. Jest magiczne, jest moim rodzicem, któremu muszę w końcu odpłacić za bezinteresowną opiekę, składając w jego łopatkowe ramiona coś najdroższego, co tylko będę mógł.

Co wieczór o zmierzchu wciągam w nozdrza miliony zapachów i każdy z nich umiem wyłączyć z otoczenia i rozpoznać. Czuję chłód i wilgoć nocy, która jeszcze nie nadeszła. Widzę przez jej ciemność każdy cień mojego domu. Ów mrok jest zaledwie podszewką łowczego rewiru. Mogę ją w dowolnej chwili rozpruć ostrym niczym żyletka pazurem i obejrzeć poklatkowo, zanim ktokolwiek mnie dostrzeże.

W narastającej szarości obserwuję kolorowe, japońskie karpie koi w stawie obok, i może jeszcze czasem miałbym ochotę na nie zapolować, ale po pierwsze, nie lubię wody, a po drugie, mam za duży brzuch – pod jego ciężarem mógłbym się utopić.

Okolica młyna nie zmieniła się od dawna, chociaż za dobrze nie znam się na czasie. Podobno żyję dość krótko. Wiem jednak, że znajoma pustułka wydziera się tak samo, jak miesiąc temu, a liście nie spadają z drzew i są cały czas zielone odkąd pamiętam, a to w moim odczuciu dość długo. Wystarczająco, żebym poczuł się śpiący i znużony samym myśleniem o tym. Niekiedy, jeszcze właśnie o zmierzchu, takim, jak ten dzisiejszy, migrujące z północy, kolorowe wilgi siadają gromadnie na zainstalowanych na dachu młyna ogniwach fotowoltaicznych, jednak ich nieporadne łapy szybko zsuwają się po gładkiej strukturze paneli i wtedy wszystkie szybko odlatują.

Co wieczór hipnotyzuję się tym wielkim, zbutwiałym kołem i leniwie zastanawiam się, czemu jeszcze nigdy się nie zepsuło. Może dlatego, że jest tylko atrapą, to znaczy nie porusza żadnym bardziej skomplikowanym mechanizmem w młynie. Woda obraca nim, a ono kręci się samo dla siebie. Mamy więc obydwoje ze sobą coś wspólnego – użyteczność naszych istnień jest problematyczna. Z całą pewnością woda rzeki będzie kręcić nim jeszcze długo po mojej śmierci, kiedy pozostanie ze mnie już tylko skalp wyschniętego, oblezionego futra z paroma kośćmi w środku. Tak, tak, jestem czarnym, leniwym kotem, a mój pan nazywa się Bonawentura Guzikowiec i mieszka w starym młynie-skansenie. Opowiem wam historię jego największej miłości, w której narodzeniu i dramatycznym końcu mam swój niebagatelny udział.

 

II.

Ujmując sprawę z mojej perspektywy, kwintesencją kobiety są nogi, torebka i piersi. Oczywiście, zdarzają się osobniki wyłamujące się z tej klasyfikacji, np. zmiennopłciowce, które niekiedy odwiedzają skansen, ale to rzadkość. Większość kobiet, które poznałem, to genetyczny standard, czyli powiększone piersi, umięśnione, zgrabne uda i torebka, na którą opadają jasne blond włosy. Mój pan Bonawentura regularnie takie przyjmował. Rzadko spędzały u niego więcej niż parę godzin, a już na pewno nie przypominam sobie, żeby jakaś została na całą noc. Czasem nawet zajmowałem strategiczne miejsce na wysokiej antresoli w jego sypialni i obserwowałem, jak ostro posuwa te wyfiokowane, na wpół sztuczne panienki. Chyba im się podobało, bo dość głośno jęczały. Później jednak mnie wyganiał, a kiedy znów mogłem wejść do sypialni, był już zawsze sam, wyjątkowo spokojny, jakby wraz z ejakulatem wypluł z siebie wszystko, co jest w nim złe. Czyżby istniało jakieś tajemne, tylne wyjście z jego sypialni?

Co ja w ogóle wiem o Bonawenturze? Właśnie nad tym się często zastanawiałem, kiedy patrzyłem na jego żylaste ciało po czterdziestce, gładko wygolone, z wyraźnie zaokrąglonym brzuchem i nagie, kiedy obijało się o to obce, które było intruzem. Mieszkałem w jego domu-skansenie, dawał mi jeść, czasem głaskał, chociaż zwykle trzymałem się na odpowiedni dystans, żeby zbytnio się do mnie nie przyzwyczaił. Tego, co robił w swojej sypialni z tymi napompowanymi anabolicznie blondynkami, sam nigdy nie robiłem. Podobno czegoś mi tam od urodzenia brakowało, ale też w okolicy nigdy nie spotkałem żadnego kota, żebym mógł sprawdzić czy tak faktycznie jest, czy jestem seksualnie niepełnosprawny. Owszem, widziałem atrakcyjne kociaki w telewizji satelitarnej, ale wyglądało na to, że na terenie skansenu jestem jedynym przedstawicielem mojego wymierającego gatunku, i to z zainstalowanymi ulepszeniami w postaci dwóch chipów – jednym lokalizacyjnym, a drugim zaawansowanym modułem sztucznej inteligencji, który umożliwiał mi konwersję moich śmiesznych odgłosów na proste słowa w języku wielkoludów – czyli ludzi – tak ich czasem nazywam, kiedy złoszczę się, że nie jestem taki wielki, jak oni. Szybko mi jednak przechodzi chandra, ignoruję więc tę mierzwę podstarzałego wnętrza młyna, i wtedy nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć bez mojego pana, o którym właściwie niewiele wiem. Zależy mi tylko na tym, żeby był szczęśliwy. Wiem, że kobiety brane na godziny nie dadzą mu tego, co ja mógłbym, gdybym posiadał tylko trochę inny genom. Pozostaje mi więc znaleźć sposób, żeby pojawiła się w młynie ludzka istota, która mogłaby uszczęśliwić Bonawenturę, akceptując bez zająknięcia moją obecność – to chyba jasne.

Długo poszukiwane okazje zjawiają się niekiedy nieoczekiwanie i trzeba być spostrzegawczym zwierzęciem, żeby je umieć wykorzystać. Tak było w przypadku kolekcji złotych guzików, a dokładnie jednego pośród wielu, który tylko naśladował zapięcie do ludzkiego ubrania.

Był słoneczny, duszny ranek, jak każdy od początku mojego urodzenia w strefie jednoklimatycznej kopuły, obejmującej ponad dziesięć tysięcy kilometrów kwadratowych rezerwatu należącego do rządowej korporacji Peltza. Cytując mojego pana, „jest to wszechpotężne i jedyne ramię rządzące bałtyckiej plutokracji działającej w ramach odrodzonego po prawie sześciuset latach związku hanzeatycko-słowiańskiego”. Cokolwiek to oznacza, po prostu zapisałem to zdanie, ponieważ wydało mi ważne i użyteczne w przyszłości. W mojej sztucznie rozszerzonej kociej pamięci mam wgraną mapę całego rewiru muzealnego. Młyn jest niewielką częścią tego świata w świecie, do którego pielgrzymują turyści na podstawie ściśle reglamentowanych biletów przydziałowych, i gdzie rezyduje Bonawentura – opiekun Segmentu 14 – czyli młyna nad rzeką, paru stawów, niewielkiego lasu i łąk, na których godzinami leżę, gapiąc się na tańczące nade mną pawiki i tęczowce.

