- Opowiadanie: Namrasit - Kartoflak

Kartoflak

Witam. Ostatnio napisałem kolejne krótkie opowiadanie w klimatach wiejskim, mam nadzieję, że komuś się spodoba.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Kartoflak

Kartoflak

 

Maryla nie wiedziała, co począć. Stała i bezradnym wzrokiem patrzyła jeno na tajemniczego, ciemnoskórego mężczyznę o białej stopie.

A wszystko zaczęło się tak niewinnie. Ot, jak co dzień przed południem wyszła z domu, coby ziemniaków na obiad nakopać. Pechowo, motykę ze sobą wziąć zapominała, to jednak nie był powód, by z drogi zawracać. Zawsze silne ręce miała, a że ziemniaki zwykły ledwo pod powierzchnią gruntu siedzieć, nie bała się palców pobrudzić. Wszak Jaśko, nim kartofle posadził, pole tak mocno przeorał, że ziemia na nim miększa niźli piersi Maryli była. Któż by jednak mógł przypuszczać, jakie efekty taka pracowitość przyniesie. Jakie troski. Jakie problemy.

I wcale nie o ziemniaki tutaj chodziło – te, stosownie do pracy przy orce włożonej, obrodziły jak nigdy wcześniej, a i smak miały wyjątkowy. Wszystko to jednak znaczenie straciło, kiedy Maryla, grządkę rozkopując, na białą stopę trafiła. Mniemając, iż na młodego, dorodnego kartofla patrzy, bulwę do kosza wrzucić zamierzała, ta jednak, z sobie jeno znanych powodów, gleby opuścić nie miała ochoty. Krnąbrność ziemniaka Marylę zirytowała, a że chłopka silna była i do tego uparta, odpuścić nie zamierzała. Z całych sił za znalezisko pociągnęła i tak oto problemów sobie narobiła.

Wyszedł kartofel z ziemi. Wyszedł, ale nie sam. Co gorsza, okazało się, że żaden z niego ziemniak, a chłop. I to nie taki zwykły, jeno czarny cały, z białawą, kartoflaną stopą.

– Czort jaki, czy co? – pytała samą siebie Maryla.

Żadnej niestety odpowiedzi na pytanie swoje nie otrzymała. Pomyślała jeno, że może lepiej nieznajomego z powrotem w ziemi zakopać, by w taki sposób sprawę załatwić, ale że od małego szacunek dla gości do głowy jej wbijano, to koniec końców obcego pod ramię złapała i do chaty zawlokła. „Może to kniaź jaki?” rozmyślała, „albo bóg zaklęty?”. Z trudem przytaszczyła cudaka do stodoły, na siano rzucając. Tajemniczy młodzieniec na martwego wyglądał, lecz widać było, że dycha. Maryla tuż obok, na pieńku przysiadła, chcąc po morderczym spacerze odpocząć. Łypnęła na nieznajomego, rozważając, co też mężowi powie. „Przeca Jaśko nie uwierzy, żem go w kartoflach znalazła. Żeby to chociaż niemowlak jaki albo choć dzieciak był…” roztrząsała, raz po raz na młodzieńca zerkając. „Chyba mnie o nic nie posądzi?” zadrżała. Nieznajomy był wszak nagi ze słusznych rozmiarów fajfusem, a że głowa się mu w siano zapadła, fallus nad wszystkim innym górował.

– O niech mnie bogowie bronią!

Maryla pośpiesznie na nogi stanęła, szukając czegoś, czym mogłaby wodzącego na pokuszenie kapucyna zasłonić. W ręce wpadło jej sito, którym grykę zwykle przesiewała. Tym to w ostatniej chwili fujarę zakryła, kiedy ta w jej oczach niebezpiecznie już na rozmiarze przybierać zaczynała. Zaraz też wybiegła ze stodoły, nie chcąc z obcym więcej sam na sam przebywać. Bojąc się do szopy wrócić, postanowiła do sąsiadki po poradę zajść.

Stara Klara, chociaż nielubiana, znana była z tego, że niejedno już w życiu widziała, a i o czarach oraz legendach wiedzę posiadała. Chociaż każdy zwykł jej unikać, a dzieciaki coraz kamieniami obrzucały, kiedy tylko coś niezwykłego miało w wiosce miejsce, zaraz po nią posyłano.

