- Opowiadanie: Finkla - Mleko

Mleko

Tekst nie zdążył sobie poleżeć, ale wicie, rozumicie – termin konkursu. Wolę zostawić sobie czas na uwzględnienie Waszych uwag przed odłożeniem klawiatury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

regulatorzy, ryszard, śniąca

Oceny

Mleko

Wziąłem Luizę na muszkę. Owad zapamiętale zdążał prosto przed siebie, powiew od ciężko pracujących skrzydełek chłodził nam twarze. Bałem się, że dziewczyna poleci na łeb albo na szyję, ale przyssała się jak pijawka. Ciekawiło mnie, czy od przyssawki zrobi mi się siniak na szyi.

Nagle świat pociemniał, ale nic a nic nie pozieleniał. To do naszej muszki zbliżała się jaskółka. Nie zdołała uczynić wiosny – nadal królowała wczesna jesień z ogromnym, złocistym jabłkiem w dłoni – ale najwyraźniej zostaliśmy obiektem polowania. Dałem koleżance znak i przygotowaliśmy się do zmiany pojazdu. We właściwej chwili Luiza z całej siły uderzyła natręta znakiem w dziób. Korzystając z chwilowego oszołomienia jaskółki, przeskoczyliśmy jej na głowę. Od tej pory oglądaliśmy świat z lotu ptaka, nie muchy.

Widoki szybko się skończyły, bo otoczyła nas mgła gęsta jak mleko. Jaskółka bez zwłoki przekształciła się w rekina nabiałowej finansjery. Podróż trwała. Po dwóch godzinach Luiza szarpnęła mnie za rękę, wskazała coś w oddali. Posłusznie rzuciłem okiem. Gdy przyciągnąłem je z powrotem, było oblepione czymś żółtym. Nieufnie powąchałem, po czym polizałem kleistą bryłkę. Wszystko się wyjaśniło – oto przekroczyliśmy granicę Krainy Miodem i Mlekiem Płynącej.

Nie spodobała nam się. Przy kilkucentymetrowej widoczności rekin wkrótce uderzył w coś czołem. Coś okazało się budowlą. Porzuciliśmy nieprzytomnego wierzchowca i wpłynęliśmy do środka przez otwarte okno.

Trafiliśmy do kuchni – powitała nas lodówka:

– Bądźcie pozdrowieni, przybysze. Rozgośćcie się. Mleka?

– A masz, babo, placek? – spytała Luiza.

– Niestety, nie dysponuję plackami. Mleko pełnotłuste, odtłuszczone, pasteryzowane, zsiadłe?

– Wolelibyśmy zjeść coś konkretnego… – Zastanawiałem się przez chwilę. – Może wędliny?

– Nie ma wędlin, wyszły. Wzięły parówkę, związały, jak baleron sobie zażyczył, i zaciągnęły do łaźni. Mleko sojowe, kokosowe?

– Masz coś, co nie byłoby cieczą? – poprosiłem.

– Mleko w proszku! – odpowiedziała z triumfem lodówka, wyrzuciła z siebie niebieską paczuszkę ozdobioną białymi napisami, po czym zamruczała z radości.

Luiza w międzyczasie zwiedzała mieszkanie, do którego wpłynęliśmy. W pewnym momencie, posapując z wysiłku, dobiegło do mnie bulgotanie dziewczyny. Znalazła butlę zacnego półtoraka.

Kiedy tylko poczułem miód w gębie, zacząłem myśleć konstruktywnie. W tej płynnej, biało-żółtej krainie szybko pomarlibyśmy z głodu. Czas powędrować dalej.

Za oknem, jak okiem sięgnąć, rozciągała się pustka. Wolałem nie przeszkadzać jej w ćwiczeniach, więc schowałem oko i podreptałem z Luizą w stronę drzwi.

 

Po wielu godzinach dryfowania – nie zdołaliśmy dostrzec żadnej ryby, która mogłaby nas podwieźć – opuściliśmy wreszcie Krainę Miodem i Mlekiem Płynącą.

Wylądowaliśmy na jakiejś wyspie.

Kiedy wypełzliśmy na plażę, moja towarzyszka usiadła na brzegu i zaczęła płakać nad rozlanym mlekiem. Mnie tam białe fale z miodową pianą nawet się podobały, ale najwyraźniej ja miałem gust a Luiza guścik. Albo na odwrót. Dziewczyna wciąż zalewała się łzami (może i robiła to specjalnie – doskonale wypłukiwały z ubrania uprzykrzoną słodycz), gdy przymaszerował olbrzymi kot i pokazał nam takie buty, że zapialiśmy z zachwytu. Kiedy już ostatnie „kukuryku!” wybrzmiało, powlekliśmy się szukać czegoś do jedzenia.

Wkrótce natknęliśmy się na grupkę dorodnych dębów obwieszonych jabłkami. Owoce pachniały apetycznie i smakowały wybornie, ale w jedzeniu przeszkadzały delikatne włoski. Żadne mycie nie pomagało, obieranie rozwiązywało problem tylko częściowo.

Ledwie zjedliśmy po jabłku, przydreptał szczur. Pokazał nam kilka sztuczek i zaproponował, że oprowadzi po wyspie. Z jego opowieści wynikało, że trafiliśmy do krainy naprawdę wyjątkowej i pełnej dziwów; pasmo gór z kolorowego szkła, słoń z dwiema trąbami i jednym uchem oraz wiele innych atrakcji turystycznych. Nadal dokuczał nam głód, więc zamiast słuchać o gigantycznych mrówkach i maleńkich osiołkach, zainteresowaliśmy się łososiami w pomidorowym sosie.