Po wydanym przez automatyczny dystrybutor pokarmu, nad wyraz sutym śniadaniu, nie miałem ochoty ruszać się z rozgrzanej słońcem łąki, przynajmniej aż do południa. Moje leniwe życie w roli zaczarowanego kota młynarza zostało jednak drastycznie zakłócone, kiedy usłyszałem dochodzący gdzieś z przodu szelest. Z łatwością rozpoznałem, że to dwójka ludzi. Nie rozmawiali, jeden najprawdopodobniej ciągnął drugiego. Nie widziałem ich przez wysoką trawę. Momentalnie zerwałem się do ostrożnego biegu, tak, żeby podejść nieznajomych, jak mógłbym podejść nieświadomą niczego ofiarę i zatopić pazury w jej ciepłym mięsie. Do dzisiaj nie wiem, czy mnie usłyszeli, ale z chwilą, kiedy zacząłem się skradać w stronę tego miarowego szelestu, wszelkie dźwięki zamarły. Z łatwością jednak znalazłem miejsce na łące inne niż ona cała – zbrukane czyjąś obecnością, zapachem potu i oznaczone świeżym, a jednak z wyglądu mającym parę dziesiątek lat, trupem człowieka. Sądząc po ubraniu, była to kobieta, chociaż na jej kościach zachowała się tylko wyschnięta skóra, wszystkie tkanki miękkie już dawno zanikły. Miała jasne, długie włosy pachnące trawą i pyłkiem kwiatów. Cała była jeszcze ciepła i zroszona nienaturalną wilgocią. Doskonale wiedziałem, że tego stanu nie spowodowało samo leżenie na rozgrzanej trawie, ale nie umiałem też wyjaśnić, co innego mogło się stać z tą dziewczyną. Z pewnością została zamordowana przez tego drugiego człowieka, który rozpłynął się w powietrzu. Ale jaką bronią? Z tego, co wiedziałem, nie istniała żadna broń w taki sposób zabijająca jakąkolwiek istotę żywą, no może prócz miotacza ognia w stosunku do muchy. Poza tym, gdyby morderca uciekał, usłyszałbym go nawet z odległości parudziesięciu metrów, a tymczasem nagle zapanowała cisza, jakby ten drugi ktoś po prostu nagle zniknął, a od usłyszenia pierwszego szelestu do mojego dotarcia na miejsce upłynęło najwyżej paręnaście sekund. Z pewnością musiała tu być obecna jakaś nieznana mi magia, specjalnie zaplanowana przygoda, żeby rozruszać mnie – otłuszczonego kocura z artrozą stawów, który uwielbia wyrzygiwać jedzenie obok automatycznego dyspensera pokarmu. A robi tak dlatego, że zwykle wcześniej już obżarł się resztami ze śmietnika, albo chociażby wykradzioną z kuchni pietruszką, aby później znów zjeść to, co zwrócił, tym razem ze strachu, że jego pan zobaczy wymiociny. Kolejny etap tej manii wypróżniania jest najmniej przyjemny, bo i tak z reguły muszę po raz kolejny zwrócić zjedzone ze strachu pawie (kto by był w stanie zjeść własne rzygi); zwykle jednak udaje mi się wybiec na pole i nie napaskudzić obok mojej kociej jadłodajni w sieni młyna. Czasem popadam w taką właśnie bulimiczną paranoję.

Wracając do opowieści z denatką na łące, kiedy już upewniłem się dokładnie, że wokół nie ma żadnego wielkoluda, postanowiłem bliżej przyjrzeć się ciału. Trup musiał ukrywać jakiś klucz do swojej śmierci, być może z początku nieoczywisty, lecz możliwy do odkrycia, zwłaszcza przez kogoś, kogo nikt nie posądziłby o zdolności detektywistyczne, czyli czarnego kota z neuroaktywnym chipem. Długo nie musiałem szukać. Tajemnica widocznie nie była tak tajemnicza, a może, przynajmniej z początku komuś bardzo zależało, żebym zauważył ten błyszczący przedmiot i zapoczątkował przyszłą lawinę wydarzeń. Z wybitej szczęki truchła, utrzymującej się tylko na złamanej żuchwie, wystawał jakiś błyszczący przedmiot. Wskoczyłem na klatkę piersiową kobiety, wgniatając przy tym jej białą, wyjściową koszulę z czerwonym nadrukiem orzełka na kieszonce po lewej. Czułem, jak pod moim ciężarem spreparowane w tajemniczy sposób żebra złowrogo zatrzeszczały, odważnie jednak skierowałem się w stronę szyi. Kocie ciało (nawet to grube), ma niesamowitą zdolność do rozciągania się, a więc z poziomu szyi miałem szansę przyjrzeć się dokładniej, co takiego znajduje się w jamie ustnej kobiety. Niestety zrobiłem to dość niezgrabnie, tracąc na chwilę równowagę przez ten mój galaretowaty brzuch. Trupia ziemia zaczęła się nieubłaganie pode mną koślawić, aż wreszcie poczułem wolny lot jakiegoś obcego i tłustego kota (czyli mnie), bo zmysł równowagi razem ze świadomością zostały jeszcze trochę wyżej, lewitując nad bezwładnie upadającym mną – czasem odczuwam takie chwilowe rozdwojenia. Odruchowo rozprostowałem pazury i złapałem, niestety tylko jednym, za dolną część naderwanej żuchwy. Szczęka odpadła natychmiast, jak tylko nią poruszyłem, a ponieważ moje łapy nie były zaplanowane przez naturę jako narzędzia chwytne, to przy okazji odpadła również i cała głowa, zawijając mnie w blond trupie włosy, i ostatecznie spychając w trawiastą przepaść. Trochę to trwało, zanim uświadomiłem sobie, że trup nadal jest trupem, a nie ożywionym zombie, a ja nic sobie nie połamałem. Wciąż nieco przerażony, przez dłuższą chwilę odgarniałem blond kłaki nieboszczki wijące się wokół mnie jak macki ośmiornicy, zanim wypełzłem spod jej oderwanej głowy i zdyszany usiadłem obok. Cały drżałem ze strachu, że ktoś mógłby mnie obserwować, ale nie zrezygnowałem z przygody. Musiałem za wszelką cenę sprawdzić, co tak błyszczy w jej ustach. Znów wspiąłem się na wyżyny mojej sprawności fizycznej i szybko ustawiłem czaszkę martwej kobiety tak, żebym mógł zbadać wnętrze jamy ustnej. Faktycznie głęboko w środku, niemal za tylnymi zębami, tkwił w niej wypolerowany złoty guzik. Wziąłem go delikatnie między kły i popędziłem z powrotem do młyna. Tak zaczęła się pokrętna historia miłości mojego pana – od guzika, który mu przyniosłem.

 

III.

Guzik położyłem na stole, tuż obok talerza z gorącą zupą czosnkową – przysmakiem Bonawentury. Zapach, a raczej najprawdziwszy w świecie odór, tej potrawy, doprowadzał mnie do szału bardziej niż wysokie głosiki tych blondyneczek, które posuwał mój pan w swojej sypialni. Zostawiłem więc skarb na stole i szybko zmyłem się nad staw poobserwować karpie. Tego dnia nie myślałem więcej o trupie na łące. Chciałem odpocząć i zjeść obfitą kolację, a przynajmniej wyobrazić sobie, że taka jest, ponieważ dyspenser z pewnością pożałuje mi karmy. Wróciłem dopiero przed zmrokiem i natychmiast wyczułem, że ktoś obcy był w młynie. Jeszcze dziwniejszy był widok Bonawentury, który nadal siedział nad nieskończonym talerzem czosnkowej z rana. Miał stępione oczy i był siny na twarzy. Tylko drganie lewej ręki świadczyło o tym, że nie jest trupem. Kiedy mnie zobaczył, beznamiętnie wstał i poszedł do sypialni. Uważnie go obserwowałem z nastroszonym ogonem, ale nie poszedłem za nim. Znów byłem głodny, a to uczucie pustki w żołądku dominowało w tamtym momencie nad każdym innym wrażeniem. Miałem na szczęście pełny dyspenser, który, tak jak się spodziewałem, wydzielił mi skąpą porcję suchej paszy.

Następnego ranka zjawiła się ona – wysoka, atletycznie zbudowana blondynka idealnie zgodna z panującym genetycznym stylem. O ile pamiętam, był to dzień wolny od pracy. Wtedy zawsze dostaję później śniadanie, bo zwykle w piątek kończy się pokarm w automatycznym dyspenserze, a Bonawentura zapomina, że trzeba uzupełnić pojemnik z karmą. Wystaję więc od siódmej rano pod lodówką i wydzieram się monotonnie, albo chodzę po nim, aż w końcu ma mnie dość i zaspany daje mi mokrą papkę zamiast uzupełnić dyspenser, co oczywiście bardzo mi odpowiada. Tym razem z powodu osobliwego splotu wypadków, nie musiałem. Już na progu ona mnie nakarmiła. Miała ze sobą najpyszniejsze jedzenie na świecie w postaci delikatnego musu z ryby maślanej i nową miskę z logiem Scherizy.

Zapukała tuż po siódmej, kiedy zaczynałem właśnie cotygodniowy spacer po wielkim brzuchu mojego śpiącego pana. Otworzył jej w samych spodniach od piżamy, siłując się najpierw z wielkim drewnianym tramem, który zawsze na noc zakładał od wewnątrz na całą szerokość drzwi. Taki zdyszany, w niekompletnym, zmiętym ubraniu, wyglądał doprawdy niesmacznie, a ona była piękna, idealna, skonstruowana niemal z innej materii, z pewnością nie tej podniszczonej i samotnej, co Bonawentura. Byli doskonałymi przeciwieństwami, a ja wbiegłem między nich, żeby się otrzeć o jej gładko ogolone łydki nasmarowane bezwonną oliwką. Zapamiętałem ten obraz, kiedy stała w progu, a jej długie, jasne włosy od tyłu rozświetlało miękkie światło wczesnego dnia. Przedstawiła się jako Nina Peltz, córka Wiaczesława Peltza, właściciela korporacji, do której należał rezerwat z młynem. Zrobiła to jeszcze zanim nastąpiło oficjalne przywitanie, czyli podanie rąk, co wydało mi się trochę dziwne. W owym czasie korporacyjnej nowowładzy, ludzie bardzo przywiązywali uwagę to takich gestów, a mój instynkt podpowiadał mi, że jeśli wydarzały się jakieś wyjątki, to warto było się im dokładniej przyjrzeć.