Maryla jako jedna z nielicznych z wdową w zgodzie żyła, acz tylko dlatego, że chata starej zrzędy nieopodal Jaśkowego gospodarstwa stała. Szybko więc w progu niewielkiego domostwa stanęła, krzycząc najgłośniej, jak potrafiła:

– Klaro! Klaro! Gdzieście są?!

– Łolaboga, co tak wrzeszczysz, Marylo? – ozwał się głos z głębi izby.

Kobieta nie czekała, aż wdowa na spotkanie jej wyjdzie. Zamiast tego do środka wbiegła i, cała roztrzęsiona, krzyknęła:

– Znalazłam chłopa jakiegoś na polu! Czarny cały z fifolem wielkim.

– Co? – Klara zmrużyła oczy.

– Prawdę mówię, a nie kłamię – zapewniała Maryla. – Fajfus wielki, że takiego jeszcze nie widziałam. I czarny cały jak u biesa.

– Łolaboga! Co ty pleciesz, kobieto?! – Stara wzniosła ręce. – Prowadź, bym i ja kapucyna tego, którego tak zachwalasz, ujrzała!

Prośba starej kobiety w zakłopotanie chłopkę wprawiła. Wszak nie wielki fajfus był w tej sytuacji najważniejszy.

– W stodole leży, za mną – zarządziła Maryla, ruszając tam, gdzie nieznajomego pozostawiła.

Kobiety w mgnieniu oka na miejsce dotarły, zatroskane tym, by ktoś im przypadkiem tajemniczego młodzieńca sprzed nosa nie zwinął, bądź co gorsza, czarnego fallusa o uszczerbek nie przyprawił. A wszak wiele innych kobiet po okolicy krążyło i nieraz, to jedna, to druga do nieswojej stodoły zaglądała, by wiadro, konewkę czy motykę na pewien czas, bez właściciela wiedzy, pożyczyć. Na szczęście tym razem nikt do szopy nie zawitał, a nieznajomy leżał tak, jak go Maryla zostawiła. Jeno sito, zamiast na swoim miejscu pozostać, na twarz młodzieńca się zsunęło, tak, że pierwszym, na co spojrzały przybyłe, był wielki fajfus barwy hebanu.

– Łolaboga! Większy niż mówiłaś! – krzyknęła zaskoczona Klara. A że niejedno w życiu widziała, to niełatwo było ją czymś zadziwić.

– No, mówiłam – przypomniała chłopka. – I patrz! Stopa biała!

– Łolaboga! Stopa biała!

– Tak. Z kartofli go wykopałam – kontynuowała Maryla.

– Co? Z kartofli?! Łolaboga! – wdowa postąpiła krok w tył i pobladła.

Reakcja starej kobiety młodszą zszokowała.

– Czy to źle? – zapytała Maryla, z nutą obawy.

– Toż to przeca Kartoflak! – wyjaśniła Klara. – Czart, który ziemniaki zjada… – zniżyła głos. – Chodź, bo jeszcze biesa zbudzimy – ruszyła ku wyjściu.

– Kartoflak? Nigdy o nim nie słyszałam – odparła chłopka.

– Raz na sto lat się pojawia – tłumaczyła wdowa, gdy na zewnątrz już były. – Na dorodne pole kartofli przybywa i tam śpi, a jak go kto wykopie, to kiedy się obudzi, ziemniaki wszystkie pożera oraz dziewki z okolicy chędoży. Tak stara legenda prawi.

– To pewne z tymi dziewkami? – spytała Maryla, z nutką nadziei, bo choć próbowała, to obrazu czarnego kapucyna z umysłu wyrzucić nie mogła.

– W każdej legendzie jest ziarno prawdy ukryte – stwierdziła Klara, wzruszając ramionami. – Zwykle jednak większość to bajania. Mimo to zrobić z nim coś trzeba, bo jeszcze zgubę osadzie przyniesie.

– Co zrobić? Pozbyć się? Ale jak? – Chłopka pod ścianą domostwa przysiadła. – Jaśko niedługo z pola wróci. Zły na mnie będzie, jak mu powiem, że czarta do domu przywlokłam i to takiego z fajfusem wielkim. – Spuściła głowę.