Łososie rzeczywiście pływały w jeziorku doskonale doprawionego sosu pomidorowego. Od samego zapachu kiszki zaczęły nam grać marsza. Niestety, trzewia Luizy wybrały zupełnie inny rytm niż moje i powstała bardzo nieprzyjemna kakofonia. Co gorsza, nie mogliśmy zjeść ryb, gdyż okazały się rozumne. Jak tu podejść z widelcem do czegoś lub kogoś rozprawiającego o falach grawitacyjnych, powstawaniu życia na planetach, topologii i falsyfikowaniu hipotez? Strach. Tak mądrzy interlokutorzy z pewnością znaleźliby tuzin sposobów na odebranie nam sztućców i zamianę ról.

Mogliśmy tylko biernie przysłuchiwać się uczonej dyskusji. Nawet ta rozrywka straciła na atrakcyjności, gdy dwa szacowne łososie zaczęły spierać się o teorię strun. I Luiza, i ja rozumieliśmy wyłącznie spójniki i przyimki. W końcu znaleźliśmy młodego osobnika, narybek, który dopiero co został bez ikry, i poprosiliśmy o przedstawienie możliwości opuszczenia niezwykłej wyspy.

– Poszukajcie starego wieloryba – zabulgotał łososik. – Poznacie go po okularach. Pospieszcie się, zaraz odpływa!

– Ile mamy czasu? – spytałem.

– Poruszasz bardzo interesującą kwestię. Czym jest czas? Czy jego strzałkę można odwrócić? Czy jest zmienną ciągłą czy dyskretną? Taaaak, tuszę, iż zajmę się fizyką. To wciągająca, ba! wszechogarniająca dziedzina.

Porzuciliśmy rozmówcę, który, po znalezieniu swojego powołania, stracił chęć koncentrowania się na naszych przyziemnych, a właściwie przymorskich, problemach i wróciliśmy na plażę.

 

Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Wieloryb już chciał odpływać, jeszcze tylko polerował potężne okulary w szylkretowej oprawie. Przebiegliśmy po płyciźnie, po płetwie ogonowej, aż na szeroki grzbiet. Roiło się tu od dziwacznych stworzeń, ale jakoś znaleźliśmy miejsca, aby przycupnąć i się przytulić – ubrania znowu zachlapaliśmy sobie mleczno-miodowym ulepkiem, więc trochę marzliśmy. Nieco krępowaliśmy się z powodu tłumów na pokładzie. Ja związałem Luizie nogi, a ona mi ręce.

Podróż minęła nam na plątaniu i rozwiązywaniu supełków. Gawędziliśmy też z kurą, która siedziała obok Luizy. Ptaszyna bez przerwy coś podśpiewywała. Wśród licznych treli wyjaśniła nam, że chce odwiedzić przyjaciółkę ze szkolnej ławy. Kwoka nigdy nie spotkała równie przyzwoitej deski i nie mogła odżałować, że któregoś dnia morze zabrało to wspaniałe drewienko. Opowiedziała nam, jak się ucieszyła, gdy dostała list z zaproszeniem od ulubionej koleżanki.

Wieloryb przewiózł pasażerów do sąsiedniej krainy. Wysadził wszystkich na ciemnoszarej plaży, a sam rozpłynął się w oddali. Na powierzchni morza pozostały tylko połyskujące w słońcu okulary.

Przybysze zaczęli biegać we wszystkie strony. Nagle przestali i rzucili się do czytania śladów pozostawionych na mokrym piasku. Tropy układały się w napis:

 

WITAJCIE W KRAINIE WIECZNYCH ŁOWÓW! JUŻ DAWNO WYTRZEBILIŚMY WSZELKĄ ZWIERZYNĘ, TERAZ KOLEJ NA WAS. OKRES OCHRONNY TRWA 10, 9, 8…

 

Nie doczytawszy wiadomości do końca, rzuciliśmy się do panicznej ucieczki. Nieszczęśliwie, kura pobiegła w tę samą stronę, co Luiza i ja. Nieszczęśliwie, bo ptaszysko nie potrafiło zamilknąć nawet na chwilę, nieustającymi przyśpiewkami zdradzając naszą pozycję prześladowcom. Nawet kiedy dopadliśmy do zbawczego lasu, tropiący nas myśliwi nie pozostawali daleko w tyle.

Luiza pociągnęła mnie w stronę wyjątkowo gęstych chaszczów. Towarzyska kura potruchtała za nami, więc złapałem ją i ścisnąłem łebek, a szczególnie dziób, kneblując uparte stworzenie.

Zadziałało. Łowcy minęli naszą kryjówkę i pobiegli dalej.

Już mieliśmy wyszukać gdzieś ulgę i razem z nią odetchnąć, gdy coś niesamowicie boleśnie walnęło mnie w palce prawej stopy. Wrzasnąłem i wypuściłem kurę, która natychmiast rozgdakała się w rytmie triumfalnego marsza, informując cały świat o zniesieniu jajka.

Więc to było jajko? Dlaczego musiało być złote?!