Bonawentura stał przez dłuższą chwilę bez słowa, wyraźnie onieśmielony jej widokiem. W końcu z lekkim uśmiechem wyciągnęła ku niemu rękę, żeby wyrwać go z narastającego zaambarasowania. Wciąż kręciłem się nerwowo to wokół jej, to jego nóg. Byłem niesamowicie głodny.

– Mieszkasz w cudownej okolicy – stwierdziła z filuternym uśmiechem. – W dzisiejszych czasach szkła i aluminium ludzie uważają, że jesteś naczelnikiem w raju, i mają całkowitą rację. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że będę ci mówiła po imieniu?

Znów nastąpiła niezręczna cisza. Widocznie mój pan najlepiej radził sobie z kobietami, kiedy były do niego odwrócone tyłem i bez majtek. W końcu nie wytrzymałem i wydałem z siebie przeciągły odgłos głodnego i zdenerwowanego kocura. Bonawentura natychmiast zareagował:

– Oczywiście, że nie mam nic przeciwko. Oczy… czywiii…ss… – Nie wiem po co chciał powtórzyć te swoje wypociny i niestety, znów się zaciął. Dłużej już nie wytrzymałem tej zawstydzającej sytuacji i wbiłem mu pazur w kostkę. Na szczęście pomogło. Ból zawsze pomaga, wyrywa ludzi z dziwnego odrętwienia, w które popadają, mieląc ozorami o rzeczach, których nigdy nie widzieli. Zakończony miniaturowych haczykiem pazur zrobił swoje. Bonawentura zawył z bólu, zaklął, ale widocznie zrozumiał, że powinien wprowadzić gościa chociaż za próg, dać mi jeść i samemu się ubrać.

– Cholerny kot! Jest pewnie głodny i kompletnie niewychowany. Proszę wejdź. Dam mu tylko jeść, przebiorę się i możemy porozmawiać – wyszeptał, zaciskając szczęki.

– Nie ma potrzeby – odpowiedziała, wkraczając do szerokiego hallu, który od razu przechodził w obszerną część dzienną młyna. – Oczywiście ubrać się możesz, ale tak się składa, że mam dla twojego Behemota trochę smakołyków.

Dźwięk słowa „smakołyk” potrafi zadziałać jak paraliżujący umysł jad skolopendry i kompletnie przyćmić instynkt obronny. Czyżby celowo użyła mojego imienia, ponieważ i tak wiedziała, że jako „zmodyfikowany” kocur z łatwością zorientuję się, że Bonawentura jeszcze mnie nie przedstawił?

Na sam dźwięk tego słowa – „smakołyk” – zjeżyło mi się futro na grzbiecie, łapy zaczęły się plątać, jakby równocześnie próbował użyć ich ktoś inny, a myśli wpadły w sam środek trąby powietrznej, którą kiedyś widziałem na jakimś nagraniu.

Nina wyciągnęła z torebki wszystko, co było potrzebne, bym zaczął ją kochać najbardziej na świecie – srebrną miskę i dwa pudełeczka. W jednym były kawałki soczystego  rybiego mięsa, a w drugim gęsty sos. Z wielką gracją przygotowała mi posiłek, jakiego automatyczny dyspenser nie dałby mi nigdy, nawet gdybym skakał Bonawenturze co rano po twarzy, a nie tylko po miękkim brzuchu. W sekundę zapomniałem o nim i o niej. Jadłem, a raczej łykałem, a później bez sił ległem w kącie pod ścianą naprzeciw granatowej kanapy i mojego pana, który o czymś żywo rozmawiał z Niną Peltz.

Skąd mogła wiedzieć, że jestem głodny, skąd mogła wiedzieć, że w ogóle jestem? Czy byłem już tak znanym kotem w okolicy – jedynym okazem modyfikacji dawnego gatunku, którego przedstawiciele zostali prawie całkowicie wytępieni przez zmutowane szczury? Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z dziwności całej tej sytuacji. Może pojawienie się Niny było jedynie teatrem zręcznie odegranym wyłącznie dla mnie, żebym uwierzył, że jestem czymś więcej niż tylko kotem młynarza w muzeum? Była tak piękna, idealna, nawet jak na efekt genetycznego stylu tamtych czasów. Bonawentura nie mógł jej zignorować. Była jak bezwolny nóż, tnący moją rzeczywistość na cienkie plastry. Jakie mogło być jednak moje miejsce obok nich? Czy zmieściłbym się w jej cieniu?

Długo rozmyślałem, trochę na jawie, a trochę we śnie. Obudziłem się, kiedy Nina już wychodziła. Znów wbiegłem tuż pod jej nogi i przywarłem naprężonym grzbietem do łydki.

– Jestem bardzo ciekawa czy jest tak samo inteligentny, jak kot Behemot z Mistrza i Małgorzaty? Czytałeś? – zapytała i uklękła obok mnie, żeby dotknąć moich wibrysów. Pozwoliłem jej zaledwie na muśnięcie, a w razie czego przygotowałem zamach pazurami. Jednorazowe otrzymanie pysznego jedzenia jeszcze nie uprawnia do zawiązywania poufałości. Powinna o tym wiedzieć.

– Niestety nie – odparł zmieszany Bonawentura.

– Przeczytaj koniecznie. To cudowna książka o tym, jak to, co złe może nagle stać się wszystkim, co dobre. – Chyba się zorientowała, że nie dam się jej dotknąć, bo odsunęła ostrożnie rękę.

Mojemu panu zaczerwieniły się policzki, a po chwili rumieniec dotarł również do uszu. Widziałem jak mimo to wzbija się na szczyt swoich możliwości interpersonalnych i spycha rozmowę z książek na mój temat. Byłem tarczą dla jego literackiego braku obycia.

– To nie jest taki zwykły kot – wydukał. – W korze mózgowej ma zainstalowany mikroprocesor. Rozumie niektóre komendy, a syntezator mowy wszczepiony pod skórę na grzbiecie potrafi interpretować jego reakcje i przekłada je na słowa w ludzkim języku. To coś w rodzaju behawioralnego tłumacza, chociaż nie wiem dokładnie jak mógłbym stymulować go do gadania na żądanie. Chyba musiałbym mu nadepnąć na ogon, albo przez parę dni nie dawać jeść, żeby głodowy ból skręcił mu jelita – dodał z wariackim uśmieszkiem.

– No jeszcze czego sadysto! Chyba śnisz, że będę twoją gadającą maskotką. – Włączyłem się w rozmowę, oczywiście, nic dla wielkoludów nie znaczącym miauknięciem.

– A więc zgadłam – odpowiedziała Nina. – Twój Behemot jest podobnie niezwykły, jak ten z książki. Nie spodobała mu się wizja przymusowego odchudzania.

Wtedy mnie zaskoczyła. Spojrzałem na nią i wydało mi się, że widzę powietrze.

– Być może. Przyznam się, że trochę boję się z nim rozmawiać. – Bonawentura cały pląsał. Znałem ten taniec godowy. Gdyby tylko mógł, nie wypuściły tej słodkiej blondyneczki ze swoich spoconych łap aż do samego rana.

– Nie bój się. To wciąż jest zwierzę. Żyje w swoim świecie momentalnych emocji, i z pewnością bardziej boi się ciebie niż ty jego. – Nina popatrzyła mi prosto w oczy, kiedy to mówiła, jakby oczekiwała, że ją zrozumiem. Nie myliła się. Na wszelki wypadek odszedłem na bezpieczną odległość, tak, żeby widzieć ich oboje.

– Z pewnością cię obserwuje i zapamiętuje twój każdy krok. – Wskazała mnie palcem z misternie wykonanym sztucznym czerwonym paznokciem.

Później sprawnym i gibkim ruchem wstała z kucek i podała rękę Bonawenturze do ucałowania.

– Tak, jak się umawialiśmy, wpadnę w czwartek wieczorem. Dbaj o siebie do tego czasu.

Kiedy wychodziła, nie było już słońca po stronie drzwi. Przez niebo leniwie płynęły chmury, co chwila przeszkadzając światłu. Tuż za progiem zobaczyłem złoty guzik, który połyskiwał synchronicznie wraz z rytmem przesłaniania i odsłaniania słońca przez kłębiące się cumulusy. Wziąłem go więc w zęby i zaniosłem do domu.