Chociaż Jaśko był z natury człowiekiem spokojnym oraz pracowitym, to kiedy o Marylę szło, wielka w nim zazdrość wzbierała. Nie jednemu sąsiadowi przeto mordę obił, kiedy tylko spostrzegł, że ten pożądliwie na jego lubą spogląda. Czy jednak mógł i biesowi dać radę? Czart na silnego nie wyglądał, a do tego we śnie był pogrążony, kto jednak mógł wiedzieć, jakimi mocami naprawdę dysponuje? Kobieta postanowiła, że dla dobra męża, musi się diablęcia jak najszybciej pozbyć.

– Trzeba go wypędzić – rzekła w końcu Klara, która również nad rozwiązaniem problemu rozmyślała.

– Tylko jak? Mogę go z powrotem na pole odnieść – zaproponowała Maryla.

– Nie, ryzyko zbyt wielkie, że się obudzi, a to by zgubę osadzie przyniosło – wspomniała wdowa.

– Cóż więc czynić?

– Trzeba go mlekiem kozy młodej napoić. Tak stara legenda prawi.

– Jadźka ma kozę! – wypaliła Maryla.

– To biegnij do niej, a ja biesa przypilnuję – zapewniła Klara, uśmiechając się przy tym podstępnie.

Na szczęście Maryla podejrzanego grymasu starej wdowy nie wyłapała i prędko do gospodarstwa Boruchów pobiegła.

Klara wzrokiem odprowadziła sąsiadkę, a kiedy ta za węgłem zniknęła, do stodoły wróciła.

Od czasu, kiedy to jej drogi Mięcisz na lepszy świat się udał, niewielki szacunek, jaki pośród chłopów miała, straciła. Szybko przestano ją mianem zielarki określać, zamiast tego wiedźmą nazywając. Nikt oczywiście wprost tego nie mówił, co raz bowiem ktoś wiedzy oraz mądrości starej wdowy potrzebował, lecz kiedy tylko problem rozwiązany zostawał, każdy się od czarownicy odwracał. Przez ten brak wdzięczności Klara od dawna zemstę na wiosce planowała, niestety, nigdy ku temu sposobności nie miała. Aż do dzisiaj.

Rada, że Maryli się pozbyła, nad śpiącym czartem stanęła, lubieżnie wargi oblizując. Z opowieści babki oraz ksiąg zakazanych wiedziała, jak biesa zbudzić. Podciągnęła suknię, ochoczo na czarnego fallusa siadając. Poczuła, jak ten zaczyna pulsować i rosnąć. Szaleńczo się zaśmiała, wiedząc, że nic już nie jest w stanie tak cnót wieśniaczek, jak i zebranych przez chłopów kartofli od zguby ocalić.

Koniec

Komentarze

Czyli rozumiem, że na obiad nie będzie dziś ziemniaczków? Zgniłam ze śmiechu przy czytaniu i muszę to publicznie wyznać :D Daję 6, bo kocham Kartoflaka. 

Pisz i pozwól czytać innym :)

Nawet niezłe, ale szyk przestawny niemal w każdym zdaniu skutecznie utrudnił mi czytanie. Niemniej, łap ocenkę :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

 

Podobnie jak Kwisatzowi przeszkadzała mi stylizacja, która dodatkowo stosowana jest niekonsekwentnie. W narracji masz szyk przestawny i potoczne wyrażenia a zaraz obok kwiatki takie jak “​adekwatnie", W dialogach podobnie – Klara najpierw mówi "Prowadź, bym i ja zobaczyła​", a potem nagle z literacka opowiada o czarcie “który ziemniaki zjada “
Humor trochę zbyt przaśny jak na mój gust, aczkolwiek nie mogę odmówić “Kartoflakowi” pewnego uroku. Zastanawia mnie jednak jak można jednocześnie taszczyć coś i rzucać to coś na siano. Ponadto zdziwiłam się trochę, że Maryla modli się do bogów. Kto marnowałby czas na jakiś tam, nieznanych i odległych bogów? Wydawałoby się, że modlić należy się do Bogów, których darzy się szacunkiem i poważaniem.