W porywie złości cisnąłem żółtawą bryłką. Trafiłem pierwszego z grupki zaalarmowanych kwoczym hałasem myśliwych biegnących w naszą stronę. Prosto w czoło. Potężny dzikus, uzbrojony w łuk i włócznię, padł na ziemię bez czucia. Ziemia – co oczywiste – w ogóle nie zwróciła na niego uwagi.

– Teraz dopiero się na nas pogniewali – orzekła Luiza.

Ku naszemu zdziwieniu, usłyszeliśmy dobiegające zewsząd gratulacje. Tupały jak tabun koni.

Okazało się, że po upolowaniu któregoś z prześladowców ofiara staje się myśliwym. Zaszczytny status przyznano również mojej kobiecie, a inwentarz objęto ścisłą ochroną. Nawet o tym nie wiedząc, pobiłem jakiś rekord. A przecież nikogo nie uderzyłem, tylko wykonałem rzut metalową, niezbyt regularną kulą!

Ktoś zaczął mi tłumaczyć, w jaki sposób w lesie mógłbym zdobyć broń niezbędną do łowów. Opisy przerwał harmider czyniony przez kwokę:

– Jak mi to, kokoko, wyjaśnisz?! No?! Słucham!

– Ale o co ci chodzi? Aua! Przestań mnie dziobać, ty głupia kuro domowa!

– Jak to o co? Kokoko! Jak to o co? A ta drzazga w dupie?! Przywłaszczyłeś sobie część mojej ukokokochanej przyjaciółki! Rozerwałeś ją na strzępy! Torturowałeś! Ty podły sadysto! A masz! A masz!

– Nowy! Pilnuj swojego ptaszka! Bo ktoś go upoluje mimo zakazu! – rozległy się zalecenia i przestrogi.

Ledwo, przy wydatnej pomocy Luizy, opanowałem kurę.

 

Świeżo poznani myśliwi zaprowadzili nas do wioski. Tam tajemnica drzazgi szybko się wyjaśniła: przyjaciółka kury została deską do krojenia. Nieszczęsny łowca próbował podkraść swojej matce jakiś smakołyk i oberwał po tyłku pierwszym przedmiotem, który wpadł kobiecie w ręce.

Kura pozwoliła się udobruchać i uwierzyła, że chwilowy posiadacz zadry wcale nie zamierzał krzywdzić niczyjej szkolnej koleżanki.

Pozostał jednak problem odzyskania darzonego kurzym uczuciem drewienka. Użytkowniczka deski do krojenia nie zgodziła się wymienić jej na złote jajka. Oznajmiła, że jajecznica z czegoś takiego byłaby bardzo ciężkostrawna.

Wtedy przypomniałem sobie o niebiesko-białej paczce, którą dostałem od gościnnej lodówki.

Najpierw wziąłem szczyptę proszku i rozsypałem kucharce mleko pod nosem. Kichnęła potężnie, aż echo poszło. Zapewne nie chciało zarazić się katarem.

Właścicielka deski nie zachwyciła się rozrywką i odmówiła wymiany szczapki na tabakę.

Luiza zaproponowała, abym upiekł ciasto z mleka. Uznałem, że to najlepszy sposób na wykorzystanie białego pyłu. Wysłaliśmy kurę na poszukiwanie orzechów i innych bakalii, a sami zaczęliśmy opracowywać przepis.

Po kilku godzinach ciasto było gotowe. Jeszcze gorące, pachniało słodko i kusząco.

 

Popatrzyłem krytycznie na swoje dzieło. Miałem nadzieję, że tym razem wykładowczyni homolingwistyki, pani Morgbemilola, zaliczy mi pracę semestralną. Użyłem przecież wszystkich wymaganych zwrotów i włączyłem do historii świat przedstawiony w zadanym wierszu. Wolałem to niż analizę – do zgadywania, co poeci chcieli wyrazić swoimi przypadkowo zlepionymi słowami, chyba nigdy nie będę zdolny. Nawet kumpla innej rasy poprosiłem o pomoc. Przejrzał tekst i naniósł kilka poprawek.

Mimo wielu wysiłków, zaangażowania przyjaciela i ogromnej ilości czasu poświęconego na pisanie, daleki byłem od pewności czy choćby optymizmu; jak mawiają bukwalniccy studenci – ziemska język bardzo trudna.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

yes ;-)

Babska logika rządzi!

Oj, uśmiałem się z tej semestralnej pracy z klasyka. Nie wiem czy są błędy, bo zaślepiło mnie rozbawienie.  Świetne! :-)

Dzięki, Blackburnie.

Na pewno są błędy zamierzone. Miło, że rozbawiłam.

Przypomniałeś mi, że miałam dorzucić tag “humor”. :-)

Czekam na więcej zaślepionych Czytelników. No dobra, tych twardych, uważnych i nie dających sobie dmuchać dowcipami w kaszę też zapraszam.

Babska logika rządzi!

Toż dzięki tym zamierzonym cały ubaw. Dobre, dobre… :-)

Taaa, głupota kogoś innego nieodmiennie cieszy. ;-)

Babska logika rządzi!

Może polska język trudna, ale jak pięknie opanowana i spokojna. Jak ocean, nie przymierzając.

Powiedziałabym, że to absurdalnie kunsztowne Mleko, w dodatku czyta się świetnie i smakuje doskonale. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg.