 

IV.

Pół czwartkowej nocy spędziłem, obserwując jak się pieprzą – mam doskonały punkt widokowy na jednej z krokwi w sypialni Bonawentury. Pół tejże nocy przespałem jednak pod rozgwieżdżonym, wiecznie letnim, niebiem, bo już nie mogłem oglądać jej mokrego tyłka i słuchać, jak się wydziera, kiedy mój pan kłuje ją tym swoim chemicznie utwardzonym fiutem. Trochę się nawet bałem, że zejdzie w trakcie tego dzikiego pierdolenia, bo wziął podwójną dawkę stymulantów. Co bym wtedy zrobił, a raczej, co by zrobiono ze mną w tym podkopułowym świecie?

Na szczęście przeżył noc. Nina wyszła około południa, zostawiając kolejny złoty guzik. Podobnie jak dwa poprzednie, tego również w zębach zaniosłem na kuchenny stół. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem, że guziki się przyciągają, to znaczy nie w sensie reagowania na siebie magnesów, ale pozostawione razem, zawsze po jakimś czasie utworzą ten sam wzór, o ile tylko nie oddali się ich od siebie na więcej niż metr. Z biegiem czasu właśnie ta ich osobliwa cecha miała mi pomóc zrozumieć kim jest naprawdę Nina.

Co ciekawe, mój pan wydawał się zupełnie obojętny zarówno na to, że przyniosłem mu już trzeci guzik, jak i w ogóle na ich obecność. Cały czas leżały na blacie w kuchni. Ich położenie nigdy nie zostało zmienione. Stały się czymś w rodzaju mebla, a może lepiej będzie powiedzieć, że drogowskazu możliwego do odczytania jedynie przeze mnie. Bonawentura tylko czasem podchodził do nich i nieśmiało dotykał któregoś. Zaklęcie, które rzuciła na niego Nina było potężniejsze niż w istocie chciałem, żeby jakakolwiek kobieta potrafiła wyczarować.

Z czasem zapomniałem też o tym, gdzie znalazłem pierwszy złoty guzik – ciało blondynki na łące. W niedalekiej przyszłości właśnie to miało mnie zgubić, a raczej bardziej mojego pana, którego nazwałem Bonawenturą Guzikowcem. Sam nie wiem dlaczego wymyśliłem takie przezwisko. Przecież to ja przynosiłem guziki, a on trzymał się od nich na dystans. Bonawentura Guzikowiec brzmiało jednak dla mnie przystępniej niż Bonawentura Bauman.

Z początku Nina pojawiała się nie częściej niż raz w tygodniu i zostawała jedną noc. Później jednak rytm jej odwiedzin się zmienił. Przychodziła rzadziej, lecz zwykle na trzy cztery dni. Bonawentura spacerował z nią wtedy po okolicznych łąkach, pokazywał jej wnętrze zabytkowego młyna, a ona pomagała mu oprowadzać nieliczne wycieczki turystów-wybrańców w postaci niewielkich grupek osób przebranych w białe lub niebieskie kitle i drewniane chodaki. Podczas spacerów szczególnie długo zatrzymywali się nad z wolna kręcącym się kołem wodnym. Nina stała tuż nad krawędzią drewnianej kładki i patrzyła autystycznie w to miejsce, które nazywałem kipielą, to znaczy ten obszar wody, gdzie łopaty młyńskiego koła wbijają się w jej powierzchnię i znikają w szafirowej głębinie, by po chwili wynurzyć się po przeciwnej stronie. Pamiętam to wszystko dokładnie, ponieważ zwykle snułem się gdzieś w pobliżu.

Nieraz wieczorami, kiedy Bonawentura siadał w pozaciąganym moimi pazurami fotelu i zajadał pokrojoną w cienkie plastry surową kalarepę, zdarzało mu się coś do mnie powiedzieć. Nie było tego wiele, ale głaszcząc mnie za uszami mówił o niej – o przedziwnym interesie, który mu zaproponowała. Podobno miał powstać drugi taki młyn – tak zwana kopia zapasowa, żeby wkrótce uruchomić dodatkową kopułę, z jeszcze większym ogrodem czy też rezerwatem. Nina przychodziła, żeby poznać obowiązki Bonawentury i pomóc korporacji Peltza zbudować podobne muzeum. Nie bardzo widziałem w tym sens, ponieważ obecne muzeum nie cierpiało zbytnio na nadmiar ruchu turystycznego, a to ze względu na ścisłą reglamentację biletów w społeczeństwie poza kopułą. Dodatkowa kopuła z pewnością przejęłaby tę, i tak już skąpą, część naszych gości, co mogłoby się skończyć zamknięciem starszego i pewnie mniej nowoczesnego muzeum. Już ja tam wiem jak działają te korporacje. Niekiedy wieczorami, podczas swoich neptycznych ataków, Bonawentura sporo kompulsywnie czytał na głos, jakby ze wszystkich sił chciał zagłuszyć jakiś uporczywy głos w sobie, w środku głowy. a ja siedziałem na parapecie wykuszowego okna i uważnie go słuchałem. Też mam w mózgu wiele głosów.

– Tak Behemocie, niedługo wszystko się tu zmieni – mówił nieraz i coraz mocniej mnie drapał. W końcu miałem tego dość i gryzłem go po palcach. Wtedy odsuwał rękę, albo się chamsko ode mnie oganiał. Skoro mnie nie chce dotykać w taki sposób, w jaki lubię, to przynajmniej pogapię się na niego z odpowiednio asekurowanej instynktem odległości.

On miał wiedzę na temat owych nadchodzących zmian, a ja tylko przeczucie. Ale zwierzęce przeczucia, zwłaszcza kocich neurotyków, są wielokrotnym wzmocnieniem niewidocznych dla ludzi śladów faktów, które jeszcze się nie zdarzyły, więc obydwaj czekaliśmy – on, bezmyślnie posuwając jej zgrabny tyłek, a ja, bezproduktywnie tyjąc, jedząc i zbierając gubione przez nią złote guziki.

 

V.

Minęło już całkiem sporo czasu, odkąd mój pan Bonawentura poznał Ninę. Na samym początku ich znajomości, znikała rano jeszcze zanim zdążyłem rozprostować grzbiet po dietetycznym śniadaniu z dystrybutora – przed jej pojawieniem się, śniadania były znacznie obfitsze. Nie zwracałem na to uwagi, zbyt zajęty pomstowaniem na pustkę w żołądku, co objawiało się postronnym słuchaczom serią pomrukiwań, miauków i zawodzeń, i wychodziłem na pole. Wtedy natykałem się na guzik. Moim rytuałem stało się ich znajdywanie po jej wyjściu, w okolicach progu, i znoszenie, zawsze do innych guzików na blacie w kuchni, pośród których był ten pierwszy, z łąki.

Po mniej więcej dwóch miesiącach Nina zmieniła tryb odwiedzin u Bonawentury. Przychodziła teraz rzadziej, ale za to zostawała na dłużej. Nadal gubiła złote guziki, które znosiłem na blat w kuchni. Już jakiś czas temu zauważyłem, że wykazują one zdolność do układania się w kształty, a raczej bezładnego przyciągania się w zwartą grupę. Teraz natomiast było ich tyle, że nie tylko tworzyły jednorodną, bezkształtną masę, lecz kiedy tylko wyczuwały, że jestem w pobliżu, zmieniały położenie tak, żeby utworzyć kształt. W końcu zacząłem rozpoznawać, co to za figury. Najpierw były to koła, trójkąty i kwadraty, czyli geometryczne formy podstawowe, aż któregoś wieczoru wskoczyłem na blat, a one momentalnie ułożyły się w szkic kobiecej głowy z długimi włosami. Przestraszony wystrzeliłem w kierunku części muzealnej młyna, gdzie Bonawentura reperował paprzycę (miał ambitny plan samodzielnie wprawić w ruch cały mechanizm w młynie, tak, żeby wodne koło nie było tylko atrapą).

Rzadko to robiłem, ale tym razem byłem tak przelękniony, że musiałem wykorzystać do czegoś moje sztuczne zdolności. – Chodź ze mną! – wyskrzeczałem, używając syntezatora ludzkiej mowy.

Bonawentura spojrzał na mnie beznamiętnie, ale po chwili zostawił narzędzia i poszedł za mną. Widocznie odzywałem się ludzkim głosem na tyle rzadko, że uznał, że skoro to nareszcie zrobiłem, to faktycznie coś musiało się stać.