Hmm... Dlaczego?

I co było dalej? Tak zakończona opowieść jest nijaka.

co raz i nie raz powinno być razem, czyli coraz, nieraz.

Zabawna przypowieść. Pośmiałam się, ale fryteczki na obiad wciągnęłam.

Jedno, co mi się nie podoba, to nazywanie intymnej części ciała diabła fallusem. Według mnie baba ze wsi takiego słowa znać nie powinna, ale jest tyle synonimów: choćby kuśka, fiutek czy ptaszek/ptak. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mam podobnie jak bemik. Fallus w ustach wieśniaczki (jakkolwiek to brzmi) niezbyt mi pasował.

Poza tym zgrabna opowiastka.

Po Autorze Ostatniego kwiku spodziewałam się humoru znacznie lepszej jakości. Przykro mi, ale Kartoflak zupełnie nie przypadł mi do gustu. By mnie rozbawić trzeba czegoś więcej niż przaśno-siermiężnej scenki „ozdobionej” czarnym fallusem/ fajfusem.

 

Nie­ste­ty, żad­nej od­po­wie­dzi nie do­cze­ka­ła. – Raczej: Nie­ste­ty, żadnej odpowiedzi nie doczekała się.

Nie doczekać to inaczej nie dożyć.

 

znana była z tego, że nie jedno już w życiu wi­dzia­ła… – …znana była z tego, że niejedno już w życiu wi­dzia­ła

 

Stara wznio­sła ręce ku górze. – Masło maślane; czy mogła wznieść ręce ku dołowi?

Może: Stara wznio­sła ręce. Lub: Stara wyciągnęła ręce ku górze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki wszystkim za komentarze oraz uwagi, nie spodziewałem się ich tak szybko.

Co do szyku przestawnego, nie jest to styl, jakim zwykle piszę, ale chciałem się z nim zmierzyć. To głównie z powodu tego powstało to opowiadanie. Choć widzę, że niekoniecznie wszyscy go lubią, spróbuję go i tak jeszcze trochę poprawić.

Co do poziomu humoru, to już dawno nauczyłem się, że tym jest jak z dżemem truskawkowym. Jedni go lubią, inni wolą wiśniowy, a jeszcze inni w ogóle nie jedzą dżemu :D.

Jeszcze raz dzięki za trafne uwagi, testowi za dużo czasu nie poświęciłem, więc wiem, że wymaga dopracowania.

Niestety, ale mnie nie ubawiło, wręcz dość obojętnie przeszło. Być może winę za to ponosi wszechobecny fajfus, bo co za dużo to niezdrowo i dowcip taki mocno przegadany pod tym kątem  wyszedł. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No cóż, przeczytałem. Pozostając w klimacie opowiadania przypomniało mi się stare powiedzenie, które będzie chyba idealnym podsumowaniem:

(przepraszam za wulgaryzm):

“Baby chujem nie przestraszysz.”

 

Edit: Sam pomysł “kartoflaka” ciekawy i zdecydowanie na plus. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

No tak. Nie ma jak fantasy w swojskim, wiejskim klimacie. Pomysł fajny, ale faktycznie zakończenie można by było dopracować.

Dopracować, w sensie, że rozbudować? Cóż, to miała być krótka historyjka, raczej bez opcji kontynuacji.

Mnie rozbawiło. Całkiem udany ten kartoflak, choć faktycznie stylizacja nieco do dopracowania. Może nieco za dużo o samym przyrodzieniu, ale ogólnie mi się podobało i mimo że humor specyficzny, to dla mnie całkiem zabawny.:)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Zabawne, dobrze napisane. Dam czwórkę.

Mnie rozbawiło. Czytało się przyjemnie, stylizacja nie przeszkadzała. Humor, owszem, wielce przaśny, ale może być.

Tylko zakończenie słabe, jakieś takie urwane. No, co było, gdy gospodyni wróciła z tym mlekiem?

Babska logika rządzi!

Chciałbym napisać jakiś obszerny komentarz o tym tekście, ale skończę chyba na tym, że mi się bardzo utwór spodobał. Fabuła wciągnęła, dobrnąłem do końca i tak w ogóle to leci pięć!

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Nowa Fantastyka