Oj, trudna. Ale jakże ciekawa dzięki zawiłościom! Cieszę się, że mleczko smakowało.

A jakie wolisz; prosto od krowy, pasteryzowane, zsiadłe…? ;-)

Babska logika rządzi!

Łaciate niebieskie, odtłuszczone. Wyłącznie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niebieskie mleko? ;-O

Ktoś tu chyba nie zapamiętał wierszyka o czarnej krowie. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak, pijam zawsze z rana, pochrupując niebieskie migdały? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Takie niebie niebiańskie musli? Bogini wszystko wolno. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie, nie musli, brońcie bogowie! Mleko bez migdałów, a potem migdały bez mleka. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, jedz sobie, jak lubisz.

A może jeszcze niebieskie jagody na deserek? Wiesz, te, co się nazywają czarne, a jak są jeszcze zielone, to są czerwone? ;-)

Babska logika rządzi!

Wiem, wiem! I niekoniecznie na deserek. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako danie główne? Można i tak. Byleby nie wyszła z tego popularna w niektórych kręgach zupka – jagodzianka na kościach. ;-)

Babska logika rządzi!

Chyba nie zupka, raczej aperitif… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli najpierw jest zagrycha, to digestif. ;-)

Babska logika rządzi!

Na tym etapie wracam do mleka i migdałów. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No i wąż ugryzł własny ogon…

Babska logika rządzi!

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po wielu godzinach dryfowania – nie zdołaliśmy dostrzec żadnej ryby, która mogłaby nas podwieźć – opuściliśmy wreszcie Krainę Miodem i Mlekiem Płynącą.

Jak to, mię tam nię?

 

Widzę dużo wysp, których nie ma. W związku z tym chciałem donieść, iż

 

Księżyc raz odwiedził staw

Bo miał dużo ważnych spraw

Zobaczyły go szczupaki:

"Kto to taki? Kto to taki?"

Księżyc na to odrzekł szybko:

"Jestem sobie złotą rybką!"

Słysząc taką pogawędkę

Rybak złowił go na wędkę

Dusił całą noc w śmietanie

I zjadł rano na śniadanie

 

I niniejszym demaskuję kolego, ze mujej niejaki Brzechwa parchę semestralną psowac pomagał! ;-D

 

Ładnie się bawisz słowem, Finklo. Odjechałaś na samych skojarzeniach semantycznych daleeeeeeeeeeko! Plus za wyspy.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Psycho. :-)

Jak to, mię tam nię?

Ja Cię tam nie ślędzę, żeby wiedzieć, gdzieś Ty, a gdzię Cię nię… Ale jaka widoczność jest w mieszance mleka z miodem, no? Mogłeś przepłynąć dwadzieścia centymetrów od bohaterów…

O przygodach Księżyca w stawie słyszałam. Dzieci brata uwielbiają tę piosenkę. :-)

Nie pomagał psować, tylko betował! ;-)

A, bo z semantycznych cieni to takie labirynty idzie zbudować, że się Minotaur schowa…

Babska logika rządzi!

Przeczytane i przetrawione. Niestrawności nie było. Pozdrawiam.

Dziękuję, Ryszardzie. Niech Ci idzie na zdrowie. ;-)

Babska logika rządzi!

Świetne! Zwłaszcza nawiązania do twórczości pewnego znanego pana, co równie znane wiersze pisał.

Finkla nie byłaby sobą, gdyby do tej semantycznej sałatki literackiej, nie dodała szczypty najnowszych teorii fizycznych, jako intelektualnej przyprawy dla kumatych. Pozdrowienia.

Dziękuję, Panowie. :-)

 

Straferze, tak, zawsze z przyjemnością czytamy o rzeczach, które trochę znamy. A ten sympatyczny wierszyk kojarzy niemal każde polskie dziecko.

 

Ryszardzie, jakieś tematy trzeba było podrzucić uczonym łososiom. ;-) Przecież nie mogły rozmawiać o serialach, dietach i wynikach sportowych.

Babska logika rządzi!

Dobre! :)

Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Źle nie jest, choć miałem nadzieję na coś lepszego, Finklo ;P

Czytało się bardzo przyjemnie, podróż przez wyspy i całe to mlekiem i miodem płynące morze bardzo fajna, ale jak dla mnie za dużo absurdu w absurdzie. Częste wplatanie zwrotów typu: “Wieloryb już chciał odpływać, jeszcze tylko polerował potężne okulary w szylkretowej oprawie”, czy sucharów, które Psycho nazwał “skojarzeniami semantycznymi” (”rozciągała się pustka. Wolałem nie przeszkadzać jej w ćwiczeniach”, “Już mieliśmy wyszukać gdzieś ulgę i razem z nią odetchnąć”) trochę mi przeszkadzały, muszę przyznać ;/

Plus za zakończenie – fajnie to wszystko wyjaśniło :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No nie jestem fanem tych absurdalnych opowiadań. Przeczytałem, bo dyżur i niech tak zostanie. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dziękuję, Panowie.

Luke, za dużo absurdu? A ja się bałam, że za mało. Wszak w końcówce okazuje się, że te bezsensy mają swoje logiczne uzasadnienie.

Hmmm. Uważasz, że to suchary? A to nie oznacza starego dowcipu? Bo przytoczonych sama nigdy nie słyszałam, co by sugerowało, że jednak młode. ;-)

Zalth, OK, rozumiem, sama nie jestem, ale chciałam spróbować czegoś nowego. :-)

Babska logika rządzi!