Kiedy dobiegaliśmy do kuchni, usłyszałem z daleka znajomy szelest metalu przesuwanego po drewnie. Guziki wyczuły Bonawenturę i momentalnie rozsypały kształt kobiecej twarzy w zupełnie bezładną kupę szlaczków i nieregularności. Wskoczyłem na stół i zamiauczałem cicho zawstydzony porażką. Bonawentura spojrzał na mnie, a zaraz później na stos guzików. To, co wtedy zrobił zaskoczyło mnie. Usiał na blacie i jak znudzone dziecko sam zaczął przesuwać guziki i układać jeden obok drugiego. Pamiętam, że przesiedział tak wtedy z pół nocy. Znów obserwowałem go z daleka. W końcu poszedł spać. Następnego dnia miała wpaść Nina i zostać kolejne trzy noce. Zaraz po tym jak wyszedł, znów wskoczyłem na blat i usiadłem obok stosu guzików. Były bezładnie porozkładane. Bonawentura przez tyle godzin nie ułożył nawet jednej prostej linii. Po chwili część z nich zatrzepotała, wprawiając w drgania całą resztę. W ciągu paru sekund każdy z guzików zajął swoją pozycję, ukazując mi wizerunek kobiecej twarzy. Zostałem przy niej do rana. W końcu zasnąłem, a ona szeptała mi do snu tysiące nierozpoznawalnych głosów.

 

VI.

Upały minęły po wielu miesiącach, tak nagle. Od paru dni padał deszcz, a właściwie to z nieba lały się całe wiadra wyjątkowo krystalicznej wody. Do tej pory nie znałem deszczu. Wiedziałem, że istnieje takie zjawisko, ale go nigdy jeszcze nie widziałem. Całe moje dotychczasowe życie upłynęło pod znakiem słońca i upału. Tuż przed tym, kiedy zaczęły się ulewy, mój pan zamówił kogoś do obsługi mojego chipa. Niewysoki gość o twarzy poharatanej ospą wbił mi igłę w kark i podobno wymienił za jednym zamachem układ scalony na nowszy model. Dzięki temu podobno zyskałem większy zasób słów, lecz nadal chodziłem na czterech łapach i byłem kotem. Czy deszcze miały coś z tym wspólnego? Nie wiem. Ale pamiętam, że dwa dni po wizycie gościa od moich nadzwierzęcych zdolności miała przyjść Nina. Mijał już rok, odkąd byli ze sobą. Przyzwyczaiłem się do jej obecności, a Bonawentura przy niej wydawał się spokojniejszy. Po chwilowym kryzysie dietetycznym z początku znajomości z Niną, znów powiększył mi nawet racje pokarmowe w dyspenserze. Zdarzało mi się nieraz jeszcze podsłuchiwać ich rozmowy, ale nigdy nie rozmawiali o żadnych interesach. Czas jakby się zatrzymał, onieśmielony tym, co niepostrzeżenie dla niego wkradło się między nich. Może to nie było w planie? Może Nina zapomniała o swojej funkcji i się u nas po prostu zasiedziała?

W każdym razie, w to popołudnie, w które zaczęło lać, Nina po raz pierwszy nie przyszła. Nie wiem, co bardziej zaskoczyło mojego pana, deszcz, czy jej nieobecność. Przez pół nocy próbował skontaktować się z nią przez jakieś urządzenie w kształcie prostopadłościanu. Nie udało się, bo zasnął cały mokry od nerwowego potu. Siedziałem nad łóżkiem w sypialni i obserwowałem wszystkie te jego zmagania. Kiedy zasnął, cicho zeskoczyłem spod kalenicy i ostrożnie wszedłem na odsłonięty fragment materaca z prześcieradłem.

Najpierw dotknąłem go łapą, ale wciąż oddychał spokojnie i chrapliwie. Śnił swoje tajemnicze bolesne sny. Później przespacerowałem się po nim, wgniatając kołdrę, jakby była miękkim piaskiem, a on workiem pełnym trocin. To dziwne, ale przez chwilę wydawało mi się, że patrzę na samego siebie. W końcu położyłem się obok, na z lekka starganej poduszce zafu i usnąłem. Kiedy się obudziłem, Bonawentura już dawno wstał i z wielkim zapamiętaniem układał przed sobą guziki w kuchni. Nie wydawał się załamany nieobecnością Niny. Najpierw ostrożnie wskoczyłem na rzeźbione karło stojące obok blatu – nie zareagował w ogóle. Później jednym cichym susem na blat obok jego pochylonej głowy i uderzyłem w nią swoją ustawioną jak do baraniego ataku. Odwzajemnił się tym samym. To był taki nasz rytuał, mimo że chodziłem własnymi ścieżkami, wracałem, żeby w ten sposób go dotknąć, a on zawsze wtedy wiedział, że jestem zwierzęciem z jego obejścia.

Spojrzałem na stos guzików, których przez okres odwiedzin Niny, uzbierało się chyba ze sto. Bonawentura ułożył z nich zarys kobiecej postaci. Wyszło mu to zadziwiająco dobrze, zwłaszcza, że miał do dyspozycji elementy różnej wielkości – odwiedziny Niny przez ostatnie dwa miesiące kończyły się pozostawianiem na progu guzików znacznie mniejszych niż te pierwsze, wliczając w to oczywiście tego jedynego, z łąki.

Z chwilą, gdy wskoczyłem na stół i guziki mnie „rozpoznały”, stało się coś zadziwiającego. Wszystkie naraz zadrgały i podskoczyły w powietrze. Nie zmieniły jednak kształtu ułożonego przez Bonawenturę, jedynie go trochę uporządkowały, tak, żeby lepiej odzwierciedlał zamysł twórcy. Bonawentura spojrzał wtedy na mnie i szeroko się uśmiechnął, po czym poszedł w stronę drzwi wejściowych, bo wokół bramy młyna zgromadziła się już niewielka grupka klientów chętnych obejrzeć młyn. Wszyscy, jak to zwykle klienci, mieli maski na twarzach, gumowe rękawiczki i białe kubraki. Nad głowami rozłożyli niebieskie parasole z logiem korporacji Peltza, ale deszcz przestał padać. Zaświeciło nawet słońce. Wciąż jednak panował wilgotny i orzeźwiający chłód. Po wyjściu Bonawentury guziki znów zadrgały i ułożyły się w znajomy mi kształt kobiecej twarzy.

 

VII.

Któregoś poranka obudziłem się nagle, a raczej przyczyniły się do tego bezczelne kosy swoimi wysokimi piskami, bo jeden drugiemu chciał zabrać jakiś patyk. Wtedy coś sobie uświadomiłem, a myśl ta prawie wgniotła mnie w wilgotną od porannej rosy trawę. Nina może być tą martwą kobietąłąki – krzyknąłem w myślach. Ale jakim cudem znowu jest żywa. Nie, to niemożliwe. Ta noc poza domem chyba mi zaszkodziła zganiłem sam siebie. – Następnym razem zacisnę zęby i jakoś zniosę awarię wentylacji i skąpe racje żywnościowe na kolację. Nie ma co się obrażać za takie pierdoły.

Od tamtej pory często śniłem o tej twarzy. Była młoda i piękna, a jednocześnie momentalnie zmieniała się w tą wyschniętą trupią czaszkę z łąki. Dopiero we śnie to zrozumiałem. Wysterowany moim procesorem zwierzęcy sen podpowiedział mi co mogło zabić tę kobietę. To był czas. To musiał być czas, a nie żadna nieznana broń z kosmosu. I to czas specjalnie przygotowany – wypreparowany i skompresowany, żeby jej ciało w mgnieniu oka pozbyło się całej wody.

To były przebłyski, niewprawnie uformowane pamięciowe echa, których już później nie jątrzyłem. Moją uwagę zajęło natomiast coś równie ciekawego i dziwnego – powiązanie aury z nagłymi zniknięciami ludzi.

Upały wróciły po paru tygodniach, a Bonawentura nagle wyparował. Wyszedł rano konserwować nacięcia w biegunie. Nie znam się na młynach, ale podobno to niezwykle ważna czynność, jeśli się chce, żeby młyn zaczął w końcu działać, a nie był tylko muzealną ekspozycją. Wieczorem tego samego dnia byłem już bardzo zaniepokojony. Nawet dwa razy zwymiotowałem suchy pokarm na środku kuchni. Nikt go nie posprzątał, co było ostatecznym dowodem na to, że Bonawentura znikł, chociaż ktoś wciąż zostawiał mi jedzenie w dyspenserze, a pod drzwiami wejściowymi, koło rabatek z bratkami, postawił miskę z wodą i mięsnymi smakołykami w moim ulubionym warzywnym sosie. Już po tygodniu jednak zrozumiałem, że moje życie bez Bonawentury mijało podobnie, jak z nim. Było tylko ciszej, bo wraz z jego zniknięciem, przestali odwiedzać młyn turyści.