Cóż, definicje są różne… Może określenie “suchar” jest w tym przypadku trochę niezręczne, niemniej chodziło mi o to, że budujesz te dowcipne fragmenty w ten sam sposób – wykorzystując dosłowność słowa. Za pierwszym razem spoko (rzucił okiem), później, przez powtarzanie tego zabiegu, zrobiło się mniej śmiesznie ;P

Ja akurat czytałem książkę, w której autorka chyba za punkt honoru postawiła sobie wykorzystywanie tego typu “gagów”… Na przykład – bohaterka była medium, więc gdy taka jedna kobiecina ją wkurzyła “wyszła z siebie… i stanęła obok” (już jako dusza ;) ). 

O to mniej więcej mi chodziło ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Aha, rozumiem. Ale taki miałam pomysł na absurdalny tekst. :-) Jakoś trzeba przygotować Czytelnika na puentę.

Wychodzenie z siebie to dopiero prawdziwy suchar – używaliśmy tego w podstawówce, zazwyczaj z dodatkiem “a we dwie to tak ci dowalimy…” ;-)

Babska logika rządzi!

Napisane super, ale to akurat nie dziwi wcale :)

Dla mnie troszkę za dużo absurdu jednak (jakoś sporo absurdalnych tekstów mam na dyżurze…), ale doceniam kunszt i pomysłowość. Przyznam, że chcąc “galopować” przez opowiadanie musiałam się kilka razy zatrzymać, bo gubiłam sens, który był oczywisty, gdy się właśnie na momencik przystanęło :)

 

Dziękuję, Iluzjo. :-)

Ponownie pada stwierdzenie “za dużo absurdu”. Przyznam, że trochę mnie to dziwi, a trochę cieszy – bałam się, że nie potrafię napisać czegoś absurdalnego (IMO, tekst jest bardzo logiczny), a tu jednak wyszło. Poniekąd wbrew autorce.

Bez protestów zgodzę się, że to raczej nie jest tekst do galopowania. Sama łapałam się na tym, że używam idiomów odruchowo. :-)

Babska logika rządzi!

A ja napisałam! ;-)

Babska logika rządzi!

Cięta riposta Cioci Finkli, mistrzyni ciętej riposty! ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Się wie! Przydepnąć Ci ogonek? Może być tak delikatnie, po przyjacielsku. ;-)

Babska logika rządzi!

Jedziesz… tfu… Depczesz! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tup, tup!

Babska logika rządzi!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oż Ty, rajo, nic a nic nie rajska! Na awatarze wyglądasz inaczej. ;-)

<zapisuje w notesie: “do kontaktów z Psycho zakładać glany”>

Babska logika rządzi!

Don’t tread on me! ;-D

 

<czmycha, bo glan jest glan> ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No dobra, nie to nie. Przecież tylko pytałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Dlaczego nie przeczytałam tego wcześniej? 

A tak, już wiem – absurd. 

Dałam się jednak skusić i absolutnie nie żałuję. Parskałam ze śmiechu z jednej strony. A z drugiej podziwiam sprawność, z jaką pociągnięty jest tekst. Pewnie, że sporo rzeczy pojedynczo nie jest nowych (np. rzut okiem), ale jestem pod wrażeniem gładkich połączeń poszczególnych elementów i zdań.

Nie zacytuję fragmentów, które mi się najbardziej spodobały, bo musiałabym tu wkleić gdzieś z 90% tekstu :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca. :-)

Też się zastanawiałam. Również nie żałuję. ;-)

Ależ nie krępuj się – podobno można robić bardzo długie komentarze. ;-)

Miło mi, że Ci się spodobało. Bardzo cieszą takie komentarze, chociaż i te krytyczne przyjmę.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No to już mam komplet oczytanych Jurorek. Czekam na wyniki. :-)

Babska logika rządzi!

A pod linkiem komentarz Śniącej z odwołaniem do tekstu z komentarzem…

W ten sposób pod moim opkiem powstała rekurencja i fantastyczny fraktal. Zawiadomcie Szyszkowego!

Babska logika rządzi!

Przeczytałem. Bardzo wykwintna zabawa słowem, a nawet przysłowiem. Pozdrawiam.

Dziękuję, Nimrodzie. Wszystkie słowa nasze są! Nawet przysłowia i inne przysłówki.

Bardzo pozytywne komentarze piszesz. Nie mogłam się doczekać, aż dotrzesz do mojego tekstu. :-)

Babska logika rządzi!

I co ja mogę napisać? Językowo świetnie, cieszyłam się jak głupia, i zakończenie też przewrotne, więc fajne :) Ale, ale. Ale. Trochę w absurdzie zabrakło mi historii, bohaterowie tak sobie płyną, bo tak. Na końcu się okazuje, że wypracowanie miało swój cel, ale do tego czasu czytelnik może się już znużyć – ja tak miałam, mimo że doceniałam to, co po drodze, "masz, babo, placek" i różne inne smaczki. Mleka i tekstu ;)

Dziękuję, Jurorko Lolu.

Zgadzam się z Tobą – to jest pomysł na szorta – banalna historyjka z nieoczekiwanym zakończeniem. I dlatego tak tekst oznaczyłam. Właściwie dowcip. Ale ktoś ustalił dolny limit znaków i musiałam szorcika rozciągnąć. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyszła osoba i ustaliła, nie da się ukryć. ;-)

A to osoba! ;-)

Ale i tak postęp – mój pierwszy pomysł na tekst pasujący do jednego z tytułów dał się przerobić na dribelka raptem. ;-)

Babska logika rządzi!

Muszę się zgodzić z Lolą, że czegoś zabrakło. Ładnie wykreowany świat, ale faktycznie samej historii trochę mało. Cieszę się jednak, że podjęłaś wyzwanie, Finklo, bo pamiętam, jak psioczyłaś na ten nasz absurd. :P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję, Jurorko Morgiano. :-)

To nie ja wykreowałam świat. Ja tylko spróbowałam sobie wyobrazić, jak postrzegałyby go do bólu logiczne istoty studiujące nasz język, ale nie odwiedzające (jeszcze) planety.

Nie psioczyłam, tylko twierdziłam, że to dla mnie obce terytorium, więc wyzwanie niełatwe. ;-)

Babska logika rządzi!

Zaimponowałaś mi umiejętnościami zabawy słowem, choć momentami rzeczywiście robiło się suchawo, tak jak zauważył CountPrimagen. Swoją drogą mnie też się zawsze wydawało, że suchar to słaby żart, niekoniecznie stary : >. Sam wymyślam kilka żartów w tym rodzaju tygodniowo i ludzie nieraz gratulowali mi sucharów.

 

Generalnie, to zgadzam się ze stanowiskiem Morgiany, która zgadza się ze stanowiskiem Loli.  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Czyli jest sucho i bez akcji, ale imponująco. ;-)

OK, dzięki, że zajrzałeś. Myślę, że Pratchett też lubi takie językowe żarty. Może nie dokładnie takie, ale chyba to nie był przypadek, że pomysł na tekst narodził się, kiedy czytałam “Blask fantastyczny”.

Gratulowanie sucharów to dla mnie nowe zjawisko. Już całkiem nie wiem, co ten termin w takim razie znaczy.

Babska logika rządzi!

Pratchett ma bardzo zaraźliwy styl. Nie wiem czy znasz taką książkę Neila Gaimana “Nigdziebądź”. Huczy w niej od stylu Pratchetta, a to dlatego, że wcześniej napisali razem “Dobry Omen”.

W “Nigdziebądź” jest dużo Pratchettowskich zwrotów, np. nikt nie uśmiecha się złośliwie, sardonicznie, albo tak po prostu. Tam ktoś może uśmiechać się “jak kot, któremu powierzono klucze do schroniska zbłąkanych lecz pulchnych kanarków”. I to dla mnie bardzo ciekawa sprawa, bo późniejszą twórczość Gaimana odbieram jako bardziej mroczną, a jego styl pisania zaczął się zmieniać.

Jest na tym portalu taki wątek “Książki, z których można nauczyć się pisać (nie podręczniki)”. Ktoś właśnie napisał, że “Nigdziebądź” Neila Gaimana jest taką książką. I pewnie ma rację :)

Wynika dla mnie z tego, że z łapania “Pratchettowego” stylu mogą wyjść same dobre rzeczy.

Tego Ci życzę.

 

A oto typowy Pratchettyzm w wykonaniu autorki:

Jak tu podejść z widelcem do czegoś lub kogoś rozprawiającego o falach grawitacyjnych, powstawaniu życia na planetach, topologii i falsyfikowaniu hipotez?

… Mistrz T.P. byłby z Ciebie dumny ;)

 

Generalnie jednak chyba przychylam się do stanowiskia Nevaza, który to zgadza się ze stanowiskiem Morgiany, która zgadza się ze stanowiskiem Loli.

O “Nigdziebądź” słyszałam, ale jeszcze nie czytałam. Na razie satysfakcjonuje mnie Pratchett w stanie czystym. ;-)

Nigdy bym nie pomyślała, że można w tekście znaleźć Pratchettyzmy. A tym bardziej, że spodobałyby się one dawcy nazwiska. Dziękuję. :-)

Cóż, stworzyliście mocną grupę zgadzających się ze stanowiskami. Trochę strach z Wami zadzierać. Ale żywię nadzieję, że znajdą się jeszcze zwolennicy prostej teorii “świetne”. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja mam czasem wrażenie, że ktokolwiek pisze tekst fantasy i próbuje wziąć się za choćby odrobinę ambitniejszy humor okazuje się nagle uczniem Pratchetta : >. Fakt wcześniejszego kontaktu z prozą Pratchetta nie ma większego znaczenia :D. Nie trzeba być literackim bóstwem, żeby z własnej inicjatywy zacząć eksperymentować z językowymi żartami w utworach z popularnego bądź co bądź gatunku. Z drugiej strony takie porównania dowodzą jednak popularności Pratchetta :D. 

To, że Finkli przyszło do głowy tyle językowych żartów, dowodzi wyobraźni i otwartego umysłu : )… które w tym wypadku i tak nie mogły zastąpić powszechnego poczucia, że tekst nie opowiada konkretnej historii : >. Okolicznością rozgrzeszającą powinien być temat konkursu – w końcu absurd to brak sensu, więc można powiedzieć, że trafiłaś w dziesiątkę! W trakcie tegoż konkursu nauczyłem się jednak, że w pisaniu nawet absurd musi mieć w sobie pewną logikę i poddawać się spójnej narracji.