Któregoś samotnego wieczora wyszedłem nad staw, żeby pomarzyć o tych tłustych, rybich kąskach, które beztrosko pływały tuż pod powierzchnią niebieskawej wody. Tym razem jednak zatrzymałem się na drewnianym podeście tuż obok niemrawo poruszającego się młyńskiego koła. I wtedy ją zobaczyłem. Stała tuż nad krawędzią, tak blisko obracających się łopat, że mogła ich w każdej chwili dotknąć. Miała na sobie długą do kostek, białą sukienkę z podłużnym dekoltem w kształcie litery „u”. Była złudną samowiłą z podleśnego młyna, wyczekującą na kolejną ofiarę, żeby zmienić jej wszystkie myśli w złośliwe paranoje, albo oziębić duszę do absolutnego zera i rozbić ją w eon przezroczystych obrzynków.

Podszedłem do niej tak cicho, że być może się nie zorientowała, że ktoś za nią stoi, albo wiedziała, tylko nie mogła się uwolnić od mocy koła. W końcu się odwróciła i spojrzała na mnie, jakby doskonale wiedziała, że to nasze spotkanie musi nastąpić.

– Witaj Behemocie – powiedziała i kucnęła, żeby mnie pogłaskać, tak samo, jak podczas naszego pierwszego spotkania.

– Witaj – odpowiedziałem za pomocą mojego syntezatora mowy i pozwoliłem podrapać się za uszami.

Już na samym początku wydała mi się jakaś dziwna, niezbyt realna. Cała jej postać była otoczona czymś na kształt złotawej mgiełki. Poza tym nie wydzielała żadnego zapachu. Moje wyczulone zmysły nie odróżniłyby jej od świeżego, wieczornego powietrza.

Nina głaskała mnie jeszcze przez jakiś czas, aż nagle odsunęła się na bezpieczną odległość i zaczęła spokojnie mówić, co chwilę odwracając się do koła, które teraz niemal znieruchomiało.

– Od samego początku, kiedy cię poznałam, wiedziałam, że jesteś wyjątkowy. Gdybyś tylko umiał postrzegać świat zgodnie ze strzałką czasu, zorientowałbyś się, co się wokół ciebie dzieje, a tak rozumiesz tylko jednostkowe wydarzenia, lecz nie umiesz złożyć z nich całości historii.

– Umiem więcej niż myślisz – syknąłem. Przyznaję, że mój nowy synchron głosowy sprawiał się całkiem nieźle.

Nina lekko się uśmiechnęła i wyciągnęła rękę, ale nastroszyłem grzbiet i odszedłem do tyłu o całą długość mojego ciała.

– No dobrze – stwierdziła pojednawczo – jak na zwierzę, może i dużo rozumiesz werbalnie dzięki eksperymentom w laboratoriach mojego ojca, ale twój mózg nie ma świadomości następstwa czasu. Żyjesz po prostu w „teraz”, a przeszłość i przyszłość wydają ci się także częścią tego momentu. Sama nie wiem po co ci to mówię. Przecież jestem już tylko obłąkanym błędem pod kopułą. Może dlatego, że wszystko w tym lazarecie jest podporządkowane obłąkaniu twojego pana. Wiesz w ogóle, gdzie on jest?

– Nie – wymiauczałem. Był to dziwny odgłos, coś pomiędzy ludzką mową, a ujadaniem małego psa.

– Kiedy się całkiem ściemni, znajdziesz go w roboczej części młyna i znów będziesz mógł się nim beztrosko cieszyć. – Wstała nagle i podeszła do krawędzi pomostu, wprost do przesuwających się, teraz znów szybciej, łopat młyńskiego koła.

– Uważaj! – prychnąłem. – Bo spadniesz!

– Już dawno spadłam. – Uśmiechnęła się. – I będę wciąż tak spadać, a ty mnie będziesz znajdował na łące. Młyn to rodzaj lazaretu w terapeutycznej formie skansenu dla osób nieprzystosowanych – wyjątkowo brutalnych morderców, psychopatów, nekrofilów, wszystkich tych, którzy ze względu na swoją inność i wysublimowane okrucieństwo zostali uznani przez rządową korporację Peltza za wartych głębszego poznania. Zgłębienie natury dewiacji jest kluczem do poznania człowieka, a zrozumieć ją można tylko pozwalając zdeprawowanemu być sobą. Spod kopuły nie można nigdy wyjść; trzeba tu zawsze żyć. Żyją tu tacy ludzie jak Bonawentura, pojedynczo, nieświadomie, eksperymentalnie, podziwiani jak zwierzęta w cyrku, bo cały świat na zewnątrz jest jeszcze większym cyrkiem. Jedyne z czym mają kontakt, to naukowcy i my, znajome z ich przeszłości zmysłowe hologramy.

– Rozważ następujące scenariusze:

 

1. ten młyn ma paręset lat, albo ma ich niespełna dziesięć;

2. twój pan Bonawentura Bauman mnie zamordował, albo ty to zrobiłeś powodowany ślepą, zwierzęcą zazdrością;

3. pójdziesz na łąkę i weźmiesz guzik, albo pozwolisz mi spać.

 

– Wybierz tok wydarzeń, żebym ciągle wracała, lub nigdy się tu nie pojawiła. Bądź cząstką tej siły, co zawsze złego chcąc, sprawia niekiedy dobro. Bądź kotem swojego pana mordercy.

Poczułem chłód. Złota poświata na twarzy Niny rozrosła się na całą jej postać. Kobieta otworzyła usta i wpuściła guziki. Jeden po drugim, wnikały w nią, aż wreszcie został tylko jeden, ten pierwszy, w tej samej pozycji, w jakiej znalazłem go w spalonym ciele na łące, po czym Nina wyciągnęła go z ust i ukryła w dłoni.

– Jest tutaj jedna rzecz, która nie pasuje do reszty, – mówiła dalej – która jest prawdziwa – to koło. Zwróciło mi życie, ożywiło mojego syntetycznego ducha. Ono jest stare i w świecie nanostymulantów i mikrokomputerów odkryło w sobie nową moc. – Nina podeszła jeszcze o krok bliżej krawędzi. – Ty Behemocie również jesteś wyjątkowy. Potrafisz zobaczyć naturę rzeczy, która jest niepoukładaną sekwencją zdarzeń, wachlarzem scenariuszów do chronologicznego rozegrania w zwymiarowanej przestrzeni rzeczywistości. Miałam wielkie szczęście cię poznać po śmierci.

– Uważaj! – krzyknąłem, chyba najbardziej ludzkim głosem, jaki kiedykolwiek udało mi się z siebie wydobyć. Za późno jednak. Wysoka fala wylała się spod koła i ogarnęła stopy Niny, a później resztę jej sylwetki aż do pasa, jakby ona cała była zrobionym z balsy, nikomu już niepotrzebnym hulkiem w muzealnym porcie, którego nieubłaganie zagarnia przypływ. Zdążyłem jeszcze odskoczyć w bok i schować się za ścianą. Słyszałem jej niewinny, pełen strachu krzyk, kiedy rozrywało ją młyńskie koło, zupełnie jakby robiło to po raz pierwszy, jakby jeszcze nie przywykła do nieprzerwanego umierania zaskoczona, że jest to tak trudne do zniesienia. Później wszystko umilkło. Wybiegłem na mokry pomost, a na spienionej wodzie wokół koła rozlewały się plamy świeżej krwi. Gdzieś tam, głęboko pod powierzchnią, z pewnością leżała. Nie byłem tylko pewien czy sama, czy może ze stosem innych podobnych, wręcz identycznych genotypowo, kobiet mojego pana. Ale skoro nie umiem rozpoznać czy widzę przyszłość, przeszłość czy teraźniejszość, to może wszystko można przeżyć jeszcze raz, cofnąć zażyłą z bogami triadę czasu, bo młyńskie koło wciąż obraca się pod kopułą lazaretu. Pobiegłem więc do młyna trochę przerażony, że znajdę tam faktycznie już martwego Bonawenturę.

 

VIII.

Tak, jak powiedziała Nina, znalazłem go obok mącznicy z jedną ręką opartą o rozbity mlewnik. Miał w niej założone lekko krwawiące wkłucie, a dookoła było pełno obcych ludzkich zapachów i śladów ciężkich butów. Po dokładnych oględzinach podłogi, stwierdziłem, że były tu przynajmniej trzy osoby. Jedna zgubiła gumowe rękawiczki. Drugiej wypadło sporo czarnych, krótkich włosów. Bonawentura musiał wpaść w jakiś szał i długo płakać młynarskimi łzami, ponieważ na jego pobielonej mąką twarzy uwidoczniły się ciemniejsze koryta, na dnie których widać było czystą skórę. Otarłem się parę razy o jego zimne ręce, wtarłem swoją kocią miłość w jego sztywne ramiona i pobiegłem na łąkę.

Właściwie to co ja o nim myślałem? Był obcym istnieniem obok mnie. Uzupełniał dozownik pokarmu, czasem brał na ręce, rzadko kiedy mówił, co jest paradoksem, ponieważ akurat rozumiałem więcej niż wszawe kociarstwo bez nanoprocesorów żyjące jeszcze podobno nielicznie poza euroazjatycką kopułą. Czy byłem bardziej potrzebny jemu, czy może on mnie? Czas, ów czas, którego mi bez przerwy brakowało był moim najpotężniejszym przeciwnikiem, i jeszcze to, co ze mną zrobili, że mogłem o tym sobie w ogóle pomyśleć. Od takiej, bijącej strachem, neurotycznej paniki, obecność Bonawentury mnie bez przerwy ocalała, przypominając mi, że jestem tylko wytrzebionym kocurem i zarazem genius loci młyna – jedynym elementem otoczenia, który jest prawdziwy. A on, Guzikowiec? Czy rzeczywiście jest maniakalnym zabójcą, którego oglądają pod kopułą jak niemożliwą do zrozumienia łamigłówkę wraz z jego naszprycowaną elektroniką, włochatą maskotką? Kim były więc kobiety, które mu przysyłali jak mięso na żer? Obydwaj widocznie nic nie znaczymy.

Gdy go znalazłem i sprawdziłem, że oddycha, nie obchodziło mnie już co się ze mną stanie, bo wiedziałem i tak, że właśnie dlatego ją znów znajdę na tej łące. Wezmę guzik z jej wypalonych ust i zaniosę go Bonawenturze, uchylając nim wrota nieugiętego czasu, żebym mógł jeszcze o tym zmierzchu spokojnie posiedzieć nad stawem i pogapić się na japońskie karpie.

Koło młyna obraca się, nie zważając na wszystko wokół. Jest magiczne, a teraz gdzieś w głębinie pod nim kryje się Nina. Komputery i wytworzone przez nie hologramy też mają swoje nadprzyrodzone życie, a duchy wewnątrz ich świata są nie mniej duchowe od tych z legend sprzed ery Intela. Inaczej tylko nieraz wyglądają, inaczej powstają jako echo zamkniętych programów, a przede wszystkim to my inaczej się ich boimy.

 

*

Tak, to na pewno pustułka znowu zakrakała, a może zagdakała, w każdym razie jest to denerwujący odgłos. Burzy tę wieczorną ciszę i uspokajające skrzypienie młyńskiego koła. Niedługo zapadnie noc pod kopułą nad młynem, a woda spokojnie uniesie czas i go po wieczność dla mnie zawróci.

Koniec

Komentarze

Trochę jest tu błędów interpunkcyjnych, warto się dokładniej tym przecinkom przejrzeć. Nie zawsze pasował mi język narratora – zwłaszcza na początku, potem przywykłam. Momentami jest niemal medyczny, co w głowie kota, nawet wspomaganego chipami brzmiało dziwnie – zwłaszcza "ejakulat" obok "posuwania" jako określenia na seks. No i właśnie – fragmenty erotyczne. Są wulgarne i opisywane językiem "ulicznym", podczas gdy reszta ma naprawdę przyjemny, jak mówiłam, momentami medyczny styl, który wskazuje na bogaty słownik autora. Kontrast jest na tyle duży, że mam wrażenie niezręczności autora w opisie takich scen. Nie widzę też powodu, żeby tak graficznie wyróżniać opcje zaproponowane przez Ninę, ale to już zamysł twórczy.

Sama treść bardzo mi się spodobała. Rozwija się powoli, ale nie przeszkadzało mi to, dobrze się czytało. Wszystko wyjaśnia i kończy się w jednej chwili, taki typowy punkt kulminacyjny, ale nie zawiódł mnie. Wcześniej treść pozwala snucie podejrzeń, które pod koniec właściwie są tylko potwierdzane lub nie. Przepełniony rządową/korporacyjną kontrolą świat jest bardzo typowy i podoba mi się, że cała akcja jest osadzona w tak nietypowych warunkach, jak stary młyn, który okazuje się miejscem eksperymentu.

Taki był plan, kot jest mieszaniną wysublimowanego narratora literackiego i ulegającego instynktom ulicznym, wspomaganego technologią, niestabilnego emocjonalnie zwierzęcia. Zależy o czym mówi. O seksie mówi ostrzej, ponieważ sam nie może go uprawiać. Generalnie, kiedy mówi o relacjach swojego pana, jego język się zmienia – nastawia się w stosunku do niego w gotowości do ataku, ale i nieokreślonej słabości psychicznej, stadnego przyporządkowania – to chciałem podkreślić. Jest zawistny, ale nie umie być do końca ludzki.

A przecinkom niech się przyglądają korektorzy, bo ja już nie mogę:P:P W ogóle już nie mogę patrzeć na ten tekst. Przeczytałem go ponad dwadzieścia razy i więcej odmawiam…

Poza tym, co ja poradzę, lubię  mocno pisać o seksie –  ot takie upodobanie osobiste. Gdzieś w głowie wciąż pobrzękuje głos być jak Charles Bukowski, albo Philip Roth, czyli ci pisarze, których niezwykle poważam za wyuzdany język i łączenie go z niebywale literackimi opisami.

Ból czytania swojego tekstu – czasem trzydzieści razy to za mało, a człowiek po prostu już nie może i ma dość. Tak, to akurat w pełni zrozumiałe.

Zmiana języka ma sens po wytłumaczeniu, ale nie widzę go nigdzie w tekście, dlatego tak razi.

Opowiadanie pozostawiło mnie z mieszanymi odczuciami i przekonaniem, że chyba nie wszystko do mnie trafiło.

W zasadzie czytałam bez przykrości, ale też bez specjalnego zaciekawienia, co dalej. Raczej zastanawiałam się, o co tu chodzi i dlaczego Behemot znajduje akurat guziki.

Być może rozpraszało mnie wyłapywanie usterek i nie poświęciłam należytej uwagi opowieści Kota, stąd te mieszane odczucia.

 

bę­dzie krę­cić nim jesz­cze długo po mojej śmier­ci, kiedy z mo­je­go roz­ty­te­go ciel­ska… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Więk­szość ko­biet, jakie po­zna­łem… – Więk­szość ko­biet, które po­zna­łem

 

dwóch chi­pów – jed­nym lo­ka­li­za­cyj­nym, a dru­gim za­awan­so­wa­nym mo­du­łem sztucz­nej in­te­li­gen­cji, które umoż­li­wiał mi… – Literówka.

 

który tylko na­śla­do­wał ludz­kie za­pię­cie do ubra­nia. – Raczej: …który tylko na­śla­do­wał za­pię­cie do ludzkiego ubra­nia.

 

po pro­stu za­pi­sa­łem to zda­nie, po­nie­waż wy­da­ło mi ważne i uży­tecz­ne w przy­szło­ści. W mojej sztucz­nie roz­sze­rzo­nej ko­ciej pa­mię­ci mam za­pi­sa­ną mapę ca­łe­go re­wi­ru mu­ze­al­ne­go. – Powtórzenie.

 

Moje le­ni­we życie w roli za­cza­ro­wa­ne­go kota mły­na­rza zo­sta­ło jed­nak dra­stycz­nie prze­rwa­ne, kiedy usły­sza­łem do­cho­dzą­cy gdzieś z przo­du sze­lest. – Przerwane życie brzmi dość ostatecznie.

Proponuje: Moje le­ni­we życie, w roli za­cza­ro­wa­ne­go kota mły­na­rza, zo­sta­ło jed­nak dra­stycz­nie zakłócone, kiedy usły­sza­łem do­cho­dzą­cy gdzieś z przo­du sze­lest.

 

Ale jaką bro­nią? Z tego, co wie­dzia­łem, nie ist­nia­ła żadna broń w taki spo­sób za­bi­ja­ją­ca… – Powtórzenie.

Wydaje mi się, że aby zabić, broń nie jest konieczna. Rozumiem, że kot może tego nie wiedzieć.

 

żeby roz­ru­szać mnie – za­tłusz­czo­ne­go ko­cu­ra z ar­tro­zą sta­wów… – Czy kot był na pewno zatłuszczony, czy raczej otłuszczony/ tłusty/ gruby?

Zatłuszczony to ubrudzony tłuszczem.

 

że w około nie ma żad­ne­go wiel­ko­lu­da… – …że wokoło nie ma żad­ne­go wiel­ko­lu­da

 

żebym za­uwa­żył ten błysz­czą­cy przed­miot i za­po­cząt­ko­wał przy­szłą la­wi­nę wy­da­rzeń. Z wy­bi­tej szczę­ki tru­chła, utrzy­mu­ją­cej się tylko na zła­ma­nej żu­chwie, wy­sta­wał jakiś błysz­czą­cy przed­miot.– Drugi zaimek zbędny. Powtórzenie.

 

Otwo­rzył jej w samym dole od pi­ża­my… – Raczej: Otwo­rzył jej w samych spodniach od pi­ża­my

 

mie­ląc ozo­ra­mi o rze­czach, ja­kich nigdy nie wi­dzie­li. – …mie­ląc ozo­ra­mi o rze­czach, których nigdy nie wi­dzie­li.

 

od­po­wie­dzia­ła, wcho­dząc do sze­ro­kie­go hallu, który od razu prze­cho­dził w ob­szer­ną część dzien­ną młyna. – Powtórzenie.

Może: …od­po­wie­dzia­ła, wkraczając do sze­ro­kie­go hallu

 

Ja­dłem, a ra­czej ły­ka­łem, a póź­niej bez sił po­le­głem w kącie pod ścia­ną… – Raczej: Ja­dłem, a ra­czej ły­ka­łem, a póź­niej bez sił ­le­głem w kącie pod ścia­ną

Gdyby poległ, byłby to koniec opowieści.

 

Wtedy nie zda­wa­łem sobie spra­wy z dziw­no­ści całej tej sy­tu­acji. Może po­ja­wie­nie się wtedy Niny… – Powtórzenie.

 

Je­stem bar­dzo cie­ka­wa czy jest tak samo in­te­li­gent­ny, co kot Be­he­mot z Mi­strza i Małgo­rza­ty?jak kot Be­he­mot z Mi­strza i Małgo­rza­ty?

 

Włą­czy­łem się w roz­mo­wę, oczy­wi­ście ni­czym dla wiel­ko­lu­dów nie zna­czą­cym miałk­nię­ciem.

Włą­czy­łem się w roz­mo­wę, dla wiel­ko­lu­dów, oczy­wi­ście, ni­c nie zna­czą­cym miauk­nię­ciem.

 

Twój Be­he­mot jest po­dob­nie nie­zwy­kły, co ten z książ­ki.Twój Be­he­mot jest po­dob­nie/ równie nie­zwy­kły, jak ten z książ­ki.

 

Pół tejże nocy prze­spa­łem jed­nak pod roz­gwież­dżo­nym, wiecz­nie let­nim, nie­bie… – …pod roz­gwież­dżo­nym, wiecz­nie let­nim nie­bem

 

Z bie­giem czasu wła­śnie ta ich oso­bli­wa wła­ści­wość miała mi pomóc… – Nie brzmi to dobrze.

 

Za­klę­cie, jakie rzu­ci­ła na niego Nina… – Za­klę­cie, które rzu­ci­ła na niego Nina

 

Nie­kie­dy wie­czo­ra­mi, pod­czas swoim nep­tycz­nych ata­ków… – Literówka.

Co to są neptyczne ataki?

 

co ob­ja­wia­ło się dla po­stron­nych słu­cha­czy serią po­mru­ki­wać, miał­ków i za­wo­dzeń i wy­cho­dzi­łem na pole. – …co ob­ja­wia­ło się postronnym słuchaczom serią po­mru­ki­wań, miau­ków i za­wo­dzeń, i wy­cho­dzi­łem na pole.

 

Wtedy znaj­do­wa­łem guzik. Moim ry­tu­ałem stało się ich znaj­dy­wa­nie po jej wyj­ściu… – Powtórzenie.

Proponuję w pierwszym zdaniu: Wtedy natykałem się na guzik.

 

Teraz na­to­miast było ich na tyle, że nie tylko two­rzy­ły… – Teraz na­to­miast było ich tyle, że nie tylko two­rzy­ły

 

na blat obok jego zgar­bio­nej głowy… – W jaki sposób garbi się głowa?

 

żeby młyn za­czął w końcu dzia­łać, a nie był tylko mu­ze­al­ną imi­ta­cją. – Raczej: …a nie był tylko mu­ze­al­ną ekspozycją/ muzealnym eksponatem.

 

Może dla­te­go, bo wszyst­ko w tym la­za­re­cie jest pod­po­rząd­ko­wa­ne obłą­ka­niu two­je­go pana. Może dla­te­go, że wszyst­ko w tym la­za­re­cie

 

Nie – wy­miał­cza­łem.Nie – wy­miaucza­łem.

 

zo­sta­li uzna­ni przez rzą­do­wą kor­po­ra­cję Pelt­za za war­tych do głęb­sze­go po­zna­nia. – …za war­tych głęb­sze­go po­zna­nia. Lub: …za war­tych dogłębniej­sze­go po­zna­nia.

 

Ko­bie­ta otwo­rzy­ła usta i je wpu­ści­ła. – Gdzie kobieta wpuściła otworzone usta?

 

stwier­dzi­łem, że było ich przy­naj­mniej trzy osoby. – Raczej: …stwier­dzi­łem, że były tu przy­naj­mniej trzy osoby.

 

Czy byłem mu bar­dziej po­trzeb­ny, czy może on mi?Czy byłem bar­dziej po­trzeb­ny jemu, czy może on mnie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Większość poprawek uwzględniłem. 

 

Ataki neptyczne to stany poza percepcją rzeczywistości, taki częściowy autyzm, głęboka melancholia, ale jednak wciąż nie katatonia.

Mnie jakoś nie porwało. Może dlatego, że czytałam z przerwami i niewiele zrozumiałam. Czas oszalał, czy kotkowi się porąbało?

Zaczęłam wypisywać jakieś uwagi, ale widzę, że w międzyczasie przyszła Reg i wyrównała… Zostało mi tylko to:

Po mniej więcej dwóch miesiącach Nina zmieniła tryb odwiedzin u Bonawentury. Przychodziła teraz rzadziej, ale za to zostawała na dłużej. Nadal gubiła złote guziki, które znosiłem na blat w kuchni. Już jakiś czas temu zauważyłem, że wykazują one zdolność do układania się w kształty,

Mam wrażenie, że te wszystkie informacje już wcześniej podawałeś.

Babska logika rządzi!

I czas oszalał obiektywnie, i kotkowi się oszalało w owym czasie subiektywnie.

A dlaczego utopiono-zmiażdżona dziewczyna znalazła się wysuszona na łące? Ale może coś poplątałam.

Babska logika rządzi!

Nie, to nie tak. Najpierw dziewczyna była na łące, a dopiero później zabrało ją koło, a wróciła jako cybernetyczny duch, którego naturę w przedziwny sposób rozpoznawał kot.

Ale to nie ma znaczenia. Kot nie umie poskładać z tej historii do końca koherentnego ciągu zdarzeń, może więc było inaczej, np. tak, jak Ty napisałaś. Kot jest w wiecznym “teraz”, żyje momentalnie, bez przyszłości i historii w sensie ludzkim. Niech więc czytelnik poskłada te wydarzenia i wybierze jakiś scenariusz (zaproponowany przez Ninę pod koniec opowiadania). Koło wiecznych powrotów, jak u Seneki i Borgesa, i tak sprawi, że wszystko przetasuje się w kalejdoskopie wszechświata i wróci, podczas gdy Behemot, nie dotknięty piętnem strzałki czasu, będzie mógł ciągle leżeć na łące i słuchać jazgotu pustułki.

 

A literalnie odpowiadając na Twoje pytanie: Bonawentura ją zamordował i zostawił na łące (Nina była naukowcem, terapeutką). Behemot nie umiał tylko skojarzyć faktów. Docierały one do niego z opóźnieniem. Nina faktycznie była krewną szefa korporacji władającej ośrodkiem terapeutycznym w młynie, dlatego też została wykorzystana przez ową korporację Peltza do stworzenia humanoidalnego bota, żeby jeszcze raz prześledzić proces morderstwa. Jak to jednak bywa w metafizycznej futurologii, na jej drodze stanął wspomagany technologią kot (wraz z magicznym kołem), który potrafił zobaczyć w niej nową formę cyfrowego ducha. Guziki to wyciek energetyczny spomiędzy superstrun, które budują ten wymiar rzeczywistości, w której dzieje się opowiadanie.

Podobało mi się :)

Mam mieszane wrażenia. Z jednej strony zaintrygował mnie tytuł i postać kota (guziki są genialne), z drugiej, jakoś nie podeszła mi ta cała historia z Bonawenturą. Po Twoim wytłumaczeniu, niestety notowania się nie poprawiły.

Także, sam nie wiem.

No dobra, musiałem coś napisać, bo dyżur. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Całkiem interesująca wizja. Ujął mnie zwłaszcza młyn wodny, mam słabość do tego typu elementów scenografii. Końcowy twist też w porządku. Ogólnie niezły tekst.

Nowa Fantastyka