No, tyle mojego nudziarstwa na piątkowy wieczór. Pora odebrać brakujące godziny snu :D.

 

ed:

Nigdziebądź albo Neverwhere warto przeczytać. Pamiętam, że rozmawiałem o tej książce z użytkowniczką Rooms na Dworcu Centralnym ^ ^.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Absurd był dla mnie trudnym wyzwaniem (wiesz, ta finklowa logika, sygnaturka zobowiązuje). Nie ukrywałam, że to dla mnie teren słabo zbadany (co innego czytać Adamsa, co innego wziąć i napisać bez sensu, a jednak z). W rezultacie bałam się, że tego absurdu wyszło za mało, więc nie starałam się o mocno sensowne powiązania fabularne w opowieści. Zresztą i tak w końcówce wszystko wyjaśniam…

To, że Finkli przyszło do głowy tyle językowych żartów, dowodzi wyobraźni i otwartego umysłu : )…

Dziękuję, dobry człowieku, ale to żaden dowód. Ja tam upatruję przyczyny w mocno logicznym, analitycznym podejściu do świata i dosłownym interpretowaniu słów (można wręcz uznać to za objaw pewnego ograniczenia ;-) ). No, nie mam aż tak, jak narrator, ale dużo mi nie brakuje. Niektóre zwroty same się proszą; porachować kości, puścić pawia, stracić głowę… Wystarczyło spojrzeć na wyrazy z nieco innego kąta. Po prostu czytałam/ słuchałam rozmów i zapamiętywałam, co jeszcze można wykorzystać.

Kolorowych snów.

I dziękuję, Panowie, za powtórne odwiedziny.

Babska logika rządzi!

Ok, to cofam to o wyobraźni i otwartym umyśle :D. Do następnego tekstu!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Do następnego. :-)

Babska logika rządzi!

Ale żywię nadzieję, że znajdą się jeszcze zwolennicy prostej teorii “świetne”. ;-)

 

Jakby co, to ja już się znalazłam ;)

Dzięki, Anet. Zbiór i wcześniej nie był pusty: słowa “świetny” (względnie “świetnie”) użyli już Blackburn, Reg i Strafer. BardzoGrubaLola właściwie stoi okrakiem. Ale jeśli poszerzyć “świetnych” o “dobrych”, to już w ogóle tłum. ;-)

Aż trochę głupio taką analizę robić…

Babska logika rządzi!

Witam Finklę :)

 

Piszę ten komentarz po jakichś dwóch tygodniach (?) od przeczytania Twojego powyższego opowiadania, więc będę bazować na tym, jak ten tekst zapamiętałam… I z góry przepraszam, jeśli powtórzę coś po kimś – nie czytałam komentarzy.

 

…a zapamiętałam moje czytanie tak: na początku coś się zamotałam o czym mowa, kto jest kim i do czego się przyssał, kogo uderzył itd… zdaje się jednak, że byłam tamtego dnia na pigule antymigrenowej, a wtedy mogą nastąpić pewne zakłócenia w percepcji – także połóżmy to na karb, itd…

Cały tekst mi się podobał, sprawił mi przyjemność, szczególnie przypadł mi do gustu pomysł na rodzaj absurdu, czyli absurdalne operowanie zwrotami/przysłowiami, wykorzystanie ich w fabule, “rozpuszczenie” po tekście. 

Minusy? Jeśli chodzi o moje subiektywne preferencje, to wolałabym bez tej końcówki, która trochę tak brutalnie sprowadza na ziemię, żeby nie powiedzieć, że wylewa kubeł zimnej wody na rozgrzaną wyobraźnią łepetynę. Ja tam zawsze wolę pozostać do końca w świecie fantastycznym. Tak samo zresztą nie lubię, kiedy prowadzi się typowo fantastyczną fabułę, czy wręcz fabułę bizarro – i puentuje się ją rozwiązaniem typu: “to był sen”.

Także jak dla mnie Twoje opko skończyło się na “pachniało słodko i kusząco”. I ślicznie. I nie przyjmuję do wiadomości tego “wytłumaczenia” na koniec (tylko się nie obraź ;))).

Pozdrowienia :)

Dziękuję, Blue_Ice.

Cieszę się, że większość się spodobała, że pomysł przypadł do gustu.

Że wyjaśniająca końcówka gorsza? No, cóż poradzę, ja potrzebowałam jakiegoś wytłumaczenia. Jeszcze byście pomyśleli, że gubię się w idiomach. Nie może to być! ;-)

Trudności z odróżnianiem przyssanego od przysysającej zwalam na tabletkę. :-)

A rozwiązania “to był tylko sen” sama nie znoszę. ;-)

Przecież nie mam się o co obrażać. Załóżmy, że nie czytałaś tej końcówki, która tak Ci nie leży.

Babska logika rządzi!

No tak tak, skoro tabletka jest rozwalająca, to i można wiele na nią zwalić ;))

Wiesz… pojęłam po co Ci to zakończenie i że posiada funkcję zabezpieczającą przed grasującymi malkontentami. Ale ja osobiście po prostu nie chciałam wychodzić z Twojej bajki :) A tym zakończeniem kazałaś mi wymaszerować ze łzą wiszącą na rzęsie. Nieeełaaadnie :P ;)

To chyba nawet nie tyle chodzi o malkontentów, co o mnie (uch, uwaga, wkraczamy na grząski grunt autopsychoanalizy). Mój świat jest logiczny. Uważam, że można zrobić coś wbrew regułom, ale trzeba mieć dobry powód. “Wszystko można, co nie można, byle z wolna i ostrożna”. Nie lubię, jako czytelnik, być zostawiana w ciemnym gąszczu domysłów, więc nie robię tego własnym odbiorcom.

A tu wyszło, że to, co dla mnie jest puentą i przywróceniem porządku, dla Ciebie stanowi roztrzaskanie szybki akwarium, na skutek czego bajecznie kolorowe stworzonka szlag trafia. Tu się różnimy.

Babska logika rządzi!

AKhem, czyżbym wyczytał z komentarzy jakis rybocyd?

 

Gdzie był ten czerwony przycisk na człowieków…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ależ Rybo, co Ryba? To tylko metafora taka…

A ten pordzewiały przycisk zostaw w spokoju, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz. ;-)

Babska logika rządzi!

A to ja sobie pójdę ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To ja przepraszam. ;-)

Babska logika rządzi!

@Finkla – ale teraz to ja już serio nie rozumiem. Co traci to opko bez końcówki? Dlaczego uważasz, że byłoby niezrozumiałe, znaczy: w czym niezrozumiałe? Przecież to jest akcja fantastyczna, nie trzeba jej mocować realistycznie? Czy chodzi o to, jaki byłby odbiór tego bez świadomości, że było pisane na konkurs absurdalny? Jeśli tak, to mimo to pozostanę przy zdaniu, że absurd broni się tutaj sam. Ale żeby nie było: nie jest tak, że ta końcówka wg mnie psuje opowiadanie. Po prostu jest dodatkiem sprytnym, ale niekoniecznym. Wydaje mi się, że czuć w nim, że właśnie “się tłumaczysz” :)

:) Uwaga ryby i ludzie! Trzeba postawić stróża przy akwarium! :) ;)

 

Ech, jak to trudno wytłumaczyć, co człowiek czuje. Może zacznijmy od tego, że rozumiem zarzuty grupy, która zgadza się ze sobą – w lwiej części opowiadania nie ma celu, narrator włóczy się po różnych krainach, ale nie wiadomo, co chce tymi podróżami osiągnąć. Takie wędrowanie dla wędrowania, z licznymi absurdalnymi epizodzikami.

Tobie by taka opcja odpowiadała, ale mnie nie. No, nie łyknęłabym takiego bohatera, którym nic właściwie nie kieruje. Nie i już.

W końcówce wyjaśniam cel. Jeśli nie podróży, to działań bohatera. Tak, w tym momencie cały dotychczasowy absurd bierze w łeb – dlatego bałam się, że w tekście go za mało. Pełna zgoda – tłumaczę się. I tłumaczę bohatera, stawiam tekst w całkiem innym świetle. Typowo dowcipowy twiścik. Ale potrzebuję go do zrozumienia sytuacji. A ja nie cierpię nie rozumieć. Może tu jest pies pogrzebany?

Babska logika rządzi!

No tak. Akwarium rozbite, mleko…ee, woda rozlana, a teraz jeszcze grzebiemy psy ;))))

Teraz już rozumiem, skąd to dopowiedzenie. Nie czytałam komentarzy, więc nie byłam świadoma tych zarzutów. Wnioski, które wyciągnęłam z tego, że nie wpadłam na możliwość postawienia ich temu tekstowi, przydadzą mi się do własnych rozmyślań o tym, czego ja szukam w literaturze, a co jest dla mnie mniej ważne. No, ale to już inna bajka ;) Także – dzięki. Za ładne opko i tę właśnie naukę :) Pozdrawiam.

Blue_Ice, nauka jest obustronna. Takie są najfajniejsze. Ja też dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Przez pierwszą część tekstu byłem przekonany, że to dzieło o pasożytach. Wszystko pasowało, żywiciele pośredni, wektory. Obstawiałem nawet kilka konkretnych gatunków. Niestety przy dojściu do Lodówki, moja koncepcja legła w gruzach.

 

"OKRES OCHRONNY TRWA 10, 9, 8…" – to jest epickie! :D XD Byłoby także śmiesznie, jakby tam na końcu napisali, że to tylko żart i wszyscy czekają w koktajlami na plaży. Albo, że polują tylko na tych, co uciekają do lasu. 

 

Fajne, wbrew pozorom bardzo spójne i konsekwentne. Podobały mi się też zabawy frazeologizmami, choć nie wszędzie. Czasem były strasznie oczywiste, bliskie dowcipom z podstawówki – jednak innym razem musiałem czytać jakieś zdanie po dwa razy, żeby neuron w głowie zaskoczył. ;)

 

Podobało mi się, 4/6. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dziękuję, ARHIZIE.

Cóż, dojście do lodówki potrafi obalić niejedną koncepcję. ;-)

Miło, że Ci się długość okresu ochronnego spodobała. Cóż, coś trzeba robić w Krainie Wiecznych Łowów. O koktajlach nigdy nie słyszałam…

Starałam się traktować wszystkie idiomy bardzo dosłownie. Czasem śmieszne rzeczy wychodzą. ;-)

Fajnie, że tym razem raczej się spodobało.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka